Tryptyk o słowach
z suplementem
I
Słowa tańczyły jak baletnice
Eleganckie zwiewne w piruetach
nie dotykały prawie ziemi
zmęczenie i zamiary kryły
pod uśmiechami jedwabiem tiulami
Niekiedy próbowały
niby piłeczki w maszynie losującej
obijając się o ściany
z zamieszania wyprowadzać wizje
Te cięższe - zda się skazane na klęskę -
atakując przestrzeń nabierały sensu
W przeczuciu że to czas umiera
koziołkowały po stromiznach
jakby pragnęły zasypywać przepaście
tężały w zimnie, wrzały z gorąca
sypały iskry w blasku świec
Sączyły się z likierem
Nabierały głębi po winie
wigoru po wódce
Wibrowały z podwyższeń
Wspinały się na kolumny
sztukaterie gzymsy
U kresu sił wtapiały się w tło
albo skamlały spod klamek
Czasem skakały do sadzawek
i łamały kręgosłupy
III
W służbie bukietów-chorągwi-medali-wieńców
Ważone odpowiednie
Nadmiernie rozbuchane albo nazbyt skromne
Czasem ich "po prostu brak"
Dla chwilowej uciechy - konsumpcyjne
Melodyjne, dysonansowe
z przydechem przyświstem przytupem
Bywa - zatrzymane wpół, bywa - celne
Zwyczajne "konstruktywne" obojętne
Kontrowersyjne - nie tym tonem
nie z tym uśmiechem grymasem dystansem
nie w porę nie takie i nie tak
Tłumione czy wykrzykiwane w codzienność
z mównicy spod kołdry z przystołu
te słuszne i te fałszywe dojrzewają
w korzystnym dla siebie klimacie
wspierają się popierają dają odpór
nawzajem się ranią spadają padają
giną. Przeważnie po nic.
Autorytety autoreklama autoportrety
Podział na swoich i wrogów
Dyskurs - kołnierzyki czy mankiety
Słowa na wynos nadmiar słów
Wyrafinowanie wyrachowanie wychowanie
Nieomylność sądów - to złe, to głupie, to najlepsze
Czyszczenie butów, szlifowanie progów
Entuzjazm czcicieli chwilowych półbogów
Ewolucja rewolucji
(streszczenie)
Tłum rósł i rosła jego wrogość
Ramionami drzwi podpierał
kiedy chciano opróżnić świątynie
Burzył się grzmiał szumiał falował
Potem obumierał żałośnie
A gdy ironia zmieszała rezygnację
z ptasim świergotem i z odgłosami budowy
- ożył na widok nowych klocków
z dziwacznej układanki
tandetnych ozdób i baloników
Nie zdejmowano teraz czapek
nie ściszano głosów nad trumnami
Profani okrywali błazeńskimi płaszczykami
jarmarczne stroje albo brak strojów
Sieroty z wyboru punktowi specjaliści od zniszczeń
mogli nareszcie skupić się na rzeczach które lubili
Jedli pili trawili, oklepywali gęby i tyłki
Przyklejali do pysków uśmiechy
Najbardziej dociekliwi
Rozgrzebywali góry śmieci
Badali głębię własnych pępków
wciąż o krok od zrozumienia...
Dystans
I
Doświadczenia niby wbite w ciało kleszcze
nieświadome swej inwazji na czas przyszły
bierne - gdy strach rozciąga sekundy
liczy żebra, a struchlałej jaźni umyka sens
II
Prężył się do skoku z odwagą kamikadze
Wierzył że za chwilę dotknie głową chmur
Powrócił pokonany pozbawiony złudzeń
Co dzień bardziej potulniał przygasał cichł
III
Nowa wiosna przyniosła odnowę
Nie miał już zadr w sercu i pod paznokciami
Stare maski spalono
odrastały nogi ręce głowy
(odzyskanie twarzy też nie było trudne)
On jednak wolał teraz oglądać
albo sobie wyobrażać
solidny spokój sielskich obrazków
ściany zieleni zbyt zielonej
wielobarwne owady i ptaki w bezlocie
i Matkę Boską z przydrożnych kapliczek
z niebem w oczach w uśmiechu w sukience
IV
Pewnego razu droga z obrazka
poprowadziła go dalej a drzewa
ustępowały mu miejsca jakby chciały
żeby znów czuł się szczęśliwy
I to nic, że to był tylko sen