Na sposób Warrena Buffeta - Robert G. Hagstrom

Reflow text when sidebars are open.
Co decyduje o wyjątkowych sukcesach inwestycyjnych Warrena Buffetta? To jedno z pytań, które słyszę najczęściej. Spróbuję odpowiedzieć na nie w tej przedmowie.
Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, na studiach MBA na University of Chicago, zetknąłem się z zupełnie nową teorią finansów, która w dużej mierze została opracowana na tej uczelni kilka lat wcześniej. Jedną z charakterystycznych cech szkoły chicagowskiej była hipoteza rynku efektywnego. Zakłada ona, że na skutek działań podejmowanych przez miliony inteligentnych, zdeterminowanych, obiektywnych i dobrze poinformowanych inwestorów wszystkie nowo pojawiające się informacje bezzwłocznie znajdują odzwierciedlenie w cenach akcji. Ceny te kształtują się na takim poziomie, aby aktywa oferowały godziwy zwrot skorygowany o ryzyko. Ceny nigdy nie są tak niskie ani tak wysokie, aby można było na tym skorzystać, w związku z czym żaden inwestor nie jest w stanie konsekwentnie i regularnie wskazywać dobrych okazji inwestycyjnych. To właśnie ta hipoteza jest podstawą najbardziej chyba znanego stwierdzenia szkoły chicagowskiej: rynku nie da się pokonać.
Hipoteza rynku efektywnego stanowi intelektualny fundament tego wniosku, a poza tym nie brakuje danych empirycznych, z których wynika, że większości inwestorów faktycznie nie udaje się osiągać lepszych wyników niż rynek. Ten brak skuteczności znajduje naprawdę solidne uzasadnienie teoretyczne.
Nie można jednak powiedzieć, że nie ma takich inwestorów, którym ta sztuka się udaje. Co jakiś czas komuś to wychodzi, choć oczywiście są i tacy, którzy osiągają wyniki gorsze niż rynek. Efektywność rynku nie jest tak zdecydowaną siłą, aby pojedynczym inwestorom nie zdarzało się uzyskiwać wyników odbiegających od średniego zwrotu rynkowego. Teoria mówi jedynie tyle, że nikt nie jest w stanie konsekwentnie osiągać wyników na tyle lepszych niż rynek, aby zaprzeczyć hipotezie rynku efektywnego. Podobnie jak w większości innych procesów zdarzają się wartości odbiegające od średniej, jednak wszelkie ponadnormatywne wyniki uznaje się za losowe, a więc pojawiające się tylko od czasu do czasu. Gdy dorastałem, mówiło się, że "wystarczy umieścić w jednym pomieszczeniu wystarczająco dużo szympansów, a w końcu któryś z nich napisze Biblię". Chodzi o to, że gdy w grę wchodzi losowość, w odpowiednio długim czasie może zdarzyć się dosłownie wszystko. Moja mama miała jednak również inne powiedzenie: "Nie ma reguły bez wyjątku". Ogólna zasada może nie sprawdzać się w 100 procentach przypadków, ale sam fakt istnienia wyjątków potwierdza, że co do zasady jest słuszna. Każdego dnia miliony inwestorów - amatorów i profesjonalistów - potwierdzają, że rynku nie da się pokonać.
Nie zapominajmy jednak o Warrenie Buffetcie.
Warren i kilku innych legendarnych inwestorów - w tym Ben Graham, Peter Lynch, Stan Druckenmiller, George Soros i Julian Robertson - uzyskiwało wyniki stojące w jawnej sprzeczności z założeniami szkoły chicagowskiej. Krótko mówiąc, osiągali wyniki wystarczająco lepsze niż rynek przez wystarczająco długi czas i z wykorzystaniem wystarczająco dużych kwot, aby zepchnąć zwolenników teorii rynku efektywnego do defensywy. Ich dokonania dowodzą, że inwestor może pokonać rynek nie tylko dzięki szczęściu, lecz również dzięki umiejętnościom.
Z dowodami trudno dyskutować, zwłaszcza w przypadku Warrena. Na ścianie jego gabinetu wisi dokument, który spisał on sam. Jest to akt założycielski funduszu The Buffett Partnership, z którego wynika, że powstał on w 1956 roku i początkowo dysponował aktywami w wysokości 105 tysięcy dolarów. Od tamtej pory Buffett pozyskiwał dodatkowy kapitał i pomnażał go na tyle skutecznie, że dziś Berkshire Hathaway dysponuje portfelem inwestycyjnym o wartości 143 miliardów dolarów, a wartość netto samej spółki wynosi 202 miliardy dolarów. Warren Buffett przez wiele lat regularnie kopał tyłek indeksom giełdowym. Przy okazji został drugim najbogatszym Amerykaninem. Nie dokonał tego ani dzięki dziedziczonemu z pokolenia na pokolenie majątkowi, ani dzięki spektakularnemu wynalazkowi technologicznemu, jak wiele innych osób z listy "Forbesa". Po prostu ciężko pracował i uczył się inwestować na tych samych rynkach, które są dostępne dla wszystkich.
Co zadecydowało o tym, że Warren Buffett osiągnął tak wiele? Moim zdaniem jego sukces należy przypisać następującym czynnikom:
Jest niesamowicie bystry. Jedno z wielu powiedzonek przypisywanych Buffettowi brzmi: "Jeśli masz iloraz inteligencji równy 160, sprzedaj 30 punktów, bo nie są ci potrzebne". Malcolm Gladwell stwierdził w swojej książce Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu, że aby osiągnąć wielki sukces, nie trzeba być geniuszem - wystarczy być dość bystrym. Dodatkowe pokłady inteligencji raczej nie zwiększają szans na triumf. Zdarzają się ludzie tak bystrzy, że nie potrafią poradzić sobie z własnym potencjałem albo nie umieją znaleźć drogi wiodącej do sukcesu (i szczęścia) w prawdziwym świecie. Wysoki iloraz inteligencji nie czyni z człowieka wybitnego inwestora - gdyby tak było, profesorowie wyższych uczelni byliby najbogatszymi ludźmi w całych Stanach Zjednoczonych. Ważne jest również to, aby mieć żyłkę biznesową i głowę na karku.
Podejrzewam jednak, że iloraz inteligencji Warrena znacząco przekracza 130 oraz że... z pewnością nie pozbył się on swoich "nadmiarowych" punktów. O tym, kim jest i co osiągnął, decyduje jego znakomita umiejętność zadawania celnych pytań, wyciągania uzasadnionych wniosków i trwania przy nich, nawet gdy początkowo sprawy przybierają niekorzystny obrót. Krótko mówiąc, Buffett jest człowiekiem na wskroś analitycznym.
Jest też niewiarygodnie szybki. Nie potrzebuje tygodni ani miesięcy na podjęcie decyzji, nie potrzebuje też zastępu analityków do mielenia liczb. Nie musi wiedzieć absolutnie wszystkiego i nie czuje potrzeby uwzględniania wszystkich informacji - wystarczą mu te istotne. Do tego potrafi świetnie je rozpoznawać.
W działaniach kieruje się swoją filozofią. Wielu inwestorów uważa, że są wystarczająco bystrzy, aby opanować do perfekcji każdą czynność, a przynajmniej zachowują się tak, jak gdyby w to wierzyli. Są również przekonani, że świat nieustannie się zmienia, więc trzeba zachować elastyczność i przez cały czas się dostosowywać, być na bieżąco z wszystkimi nowinkami. Problem tego podejścia polega na tym, że tak naprawdę nikt nie wie wszystkiego. Bardzo trudno jest nieustannie się przekwalifikowywać i uczyć nowych sztuczek. Co gorsza, takie nastawienie uniemożliwia nabywanie specjalistycznej wiedzy i poznawanie przydatnych tricków.
Warren ma świadomość tego, czego nie wie, trzyma się tego, co wie, a resztę zostawia innym. To bardzo ważna cecha, ponieważ, jak powiedział Mark Twain, "w kłopoty nie wpędzi cię to, czego nie wiesz, lecz to, o czym będziesz przekonany, że wiesz, a co okaże się nieprawdą". Warren inwestuje tylko w tych branżach, które zna i w których czuje się pewnie. Kładzie nacisk na stosunkowo prozaiczne obszary działalności, całkowicie ignoruje natomiast spółki technologiczne. Słynie z tego, że rezygnuje z wszelkich okazji niezgodnych z jego filozofią. I co równie ważne, nie przeszkadza mu to, że odpuszczone okazje inwestycyjne pozwolą zarobić innym, a on będzie się tylko przyglądał (większość ludzi miałaby z tym problem).
Ma elastyczny umysł. Dobrze jest mieć pewną ogólną filozofię działania, jednak nie oznacza to, że czasami nie warto czegoś zmienić. W niektórych sytuacjach wręcz należy dostosowywać się do zmieniających się okoliczności. W ten sposób można nawet wynaleźć nową, lepszą filozofię. Klucz do sukcesu na tym polu polega na tym, aby wiedzieć, kiedy się zmieniać, a kiedy trwać przy dotychczasowych poglądach.
Na początku swojej kariery Warren przyjął podejście swojego wybitnego nauczyciela, Bena Grahama. Bywa ono nazywane strategią "głębokiej wartości" i polega na kupowaniu bardzo przecenionych firm, które są niemal oddawane za darmo - najlepiej, gdyby dało się je przejąć za kwotę niższą od ich wolnych środków pieniężnych. Czasami strategię tę próbowano wyśmiewać, nazywając ją "zbieraniem petów z ulicy".
Po pewnym czasie jednak, za namową swojego partnera, Charliego Mungera, Buffett zaczął koncentrować się na spółkach najwyższej jakości, dysponujących ochronną "fosą" i mogących dyktować ceny, kierowanych przez najlepszych ludzi i dostępnych w rozsądnej (choć niekoniecznie bardzo okazyjnej) cenie.
Przez długi czas Warren unikał firm charakteryzujących się dużymi wymaganiami kapitałowymi, lecz potrafił przełamać tę niechęć - kupił koleje Burlington Northern Santa Fe, aby wykorzystać ich zwiększoną wrażliwość gospodarczą w okresie wychodzenia z kryzysu finansowego z 2008 roku. Buffett liczył na to, że w tym okresie znacząco wzrośnie popyt na usługi tej firmy.
Wyznawana filozofia powinna być drogowskazem, a nie sztywnymi ramami. Kwestia ta - podobnie jak wiele innych aspektów inwestowania - okazuje się niezwykle trudna do wyważenia. Warren nie boi się wyzwań. Nie zmienia się wraz z każdą nową modą, ale nie obawia się też w razie potrzeby modyfikować swoich poglądów.
Nie ulega emocjom. Wiele przeszkód utrudniających sukces inwestycyjny ma związek z ludzkimi emocjami. Głównym zarzutem kierowanym pod adresem teorii rynku efektywnego jest fakt, że inwestorzy rzadko spełniają kryterium obiektywizmu. Gdy ceny akcji rosną, większość ludzi ulega chciwości, nadmiernej pewności siebie i euforii. Zaczynają świętować swoje dobre decyzje i zamiast dbać o zyski, dokupują akcje. Gdy ceny zaczynają spadać, większość inwestorów ogrania lęk. Czują presję sprzedaży papierów po niskich cenach, a to zawsze zniechęca do kupowania następnych spółek. Jednak chyba najgorszą cechą większości inwestorów jest skłonność do oceniania własnych wyników w kontekście tego, jak idzie innym. Pod wpływem zazdrości wywołanej cudzymi sukcesami podejmują nadmierne ryzyko - postępują w ten sposób tylko dlatego, że robią tak inni. Zawiść okazuje się wystarczającym bodźcem, aby ludzie podążali za tłumem, nawet jeśli zupełnie nic nie wiedzą o danej inwestycji.
Warren pozostaje całkowicie odporny na tego rodzaju emocjonalne pokusy. Gdy jego papiery zyskują na wartości, nie wpada w euforię, ale nie wpada też w panikę, gdy dzieje się gorzej. Sam definiuje sobie sukces, nie pozwala, by robił to za niego tłum lub media. Nie zależy mu na tym, aby inni myśleli, że ma rację, nie zależy mu też na tym, aby słuszność jego decyzji inwestycyjnych natychmiast się potwierdzała (na początku 2000 roku został publicznie spisany na straty jako inwestor, który "najlepsze ma już za sobą", ponieważ nie wziął udziału w tym, co później okazało się bańką spekulacyjną na rynku technologicznym). Interesuje go tylko to, co sam myśli i jakie zdanie ma Charlie Munger. Zależy mu również na zyskach jego akcjonariuszy.
Idzie pod prąd. Typowy inwestor uważa, że powinien podążać za tłumem pomimo jego podatności na zbyt emocjonalne zachowania. Tymczasem najlepsi inwestorzy idą pod prąd - w kluczowych momentach sprzeciwiają się masom. Nie wystarczy jednak postępować dokładnie odwrotnie niż wszyscy. Trzeba rozumieć, co robi tłum, wiedzieć, dlaczego jego postępowanie jest błędne, i mieć odwagę zachować się inaczej (czyli przyjąć i utrzymać "niewygodne pozycje idiosynkratyczne", jak ujmuje to David Swensen z Yale University) oraz być gotowym na to, że zostanie się uznanym za głupca, dopóki sytuacja się nie odwróci i nie okaże się, że jednak miało się rację. Ten ostatni element okazuje się szczególnie trudny, ponieważ czasem ma się wrażenie, że oczekiwanie na zmianę sytuacji trwa całą wieczność. Jak mówi stare powiedzenie, "jeśli za bardzo wyprzedzasz swoje czasy, w zasadzie nie da się tego odróżnić od zwykłej pomyłki". To najlepiej pokazuje, jak trudna jest taka postawa.
Nie ulega wątpliwości, że Warren doskonale radzi sobie z podejmowaniem decyzji wbrew ogólnym nastrojom. Należałoby nawet stwierdzić, że wręcz się w nich lubuje. Kiedyś napisał mi, że przyglądał się ryzykownym obligacjom, gdy osiągały ceny typowe dla kwiatów oraz gdy wyceniano je jak chwasty: "Podobały mi się bardziej, gdy uznawano je za chwasty". Inwestor pokroju Buffetta kupuje to, czym inni gardzą. Warren jest w tym prawdziwym mistrzem.
Sprzeciwia się cyklom. Inwestowanie polega na umiejętności radzenia sobie z przyszłością. Mimo to wielu najlepszych inwestorów po prostu godzi się z faktem, że nie potrafią przewidzieć, jak będzie kształtować się sytuacja makroekonomiczna, czyli w szczególności stopy procentowe i sytuacja na rynkach. Jeśli nie jesteśmy w stanie brylować w tych obszarach, na które ostrzy sobie zęby większość ludzi, to co możemy zrobić? Moim zdaniem można bardzo wiele zyskać, ustawiając się w kontrze do cyklów gospodarczych.
Gdy gospodarka się rozwija, firmy publikują coraz lepsze dane, rosną ceny aktywów, a ponoszone ryzyko jest wynagradzane - wtedy inwestowanie jest stosunkowo łatwe emocjonalnie. Trzeba jednak pamiętać, że kupowanie wysoko wycenianych aktywów nie pozwala osiągać wybitnych wyników inwestycyjnych. Najlepsze okazje można znaleźć w okresach, w których gospodarka i firmy borykają się z problemami - w takich okolicznościach często zdarza się, że ceny aktywów są niższe niż być powinny. Niestety, takie inwestowanie absolutnie nie jest łatwe.
Warren wielokrotnie dowiódł swoich umiejętności w zakresie inwestowania w dołku cyklu gospodarczego. Ba, udowodnił wręcz, że woli inwestować w tych momentach, w których optymizmu jest na rynku jak na lekarstwo. Dobitnymi przykładami tej strategii są inwestycje po 5 miliardów dolarów w pakiety 10% akcji uprzywilejowanych Goldman Sachs i General Electric (było to w 2008 roku, czyli w szczytowym momencie kryzysu finansowego) oraz zakup kolei Burlington Northern za kwotę 34 miliardów dolarów, który miał miejsce w 2009 roku. Dzisiaj nikt nie ma już wątpliwości, że były to bardzo mądre decyzje. Czy ktoś miał jednak odwagę podejmować równie śmiałe działania, gdy światem zawładnął strach przed finansowym krachem?
Inwestuje długoterminowo i nie przejmuje się zmiennością. Inwestowaniem zajmuję się od 45 lat. Obserwowałem przez ten czas, jak nieustannie skracał się horyzont inwestycyjny większości inwestorów. Jest to zapewne spowodowane tym, że media, a w ślad za nimi inwestorzy i ich klienci, przypisują coraz większą wagę wynikom (w latach sześćdziesiątych w ogóle nie było o tym mowy). Nie bez znaczenia są pewnie również roczne premie motywacyjne, wypłacane zarządzającym funduszami hedgingowymi. Warto mieć jednak świadomość, że skoro inni ludzie podejmują działania sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, my możemy na tym skorzystać, po prostu unikając takiego postępowania. Chcę przez to powiedzieć, że nadmierna koncentracja większości inwestorów na wynikach kwartalnych i rocznych powoduje, że osoby myślące bardziej długoterminowo znajdują dobre okazje.
Warren zasłynął między innymi stwierdzeniami, że gdy kupuje akcje, to "na zawsze", oraz że woli "zmienne 15% rocznie niż stabilne 12%". Dzięki temu może realizować swoje świetne pomysły przez długi czas, naliczać kolejne zyski i nie płacić od nich podatków - a gdyby skład jego portfela zmieniał się co roku, konsekwencje podatkowe byłyby poważne. Dzięki tej strategii Buffett nie wpada również w panikę w okresach dużej zmienności, stara się je wręcz wykorzystywać. Nie kładzie nacisku na płynność, która umożliwiłaby mu szybkie zamykanie pozycji inwestycyjnych - swoimi działaniami dowodzi, że z radością kupuje papiery, których nie ma zamiaru się pozbywać.
Nie obawia się dużo postawić na swoje najlepsze pomysły. Dywersyfikacja od dawna odgrywa wiodącą rolę w tak zwanym rozsądnym inwestowaniu. Ujmując rzecz krótko, dywersyfikacja zmniejsza ryzyko poniesienia dużych strat na konkretnych aktywach (chroni też przed pozwem w związku z ulokowaniem zbyt dużej części środków w jednej pozycji). Rzeczywiście, dywersyfikacja pozwala zmniejszyć dotkliwość ponoszonych strat, jednocześnie zmniejsza jednak zyski osiągane z aktywów o rosnącej wartości.
Podobnie jak w wielu innych kwestiach, Warren ma własne zdanie na temat dywersyfikacji: "Przyjęta przez nas strategia uniemożliwia nam stosowanie standardowych zasad dywersyfikacji. Wielu ekspertów oceniłoby pewnie, że taka strategia musi być bardziej ryzykowna od postępowania bardziej konwencjonalnych inwestorów. Naszym zdaniem taktyka koncentracji portfela może zmniejszać ryzyko, ponieważ powinna skłaniać inwestora do uważniejszego przyglądania się spółce oraz zwiększać jego poczucie pewności co do tej spółki w momencie zakupu jej akcji".
Warren rozumie, że świetne pomysły zdarzają się tylko raz na jakiś czas, więc wysoko stawia sobie poprzeczkę - inwestuje tylko w świetne pomysły, a gdy już na nie wpadnie, gra o wysokie stawki. W związku z tym znacząco angażuje się w losy spółek i ludzi, w których wierzy. Nie trzyma żadnych aktywów tylko dlatego, że kupują je inni albo z obawy przed tym, że dana inwestycja może przynieść solidne zyski, a on nie będzie miał w nich udziału. Nie zgadza się na politykę dywersyfikacji z wykorzystaniem aktywów, które nie spełniają jego wygórowanych kryteriów. Nie ma zamiaru iść na kompromis tylko po to, aby ograniczyć konsekwencje ewentualnych błędów. Właśnie dlatego dywersyfikację określa mianem de-worsification, co można dość swobodnie przetłumaczyć jako pogarszanie. Wszystkie te cechy są warunkiem koniecznym, jeśli ktoś w ogóle chce mieć szanse na wybitne wyniki inwestycyjne, nie zmienia to jednak faktu, że w dziedzinie zarządzania portfelem stanowią one wyjątek, a nie regułę.
Nie ma problemu z bezczynnością. Zbyt wielu inwestorów zachowuje się tak, jak gdyby za każdym rogiem czaiła się jakaś znakomita okazja. Być może wydaje im się, że muszą tak postępować, aby robić wrażenie wystarczająco bystrych, by na bieżąco znajdować świetne inwestycyjne kąski. Prawda jest jednak taka, że w inwestowaniu znakomite okazje stanowią wyjątek, co niejako z definicji oznacza, że nie trafiają się codziennie.
Warren słynie z tego, że potrafi powstrzymywać się od podejmowania decyzji inwestycyjnych przez długi czas. Odrzuca interes za interesem i czeka na ten jeden jedyny, właściwy. Swego czasu zasłynął porównaniem dotyczącym słynnego pałkarza, Teda Williamsa, który stał na miejscu z kijem w rękach i czekał na idealne podanie miotacza. Warren Buffett inwestuje tylko w najbardziej przekonujące i atrakcyjne aktywa. Czy znajdzie się ktoś, kto będzie utrzymywał, że zawsze można znaleźć dobre okazje inwestycyjne i że zawsze jest dobry moment po temu, by lokować środki?
Nie obawia się utraty pracy. Bardzo niewielu inwestorów dysponuje swobodą podejmowania wszystkich działań, które uważają za słuszne. Wielu z nich jest ograniczonych pod względem możliwości kupowania aktywów o niewielkiej płynności, aktywów budzących kontrowersje lub z jakiegoś powodu uznawanych za niestosowne. Liczni inwestorzy nie mogą sprzedać aktywów, które akurat zyskują na wartości i co do których rynek oczekuje dalszych wzrostów. Nie mogą też koncentrować portfela i ograniczać go do kilku najlepszych pomysłów inwestycyjnych. Dlaczego? Ponieważ obawiają się konsekwencji ewentualnej pomyłki.
Inwestorzy, którzy zarządzają pieniędzmi należącymi do innych, obawiają się, że wszelkie bardziej śmiałe działania narażą ich na ryzyko utraty pracy albo klientów. W związku z tym sami ograniczają podejmowane przez siebie działania do tego, co jest powszechnie uznawane za ostrożne i niekontrowersyjne. To właśnie ta skłonność inwestorów zainspirowała Johna Maynarda Keynesa do sformułowania następującej uwagi: "Życiowa mądrość uczy, że lepiej, by reputacja człowieka poniosła konwencjonalny uszczerbek niż odniosła niekonwencjonalny sukces". Skłonność ta staje się jednocześnie przyczynkiem do pewnej istotnej reguły: jeżeli nie chcesz zajmować pozycji tak śmiałej, że w wypadku porażki postawi cię ona w złym świetle, nigdy nie zajmiesz pozycji, która przyniesie ci wymierny sukces, gdy wszystko ułoży się po twojej myśli. Wybitni inwestorzy mogą i potrafią przekuć wyniki swojej pracy intelektualnej w realne decyzje - innymi słowy, nie obawiają się być wielcy.
Warren nie musi się bać, że jakiś pracodawca wskaże mu drzwi. Jego stanowisko jest tak stabilne i niezagrożone, jak tylko to możliwe. Podobnie rzecz się ma z jego kapitałem. Warren nie ma klientów mogących wycofać swoje środki, co zmusiłoby go do wyprzedawania aktywów po niskich cenach, a przecież właśnie taki los czeka typowych zarządzających w okresach rynkowego załamania. Ten prosty fakt ma wielkie znaczenie dla sukcesów odnoszonych przez wszystkich inwestorów. Jestem pewien, że Warren z rozmysłem tak to wszystko zorganizował - podjął świadomą decyzję o porzuceniu struktury funduszu hedgingowego na rzecz korporacyjnej struktury Berkshire Hathaway. Po prostu chciał, aby wyglądało to właśnie tak.
Oczywiście można by wymienić wiele innych cech Warrena Buffetta, charakterystycznych dla wybitnych inwestorów. Jest skoncentrowany, zdyscyplinowany i zawsze działa w konkretnym celu; zapamiętale gromadzi informacje, zarówno poprzez lekturę, jaki i poprzez utrzymywanie kontaktów z ludźmi, których darzy szacunkiem. Dzisiaj inwestuje już tylko po to, aby rozwiązywać skomplikowane problemy intelektualne związane z tą formą aktywności - nie robi tego ani dla sławy, ani dla pieniędzy. Te dwa ostatnie elementy stanowią efekt uboczny jego działań, a nie ich cel. Jestem o tym przekonany.
Teoretycznie dokonania Warrena Buffetta z ostatnich 60 lat mogło powtórzyć wielu innych. Wymienione powyżej cechy są rzadkie, nie są jednak niepowtarzalne. Co więcej, wszystkie te cechy są logiczne - nikt nie chciałby kultywować w sobie ich przeciwieństw. Problem w tym, że bardzo niewielu ludzi potrafi wykazać się wszystkimi tymi cechami w praktyce. O wyjątkowości danej osoby decyduje połączenie wszystkich tych cech oraz wzbogacenie ich o to specjalne "coś". To właśnie dzięki temu Warren Buffett odniósł tak wielki sukces - zrobił to na sposób Warrena Buffetta.
Howard Marks
lipiec 2013
Najwybitniejszy inwestor świata
"Przygotuj się na szok", powiedział Buffett z przebiegłym uśmieszkiem. To był wiosenny poranek. Buffett siedział w salonie apartamentu na Manhattanie w towarzystwie jednej ze swoich najbliższych znajomych, Carol Loomis. Loomis to autorka bestsellerów z listy "New York Timesa" i zdobywczyni wielu nagród dziennikarskich. Jest redaktorem w magazynie "Fortune", w którym pracuje od 1954 roku. W firmie jest uważana za wewnętrznego eksperta ds. Warrena Buffetta. Baczni obserwatorzy działalności tego inwestora wiedzą również, że od 1977 roku Carol Loomis redaguje roczne sprawozdania finansowe Berkshire Hathaway.
Tamtego wiosennego poranka 2006 roku Buffett poinformował Carol, że zmienił swój dotychczasowy pomysł na to, jak i kiedy rozdysponuje swój majątek zdeponowany w akcjach Berkshire Hathaway. Podobnie jak wszyscy Carol wiedziała, że Buffett dokonał niewielkich zapisów na rzecz trójki swoich dzieci, natomiast 99% jego majątku miało zostać przeznaczone na cele charytatywne. Zakładano, że pieniądze te trafią do Buffett Foundation, założonej przez jego zmarłą żonę Susan. Teraz informował Carol, że zmienił zdanie. "Wiem, co chcę zrobić - stwierdził. - Wydaje mi się, że nie ma na co czekać"[1].
26 czerwca 2006 roku, zaraz po lunchu, Warren Buffett, wówczas drugi najbogatszy człowiek na świecie, podszedł do mikrofonu ustawionego w nowojorskiej bibliotece publicznej. Widownia złożona z setek najbogatszych ludzi w mieście powitała go owacją na stojąco. Po kilku krótkich słowach Buffett sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej pięć listów. Każdy z nich rozporządzał jego wielkim majątkiem i należało je już tylko podpisać. Pierwsze trzy poszły gładko. Podpisał je jednym słowem, "tata", po czym rozdał je trójce swoich dzieci: córce Suze, starszemu synowi Howardowi i młodszemu synowi Peterowi. Czwarty list trafił do rąk przedstawiciela organizacji charytatywnej, założonej przez jego nieżyjącą już żonę. Wszystkie cztery listy rozporządzały łącznie kwotą 6 miliardów dolarów[2].
Piąty list stanowił niespodziankę. Buffett go podpisał, a następnie wręczył żonie jedynego człowieka na świecie, który był bogatszy od niego - Billa Gatesa. W tym ostatnim liście Buffett przekazał ponad 30 miliardów dolarów w akcjach Berkshire Hathaway na rzecz największej organizacji charytatywnej na świecie, Bill and Melinda Gates Foundation. To była zdecydowanie największa kwota w historii, jaką jednorazowo przekazano na jakiś szczytny cel. Była większa niż datki przekazane przez Andrew Carnegiego (7,2 miliarda dolarów, po przeliczeniu na dzisiejszą siłę nabywczą dolara), Johna D. Rockefellera (7,1 miliarda dolarów) czy Johna D. Rockefellera Juniora (5,5 miliarda dolarów).
W kolejnych dniach pojawiły się niezliczone pytania. Czy Buffett jest chory? Może wręcz umiera? "Nic takiego - odpowiadał. - Czuję się świetnie". Czy jakiś wpływ na tę decyzję miała śmierć jego żony? "Owszem, miała", odparł. Wszyscy wiedzieli, że majątek Warrena Buffetta miała otrzymać Susie i wykorzystać go w ramach Buffett Foundation. "Sądzę, że czerpałaby z tego sporą satysfakcję - powiedział Buffett. - Trochę się obawiała takiego wzrostu skali działalności, wiem jednak, że czerpałaby z tego dużą radość i świetnie by się w tym sprawdziła"[3].
Po śmierci żony Buffett zaczął jednak myśleć inaczej. Zrozumiał, że Bill and Melinda Gates Foundation to świetna organizacja, przygotowana już do zagospodarowania miliardów dolarów, które Buffett chciał przekazać na cele charytatywne. Fundacja Gatesów "nie musi przechodzić przez trudny proces rozrastania się do gigantycznych rozmiarów i już teraz może zacząć produktywnie wykorzystywać moje pieniądze - stwierdził Buffett. - Bez względu na to, co się robi, czyż najlepszym wyjściem nie jest znaleźć kogoś, kto jest do tego lepiej przygotowany niż my?"[4]
Cały Buffett. Rozsądek wziął górę. W związku z działalnością Berkshire Hathaway Buffett wielokrotnie podkreślał, że w firmach należących do holdingu pracuje mnóstwo menedżerów, którzy potrafią znacznie lepiej kierować tymi przedsiębiorstwami niż zrobiłby to on sam. Bill and Melinda Gates Foundation znacznie lepiej pokieruje jego dobroczynnością niż on umiałby to zrobić.
Bill Gates tak oto wyraził się o swoim przyjacielu: "Warren zostanie zapamiętany nie tylko jako najwybitniejszy inwestor, lecz również jako najwybitniejszy inwestor w dobro"[5]. Z pewnością tak właśnie będzie. Nie zapominajmy jednak, że całe dobro, które zostanie uczynione dzięki jego filantropijnej hojności, nie byłoby możliwe bez jego niezrównanych umiejętności inwestycyjnych. Gdy Buffett przekazywał Melindzie Gates czek na kwotę 30 miliardów dolarów, natychmiast przypomniał mi się inny czek, wystawiony pięćdziesiąt lat wcześniej. Mam na myśli jego początkową inwestycję w fundusz Buffett Partnership Ltd. wynoszącą 100 dolarów.
Buffet od zawsze utrzymuje, że wygrał na rozrodczej loterii. Jego zdaniem szanse na to, aby urodził się w 1930 roku w Stanach Zjednoczonych wynosiły 30:1. Przyznaje, że nie potrafił szybko biegać i nie mógł liczyć na to, że zostanie dobrym futbolistą. Pomimo sporego talentu w grze na ukulele nie zanosiło się też, żeby miał zostać skrzypkiem koncertowym. Wykazywał jednak "pewne szczególne inklinacje", które miały pozwolić mu "odnosić sukcesy w dużej i dynamicznej gospodarce kapitalistycznej"[6].
"Mój majątek jest efektem tego, że żyję w Ameryce, odrobiny dobrych genów oraz procentu składanego - mówi Buffett. - Moje szczęście wyraża się w tym, że urodziłem się w kraju z gospodarką rynkową, która czasem kreuje co prawda dziwne sytuacje, ogólnie jednak dobrze służy naszemu społeczeństwu". Przy okazji Buffett podkreśla, że tak się złożyło, że wypadło mu funkcjonować "w gospodarce, w której człowiek ratujący życie innych na polu bitwy jest nagradzany medalem, świetny nauczyciel jest nagradzany podziękowaniami od rodziców, a człowiek, który umie wskazywać źle wycenione aktywa, jest nagradzany kwotami idącymi w miliardy dolarów". Swój los Buffett porównuje do kapryśnego rozkładu "długich słomek"[7].
Niewykluczone, że to prawda. Moim zdaniem jednak Buffett sam zapracował sobie na swój sukces i sam wyznaczył swój los. Poniżej przedstawiam historię tego, jak Warren Buffett wyciągnął swoją długą słomkę.
Warren Edward Buffett urodził się 30 sierpnia 1930 roku w Omaha w stanie Nebraska. Należał do siódmego pokolenia Buffettów zamieszkujących to miasto. Pierwszy przedstawiciel Buffettów z Nebraski otworzył w 1869 roku sklep spożywczy. Dziadek Warrena Buffetta również prowadził sklep spożywczy, kiedyś zatrudniał w nim nawet młodego Charliego Mungera. Ojciec Warrena, Howard, był miejscowym maklerem i bankierem, a później został kongresmanem z ramienia Partii Republikańskiej.
Mówi się, że Warren Buffett był zafascynowany liczbami od dnia swoich urodzin. To pewnie lekka przesada, są jednak dowody na to, że nauczył się doskonale liczyć, jeszcze zanim poszedł do przedszkola. Jako młodzi chłopcy, Warren Buffett i Bob Russell siedzieli na ganku rodzinnego domu Russellów i notowali numery rejestracyjne przejeżdżających samochodów. Gdy na ulicy zapadały ciemności, chłopcy udawali się do domu, rozkładali na podłodze egzemplarz "Omaha World-Herald" i liczyli, ile razy w całej gazecie pojawiają się poszczególne litery. Następnie zapisywali swoje ustalenia w zeszycie, jak gdyby była to jakaś ściśle tajna informacja.
Jedną ze swoich ulubionych zabawek mały Warren otrzymał od ciotki Alice, która wręcz przepadała za oryginalnym, ale niezwykle sympatycznym szkrabem. W związku z tym złożyła mu propozycję nie do odrzucenia: jeśli nie będzie grymasił przy jedzeniu szparagów, dostanie stoper. Buffett był pod wielkim wrażeniem precyzyjnego urządzenia odmierzającego czas i wykorzystywał je w niezliczonych przedsięwzięciach typowych dla małego chłopca. Wzywał na przykład swoje dwie siostry do łazienki, napełniał wannę wodą i komenderował, aby wrzuciły po jednej szklanej kulce na sam koniec wanny. Zwyciężała ta z sióstr, której kulka jako pierwsza docierała do odpływu (wanna miała lekko nachylone dno). Buffett ze stoperem w ręku mierzył czas każdego wyścigu i odnotowywał uzyskane wyniki.
W nowym kierunku sześcioletniego wówczas Warrena popchnął jednak drugi podarunek od ciotki Alice. Dzięki niemu chłopak zafascynował się nie tylko liczbami, ale również pieniędzmi. Pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia Buffett rozpakował swój prezent, po czym przypiął do paska coś, co później miało stać się najcenniejszym ze wszystkich posiadanych przez niego przedmiotów - niklowaną sakiewkę do segregowania drobnych. Szybko znalazł wiele sposobów na wykorzystanie nowego nabytku. Wystawił przed domem stolik i sprzedawał przechodniom gumę do żucia. Chodził od drzwi do drzwi i sprzedawał gumę oraz napoje gazowane. Kupował w sklepie dziadka sześciopak coca-coli w cenie 25 centów, a następnie sprzedawał pojedyncze butelki po 5 centów. W ten sposób osiągał 20-procentowy zysk z inwestycji. Chodząc po domach sprzedawał również czasopisma "Saturday Evening Post" i "Liberty". Co weekend sprzedawał popcorn i orzeszki ziemne podczas miejscowych meczów futbolowych. We wszystkich tych przedsięwzięciach towarzyszyła mu sakiewka do segregowania pieniędzy - przyjmowała całe dolary i wydawała resztę[8].
Wydawałoby się, że miał wręcz idylliczne dzieciństwo. Niestety, sytuacja nagle zmieniła się na gorsze. Pewnego dnia ojciec Buffetta wrócił do domu i poinformował rodzinę, że bank, w którym pracował, został zamknięty. Stracił pracę, stracił też wszystkie oszczędności. Wielki kryzys dotarł do Omaha. W utrzymaniu rodziny zaczął pomagać dziadek Warrena, właściciel sklepu spożywczego.
Na szczęście poczucie beznadziei nie trwało długo. Howard Buffett szybko stanął na własnych nogach i ogłosił wielkie otwarcie Buffett, Sklenicka & Company. Firma była zlokalizowana w budynku Union State przy Farnam Street - tej samej, przy której Warren Buffett miał później kupić dom i otworzyć fundusz inwestycyjny.
Wielki kryzys dopadł rodzinę Buffettów na krótko, ale bardzo dotkliwie. Wywarł również olbrzymie wrażenie na małym Warrenie. "Te lata wzbudziły w nim bezwzględną determinację, aby stać się bardzo, bardzo, ale to bardzo bogatym - napisał Roger Lowenstein, autor książki Buffett: The Making of an American Capitalist. - Myślał o tym, jeszcze zanim skończył pięć lat. Od tamtej pory rzadko się zdarzało, aby przestawał o tym myśleć"[9].
Gdy Buffett skończył dziesięć lat, ojciec zabrał go do Nowego Jorku. To był prezent urodzinowy, który Howard fundował wszystkim swoim dzieciom. "Powiedziałem tacie, że chciałbym zobaczyć trzy miejsca - wspomina Buffett. - Chciałem zobaczyć Scott Stamp and Coin Company, chciałem zobaczyć Lionel Train Company, chciałem też zobaczyć nowojorską giełdę papierów wartościowych"[10]. Po całonocnej jeździe pociągiem Buffett wraz z ojcem dotarli na Wall Street, gdzie spotkali się z Atem Molem, członkiem giełdy. "Po lunchu podszedł do nas facet z tacą, na której były najróżniejsze liście tytoniu - wspomina Buffett. - Pan Mol wybrał interesujące go liście, z których zostało dla niego skręcone cygaro. Pomyślałem sobie wówczas: to jest to. Już lepiej być nie może. Cygara robione na indywidualne zamówienie"[11].
Później Howard Buffett przedstawił syna Sidneyowi Weinbergowi, starszemu partnerowi w Goldman Sachs, uważanemu wówczas za najbardziej znanego człowieka na Wall Street. Stojąc w gabinecie Weinberga, Buffett nie mógł się napatrzeć na wiszące na ścianach zdjęcia i dokumenty. Zwrócił uwagę na oprawione listy, wiedział bowiem, że z pewnością zostały napisane przez słynne osobistości. Howard i Sidney rozmawiali o bieżących sprawach finansowych, jednak Warren nie zwracał na nich uwagi. Chodził po całym gabinecie, wpatrując się w różne przedmioty. Gdy nadszedł czas pożegnania, Sidney Weinberg położył mu rękę na ramieniu i żartobliwym tonem spytał, jaką spółkę Warren rekomenduje. "Następnego dnia on już o tym nie pamiętał - wspomina Buffett - jednak ja zapamiętałem to na zawsze"[12].
Buffett był zafascynowany akcjami i giełdą, jeszcze zanim udał się do Nowego Jorku. Często bywał w biurze maklerskim ojca, gdzie mógł przyglądać się wiszącym na ścianach certyfikatom akcji i obligacji, trochę jak w gabinecie Sidneya Weinberga. Nierzadko zbiegał dwa piętra niżej, gdzie mieściła się firma maklerska Harris Upham. Wielu maklerów polubiło wszędobylskiego dzieciaka, który nigdy nie przestawał zadawać pytań. Od czasu do czasu pozwalali mu nawet zapisywać kredą ceny akcji na tablicy.
Sobotnie poranki, w które giełda była otwarta tylko przez dwie godziny, Warren spędzał w biurze maklerskim z Frankiem Buffettem, swoim stryjecznym dziadkiem, i Johnem Barberem, ciotecznym dziadkiem. Zdaniem Warrena Buffetta, wuj Frank był wiecznym giełdowym niedźwiedziem, natomiast wuj John - nadmiernie optymistycznym bykiem. Obaj starali się skupić na sobie uwagę młodego Warrena za pomocą historii o tym, dokąd ich zdaniem zmierza świat. Przez cały ten czas Buffett wpatrywał się w symbol giełdowy spółki Trans-Lux i starał się wyłapać jakiś sens w nieustannie zmieniających się cenach akcji. Co weekend czytywał felieton o inwestowaniu w gazecie "Barron's". Gdy przeczytał wszystkie książki z biblioteczki swojego ojca, pochłonął wszystkie książki na temat inwestowania, które były dostępne w miejskiej bibliotece. Wkrótce zaczął sam rysować wykresy cen akcji, starając się zrozumieć numeryczne schematy migające mu przed oczami.
Nikt nie był zaskoczony, gdy jedenastoletni Buffett obwieścił, że jest gotowy do zakupu pierwszych akcji w życiu. Rodzina była natomiast zszokowana, gdy dowiedziała się, że Warren planuje zainwestować 120 dolarów zaoszczędzonych dzięki sprzedaży napojów, orzeszków ziemnych i czasopism. Postawił na spółkę Cities Service Preferred, jedną z ulubionych spółek ojca. Zachęcał też Doris, swoją siostrę, aby się do niego przyłączyła. Oboje kupili po trzy akcje, wydając na nie po 114,75 dolara. Buffett uważnie przestudiował wykres ceny walorów tej spółki i był pewny swego.
Tamtego lata na rynku zagościły spadki, a rekordowo niski poziom w ujęciu rocznym przypadł na czerwiec. Dwójka młodych Buffettów poniosła straty w wysokości 30%. Nie było dnia, żeby Doris nie marudziła Warrenowi w związku z tą stratą, więc gdy cena akcji Cities Service Preferred wzrosła do 40 dolarów, Warren sprzedał te papiery, realizując zysk w wysokości 5 dolarów.
Ku jego olbrzymiemu zawodowi, cena akcji tej spółki wzrosła wkrótce do 202 dolarów. Buffett obliczył, że po odjęciu prowizji ominął go zysk w wysokości 492 dolarów. Zaoszczędzenie 120 dolarów zajęło mu pięć lat, doszedł więc do wniosku, że właśnie zrezygnował z dochodu z dwudziestu lat pracy. To była bolesna, lecz jakże wartościowa nauczka. Buffett poprzysiągł sobie, że już nigdy nie będzie się kierował tym, ile zapłacił za jakieś akcje, oraz że nie będzie zadowalał się małymi zyskami. W wieku jedenastu lat Buffett miał już za sobą jedną z najważniejszych lekcji związanych z inwestowaniem, a mianowicie lekcję cierpliwości (więcej informacji na temat tej niezbędnej cechy przedstawię w rozdziale 7).
W 1942 roku, gdy Buffett miał dwanaście lat, jego ojciec został wybrany do Kongresu Stanów Zjednoczonych. Cała rodzina przeniosła się wówczas do Waszyngtonu. Dla młodego chłopca była to dość trudna zmiana. W Waszyngtonie był bardzo osowiały i cały czas tęsknił za domem, dostał więc zgodę na powrót na rok do Omaha. Zamieszkał z dziadkiem i ciotką Alice. Rok później, w 1943, Warren postanowił dać Waszyngtonowi drugą szansę.
Nie było tam zaprzyjaźnionych firm maklerskich, w których mógłby przesiadywać, dlatego też jego zainteresowania stopniowo przenosiły się z akcji na przedsiębiorczość. W wieku trzynastu lat obsługiwał dwie trasy gazetowe, dostarczając klientom "Washington Post" oraz "Washington Times-Herald". W Woodrow Wilson High School zaprzyjaźnił się z Donem Danlym, którego szybko zaraził swoim entuzjazmem do zarabiania pieniędzy. Chłopcy zsumowali swoje oszczędności i kupili używane automaty do pinballa w cenie 25 dolarów. Buffett przekonał miejscowego fryzjera, by ten pozwolił mu wstawić jedną maszynę do jego zakładu w zamian za połowę zysków. Po pierwszym dniu jej działania chłopcy znaleźli wewnątrz cztery dolary w drobnych. Wilson Coin-Operated Machine Company prowadziła wkrótce siedem automatów, dzięki czemu Warren Buffett zaczął przynosić do domu 50 dolarów tygodniowo.
Gdy Warren Buffett ukończył szkołę średnią, jego oszczędności z różnych przedsięwzięć wynosiły 9 tysięcy dolarów. Natychmiast poinformował rodzinę, że nie widzi potrzeby, by iść na studia. Uważał, że tylko utrudniłoby mu to działalność biznesową. Decydujące zdanie w tej kwestii miał jednak jego ojciec, w związku z czym jesienią Warren został studentem Wharton School of Business and Finance przy University of Pennsylvania. Kładziono tam nacisk na biznes i finanse, a mimo to Buffett nie był szczególnie zachwycony tą uczelnią. "Nic mnie tam szczególnie nie oczarowało - wyznał. - Nie miałem poczucia, żebym się zbyt dużo uczył"[13]. Program nauczania opierał się tam przede wszystkim na teoretycznych aspektach biznesu, natomiast Buffetta interesował aspekt praktyczny - chciał się uczyć, jak zarabiać pieniądze. Po dwóch latach spędzonych w Wharton (1947-49) przeniósł się na University of Nebraska. Zaliczył czternaście przedmiotów w jednym roku i ukończył studia w roku 1950. A ciągle jeszcze nie miał dwudziestu lat.
Po powrocie do Omaha Buffett znów zainteresował się giełdą. Zaczął gromadzić dane od maklerów, zapisał się też na usługi informacyjne. Wznowił prowadzenie wykresów cen i zaczął studiować książki poświęcone analizie technicznej. Stosował system McGee oraz wszelkie inne systemy, jakie tylko przyszły mu do głowy. Szukał czegoś, co działa. Pewnego dnia, przeglądając półki w miejscowej bibliotece, natknął się na dość świeżą pozycję - na Inteligentnego inwestora autorstwa Benjamina Grahama. "Miałem wrażenie - stwierdził - jak gdybym wreszcie przejrzał na oczy"[14].
Teksty Grahama poświęcone inwestowaniu, w tym Security Analysis napisany we współpracy z Davidem Doddem, zrobiły na Buffetcie takie wrażenie, że postanowił wyjechać z Omaha i udać się do Nowego Jorku, aby uczyć się od Grahama w Graduate School of Business przy Columbia University. Graham nauczał tam, że należy dążyć do poznania wartości wewnętrznej spółki. Jego zdaniem inwestor, który poprawnie obliczył wartość wewnętrzną spółki i kupił jej akcje po cenie niższej od tej wartości, może na rynku zarobić. To matematyczne podejście trafiło Buffettowi do przekonania z uwagi na jego zamiłowanie do liczb.
W zajęciach Grahama brało udział dwudziestu studentów. Wielu z nich było starszych od Buffetta, a kilku pracowało na Wall Street. Wieczorami, po zakończeniu zajęć prowadzonych przez Grahama, zawodowcy z Wall Street siadali i dyskutowali o tym, które spółki są wycenione wyraźnie poniżej ich wartości wewnętrznej. Następnego ranka wracali do pracy, kupowali akcje spółek, które analizowali dzień wcześniej, i w ten sposób zarabiali.
Szybko wszyscy przekonali się, że Buffett był najbystrzejszym studentem w całej grupie. Często zdarzało mu się podnosić rękę i odpowiadać na pytania Grahama, jeszcze zanim wykładowca zdążył je dokończyć. W tych samych zajęciach uczestniczył Bill Ruane, który później do spółki z Rickiem Cuniffem założył Sequoia Fund. Ruane wspomina, że między Grahamem a Buffettem niemal natychmiast pojawiła się prawdziwa chemia oraz że reszta studentów stanowiła dla nich tylko tło[15]. Buffett ukończył te zajęcia z oceną bardzo dobry plus - była to pierwsza piątka z plusem, którą Graham wystawił w swojej 22-letniej karierze wykładowcy.
Po zakończeniu studiów na Columbia University Buffett poprosił Grahama o pracę, ale jej nie dostał. Początkowo poczuł się dotknięty tym odrzuceniem, później dowiedział się jednak, że firma Graham-Newman wolała wypełniać wakaty analitykami pochodzenia żydowskiego, którzy mieli być traktowani na Wall Street niesprawiedliwie. Buffett się nie zrażał. Wrócił do Omaha i zatrudnił się w Buffett-Falk Company, firmie maklerskiej ojca. Od razu wziął się do roboty i zaczął rekomendować akcje spółek spełniających kryteria Grahama. Przez cały czas pozostawał w kontakcie z samym Grahamem, podsyłając mu kolejne pomysły na zakup kolejnych spółek. W 1954 roku Graham w końcu zadzwonił z propozycją - bariera religijna została zniesiona i w Graham-Newman otworzył się wakat. Buffett wsiadł w pierwszy samolot lecący do Nowego Jorku.
Podczas pracy w Graham-Newman Buffett w pełni zanurzył się podejściu inwestycyjnym swojego mentora. Oprócz Buffetta, Graham przyjął też Waltera Schlossa, Toma Knappa i Billa Ruane'a. Schloss zatrudnił się potem w WJS Ltd. Partners, gdzie zarządzał pieniędzmi przez 28 lat. Knapp, absolwent chemii w Princeton, został założycielem i partnerem w firmie Tweedy, Browne Partners. Ruane został współzałożycielem funduszu Sequoia Fund.
Dla Warrena Buffetta Graham był kimś więcej niż tylko nauczycielem. "To Graham nakreślił pierwszą dokładną mapę prowadzącą do cudownego i często zakazanego miejsca, czyli na giełdę papierów wartościowych - napisał Roger Lowenstein. - Stworzył metodologiczne podstawy wyboru spółek, co wcześniej stanowiło co najwyżej pseudonaukę, zbliżoną raczej do hazardu"[16]. Odkąd w wieku jedenastu lat Buffett kupił pierwsze akcje Cities Service Preferred, połowę swojego życia poświęcił na zgłębianie tajemnic rynku papierów wartościowych. Teraz znalazł wreszcie odpowiedzi. Alice Schroeder, autorka książki Snowball: Warren Buffett and the Business of Life, napisała: "Warren zachował się tak, jak człowiek, który całe życie spędził w jaskini i w końcu z niej wyszedł, mrugając oczami i próbując przyzwyczaić się do światła słonecznego". Zdaniem Schroeder, pierwotna koncepcja Buffetta dotycząca akcji "opierała się na schematach zmian cen, po których handlowano kawałkami papieru. Potem zrozumiał jednak, że te kawałki papieru stanowią symbol jakiejś głębszej prawdy"[17].
W 1956 roku, dwa lata po zatrudnieniu Buffetta, firma Graham-Newman została rozwiązana. 61-letni wówczas Graham postanowił przejść na emeryturę. Buffett po raz kolejny wrócił do Omaha. Dzięki wiedzy pozyskanej od Grahama oraz wsparciu finansowemu rodziny i znajomych założył własną spółkę inwestycyjną. Miał 25 lat.
Gdy w 1994 roku Robert Hagstrom opublikował pierwsze wydanie książki Na sposób Warrena Buffetta, bardzo szybko osiągnęła ona olbrzymią popularność. Do dziś [do 2004 roku] sprzedało się ponad 1,2 miliona egzemplarzy. Swoją popularność książka zawdzięcza dokładności zawartych w niej analiz oraz wartości formułowanych w niej rad.
Zajmując się Warrenem Buffettem, można zostać przytłoczonym wielkimi liczbami, które towarzyszą jego nazwisku. Większość inwestorów operuje setkami, czasem tysiącami, z Warrenem natomiast zawsze są to miliony i miliardy. Oczywiście nie oznacza to, że nie możemy się czegoś od niego nauczyć - wręcz przeciwnie. Wystarczy przeanalizować jego dotychczasowe i bieżące działania, aby zdefiniować podstawowe zasady, którymi się kieruje, a następnie odwoływać się do nich, podejmując własne decyzje.
Właśnie w tym tkwi wielka wartość książki Roberta. Przez wiele lat uważnie analizował działania, słowa i decyzje Warrena Buffetta, a następnie zaczął szukać w nich pewnych prawidłowości. Na potrzeby tej książki sprowadził zidentyfikowane w ten sposób schematy do dwunastu ponadczasowych zasad, które przyświecały i przyświecają filozofii inwestycyjnej Buffetta zawsze i w każdych okolicznościach rynkowych. Mogą przyświecać również wszystkim innym inwestorom.
Podstawowa wartość pracy Roberta wynika z jej koncentracji - książka przedstawia konkretne techniki inwestycyjne, tak naprawdę jednak opisuje fundamentalne zasady inwestowania. A zasady, jak wiemy, pozostają niezmienne. Mogę niemal usłyszeć Warrena, jak z uśmieszkiem na ustach rzuca: "Właśnie dlatego nazywają się zasadami".
W minionym dziesięcioleciu mogliśmy przekonać się o słuszności tej podstawowej prawdy. W tym czasie kilka razy zmieniały się trendy rynkowe. Obserwowaliśmy wielką bańkę cenową, na której wiele osób zarobiło, a następnie ostry krach aż do dotkliwej bessy. Rynek sięgnął dna wiosną 2003 roku i dopiero potem zaczął się odbijać.
Podejście inwestycyjne Warrena Buffetta nie zmieniło się w tym czasie ani trochę. Wyrocznia z Omaha dalej kierowała się zasadami wskazanymi w tej książce:
Pamiętaj, że kupując akcje, kupujesz ułamek firmy. Buduj skoncentrowany portfel o niskiej rotacji aktywów. Inwestuj tylko w to, co rozumiesz i co potrafisz poddać analizie. Poszukuj marginesu bezpieczeństwa między ceną zakupu a wartością spółki w długim terminie.Korzyści płynące z tego niezmiennego podejścia czerpią - jak zwykle - inwestorzy Berkshire Hathaway. Od momentu rozpoczęcia odbicia na giełdach, czyli od 2003 roku, akcje tego holdingu zdrożały o 20 tysięcy dolarów, czyli o ponad 30%. To znacznie więcej niż wynosi zwrot z szerokiego rynku w tym samym okresie.
Teoria inwestowania w wartość jest budowana przez kolejne pokolenia inwestorów, poczynając od Benjamina Grahama, przez Warrena Buffetta i jemu współczesnych, aż po Roberta Hagstroma. Buffett, najlepiej znany uczeń Grahama, często radzi inwestorom, aby wczytali się w Inteligentnego inwestora Grahama. Sam często formułuję tę rekomendację. Jestem przekonany, że książka Roberta dzieli z tym ponadczasowym klasykiem jedną istotną cechę: być może zawarte tu rady nie pozwolą ci się wzbogacić, z pewnością jednak nie uczynią cię biedniejszym. Przedstawione tu techniki i zasady sprawią, że staniesz się lepszym inwestorem - musisz je tylko zrozumieć i odpowiednio zastosować.
Bill Miller
Prezes i dyrektor ds. inwestycyjnych, LMM, LLC
październik 2004
Philip A. Fisher, mój ojciec, z dumą obserwował, jak Warren Buffett przejmuje część jego poglądów. Był również dumny z ich wieloletniej przyjaźni. Gdyby mój ojciec żył i pisał to wprowadzenie, z pewnością przedstawiłby tu pozytywne emocje, których doświadczał w związku z tą znajomością. Faktem jest, że nie ma wielu takich inwestorów, których gwiazda inwestycyjna zdołałaby przyćmić gwiazdę mojego ojca. Ojciec darzył Buffetta szczerą sympatią i był zaszczycony, że ten stosuje w praktyce niektóre jego koncepcje. Zmarł w wieku 96 lat - dokładnie na trzy miesiące przed tym, jak otrzymałem niespodziewany list z propozycją napisania tekstu o ojcu i Buffecie. To wprowadzenie pomogło mi skojarzyć parę faktów i zamknąć kilka spraw związanych ze znajomością ojca z Buffettem. Chciałbym zapewnić czytelnikom bardzo osobisty wgląd w istotny fragment historii inwestowania. Być może uda mi się przemycić również kilka rad dotyczących jak najlepszego wykorzystania tej świetnej książki.
Nie zdradzę tu zbyt wiele na temat Buffetta, ponieważ jest on tematem przewodnim tej książki, który Robert Hagstrom niezwykle umiejętnie rozwija. Powszechnie wiadomym jest, że mój ojciec miał spory wpływ na Warrena Buffetta oraz że - jak pisze Hagstrom - wpływ ten widać szczególnie wyraźnie w ostatnich latach. Gdy ojciec miał już możliwość bliższego poznania Warrena Buffetta, zaczął podziwiać w nim pewne konkretne cechy - cechy niezbędne do osiągania sukcesów inwestycyjnych, a jakże rzadko spotykane u ludzi zawodowo zajmujących się zarządzaniem pieniędzmi.
Gdy czterdzieści lat temu Warren Buffett po raz pierwszy spotkał się z moim ojcem, w porównaniu z dniem dzisiejszym świat dysponował raczej prymitywnymi narzędziami informacyjnymi. Ojciec posługiwał się wówczas własnymi metodami gromadzenia danych. Przez całe dziesięciolecia stopniowo budował sieć kontaktów - profesjonalnych inwestorów, których szanował. Inwestorzy ci znali go na tyle dobrze, by wiedzieć, czym jest, a czym nie jest zainteresowany i z jakimi pomysłami warto się do niego zwracać. W związku z budową tej sieci kontaktów ojciec postanowił, że może jeden raz spotkać się z każdym młodym inwestorem. Gdy ktoś zrobił na nim pozytywne wrażenie, mógł spotkać się z nim ponownie i nawiązać dłuższą znajomość. Zdarzało się to rzadko, ponieważ mój ojciec miał bardzo wysokie standardy! Jeśli nie ocenił kogoś na piątkę, automatycznie przyznawał mu ocenę niedostateczną. Kiedy ocenił już kogoś negatywnie, osoba ta była dla niego na zawsze skreślona. Jedna szansa na nawiązanie znajomości. Czas był dla ojca rzadkim i cennym zasobem.
Warren Buffett należał do bardzo, ale to bardzo nielicznego grona młodych ludzi, którzy zasłużyli na drugie spotkanie z moim ojcem, a potem na wiele następnych. Ojciec był surowym sędzią kompetencji i charakteru. Nadzwyczaj surowym! Ocenianie ludzi stało się filarem jego kariery zawodowej. To była jedna z najlepszych cech jego charakteru oraz główny powód, dla którego w analizie papierów wartościowych kładł tak duży nacisk na jakościową analizę zarządzania firmą. Zawsze był bardzo dumny z tego, że dostrzegł w Buffecie wartościowego inwestora, zanim ten zdobył powszechne, zasłużone uznanie.
Znajomości z Warrenem Buffettem nie przeszkodziły nawet okazjonalne wpadki mojego ojca, który od czasu do czasu błędnie zwracał się do niego per "Howard" (to imię ojca Warrena). To niecodzienna historia, która nigdy dotąd nie ujrzała światła dziennego, a która rzuca pewnie sporo nowego światła na postaci mojego ojca i samego Warrena Buffetta.
Ojciec był niedużym mężczyzną dysponującym potężnym umysłem, który nigdy nie zwalniał. Zachowywał się uprzejmie, jednak często się denerwował, bywał pobudzony, a w kwestiach osobistych brakowało mu pewności siebie. Miał również wiele nawyków, do których w dużej mierze sprowadzało się jego życie. Rygorystycznie przestrzegał codziennej rutyny, upatrując w niej źródła poczucia bezpieczeństwa. Uwielbiał spać, ponieważ w czasie snu się nie denerwował i nie musiał się zmagać z brakiem pewności siebie. Gdy w nocy nie mógł wyciszyć pędzącego umysłu, a zdarzało mu się to nad wyraz często, zamiast liczyć owce grał w gry pamięciowe. Jedna z nich polegała na przywoływaniu z pamięci nazwisk i okręgów wyborczych wszystkich członków Kongresu - robił to tak długo, aż zapadał w sen.
Robił tak od 1942 roku. Wtedy też zapamiętał nazwisko Howarda Buffetta powiązane z Omaha. Powtarzał je wielokrotnie, dzień po dniu, przez ponad dziesięć lat. W jego umyśle słowa "Omaha", "Buffett" i "Howard" zostały nierozerwalnie połączone jeszcze na długo przed tym, zanim poznał Warrena Buffetta. Później, gdy kariera Warrena zdążyła nabrać rumieńców, mój ojciec potrzebował kolejnych dwudziestu lat, aby na dobre zerwać w swojej głowie skojarzenie słów "Buffet" i "Omaha" z imieniem "Howard". Ojca to denerwowało, dlatego że nie kontrolował własnego umysłu i dlatego, że lubił Buffetta i cenił sobie tę znajomość. Ojciec dokładnie wiedział, kim jest Warren Buffett, jednak w codziennych rozmowach potrafił rzucić coś takiego: "Ten młody zdolny Howard Buffett z Omaha". Im częściej to powtarzał, tym trudniej było mu pozbyć się tego wyrażenia. Moim ojcem rządziły jego nawyki.
Pewnego dnia wcześnie rano, na krótko przed spotkaniem z Buffettem, ojciec postanowił raz na zawsze oddzielić "Howarda" i "Warrena". Niestety, gdzieś w trakcie rozmowy ojciec zwrócił się do Warrena po imieniu "Howard". Jeżeli Buffett zwrócił na to uwagę, nie dał nic po sobie poznać. Nie poprawił mojego ojca. W latach siedemdziesiątych takie sytuacje zdarzały się już sporadycznie, a w latach osiemdziesiątych ojciec na dobre przestał mylić Warrena z Howardem. Gdy wreszcie uporał się z tym problemem, był z siebie naprawdę dumny. Po wielu latach zapytałem go, czy kiedykolwiek wyjaśnił tę sprawę Warrenowi. Powiedział, że nie, ponieważ za bardzo się tego wstydził.
Ich znajomość przetrwała, ponieważ opierała się na znacznie mocniejszych fundamentach. Sądzę, że jednym z tych fundamentów była ich wspólna filozofia otaczania się kompetentnymi i uczciwymi ludźmi. W kontekście nadzorowania kadry kierowniczej Berkshire Hathaway Buffet mówi: "Nie mamy w zwyczaju uczyć najwybitniejszych pałkarzy odbijania piłek". To zdanie można równie dobrze przypisać Philowi Fisherowi. Otaczaj się wyłącznie najlepszymi ludźmi, nie myl się w ich ocenie, a potem nie mów im, co mają robić.
Przez długie lata mój ojciec pozostawał pod wrażeniem tego, w jaki sposób Buffett rozwijał się jako inwestor i zawsze pozostawał wierny swoim podstawowym zasadom. W każdej kolejnej dekadzie Buffett robił rzeczy, o które trudno było go posądzać na podstawie jego wcześniejszych poczynań. W świecie inwestowania większość ludzi kształci się w sposób rzemieślniczy - kształtują w sobie określony styl inwestowania, którego nigdy nie zmieniają. Kupują akcje o niskim wskaźniku ceny do zysku (C/Z), kupują najnowsze spółki technologiczne albo mają jeszcze jakiś inny model. Opanowują jedną sztukę, a potem nigdy się nie zmieniają albo zmieniają się jedynie odrobinę. Warren Buffett tymczasem nieustannie, dekada po dekadzie, obierał jakąś nową strategię, przez co przewidywanie jego dalszych działań okazywało się niemożliwe. Nikt nie mógł przewidzieć, że w latach siedemdziesiątych skoncentruje się na firmach franczyzowych, a w latach osiemdziesiątych postawi na spółki produkujące dobra konsumenckie, charakteryzujące się ponadprzeciętnie wysokim wskaźnikiem C/Z. Jego umiejętności w zakresie skutecznych zmian same w sobie stanowiłyby kanwę książki. Większość ludzi, którzy próbują ewoluować tak jak Buffett, ponosi porażkę. Mój ojciec był przekonany, że Buffett porażki nie poniesie, ponieważ nigdy nie zapomniał o tym, kim jest. Zawsze pozostawał względem siebie szczery.
Mój ojciec zawsze starał się mieć pod ręką znany wiersz Rudyarda Kiplinga zatytułowany "Jeżeli". Trzymał jego egzemplarze na biurku, w nocnej szafce, w swoim gabinecie - zawsze gdzieś w pobliżu. Czytał go wielokrotnie, a w rozmowach ze mną często go cytował. Sam trzymam ten wiersz w szufladzie biurka, jako wyraz mojej bliskiej relacji z ojcem. Jako osoba niepewna siebie, a jednocześnie zdeterminowana, często powtarzał za Kiplingiem, aby poważnie podchodzić do własnej kariery zawodowej oraz inwestowania, natomiast samego siebie już tak poważnie nie traktować. Uważał, że należy zawsze rozważyć krytykę kierowaną pod naszym adresem przez innych, nigdy nie upatrywać jednak w tych osobach naszych sędziów. Uważał, że należy stawiać przed sobą ambitne wyzwania i nie wystawiać sobie potem zbyt skrajnych ocen. Jeśli uznamy, że nie daliśmy rady, powinniśmy zmusić się, by spróbować jeszcze raz. Uważał, że zawsze należy iść o krok dalej.
Rozwój zgodny z wyznawanymi wartościami i wcześniejszymi dokonaniami, nieustanne próby wykonania kolejnego kroku - to właśnie to podziwiał w Buffecie mój ojciec. Parcie naprzód bez względu na ograniczenia z przeszłości, wcześniejsze deklaracje, konwencje czy dumę. W oczach mojego ojca Buffett uosabiał cechy uwiecznione w wierszu Kiplinga.
Niestety, zawsze znajdzie się jakaś niewielka część społeczeństwa, w liczbach bezwzględnych tworząca całkiem sporą grupę zawistnych ludzi o ograniczonych horyzontach myślowych, którzy nie potrafią sami ułożyć sobie życia - ludzi, którzy lubują się w oskarżaniu innych. Sensem życia tych nieszczęśliwców jest wywoływanie bólu wszędzie tam, gdzie nie potrafią wypracować korzyści. Obrzucą błotem każdego, kto z powodzeniem idzie przez życie. Skrytykują go za wszystko, czego dokona. Błoto przylgnie wszędzie tam, gdzie będzie mogło. Mój niepewny siebie ojciec był przekonany, że błoto poleci w kierunku każdego z nas, także w jego stronę. Miał jednak nadzieję, że do ludzi, których podziwiał, błoto to nie przylgnie. Od ludzi, których podziwiał, oczekiwał, że zachowają się zgodnie z radami Kiplinga - że rozważą słowa krytyki, choć nie będą się czuli oceniani. Zawsze tak, jak chciał Kipling!
Kariera Warrena Buffetta jest już ponadprzeciętnie długa, a mimo to poleciało w jego stronę niewiele błota i nic do niego nie przylgnęło. To o czymś świadczy. Kipling byłby rad, mój ojciec też. Wszystko sprowadza się do fundamentalnych wartości wyznawanych przez Buffetta, który zawsze pamięta, kim jest i co sobą reprezentuje. Nie zna konfliktów interesów, które mogłyby skłonić go do wyrzeczenia się wyznawanych wartości i podjęcia niepożądanych działań. Żadne błoto do niego nie przylgnęło, ponieważ nie było czym w niego rzucać. To właśnie ten aspekt życia Warena Buffetta należy próbować naśladować w pierwszej kolejności - trzeba wiedzieć, co się sobą reprezentuje.
To wprowadzenie piszę między innymi po to, aby zasugerować, w jaki sposób należy wykorzystać tę książkę. Przez całą moją karierę często musiałem odpowiadać na pytania o to, dlaczego nie robię różnych rzeczy bardziej jak mój ojciec albo bardziej jak Buffett. Odpowiedź jest prosta: jestem sobą, a nie nimi. Muszę sięgać po własne przewagi konkurencyjne. Nie potrafię tak świetnie oceniać innych ludzi jak mój ojciec, nie jestem też tak genialny jak Buffett.
Istotne jest to, aby książkę tę wykorzystać do nauki, a nie do tego, aby starać się zostać Buffettem. Nie można stać się drugim Warrenem Buffettem. Sparzy się ten, kto spróbuje. Wykorzystaj tę książkę, aby poznać sformułowane przez niego zasady, a następnie uwzględnij je we własnym podejściu inwestycyjnym. Naprawdę wielkim możesz zostać wyłącznie dzięki własnym pomysłom. Wiedza zawarta w tej książce przyda ci się tylko pod warunkiem, że dopasujesz ją do samego siebie, nie będziesz natomiast dopasowywał siebie do zawartej tu wiedzy (inwestor "dopasowany na siłę" raczej nie odniesie większych sukcesów). Gwarantuję, że nie można zostać Warrenem Buffettem bez względu na to, co się przeczytało, i mimo najbardziej usilnych starań. Trzeba być sobą.
To jedna z najważniejszych lekcji, jakie przekazał mi ojciec - prawdziwie wybitny nauczyciel w tak wielu kwestiach. Nie mam próbować być kimś innym, mam starać się być najlepszy, jak tylko mogę, i nigdy nie zbaczać z tej ścieżki. Czego najbardziej warto nauczyć się od Warrena Buffetta? Uczyć się od niego i wyzbyć się pragnienia bycia nim. Jeśli jesteś młodym czytelnikiem, najlepszą lekcją inwestowania będzie poszukiwanie sedna tego, kim naprawdę jesteś. Jeśli jesteś starszym czytelnikiem, uświadom sobie, że jesteś znacznie młodszy, niż ci się wydaje, i odpowiednio się zachowuj - to naprawdę rzadko spotykany dar. Gdyby to nie było możliwe, Buffett, od dawna już będący w wieku emerytalnym, nie mógłby się rozwijać. Upatruj w Buffetcie nauczyciela, a nie wzoru do naśladowania. Potraktuj tę książkę jako najlepsze przedstawienie jego nauk, odpowiednio wyrażone i przystępne. Z tej książki możesz się bardzo wiele dowiedzieć i uczynić z tej wiedzy fundament własnej skutecznej filozofii inwestowania.
Kenneth L. Fisher
lipiec 2013
Pewnego wieczora w środku tygodnia, jakoś na początku 1989 roku, siedziałem sobie w domu, gdy nagle rozległ się dzwonek telefonu. Pierwsza podbiegła do niego Annie, druga z naszych trzech córek, która miała wtedy jedenaście lat. Powiedziała, że dzwoni Warren Buffett. Byłem przekonany, że to jakiś dowcip. Głos w słuchawce powiedział: "Z tej strony Warren Buffett z Omaha [jak gdybym mógł go pomylić z jakimś innym Warrenem Buffettem!]. Właśnie skończyłem czytać pańską książkę. Bardzo mi się podoba i chciałbym zacytować jej fragment w corocznym liście do akcjonariuszy Berkshire Hathaway. Sam też zawsze chciałem napisać książkę, ale jakoś nigdy się za to nie zabrałem". Mówił bardzo szybko i z wielkim entuzjazmem. W jakieś piętnaście czy dwadzieścia sekund wyrzucił z siebie chyba ze czterdzieści słów, a po drodze jeszcze się kilkakrotnie roześmiał. Pamiętam, że na zakończenie rzucił: "Jeśli kiedykolwiek będzie pan w Omaha i nie wpadnie mnie pan odwiedzić, w Nebrasce będzie pan skończony".
Oczywiście, że nie byłem zainteresowany tak marnym losem, dlatego sześć miesięcy później skorzystałem z zaproszenia. Warren Buffett osobiście oprowadził mnie po swoim biurze (co w sumie nie trwało długo, bo jego bezpośredni współpracownicy spokojnie mogliby pracować na połowie kortu tenisowego), miałem też okazję przywitać się z jego wszystkimi jedenastoma ludźmi. Nigdzie nie wypatrzyłem ani komputera, ani urządzenia udostępniającego na bieżąco ceny akcji.
Po jakiejś godzinie udaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie poszedłem za jego przykładem i zamówiłem genialny stek, a do tego cherry coke - po raz pierwszy od trzydziestu lat. Rozmawialiśmy o tym, jak zarabialiśmy na kieszonkowe jako dzieci, mówiliśmy o baseballu i brydżu, wymienialiśmy się też historiami spółek, w które kiedyś inwestowaliśmy. Warren opowiadał o spółkach wchodzących w skład Berkshire (ani razu nie posłużył się pełną nazwą Berkshire Hathaway).
Dlaczego Warren Buffett jest uznawany za najlepszego inwestora wszech czasów? Jakim jest człowiekiem, akcjonariuszem, menedżerem i właścicielem firm? Co jest wyjątkowego w rocznych sprawozdaniach finansowych Berkshire Hathaway? Dlaczego Buffett poświęca tym dokumentom tak dużo uwagi i czego można się z nich nauczyć? Chcąc znaleźć odpowiedzi na te pytania, postanowiłem osobiście z nim porozmawiać. Postanowiłem też ponownie przeczytać jego sprawozdania finansowe za pięć ostatnich lat oraz pierwsze dokumenty, które publikował jako prezes holdingu (raporty z 1971 i 1972 roku liczą sobie zaledwie po dwie strony tekstu). Oprócz tego skontaktowałem się z dziewięcioma osobami, które były zaangażowane w różnorakie relacje z Buffettem o długości od czterech do trzydziestu lat - w gronie tym znaleźli się: Jack Byrne, Robert Denham, Don Keough, Carol Loomis, Tom Murphy, Charlie Munger, Carl Reichardt, Frank Rooney i Seth Schofield.
Jeśli chodzi o jego charakter i osobowość, otrzymywałem dość spójne odpowiedzi. Przede wszystkim Warren Buffett jest człowiekiem zadowolonym z życia. Kocha wszystko to, co robi, czyli kontakty z ludźmi i przekopywanie się przez olbrzymie sterty dokumentów finansowych, gazet i periodyków. Jako inwestor wykazuje się dyscypliną, cierpliwością, elastycznością, odwagą, pewnością siebie i zdecydowaniem. Nieustannie poszukuje takich inwestycji, które pozwalają wyeliminować albo przynajmniej zminimalizować ryzyko. Co więcej, znakomicie porusza się po zagadnieniach związanych z rachunkiem prawdopodobieństwa. Sądzę, że umiejętność ta płynie z jego zamiłowania do prostych rachunków, aktywnej gry w brydża oraz wieloletniego doświadczenia w wystawianiu polis ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych. Chętnie podejmuje ryzyko tam, gdzie prawdopodobieństwo całkowitej straty jest niewielkie, występuje natomiast potencjał na wysoki zysk. Nie ma problemu ze wskazywaniem własnych błędów i pomyłek, za które nigdy nie przeprasza. Chętnie żartuje sam z siebie i nagradza współpracowników zasłużonymi komplementami.
Warren Buffett jest wybitnym uczniem biznesu i genialnym słuchaczem, potrafi błyskawicznie wskazać kluczowe aspekty jakiejś złożonej kwestii lub zidentyfikować filary działalności danej firmy. Decyzję o porzuceniu danego pomysłu inwestycyjnego potrafi podjąć w dwie minuty, a na decyzję o dokonaniu dużej inwestycji w jakąś spółkę potrzebuje czasem zaledwie kilku dni analiz. Jest zawsze przygotowany - jak sam stwierdził w jednym ze swoich rocznych sprawozdań finansowych: "Noe nie zaczynał budować arki, gdy już padało".
Jako przedstawiciel kierownictwa niemal nigdy nie dzwoni do szefa oddziału albo do dyrektora generalnego firmy, chętnie natomiast odbiera od nich telefony o każdej porze dnia i nocy, aby służyć radą lub odebrać jakieś informacje. Gdy już zainwestuje w jakąś spółkę lub kupi ją w całości, zamienia się w jej kibica i głos rozsądku: "W Berkshire nie mamy w zwyczaju uczyć najwybitniejszych pałkarzy odbijania piłek", stwierdza, nawiązując do baseballa.
Warren Buffett chętnie się też uczy i dostosowuje do nowych realiów, o czym świadczą nabyte przez niego umiejętności publicznego przemawiania i obsługi komputera. Jeszcze w latach pięćdziesiątych zainwestował 100 dolarów w kurs Dale'a Carnegiego. Jak sam przyznaje: "Chodziło mi o to, żeby nauczyć się przemawiać mimo tremy, a nie za wszelką cenę starać się zapanować nad drżeniem kolan". Podczas corocznych walnych zgromadzeń akcjonariuszy Berkshire Hathaway siada w towarzystwie Charliego Mungera przed audytorium złożonym z dwóch tysięcy osób i bez żadnych notatek opowiada oraz odpowiada na pytania tak, aby zadowolić najwybitniejszych inwestorów, najznamienitszych mędrców, a nawet przedstawicieli sceny kabaretowej. Na początku 1994 roku postanowił nauczyć się obsługiwać komputer, chciał bowiem wykorzystać sieć, aby łatwiej grać w brydża z ludźmi w całym kraju. Niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości zacznie korzystać z którejś z setek dostępnych dzisiaj usług pozyskiwania danych na temat spółek, ułatwiających prowadzenie analiz inwestycyjnych.
Warren Buffett podkreśla, że w inwestowaniu kluczowym czynnikiem jest wyznaczenie wartości wewnętrznej firmy oraz nabycie jej akcji po dość okazyjnej cenie. Buffetta nie interesuje, jak zachowywała się giełda w ostatnim czasie i jak zachowa się w najbliższej przyszłości. W latach 1988-89 kupił akcje koncernu Coca-Cola za ponad 1 miliard dolarów, mimo że w minionych sześciu latach ich cena wzrosła pięciokrotnie, a w minionych 60 latach - pięćsetkrotnie. W trzy lata wartość tej inwestycji wzrosła czterokrotnie, ale to nie jest ostatnie słowo Buffetta - planuje zarobić na tych papierach znacznie więcej w kolejnych pięciu, dziesięciu, dwudziestu latach. W 1976 roku natomiast nabył istotny pakiet akcji GEICO w momencie, w którym ich cena spadła z 61 do 2 dolarów. Rynek był przekonany, że niedługo cena tych akcji sięgnie zera.
W jaki sposób przeciętny inwestor może stosować zasady wyznawane przez Warrena Buffetta? Wyrocznia z Omaha nigdy nie inwestuje w spółki, których działalności nie rozumie lub które znajdują się poza jego "kręgiem kompetencji". Wszyscy inwestorzy mogą stopniowo kształtować taki krąg kompetencji, a następnie poszerzać jego promień. Może tu chodzić o branżę, którą zajmują się zawodowo, albo o jakiś sektor rynku, który najbardziej lubią analizować. Co najważniejsze, nie trzeba mieć racji jakoś szczególnie często. Buffett stwierdza, że w jego czterdziestoletniej karierze inwestora największe znaczenie miało tylko dwanaście decyzji inwestycyjnych.
Zakładając, że koncentracja portfela na akcjach zaledwie kilku spółek zmusza inwestora do większej uwagi i bardziej rzetelnych analiz, strategia ta pozwala zdecydowanie ograniczyć ryzyko. Zwykle ponad 75% aktywów Berkshire Hathaway jest ulokowanych w akcjach zaledwie pięciu różnych spółek. Jedna z zasad, która kilkukrotnie przewija się na kartach tej książki, dotyczy kupowania świetnych firm w momencie, gdy zmagają się z przejściowymi problemami lub gdy na rynku goszczą spadki i pojawiają się prawdziwe okazje cenowe. Nie ma sensu próbować prognozować zmian na giełdzie, trendów w gospodarce, stóp procentowych ani wyników wyborów. Nie ma sensu marnować pieniędzy na ludzi, którzy zajmują się tym zawodowo. Należy analizować fakty i sytuację finansową firmy, szacować wartość jej perspektyw na przyszłość i kupować wtedy, gdy wszystko przemawia na korzyść inwestora. Strategię inwestycyjną wielu osób można niestety przyrównać do całonocnej gry w pokera bez zaglądania we własne karty.
Niewielu inwestorów miałoby wystarczająco dużą wiedzę i odwagę, aby kupić akcje GEICO po 2 dolary albo papiery Wells Fargo czy General Dynamics, gdy spółki te były przecenione. W końcu wielu kompetentnych ludzi utrzymywało, że to firmy znajdujące się w poważnych tarapatach. Warren Buffett zainwestował również w takie spółki jak Capital Cities/ABC, Gillette, Washington Post, Affiliated Publications, Freddie Mac czy Coca-Cola (spółki te wygenerowały 6 miliardów dolarów zysku dla Berkshire Hathaway, czyli 60% z 10 miliardów dolarów kapitału własnego tego holdingu). To wszystko dobrze zarządzane firmy z długą historią rentowności, zajmujące dominujące pozycje na swoich rynkach.
Warren Buffett wykorzystuje roczne sprawozdania finansowe, by informować swoich akcjonariuszy oraz by pomagać opinii publicznej w skuteczniejszym inwestowaniu. Po obu stronach rodzinnego drzewa genealogicznego Buffett ma wśród przodków redaktorów gazet, a jego ciotka Alice przez ponad trzydzieści lat była nauczycielką w szkole publicznej. W związku z tym Warren Buffett lubi zarówno uczyć, jak i pisać o biznesie, a w szczególności o inwestowaniu. W wieku 21 lat zgłosił się na ochotnika do prowadzenia wykładów na University of Nebraska w Omaha. W 1955 roku, gdy pracował w Nowym Jorku, prowadził zajęcia dotyczące giełdy papierów wartościowych na kursach dla dorosłych w Scarsdale High School. Przez dziesięć lat na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych organizował nieodpłatne wykłady na Creighton University. W 1977 roku uczestniczył w pracach komitetu pod przewodnictwem Ala Sommera Jr., który doradzał Securities and Exchange Commission w sprawie przepisów dotyczących sprawozdawczości finansowej przedsiębiorstw. Od tamtego momentu, czyli od 1977 roku, wyraźnie zmieniła się skala sprawozdań finansowych Berkshire Hathaway. Nowe sprawozdania finansowe zaczęły w większym stopniu przypominać te, które Buffett pisał w czasie prowadzenia swoich spółek inwestycyjnych z lat 1956-1969.
Od początku lat osiemdziesiątych roczne sprawozdania finansowe zawierają informacje na temat wyników spółek wchodzących w skład holdingu oraz jego nowych inwestycji, informacje na temat bieżącej sytuacji panującej w branży ubezpieczeń i reasekuracji, a od 1982 roku znajdują się tam również wymogi stawiane firmom, których przejęciem Berkshire Hathaway jest potencjalnie zainteresowany. W sprawozdaniach nie brakuje przykładów, analogii, historii i metafor zawierających wskazówki dotyczące umiejętnego inwestowania w akcje.
Warren Buffett wysoko zawiesił poprzeczkę dla przyszłych wyników finansowych Berkshire Hathaway - wyznaczył cel w wysokości wzrostu wartości wewnętrznej firmy o 15% rocznie w długim okresie. Niewielu osobom ta sztuka się udaje, a w latach 1956-93 nie udała się nikomu poza nim. Sam Buffett przyznał później, że trudno będzie utrzymać tę stopę wzrostu z uwagi na znacznie większe rozmiary firmy, choć okazji rynkowych nie brakuje, a Berkshire Hathaway ma mnóstwo zgromadzonej gotówki, gotowej do natychmiastowego wykorzystania. Dzięki temu holding z roku na rok się rozwija. Pewność siebie Buffetta znajduje odzwierciedlenie w ostatnich słowach sprawozdania finansowego z czerwca 1993 roku, konkretnie z jego strony 60: "Od 1967 roku Berkshire ani razu nie deklarował wypłaty dywidendy".
Warren powiedział, że od zawsze nosi się z zamiarem napisania książki poświęconej inwestowaniu. Mam nadzieję, że kiedyś się to stanie. Na razie jednak musimy zadowolić się sprawozdaniami finansowymi jego autorstwa, które można przyrównać do opowiadań takich XIX-wiecznych autorów, jak Edgar Allan Poe, William Makepeace Thackeray czy Charles Dickens. Sprawozdania finansowe Berkshire Hathaway za lata 1977-93 stanowią 17 rozdziałów wymarzonej książki Buffetta. Na szczęście dzisiaj mamy również książkę Na sposób Warrena Buffetta, w której Robert Hagstrom opisuje karierę Warrena, podaje przykłady powstawania jego technik i metod inwestycyjnych, przedstawia też najważniejsze postaci, które miały w tym udział. Hagstrom wymienia także najważniejsze decyzje inwestycyjne Buffetta, które pozwoliły mu osiągać niezrównane wyniki. Przedstawia sposób myślenia i filozofię inwestora, który nieprzerwanie generuje zyski, posługując się w tym celu narzędziami dostępnymi dla wszystkich obywateli, bez względu na ich poziom zamożności.
Peter S. Lynch
październik 1994
W czerwcu 1984 roku zapisałem się do programu szkoleniowego w Legg Mason Wood Walker w Baltimore w stanie Maryland. Przez dwa tygodnie przysłuchiwałem się prezentacjom, analizom rynkowym, wykładom poświęconym stosowaniu się do regulacji prawnych oraz informacjom o technikach sprzedażowych. Niedługo miałem rozpocząć pracę brokera papierów wartościowych, nie mogłem jednak pozbyć się uczucia, że popełniłem koszmarny błąd.
W Legg Mason stawiano na wartość. Pogram szkoleniowy, w którym wziąłem udział, kładł nacisk na klasyczne dzieła poświęcone inwestowaniu w wartość, w tym na Security Analysis Benjamina Grahama i Davida Dodda oraz na Inteligentnego inwestora autorstwa Grahama. Codziennie zaglądali do nas najbardziej doświadczeni brokerzy i dzielili się swoimi przemyśleniami na temat konkretnych spółek oraz całego rynku. Wręczali nam raport Value Line Investment Survey na temat ich ulubionej spółki. Wszystkie te firmy charakteryzowały się tymi samymi cechami: miały niewielkie wartości wskaźnika ceny do zysku, niskie wartości wskaźnika ceny do wartości księgowej oraz wysoki wskaźnik rentowności dywidendy. Najczęściej dana spółka cieszyła się również bardzo niepochlebną opinią na rynku, o czym najlepiej świadczył długi okres, w którym cena jej akcji zachowywała się gorzej niż szeroki rynek. Do znudzenia powtarzano nam, abyśmy unikali wysoko wycenianych i cieszących się dużą popularnością spółek wzrostowych. Mieliśmy koncentrować się na spółkach znajdujących się w dołku, ponieważ w ich przypadku zależność między ryzykiem a potencjalnym zyskiem kształtowała się znacznie korzystniej.
Podstawowe założenia inwestowania w wartość były mi znane; związane z tym obliczenia też nie stanowiły problemu. Dzięki raportom Value Line dysponowaliśmy łatwym dostępem do bilansów oraz rachunków zysków i strat spółek za minione dwadzieścia lat. Na samej górze znajdował się zawsze wykres ilustrujący zmiany cen akcji, zgodne ze zmianami jej wyników finansowych. Za każdym razem jednak, gdy patrzyłem na raport dotyczący jakiejś spółki, miałem wrażenie, że czegoś w nim brakuje.
W pewne czwartkowe popołudnie, na jeden dzień przed zakończeniem programu szkoleniowego, mój wykładowca wręczył mi kopię rocznego sprawozdania finansowego Berkshire Hathaway za 1983 rok. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej firmie. Autorem opracowania był Warren Buffett, o którym też nic nie wiedziałem. Powiedziano nam, że mamy przeczytać list prezesa i przygotować się do dyskusji na jego temat.
Tamtego wieczoru usiadłem w pokoju hotelowym, przekartkowałem sprawozdanie i ku mojemu rozczarowaniu stwierdziłem, że nie ma w nim żadnych rysunków ani wykresów. Sam list prezesa do akcjonariuszy miał niemal dwadzieścia stron. Rzuciłem się na fotel w geście rezygnacji i przystąpiłem do lektury. Trudno opisać, co stało się później, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że tamtego wieczoru całkowicie zmieniło się moje spojrzenie na inwestowanie.
Przez dwa tygodnie wlepiałem wzrok w liczby, wskaźniki i wzory, teraz natomiast czytałem o firmach oraz o ludziach, którzy nimi kierowali. Dzięki Buffettowi poznałem 80-letnią Rose Blumkin, imigrantkę z Rosji, która osiągała przychody w wysokości 100 milionów dolarów rocznie w swojej firmie Nebraska Furniture Mart. Poznałem Stana Lipseya, wydawcę "Buffalo News", oraz Chucka Higginsa z See's Candies. Poznałem realia ekonomiczne prowadzenia gazety oraz przewagi konkurencyjne w branży cukierniczej. Następnie Buffett przeszedł do omówienia wyników operacyjnych firm ubezpieczeniowych wchodzących w skład Berkshire Hathaway, w tym National Indemnity Company oraz GEICO, w którym Berkshire miał jedną trzecią udziałów. Buffett nie ograniczył się do podania szeregu liczb. Przeprowadził mnie przez niuanse działalności, takie jak wartość rocznych składek, rezerwa na poczet strat, wskaźniki łączone czy korzyści podatkowe wynikające z ugód sądowych. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, Buffett zaproponował również swoim czytelnikom łatwy do zrozumienia przewodnik po tym, w jaki sposób wartość wewnętrzna spółki może przekroczyć jej wartość księgową dzięki cudownej instytucji renomy firmy.
Następnego ranka stawiłem się na zajęciach zupełnie odmieniony. Znalazłem tam te same raporty Value Line z niekończącymi się szeregami danych, tym razem jednak te liczbowe szkielety wzbogaciły się w moich oczach o mięśnie, skórę i sens istnienia. Miałem wrażenie, jak gdyby opisane w raportach spółki ożyły. Przestałem myśleć o liczbach, zacząłem natomiast widzieć ludzi kierujących tymi firmami oraz produkty i usługi, dzięki którym w sprawozdaniach mogły w ogóle znaleźć się jakieś dane liczbowe.
Gdy w następnym tygodniu ruszyłem do pracy, miałem poczucie celu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego, co będę robił. Planowałem inwestować pieniądze moich klientów w Berkshire Hathaway oraz w akcje spółek, które holding ten kupował do swojego portfela. Miałem zamiar podnosić z ziemi każdy okruch, który zostawiał Buffett, i kupować go w imieniu moich klientów. Planowałem kontaktować się z wszystkimi spółkami, których akcje będzie kupował Buffett, prosić o ich roczne sprawozdania finansowe i uważnie je analizować w poszukiwaniu tego, co dostrzegł Buffett, a na co inni nie zwrócili uwagi. Zanim nastała epoka internetu, wysyłało się czek opiewający na 25 dolarów do Securities and Exchange Commission, której pracownicy wysyłali później kserokopie sprawozdań finansowych dowolnej spółki. Wysłałem prośbę o wszystkie dokumenty złożone w SEC przez Berkshire Hathaway. Zacząłem też zbierać wszystkie artykuły prasowe poświęcone osobie Warrena Buffetta. Zdobywałem, czytałem i odkładałem do akt absolutnie wszystko, co wyszło z Berkshire Hathaway lub spod ręki Buffetta. Przypominałem trochę dzieciaka, który zafascynował się jakimś sportowcem.
Parę lat później Carol Loomis napisała do magazynu "Fortune" artykuł zatytułowany "The Inside Story of Warren Buffett" (tekst ukazał się 11 kwietnia 1998 roku). Marshall Loeb, ówczesny redaktor naczelny "Fortune", uznał, że nadszedł czas na szczegółowy profil osoby Buffetta. Wiedział też, że Carol znakomicie nadaje się na autorkę tego tekstu. Wcześniej jedyne szczegółowe informacje na temat Buffetta można było czerpać z jego listów prezesa oraz wystąpień, które organizował raz w roku podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy Berkshire Hathaway w Omaha. Ci, którzy wiedzieli, że Carol Loomis zajmowała się redakcją tekstów sprawozdań finansowych Berkshire Hathaway, wiedzieli również, że nie ma lepszego kandydata do napisania tekstu poświęconego Warrenowi Buffettowi. Pamiętam, jak biegłem do stoiska z prasą, bojąc się, że nie załapię się na ostatni egzemplarz "Fortune".
Carol stwierdziła, że chce napisać nieco inny tekst - taki, w którym pokaże Buffetta nie tyle jako inwestora, ile jako "nadzwyczajnego biznesmena". Efekt jej pracy nie rozczarowywał. Napisała fantastyczny artykuł liczący siedem tysięcy słów, w którym zaproponowała wyznawcom Buffetta bardziej pogłębiony obraz człowieka nazywanego już Czarodziejem z Omaha. Carol przemyciła w tekście wiele cennych informacji, dla mnie największą wagę miały jednak trzy zdania, elegancko wkomponowane w całość artykułu:
"To, czym się tu zajmujemy, nie wykracza poza możliwości i umiejętności innych ludzi - powiedział Buffett. - O zarządzaniu mam to samo zdanie co o inwestowaniu: nie trzeba podejmować nadzwyczajnych działań, aby uzyskiwać nadzwyczajne wyniki".
Jestem przekonany, że wiele osób po przeczytaniu tej wypowiedzi przypisało ją pokorze Buffetta, charakterystycznej dla mieszkańca Środkowego Zachodu. Rzeczywiście, Buffett nie jest chwalipiętą, ale nie ma też skłonności do przesadzania w drugą stronę. Jestem przekonany, że nigdy nic takiego by nie powiedział, gdyby naprawdę tak nie myślał. A skoro to była prawda, o czym byłem przekonany, oznaczało to, że można narysować jakąś mapę drogową, albo jeszcze lepiej, mapę skarbów, która opisywałaby sposób myślenia Buffetta o inwestowaniu oraz o wyborze konkretnych spółek. Właśnie w tym celu napisałem książkę Na sposób Warrena Buffetta.
Przez dwadzieścia lat czytałem roczne sprawozdania finansowe Berkshire Hathaway, roczne sprawozdania finansowe firm kupionych przez Berkshire Hathaway oraz wiele artykułów poświęconych Buffetowi. Doświadczenie to pomogło mi zrozumieć, w jaki sposób Buffett podchodzi do inwestowania w akcje. Najważniejszy wniosek, do jakiego doszedłem, dotyczy tego, że Warren Buffett dokładnie tak samo inwestuje w akcje spółek oraz przejmuje całe firmy. Bez względu na to, czy kupuje spółkę giełdową, czy nienotowaną na giełdzie papierów wartościowych, stosuje ten sam proces, w ramach którego podejmuje mniej więcej te same działania w tej samej kolejności. Najpierw przygląda się firmie, potem jej kierownictwu, potem jej realiom ekonomicznym, a na koniec jej wartości. Na każdym z tych etapów zestawia wyciągnięte wnioski z własnymi standardami. Nazwałem je kryteriami i podzieliłem na cztery kategorie: kryteria biznesowe, kryteria zarządcze, kryteria finansowe i kryteria rynkowe. W związku z pracami nad tą książką miałem zamiar przyjrzeć się najważniejszym firmom, które Buffett kupił do portfela Berkshire Hathaway, i stwierdzić, czy faktycznie spełniają one cztery kryteria wynikające z jego tekstów i wystąpień. Sądziłem, że inni inwestorzy skorzystają na rzetelnej analizie zakupów Buffetta zestawionych z jego przemyśleniami i strategiami. Wszystko to miało się znaleźć w jednym miejscu. Wydaje mi się, że ten cel został osiągnięty.
Po raz pierwszy spotkałem Warrena Buffetta już po rozpoczęciu prac nad pierwszym wydaniem tej książki. Pisząc jej tekst, nie konsultowałem się z nim. Takie konsultacje z pewnością wniosłyby dodatkową wartość, miałem jednak to szczęście, że mogłem czerpać z tekstów poświęconych inwestowaniu jego własnego autorstwa. W całej tej książce zamieszczam obszerne cytaty z rocznych sprawozdań finansowych Berkshire Hathaway, a zwłaszcza z listów prezesa do akcjonariuszy. Buffett zgodził się, abym wykorzystał tu fragmenty tekstów jego autorstwa, najpierw jednak zażyczył sobie wglądu w moją książkę. Zgoda ta absolutnie nie oznacza jednak, że Warren Buffett w jakikolwiek sposób współuczestniczył w powstaniu tej książki albo że przedstawił mi jakieś sekrety lub strategie, o których nie można przeczytać w jego tekstach. Niemal wszystkie działania Warrena Buffetta są upubliczniane, jednak nie wszyscy bacznie im się przyglądają.
Głównym wyzwaniem, z którym zmierzyłem się, pisząc tę książkę, było pozytywne bądź negatywne zweryfikowanie hipotezy postawionej przez samego Buffetta, który stwierdził, że to, co robi, "nie wykracza poza możliwości i umiejętności innych ludzi". Niektórzy krytycy jego podejścia utrzymują, że charakteryzuje się ono wieloma wyjątkowymi cechami, które uniemożliwiają powszechne stosowanie strategii Buffetta. Nie zgadzam się z tym poglądem. Owszem, Buffett wiele rzeczy robi po swojemu - to źródło jego sukcesu - twierdzę jednak, że odpowiednie poznanie i zrozumienie jego metodologii pozwala stosować ją zarówno przez inwestorów indywidualnych, jak i inwestorów instytucjonalnych. Celem tej książki jest pomóc inwestorom w stosowaniu strategii, które moim zdaniem przyniosły sukces Warrenowi Buffettowi.
Oczywiście nie brakuje sceptyków. Największy zarzut zgłaszany przez czytelników tej książki dotyczy tego, że samo czytanie o Warrenie Buffetcie nie pozwoli wypracować takich zwrotów, jakie jemu przypadły w udziale. Zacznijmy od tego, że nigdy nie sugerowałem, iż każdy, kto przeczyta ten tekst, zacznie osiągać takie same zwroty z inwestycji jak Buffett. Dziwi mnie wręcz, że ktokolwiek może myśleć w ten sposób. Wydawało mi się, że gdy ktoś kupuje książkę o Tigerze Woodsie, nie oczekuje, że po jej lekturze dorówna na polu golfowym temu wielkiemu zawodnikowi. Taką książkę czyta się po to, aby znaleźć w niej jakieś wskazówki, które pomogą nam podnieść poziom gry. To samo można powiedzieć o niniejszej pozycji. Jeżeli dzięki tej lekturze zaczniesz osiągać lepsze wyniki inwestycyjne, będzie to oznaczać, że książka osiągnęła sukces. Biorąc pod uwagę, jak słabo większość ludzi radzi sobie na giełdzie, uzyskanie poprawy nie wydaje się zadaniem nie do wykonania.
Buffetta i Charliego Mungera - wiceprezesa Berkshire Hathaway i intelektualnego sparingpartnera Buffetta - zapytano kiedyś, czy zastanawiali się nad możliwością, aby ich dwa wybitne umysły zajęły się edukowaniem nowego pokolenia inwestorów. Cóż, od czterdziestu lat obaj panowie nie robią nic innego. Roczne sprawozdania finansowe Berkshire Hathaway słyną z jasności przekazu, braku zbędnego ględzenia i niesamowitej wartości edukacyjnej. Każdy, kto miał niewątpliwy przywilej uczestniczyć w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy Berkshire Hathaway, doskonale wie, jak edukacyjne potrafią być te wydarzenia.
Zdobywanie wiedzy można przyrównać do podróży. W ramach swojej podróży Warren Buffett zaczerpnął sporo mądrości od innych ludzi, poczynając od Benjamina Grahama i Phila Fishera. Należy tu też wspomnieć o niezliczonych lekcjach biznesowych, przekazanych mu przez jego partnera, Charliego Mungera. Wszystkie te doświadczenia tworzą wspólnie prawdziwą mozaikę mądrości inwestycyjnej, którą Buffett hojnie dzieli się z innymi - mam tu na myśli ludzi, którzy są gotowi wziąć się do pracy i jak najwięcej się uczyć, z energią, świeżością i otwartym umysłem.
Podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy Berkshire Hathaway w 1995 roku Charlie Munger stwierdził: "To niesamowite, jak bardzo oporni są niektórzy, gdy trzeba się czegoś nauczyć". Buffett skomentował to następująco: "Naprawdę zadziwiające jest to, jak duży opór wykazują, gdy nauka leży w ich najlepiej pojętym interesie". Buffett kontynuował tę wypowiedź już w nieco bardziej refleksyjnym tonie: "Myślenie i zmiana zawsze napotykają na niesamowicie duży opór. Cytowałem już kiedyś Bertranda Russella, który powiedział: "Większość ludzi woli umrzeć niż pomyśleć. Wielu tak właśnie postąpiło". Jeśli chodzi o świat finansów, to szczera prawda".
Od czasu powstania pierwszego wydania tej książki szum informacyjny na giełdzie stał się jeszcze głośniejszy, a momentami jest wręcz ogłuszający. Komentatorzy telewizyjni, dziennikarze finansowi, analitycy i stratedzy rynku przekrzykują się nawzajem, walcząc o uwagę inwestorów. Prawdziwym cudem epoki informacji jest internet, co do tego wszyscy są zgodni. Warto jednak pamiętać, że internet jest również darmową platformą wyrażania opinii przez każdego, kto ma swoje zdanie na jakikolwiek temat. Powoduje to, że jesteśmy dziś dosłownie zalewani poradami finansowymi.
Mimo ogromu dostępnych informacji inwestorzy mają coraz większe problemy z utrzymaniem rentowności i generowaniem jakichkolwiek zysków. Ceny papierów bez powodu strzelają w górę, a potem równie nagle spadają. Ludzie inwestujący z myślą o zapewnieniu lepszego bytu dzieciom lub z myślą o godziwej emeryturze żyją w ciągłym strachu. Można odnieść wrażenie, że rynek nie kieruje się żadnymi zasadami ani regułami - że rządzi nim czyste szaleństwo.
Gdzieś ponad tym wszystkim górują wiedza i porady Warrena Buffetta. W realiach, w których spekulacja wydaje się być ważniejsza od właściwego inwestowania, jego porady wielokrotnie okazywały się źródłem poczucia bezpieczeństwa dla milionów zagubionych inwestorów. Od czasu do czasu zagubieni inwestorzy stwierdzają: "O, to coś nowego". Czasem mają rację. Politycy sprawiają niespodzianki, rynki na nie reagują, a w gospodarce za każdym razem zachodzą trochę inne zmiany. Nieustannie powstają nowe firmy, a inne osiągają dojrzałość. Branże się rozwijają i dostosowują do nowych warunków. Nasze otoczenie nieustannie się zmienia, lecz opisane w tej książce zasady inwestowania pozostają niewzruszone. "Właśnie dlatego nazywa się je zasadami", podsumował to kiedyś sam Warren Buffett.
Oto krótka i jakże doniosła lekcja, zawarta w rocznym sprawozdaniu finansowym Berkshire za 1996 rok: "Inwestor powinien stawiać sobie następujący cel: kupować w rozsądnej cenie udziały we własności spółki, której działalność dobrze rozumie i której zyski prawie na pewno wyraźnie wzrosną w następnych pięciu, dziesięciu lub dwudziestu latach. Spółek spełniających te standardy nie ma zbyt wiele, więc kiedy się już jedną z nich znajdzie, należy kupić znaczną liczbę jej akcji".
Bez względu na to, ile pieniędzy masz do zainwestowania i jaką branżą lub spółką jesteś zainteresowany, nie znajdziesz lepszego standardu inwestowania niż przedstawiony tutaj.
Robert G. Hagstrom
Villanova, Pensylwania
październik 2013