Na skrzyżowaniu - Barbara Szafrańska

Kup ebooka

1.42 zł
1.18 zł (1,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tryptyk o słowach

z suplementem

I

Słowa tańczyły jak baletnice

Eleganckie zwiewne w piruetach

nie dotykały prawie ziemi

zmęczenie i zamiary kryły

pod uśmiechami jedwabiem tiulami

Niekiedy próbowały

niby piłeczki w maszynie losującej

obijając się o ściany

z zamieszania wyprowadzać wizje

Te cięższe - zda się skazane na klęskę -

atakując przestrzeń nabierały sensu

W przeczuciu że to czas umiera

koziołkowały po stromiznach

jakby pragnęły zasypywać przepaście

II

Ćwierkały w zaroślach

tężały w zimnie, wrzały z gorąca

sypały iskry w blasku świec

Sączyły się z likierem

Nabierały głębi po winie

wigoru po wódce

Wibrowały z podwyższeń

Wspinały się na kolumny

sztukaterie gzymsy

U kresu sił wtapiały się w tło

albo skamlały spod klamek

Czasem skakały do sadzawek

i łamały kręgosłupy

III

W służbie bukietów-chorągwi-medali-wieńców

Ważone odpowiednie

Nadmiernie rozbuchane albo nazbyt skromne

Czasem ich "po prostu brak"

Dla chwilowej uciechy - konsumpcyjne

Melodyjne, dysonansowe

z przydechem przyświstem przytupem

Bywa - zatrzymane wpół, bywa - celne

Zwyczajne "konstruktywne" obojętne

Kontrowersyjne - nie tym tonem

nie z tym uśmiechem grymasem dystansem

nie w porę nie takie i nie tak

Tłumione czy wykrzykiwane w codzienność

z mównicy spod kołdry z przystołu

te słuszne i te fałszywe dojrzewają

w korzystnym dla siebie klimacie

wspierają się popierają dają odpór

nawzajem się ranią spadają padają

giną. Przeważnie po nic.

Suplement

* * *

Autorytety autoreklama autoportrety

Podział na swoich i wrogów

Dyskurs - kołnierzyki czy mankiety

Słowa na wynos nadmiar słów

Wyrafinowanie wyrachowanie wychowanie

Nieomylność sądów - to złe, to głupie, to najlepsze

Czyszczenie butów, szlifowanie progów

Entuzjazm czcicieli chwilowych półbogów

Ewolucja rewolucji

(streszczenie)

Tłum rósł i rosła jego wrogość

Ramionami drzwi podpierał

kiedy chciano opróżnić świątynie

Burzył się grzmiał szumiał falował

Potem obumierał żałośnie

A gdy ironia zmieszała rezygnację

z ptasim świergotem i z odgłosami budowy

- ożył na widok nowych klocków

z dziwacznej układanki

tandetnych ozdób i baloników

Nie zdejmowano teraz czapek

nie ściszano głosów nad trumnami

Profani okrywali błazeńskimi płaszczykami

jarmarczne stroje albo brak strojów

Sieroty z wyboru punktowi specjaliści od zniszczeń

mogli nareszcie skupić się na rzeczach które lubili

Jedli pili trawili, oklepywali gęby i tyłki

Przyklejali do pysków uśmiechy

Najbardziej dociekliwi

Rozgrzebywali góry śmieci

Badali głębię własnych pępków

wciąż o krok od zrozumienia...

Dystans

I

Doświadczenia niby wbite w ciało kleszcze

nieświadome swej inwazji na czas przyszły

bierne ­- gdy strach rozciąga sekundy

liczy żebra, a struchlałej jaźni umyka sens

II

Prężył się do skoku z odwagą kamikadze

Wierzył że za chwilę dotknie głową chmur

Powrócił pokonany pozbawiony złudzeń

Co dzień bardziej potulniał przygasał cichł

III

Nowa wiosna przyniosła odnowę

Nie miał już zadr w sercu i pod paznokciami

Stare maski spalono

odrastały nogi ręce głowy

(odzyskanie twarzy też nie było trudne)

On jednak wolał teraz oglądać

albo sobie wyobrażać

solidny spokój sielskich obrazków

ściany zieleni zbyt zielonej

wielobarwne owady i ptaki w bezlocie

i Matkę Boską z przydrożnych kapliczek

z niebem w oczach w uśmiechu w sukience

IV

Pewnego razu droga z obrazka

poprowadziła go dalej a drzewa

ustępowały mu miejsca jakby chciały

żeby znów czuł się szczęśliwy

I to nic, że to był tylko sen