Rozdział 3
Maria zjadła z mamą obiad i wypiła kawę. Swoją drogą, Anna Nabrzeżna gotowała najlepiej na świecie, choć nim się rozwiodła, miała od tego kucharkę. Rosół, którym Anna uraczyła ją dzisiaj, nigdzie nie smakował Marii tak wspaniale. Zresztą powiedziałaby to także o mnóstwie innych dań, które serwowała mama. Gdy nadeszła pora powrotu do siebie, Maria nadal czuła się przyjemnie nasycona.
- Jestem zmęczona - wytłumaczyła mamie, wstając od stołu. - To był intensywny dzień. Muszę trochę odpocząć.
Anna nie zatrzymywała jej i Maria wróciła do swojego mieszkania - dwupokojowego, przestronnego lokum na spokojnym osiedlu. Z balkonem, z którego rozpościerał się piękny widok na miasto. Maria uwielbiała na nim przesiadywać.
Kupili to mieszkanie z Kacprem dwa lata temu. Maria spotykała się z nim od kilku lat. Kochała go, poza tym uważała się za osobę stałą w uczuciach i nie zwykła skakać z kwiatka na kwiatek. W tym też były z mamą podobne. Anna po rozwodzie nie związała się bowiem z żadnym mężczyzną, podczas gdy Jan miewał przelotne romanse, o co Maria miała do niego czasami żal. Chyba wolałaby, żeby żył tak jak mama, i naprawdę nie lubiła oglądać w mediach jego zdjęć z innymi kobietami. Niby rodzice się rozwiedli, ale mimo wszystko takie zachowanie ojca budziło w niej dyskomfort.
Nim Maria poznała Kacpra, przeżyła ponad dwadzieścia lat. Przez ten czas wiele rzeczy w życiu już przemyślała i gdy Kacper pojawił się na jej drodze, mniej więcej wiedziała, czego pragnie od mężczyzny i związku. To nie była głupia miłostka czy szalone zakochanie. Raczej spokojna relacja dwojga dorosłych ludzi, budowana trochę na bilansie zysków i strat, mimo że Maria nie była matematyczką, ale biolożką. Poznała Kacpra niedługo po tym, gdy ukończyła studia na jednej z warszawskich uczelni. Kilka tygodni przed ich pierwszym spotkaniem władze placówki zaproponowały jej etat i rozpoczęcie doktoratu.
- Była pani wybitną studentką - powiedział do niej profesor Cibes podczas dyplomatorium, po czym złożył jej propozycję, której po prostu nie mogła odrzucić.
Przyjęła tę pracę. Czuła jednak, że to jest pomysł jej ojca, który od lat przyjaźnił się z profesorem.
- W takim razie zapraszam do mojego gabinetu w przyszłym tygodniu, omówimy wszystkie szczegóły - odparł podstarzały mężczyzna.
- Przyjdę na pewno - zapewniła go.
- I proszę pozdrowić ojca.
Maria uśmiechnęła się, choć nigdy nie lubiła tej protekcji Jana, jego wtrącania się. Chęci zarządzania albo korygowania jej życia, kiedy podejmowała (oczywiście tylko według niego) nietrafione, wręcz błędne i głupie decyzje. Nie znosiła ojcowskich prób pociągania za sznurki jej losów zza kulis, jakby Maria była jakąś bezmyślną pacynką.
Jako nastolatka często buntowała się i z czystej przekory robiła inaczej, niż chciał Jan, ale gdy profesor Cibes zaproponował jej pracę, wszystko w niej wręcz krzyczało, że nie może nie przyjąć tej propozycji. Etat na uczelni i prowadzenie własnych badań naukowych były spełnieniem jej marzeń, nie pamiętała jednak, by wprost wspomniała o tym ojcu.
Maria już od dziecka miała duszę naukowca. No i wprawnej obserwatorki, co bardzo przydawało się w pracy biolożki. To właśnie na podstawie własnych wielomiesięcznych obserwacji Maria napisała pracę magisterską, której abstrakt opublikowano potem na wielu znanych portalach naukowych. Zwyczaje godowe cietrzewi - tak brzmiał tytuł jej pracy. Maria podglądała te ptaki przez ponad trzy miesiące, pomieszkując na Mazurach w niedużym pensjonacie u uroczej starszej pani, z którą zdążyła się zżyć, przez co niesamowicie miło wspominała ten okres.
- Ale przecież kilkanaście kilometrów dalej stoi jeden z moich hoteli - zauważył kiedyś ojciec, gdy wróciła na chwilę do miasta. - Dlaczego po prostu nie wprowadzisz się tam?
Maria doskonale pamiętała, jak powiedziała mu wtedy, że woli być anonimowa. Zanim matka rozwiodła się z ojcem, kilka razy pojechały na wakacje do wybudowanych przez niego obiektów i za każdym razem czuły, że ściągają na siebie wścibskie spojrzenia. "Patrzcie, to te milionerki!" "Czy to żona i córka Nabrzeżnego?" "Mogłyby się lepiej ubrać". A raz ktoś podszedł do nich i zapytał, czy mogą sobie zrobić z nim zdjęcie!
Jeśli chodziło o rozgłos, Maria szczerze nie znosiła tego, w jakiej rodzinie się urodziła. Te wszystkie proszone przyjęcia ze śmietanką towarzyską stolicy, na które ojciec wiele razy ją ciągał. Niewygodne buty na obcasach, krępujące swobodne ruchy sukienki, kurtuazyjne rozmowy o niczym i nieszczere uśmiechy... To zdecydowanie nie był jej świat.
A już najbardziej nie znosiła pseudofotoreporterów, którzy swego czasu wszędzie za nią chodzili i którzy oczywiście pojawili się na pogrzebie jej ojca. Gdy byli w pobliżu, zawsze musiała trzymać pion, uważać na mimikę, gesty i ruchy. A raz omal nie złamała sobie nogi, kiedy spadła ze schodów po tym, jak ją napadli. Grupka paparazzich otoczyła ją po egzaminie gimnazjalnym z polskiego i zakręciło jej się w głowie od oślepiających błysków fleszy. Wtedy poczuła, że miarka się przebrała. Choć nie lubiła o nic prosić Jana, wtedy zadzwoniła do niego ze łzami i wręcz błagała, by coś z tym zrobił:
- Tak się po prostu nie da żyć! - załkała do słuchawki.
Jan Nabrzeżny chyba szczerze się wtedy przejął, bo obiecał, że to załatwi - i słowa dotrzymał. Maria nie miała pojęcia, jak on to zrobił, ale następnego dnia mogła pojechać i wrócić z egzaminu w spokoju. Paparazzi przestali też za nią chodzić, gdy wychodziła z koleżankami na miasto, w gazetach i na portalach plotkarskich przestały się pojawiać jej zdjęcia. Chyba że to Janowi zależało, by w prasie lub w sieci pojawił się artykuł o jego życiu rodzinnym lub kadry z jakiejś gali, wystawy albo przyjęcia, które organizował lub był tam gościem.
To jednak Maria była w stanie przełknąć.
- Muszę ocieplić swój wizerunek, bo podpisuję niedługo kontrakt z bardzo rodzinnym człowiekiem - tłumaczył jej, kiedy pytała, dlaczego zaprasza ją na te wszystkie przyjęcia.
Takie zaproszenia nie będą już wpływały - pomyślała teraz. Miała ogromną nadzieję, że pod pewnymi względami chyba będzie jej się teraz żyło lżej.
Przekręciła klucz w zamku i zdjąwszy buty, od razu poszła do garderoby, żeby się przebrać. Potem boso przeszła do kuchni. W zamrażarce, jak zawsze, czekało na nią pudełko lodów. Maria kochała lody. Jadła je w chwilach radości, nostalgii i smutku. Właściwie to uważała, że każdy powód jest dobry, żeby sięgnąć po ten słodki przysmak, więc i dzisiaj wzięła je z sobą na balkon - umościła się tam wygodnie na wyłożonej poduszkami zewnętrznej kanapie. Słodki zapach czekolady podrażnił jej zmysły i z rozkoszą zanurzyła łyżeczkę w puszystej lodowej masie.
Z tarasu rozciągał się widok na warszawskie ulice i bloki mieszkalne. Maria wiele by dała, żeby móc z tej kanapy patrzeć na zieleń krzewów i drzew albo na ukwiecone łąki, ale przywykła już do widoku. Nigdy nie była typem mieszczucha. Tak, Warszawa miała swój urok i życie tutaj pod wieloma względami wydawało jej się wygodne, ale tak naprawdę nie umiała w tym miejscu odpocząć. Już od czasów nastoletnich, kiedy tylko zyskała odrobinę wolności, dość często wyjeżdżała z miasta, żeby odetchnąć od hałasu i pędu. Pewnie właśnie dlatego wybrała pracę biologa. Podczas obserwacji cietrzewi, z którymi związała swoją drogę zawodową, czuła, że oddycha pełną piersią - nie to, co w mieście, w którym w pewnym sensie się zawsze dusiła. Eskapady na Mazury, pod Sandomierz czy na Polesie, gdzie można było jeszcze spotkać te piękne ptaki, zawsze były wyczekiwane. Maria pakowała walizkę i plecak na długo przed dniem, w którym miała wyjechać.
- Czasami mam wrażenie, że kochasz te ptaki bardziej ode mnie - naśmiewał się czasem Kacper.
- To moja praca. Muszę pracować.
- Właściwie to nie musiałabyś - stwierdził kiedyś podczas jednej z rozmów.
Maria uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Sugerujesz, że nagle spodobał ci się staromodny, patriarchalny model rodziny? - Zaśmiała się, bo takie podejście do życia zupełnie do niego nie pasowało.
- Och, nie to miałem na myśli.
- A więc co?
- No wiesz... Twojego ojca. - Kacper się zawahał. - W końcu to najbogatszy hotelarz w tym kraju. Nie wolałabyś ciepłej, spokojnej posadki w jego firmie?
Maria spoważniała.
- Mówisz teraz tak, jakbyś zupełnie mnie nie znał.
Kacper westchnął i się rozejrzał.
- Nasze mieszkanie nie jest za duże. Twój samochód też ma już swoje lata i...
- Dla mnie pieniądze i status ekonomiczny nie są najważniejsze.
- No tak. Ty byś mogła całe życie spędzić w gumowcach i dresie, podglądając te swoje ptaki.
- Lubię kontakt z naturą. Doskonale to wiesz.
- Ale z tych obserwacji trzeba dokądś wracać. Nie wolałabyś większego mieszkania? Albo domu na przedmieściach? Na przykład w Konstancinie?
Maria zaśmiała się głośno, bo nie mieściło jej się w głowie, że on mógłby mówić poważnie.
- Jakoś nie marzę o porannych joggingach ze znajomymi ojca albo piosenkarzami czy aktorkami.
- Tam jest chyba bardziej zielono niż w stolicy.
- I to by mnie niby miało przekonać? - prychnęła. - Odpuść już ten temat. Dobrze wiesz, że nie mam w zwyczaju prosić ojca o pieniądze. No i nie interesuje mnie hotelarstwo. Zdecydowanie bardziej wolę te swoje ptaki, jak to przed chwilą zgrabnie ująłeś.
Kacper po raz drugi głęboko westchnął.
- Żyłki do interesów to ty nie odziedziczyłaś po ojcu.
- Dzięki Bogu - mruknęła, wracając do pakowania.
I jej podejście do życia nie zmieniło się w tej kwestii do dziś.
Maria kolejny raz nabrała na łyżkę trochę lodów, a potem zadzwoniła do Kacpra. Nie widzieli się od kilku dni i już za nim tęskniła. Mieszkanie bez niego wydawało się puste. Mieszkali ze sobą już od kilku lat i Maria przywykła do tego, że zwykle ma z kim porozmawiać albo do kogo się przytulić, choć Kacper rzadko okazywał emocje czy dawał dowody swojego uczucia. Był dość pragmatycznym facetem, ale odpowiadało jej to. Uniesienia, kwiaty, długie spacery nad Wisłą czy randki w klimatycznych lokalach... - ten etap ich związku już minął. Owszem, nadal wychodzili czasem we dwoje do teatru czy na kolację, ale to nie były już takie wyczekiwane spotkania jak kiedyś. Stabilny i spokojny - tak Maria określiłaby ich związek. Dobrze się już poznali, zdawali sobie sprawę z zalet i przywar drugiej osoby. Romantyzm ustąpił miejsca dobrze działającemu partnerstwu. Chyba żadne z nich nie zastanawiało się ostatnio za bardzo nad swoimi uczuciami. Byli razem, wszystko w ich związku chodziło jak w szwajcarskim zegarku. Mieli swoją rutynę, wypracowane wspólnie schematy. Po prostu dobrze im było razem. Po latach słuchania kłótni rodziców i bycia świadkiem podczas ich rozpraw sądowych właśnie tego od związku pragnęła: równowagi, ładu, żadnych uniesień. To były jej największe marzenia i bardzo nie lubiła, kiedy coś zakłócało stworzony przez nią porządek.
Kacper odebrał telefon dopiero po trzecim sygnale.
- Cześć, cześć - powiedział, a raczej wysapał.
Maria zmarszczyła brwi.
- Przeszkodziłam ci w czymś?
- Byłem właśnie na bieżni w hotelowej siłowni.
- Och. Wolisz, żebym zadzwoniła później?
- Nie, nie. I tak miałem za chwilę kończyć ten trening.
- Ile dziś kilometrów przebiegłeś? - spytała z delikatnym uśmiechem.
Kacper lubił biegać. W Warszawie niemal co rano urządzał sobie joggingi przed pracą, co budziło jej podziw, gdyż ona czasami z trudem zwlekała się z łóżka.
- Marne dziewięć - mruknął Kacper do telefonu.
- Moim zdaniem to całkiem niezły wynik.
- Lepiej powiedz, jak ty się trzymasz.
Maria znowu włożyła porcję lodów do ust.
- Ojciec zadbał o wszystkie szczegóły, więc ceremonia była... doniosła.
- Nie jesteś na mnie zła, że nie przyleciałem?
- Nie, skąd.
- Twoja mama nie zmieniła zdania i nie przyjechała?
Maria pokręciła głową, choć Kacper nie mógł teraz jej widzieć.
- Nie było jej ani w kościele, ani na cmentarzu, ale potem do niej zajrzałam. A jak się udał twój wykład?
- Miałem pełną aulę i po prelekcji jeszcze przez dwadzieścia minut odpowiadałem na pytania z sali.
- Dlaczego mnie to nie dziwi?
Kacpra wyraźnie połechtały jej słowa.
- Dostałem już zaproszenie na konferencję w Londynie we wrześniu.
- Może wtedy polecę razem z tobą? Chciałabym cię posłuchać.
- Przecież ty masz mnie na co dzień - zaśmiał się.
- Ale w domu jesteś inny. Lubię obserwować cię w pracy.
- Żeby napisać o mnie potem artykuł? Jak o tych swoich cietrzewiach?
- A propos cietrzewi...
- Znów się zaczyna... - mruknął Kacper.
- Po piątkowym spotkaniu z prawnikiem pakuję się i jadę na Mazury. Już na pewno zaczęły się toki.
- A nie uważasz, że w tej sytuacji rozsądniej byłoby jednak zostać w mieście?
Maria zmarszczyła brwi.
- W jakiej sytuacji? Co masz konkretnie na myśli?
- Z tego, co wiemy, jesteś jedyną córką swojego ojca.
- I?
- Niby na kogo miał przepisać sieć hoteli?
Po balkonie rozniósł się jej głośny śmiech.
- Co cię tak rozbawiło? - spytał ją Kacper.
- Nie obraź się, ale mój ojciec był rozsądnym człowiekiem. Dobrze mnie znał. Wiedział, że ani nie znam się na branży hotelarskiej, ani nie mam pojęcia o prowadzeniu firmy. Nie mówiąc już o tym, że gdy wybierałam kierunek studiów, zaproponował mi pracę w swojej firmie, a ja odmówiłam. W tych okolicznościach na pewno zadbał o to, by firma trafiła w lepsze ręce.
- Moim zdaniem możesz się mylić.
- Ale co ja bym miała zrobić z tymi hotelami, Kacper? Jestem biolożką. Znam się na ornitologii, a nie na dogadzaniu turystom, którzy postanowili wypocząć nad Bałtykiem.
- Mówisz teraz tak, jakbyś nie wiedziała, że od realnego zarządzania tymi hotelami można mieć ludzi. Ty byś była twarzą tej firmy. Grunt to dobry zespół.
- Nawet tak nie żartuj. To naprawdę ostatnie, o czym marzę.
- Dobrze, że twój ojciec tego nie słyszy.
Maria nie odpowiedziała, tylko przez moment patrzyła na blokowisko i ulice, na które miała widok z balkonu.
- Ty naprawdę myślisz, że on mógłby przepisać na mnie firmę? - spytała już innym tonem. - Przecież to jakieś szaleństwo.
- Z twoją mamą nie był w najlepszych stosunkach, ale z tobą miał normalne kontakty. I oprócz ciebie innych bliskich nie miał.
- A wujek Paweł? Wiesz, kuzyn od strony ojca, którego kiedyś poznałeś.
- Nie przepisuje się firmy kuzynowi, gdy ma się córkę.
Maria zastanowiła się nad tym, ale w końcu pokręciła głową i zjadła kolejną łyżkę lodów.
- Nie chcę gdybać. Poczekam, co w piątek powie prawnik.
- Jak chcesz, ale moim zdaniem możesz już myśleć o tym, jakiego szampana otworzymy wieczorem po tym spotkaniu.
Maria uśmiechnęła się z czułością.
- Pod pewnymi względami się różnimy. Wiesz o tym, prawda?
- Podobno ludzie dobierają się w pary na zasadzie przeciwieństwa.
- Nie jestem psychologiem. Mogę ci tylko powiedzieć trochę o tokowaniu cietrzewi.
- Nie obraź się, Maryś, ale wolę tę swoją mikrobiologię.
- Tak chyba jest lepiej, wiesz? Jakoś nie widzę cię chodzącego po mokradłach.
- To fakt. Kalosze i czatowanie z lornetką wśród zarośli to raczej nie jest mój styl.
- Ale po Tatrach to byś pochodził?
- Raczej w innych celach niż poszukiwanie ptaków.
Rozbawiona pokręciła głową.
- Wracaj już do mnie. Pusto jest w mieszkaniu bez ciebie.
- Pojutrze będę z powrotem. Niedługo się zobaczymy.
Maria uśmiechnęła się na tę myśl.
- Pewnie chcesz się odświeżyć po treningu, co? - rzuciła do telefonu.
- Zamierzam wejść zaraz pod prysznic.
- To nie zawracam ci już głowy. Zadzwoń do mnie jutro.
- Zadzwonię - zapewnił, po czym się pożegnali.
Maria oparła głowę o zagłówek i przymknęła na chwilę powieki. By się zrelaksować, myślami przeniosła się na Mazury, na które zamierzała niedługo znowu pojechać. Przywołała wspomnienia podmokłych łąk o poranku, gdy słońce dopiero zaczynało codzienną wędrówkę po niebie i opadały wiosenne mgły. Ten zapach traw, przyjemna cisza i bajeczne krajobrazy...
Maria zdecydowanie kochała swoją pracę i miała nadzieję, że ojciec nie był na tyle szalony, żeby przepisać jej sieć hoteli Nabrzeżny.
- Okaże się w piątek - mruknęła.
Dojadła lody, wstała z kanapy, wyrzuciła pudełko i poszła do sypialni. By zagłuszyć ciszę w mieszkaniu, włączyła kolejny odcinek serialu, który zaczęli z Kacprem oglądać jakiś czas temu - opowiadał o losach angielskiej rodziny królewskiej.
Z powodu zmęczenia trudno jej jednak było się skupić dziś na fabule, więc obejrzała tylko jeden odcinek i poszła spać.
Gdy zasnęła, śnił jej się ojciec.