Prolog
Nazywam się Marcin Szymański, byłem dowódcą grupy bojowej w Afganistanie. Chcę Ci opowiedzieć historię, która jest częścią
tragicznych kolei losu tego kraju. Lata temu, kiedy jako młody oficer
zaczytywałem się w wojennej literaturze, trafiło w moje ręce kilka
pozycji opisujących walki w Hindukuszu. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiły
na mnie te historie. Przeczytałem szereg zeszytów dokumentujących krwawe
doświadczenia Rosjan i Brytyjczyków. Jeden z anglosaskich tytułów w tłumaczeniu na język polski brzmiał Wojownicy górskich dróg. Ten
przekaz mocno zapadł w moją pamięć. Czytałem po nocach, bez wytchnienia
- nie przypuszczałem wówczas, że stanę się jednym z nich: "wojowników
górskich dróg". Nie spodziewałem się też, że moja historia wypełni
kolejny rozdział afgańskiej opowieści.
W góry trafiłem w dwa tysiące ósmym roku, dowodząc batalionem piechoty.
Dobrze pamiętam dzień, w którym na jednym z poligonów wezwano mnie do
namiotu dowódcy Wojsk Lądowych. Generał uścisnął mi dłoń i powiedział:
"Panie Szymański, pojedzie pan ze swoim batalionem do Afganistanu,
szykujcie się". Trudno opisać to, co czułem, słysząc te słowa.
Domyślałem się, że to się wydarzy, z drugiej jednak strony człowiek
nigdy nie jest gotowy na taką wiadomość. Za kilka miesięcy mieliśmy się
znaleźć w legendarnym Hindukuszu... Miałem wykorzystać ten czas, aby
przygotować dowodzoną przeze mnie jednostkę i siebie samego do wielkiej
próby. Nie byliśmy komandosami rodem z filmowych produkcji, nie byliśmy
elitą elit ani nawet agentami tajnych służb. Nie było wokół nas żadnej
otoczki, legendy - żadne media, żadna chwała, żadne spektakularne akcje.
Stanowiliśmy zwykłą, cholerną piechotę, którą nikt się zbytnio nie
przejmował. Byliśmy chłopakami od czarnej roboty, nikt z nas nie marzył
o pochwyceniu bin Ladena, nikt też nie miał złudzeń co do tego, że
dokonamy jakiegoś wielkiego przełomu. Do nas należał mozół wojny - setki
patroli, konwojów, budowa i obrona baz, brutalna monotonia zwyrodniałej
rzeczywistości. Na nas też spoczywał największy ciężar walk z trudnym i zmotywowanym przeciwnikiem. Naszą codziennością była ciężka i niebezpieczna praca, którą w zasadzie mało kto dostrzegał. Byliśmy
mrówkami w gigantycznym kopcu, którego układanie nigdy się nie kończyło.
Są tacy, którzy twierdzą, że nie byliśmy na wojnie. Są tezy, naukowe
analizy, doktrynalne definicje i porównania, głosy w sprawie, artykuły i dyskusje. Według niektórych to, przez co przeszliśmy, nie zasługuje na
miano "wojna". Ja jednak jestem zdania, że każde pokolenie, w tym i nasze, miało swoją wojnę. Dla nas, czterdziestolatków, córek i synów
bohaterów lat osiemdziesiątych, wojną był Afganistan. Szliśmy w jej
objęcia z różnych powodów, niektórzy dla pieniędzy, inni z przekonania,
jedni z wiary, drudzy z potrzeby czy z ciekawości. Moja ścieżka miała
swój początek gdzieś w głębi serca - byłem idealistą. Wierzyłem w Wojsko
Polskie, jego spuściznę i misję. Nie wyobrażałem sobie, że tam, gdzie
biało-czerwona może być bardziej krwistoczerwona niż biała, mogłoby mnie
nie być...
Doświadczając tego, co mnie potem spotkało, nazwałem w swojej
świadomości wojną - poczułem ją, odnalazłem i zrozumiałem pozaksiążkowy
sens. Zobaczyłem ją oczami tych, których Afganistan postawił na mojej
drodze. Jako oficer dowódca doświadczałem zmysłami rannych kolegów,
dotykałem trumien poległych dłońmi ich rodzin, patrzyłem oczyma głodnych
dzieci i przerażonych matek, serce broczyło mi goryczą zrozpaczonych
ojców. Czym zatem jest dla mnie wojna? Czym był Afganistan? Wojna to
stan umysłu, w którym przemoc, strach, gorycz, nienawiść i ból rezonują
równie namacalnie jak radość, spokój, przyjaźń i miłość w świecie, który
na co dzień nas otacza. To odwrotność normalności, zaprzeczenie tego, co
kojarzymy z równowagą. Można nie być na wojnie, jednocześnie jej
doświadczając, można też tam być, jej nie dostrzegając. Ja byłem i doznałem...
Wojna to doświadczenie, które niczym stalowy wrak pozostaje na zawsze w głębi ludzkiej świadomości. To coś, co niby znika, ale pozostaje. Są
umysły, które rozpuszczają wraki w rdzy zapomnienia, większość ludzi
świadomych zachowuje jednak te pamiątki w otchłani własnych wspomnień.
Chcesz do nich zejść czy nie - one ciągle będą w tobie trwać. Podobnie
wojenne retrospekcje kształtują tych, którzy ich doświadczyli. Niby ich
nie ma, ale są... Wrak wojennych wspomnień czasem pozostaje nietykalną
mogiłą, z której incydentalnie wypłynie na powierzchnię bańka
krwistobrunatnych relikwii. Bywa jednak, że weterani schodzą pod
powierzchnię swojej świadomości. Gdy mrok jest zbyt gęsty, przetrząsają
kadłuby wojennych wraków, zanurzając się tam z przyjaciółmi. Gdy ich
wokół nie ma, schodzą tam ze specjalistami od nurkowania w ludzkiej
świadomości. Dla niektórych z nas ciemność i zgrzyt bolesnych wspomnień
są zbyt przerażające - taki podwodny cmentarz, zatopiony w świadomości
człowieka, potrafi być destrukcyjny. Przyciąga jak magnes, zasysa
niewidzialną siłą prosto w jądro ciemności, czasem bywa za późno na
ucieczkę.
Doświadczenie - choćby najbardziej bolesne, stanowi jednak cenną naukę.
Pisanie o wojnie jest próbą zabrania Ciebie do głębin, w których
spoczywa mój wrak. Nauczyłem się po nim poruszać, choć są jeszcze drzwi,
które rzadko otwieram. Zejdziemy tam, trzymając się za ręce - wrócimy na
powierzchnię, po czym sama/sam zdecydujesz, czy to, na czym kwitnie dziś
moja rafa, może posłużyć budowaniu refleksji. Czy może to być początek
drogi czyniącej Twoje życie lepszym bez potrzeby doświadczania wojny.
Może Twoje pokolenie albo pokolenie Twoich dzieci będzie pierwszym,
które korzystając z doświadczeń innych, nie będzie miało swojej wojny.
Chciałbym przemówić głosami braci i sióstr, którzy doświadczali wojny
wraz ze mną. Nie mam jednak odwagi, żeby oświadczyć, że piszę w imieniu
przyjaciół, ofiar czy ludzi, którzy współuczestniczyli w zdarzeniach
będących treścią mojego przekazu. Każdy z nas przeżywał to na swój
sposób i każdy ma swoją historię. Piszę jednak z myślą o nich -
wspominam żołnierzy grupy bojowej, naszych towarzyszy broni, Amerykanów
i Afgańczyków. Przywodzę też na myśl bezimiennych bohaterów -
mieszkańców wiosek południowego Afganistanu, ludzi, którzy pomimo
wojennej zawieruchy i skrajnego ubóstwa próbowali po prostu żyć z dnia
na dzień. To właśnie oni pokazali mi, ile szczęścia mamy, rodząc się
Europejczykami. Dzięki nim zrozumiałem, jak bardzo cenne są wolność i bezpieczeństwo. Oni nauczyli mnie doceniać rzeczy, które nam, członkom
społeczności zachodniej cywilizacji, wydają się oczywiste.
Elektryczność, woda, jedzenie czy dostęp do opieki medycznej to rzeczy,
które dla Afgańczyków są i jeszcze długo będą wymarzonym komfortem. To
właśnie ich postawa stała się dla mnie świadectwem tego, jak wiele może
znieść człowiek. Nigdy przedtem ani potem nie poznałem ludzi tak ciężko
doświadczonych przez los. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że w sytuacji, którą nazwałbym beznadziejną, może zakiełkować ziarno nadziei.
Nigdy też nie spodziewałem się, że ten wątły owoc naszej wspólnej pracy
zostanie tak brutalnie zgnieciony twardą podeszwą politycznych
kalkulacji. Nigdy nie czułem się tak bezsilny i oszukany, jak w dniu, w którym obserwowałem na ekranie telewizora zdesperowanych ludzi
czepiających się na lotnisku w Kabulu kół amerykańskiego samolotu. Nigdy
bardziej niż teraz nie pragnąłem napisać książki - z myślą o tych,
którzy tam pozostali.
Jaki format mają moje zapiski? Cóż, przede wszystkim są to szczere i osobiste refleksje oparte na doświadczeniach, które zdobyłem podczas
służby w Afganistanie. Od zawsze pisałem dzienniki - uważam ten zwyczaj
za część mojego dialogu z samym sobą. Zapraszam Cię do wsłuchania się w tę dyskusję. Misja wojskowa nie ma wiele wspólnego z filmem przygodowym
- dzieje się wiele, ale zdarzają się też dni, czasem nawet tygodnie,
mozolnej i frustrującej monotonii. Poniżej przytaczam relacje z okresów
wypełnionych zdarzeniami, które moim zdaniem mogą stanowić bazę do
wyrobienia poglądu o tym, co tak naprawdę wydarzyło się w Afganistanie.
Książka ma formę dziennika, częściowo są to cykle następujących po sobie
dni, zdarzają się też pauzy, które oznaczam wypełnionym trzykropkiem
nawiasem. W tekście celowo zmieniłem personalia wszystkich Afgańczyków
oraz część personaliów polskich żołnierzy. Zapraszam pod hełm dowódcy
trzeciej zmiany Polskiej Grupy Bojowej w Afganistanie.
Dziennik
Sześćdziesiąt dni dowódcy grupy bojowej
DZIEŃ I
Przerzut w rejon misji to zawsze trudny moment - wiem to już z doświadczenia, kilka lat temu służyłem w Iraku. Pożegnania, długie loty
transportowymi samolotami, bazy transferowe, dźwiganie bagaży, zmiana
klimatu, zmiana żywności, spanie w stuosobowych namiotach, w których
nigdy nie jest ani ciemno, ani cicho. Miałem już okazję to sprawdzić na
własnej skórze... Tym razem ostatnie popołudnie spędzam z Rodziną. Jest
początek maja, mimo to za oknem chłód - bawimy się z Synem na podłodze w domu. Lubi klocki - mamy ich całą skrzynię, kupiłem kiedyś lego na
kilogramy i teraz składamy z tego złomu najróżniejsze konstrukcje.
Najczęściej naszym dziełem są wymyślne pojazdy kosmiczne. Obserwuję
Syna, siedząc na dywanie. Moje ręce budują jakiś kolorowy kształt, ale
wzrok mam przykuty do maleńkiej sylwetki siedzącego przede mną chłopca.
Jest dzielnym przedszkolakiem, przekochanym, przezabawnym - widzę w nim
sporo siebie, choć wszyscy wokół mówią, że bardziej jest podobny do
swojej Mamy. Teraz chłonę jego obraz, próbując zapamiętać jak najwięcej
szczegółów. Trochę tak, jakbym chciał zapisać to w pamięci, zeskanować,
zabrać, ukryć gdzieś w zakamarkach umysłu.
Włożyłem sporo wysiłku w to, żeby wytłumaczyć mu w prosty, dziecięcy
sposób, co się dzieje: "Tatuś wyjeżdża, nie będzie mnie do jesieni...
Spędzisz z Mamusią wiosnę i lato, a potem - jak przyjadę, pojedziemy na
narty. Będzie dużo śniegu i będę cię uczył jeździć na nartach, tylko
musimy wytrzymać do jesieni. Wyobraź sobie: mnóstwo śniegu, prawdziwe
narty, będziesz miał kask i takie gogle jak narciarze - zabiorę Cię w góry." Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyć dziecku to, co ma się dziać do
jesieni - gdzie i po co jadę. Czasem zastanawiam się nad tym, czy w ogóle powinien o tym wiedzieć. Co z tego zbuduje jego dziecięcy umysł?
Jak to przetworzy i co w nim pozostanie? Umówiliśmy się z Żoną, że
będzie mu pokazywać moje zdjęcia, postawiliśmy kilka ramek w jego
pokoju, tak żeby czuł moją obecność. Unikamy rozmów, które mogłyby
wzbudzić jego niepokój. Kilka dni temu, na spacerze w lesie coś tam
próbowałem wytłumaczyć: "Jadę do kraju, który jest bardzo daleko, o wiele dalej niż mieszkają Babcia i Dziadek, tam są bardzo wysokie góry i bywa bardzo ciepło. Tata musi ochronić tych, którzy tam mieszkają, przed
złymi ludźmi. Jadę z kolegami - z panem Piotrem, z Marcinem, po to, żeby
źli się wystraszyli i odeszli. Będą się nas bali, kiedy tam będziemy,
nic się nam nie stanie, bo jesteśmy bardzo dobrymi żołnierzami". Staram
się skrzętnie wylawirować z odpowiedzi na pytania "kim są ci źli?",
"dlaczego przyszli?" i "co mogą zrobić, jak kogoś złapią?"... To wszystko
zbyt trudne - chyba nawet dla mnie.
Wojna z talibami, rozpoczęta kilka lat temu przez Amerykanów jako odwet
po zamachach z jedenastego września, teraz jest już sprawą NATO. Świat
obserwuje Hindukusz, uchwalono kilka rezolucji ONZ sankcjonujących
działania naszych wojsk w Afganistanie. Jak to zwykle jednak bywa w przypadku tego rodzaju awantur, sytuacja nie jest jednoznaczna i czarno-biała, a granica pomiędzy dobrem i złem czasem mocno się zaciera.
Trudne to wszystko - czasem zbyt trudne dla mnie. Staram się jednak
myśleć, że wiem, po co tam jadę.
Ufam Żonie - mamie mojego Syna, jest psychologiem, zna się na tym, wiem,
że jeśli Maluch będzie o mnie dopytywał, wytłumaczy mu wszystko - pomimo
tego, że jej też nie jest łatwo. Chciałbym im obojgu obiecać, że wrócę,
ale sam sobie w to na sto procent nie wierzę. Kiedy kilka lat temu
jechałem do Iraku, ogarniała mnie ciekawość. To było coś z pogranicza
entuzjazmu i zapału. Teraz jest inaczej. Dręczy mnie niepokój. W mojej
głowie uporczywie gnieździ się myśl "co, jeśli?". Kilka miesięcy przed
wyjazdem zabrałem Żonę na sylwestra do jednego z lepszych lokali w mieście - spędziliśmy tę noc z przyjaciółmi, to miał być wspaniały czas:
udawałem. O północy życzyłem samemu sobie wyłącznie tego, żebym przeżył
ten rok. Dziękowałem losowi za to, że nikt mnie nie spytał "czego ci
życzyć, Marcinie?". Nie pomogły szklanki dobrego alkoholu, śmiech,
zabawa, wyśmienite jedzenie - niepokój tańczył ze mną tamtej nocy do
białego rana. Potem, kiedy zmęczeni szliśmy spać, wślizgnął się
bezczelnie pod kołdrę...
Teraz układam Małego do snu. Czytam mu książkę, potem jeszcze trochę
dyskutujemy po ciemku. Wreszcie jego uścisk słabnie, sapie miarowo, a ja
chłonę ten rytm, tak jakbym chciał go zabrać ze sobą tam, gdzie mam
nastraszyć złych ludzi. Jeszcze chwilę pozostaję przy nim, staram się
nasiąknąć jego ciepłem, dziecięcą energią, która mam nadzieję, że da mi
siłę w trudnych chwilach. Muszę tu wrócić, do diabła, muszę... Kiedy
siadamy z Angeliką przy herbacie, mam już na sobie mundur. Cały mój
sprzęt jest od kilku dni spakowany w jednostce, w domu pozostał jedynie
mały plecak z osobistymi rzeczami. Dokumenty, odtwarzacz MP3, słuchawki,
notes, butelka wody, pudełko ciastek, kilka książek - tyle... Cały mój
osobisty majdan mieści się w małym plecaku patrolowym. Reszta bagażu -
wielki plecak i zasobnik, które jadą ze mną na wojnę, to standardowe
wyposażenie żołnierza. Ta proporcja dobrze obrazuje to, czym będzie
wypełnione moje życie przez kolejne pół roku. Pijemy herbatę,
zawieszając wzrok na ekranie telewizora. Oboje chyba nie wiemy, o czym
rozmawiać. W takiej chwili w głowach kłębią się myśli, których lepiej
nie wypowiadać. Chciałbym już wyjść - to trwa zbyt długo, nie lubię
pożegnań, chwil, w których wiadomo, że za moment musi się wydarzyć coś
niechcianego. Około dziesiątej wieczorem zza okna dobiega głos silnika -
to samochód wojskowy, przyjechali po mnie. Wstaję z kanapy, w drzwiach
przytulamy się bardzo mocno.
- Uważaj na siebie - szepcze do mnie Angelika.
- Nie martw się, wrócę na pewno, wrócę... Poradzimy sobie, bądźcie
dzielni.
Zamykające się drzwi gaszą snop światła, chwytam za klamkę drzwi
samochodowych. W aucie siedzi mój kierowca i Jarek - pseudonim Krycha,
najstarszy podoficer w batalionie. Witamy się uściskiem dłoni.
- Jak tam, Wodzu, ruszamy?
- Tak, zróbmy co trzeba i wracajmy.
Ruszamy - spoglądam jeszcze na drzwi do domu, potem chowam obrączkę do
plastikowego woreczka, który skrupulatnie pakuję do plecaka. Nie chcę
jej zgubić, nie chcę też, żeby dostała się w ręce kogoś, kto mógłby
znaleźć mnie rannego albo zabitego. Z biżuterii pozostaje na mnie
wyłącznie wojskowy nieśmiertelnik: Marcin Szymański, syn Mariana, ABrh+.
DZIEŃ II
Tym razem na teatr działań wojennych, jak zwiemy rejon misji,
przemieszczamy się wyczarterowanym samolotem cywilnym. Przed wejściem do
boeinga wyciągamy zamki z broni, kontroluje to kilku sierżantów. Broń
układamy pod fotelami, plecaki w lukach bagażowych. Stewardessy prowadzą
instruktaż, wszystko wygląda dokładnie tak, jak przed startem do lotu na
wakacje. Po oderwaniu się samolotu od ziemi patrzę z góry na światła
miasta. Staram się projektować w głowie emocje, które będą mi
towarzyszyć podczas powrotu. Kilka rzędów za mną siedzi mój zastępca -
Piotr, teraz podchodzi, nachyla się nade mną i mówi:
- Marcin, nie martw się - to zawsze tak jest, że jak się gdzieś nie chce
jechać, to potem okazuje się, że jest fajnie! - Obaj śmiejemy się w głos, groteskowo, jak aktorzy w taniej tragikomedii.
Namiot w bazie przejściowej
- Tak, bracie, tak właśnie będzie! Fajnie... - odpowiadam.
Z Piotrem znamy się dość długo, szliśmy tą samą ścieżką kariery.
Uwielbiam tego faceta - nigdy nie opuszcza go poczucie humoru, z takimi
ludźmi można iść choćby na koniec świata. Po kilku godzinach lądujemy w bazie lotniczej Manas w Kirgistanie, to przystanek przed lądowaniem w Afganistanie. Stąd wylatują już tylko i wyłącznie wojskowe statki
powietrzne. Przed nami kilkanaście godzin oczekiwania. Przemieszczamy
się wraz ze swoimi klamotami do namiotów w tak zwanym RSOI. To skrót od
amerykańskich słów: reception, staging, onward movement, integration
(przyjęcie, wyczekiwanie, ruch, integracja). Nazwano tak rejony
przejściowe, do których przerzuca się żołnierzy przed dostarczeniem ich
do konkretnych miejsc na teatrze działań wojennych. W ogromnym,
oświetlonym jarzeniówkami namiocie stoi kilkadziesiąt piętrowych łóżek.
Zajmujemy z chłopakami wolny kąt. Jest spory ruch, gwar, ludzie wchodzą,
wychodzą. Jedni rozmawiają, inni śpią, grają w karty, czytają. Powietrze
ponad nami co jakiś czas rozrywa huk startujących samolotów. Izoluję się
od tego za pomocą słuchawek i muzyki. Potrzebuję czegoś spokojnego,
sprzyjającego koncentracji i relaksowi. Zawsze lubiłem Dead Can Dance,
teraz głosy Lisy i Brendana przesiąkają mnie na wskroś, napięcie
odpuszcza. Osiągam chwilowy spokój, udaje mi się zdrzemnąć.
Po kilku godzinach przerywanego snu budzi mnie jęk sprężyn nade mną.
Młody Amerykanin pakuje swój plecak na górną pryczę. Potem siada na
swojej skrzyni obok łóżka i majstruje przy broni. Leżąc bez ruchu,
przyglądam mu się: na oko 25 lat, mocno zniszczony mundur, brudne,
niedbale zawiązane buty, pociągła twarz, wypłowiałe od słońca włosy,
zarost, przeżarte brudem dłonie. Ten chłopak wraca do domu. Po
kilkunastu minutach odzywa się do mnie: "Obudziłem cię?". Zaczynamy
small talk, okazuje się, że jest z Fresno - miasta w Kalifornii, przez
które zdarzało mi się przejeżdżać. Służy jako kapral w piechocie,
właśnie wraca do Stanów po roku w Kandaharze. Przeżył i zobaczył wiele -
opowiada o tym co nieco. Tak mija nam godzina. Potem, już na zewnątrz,
przy papierosie, wspomina o tym, że trafił do armii, żeby zdobyć
pieniądze na studia... Jeff pochodzi z niezamożnej rodziny, w której
wszyscy byli przeciwni jego decyzji o wstąpieniu wojska, ale on się
uparł. Teraz będzie studiował. Kiwa głową, kiedy dowiaduje się, że
lecimy do Paktiki - to południowy wschód Afganistanu, jeden z cięższych
operacyjnie regionów, wszyscy o tym wiedzą. Opowiada mi trochę o tym, co
słyszał - jego przekaz nie napawa mnie szczególnym optymizmem. Siedzimy
na ławkach w palarni, jest jeszcze noc, choć na wschodzie niebo już
skrzy się miedzianym pomarańczem. Jeff wyciąga z kieszeni w mundurze
uszyty z wojskowej tkaniny woreczek. Rozwiązuje rzemyk, wyciąga
delikatnie jakiś przedmiot - to zrobiony z drewnianych kulek różaniec.
- Zobacz, zrobiła to dla mnie moja mama: na szczęście. Miałem go ze sobą
cały czas. Ona chciałaby, żeby teraz chronił kogoś innego - tobie może
się przydać, weź go, ale obiecaj, że będziesz nosił go ze sobą.
Jestem tym cholernie wzruszony, nie wiem, co powiedzieć. Patrzę na ten
mały przedmiot w rękach Jeffa i głos mi więźnie w gardle. Znamy się
godzinę - przypadkowo spotkany facet, łączy nas wojna, z której on
wraca, a ja właśnie się w nią pakuję. Daje mi coś, co jest dla niego
bardzo ważne...
Przelot do bazy Szarana samolotem C-130 Hercules
- To piękna i bardzo wartościowa rzecz, jesteś pewien, że chcesz mi to
dać? - Kiwa głową. Ściskam jego dłoń, zaciągam starannie rzemyk i chowam
woreczek w kieszeni na piersi. To dla mnie znaczący moment, mogłem po
prostu przespać te kilka godzin i wsiąść do samolotu, tymczasem los
postawił na mojej drodze Jeffa. Wszechświat daje mi jakiś znak, tylko
jak go odczytać? Przybijamy jeszcze piątkę, klepiemy się po plecach, po
czym znikamy ze swojego życia: ja w drodze na wojnę, Jeff do domu, do
mamy.
Pakuję się z częścią sztabu do C-130 (samolot transportowy nazywany
również Herculesem). Lecimy do naszej bazy głównej - do Szarany. Musimy
być tam wcześniej niż pozostała część grupy bojowej, naszym zadaniem
jest organizacja i nadzorowanie przejęcia odpowiedzialności za strefę.
Logistycznie to arcytrudne zadanie. Grupa bojowa liczy ponad tysiąc
żołnierzy - wszyscy muszą trafić w odpowiednim czasie w odpowiednie
miejsca. Większość z nich poleci śmigłowcami, co oznacza, że muszą
jeszcze znaleźć się w bazie Bagram, do której zawiozą ich samoloty
transportowe. Przejmujemy od drugiej zmiany pięć baz w zachodniej
Paktice. To spory obszar: pas szeroki na dziewięćdziesiąt i długi na
dwieście kilometrów. Nie da się tam dotrzeć w żaden inny sposób niż
śmigłowcem. Jedynie w naszej bazie głównej w Szaranie mamy do dyspozycji
pas startowy, na którym mogą lądować transportowe samoloty.
Hercules nabiera prędkości, po czym wzbija się stromo w powietrze. Na
pokładzie jest gorąco. Wnętrze ładowni wypełnia hałas komponowany
mieszanką ryku silników i szumu powietrza. Od czasu do czasu wstaję,
żeby spojrzeć przez małe okienko na to, co pod nami. Jak okiem sięgnąć
góry. Brąz i szarość poprzecinana bielą łach śniegu - żadnych oznak
ludzkiej egzystencji. Na lotnisku wita mnie mój poprzednik, dowódca
grupy bojowej w drugiej zmianie - Piotr. Cieszy się z mojego przylotu -
nie dziwi mnie to. Zabieramy razem mój sprzęt do kontenera, w którym
spędzę kilka następnych miesięcy. Po wspólnym posiłku palimy papierosy.
- To co, Marcin, ruszamy z tym koksem?
- Jasne, ruszamy - odpowiadam, wstając z drewnianej ławki.
Tak zaczyna się nowy, wyjątkowy rozdział w moim życiu, co z niego we
mnie pozostanie? Na jak długo?
DZIEŃ III
Zaczynam od czytania raportów z ostatnich kilku tygodni. Sytuacja w prowincji jest mi mniej więcej znana, byłem tu na rekonesansie, poza tym
od pewnego czasu regularnie czytam dokumenty operującej tu grupy
bojowej. Do ogarnięcia mam obszar zamieszkały przez prawie sto tysięcy
ludzi - w większości to rolnicy zajmujący małe osady. To głównie
Pasztuni - tradycyjnie popierający talibów mieszkańcy afgańskiego
południa. W zdecydowanej przewadze należą do plemienia Suleman Khel,
które jest obecnie podzielone na dwadzieścia sześć klanów - rodzinnych
wspólnot. Konsolidacja tych grup jest jednym z naszych zadań - jeśli nam
się to uda, to zdobędziemy mocne wpływy. Szanse na taki scenariusz są
jednak, szczerze mówiąc, marne...
Narracja talibów lepiej przemawia do tych ludzi - to żyjący w tradycyjnych społecznościach Pasztunowie, trudno nam do nich dotrzeć w sytuacji, kiedy nawet tłumaczy pasztuńskiego jest jak na lekarstwo...
Przed wyjazdem na misję zafundowano mi podstawowy kurs języka dari,
okazuje się jednak, że mało kto mówi tu w tym narzeczu. Większość
lokalnej ludności to analfabeci - ocenia się, że zaledwie trzydzieści
procent mieszkańców prowincji potrafi czytać i pisać... Ciężko będzie do
nich dotrzeć.
Zima przyniosła względny spokój - aktywność rebeliantów mocno spadła. W styczniu nie przeprowadzili żadnego ataku. Od kilku tygodni jednak czuć
w powietrzu początek sezonu wojennego. W kwietniu liczba incydentów
wynosiła już osiemnaście. W pierwszym tygodniu maja zanotowano ich
czternaście, a więc napięcie powraca z bardzo dużą intensywnością. Będą
na nas parli - wiedzą, że się rotujemy, że na drogi wyjadą nowi,
niedoświadczeni jeszcze w tym terenie żołnierze.
Po śniadaniu zasiadamy z moim poprzednikiem na odprawie. Obsada
stanowiska dowodzenia informuje nas o postępach rotacji grup bojowych.
Nasze jednostki dzielą się na trzy zespoły, osobno dyskutujemy o sytuacji w każdym z nich. Mój sztab, około trzydziestu osób, jest już
prawie cały na miejscu - pracują razem z dotychczasowymi gospodarzami.
Przechodzę z Piotrem do jego prowizorycznej kancelarii - niebawem będzie
to moje miejsce pracy. Dyskutujemy przy kawie o wszystkim tym, czego nie
ma w papierach, a jest tego sporo...
Znamy się jeszcze z kursu dowódców batalionów na Akademii Obrony
Narodowej w Warszawie. Bardzo cenię jego skrupulatność i doświadczenie -
to stara szkoła. Jesteśmy ze sobą szczerzy. Wiem, że mogę liczyć na jego
pełne zaangażowanie w proces naszego wdrażania w operację. Rotacja to
trudny czas. Bardzo kompleksowe zadanie. Każdy z żołnierzy musi trafić w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Wszyscy muszą spędzić ze
swoimi poprzednikami chociaż kilka dni - zatem jest to coś o wiele
bardziej skomplikowanego niż wahadłowe zawożenie i odbieranie ludzi z baz. Przekazanie zmiany polega na wdrożeniu zmiennika w obowiązki
operacyjne, często wiąże się to ze wspólnymi wyjazdami na patrole.
Rotacja to jednak nie tylko kwestia operacyjnych wdrożeń. Jest w tym
procesie też sporo aspektów technicznych: załogi wozów bojowych
przejmują pojazdy, logistycy magazyny z całym ich wyposażeniem,
łącznościowcy sieci teleinformatyczne i radiowe, serwery, bazy danych,
saperzy przekazują sobie doświadczenia i sprzęt, medycy przejmują nasz
miniszpital z całym jego wyposażeniem, sztab uczy się od swoich
poprzedników - w ciągu kilku dni dzieje się naprawdę dużo. W międzyczasie pomiędzy bazami kursują dziesiątki śmigłowców rozwożących
ludzi i ekwipunek. Nad wszystkim panuje Marcin - nasz szef sztabu, ze
swoją ekipą. Ten zespół w grupie bojowej liczy prawie trzydzieści osób,
jest złożony z oficerów i podoficerów o różnych specjalnościach. To oni
odpowiadają za procesy analityczne, na podstawie których podejmujemy
decyzje. Ufam im - naprawdę świetny skład z dobrym liderem. Kompetencje
szefa sztabu i mojego zastępcy dają mi spory komfort, mam ogromne
szczęście, że pracuję właśnie z nimi. Jesteśmy prywatnie przyjaciółmi,
doskonale się rozumiemy. Przed wyjazdem obiecaliśmy sobie, że
pozostaniemy w dobrych relacjach, choćby miały się dziać
najstraszniejsze rzeczy. Tworząc harmonię pomiędzy nami, chcemy pokazać
wszystkim, że potrzebny jest spokój i współpraca. Każdy z nas poszukuje
mentalnego oparcia - dajemy je sobie nawzajem. Jesteśmy zespołem w najgłębszym tego słowa znaczeniu.
Rozmowy z moim poprzednikiem też mnie mocno uspokajają. Współpracujemy.
Podczas rotacji często dochodzi do konfliktów pomiędzy przekazującymi i przyjmującymi. Ich podłoże bywa bardzo różne, od sprzeczek o to, kto
gdzie ma spać, po zarzuty związane z nieprawidłowościami w przekazywaniu
cennego sprzętu. W takich sytuacjach pożar zagasić mogą wyłącznie dobrze
współpracujący ze sobą dowódcy obu zmian. Mam wrażenie, że jesteśmy w stanie z Piotrem to wszystko opanować. Sporo czasu spędzamy, dyskutując
o sytuacji operacyjnej. W naszej wiedzy na temat prowincji jest niestety
wiele luk. To ogromny obszar, są dystrykty, w których nawet się jeszcze
nie pokazaliśmy. Osobną kwestią pozostaje kompetencja i liczebność
afgańskich sił bezpieczeństwa. Jest ich bardzo mało, cyfry zgadzają się
jedynie na papierze, a zdolności operacyjne są na poziomie bliskim zera.
Pracują nad nimi zespoły szkoleniowe, ale efekty, póki co, są bardzo
marne. Bez Afgańczyków powodzenie naszej misji nie jest możliwe. Nie
wyjedziemy stąd, nie mając komu przekazać odpowiedzialności.
Po południu udajemy się na spotkanie z lokalnymi władzami. W budynku
otoczonym wysokim murem przyjmuje nas gubernator. Mężczyzna jest ubrany
po europejsku i zdaje się mieć do nas sporo dystansu. Poznaję też szefa
miejscowej policji - Piotr przestrzega mnie, nie ma do niego zaufania.
Raczej nie należy przekazywać mu wrażliwych informacji, są powody, aby
sądzić, że gra na dwa fronty. W spotkaniu bierze też udział dowódca
afgańskiej brygady - witamy się serdecznie, spotkaliśmy się podczas
mojego rekonesansu i w Polsce, w czasie jego wizyty u nas. Wydaje się
konkretnym facetem, mówi po rosyjsku, więc komunikujemy się
bezpośrednio. Spod jego śniadej skóry przebija biały uśmiech,
kruczoczarne włosy i broda nadają mu piracki wygląd. Czuję do niego
nieuzasadnioną jeszcze sympatię. Przywozimy Afgańczykom prezent - to
kanarek. Maleńki żółty ptak w ozdobnej klatce. Wszyscy unoszą brwi i uśmiechają się w geście aprobaty. Szef policji wydaje się szczególnie
zadowolony z tego podarunku. Nie wiem dlaczego, ale Afgańczycy
utożsamiają Polskę z krajem, z którego przywozi się kanarki, a ten ptak
uchodzi tutaj za coś niezwykle ekskluzywnego... Muszę chyba dowiedzieć się
więcej na ten temat.
Późnym popołudniem jemy z Piotrem kolację w stołówce. Jest chłodno,
raczej ponuro, wiosna tu jeszcze na dobre nie zawitała. Mamy na sobie
zimowe kurtki, kropi marznący deszcz. Wieczorem spotykam się z oficerami
kierującymi przekazaniem odpowiedzialności - wszystko idzie zgodnie z planem. Za kilka dni powinniśmy być w pełni zdolni do prowadzenia
operacji. Korzystając z chwili samotności, łapię za telefon: wykręcam
numer do domu. Każdy z nas ma określoną liczbę minut, które może zużyć
na rozmowę z wybranym numerem. Łączy nas centrala wojskowa. Opowiadam
Rodzinie o tym, jak przebiegło nasze przemieszczenie, jak wygląda mój
barak, co jadłem, jaka jest pogoda. Ciężko się słucha o tym, co w domu.
Chciałbym być teraz z nimi, ale wiem, że musi jeszcze upłynąć mnóstwo
czasu. Wypalam papierosa - obserwuję wieczorne życie bazy. Wraca patrol,
trzaskają pancerne drzwi samochodów, grupki żołnierzy zmierzają do
stołówki, ktoś idzie z ręcznikiem pod pachą do łaźni. Na chwilę spod
chmur wygląda zachodzące słońce, tak jakby chciało mrugnąć do mnie przed
zapadnięciem zmroku. Próbuję się do niego uśmiechnąć, a niech tam... Może
jakoś to będzie.
DZIEŃ IV
Rano budzi mnie hałas lądujących śmigłowców - to Chinooki, przywożą
naszych chłopaków. Ten opasły gigant zabiera na pokład po dwudziestu
żołnierzy ze sprzętem. Wsłuchuję się w klekoczący odgłos łopat -
wylądowało ich co najmniej cztery, to oznacza prawie setkę ludzi. Baza
powoli zapełnia się, mamy tu teraz dwie zmiany jednocześnie. To czas
kolejek na stołówce, przeładowanych łaźni i tłoku wszędzie. To też
moment, w którym łatwo o błędy - dbamy z Piotrem o to, aby nasze zakresy
odpowiedzialności nie rozmyły się. Jeszcze teraz decyzje operacyjne
podejmuje on, polem walki zarządza ze stanowiska dowodzenia jego battle
captain (osoba odpowiedzialna za kierowanie obsadą stanowiska
dowodzenia). Będzie tak, dopóki nie podpiszemy specjalnego rozkazu - tak
zwanego transfer of authority (z ang. przekazanie odpowiedzialności),
który da mi moc podejmowania decyzji i brzemię odpowiedzialności.
Większość żołnierzy grupy bojowej dotarła do baz śmigłowcami Chinook
Po śniadaniu zasiadam na odprawie z Amerykanami. Jesteśmy operacyjnie
podporządkowani amerykańskiej brygadzie, na czas misji stajemy się de
facto częścią słynnej sto pierwszej dywizji powietrzno-desantowej. Moim
przełożonym będzie dowódca trzeciej brygady, noszącej przydomek
"Currahee". Przed wyjazdem wzięliśmy udział w ćwiczeniu w strukturach
tej jednostki. Część naszego sztabu wyjechała wraz ze mną na dwa
tygodnie do bazy w stanie Kentucky. Uczyliśmy się tam współdziałania,
poznawaliśmy procedury i kulturę organizacyjną brygady. Amerykanie, z którymi dzisiaj się spotykam, to zespół łącznikowy, który będzie ze mną
współpracował. Ich zadaniem jest wesprzeć integrację naszej grupy
bojowej z "Currahee". Ekipa składa się z żołnierzy o różnych
specjalnościach - jest kilku oficerów operacyjnych, ludzie z wywiadu,
logistycy, specjaliści od projektów pomocowych i podoficerowie zajmujący
się transportem. Wszystkim zarządza Troy Scott - major, który wydaje mi
się porządnym facetem. Intuicja mi podpowiada, że będzie nam się razem
dobrze pracować. To dla mnie bardzo ważni ludzie. Wiem, że sporo mogą.
Znam Amerykanów - będą nam pomagać, jeśli będziemy przestrzegać
procedur. Wymieniamy poglądy na temat sytuacji w rejonie
odpowiedzialności, dyskutujemy o planach, priorytetach. Przedstawiam im
też swój background, Amerykanie nie ukrywają zadowolenia z tego, że
kształciłem się na ich uczelniach. Będzie nam łatwiej się porozumieć i nie chodzi tu wyłącznie o język - będziemy podobnie interpretować różne
sytuacje, a to może nam wiele ułatwić. Idę z Troyem na obiad, chcę go
bliżej poznać - czuję, że to może być dla mnie bardzo istotna relacja.
Poza tym wydaje się po prostu sympatycznym gościem - ponad amerykańskie
standardy. Na stołówce rozmawiamy jeszcze nieco o przeszłości. Okazuje
się, że kończył zaawansowany kurs piechoty w Forcie Benning jakiś czas
po mnie. Wspominamy bagna stanu Georgia, rzekę Chattahoochee, po której
zwykłem pływać na canoe, Olson Hall - wojskowy hotel, w którym obaj
mieszkaliśmy przez jakiś czas. Wracam pamięcią do tamtego czasu -
cholera, w życiu bym nie pomyślał, że to, czego się tam nauczyłem, będę
wykorzystywał jako dowódca grupy bojowej w amerykańskiej brygadzie na
wojnie w Afganistanie... Życie potrafi zaskoczyć.
Ciężki sprzęt docierał do Afganistanu czarterowanymi samolotami AN124.
Każdy z takich kolosów zabierał po cztery rosomaki
Po obiedzie spotykam się z dowódcą zespołu bojowego Brawo - przejmowanie
sprzętu idzie zgodnie z planem, techniki jest ogromnie dużo. Emil musi
przyjąć magazyny, w których przechowujemy zapasy - to duża
odpowiedzialność. Logistyka nie jest "sexy". O tym nikt w wojennych
historiach nie opowiada, a jednak bez niej wszystkie te opowieści nie
miałyby miejsca. W całym pechu bycia letnią zmianą, czyli tą przyjmującą
na siebie ciężar walk, mamy szczęście przyjmowania sprzętu od zmiany
zimowej - czyli tej, która go zbyt mocno nie eksploatowała. Stany
magazynowe mniej więcej się zgadzają, wozy są w dobrym stanie, dostaję
od podwładnych pozytywne sygnały - wygląda na to, że wejdziemy w to
bagno w czystych i suchych butach.
Jedna z naszych baz operacyjnych
Wieczór znów spędzam przy papierosie, tym razem studiuję papiery -
jestem bardziej sową niż skowronkiem, lubię pracować w nocy. Po
przerzuceniu kilku skoroszytów zaczynam wpatrywać się w mapę. Studiuję
każdy centymetr kwadratowy przydzielonego rejonu odpowiedzialności -
trochę tak, jakbym chciał nauczyć się go na pamięć. W głowie nieustannie
dominuje myśl: "Trudny teren, cholera, bardzo trudny". Do tego mnóstwo
białych plam, miejsc, o których nie wiemy nic. Już teraz zdaję sobie
sprawę, że absolutnie nie będę w stanie kontrolować ruchu w przekazanej
mi prowincji. To tradycyjny szlak przerzutowy talibów, ważny dla nich
element taktycznej układanki. Znają to miejsce jak własną kieszeń,
działają tu od dekad. Ja zaczynam od studiowania mapy... Nie będzie łatwo
- muszę gdzieś skupić swój wysiłek, wszystkiego nie da się zrobić.
Czuję, że mam zbyt mało informacji, żeby sensownie obrać priorytety.
Terenu jest zbyt dużo, a wiedzy zbyt mało.
Przed zaśnięciem chwytam do ręki jedną z książek, które przywiozłem z domu. Obiecałem sobie nie zabierać wojennej literatury, przynajmniej nie
za dużo. Zaglądam więc do zakupionego w Stanach Serca Antarktydy
Ernesta Shackletona. Zawsze fascynowały mnie polarne wyprawy. Opowieści
o tych z początku ubiegłego wieku są przepełnione liderską mądrością. To
historie o ludziach walczących z przeciwnościami losu - pomimo że temat
jest tak odległy od mojej obecnej rzeczywistości, czuję pewien związek.
Afganistan jest moim biegunem... rendez-vous z przeznaczeniem, jak
mawiali wielcy podróżnicy. Chwilę jeszcze rozmyślam nad ostatnim
zdaniem: czas pokaże, czy to miejsce ma coś wspólnego z moim
przeznaczeniem, na pewno to rendez-vous będzie miało wpływ na mój
dalszy los, ale przeznaczenie? Sam nie wiem. Odpadam.
(...) DZIEŃ VI
Zimą przed przerzutem naszej jednostki do Afganistanu byliśmy w Paktice
na rekonesansie. Wraz z kilkoma oficerami spędziłem tu prawie dwa
tygodnie. Przyglądałem się specyfice operacyjnej, rozmawiałem ze swoim
poprzednikiem, uczyłem się procedur i słuchałem wniosków. Miało to sens,
choć nie do końca, bo zima i lato w Afganistanie to dwa kompletnie inne
stany. Sezon wojenny rozpoczyna się wraz z zejściem śniegów z dolin.
Talibowie przybywają tu ze swoich kryjówek w maju. Prowadzą walki do
października, potem znów opuszczają to miejsce. Zimę spędzają zazwyczaj
na terytoriach plemiennych w Pakistanie. Odpoczywają, szkolą się,
opatrują rany i organizują na nowo, by uderzyć ponownie na wiosnę.
Pustkowie przy granicy z Pakistanem. Siedząc na wieży wozu, zastanawiam
się, co tu właściwie robię
Zima, którą zastaliśmy podczas rekonesansu, była wyjątkowo sroga, padał
gęsty śnieg, wstrzymano loty do małych baz, nie mogliśmy wydostać się z Szarany. Po kilku dniach koczowania w namiocie przejściowym przyleciał
po nas polski samolot transportowy. Nasi piloci zrobili to, czego nie
robił wtedy nikt: przylecieli po swoich kolegów - po nas. Pamiętam, że
jeden z koczujących z nami wtedy Amerykanów powiedział: "Wstyd mi, że
musi mnie zabierać samolot jakiś innych sił powietrznych niż
amerykańskie...". Cóż, nie ukrywam - miałem wówczas swój moment
satysfakcji. CASA (nazwa wojskowego samolotu transportowego) z biało-czerwoną szachownicą zabrała wtedy wszystkich oczekujących od
kilku dni na lot żołnierzy. Wspaniale jest czasem postawić stopę na
pokładzie polskiego samolotu.
Sporo czytaliśmy podczas tego wyczekiwania. Przejrzałem większość
procedur - uśmialiśmy się z Piotrem, zwłaszcza studiując jeden z tomów -
Techniki niszczenia sprzętu. To był zestaw porad na to, jak
najskuteczniej wysadzić w powietrze własny pojazd, własne radio albo
jakieś inne urządzenie, chroniąc je w ten sposób przed dostaniem się w ręce przeciwnika. Nie byliśmy dotąd na takiej wojnie, na której ktoś
mógłby zmusić nas do wysadzenia w powietrze własnego sprzętu - to
brzmiało dla nas kompletnie abstrakcyjnie. Co musiałoby się wydarzyć,
żebym wysadził własny transporter? Pamiętam, że powiedziałem wtedy:
"Ktoś musiałby być albo cholernie odważny, albo mieć cholernie dobry
powód, żeby zniszczyć własny wóz wart miliony". Nie spodziewaliśmy się,
że już za kilka miesięcy przyjdzie nam osobiście wykazać się taką
odwagą.
Rosomak: ceniony przez żołnierzy koń roboczy grupy bojowej
Kilka tygodni po tej żartobliwej konwersacji wysyłam Piotra na południe
strefy - chcę, żeby zapoznał się ze specyfiką tego regionu, ja skupiam
uwagę na północy i centrum. Wiem, że mój zastępca dokona rzetelnej
oceny. Sam wszystkiego nie ogarnę, a Piotr będzie służył fachową poradą
w trudnych momentach. Ufam mu. Nad ranem wylatuje w jednym z dwóch
śmigłowców wojskowych UH60 startujących do bazy Wazi Khwa. Wracam do
swoich obowiązków - odprawy, rozkazy, wideokonferencja, wizyta u szefa
policji. Po powrocie dowiaduję się, że Piotr jest już na miejscu -
dołączył do patrolu, wyjechali z bazy. Mają w planie przejazd przez
kilka kluczowych miejsc. Zarówno on, jak i pozostali żołnierze zespołu
Charlie muszą poznać teren, poczuć otoczenie, wejść w kontakt z miejscową ludnością. Takie praktyki na początku misji nazywamy battle
field circulation (z ang. objazd rejonu odpowiedzialności) - to po
rekonesansie i przekazaniu obowiązków trzeci, bardzo ważny moment
inicjowania misji.
HMMWV: obok rosomaka drugi podstawowy pojazd w grupie bojowej
Wczesnym popołudniem dostaję sygnał ze stanowiska dowodzenia, że patrol
Piotra ma kłopoty... Pod jednym z pojazdów eksplodował ładunek wybuchowy,
prawdopodobnie ułożone jedna na drugiej posowieckie miny
przeciwpancerne. Chłopaki mieli dużo szczęścia - są złamania i inne
obrażenia, ale wszyscy żyją... Wzywamy śmigłowiec medyczny - amerykański
medevac (z ang. ewakuacja medyczna). To nasz pierwszy raz - cholera,
mieli dużo szczęścia... Pojazd jest niezdolny do dalszej jazdy, ale się
nie pali. Dumamy, co z tym wszystkim zrobić, w tym czasie na miejsce
zdarzenia przylatuje wezwany śmigłowiec. Amerykanie sprawnie zabierają
rannych chłopaków. Rozmawiam z Piotrem przez telefon satelitarny, za
dużo nie możemy pogaworzyć, trzeba oszczędzać baterie. Są w dolinie - w miejscu otoczonym górami, praktycznie unieruchomieni przez sterczący
przy drodze wrak. Dookoła kilka zabudowań, z dachów obserwują ich
ludzie. Nie możemy porzucić pojazdu - tego zabraniają procedury.
Decydujemy się pozostawić patrol w terenie na noc, chłopaki mają zmienić
pozycje, znaleźć dobre miejsce do ewentualnej obrony, obserwować
zniszczony HMMWV (skrót od nazwy pojazdu wojskowego: High Mobility
Multipurpose Wheeled Vehicle - wielozadaniowy pojazd kołowy o wysokiej
mobilności, to obok rosomaka jeden z podstawowych pojazdów w grupie
bojowej).
Burza nad bazą. Pogoda też ma tu coś do powiedzenia
Tymczasem ja próbuję zapotrzebować w brygadzie pojazd ewakuacyjny, który
mógłby odholować wrak. Nie jest łatwo to zorganizować. Na południu mamy
bardzo mało logistyki. Pod wieczór w terenie wokół patrolu zaczyna się
ruch, na wzgórzach co jakiś czas błyskają światła motocykli,
najwyraźniej ktoś obserwuje nasz patrol. Rozmawiam jeszcze raz z Piotrem
- ustalamy, że wezwę samolot. Przeprowadzimy misję, którą nazywamy show
of force. Pokaz siły to niski przelot - zazwyczaj na kilkudziesięciu
metrach. Taki środek zapobiegawczy z reguły odstrasza potencjalnych
napastników. Chłopaki z patrolu nie boją się otwartego starcia, ale
obawiamy się, że przez noc talibowie zaminują wszystkie drogi wyjścia z doliny i nad ranem stracimy w tej pułapce kolejną załogę. Nasz kontroler
lotniczy, tak zwany JTAC (skrót od Joint Tactical Air Controler, osoba
odpowiedzialna za koordynację misji lotniczych), zapotrzebowuje przelot.
Mamy zgodę - za kilkanaście minut ciszę nad doliną rozerwie huk
odrzutowego silnika, a mówiąc bardziej precyzyjnie, kilku silników...
Teraz dowiadujemy się z sieci dowodzenia, że poleci do nich bombowiec
strategiczny B1B. Lancer to ogromny samolot. Skonstruowano go w latach
osiemdziesiątych po to, by siać atomową apokalipsę w głębi terytorium
Związku Radzieckiego. Jest duży, szybki i potrafi latać bardzo nisko,
zwłaszcza w nocy...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki