Na sprzedanej wojnie - Marcin Szymański

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (27,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Nazy­wam się Mar­cin Szy­mań­ski, byłem dowódcą grupy bojo­wej w Afga­ni­sta­nie. Chcę Ci opo­wie­dzieć histo­rię, która jest czę­ścią tra­gicz­nych kolei losu tego kraju. Lata temu, kiedy jako młody ofi­cer zaczy­ty­wa­łem się w wojen­nej lite­ra­tu­rze, tra­fiło w moje ręce kilka pozy­cji opi­su­ją­cych walki w Hin­du­ku­szu. Pamię­tam, jakie wra­że­nie zro­biły na mnie te histo­rie. Prze­czy­ta­łem sze­reg zeszy­tów doku­men­tu­ją­cych krwawe doświad­cze­nia Rosjan i Bry­tyj­czy­ków. Jeden z anglo­sa­skich tytu­łów w tłu­ma­cze­niu na język pol­ski brzmiał Wojow­nicy gór­skich dróg. Ten prze­kaz mocno zapadł w moją pamięć. Czy­ta­łem po nocach, bez wytchnie­nia - nie przy­pusz­cza­łem wów­czas, że stanę się jed­nym z nich: "wojow­ni­ków gór­skich dróg". Nie spo­dzie­wa­łem się też, że moja histo­ria wypełni kolejny roz­dział afgań­skiej opo­wie­ści.

W góry tra­fi­łem w dwa tysiące ósmym roku, dowo­dząc bata­lio­nem pie­choty. Dobrze pamię­tam dzień, w któ­rym na jed­nym z poli­go­nów wezwano mnie do namiotu dowódcy Wojsk Lądo­wych. Gene­rał uści­snął mi dłoń i powie­dział: "Panie Szy­mań­ski, poje­dzie pan ze swoim bata­lio­nem do Afga­ni­stanu, szy­kuj­cie się". Trudno opi­sać to, co czu­łem, sły­sząc te słowa. Domy­śla­łem się, że to się wyda­rzy, z dru­giej jed­nak strony czło­wiek ni­gdy nie jest gotowy na taką wia­do­mość. Za kilka mie­sięcy mie­li­śmy się zna­leźć w legen­dar­nym Hin­du­ku­szu... Mia­łem wyko­rzy­stać ten czas, aby przy­go­to­wać dowo­dzoną przeze mnie jed­nostkę i sie­bie samego do wiel­kiej próby. Nie byli­śmy koman­do­sami rodem z fil­mo­wych pro­duk­cji, nie byli­śmy elitą elit ani nawet agen­tami taj­nych służb. Nie było wokół nas żad­nej otoczki, legendy - żadne media, żadna chwała, żadne spek­ta­ku­larne akcje. Sta­no­wi­li­śmy zwy­kłą, cho­lerną pie­chotę, którą nikt się zbyt­nio nie przej­mo­wał. Byli­śmy chło­pa­kami od czar­nej roboty, nikt z nas nie marzył o pochwy­ce­niu bin Ladena, nikt też nie miał złu­dzeń co do tego, że doko­namy jakie­goś wiel­kiego prze­łomu. Do nas nale­żał mozół wojny - setki patroli, kon­wo­jów, budowa i obrona baz, bru­talna mono­to­nia zwy­rod­nia­łej rze­czy­wi­sto­ści. Na nas też spo­czy­wał naj­więk­szy cię­żar walk z trud­nym i zmo­ty­wo­wa­nym prze­ciw­ni­kiem. Naszą codzien­no­ścią była ciężka i nie­bez­pieczna praca, którą w zasa­dzie mało kto dostrze­gał. Byli­śmy mrów­kami w gigan­tycz­nym kopcu, któ­rego ukła­da­nie ni­gdy się nie koń­czyło.

Są tacy, któ­rzy twier­dzą, że nie byli­śmy na woj­nie. Są tezy, naukowe ana­lizy, dok­try­nalne defi­ni­cje i porów­na­nia, głosy w spra­wie, arty­kuły i dys­ku­sje. Według nie­któ­rych to, przez co prze­szli­śmy, nie zasłu­guje na miano "wojna". Ja jed­nak jestem zda­nia, że każde poko­le­nie, w tym i nasze, miało swoją wojnę. Dla nas, czter­dzie­sto­lat­ków, córek i synów boha­te­rów lat osiem­dzie­sią­tych, wojną był Afga­ni­stan. Szli­śmy w jej obję­cia z róż­nych powo­dów, niektó­rzy dla pie­nię­dzy, inni z prze­ko­na­nia, jedni z wiary, dru­dzy z potrzeby czy z cie­ka­wo­ści. Moja ścieżka miała swój począ­tek gdzieś w głębi serca - byłem ide­ali­stą. Wie­rzy­łem w Woj­sko Pol­skie, jego spu­ści­znę i misję. Nie wyobra­ża­łem sobie, że tam, gdzie biało-czer­wona może być bar­dziej krwistoczer­wona niż biała, mogłoby mnie nie być...

Doświad­cza­jąc tego, co mnie potem spo­tkało, nazwa­łem w swo­jej świa­do­mo­ści wojną - poczu­łem ją, odna­la­złem i zro­zu­mia­łem pozak­siąż­kowy sens. Zoba­czy­łem ją oczami tych, któ­rych Afga­ni­stan posta­wił na mojej dro­dze. Jako ofi­cer dowódca doświad­cza­łem zmy­słami ran­nych kole­gów, doty­ka­łem tru­mien pole­głych dłońmi ich rodzin, patrzy­łem oczyma głod­nych dzieci i prze­ra­żo­nych matek, serce bro­czyło mi gory­czą zroz­pa­czo­nych ojców. Czym zatem jest dla mnie wojna? Czym był Afga­ni­stan? Wojna to stan umy­słu, w któ­rym prze­moc, strach, gorycz, nie­na­wiść i ból rezo­nują rów­nie nama­cal­nie jak radość, spo­kój, przy­jaźń i miłość w świe­cie, który na co dzień nas ota­cza. To odwrot­ność nor­mal­no­ści, zaprze­cze­nie tego, co koja­rzymy z rów­no­wagą. Można nie być na woj­nie, jed­no­cze­śnie jej doświad­cza­jąc, można też tam być, jej nie dostrze­ga­jąc. Ja byłem i dozna­łem...

Wojna to doświad­cze­nie, które niczym sta­lowy wrak pozo­staje na zawsze w głębi ludz­kiej świa­do­mo­ści. To coś, co niby znika, ale pozo­staje. Są umy­sły, które roz­pusz­czają wraki w rdzy zapo­mnie­nia, więk­szość ludzi świa­do­mych zacho­wuje jed­nak te pamiątki w otchłani wła­snych wspo­mnień. Chcesz do nich zejść czy nie - one cią­gle będą w tobie trwać. Podob­nie wojenne retro­spek­cje kształ­tują tych, któ­rzy ich doświad­czyli. Niby ich nie ma, ale są... Wrak wojen­nych wspo­mnień cza­sem pozo­staje nie­ty­kalną mogiłą, z któ­rej incy­den­tal­nie wypły­nie na powierzch­nię bańka krwi­sto­bru­nat­nych reli­kwii. Bywa jed­nak, że wete­rani scho­dzą pod powierzch­nię swo­jej świa­do­mo­ści. Gdy mrok jest zbyt gęsty, prze­trzą­sają kadłuby wojen­nych wra­ków, zanu­rza­jąc się tam z przy­ja­ciółmi. Gdy ich wokół nie ma, scho­dzą tam ze spe­cja­li­stami od nur­ko­wa­nia w ludz­kiej świa­do­mo­ści. Dla nie­któ­rych z nas ciem­ność i zgrzyt bole­snych wspo­mnień są zbyt prze­ra­ża­jące - taki pod­wodny cmen­tarz, zato­piony w świa­do­mo­ści czło­wieka, potrafi być destruk­cyjny. Przy­ciąga jak magnes, zasysa nie­wi­dzialną siłą pro­sto w jądro ciem­no­ści, cza­sem bywa za późno na ucieczkę.

Doświad­cze­nie - choćby naj­bar­dziej bole­sne, sta­nowi jed­nak cenną naukę. Pisa­nie o woj­nie jest próbą zabra­nia Cie­bie do głę­bin, w któ­rych spo­czywa mój wrak. Nauczy­łem się po nim poru­szać, choć są jesz­cze drzwi, które rzadko otwie­ram. Zej­dziemy tam, trzy­ma­jąc się za ręce - wró­cimy na powierzch­nię, po czym sama/sam zde­cy­du­jesz, czy to, na czym kwit­nie dziś moja rafa, może posłu­żyć budo­wa­niu reflek­sji. Czy może to być począ­tek drogi czy­nią­cej Twoje życie lep­szym bez potrzeby doświad­cza­nia wojny. Może Twoje poko­le­nie albo poko­le­nie Two­ich dzieci będzie pierw­szym, które korzy­sta­jąc z doświad­czeń innych, nie będzie miało swo­jej wojny.

Chciał­bym prze­mó­wić gło­sami braci i sióstr, któ­rzy doświad­czali wojny wraz ze mną. Nie mam jed­nak odwagi, żeby oświad­czyć, że piszę w imie­niu przy­ja­ciół, ofiar czy ludzi, któ­rzy współ­uczest­ni­czyli w zda­rze­niach będą­cych tre­ścią mojego prze­kazu. Każdy z nas prze­ży­wał to na swój spo­sób i każdy ma swoją histo­rię. Piszę jed­nak z myślą o nich - wspo­mi­nam żoł­nie­rzy grupy bojo­wej, naszych towa­rzy­szy broni, Ame­ry­ka­nów i Afgań­czy­ków. Przy­wo­dzę też na myśl bez­i­mien­nych boha­te­rów - miesz­kań­ców wio­sek połu­dnio­wego Afga­ni­stanu, ludzi, któ­rzy pomimo wojen­nej zawie­ru­chy i skraj­nego ubó­stwa pró­bo­wali po pro­stu żyć z dnia na dzień. To wła­śnie oni poka­zali mi, ile szczę­ścia mamy, rodząc się Euro­pej­czy­kami. Dzięki nim zro­zu­mia­łem, jak bar­dzo cenne są wol­ność i bez­pie­czeń­stwo. Oni nauczyli mnie doce­niać rze­czy, które nam, człon­kom spo­łecz­no­ści zachod­niej cywi­li­za­cji, wydają się oczy­wi­ste. Elek­trycz­ność, woda, jedze­nie czy dostęp do opieki medycz­nej to rze­czy, które dla Afgań­czy­ków są i jesz­cze długo będą wyma­rzo­nym kom­for­tem. To wła­śnie ich postawa stała się dla mnie świa­dec­twem tego, jak wiele może znieść czło­wiek. Ni­gdy przed­tem ani potem nie pozna­łem ludzi tak ciężko doświad­czo­nych przez los. Ni­gdy nie zda­wa­łem sobie sprawy, że w sytu­acji, którą nazwał­bym bez­na­dziejną, może zakieł­ko­wać ziarno nadziei. Ni­gdy też nie spo­dzie­wa­łem się, że ten wątły owoc naszej wspól­nej pracy zosta­nie tak bru­tal­nie zgnie­ciony twardą pode­szwą poli­tycz­nych kal­ku­la­cji. Ni­gdy nie czu­łem się tak bez­silny i oszu­kany, jak w dniu, w któ­rym obser­wo­wa­łem na ekra­nie tele­wi­zora zde­spe­ro­wa­nych ludzi cze­pia­ją­cych się na lot­ni­sku w Kabulu kół ame­ry­kań­skiego samo­lotu. Ni­gdy bar­dziej niż teraz nie pra­gną­łem napi­sać książki - z myślą o tych, któ­rzy tam pozo­stali.

Jaki for­mat mają moje zapi­ski? Cóż, przede wszyst­kim są to szczere i oso­bi­ste reflek­sje oparte na doświad­cze­niach, które zdo­by­łem pod­czas służby w Afga­ni­sta­nie. Od zawsze pisa­łem dzien­niki - uwa­żam ten zwy­czaj za część mojego dia­logu z samym sobą. Zapra­szam Cię do wsłu­cha­nia się w tę dys­ku­sję. Misja woj­skowa nie ma wiele wspól­nego z fil­mem przy­go­do­wym - dzieje się wiele, ale zda­rzają się też dni, cza­sem nawet tygo­dnie, mozol­nej i fru­stru­ją­cej mono­to­nii. Poni­żej przy­ta­czam rela­cje z okre­sów wypeł­nio­nych zda­rze­niami, które moim zda­niem mogą sta­no­wić bazę do wyro­bie­nia poglądu o tym, co tak naprawdę wyda­rzyło się w Afga­ni­sta­nie. Książka ma formę dzien­nika, czę­ściowo są to cykle nastę­pu­ją­cych po sobie dni, zda­rzają się też pauzy, które ozna­czam wypeł­nio­nym trzy­krop­kiem nawia­sem. W tek­ście celowo zmie­ni­łem per­so­na­lia wszyst­kich Afgań­czy­ków oraz część per­so­na­liów pol­skich żoł­nie­rzy. Zapra­szam pod hełm dowódcy trze­ciej zmiany Pol­skiej Grupy Bojo­wej w Afga­ni­sta­nie.

Dzien­nik

Sześć­dzie­siąt dni dowódcy grupy bojo­wej

DZIEŃ I

Prze­rzut w rejon misji to zawsze trudny moment - wiem to już z doświad­cze­nia, kilka lat temu słu­ży­łem w Iraku. Poże­gna­nia, dłu­gie loty trans­por­to­wymi samo­lo­tami, bazy trans­fe­rowe, dźwi­ga­nie bagaży, zmiana kli­matu, zmiana żyw­no­ści, spa­nie w stu­oso­bo­wych namio­tach, w któ­rych ni­gdy nie jest ani ciemno, ani cicho. Mia­łem już oka­zję to spraw­dzić na wła­snej skó­rze... Tym razem ostat­nie popo­łu­dnie spę­dzam z Rodziną. Jest począ­tek maja, mimo to za oknem chłód - bawimy się z Synem na pod­ło­dze w domu. Lubi klocki - mamy ich całą skrzy­nię, kupi­łem kie­dyś lego na kilo­gramy i teraz skła­damy z tego złomu naj­róż­niej­sze kon­struk­cje. Naj­czę­ściej naszym dzie­łem są wymyślne pojazdy kosmiczne. Obser­wuję Syna, sie­dząc na dywa­nie. Moje ręce budują jakiś kolo­rowy kształt, ale wzrok mam przy­kuty do maleń­kiej syl­wetki sie­dzącego przede mną chłopca. Jest dziel­nym przed­szko­la­kiem, prze­ko­cha­nym, prze­za­baw­nym - widzę w nim sporo sie­bie, choć wszy­scy wokół mówią, że bar­dziej jest podobny do swo­jej Mamy. Teraz chłonę jego obraz, pró­bu­jąc zapa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Tro­chę tak, jak­bym chciał zapi­sać to w pamięci, zeska­no­wać, zabrać, ukryć gdzieś w zaka­mar­kach umy­słu.

Wło­ży­łem sporo wysiłku w to, żeby wytłu­ma­czyć mu w pro­sty, dzie­cięcy spo­sób, co się dzieje: "Tatuś wyjeż­dża, nie będzie mnie do jesieni... Spę­dzisz z Mamu­sią wio­snę i lato, a potem - jak przy­jadę, poje­dziemy na narty. Będzie dużo śniegu i będę cię uczył jeź­dzić na nar­tach, tylko musimy wytrzy­mać do jesieni. Wyobraź sobie: mnó­stwo śniegu, praw­dziwe narty, będziesz miał kask i takie gogle jak nar­cia­rze - zabiorę Cię w góry." Nie mam poję­cia, jak wytłu­ma­czyć dziecku to, co ma się dziać do jesieni - gdzie i po co jadę. Cza­sem zasta­na­wiam się nad tym, czy w ogóle powi­nien o tym wie­dzieć. Co z tego zbu­duje jego dzie­cięcy umysł? Jak to prze­two­rzy i co w nim pozo­sta­nie? Umó­wi­li­śmy się z Żoną, że będzie mu poka­zy­wać moje zdję­cia, posta­wi­li­śmy kilka ramek w jego pokoju, tak żeby czuł moją obec­ność. Uni­kamy roz­mów, które mogłyby wzbu­dzić jego nie­po­kój. Kilka dni temu, na spa­ce­rze w lesie coś tam pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć: "Jadę do kraju, który jest bar­dzo daleko, o wiele dalej niż miesz­kają Bab­cia i Dzia­dek, tam są bar­dzo wyso­kie góry i bywa bar­dzo cie­pło. Tata musi ochro­nić tych, któ­rzy tam miesz­kają, przed złymi ludźmi. Jadę z kole­gami - z panem Pio­trem, z Mar­ci­nem, po to, żeby źli się wystra­szyli i ode­szli. Będą się nas bali, kiedy tam będziemy, nic się nam nie sta­nie, bo jeste­śmy bar­dzo dobrymi żoł­nie­rzami". Sta­ram się skrzęt­nie wyla­wi­ro­wać z odpo­wie­dzi na pyta­nia "kim są ci źli?", "dla­czego przy­szli?" i "co mogą zro­bić, jak kogoś zła­pią?"... To wszystko zbyt trudne - chyba nawet dla mnie.

Wojna z tali­bami, roz­po­częta kilka lat temu przez Ame­ry­ka­nów jako odwet po zama­chach z jede­na­stego wrze­śnia, teraz jest już sprawą NATO. Świat obser­wuje Hin­du­kusz, uchwa­lono kilka rezo­lu­cji ONZ sank­cjo­nu­ją­cych dzia­ła­nia naszych wojsk w Afga­ni­sta­nie. Jak to zwy­kle jed­nak bywa w przy­padku tego rodzaju awan­tur, sytu­acja nie jest jed­no­znaczna i czarno-biała, a gra­nica pomię­dzy dobrem i złem cza­sem mocno się zaciera. Trudne to wszystko - cza­sem zbyt trudne dla mnie. Sta­ram się jed­nak myśleć, że wiem, po co tam jadę.

Ufam Żonie - mamie mojego Syna, jest psy­cho­lo­giem, zna się na tym, wiem, że jeśli Maluch będzie o mnie dopy­ty­wał, wytłu­ma­czy mu wszystko - pomimo tego, że jej też nie jest łatwo. Chciał­bym im obojgu obie­cać, że wrócę, ale sam sobie w to na sto pro­cent nie wie­rzę. Kiedy kilka lat temu jecha­łem do Iraku, ogar­niała mnie cie­ka­wość. To było coś z pogra­ni­cza entu­zja­zmu i zapału. Teraz jest ina­czej. Drę­czy mnie nie­po­kój. W mojej gło­wie upo­rczy­wie gnieź­dzi się myśl "co, jeśli?". Kilka mie­sięcy przed wyjaz­dem zabra­łem Żonę na syl­we­stra do jed­nego z lep­szych lokali w mie­ście - spę­dzi­li­śmy tę noc z przy­ja­ciółmi, to miał być wspa­niały czas: uda­wa­łem. O pół­nocy życzy­łem samemu sobie wyłącz­nie tego, żebym prze­żył ten rok. Dzię­ko­wa­łem losowi za to, że nikt mnie nie spy­tał "czego ci życzyć, Mar­ci­nie?". Nie pomo­gły szklanki dobrego alko­holu, śmiech, zabawa, wyśmie­nite jedze­nie - nie­po­kój tań­czył ze mną tam­tej nocy do bia­łego rana. Potem, kiedy zmę­czeni szli­śmy spać, wśli­zgnął się bez­czel­nie pod koł­drę...

Teraz ukła­dam Małego do snu. Czy­tam mu książkę, potem jesz­cze tro­chę dys­ku­tu­jemy po ciemku. Wresz­cie jego uścisk słab­nie, sapie mia­rowo, a ja chłonę ten rytm, tak jak­bym chciał go zabrać ze sobą tam, gdzie mam nastra­szyć złych ludzi. Jesz­cze chwilę pozo­staję przy nim, sta­ram się nasiąk­nąć jego cie­płem, dzie­cięcą ener­gią, która mam nadzieję, że da mi siłę w trud­nych chwi­lach. Muszę tu wró­cić, do dia­bła, muszę... Kiedy sia­damy z Ange­liką przy her­ba­cie, mam już na sobie mun­dur. Cały mój sprzęt jest od kilku dni spa­ko­wany w jed­no­stce, w domu pozo­stał jedy­nie mały ple­cak z oso­bi­stymi rze­czami. Doku­menty, odtwa­rzacz MP3, słu­chawki, notes, butelka wody, pudełko cia­stek, kilka ksią­żek - tyle... Cały mój oso­bi­sty maj­dan mie­ści się w małym ple­caku patro­lo­wym. Reszta bagażu - wielki ple­cak i zasob­nik, które jadą ze mną na wojnę, to stan­dar­dowe wypo­sa­że­nie żoł­nie­rza. Ta pro­por­cja dobrze obra­zuje to, czym będzie wypeł­nione moje życie przez kolejne pół roku. Pijemy her­batę, zawie­sza­jąc wzrok na ekra­nie tele­wi­zora. Oboje chyba nie wiemy, o czym roz­ma­wiać. W takiej chwili w gło­wach kłę­bią się myśli, któ­rych lepiej nie wypo­wia­dać. Chciał­bym już wyjść - to trwa zbyt długo, nie lubię poże­gnań, chwil, w któ­rych wia­domo, że za moment musi się wyda­rzyć coś nie­chcia­nego. Około dzie­sią­tej wie­czo­rem zza okna dobiega głos sil­nika - to samo­chód woj­skowy, przy­je­chali po mnie. Wstaję z kanapy, w drzwiach przy­tu­lamy się bar­dzo mocno.

- Uwa­żaj na sie­bie - szep­cze do mnie Ange­lika.

- Nie martw się, wrócę na pewno, wrócę... Pora­dzimy sobie, bądź­cie dzielni.

Zamy­ka­jące się drzwi gaszą snop świa­tła, chwy­tam za klamkę drzwi samo­cho­do­wych. W aucie sie­dzi mój kie­rowca i Jarek - pseu­do­nim Kry­cha, naj­star­szy pod­ofi­cer w bata­lio­nie. Witamy się uści­skiem dłoni.

- Jak tam, Wodzu, ruszamy?

- Tak, zróbmy co trzeba i wra­cajmy.

Ruszamy - spo­glą­dam jesz­cze na drzwi do domu, potem cho­wam obrączkę do pla­sti­ko­wego woreczka, który skru­pu­lat­nie pakuję do ple­caka. Nie chcę jej zgu­bić, nie chcę też, żeby dostała się w ręce kogoś, kto mógłby zna­leźć mnie ran­nego albo zabi­tego. Z biżu­te­rii pozo­staje na mnie wyłącz­nie woj­skowy nie­śmier­tel­nik: Mar­cin Szy­mań­ski, syn Mariana, ABrh+.

DZIEŃ II

Tym razem na teatr dzia­łań wojen­nych, jak zwiemy rejon misji, prze­miesz­czamy się wyczar­te­ro­wa­nym samo­lo­tem cywil­nym. Przed wej­ściem do boeinga wycią­gamy zamki z broni, kon­tro­luje to kilku sier­żan­tów. Broń ukła­damy pod fote­lami, ple­caki w lukach baga­żo­wych. Ste­war­dessy pro­wa­dzą instruk­taż, wszystko wygląda dokład­nie tak, jak przed star­tem do lotu na waka­cje. Po ode­rwa­niu się samo­lotu od ziemi patrzę z góry na świa­tła mia­sta. Sta­ram się pro­jek­to­wać w gło­wie emo­cje, które będą mi towa­rzy­szyć pod­czas powrotu. Kilka rzę­dów za mną sie­dzi mój zastępca - Piotr, teraz pod­cho­dzi, nachyla się nade mną i mówi:

- Mar­cin, nie martw się - to zawsze tak jest, że jak się gdzieś nie chce jechać, to potem oka­zuje się, że jest faj­nie! - Obaj śmie­jemy się w głos, gro­te­skowo, jak akto­rzy w taniej tra­gi­ko­me­dii.

Namiot w bazie przej­ścio­wej

- Tak, bra­cie, tak wła­śnie będzie! Faj­nie... - odpo­wia­dam.

Z Pio­trem znamy się dość długo, szli­śmy tą samą ścieżką kariery. Uwiel­biam tego faceta - ni­gdy nie opusz­cza go poczu­cie humoru, z takimi ludźmi można iść choćby na koniec świata. Po kilku godzi­nach lądu­jemy w bazie lot­ni­czej Manas w Kir­gi­sta­nie, to przy­sta­nek przed lądo­wa­niem w Afga­ni­sta­nie. Stąd wyla­tują już tylko i wyłącz­nie woj­skowe statki powietrzne. Przed nami kil­ka­na­ście godzin ocze­ki­wa­nia. Prze­miesz­czamy się wraz ze swo­imi kla­mo­tami do namio­tów w tak zwa­nym RSOI. To skrót od ame­ry­kań­skich słów: recep­tion, sta­ging, onward move­ment, inte­gra­tion (przy­ję­cie, wycze­ki­wa­nie, ruch, inte­gra­cja). Nazwano tak rejony przej­ściowe, do któ­rych prze­rzuca się żoł­nie­rzy przed dostar­cze­niem ich do kon­kret­nych miejsc na teatrze dzia­łań wojen­nych. W ogrom­nym, oświe­tlo­nym jarze­niów­kami namio­cie stoi kil­ka­dzie­siąt pię­tro­wych łóżek. Zaj­mu­jemy z chło­pa­kami wolny kąt. Jest spory ruch, gwar, ludzie wcho­dzą, wycho­dzą. Jedni roz­ma­wiają, inni śpią, grają w karty, czy­tają. Powie­trze ponad nami co jakiś czas roz­rywa huk star­tu­ją­cych samo­lo­tów. Izo­luję się od tego za pomocą słu­cha­wek i muzyki. Potrze­buję cze­goś spo­koj­nego, sprzy­ja­ją­cego kon­cen­tra­cji i relak­sowi. Zawsze lubi­łem Dead Can Dance, teraz głosy Lisy i Bren­dana prze­sią­kają mnie na wskroś, napię­cie odpusz­cza. Osią­gam chwi­lowy spo­kój, udaje mi się zdrzem­nąć.

Po kilku godzi­nach prze­ry­wa­nego snu budzi mnie jęk sprę­żyn nade mną. Młody Ame­ry­ka­nin pakuje swój ple­cak na górną pry­czę. Potem siada na swo­jej skrzyni obok łóżka i maj­struje przy broni. Leżąc bez ruchu, przy­glą­dam mu się: na oko 25 lat, mocno znisz­czony mun­dur, brudne, nie­dbale zawią­zane buty, pocią­gła twarz, wypło­wiałe od słońca włosy, zarost, prze­żarte bru­dem dło­nie. Ten chło­pak wraca do domu. Po kil­ku­na­stu minu­tach odzywa się do mnie: "Obu­dzi­łem cię?". Zaczy­namy small talk, oka­zuje się, że jest z Fre­sno - mia­sta w Kali­for­nii, przez które zda­rzało mi się prze­jeż­dżać. Służy jako kapral w pie­cho­cie, wła­śnie wraca do Sta­nów po roku w Kan­da­ha­rze. Prze­żył i zoba­czył wiele - opo­wiada o tym co nieco. Tak mija nam godzina. Potem, już na zewnątrz, przy papie­ro­sie, wspo­mina o tym, że tra­fił do armii, żeby zdo­być pie­nią­dze na stu­dia... Jeff pocho­dzi z nie­za­moż­nej rodziny, w któ­rej wszy­scy byli prze­ciwni jego decy­zji o wstą­pie­niu woj­ska, ale on się uparł. Teraz będzie stu­dio­wał. Kiwa głową, kiedy dowia­duje się, że lecimy do Pak­tiki - to połu­dniowy wschód Afga­ni­stanu, jeden z cięż­szych ope­ra­cyj­nie regio­nów, wszy­scy o tym wie­dzą. Opo­wiada mi tro­chę o tym, co sły­szał - jego prze­kaz nie napawa mnie szcze­gól­nym opty­mi­zmem. Sie­dzimy na ław­kach w palarni, jest jesz­cze noc, choć na wscho­dzie niebo już skrzy się mie­dzia­nym poma­rań­czem. Jeff wyciąga z kie­szeni w mun­durze uszyty z woj­sko­wej tka­niny wore­czek. Roz­wią­zuje rze­myk, wyciąga deli­kat­nie jakiś przed­miot - to zro­biony z drew­nia­nych kulek róża­niec.

- Zobacz, zro­biła to dla mnie moja mama: na szczę­ście. Mia­łem go ze sobą cały czas. Ona chcia­łaby, żeby teraz chro­nił kogoś innego - tobie może się przy­dać, weź go, ale obie­caj, że będziesz nosił go ze sobą.

Jestem tym cho­ler­nie wzru­szony, nie wiem, co powie­dzieć. Patrzę na ten mały przed­miot w rękach Jeffa i głos mi więź­nie w gar­dle. Znamy się godzinę - przy­pad­kowo spo­tkany facet, łączy nas wojna, z któ­rej on wraca, a ja wła­śnie się w nią pakuję. Daje mi coś, co jest dla niego bar­dzo ważne...

Prze­lot do bazy Sza­rana samo­lo­tem C-130 Her­cu­les

- To piękna i bar­dzo war­to­ściowa rzecz, jesteś pewien, że chcesz mi to dać? - Kiwa głową. Ści­skam jego dłoń, zacią­gam sta­ran­nie rze­myk i cho­wam wore­czek w kie­szeni na piersi. To dla mnie zna­czący moment, mogłem po pro­stu prze­spać te kilka godzin i wsiąść do samo­lotu, tym­cza­sem los posta­wił na mojej dro­dze Jeffa. Wszech­świat daje mi jakiś znak, tylko jak go odczy­tać? Przy­bi­jamy jesz­cze piątkę, kle­piemy się po ple­cach, po czym zni­kamy ze swo­jego życia: ja w dro­dze na wojnę, Jeff do domu, do mamy.

Pakuję się z czę­ścią sztabu do C-130 (samo­lot trans­por­towy nazy­wany rów­nież Her­cu­le­sem). Lecimy do naszej bazy głów­nej - do Sza­rany. Musimy być tam wcze­śniej niż pozo­stała część grupy bojo­wej, naszym zada­niem jest orga­ni­za­cja i nad­zo­ro­wa­nie prze­ję­cia odpo­wie­dzial­no­ści za strefę. Logi­stycz­nie to arcy­trudne zada­nie. Grupa bojowa liczy ponad tysiąc żoł­nie­rzy - wszy­scy muszą tra­fić w odpo­wied­nim cza­sie w odpo­wied­nie miej­sca. Więk­szość z nich poleci śmi­głow­cami, co ozna­cza, że muszą jesz­cze zna­leźć się w bazie Bagram, do któ­rej zawiozą ich samo­loty trans­por­towe. Przej­mu­jemy od dru­giej zmiany pięć baz w zachod­niej Pak­tice. To spory obszar: pas sze­roki na dzie­więć­dzie­siąt i długi na dwie­ście kilo­me­trów. Nie da się tam dotrzeć w żaden inny spo­sób niż śmi­głow­cem. Jedy­nie w naszej bazie głów­nej w Sza­ra­nie mamy do dys­po­zy­cji pas star­towy, na któ­rym mogą lądo­wać trans­por­towe samo­loty.

Her­cu­les nabiera pręd­ko­ści, po czym wzbija się stromo w powie­trze. Na pokła­dzie jest gorąco. Wnę­trze ładowni wypeł­nia hałas kom­po­no­wany mie­szanką ryku sil­ni­ków i szumu powie­trza. Od czasu do czasu wstaję, żeby spoj­rzeć przez małe okienko na to, co pod nami. Jak okiem się­gnąć góry. Brąz i sza­rość poprze­ci­nana bielą łach śniegu - żad­nych oznak ludz­kiej egzy­sten­cji. Na lot­ni­sku wita mnie mój poprzed­nik, dowódca grupy bojo­wej w dru­giej zmia­nie - Piotr. Cie­szy się z mojego przy­lotu - nie dziwi mnie to. Zabie­ramy razem mój sprzęt do kon­te­nera, w któ­rym spę­dzę kilka następ­nych mie­sięcy. Po wspól­nym posiłku palimy papie­rosy.

- To co, Mar­cin, ruszamy z tym kok­sem?

- Jasne, ruszamy - odpo­wia­dam, wsta­jąc z drew­nia­nej ławki.

Tak zaczyna się nowy, wyjąt­kowy roz­dział w moim życiu, co z niego we mnie pozo­sta­nie? Na jak długo?

DZIEŃ III

Zaczy­nam od czy­ta­nia rapor­tów z ostat­nich kilku tygo­dni. Sytu­acja w pro­win­cji jest mi mniej wię­cej znana, byłem tu na reko­ne­san­sie, poza tym od pew­nego czasu regu­lar­nie czy­tam doku­menty ope­ru­ją­cej tu grupy bojo­wej. Do ogar­nię­cia mam obszar zamiesz­kały przez pra­wie sto tysięcy ludzi - w więk­szo­ści to rol­nicy zaj­mu­jący małe osady. To głów­nie Pasz­tuni - tra­dy­cyj­nie popie­ra­jący tali­bów miesz­kańcy afgań­skiego połu­dnia. W zde­cy­do­wa­nej prze­wa­dze należą do ple­mie­nia Sule­man Khel, które jest obec­nie podzie­lone na dwa­dzie­ścia sześć kla­nów - rodzin­nych wspól­not. Kon­so­li­da­cja tych grup jest jed­nym z naszych zadań - jeśli nam się to uda, to zdo­bę­dziemy mocne wpływy. Szanse na taki sce­na­riusz są jed­nak, szcze­rze mówiąc, marne...

Nar­ra­cja tali­bów lepiej prze­ma­wia do tych ludzi - to żyjący w tra­dy­cyj­nych spo­łecz­no­ściach Pasz­tu­no­wie, trudno nam do nich dotrzeć w sytu­acji, kiedy nawet tłu­ma­czy pasz­tuń­skiego jest jak na lekar­stwo... Przed wyjaz­dem na misję zafun­do­wano mi pod­sta­wowy kurs języka dari, oka­zuje się jed­nak, że mało kto mówi tu w tym narze­czu. Więk­szość lokal­nej lud­no­ści to anal­fa­beci - oce­nia się, że zale­d­wie trzy­dzie­ści pro­cent miesz­kań­ców pro­win­cji potrafi czy­tać i pisać... Ciężko będzie do nich dotrzeć.

Zima przy­nio­sła względny spo­kój - aktyw­ność rebe­lian­tów mocno spa­dła. W stycz­niu nie prze­pro­wa­dzili żad­nego ataku. Od kilku tygo­dni jed­nak czuć w powie­trzu począ­tek sezonu wojen­nego. W kwiet­niu liczba incy­den­tów wyno­siła już osiem­na­ście. W pierw­szym tygo­dniu maja zano­to­wano ich czter­na­ście, a więc napię­cie powraca z bar­dzo dużą inten­syw­no­ścią. Będą na nas parli - wie­dzą, że się rotu­jemy, że na drogi wyjadą nowi, nie­do­świad­czeni jesz­cze w tym tere­nie żoł­nie­rze.

Po śnia­da­niu zasia­damy z moim poprzed­ni­kiem na odpra­wie. Obsada sta­no­wi­ska dowo­dze­nia infor­muje nas o postę­pach rota­cji grup bojo­wych. Nasze jed­nostki dzielą się na trzy zespoły, osobno dys­ku­tu­jemy o sytu­acji w każ­dym z nich. Mój sztab, około trzy­dzie­stu osób, jest już pra­wie cały na miej­scu - pra­cują razem z dotych­cza­so­wymi gospo­da­rzami. Prze­cho­dzę z Pio­trem do jego pro­wi­zo­rycz­nej kan­ce­la­rii - nie­ba­wem będzie to moje miej­sce pracy. Dys­ku­tu­jemy przy kawie o wszyst­kim tym, czego nie ma w papie­rach, a jest tego sporo...

Znamy się jesz­cze z kursu dowód­ców bata­lio­nów na Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej w War­sza­wie. Bar­dzo cenię jego skru­pu­lat­ność i doświad­cze­nie - to stara szkoła. Jeste­śmy ze sobą szcze­rzy. Wiem, że mogę liczyć na jego pełne zaan­ga­żo­wa­nie w pro­ces naszego wdra­ża­nia w ope­ra­cję. Rota­cja to trudny czas. Bar­dzo kom­plek­sowe zada­nie. Każdy z żoł­nie­rzy musi tra­fić w odpo­wied­nie miej­sce w odpo­wied­nim cza­sie. Wszy­scy muszą spę­dzić ze swo­imi poprzed­ni­kami cho­ciaż kilka dni - zatem jest to coś o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego niż waha­dłowe zawo­że­nie i odbie­ra­nie ludzi z baz. Prze­ka­za­nie zmiany polega na wdro­że­niu zmien­nika w obo­wiązki ope­ra­cyjne, czę­sto wiąże się to ze wspól­nymi wyjaz­dami na patrole. Rota­cja to jed­nak nie tylko kwe­stia ope­ra­cyj­nych wdro­żeń. Jest w tym pro­cesie też sporo aspek­tów tech­nicz­nych: załogi wozów bojo­wych przej­mują pojazdy, logi­stycy maga­zyny z całym ich wypo­sa­że­niem, łącz­no­ściowcy sieci tele­in­for­ma­tyczne i radiowe, ser­wery, bazy danych, sape­rzy prze­ka­zują sobie doświad­cze­nia i sprzęt, medycy przej­mują nasz minisz­pi­tal z całym jego wypo­sa­że­niem, sztab uczy się od swo­ich poprzed­ni­ków - w ciągu kilku dni dzieje się naprawdę dużo. W międzycza­sie pomię­dzy bazami kur­sują dzie­siątki śmi­głow­ców roz­wo­żą­cych ludzi i ekwi­pu­nek. Nad wszyst­kim panuje Mar­cin - nasz szef sztabu, ze swoją ekipą. Ten zespół w gru­pie bojo­wej liczy pra­wie trzy­dzie­ści osób, jest zło­żony z ofi­ce­rów i podofi­ce­rów o róż­nych spe­cjal­no­ściach. To oni odpo­wia­dają za pro­cesy ana­li­tyczne, na pod­sta­wie któ­rych podej­mu­jemy decy­zje. Ufam im - naprawdę świetny skład z dobrym lide­rem. Kom­pe­ten­cje szefa sztabu i mojego zastępcy dają mi spory kom­fort, mam ogromne szczę­ście, że pra­cuję wła­śnie z nimi. Jeste­śmy pry­wat­nie przy­ja­ciółmi, dosko­nale się rozu­miemy. Przed wyjaz­dem obie­ca­li­śmy sobie, że pozo­sta­niemy w dobrych rela­cjach, choćby miały się dziać naj­strasz­niej­sze rze­czy. Two­rząc har­mo­nię pomię­dzy nami, chcemy poka­zać wszyst­kim, że potrzebny jest spo­kój i współ­praca. Każdy z nas poszu­kuje men­tal­nego opar­cia - dajemy je sobie nawza­jem. Jeste­śmy zespo­łem w naj­głęb­szym tego słowa zna­cze­niu.

Roz­mowy z moim poprzed­ni­kiem też mnie mocno uspo­ka­jają. Współ­pra­cu­jemy. Pod­czas rota­cji czę­sto docho­dzi do kon­flik­tów pomię­dzy prze­ka­zu­ją­cymi i przyj­mu­ją­cymi. Ich pod­łoże bywa bar­dzo różne, od sprze­czek o to, kto gdzie ma spać, po zarzuty zwią­zane z nie­pra­wi­dło­wo­ściami w prze­ka­zy­wa­niu cen­nego sprzętu. W takich sytu­acjach pożar zaga­sić mogą wyłącz­nie dobrze współ­pra­cu­jący ze sobą dowódcy obu zmian. Mam wra­że­nie, że jeste­śmy w sta­nie z Pio­trem to wszystko opa­no­wać. Sporo czasu spę­dzamy, dys­ku­tu­jąc o sytu­acji ope­ra­cyj­nej. W naszej wie­dzy na temat pro­win­cji jest nie­stety wiele luk. To ogromny obszar, są dys­trykty, w któ­rych nawet się jesz­cze nie poka­za­li­śmy. Osobną kwe­stią pozo­staje kom­pe­ten­cja i liczeb­ność afgań­skich sił bez­pie­czeń­stwa. Jest ich bar­dzo mało, cyfry zga­dzają się jedy­nie na papie­rze, a zdol­no­ści ope­ra­cyjne są na pozio­mie bli­skim zera. Pra­cują nad nimi zespoły szko­le­niowe, ale efekty, póki co, są bar­dzo marne. Bez Afgań­czy­ków powo­dze­nie naszej misji nie jest moż­liwe. Nie wyje­dziemy stąd, nie mając komu prze­ka­zać odpo­wie­dzial­no­ści.

Po połu­dniu uda­jemy się na spo­tka­nie z lokal­nymi wła­dzami. W budynku oto­czo­nym wyso­kim murem przyj­muje nas guber­na­tor. Męż­czy­zna jest ubrany po euro­pej­sku i zdaje się mieć do nas sporo dystansu. Poznaję też szefa miej­sco­wej poli­cji - Piotr prze­strzega mnie, nie ma do niego zaufa­nia. Raczej nie należy prze­ka­zy­wać mu wraż­li­wych infor­ma­cji, są powody, aby sądzić, że gra na dwa fronty. W spo­tka­niu bie­rze też udział dowódca afgań­skiej bry­gady - witamy się ser­decz­nie, spo­tka­li­śmy się pod­czas mojego reko­ne­sansu i w Pol­sce, w cza­sie jego wizyty u nas. Wydaje się kon­kret­nym face­tem, mówi po rosyj­sku, więc komu­ni­ku­jemy się bez­po­śred­nio. Spod jego śnia­dej skóry prze­bija biały uśmiech, kru­czo­czarne włosy i broda nadają mu piracki wygląd. Czuję do niego nie­uza­sad­nioną jesz­cze sym­pa­tię. Przy­wo­zimy Afgań­czy­kom pre­zent - to kana­rek. Maleńki żółty ptak w ozdob­nej klatce. Wszy­scy uno­szą brwi i uśmie­chają się w geście apro­baty. Szef poli­cji wydaje się szcze­gól­nie zado­wo­lony z tego poda­runku. Nie wiem dla­czego, ale Afgań­czycy utoż­sa­miają Pol­skę z kra­jem, z któ­rego przy­wozi się kanarki, a ten ptak ucho­dzi tutaj za coś nie­zwy­kle eks­klu­zyw­nego... Muszę chyba dowie­dzieć się wię­cej na ten temat.

Póź­nym popo­łu­dniem jemy z Pio­trem kola­cję w sto­łówce. Jest chłodno, raczej ponuro, wio­sna tu jesz­cze na dobre nie zawi­tała. Mamy na sobie zimowe kurtki, kropi mar­z­nący deszcz. Wie­czo­rem spo­ty­kam się z ofi­ce­rami kie­ru­ją­cymi prze­ka­za­niem odpo­wie­dzial­no­ści - wszystko idzie zgod­nie z pla­nem. Za kilka dni powin­ni­śmy być w pełni zdolni do pro­wa­dze­nia ope­ra­cji. Korzy­sta­jąc z chwili samot­no­ści, łapię za tele­fon: wykrę­cam numer do domu. Każdy z nas ma okre­śloną liczbę minut, które może zużyć na roz­mowę z wybra­nym nume­rem. Łączy nas cen­trala woj­skowa. Opo­wia­dam Rodzi­nie o tym, jak prze­bie­gło nasze prze­miesz­cze­nie, jak wygląda mój barak, co jadłem, jaka jest pogoda. Ciężko się słu­cha o tym, co w domu. Chciał­bym być teraz z nimi, ale wiem, że musi jesz­cze upły­nąć mnó­stwo czasu. Wypa­lam papie­rosa - obser­wuję wie­czorne życie bazy. Wraca patrol, trza­skają pan­cerne drzwi samo­cho­dów, grupki żoł­nie­rzy zmie­rzają do sto­łówki, ktoś idzie z ręcz­ni­kiem pod pachą do łaźni. Na chwilę spod chmur wygląda zacho­dzące słońce, tak jakby chciało mru­gnąć do mnie przed zapad­nię­ciem zmroku. Pró­buję się do niego uśmiech­nąć, a niech tam... Może jakoś to będzie.

DZIEŃ IV

Rano budzi mnie hałas lądu­ją­cych śmi­głow­ców - to Chi­no­oki, przy­wożą naszych chło­pa­ków. Ten opa­sły gigant zabiera na pokład po dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy ze sprzę­tem. Wsłu­chuję się w kle­ko­czący odgłos łopat - wylą­do­wało ich co naj­mniej cztery, to ozna­cza pra­wie setkę ludzi. Baza powoli zapeł­nia się, mamy tu teraz dwie zmiany jed­no­cze­śnie. To czas kole­jek na sto­łówce, prze­ła­do­wa­nych łaźni i tłoku wszę­dzie. To też moment, w któ­rym łatwo o błędy - dbamy z Pio­trem o to, aby nasze zakresy odpo­wie­dzial­no­ści nie roz­myły się. Jesz­cze teraz decy­zje ope­ra­cyjne podej­muje on, polem walki zarzą­dza ze sta­no­wi­ska dowo­dze­nia jego bat­tle cap­tain (osoba odpo­wie­dzialna za kie­ro­wa­nie obsadą sta­no­wi­ska dowo­dze­nia). Będzie tak, dopóki nie pod­pi­szemy spe­cjal­nego roz­kazu - tak zwa­nego trans­fer of autho­rity (z ang. prze­ka­za­nie odpo­wie­dzial­no­ści), który da mi moc podej­mo­wa­nia decy­zji i brze­mię odpo­wie­dzial­no­ści.

Więk­szość żoł­nie­rzy grupy bojo­wej dotarła do baz śmi­głow­cami Chi­nook

Po śnia­da­niu zasia­dam na odpra­wie z Ame­ry­ka­nami. Jeste­śmy ope­ra­cyj­nie pod­po­rząd­ko­wani ame­ry­kań­skiej bry­ga­dzie, na czas misji sta­jemy się de facto czę­ścią słyn­nej sto pierw­szej dywi­zji powietrzno-desan­to­wej. Moim prze­ło­żo­nym będzie dowódca trze­ciej bry­gady, noszą­cej przy­do­mek "Cur­ra­hee". Przed wyjaz­dem wzię­li­śmy udział w ćwi­cze­niu w struk­tu­rach tej jed­nostki. Część naszego sztabu wyje­chała wraz ze mną na dwa tygo­dnie do bazy w sta­nie Ken­tucky. Uczy­li­śmy się tam współ­dzia­ła­nia, pozna­wa­li­śmy pro­ce­dury i kul­turę orga­ni­za­cyjną bry­gady. Ame­ry­ka­nie, z któ­rymi dzi­siaj się spo­ty­kam, to zespół łącz­ni­kowy, który będzie ze mną współ­pra­co­wał. Ich zada­niem jest wes­przeć inte­gra­cję naszej grupy bojo­wej z "Cur­ra­hee". Ekipa składa się z żoł­nie­rzy o róż­nych spe­cjal­no­ściach - jest kilku ofi­ce­rów ope­ra­cyj­nych, ludzie z wywiadu, logi­stycy, spe­cja­li­ści od pro­jek­tów pomo­co­wych i pod­ofi­ce­ro­wie zaj­mu­jący się trans­por­tem. Wszyst­kim zarzą­dza Troy Scott - major, który wydaje mi się porząd­nym face­tem. Intu­icja mi pod­po­wiada, że będzie nam się razem dobrze pra­co­wać. To dla mnie bar­dzo ważni ludzie. Wiem, że sporo mogą. Znam Ame­ry­ka­nów - będą nam poma­gać, jeśli będziemy prze­strze­gać pro­ce­dur. Wymie­niamy poglądy na temat sytu­acji w rejo­nie odpo­wie­dzial­no­ści, dys­ku­tu­jemy o pla­nach, prio­ry­te­tach. Przed­sta­wiam im też swój back­gro­und, Ame­ry­ka­nie nie ukry­wają zado­wo­le­nia z tego, że kształ­ci­łem się na ich uczel­niach. Będzie nam łatwiej się poro­zu­mieć i nie cho­dzi tu wyłącz­nie o język - będziemy podob­nie inter­pre­to­wać różne sytu­acje, a to może nam wiele uła­twić. Idę z Troyem na obiad, chcę go bli­żej poznać - czuję, że to może być dla mnie bar­dzo istotna rela­cja. Poza tym wydaje się po pro­stu sym­pa­tycz­nym gościem - ponad ame­ry­kań­skie stan­dardy. Na sto­łówce roz­ma­wiamy jesz­cze nieco o prze­szło­ści. Oka­zuje się, że koń­czył zaawan­so­wany kurs pie­choty w For­cie Ben­ning jakiś czas po mnie. Wspo­mi­namy bagna stanu Geo­r­gia, rzekę Chat­ta­ho­ochee, po któ­rej zwy­kłem pły­wać na canoe, Olson Hall - woj­skowy hotel, w któ­rym obaj miesz­ka­li­śmy przez jakiś czas. Wra­cam pamię­cią do tam­tego czasu - cho­lera, w życiu bym nie pomy­ślał, że to, czego się tam nauczy­łem, będę wyko­rzy­sty­wał jako dowódca grupy bojo­wej w ame­ry­kań­skiej bry­ga­dzie na woj­nie w Afga­ni­sta­nie... Życie potrafi zasko­czyć.

Ciężki sprzęt docie­rał do Afga­ni­stanu czar­te­ro­wa­nymi samo­lo­tami AN124. Każdy z takich kolo­sów zabie­rał po cztery roso­maki

Po obie­dzie spo­ty­kam się z dowódcą zespołu bojo­wego Brawo - przej­mo­wa­nie sprzętu idzie zgod­nie z pla­nem, tech­niki jest ogrom­nie dużo. Emil musi przy­jąć maga­zyny, w któ­rych prze­cho­wu­jemy zapasy - to duża odpo­wie­dzial­ność. Logi­styka nie jest "sexy". O tym nikt w wojen­nych histo­riach nie opo­wiada, a jed­nak bez niej wszyst­kie te opo­wie­ści nie mia­łyby miej­sca. W całym pechu bycia let­nią zmianą, czyli tą przyj­mu­jącą na sie­bie cię­żar walk, mamy szczę­ście przyj­mo­wa­nia sprzętu od zmiany zimo­wej - czyli tej, która go zbyt mocno nie eks­plo­ato­wała. Stany maga­zy­nowe mniej wię­cej się zga­dzają, wozy są w dobrym sta­nie, dostaję od pod­wład­nych pozy­tywne sygnały - wygląda na to, że wej­dziemy w to bagno w czy­stych i suchych butach.

Jedna z naszych baz ope­ra­cyj­nych

Wie­czór znów spę­dzam przy papie­ro­sie, tym razem stu­diuję papiery - jestem bar­dziej sową niż skow­ron­kiem, lubię pra­co­wać w nocy. Po prze­rzu­ce­niu kilku sko­ro­szy­tów zaczy­nam wpa­try­wać się w mapę. Stu­diuję każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy przy­dzie­lo­nego rejonu odpo­wie­dzial­no­ści - tro­chę tak, jak­bym chciał nauczyć się go na pamięć. W gło­wie nie­ustan­nie domi­nuje myśl: "Trudny teren, cho­lera, bar­dzo trudny". Do tego mnó­stwo bia­łych plam, miejsc, o któ­rych nie wiemy nic. Już teraz zdaję sobie sprawę, że abso­lut­nie nie będę w sta­nie kon­tro­lo­wać ruchu w prze­ka­za­nej mi pro­win­cji. To tra­dy­cyjny szlak prze­rzu­towy tali­bów, ważny dla nich ele­ment tak­tycz­nej ukła­danki. Znają to miej­sce jak wła­sną kie­szeń, dzia­łają tu od dekad. Ja zaczy­nam od stu­dio­wa­nia mapy... Nie będzie łatwo - muszę gdzieś sku­pić swój wysi­łek, wszyst­kiego nie da się zro­bić. Czuję, że mam zbyt mało infor­ma­cji, żeby sen­sow­nie obrać prio­ry­tety. Terenu jest zbyt dużo, a wie­dzy zbyt mało.

Przed zaśnię­ciem chwy­tam do ręki jedną z ksią­żek, które przy­wio­złem z domu. Obie­ca­łem sobie nie zabie­rać wojen­nej lite­ra­tury, przy­naj­mniej nie za dużo. Zaglą­dam więc do zaku­pio­nego w Sta­nach Serca Antark­tydy Erne­sta Shac­kle­tona. Zawsze fascy­no­wały mnie polarne wyprawy. Opo­wie­ści o tych z początku ubie­głego wieku są prze­peł­nione lider­ską mądro­ścią. To histo­rie o ludziach wal­czą­cych z prze­ciw­no­ściami losu - pomimo że temat jest tak odle­gły od mojej obec­nej rze­czy­wi­sto­ści, czuję pewien zwią­zek. Afga­ni­stan jest moim bie­gu­nem... ren­dez-vous z prze­zna­cze­niem, jak mawiali wielcy podróż­nicy. Chwilę jesz­cze roz­my­ślam nad ostat­nim zda­niem: czas pokaże, czy to miej­sce ma coś wspól­nego z moim prze­zna­cze­niem, na pewno to ren­dez-vous będzie miało wpływ na mój dal­szy los, ale prze­zna­cze­nie? Sam nie wiem. Odpa­dam.

(...) DZIEŃ VI

Zimą przed prze­rzu­tem naszej jed­nostki do Afga­ni­stanu byli­śmy w Pak­tice na reko­ne­san­sie. Wraz z kil­koma ofi­ce­rami spę­dzi­łem tu pra­wie dwa tygo­dnie. Przy­glą­da­łem się spe­cy­fice ope­ra­cyj­nej, roz­ma­wia­łem ze swoim poprzed­ni­kiem, uczy­łem się pro­ce­dur i słu­cha­łem wnio­sków. Miało to sens, choć nie do końca, bo zima i lato w Afga­ni­sta­nie to dwa kom­plet­nie inne stany. Sezon wojenny roz­po­czyna się wraz z zej­ściem śnie­gów z dolin. Tali­bo­wie przy­by­wają tu ze swo­ich kry­jó­wek w maju. Pro­wa­dzą walki do paź­dzier­nika, potem znów opusz­czają to miej­sce. Zimę spę­dzają zazwy­czaj na tery­to­riach ple­mien­nych w Paki­sta­nie. Odpo­czy­wają, szkolą się, opa­trują rany i orga­ni­zują na nowo, by ude­rzyć ponow­nie na wio­snę.

Pust­ko­wie przy gra­nicy z Paki­sta­nem. Sie­dząc na wieży wozu, zasta­na­wiam się, co tu wła­ści­wie robię

Zima, którą zasta­li­śmy pod­czas reko­ne­sansu, była wyjąt­kowo sroga, padał gęsty śnieg, wstrzy­mano loty do małych baz, nie mogli­śmy wydo­stać się z Sza­rany. Po kilku dniach koczo­wa­nia w namio­cie przej­ścio­wym przy­le­ciał po nas pol­ski samo­lot trans­por­towy. Nasi piloci zro­bili to, czego nie robił wtedy nikt: przy­le­cieli po swo­ich kole­gów - po nas. Pamię­tam, że jeden z koczu­ją­cych z nami wtedy Ame­ry­ka­nów powie­dział: "Wstyd mi, że musi mnie zabie­rać samo­lot jakiś innych sił powietrz­nych niż ame­ry­kań­skie...". Cóż, nie ukry­wam - mia­łem wów­czas swój moment satys­fak­cji. CASA (nazwa woj­sko­wego samo­lotu trans­por­to­wego) z biało-czer­woną sza­chow­nicą zabrała wtedy wszyst­kich ocze­ku­ją­cych od kilku dni na lot żoł­nie­rzy. Wspa­niale jest cza­sem posta­wić stopę na pokła­dzie pol­skiego samo­lotu.

Sporo czy­ta­li­śmy pod­czas tego wycze­ki­wa­nia. Przej­rza­łem więk­szość pro­ce­dur - uśmia­li­śmy się z Pio­trem, zwłasz­cza stu­diu­jąc jeden z tomów - Tech­niki nisz­cze­nia sprzętu. To był zestaw porad na to, jak naj­sku­tecz­niej wysa­dzić w powie­trze wła­sny pojazd, wła­sne radio albo jakieś inne urzą­dze­nie, chro­niąc je w ten spo­sób przed dosta­niem się w ręce prze­ciw­nika. Nie byli­śmy dotąd na takiej woj­nie, na któ­rej ktoś mógłby zmu­sić nas do wysa­dze­nia w powie­trze wła­snego sprzętu - to brzmiało dla nas kom­plet­nie abs­trak­cyj­nie. Co musia­łoby się wyda­rzyć, żebym wysa­dził wła­sny trans­por­ter? Pamię­tam, że powie­dzia­łem wtedy: "Ktoś musiałby być albo cho­ler­nie odważny, albo mieć cho­ler­nie dobry powód, żeby znisz­czyć wła­sny wóz wart miliony". Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że już za kilka mie­sięcy przyj­dzie nam oso­bi­ście wyka­zać się taką odwagą.

Roso­mak: ceniony przez żoł­nie­rzy koń robo­czy grupy bojo­wej

Kilka tygo­dni po tej żar­to­bli­wej kon­wer­sa­cji wysy­łam Pio­tra na połu­dnie strefy - chcę, żeby zapo­znał się ze spe­cy­fiką tego regionu, ja sku­piam uwagę na pół­nocy i cen­trum. Wiem, że mój zastępca dokona rze­tel­nej oceny. Sam wszyst­kiego nie ogarnę, a Piotr będzie słu­żył fachową poradą w trud­nych momen­tach. Ufam mu. Nad ranem wyla­tuje w jed­nym z dwóch śmi­głow­ców woj­sko­wych UH60 star­tu­ją­cych do bazy Wazi Khwa. Wra­cam do swo­ich obo­wiąz­ków - odprawy, roz­kazy, wide­okon­fe­ren­cja, wizyta u szefa poli­cji. Po powro­cie dowia­duję się, że Piotr jest już na miej­scu - dołą­czył do patrolu, wyje­chali z bazy. Mają w pla­nie prze­jazd przez kilka klu­czo­wych miejsc. Zarówno on, jak i pozo­stali żoł­nie­rze zespołu Char­lie muszą poznać teren, poczuć oto­cze­nie, wejść w kon­takt z miej­scową lud­no­ścią. Takie prak­tyki na początku misji nazy­wamy bat­tle field cir­cu­la­tion (z ang. objazd rejonu odpo­wie­dzial­no­ści) - to po reko­ne­san­sie i prze­ka­za­niu obo­wiąz­ków trzeci, bar­dzo ważny moment ini­cjo­wa­nia misji.

HMMWV: obok roso­maka drugi pod­sta­wowy pojazd w gru­pie bojo­wej

Wcze­snym popo­łu­dniem dostaję sygnał ze sta­no­wi­ska dowo­dze­nia, że patrol Pio­tra ma kło­poty... Pod jed­nym z pojaz­dów eks­plo­do­wał ładu­nek wybu­chowy, praw­do­po­dob­nie uło­żone jedna na dru­giej poso­wiec­kie miny prze­ciw­pan­cerne. Chło­paki mieli dużo szczę­ścia - są zła­ma­nia i inne obra­że­nia, ale wszy­scy żyją... Wzy­wamy śmi­gło­wiec medyczny - ame­ry­kań­ski mede­vac (z ang. ewa­ku­acja medyczna). To nasz pierw­szy raz - cho­lera, mieli dużo szczę­ścia... Pojazd jest nie­zdolny do dal­szej jazdy, ale się nie pali. Dumamy, co z tym wszyst­kim zro­bić, w tym cza­sie na miej­sce zda­rze­nia przy­la­tuje wezwany śmi­gło­wiec. Ame­ry­ka­nie spraw­nie zabie­rają ran­nych chło­pa­ków. Roz­ma­wiam z Pio­trem przez tele­fon sate­li­tarny, za dużo nie możemy poga­wo­rzyć, trzeba oszczę­dzać bate­rie. Są w doli­nie - w miej­scu oto­czo­nym górami, prak­tycz­nie unie­ru­cho­mieni przez ster­czący przy dro­dze wrak. Dookoła kilka zabu­do­wań, z dachów obser­wują ich ludzie. Nie możemy porzu­cić pojazdu - tego zabra­niają pro­ce­dury. Decy­du­jemy się pozo­sta­wić patrol w tere­nie na noc, chło­paki mają zmie­nić pozy­cje, zna­leźć dobre miej­sce do ewen­tu­al­nej obrony, obser­wo­wać znisz­czony HMMWV (skrót od nazwy pojazdu woj­sko­wego: High Mobi­lity Mul­ti­pur­pose Whe­eled Vehicle - wie­lo­za­da­niowy pojazd kołowy o wyso­kiej mobil­no­ści, to obok roso­maka jeden z pod­sta­wo­wych pojaz­dów w gru­pie bojo­wej).

Burza nad bazą. Pogoda też ma tu coś do powie­dze­nia

Tym­cza­sem ja pró­buję zapo­trze­bo­wać w bry­ga­dzie pojazd ewa­ku­acyjny, który mógłby odho­lo­wać wrak. Nie jest łatwo to zor­ga­ni­zo­wać. Na połu­dniu mamy bar­dzo mało logi­styki. Pod wie­czór w tere­nie wokół patrolu zaczyna się ruch, na wzgó­rzach co jakiś czas bły­skają świa­tła moto­cy­kli, naj­wy­raź­niej ktoś obser­wuje nasz patrol. Roz­ma­wiam jesz­cze raz z Pio­trem - usta­lamy, że wezwę samo­lot. Prze­pro­wa­dzimy misję, którą nazy­wamy show of force. Pokaz siły to niski prze­lot - zazwy­czaj na kil­ku­dzie­się­ciu metrach. Taki śro­dek zapo­bie­gaw­czy z reguły odstra­sza poten­cjal­nych napast­ni­ków. Chło­paki z patrolu nie boją się otwar­tego star­cia, ale oba­wiamy się, że przez noc tali­bo­wie zami­nują wszyst­kie drogi wyj­ścia z doliny i nad ranem stra­cimy w tej pułapce kolejną załogę. Nasz kon­tro­ler lot­ni­czy, tak zwany JTAC (skrót od Joint Tac­ti­cal Air Con­tro­ler, osoba odpo­wie­dzialna za koor­dy­na­cję misji lot­ni­czych), zapo­trze­bo­wuje prze­lot. Mamy zgodę - za kil­ka­na­ście minut ciszę nad doliną roze­rwie huk odrzu­to­wego sil­nika, a mówiąc bar­dziej pre­cy­zyj­nie, kilku sil­ni­ków... Teraz dowia­du­jemy się z sieci dowo­dze­nia, że poleci do nich bom­bo­wiec stra­te­giczny B1B. Lan­cer to ogromny samo­lot. Skon­stru­owano go w latach osiem­dzie­sią­tych po to, by siać ato­mową apo­ka­lipsę w głębi tery­to­rium Związku Radziec­kiego. Jest duży, szybki i potrafi latać bar­dzo nisko, zwłasz­cza w nocy...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki