Prolog
PROLOG
Istnieją rzeczy ukryte przed spojrzeniami
wszystkich, z wyjątkiem tych, którzy wiedzą, gdzie należy patrzeć. Jeśli
wyjrzałbyś przez okno w tej magicznej godzinie wczesnego poranka, kiedy
świat tonie jeszcze w słodkim śnie, być może twoim oczom ukazałyby się
maleńkie kule światła przemykające między rdzawoczerwonymi liśćmi
późnego lata. A może zobaczyłbyś delikatne złote wstążki w powietrzu,
drżące tuż ponad główkami młodych hiacyntów przebijających się przez
wciąż zmarzniętą ziemię? A może, jeśli tylko okazałbyś się dobrym
obserwatorem, zachwyciłbyś się śladami, jakie maleńkie dłuto pozostawiło
na kryształowej koronce każdego płatka śniegu...
Cóż, niestety, takich jest niewielu. I dlatego nieliczni pozostaną ci,
którzy doświadczą prawdziwego cudu. Tylko im dane będzie zrozumieć, że
nawet najbardziej przyziemne zjawiska -?ubywający księżyc, fala
przypływu, dawno zagubiony przedmiot odnaleziony niespodziewanie pod
kuchennym stołem -?to odpryski prawdziwej magii. A wszystko to jest
przecież dziełem wróżek.
Wróżki w ciągu zaledwie jednej nocy przystrajają świat w szaty nowej
pory roku, a potem wracają do domu. Powiadają, że gdybyś tylko
poszybował w kierunku drugiej gwiazdy na prawo, a potem prosto, ku
światłu poranka, znalazłbyś się tam także i ty -?w królestwie zwanym
Przystanią Elfów. A gdybyś zechciał rzucić okiem na nie z góry,
zobaczyłbyś, że jest ono podzielone niczym tort na cztery słusznej
wielkości kawałki. W samym jego sercu rośnie Drzewo Magicznego Pyłu,
jarzące się złotym blaskiem jak rozpraszająca ciemności latarnia. Na
wschód od Drzewa leży Dolina Wiosny, gdzie kwiaty pozostają w wiecznym
rozkwicie. Na południu znajduje się Letnia Polana, gdzie dnie ciągną się
długo i leniwie, niczym zaspany kot. Spójrz na zachód -?na Jesienną
Knieję, chłodną, rześką i pełną kolorów.
A wreszcie, na północy rozciągają się Zimowe Lasy.
Mieszkańcy ciepłych pór roku robią wszystko, co w ich mocy, by nawet nie
myśleć o tej krainie. Lecz kiedy ich wzrok choćby na chwilę bezwiednie
spocznie na Zimowym Lesie, skrytym pod rozległym cieniem wysokiej góry,
nie potrafią już pozbyć się myśli o jego bezlistnych, przypominających
szkielety drzewach, ani o soplach skrzących się w świetle księżyca
niczym obnażone kły, ani też o tych nieszczęśnikach, którym przyszło
mieszkać w tym szarym, pozbawionym życia zakątku. Zimowe wróżki -?w pojęciu ich sióstr z cieplejszych pór roku -?lepiej pozostawić w ich
śnieżnej samotności. Od wieków wszak zajmują się swoimi sprawami i radzą
sobie same. A nadto czyż okrutny, przenikliwy ziąb nie kruszy w mgnieniu
oka skrzydełek ciepłych wróżek? Nic dobrego nie mogłoby wyniknąć z przekroczenia granic tej dziwnej krainy.
Trzeba przyznać, że większość z ich lęków to nic więcej, jak tylko
bezpodstawne uprzedzenia. A jednak, korzystając z błogiej nieświadomości
ciepłych pór roku, ciemne moce rzeczywiście zamieszkują niezmierzone
połacie Zimowego Lasu. Jest tam miejsce, gdzie drzewa z wysiłkiem
wyginają się do tyłu, by jak najdalej odsunąć gałęzie od martwej tafli
pewnego jeziora. Tam nawet powietrze jest ciężkie i złe, oblepiające
wszystko niczym nieświeży pot. Nikt tam nie bywa. W każdym razie nikt
obdarzony zdrowym rozsądkiem, wyjąwszy młodego Strażnika Zimowego Lasu.
Lecz jeśli byłbyś dostatecznie odważny lub dostatecznie szalony, mógłbyś
postawić stopy na lodzie. Pod lodem skrywa się nie woda, lecz głęboka,
wijąca się konwulsyjnie ciemność. I nawet gdybyś potrafił dłużej niż
przez chwilę znieść trwogę, jaką budzi ta kłębiąca się nicość, i tak nie
zdołałbyś ogarnąć jej rozumem. Cienie pod lodową taflą tylko czasami
układają się w jakiś rozpoznawalny kształt. O tutaj, proszę, ząb. A tu
oko... I szpon.
Nie, tylko nieliczni potrafiliby pokonać taki strach. Ale skoro już
jakimś cudem zawędrowałeś tu, do jeziora, w tę zimną, bezksiężycową noc
-?jak to uczynił Strażnik Zimowego Lasu -?prawdopodobnie mogłeś zobaczyć
to samo, co zobaczył on: moment, w którym pojedyncza szczelina rozerwała
powierzchnię lodu. Mogłeś usłyszeć trzask, po którym z pobliskich gałęzi
spadła lawina śniegu. Mogłeś poczuć, jak sam las drży w niecierpliwym
oczekiwaniu.
A potem: coś -?ledwie sugestia cienia -?wyrosło ponad pękniętą taflą.
Zawirowało, zakotłowało i wreszcie przybrało formę zapamiętaną z koszmaru, który to niegdyś zrodził. Ledwie widoczne na tle ciemności,
potrafiło jednak stawiać kroki tak ciężkie, że jego ślady znaczyły
drogę, którą postanowiło podążyć. I tak, gnane jakimś straszliwym,
prastarym instynktem, ruszyło w stronę ciepłych pór roku.
Rozdział 1
1
Było cudowne popołudnie, jakby wyjęte z najpiękniejszych snów -?powietrze złociło się słonecznym blaskiem i migotało od magicznego pyłu, a łąki wibrowały spokojnym brzęczeniem
zapracowanych pszczół. Klarion przysiadła na gałęzi dębu, otoczona
westchnieniami i szelestem liści. Jak słodko było znaleźć się samej -
choćby i nawet przez ten błogosławiony kwadrans -?i nie mieć tak
zupełnie nic a nic do zrobienia.
Prawie pożałowała tej myśli, choć była taka piękna. W uszach już
dźwięczały jej słowa królowej Elwiny, wypowiedziane stanowczo, jak
królewskie obwieszczenie... Och, aż nazbyt łatwo było wyobrazić sobie, co
władczyni powiedziałaby na jej widok: "Królowa Przystani Elfów nie
siedzi z założonymi rękami, kiedy wciąż jest jeszcze praca do
wykonania".
Lecz Klarion nie była wszak królową Przystani Elfów -?w każdym razie
jeszcze nią nie była -?a jej cotygodniowe spotkanie z minister Lata
skończyło się tego dnia niespodziewanie wcześnie. I nie miała zamiaru
pozwolić, by ten rzadki przebłysk wolności poszedł na zmarnowanie.
Jej koronacja była coraz bliżej, co oznaczało, że każdą chwilę
wypełniały jej lekcje, próbne ceremonie, przymiarki i więcej oficjalnych
spotkań, niż kiedykolwiek wyobrażała sobie, że można upchnąć w grafiku
na jeden dzień. I, tak jak przypuszczała, wszystkie były niezwykle
ważne, skoro został jej już tylko miesiąc na przyswojenie setek lat
doświadczenia i mądrości Elwiny. A tymczasem Przystań Elfów kusiła ją
swoimi cudami i bezmierną przestrzenią i Klarion czasami podejrzewała,
że właściwie to wie o niej tyle co nic. No bo skądże miałaby wziąć tę
wiedzę, skoro całe jej dotychczasowe życie upłynęło na obserwowaniu tych
cudów z daleka?
Klarion zagapiła się na Słonecznikową Łąkę z uczuciem niebezpiecznie
bliskim tęsknoty. Zbliżała się właśnie złota godzina zmierzchu, więc nie
wiadomo skąd wychynęły świetlne wróżki, radosne i podekscytowane, gotowe
stawić czoła tej najpracowitszej dla ich klanu pory dnia. Obserwowała je
zza zasłony liści w koronie drzewa, patrzyła, jak szybują poprzez gęste
od pyłku kwiatów powietrze, zostawiając za sobą złote smugi magicznego
pyłu. Niektóre pracowały w zespołach, próbując przygiąć promienie słońca
bliżej ku linii horyzontu, i przerzucały się poleceniami w stylu:
"Troszkę bardziej w lewo!" albo: "W twoje lewo!". Inne zanurzały dłonie
w świetlnych strugach i napełniały swoje koszyki po brzegi słonecznym
blaskiem, tak łatwo jakby wybierały ze studni wodę. Klarion dotychczas
jeszcze nie pozbyła się dziecięcego zadziwienia tym, jak wiele drobnych
szczegółów składa się na codzienną magię zachodu słońca. Wydawało jej
się to niemożliwe, że już niedługo, w dzień letniego przesilenia, weźmie
odpowiedzialność za los ich wszystkich.
Ta perspektywa przerażała ją bardziej, niż gotowa była przyznać nawet
sama przed sobą.
Tok jej myśli przerwał nagły wysoki dźwięk. Chwilę potem coś przeleciało
ze świstem tuż koło niej -?jakaś smuga czerni na tle jasnozłocistego
nieba.
Klarion cofnęła się odruchowo i zachwiała niebezpiecznie na swojej
gałęzi. Cóż to, na gwiezdny pył, mogło być? Przyciskając dłonie do
piersi, by uspokoić wciąż bijące przerażeniem serce, zerknęła ostrożnie
poprzez zasłonę liści. Nisko, u stóp drzewa, wylądowała ciężko na ziemi
skołowana pszczoła i znieruchomiała. Jakby skamieniała.
Minęło kilka chwil i jej skrzydełka znów zaczęły trzepotać, a Klarion
odetchnęła z ulgą. "A zatem nie jest ranna" -?pomyślała. Małe biedactwo...
Musiała być wykończona pracą. Pewnie wzięła na siebie zbyt wiele.
Pszczoły były pracowite i miały tendencję do przeceniania swoich
możliwości, zwłaszcza tu, w wiecznym upale pełni lata. Na szczęście tej
tutaj nie przytrafiło się nic, czego nie mogłaby uleczyć łyżeczka wody z cukrem -?a przecież cukru nigdy w Przystani Elfów nie brakowało. Wszak o tej porze pałacowe kuchnie pękają w szwach od wszelkiego rodzaju
słodkości. Co więcej, ule -?i cały zgromadzony w nich miód -?były
niedaleko, o tam, po drugiej stronie łąki. Prosty problem z jeszcze
prostszym rozwiązaniem.
A jednak Klarion się wahała.
Każdy, choćby najmniejszy problem w królestwie napełniał ją naglącą,
przypominającą swędzenie potrzebą natychmiastowego rozwiązania go.
Kiedyś sądziła, że jest to odprysk jej przywódczej magii -?mały
kawalątek całości jej przeznaczenia, które tylko wówczas nabierało dla
niej sensu. Teraz jednak zrozumiała, że tym instynktom -?tym, które
wywołują w niej głębokie współczucie -?nie mogła ufać.
Miejsce królowej Przystani Elfów nie znajduje się wśród jej poddanych.
Od chwili jej Przybycia -?tamtej nocy, kiedy wyłoniła się z rozbłysku
spadającej gwiazdy, jak wszystkie pozostałe królowe Przystani Elfów
przed nią -?Elwina kładła jej do głowy, że jest inna, wyjątkowa.
Że obydwie są wyjątkowe, nieodwracalnie naznaczone gwiezdnym pyłem.
Prócz Elwiny, Klarion była jedyną wróżką obdarzoną przywódczym talentem
w całej Przystani Elfów.
Klarion rzuciła okiem na łąkę, gdzie grupy wróżek naznaczonych talentem
do opieki nad zwierzętami i zespoły wróżek-ogrodniczek opiekowały się
rojami pszczół. Czy zdołały zauważyć, że jednej im brakuje? Nawet jeśli
się doliczą, to przecież na poszukiwanie swojej zguby stracą pół nocy.
Być może jako królowa nie powinna zaprzątać sobie głowy tak błahą
sprawą, jaką było uratowanie jednej pszczoły, ale mimo to nie mogła
znieść myśli, że teraz odejdzie i nic z tym nie zrobi. Cóż byłaby z niej
za królowa, gdyby pozwoliła na cierpienie nawet najmniejszego ze swoich
poddanych?
Teraz pozostawało tylko pytanie, jak właściwie miała zejść z tego
drzewa.
Ciężki płaszcz spływał jej z ramion na plecy i przygniatał swym ciężarem
skrzydła. Wszystkie wróżki emitowały słabe światełko, które
rozbłyskiwało lub przygasało w zależności od ich nastroju, ale ona,
dzięki swym wyjątkowym skrzydełkom, jaśniała na ich tle niczym latarnia.
I choć tutaj, w Lecie, świetlne wróżki również tak jak ona świeciły
złociście, to podobieństwo nie było aż tak uderzające, by mogła przestać
się ukrywać pod płaszczem i wtopić w tłum. Odsłaniając skrzydła, równie
dobrze mogła obwieścić wszem wobec: "Oto nadchodzi przyszła królowa
Przystani Elfów!".
Gdyby ktokolwiek doniósł Elwinie, że Klarion siedziała tutaj bez żadnej
straży... Nie, o tym nie odważyła się nawet pomyśleć. Będzie musiała jakoś
zejść z tego drzewa. To będzie niewygodne, tak, z pewnością.
Niebezpiecznie, owszem, niemal na pewno. Ale stokroć bardziej wolała
podjąć to ryzyko, niż narazić się na kolejną reprymendę Elwiny.
Klarion uspokoiła oddech i zaczęła zsuwać się gałąź po gałęzi. Mięśnie
ją paliły, twarda kora zdzierała skórę z jej delikatnych dłoni, ale
wreszcie koniec końców zdołała skoczyć i -?jakimś cudem nie skręciwszy
kostki -?wylądować w morzu słoneczników.
Kwiaty górowały nad nią i, kołysząc się delikatnie na wietrze, rzucały
na trawę długie cienie. A tam, kilka metrów dalej, w plamie żółtego
światła leżała pszczoła.
Księżniczka zbliżyła się do niej ostrożnie i przyklękła.
-?Nic ci nie jest? -?zapytała.
Czułki owada obróciły się zwolna w jej stronę, co Klarion zrozumiała
jako: "Wszystko w porządku".
Uderzyło ją nagle spostrzeżenie, że nigdy dotąd nie zdarzyło jej się
rozmawiać z pszczołami. Wiele wróżek trzymało pszczoły w charakterze
zwierzątek domowych -?na tyle, na ile dało się je w ogóle "trzymać" -
układ był taki, że pszczoły przylatywały i odlatywały, jak im się
podobało. Wróżki oswajały je, wabiąc miseczkami z nektarem stawianymi na
parapetach i przydomowymi ogródkami pełnymi ich ulubionych kwiatów:
kocimiętki, lawendy i złocienia polnego. Elwina oczywiście nie
zabraniała takich rzeczy, ale też do nich nie zachęcała. Łatwość, z jaką
inni obchodzili się ze zwierzętami z Przystani Elfów, była więc kolejną
rzeczą, której Klarion nigdy się nie nauczyła.
-?No, to wprawmy w ruch te skrzydełka, żebyś znów latała -?odezwała się.
Trochę głupio się czuła, mówiąc do pszczoły tak, jakby ta mogła ją
zrozumieć. Tylko wróżki opiekunki zwierząt potrafiły naprawdę
porozumiewać się ze zwierzętami. A jednak, dla porządku, dorzuciła
jeszcze: -?Proszę, tylko mnie nie ugryź.
Bardzo ostrożnie wzięła stworzonko w ramiona. Pszczoła nie stawiała
oporu, a Klarion mogłaby przysiąc, że w jej zmęczonych oczach pojawił
się ślad wdzięczności. Futerko miała zaskakująco miękkie. Pachniało
leciutko świeżością cytryny i ziemnym zapachem kwiatowego pyłku. Kiedy
trzymała ją tak blisko, po raz pierwszy dostrzegła, jak bardzo pszczele
skrzydełka przypominają skrzydła reszty jej poddanych.
Były kruche i kunsztowne jak szkło, rzeźbione skomplikowanym wzorem
żyłek. Na ten widok jej opiekuńczy instynkt zapłonął jeszcze mocniej.
Tuląc pszczołę do piersi, ruszyła przez pełną słoneczników łąkę. Poprzez
baldachim kwiatów widziała przelatujące nad jej głową wróżki. W powietrzu unosiły się leniwie kłębuszki gwiezdnego pyłu, wraz z echem
ich srebrzystego śmiechu. Wszystko to napełniło ją zarazem szczęściem
jak i dziwną tęsknotą, a także poczuciem ogromnej samotności. Wszystkie
wróżki mieszkały razem z innymi obdarzonymi tym samym talentem. Razem z nimi pracowały i razem się bawiły. Oczywiście spotykały się także i z pozostałymi, ale między tymi, które zostały stworzone w tym samym celu,
istniało zawsze wrodzone porozumienie. Czasami Klarion zastanawiała się,
jak to jest -?czuć, że gdzieś się przynależy -?mieć tak wiele bliskich
istot, do których można się zwrócić, które tak dobrze cię rozumieją.
Dotarła na skraj łąki, w długi cień wyniosłego klonu. Ale tym, co
przykuło uwagę Klarion, był otwór w jego pniu -?położona kilka stóp nad
ziemią dziupla wypełniona schludnymi rzędami złocistych plastrów miodu.
Ul.
Delikatnie ułożyła pszczołę na trawie.
-?Zaraz wracam.
Zwierzątko machnęło skrzydełkami w odpowiedzi. Być może, do pewnego
stopnia, ono naprawdę rozumiało, co się do niego mówi.
Klarion obróciła się w stronę pnia i wzięła głęboki oddech. Dziś już raz
złaziła z drzewa. Czyżby teraz miała powtórzyć tę procedurę w odwrotną
stronę? Podciągnęła się w górę, wyszukując oparcie dla stóp w zagłębieniach kory i na kapeluszach opieniek wyrastających całymi kępami
z klonowego pnia.
Wreszcie dotarła do krawędzi dziupli. Kojące brzęczenie pszczół
zabrzmiało w jej uszach jak cudowna piosenka, a uspokajający kwiatowy
zapach wosku i nektaru owionął ją niczym najpiękniejsze perfumy. Klarion
ostrożnie podważyła woskowe wieczko zakrywające jedną z komórek
miodowego plastra. Natychmiast wypłynął spod niego miód. W świetle
wieczornego słońca, wydawał się prawie płonąć złotym blaskiem. Klarion
zerwała liść z gałązki i użyła go, żeby zebrać miodowe krople kapiące
leniwie z plastra.
Wędrówka w dół pnia okazała się niebezpieczna, ale choć jedną rękę miała
zajętą drogocennym miodem, jakoś udało jej się nie spaść. Pospieszyła do
swojej pszczoły i ułożyła obok niej liść.
-?Proszę -?powiedziała.
Patrzyła w napięciu, jak pszczoła posilała się napitkiem. Powoli,
powolutku zaczęła się poruszać. Najpierw wstała -?ostrożnie wyprostowała
sześć swoich nóżek, jakby sprawdzając, czy dadzą radę utrzymać jej
ciężar. Potem, już zdecydowanie pewniej, wzbiła się w powietrze.
Zatoczyła koło, wykręciła ósemkę i zawirowała wokół Klarion, jakby
chciała powiedzieć: "Chodź ze mną".
-?Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała...
Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jednak wciąż potrafiła zrobić coś
dobrego, nawet jeśli wzięła się za sprawy wymykające się jej talentowi.
-?Mela?! -?zawołał nagle jakiś głos, w którym wyraźnie słychać było
lekką panikę. -?Mela?
Na dźwięk tego imienia pszczoła wyraźnie się ożywiła.
Klarion uniosła wzrok i zobaczyła wróżkę-opiekunkę zwierząt rozpaczliwie
miotającą się między słonecznikami.
-?Szukasz tej?
Między płatkami kwiatów pojawiła się blada twarz wróżki.
Zdezorientowana, zamrugała, z zaskoczeniem wpatrując się w pustą
przestrzeń przed sobą.
-?Kto tu jest? -?zapytała.
-?Tutaj, na dole.
Nieznajoma aż rozdziawiła usta ze zdumienia i prawie sama opadła na
trawę. Klarion się skrzywiła. Trzeba przyznać, że rzadko widywało się
wróżkę stojącą na ziemi. Bezwiednie poprawiła płaszcz. Na szczęście w świetle letniego słońca niknął blask jej własnych skrzydeł, a ta
odrobina złotych refleksów, która wymykała się spod kołnierza, ledwie
barwiła jej skórę, nie bardziej niż odbicie jaskra, który nosiła w charakterze ozdoby na szyi. Poczuła nagle, jak po plecach spływają jej
strużki potu, prześlizgując się między ciasno zwiniętymi skrzydłami.
Naprawdę nie mogła się doczekać, kiedy w końcu pozbędzie się tego
płaszcza -?i tego gorąca, jeśli już o tym mowa.
Kiedy opiekunka zwierząt doszła już do siebie po pierwszym zaskoczeniu,
przeniosła spojrzenie na pszczołę.
-?Mela!
Pszczoła pomknęła ku niej z pełną prędkością i skręciła w bok, w ostatniej chwili unikając zderzenia. Nieznajoma ani drgnęła, jakby takie
popisy nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Chyba była do nich
przyzwyczajona. Wyglądała, jakby walczyła ze śmiechem, kiedy Mela
rzuciła się między słoneczniki niczym rozbrykana owca.
-?Miałaś dziś zapylać nagietki -?zbeształa ją, ale nie uszło uwagi
Klarion, że jej mina wyrażała ulgę z powodu odnalezienia niesfornej
podopiecznej.
Mela wyłoniła się spomiędzy płatków cała upaprana pyłkiem. Strząsnęła go
z siebie jak mokry pies, a potem odleciała, by dołączyć do swojego roju.
Nawet Klarion widziała wyraźnie, że zwierzątko się popisuje.
-?Niezłe z niej ziółko -?zauważyła.
-?Och, nawet nie wiesz, jak bardzo. -?Nieznajoma opiekunka zwierząt
potrząsnęła w desperacji głową i popatrzyła na Klarion. -?To naprawdę
miło z twojej strony, że jej pomogłaś.
Klarion spojrzała na nią zaskoczona. Speszyła ją trochę ta pochwała.
Niewiele wróżek odzywało się do niej bez pytania.
Elwina emanowała władczą aurą, która otaczała Klarion jak ochronny
kokon. Kokon, który ją samą trzymał w środku, ale wszystkich innych
pozostawiał na zewnątrz. W prowadzeniu jakichkolwiek swobodnych
pogawędek miała więc Klarion żałośnie mało wprawy.
Bardzo się starając, żeby w jej głosie nie było ani śladu oficjalnego
tonu, powiedziała:
-?Ależ to żaden kłopot.
-?Mimo wszystko bardzo ci dziękuję. -?Uśmiech opiekunki zwierząt był
ciepły jak samo lato. -?Jestem pewna, że masz mnóstwo do roboty nawet
bez gonienia za niesfornymi pszczołami.
Klarion uśmiechnęła się nieśmiało.
-?Nie ma za co.
-?Czy my się już spotkałyśmy tutaj, w okolicy? -?Nieznajoma zmarszczyła
brwi, wpatrując się w jej twarz, jakby chciała przypomnieć sobie, skąd
ją zna. -?Bo wyglądasz prawie jak...
-?Klarion?
Księżniczka aż wzdrygnęła się na dźwięk swojego imienia -?i na znajomy
głos minister Lata. Została zdemaskowana. Ogarnięta przerażeniem
odwróciła się zwolna, by stanąć twarzą w twarz z panią minister. Aurelia
unosiła się w powietrzu tuż za nią z wypisanym na twarzy wyrazem
łagodnego zaskoczenia. Miała gładką ciemnobrązową cerę i oczy złociste
jak wróżkowy pył. Włosy opadały jej na ramiona. Dziś miała na sobie
zjawiskową suknię z krwawnika, a warstwowa spódnica spływała falbanami
płatków ułożonych wedle odcieni różu, pomarańczu i bieli.
-?Ty wciąż tutaj? -?zapytała. -?Sądziłam, że o tej porze powinnaś być
już w pałacu.
-?Pozwoliłam sobie na krótką wycieczkę -?odparła Klarion słabym głosem.
-?Żeby odpocząć...?
Aurelia się rozpromieniła. Jej sposób pojmowania świata został
ukształtowany w leniwym cieple wiecznego lata, więc nade wszystko ceniła
sobie ciszę i spokój.
Tutaj, na Letniej Polanie, na sjestę wśród kwiatów czy szklankę
lemoniady zawsze znajdował się czas. Lecz jeśli nawet jej mieszkańcy
mieli zwyczaj najgorętsze godziny dnia spędzać na słodkiej drzemce, to
prawdziwie ożywiali się dopiero nocą. Lato było jedyną porą roku, która
nigdy do końca nie zasypiała. Gdyby Klarion pozostała tu wystarczająco
długo, ujrzałaby jak ci, których życie upływało w świetle księżyca -
opiekunki świetlików i strażniczki gwiazd -?wynurzają się ze swoich
dziennych legowisk.
-?Moja ty bystra uczennico -?zagruchała Aurelia. -?Widzisz? Już się co
nieco nauczyłaś o Lecie.
Pochwała zabrzmiała odrobinę sztucznie, ale Klarion wysiliła się, by w jej głosie zabrzmiała radość.
-?Dziękuję, pani minister.
Aurelia uśmiechnęła się pobłażliwie.
-?A teraz będę musiała cię przeprosić. Muszę sprawdzić, jak sobie radzą
moje wróżki świetlne.
Z tymi słowami odleciała. Klarion z wahaniem przeniosła wzrok na
opiekunkę zwierząt, która wciąż stała obok, śmiertelnie blada. Już
otwierała usta, żeby coś powiedzieć -?cokolwiek, byle tylko ją uspokoić.
Ale i tak było już za późno. Dostrzegła wyraźnie ten moment, kiedy na
nieznajomą wróżkę spłynęła bolesna świadomość prawdy i rozpoznanie. A zaraz potem jak początkowy szok ustępuje miejsca głębokiemu
zawstydzeniu, zmieszanemu z czymś w rodzaju podziwu. Nie mogła tego
znieść.
-?Księżniczko Klarion -?wyjąkała nieznajoma. -?Ja... ja błagam o wybaczenie.
Klarion uniosła ręce w geście uspokojenia.
-?Zupełnie nie masz za co przepraszać -?zapewniła.
-?Ależ mam. -?Opiekunka zwierząt skłoniła się nisko. -?Wasza Wysokość,
błagam o wybaczenie. Gdybym tylko wiedziała, to...
To w życiu by się do Klarion nie odezwała ani słowem.
Co jej pozostało? Odezwała się cicho:
-?Wybaczam ci...
Opiekunka zwierząt dygnęła jeszcze raz, po czym bez tchu wyszeptawszy
słowa podziękowania, czym prędzej się oddaliła. Bez wątpienia z powrotem
do swojej pracy -?i z powrotem do swoich przyjaciół.
Znajome bolesne uczucie samotności przeszyło ją na nowo niczym spadająca
gwiazda. Przez tych kilka przepięknych minut Klarion niemal udało się
zapomnieć, kim była. Tu, na łące, czuła się wolna od strażników
śledzących z daleka każdy jej krok. Nikt tu nie zwracał na nią uwagi,
kiedy przechodziła. Żadne rozmowy nie zamierały, gdy się zbliżała. Nie
słyszała za plecami żadnych szeptów. Ale koniec końców, czy miało to
jakiekolwiek znaczenie? I tak, nawet w tym wspaniałym zakątku, nie mogła
przecież uciec od roli, jaką przydzielił jej los.
Wedle etykiety powinna żądać: szacunku, uniżonej życzliwości i zachowania stosownego dystansu. Ale nie tego pragnęło jej serce. Ponad
wszystko tęskniła do jednej jedynej rzeczy, która nie miała być jej
dana: by zawierać znajomości. Elwina nigdy by...
Elwina!
Och, na gwiazdy! Jeśli natychmiast się stąd nie ruszy, to na pewno
będzie spóźniona.
Sięgnęła ku szyi i odpięła broszkę. Płaszcz zsunął jej się z ramion.
Pospiesznie chwyciła go i wzbiła się w powietrze spomiędzy słoneczników
w wirze złotego światła, odprowadzana chmurą złocistych płatków. Kilka
pszczół leniwie brzęczących wśród kwiatów zboczyło z kursu, by uniknąć
zderzenia.
Kiedy wzniosła się wyżej w stronę nieba, ciągnąc za sobą smugę pyłku, z wahaniem spojrzała za siebie i natychmiast tego pożałowała. Świetlne
wróżki najwyraźniej zakończyły popołudniową pracę. Teraz zdążyły już
podzielić się na dwie drużyny i zaczęły mecz. Świetlista piłka śmigała
przez siatkę tam i z powrotem.
Nawet z tej odległości Klarion wyraźnie słyszała wybuchy śmiechu i piski
-?a także zmieszane ze sobą okrzyki triumfu i jęki zawodu, kiedy któraś
z drużyn zdobywała punkt.
Widok poddanych tak całkowicie i beztrosko szczęśliwych powinien
napełnić ją zachwytem i satysfakcją, czyż nie? W tym momencie był jednak
tylko bolesnym przypomnieniem jej własnej królewskiej samotności. Choćby
nie wiadomo, jak mocno tego chciała, nigdy nie stanie się jedną z nich.
Rozdział 2
2
W oddali majaczyło Drzewo Magicznego Pyłu,
dostojne i bujne. Jego korona przypominała baldachim z chmur. Pył
spływał kaskadami z górnych partii gałęzi -?złoty i jasny niczym światło
gwiazd -?i gromadził się na tarasie u wierzchołka pnia. Kilka konarów
pochylało się nad Studnią Magicznego Pyłu, jakby chciało chronić ją od
wszelkiego zła. Tworzyły eleganckie łuki i kapryśne fantazyjne zawijasy.
Klarion zawsze wydawało się, że jeden z nich wygląda jak odwrócone
serce, a inny jak ogon ciekawskiego kota. A tuż pod studnią, w zagłębieniu starożytnego pnia drzewa, znajdował się pałac. Jego okna
zdobiły korę, jak naszyjnik błyszczących brylancików -?wszystkie
oświetlone od wewnątrz.
Z miejsca, gdzie się znajdowała, Klarion mogła odróżnić światełko, które
zostawiła zapalone we własnej sypialni, delikatnie sączące się przez
oszklone drzwi prowadzące na jej prywatny taras. Sądziła, że dyskretne
wślizgnięcie się z powrotem do pałacu będzie najtrudniejszą częścią jej
sekretnej eskapady, ale nie przewidziała, że aż tak się spóźni. A ostatnio tak dobrze jej szło punktualne stawianie się na wszystkich
spotkaniach. Elwina byłaby bardzo rozczarowana, gdyby ta świetna passa
miała zostać przerwana.
Gdyby tylko zdołała opanować sztukę teleportacji, jedną z najbardziej
użytecznych umiejętności, jaka łączyła się z talentem przywódczym!
Patrząc na Elwinę, można było pomyśleć, że to bułka z masłem -
wystarczyło rozpłynąć się w powietrzu w wirze złocistego pyłu, a potem
pojawić w drugim końcu pokoju. Klarion raz udało się sprawić, że
zniknęła jej na chwilę lewa ręka, po czym powróciła, mszcząc się za tę
psotę kąsającym bólem. Biorąc pod uwagę własne doświadczenie z magią,
była w zasadzie przekonana, że przy kolejnych próbach teleportacji albo
zniknie cała na zawsze, albo pojawi się w jakimś kącie pozbawiona połowy
ciała.
Przysiadła na rozwidleniu gałęzi w pobliżu swojego tarasu i przygasiła
blask. Przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy tego błysku złota
pomiędzy liśćmi... choć skrycie bawiła się myślą o tym, co by powiedzieli
jej poddani, widząc jak Jej Wysokość, dostojna Księżniczka Przystani
Wróżek, włamuje się do swoich apartamentów. Z drugiej strony reakcja
Elwiny byłaby zdecydowanie mniej zabawna. Co za szczęście, że w jakimś
przebłysku jasnowidzenia pozostawiła drzwi balkonowe otwarte. Ostrożnie
uchyliła je szerzej i wślizgnęła się do pokoju. Ledwie przymknęła je za
plecami, posłyszała stłumione głosy dochodzące z korytarza. Od razu
rozpoznała Petrę i Artemis.
-?...ostatnio jakaś nie w sosie... -?mówiła Petra, ku przyjemnemu
zaskoczeniu Klarion. Słychać było, jak jej głos niemal załamuje się pod
ciężarem wypowiadanych kłamstw.
Jej najdawniejsza -?cóż, jedyna -?przyjaciółka zawsze słabo sobie
radziła w tego rodzaju sprawach. Nic się nie zmieniło, nawet po tylu
latach -?Artemis, strażniczka Klarion, zawsze potrafiła ją zdenerwować.
Klarion w pełni doceniała jej wysiłek, zwłaszcza że wcale nie prosiła
Petry, by ją kryła. Nawet nie wiedziała, że może się dziś spodziewać jej
wizyty.
Co za wspaniałe wyczucie czasu.
Klarion przeszła przez pokój. Na chwilę przystanęła przed toaletką,
której blat był zastawiony flakonikami perfum i przeróżnymi kosmetykami.
Szybki rzut oka w lustro upewnił ją, że nie ma nosa ubrudzonego
kwiatowym pyłkiem ani żadnych zabłąkanych płatków wplątanych we włosy.
Była odrobinę zarumieniona od szybkiego lotu, ale to akurat z łatwością
dało się wytłumaczyć. W końcu nawet Petra przed chwilą powiedziała, że
Klarion jest jakaś nieswoja. Kusiło ją, by wykorzystać to jako wymówkę i wykręcić się od lekcji, ale nie było sensu odsuwać w czasie tego, co
nieuniknione. Odkąd Elwina zaczęła ją szkolić, poczyniła niewielkie
postępy w dziedzinie magii i nie spodziewała się cudów przed kolejnym
treningiem.
Kątem oka dostrzegła nagły błysk światła za oknem. Chmury się rozstąpiły
i do pokoju wpadły promienie słońca. Za szybą prowadzących na taras
drzwi ukazała się dobrze znana panorama wysokich gór czuwających nad
Zimowymi Lasami. W tej złotej godzinie zmierzchu śnieżny płaszcz na ich
zboczach lśnił olśniewającą bielą. Bez względu na to, ile razy je
podziwiała, to zimne, surowe piękno nigdy nie przestawało jej zachwycać.
To doprawdy szalone, ale Klarion w skrytości serca pragnęła zobaczyć te
góry z bliska.
Niemal mogła sobie wyobrazić, jak stoi na ich szczycie: wicher we
włosach, płatki śniegu tańczące wokół niej, piękny widok na Przystań
Elfów. Jakże to wszystko byłoby wspaniałe.
Oczywiście Elwina nie dopuszczała w rozmowie najmniejszej choćby próby
podjęcia tematu Zimowych Lasów. Mimo to Zima nie przerażała Klarion aż
tak bardzo, jak w przekonaniu wszystkich dookoła powinna była ją
przerażać. Bo w cieple i zaciszu jej wygodnej sypialni wydawała się taka
spokojna -?i tak straszliwie samotna.
Dokładnie taka jak ona sama.
Żaden z mieszkańców ciepłych pór roku od wieków nie postawił stopy na
terenie Zimowych Lasów, przynajmniej odkąd narodziła się Elwina, a któż
teraz wiedział dokładnie, jak dawno temu to było? Wróżki obdarzone
talentem przywódczym żyły niewiarygodnie długo. Klarion nie potrafiła
pojąć tego braku zainteresowania ze strony Elwiny. Tuż obok kwitło całe
wielkie królestwo, o którym one nie miały najmniejszego pojęcia. I żyły
tam zimowe wróżki, z którymi nigdy nie zamieniły ani słowa. Tylko
mieszkanki Wiosny i Jesieni widywały je czasami -?i to jedynie z dużej
odległości -?kiedy udawały się za Morze, by zmienić na świecie porę
roku.
Wszystkie zgodnie donosiły, że są zimne jak sama Zima i wyglądają
zupełnie inaczej niż normalne wróżki.
Klarion próbowała je sobie wyobrazić -?ponure i szare przemykające po
sinym niebie, ale te skąpe szczegóły nigdy jej nie satysfakcjonowały.
Nurtowały ją pytania, na które prawdopodobnie i tak nigdy nie miała
znaleźć odpowiedzi. Jak wyglądało życie w tak surowym miejscu? Z jakimi
problemami borykali się jego mieszkańcy? I jaki był Strażnik Zimowego
Lasu?
Z korytarza doleciał głos Artemis:
-?Odjazd, cynko.
Rozległ się zduszony odgłos protestu, a potem zagrzechotała poruszona
gwałtownie klamka.
-?Księżniczko Klarion! -?zawołała Artemis. -?Przyszłam, by zaprowadzić
cię do komnat Jej Wysokości.
A zatem koniec z odwlekaniem tego, co nieuniknione. Artemis bez trudu
wyważyłaby drzwi, gdyby się naprawdę do tego przyłożyła, wierząc, że
Klarion grozi prawdziwe niebezpieczeństwo.
Klarion otworzyła i tuż przed jej twarzą zawisła pięść gotowa ponownie
załomotać do drzwi sypialni. Petra czyniła najwyraźniej bohaterskie
wysiłki, by powstrzymać Artemis i szarpała się niemal uwieszona na jej
ramieniu. Na widok Klarion strażniczka natychmiast stanęła na baczność,
a Petra stłumiła okrzyk zaskoczenia. Jej blady, piegowaty nos pokrył się
rumieńcem.
Kontrast między Artemis a Petrą był uderzający. Strażniczka była rosła i szeroka w ramionach, Petra delikatna i drobna jak koliber. A jednak ani
jedna, ani druga nie nauczyła się, co robić z własnymi włosami. Artemis
zwykle ścinała swoje do podbródka, więc jej oliwkową twarz okalały
postrzępione, czarne kosmyki, jakby z nudów lub z konieczności
potraktowała je tępym nożem. Petra natomiast obnosiła po świecie burzę
jaskrawoczerwonych loków. Zwykle były spiętrzone na czubku jej głowy i przyszpilone czymkolwiek, co akurat ich właścicielka znalazła pod ręką w swoim warsztacie. Dziś był to metalowy, połyskujący delikatnie gwóźdź.
Jak na gust Klarion, dość ryzykowna ozdoba.
-?Wasza Wysokość -?odezwała się Artemis, kiedy już odzyskała głos. -?Czy
dobrze się czujesz, pani?
"Wasza Wysokość". Nieważne, ile razy Klarion ją prosiła, Artemis nie
zamierzała porzucić formalnego tonu.
Wróżka-strażniczka była jej cieniem, odkąd Klarion sięgała pamięcią:
podążała za nią krok w krok lub niewzruszenie stała u jej boku w czasie
publicznych wystąpień. Ale tak naprawdę Klarion nie wiedziała o niej
prawie nic -?poza faktem, że była przerażająco kompetentna w swym
zawodzie i że miała denerwującą słabość do stawiania się wszędzie na
czas. Zresztą żadna z nich dwóch nie była zbyt skłonna do dzielenia się
uczuciami.
-?Znacznie lepiej, dziękuję. -?Klarion pochwyciła pełne paniki
spojrzenie, jakie rzuciła jej Petra ponad ramieniem Artemis. Na lekcję i tak z pewnością już była spóźniona, ale nie mogła zostawić Petry tak po
prostu samej sobie, w najgorszym scenariuszu, jaki sobie wyobraziła.
Przywołała więc swój najbardziej królewski ton i dorzuciła: -?Potrzebuję
jeszcze tylko chwilki. Muszę zamienić dwa słowa z Petrą. Na osobności.
Artemis, której w tym momencie przesunął się zapewne przed oczami
niewypowiedziany horror, jakim było spóźnienie na spotkanie o całą
minutę, wyglądała, jakby przeżywała katusze. Mimo to odparła:
-?Oczywiście, Wasza Wysokość.
Oddaliła się w głąb korytarza i stanęła tam, założywszy ręce za plecy w pozycji na spocznij. Bez wątpienia zamierzała podsłuchiwać, pomimo
starannie obojętnego wyrazu twarzy. Wszystkie strażniczki były
niepoprawnie wścibskie, ale Klarion przypuszczała, że właśnie między
innymi dzięki temu tak dobrze wykonywały swoje obowiązki.
Klarion pociągnęła Petrę do sypialni i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Przyjaciółka natychmiast złapała ją kurczowo za ramię.
-?Gdzieś ty była?! -?zapytała przenikliwym szeptem. -?Chciałam do ciebie
wpaść, żeby się przywitać, ale nie odpowiadałaś na pukanie. A potem
Artemis zdybała mnie pod twoimi drzwiami i zapytała, czy cię gdzieś
widziałam, więc musiałam coś wymyślić na poczekaniu!
-?Przepraszam. I bardzo ci dziękuję. Ja po prostu...
Zanim zdołała dodać choćby jedno słowo, Petra opadła na podłogę, a jej
zszyta z zielonych liści klonu spódnica rozłożyła się szeroko na
podłodze wokół niej. Jęknęła przeciągle i chwyciła się za głowę. Klarion
już odruchowo chciała jej przypomnieć o wsuniętym we włosy ostrym
gwoździu, ale zrezygnowała z tego, bo przyjaciółka najwyraźniej miała w tej chwili większe problemy.
-?Ja naprawdę nie wiem, jak ty możesz wytrzymać z nią sam na sam tak
dzień w dzień -?zawodziła. -?Ona jest taka namolna. Próbowałaś się jej
kiedyś postawić, kiedy sobie coś wbiła do głowy?
-?Tak naprawdę to...
-?Kryłam cię tak długo, jak mogłam -?ciągnęła Petra -?ale jeśli ona
doniesie Elwinie o wszystkim, co robiłam, to moje dni są policzone.
-?Dziękuję ci, że mnie kryłaś -?Klarion próbowała wtrącić choć słówko. -
Ale jestem przekonana, że to nie...
-?Może jeszcze nie jest za późno na ucieczkę. -?Kiedy Petra zaczynała
mówić, to niewiele mogło ją powstrzymać. Każde kolejne słowo wydobywało
się z niej z coraz większym impetem. -?Słyszałam o wróżkach, które
rozpoczęły nowe, szczęśliwe życie gdzieś indziej, może zwiały na statku
pirackim albo...
Klarion już sama nie wiedziała od czego zacząć zaprzeczanie tym
absurdom, więc udała, że bierze je na poważnie:
-?Wiesz, to jest może jakiś pomysł. Na takim statku każda wróżka cynka
miałaby z pewnością ręce pełne roboty.
Petra zagapiła się na nią z niedowierzaniem.
-?Ty chcesz się mnie pozbyć!
Klarion nie zdołała powstrzymać uśmiechu.
-?Naprawa sieci, łatanie kadłuba, dziurawych garnków i patelni...
-?No dobra -?burknęła Petra, ale w jej głosie nie było prawdziwej
złości. -?Już załapałam.
Klarion zaśmiała się z cicha, ale śmiech szybko zamarł na jej wargach na
widok dziwnej słodko-gorzkiej miny Petry. Klarion rozumiała ją
doskonale. Nie widziały się od kilku tygodni, a jednak wydawało jej się,
jakby od ich ostatniego spotkania upłynęła ledwie chwila. Choć nie
narodziły się z tego samego śmiechu, to Klarion czasami miała wrażenie,
że mogłyby być siostrami. Zawsze łączyła je nić wzajemnego porozumienia:
żadna z nich nie była dokładnie taką osobą, jaką wydawała się na
pierwszy rzut oka.
Niewiele wróżek traktowało Petrę poważnie, jeśli patrzyły
powierzchownie, i jedyne, co zauważały, to jej niespokojne, nieskładne
wypowiedzi. Ale Klarion zawsze fascynował jej umysł, który wirował jak
trybiki jakiejś fantastycznej maszyny. Według niej to dramatyzowanie
było jednym z wielu uroków Petry, zwłaszcza odkąd się nauczyła, jak
można ją wyrwać z tego stanu. Pod tą maską bowiem kryła się błyskotliwa,
zabawna i lojalna dusza -?Petra była typem wróżki, która nigdy by nie
pozwoliła, by lęki powstrzymały ją przed działaniem, bez względu na to,
jak były potężne.
Och, jakże za nią tęskniła, chociaż przyjaciółka stała przecież tuż obok
niej.
Lata temu -?zanim jeszcze Elwina zakazała Klarion swobodnego poruszania
się i zanim obowiązki zabrały im cały wolny czas -?obie były
nierozłączne. Wymykały się -?lub może raczej to Klarion wyciągała
wrzeszczącą i kopiącą Petrę z jej warsztatu -?żeby zwiedzać i odkrywać
świat, z nieodłączną Artemis wiecznie dyszącą im w karki. Teraz Klarion
miała swoje szkolenie, a Petra pracę.
Wyspecjalizowała się w misternej sztuce rzeźbienia w metalu, ale tak
naprawdę niewiele było rzeczy, których by nie potrafiła naprawić. Wraz z upływem lat nauczyła się wytwarzać wszystko -?od przepięknej biżuterii,
przez różnego rodzaju narzędzia, aż po wielkoformatowe rzeźby -?i wciąż
marzyła o stworzeniu jeszcze większego dzieła. Raz przez cały wieczór
drobiazgowo tłumaczyła Klarion schemat wykonania protezy kończyny.
Naturalnie Elwina od razu wychwyciła wschodzący nowy talent i doceniła
zarówno artyzm Petry, jak i jej pomysłowość, dlatego też mianowała ją
swoją osobistą królewską złotą rączką. Klarion wciąż miała żywo zapisany
w pamięci obraz Petry w tamtej chwili -?tak dumnej, tak wspaniale
rozświetlonej blaskiem wewnętrznej ekscytacji z powodu tego wyróżnienia.
To wspomnienie zawsze napełniało Klarion najczystszą radością. I choćby
ona sama nie wiadomo jak mocno tęskniła za tamtymi dniami beztroskiej
swobody i wspólnych eskapad, to Petra zasługiwała na to, by odnieść w życiu sukces.
Zasługiwała na swoje szczęście.
Klarion podała jej dłoń. Petra chwyciła ją, a wtedy Klarion pociągnęła
ją w górę, z powrotem w powietrze.
-?Zobaczymy się najszybciej, jak tylko dam radę. -?Po chwili wahania
dorzuciła: -?I w razie czego powiem ci, czy powinnaś się szykować do
ucieczki na morze.
-?Dobrze -?jęknęła żałośnie Petra.
Klarion otworzyła drzwi swojego pokoju. Z westchnieniem wyrażającym
ogromne znękanie, Petra poszybowała korytarzem. Zatrzymała się tylko na
chwilę, żeby rzucić Artemis przeciągłe spojrzenie. Na Artemis nie
zrobiło ono najmniejszego wrażenia -?stała niewzruszenie, chociaż
Klarion dałaby głowę, że lekko napięły jej się ramiona.
Uch, tak zupełnie szczerze pewnego dnia Klarion zamierzała wreszcie coś
z tym zrobić. Dziesięć lat trzymania jej w tych żelaznych kleszczach to
było zupełnie dość.
-?Jestem gotowa -?oznajmiła.
Drzwi jej sypialni otwierały się na rozległą komnatę: zagłębienie, które
utworzyło się wewnątrz pnia. Drewniane chodniki i schody biegły tutaj po
obwodzie wzdłuż ścian, schodząc spiralnie do poziomu litego drewna. Pod
drewnem znajdował się rdzeń -?żywe serce drzewa, w którym magia płynęła
niczym życiodajna substancja aż do najcieńszych żyłek liści i najodleglejszych korzeni.
Ramię w ramię wspinały się krętymi schodami do komnat Elwiny. Ściany,
które mijały, wygładził czas i wyrzeźbiły niezliczone ręce
utalentowanych cieśli. Choć Klarion chodziła tędy codziennie, to zawsze
znajdowała coś nowego do podziwiania. Tu i ówdzie rzucał jej się w oczy
jakiś obraz: ozdobny kwiat, okrągłe oczy sowy, zakole rzeki
przecinającej Przystań Elfów. Gdzieniegdzie te małe dzieła sztuki
porastały płaty mchu lub kwitnące pnącza, ale nawet wtedy błyszcząca
farba nasycona magicznym pyłem wciąż wyzierała na wierzch. Nikt nigdy
nie zeskrobywał tych naturalnych zielonych ozdób -?Drzewo Pyłu też
powinno przecież mieć jakiś wpływ na własną stylizację.
Zatrzymały się przed masywnymi dwuskrzydłowymi drzwiami, które
prowadziły do apartamentów Elwiny. Obie części drzwi zdobił wspaniały,
misternie rzeźbiony lustrzany obraz dwóch połówek Drzewa Magicznego
Pyłu. Artemis otworzyła wrota i zrobiła jej przejście, wpuszczając przy
okazji do korytarza blade światło wieczornego słońca. Klarion wzięła
głęboki oddech, weszła do środka i stanęła naprzeciw ściany portretów.
Z obrazów patrzyły na nią podobizny wszystkich poprzednich władczyń, i wszystkie co do jednej wyglądały tak samo dostojnie i majestatycznie.
Dzieliły je wieki, więc portrety były wykonane w zupełnie odmiennych
stylach, ale na każdym znać było pełną szacunku rękę artysty. Zawsze
napełniały ją cichym podziwem. Wydawało jej się niemożliwe, by jej
własna podobizna również kiedyś mogła zawisnąć obok nich. Kiedy była
młodsza, wyszukiwała w nich podobieństwa do samej siebie. Niektóre z królowych miały jej bladą skórę, inne jej własne niebieskie oczy czy
miodowobrązowe włosy.
Ale wszystkie miały identyczne skrzydła: świetliste i złote, kształtem
przypominające skrzydełka motyla monarchy. W tej chwili martwiło ją
tylko to, że jeśli wpatrzy się w te dostojne twarze dostatecznie
uważnie, znajdzie na nich wyraz rozczarowania.
Klarion oderwała wzrok od portretów. Na samym końcu tego szpaleru stała
Elwina, a jej świetlista sylwetka odcinała się od ogarniętego zachodem
słońca nieba za oknem. Miała na sobie zapierającą dech w piersiach
złocistą suknię z szeroką falbaniastą spódnicą. Materiał mienił się
wplecionym w nitki magicznym pyłem. Złote plamki spływały z trenu sukni
i skrzyły się na podłodze, wirując bezładnie w powietrzu. Na głowie
miała koronę -?jak zauważyła Klarion, jedno z dzieł Petry -?wysoką,
zawijającą się w tył niczym kozie rogi. Wyglądała w niej imponująco,
dokładnie tak, jak powinna wyglądać wróżka z talentem przywódczym.
-?Spóźniłaś się -?odezwała się ze znużeniem w głosie. To nie była
wymówka, bardziej stwierdzenie faktu. Spóźniała się już wcześniej. I obie wiedziały, że w przyszłości również będzie się spóźniać.
Klarion robiła, co mogła, żeby nie oklapnąć od przytłaczającej ją nudy i niezadowolenia.
-?Bardzo przepraszam.
Elwina zwróciła twarz w jej stronę. Klarion nie mogła nie zauważyć, że
królowa wyglądała na bardzo zmęczoną. Jej brązowe włosy znaczyły szare
pasma, a jaskrawość sukni najwyraźniej miała zatuszować bladość skóry.
Ale w twardym, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniu wróżki, która przeżyła
sto żywotów, nie znać było żadnej słabości ani użalania się nad sobą. W tych zielonych oczach było coś tajemniczego, jakby patrzyły w niedostępną dla innych dal. Onieśmielona Klarion, spoglądając na nią,
czuła, że patrzy na to, kim sama się stanie w przyszłości.
-?I miałaś ku temu dobry powód, jak przypuszczam -?ciągnęła Elwina.
-?O tak. Bardzo dobry powód.
Jakiż to miałby być powód, w tej chwili jeszcze sama nie wiedziała, ale
z pewnością potrafiłaby zaraz coś wymyślić. Elwina wydała z siebie
dystyngowany, acz lekceważący dźwięk, jakby chciała wyrazić przekonanie,
że jest ponad takimi drobnostkami. Klarion nie mogła uwierzyć we własne
szczęście.
-?Czy ćwiczyłaś techniki, które omawiałyśmy ostatnim razem?
Klarion przytaknęła. Ćwiczyła. Oczywiście, że ćwiczyła. Ale nie mogła
powiedzieć, żeby to przyniosło jakikolwiek efekt. Tak szczerze, to w ostatnich miesiącach, ku jej dogłębnemu przerażeniu, robiła raczej
mizerne postępy. Od chwili, kiedy wróżka po raz pierwszy otwierała oczy,
wiedziała dokładnie, jaki talent przydzielił jej los -?jakie było jej
magiczne zamiłowanie, jej życiowe powołanie, czynności, które odtąd
miały jej przychodzić łatwo jak oddychanie. Talent, w pojęciu większości
wróżek, dawał wszystkim mieszkańcom Przystani Elfów cel w życiu i radość. Klarion z biegiem czasu nabrała poważnych wątpliwości co do
tego, czy sama będzie się kiedykolwiek czuła tak swobodnie ze swoim
talentem.
Elwina powiedziała jej kiedyś, że magiczny talent przywódczy był
zakorzeniony w emocjach, a raczej w ich braku. Tylko absolutna jasność
umysłu i całkowite skupienie otwierały możliwość władania swoim własnym
wewnętrznym światłem. Lecz im bardziej Klarion próbowała -?czy to
poprzez ćwiczenia oddechowe, czy po prostu siłą woli -?nie potrafiła
opróżnić umysłu z emocji. Nie mogła pozbyć się tego rozpaczliwego głodu
przyjaźni, porozumienia i relacji.
-?To dobrze -?skomentowała Elwina. -?Popatrzmy.
Dłonie Klarion w jednej chwili zrobiły się lodowate ze strachu. Nie,
jeszcze za wcześnie na rozpacz. Może tym razem będzie inaczej.
Wyciągnęła rękę. Głęboko w piersi poczuła nieskończone źródło magii.
Gdyby się dobrze przyłożyła, jeśli tylko włożyłaby w to wystarczająco
dużo siły, mogłaby je nagiąć do swojej woli.
"Skup się -?pomyślała. -?Zacznij to kontrolować".
Na krótką chwilę na jej dłoni zakwitło złote światło. Zamigotało jak
owiane podmuchem powietrza światełko świecy, lecz rozpaliła się w niej
nieśmiała nadzieja. Czuła się oszołomiona tym wysiłkiem, ale gdyby
tylko... jeszcze troszkę...
Światło błysnęło i zgasło. Klarion wypuściła długo wstrzymywane
powietrze i zacisnęła palce na zamierającym blasku, jakby tym sposobem
mogła go zatrzymać. Starała się nie pokazać po sobie rozczarowania.
Po drugiej stronie komnaty jaśniała kula światła. Klarion podniosła
wzrok i ujrzała Elwinę oświetloną magiczną energią własnej mocy. Światło
pulsowało jej na dłoni jak miniaturowa gwiazda, rzucając ostry blask na
jej twarz i na całe pomieszczenie. Jarzyło się tak jasno i ciepło, że
Klarion całą siłą woli oparła się pokusie zasłonięcia się przed nim
rękami.
Wróżki z talentem przywódczym, w przeciwieństwie do świetlnych wróżek,
nie musiały manipulować źródłem światła. Urodzone ze spadających gwiazd,
nosiły to światło w sobie. Ich magia mogła przebić się nawet przez
absolutną ciemność -?i przez wszystko inne, co napotkała na swojej
drodze. Można ją było przekształcić w tarczę dla ochrony całego
królestwa. Był to przede wszystkim symbol -?coś, w co wszyscy mieszkańcy
Przystani mogli wierzyć i w czym mogli pokładać zaufanie.
Elwina zacisnęła dłoń. Światło zgasło.
-?Klarion.
Proszę bardzo, to teraz. Klarion przybrała neutralny wyraz twarzy,
przygotowując się do kolejnej reprymendy.
-?Twoja koronacja odbędzie się za miesiąc.
Klarion skłoniła głowę.
-?Tak jest.
-?Wciąż nie zdołałaś opanować nawet najbardziej podstawowych
umiejętności związanych z naszą magią.
-?To prawda -?przyznała z delikatnym wahaniem w głosie.
Królowa Przystani Elfów winna poruszać się swobodnie w zagadnieniach
polityki, organizacji państwa i zarządzania, ale także winna opanować
magię wróżek o talentach przywódczych. Magię, którą Klarion usilnie
starała się ćwiczyć, odkąd jej szkolenie oficjalnie się rozpoczęło. Nie
potrafiła się teleportować. Nie potrafiła wytworzyć więcej niż migotanie
światła na dłoni. Najwyraźniej nie potrafiła nawet pomóc pojedynczej
pszczole bez wzbudzania przerażenia wśród swoich poddanych.
Po krótkiej chwili wymownej ciszy Elwina zapytała:
-?Gdzie byłaś?
Jaki był sens ukrywania prawdy? Klarion westchnęła z rezygnacją.
-?Na Letniej Polanie.
Elwina zacisnęła usta. Nie musiała nic mówić, by Klarion odczuła cały
ciężar jej dezaprobaty. Samo jej spojrzenie mówiło, że jest już o wiele
za późno na tak dziecinne rozrywki.
-?Dlaczego nie wróciłaś od razu po spotkaniu?
-?Naprawdę chciałam wrócić na czas. Lecz kiedy już odchodziłam, było
tam... -?urwała, zanim pogubiła się w szczegółach, których Elwina i tak
wcale nie chciała ani nie potrzebowała znać. -?Pomyślałam, że pomogę
pewnej opiekunce zwierząt.
Zaskoczenie Elwiny było wręcz namacalne.
-?To nie była twoja sprawa. Jestem przekonana, że ta wróżka doskonale
mogła poradzić sobie sama.
-?Ale ona mi podziękowała -?zaprotestowała Klarion. -?Może potrzebowała...
-?Rozumiem, że czujesz się przytłoczona swoją rolą, ale nie możesz
pomagać każdej wróżce, którą spotkasz, i z pewnością nie możesz się z każdą z nich spoufalać. Dobra królowa potrafi się skupić na swoim
zadaniu i pomagać swojemu ludowi na znacznie większą skalę. To jest
bardzo rozległe królestwo.
Elwina poleciała w stronę okna. Tutaj, z wysokości najwyższych gałęzi
Drzewa Magicznego Pyłu, widać było połowę Przystani Elfów rozciągającą
się przed nimi aż po horyzont.
-?Jesteś odpowiedzialna za to wszystko. Czy rozumiesz, co to oznacza?
-?Oczywiście, że rozumiem.
-?Jesteś młoda. -?Elwina zmarszczyła brwi. -?Nie zaznałaś dotąd
konfliktu, prawdziwego konfliktu, który zagrażałby wszystkim twoim
poddanym. Musisz być przygotowana. Czujna. Dopóki nie opanujesz podstaw,
nie możesz próbować rozwiązywać problemów, które są o wiele bardziej
skomplikowane, niż się wydają na pierwszy rzut oka. Powierzam ci
wszystko, co mam.
W jej tonie wybrzmiało coś niedopowiedzianego. Mogło to przybrać kształt
tak wielu różnych słów: "...i nie pozwolę ci tego zmarnować...", "...chociaż
nie sądzę, byś temu podołała...".
-?Dobra królowa...
-?...powinna być tak zimna i odległa jak gwiazda, z której się narodziła -
dokończyła za nią Klarion. Była to zasada, na której opierała się cała
filozofia rządów Elwiny, zasada, którą wpajano Klarion od dnia jej
Przybycia.
Elwina spojrzała na nią beznamiętnym wzrokiem.
-?Wiem, że nie przychodzi ci to łatwo, ale tylko w ten sposób możesz
zachować bezstronność. Tylko w ten sposób możesz rozważać w sobie
wszystkie argumenty i rządzić sprawiedliwie.
Jeśli to była prawda, to dlaczego Klarion narodziła się taka, a nie
inna? Kiedy wyłoniła się ze swojej gwiazdy, już wtedy tliło się w niej
poczucie celu.
To poczucie sensu i celowości własnego istnienia wydawało jej się teraz
tak bardzo odległe. Czasem podejrzewała, że im bliżej było do koronacji,
tym gorzej radziła sobie z magią. Bywały też chwile, kiedy w głębi duszy
martwiła się, że lada dzień na ziemię spadnie nowa gwiazda, z której
wyłoni się zupełnie inna dziedziczka, tak idealna jak sama Elwina. Tak
idealna, jak Klarion nigdy nie zdoła być.
-?Rozumiem -?bąknęła.
Surowe oblicze Elwiny nieco złagodniało.
-?Znajdujesz się teraz pod wielką presją, ale kiedyś to wszystko stanie
się dla ciebie jasne, Klarion.
"Tylko kiedy?" Ta myśl zabolała ją bardziej, niżby się spodziewała.
-?Dziękuję.
-?Idź odpocząć -?powiedziała Elwina. -?Jutro przewodniczysz posiedzeniu
rady.
Prawie o tym zapomniała. Ministrowie Pór Roku spotykali się co tydzień,
aby omówić bieżące sprawy w swoich regionach. Wszystko -?od sporów i waśni po prośby o zasoby -?było przedstawiane Elwinie. A już od jutra,
jak przypuszczała Klarion, będzie przedstawiane jej samej.
A zatem, byle do jutra. Zaczynając od jutra, postara się zachowywać jak
na królową Przystani Elfów przystało.
Rozdział 3
3
Nazajutrz, już od samego rana, z wciąż
brzmiącymi w uszach napomnieniami Elwiny, Klarion zabrała się do
przygotowania posiedzenia rady -?pierwszego, jakiemu miała samodzielne
przewodniczyć. Na wszelki wypadek ostatni raz przejrzała zalegające na
jej biurku papiery -?serię krótkich raportów od wszystkich ministrów.
Dzisiejsza agenda była miłosiernie -?i dość zaskakująco -?zwięzła.
Przystań Elfów tętniła wzmożoną pracą zwłaszcza w tygodniach
poprzedzających zmianę pór roku. Teraz była późna wiosna, przesilenie
przypadało za miesiąc, czyli pora zupełnie niesprzyjająca wytchnieniu.
Nie wspominając już o wszystkich dodatkowych zadaniach związanych z jej
koronacją.
Jej koronacja. Już na sam dźwięk tych słów poczuła, jak znowu cała się
spina. Wkrótce to ona, Klarion, będzie musiała podejmować decyzje,
dzięki którym królestwo będzie funkcjonować jak należy, a pory roku będą
następować po sobie bez zakłóceń.
Będzie od niej zależeć nie tylko dobrobyt Przystani Elfów, ale także
Stałego Lądu i wszystkich mieszkających na nim ludzi.
Lęki wobec podobnej presji z pewnością ją przygniotą, jeśli będzie
roztrząsała je zbyt długo. Zamiast tego postanowiła pójść za radą Elwiny
i skupić się na bieżącym zadaniu. Skoro wciąż nie potrafiła użyć
drzemiącej w niej magii, to przynajmniej postara się poprowadzić
dzisiejsze spotkanie z należnym opanowaniem. Tego dnia Elwina nie będzie
mogła zarzucić jej niczego.
Wstała z nagłą stanowczością i natychmiast przeszedł ją dreszcz.
Odwróciła się na wpół przekonana, że zobaczy kogoś -?lub coś -?co
śledziło jej ruchy zza szyby drzwi balkonowych. Ale było tam tylko jej
własne odbicie w obramowaniu fantazyjnie wygiętych gałęzi, gapiące się
na nią równie intensywnie, jak ona gapiła się na nie, a za nim -
panorama gór w Zimowych Lasach. Szczyty najwyższych z nich sięgały ku
sobie, tworząc kształt półksiężyca. W świetle wczesnego poranka cały
śnieg na ich zboczach był różowy jak wnętrze muszli. Czasem wydawało jej
się, że te góry patrzą na nią.
Przez całe życie powtarzano jej, że zimowym wróżkom nie można ufać. Z dawnych czasów pozostało ledwie kilka legend wyjaśniających źródło
konfliktu. Klarion zdarzyło się widzieć jedno czy dwa przedstawienia,
które poruszały temat nieporozumienia, jakie podzieliło ich światy.
Wciąż pamiętała, jak siedziała w teatrze obok Elwiny -?bez tchu, z rękami zaciśniętymi na poręczy ich loży -?gdy Saga, najbardziej
utalentowana z gawędziarek Przystani Elfów, snuła opowieść o Tytanii,
ich pierwszej królowej.
Kiedy mówiła, obrazy jej słów ukazywały się za jej plecami w chmurze
złotego pyłu. Błyski lodowych włóczni i strzały z piórami. Drzewo
Magicznego Pyłu nie większe od gnącej się pod naporem wichru sadzonki.
Strażnik Zimowego Lasu i jego straszliwa, zębata korona, na tle
spowijającej go ciemności.
Osobiście Klarion uważała, że cały ten dramat sprzed wieków miał w sobie
coś niepokojąco romantycznego. Tymczasem Elwina aż prychnęła, kiedy
jeden z najbardziej zaufanych doradców Tytanii zginął tragiczną
śmiercią. Ale mimo całej swojej porywającej teatralności legenda nigdy
nie wyjaśniała tych szczegółów, których Klarion najbardziej pragnęła.
Mówiła jedynie o niejasnym sporze między dwoma władcami i mrocznej sile,
która pochłonęła Strażnika Zimowego Lasu. Większości mieszkańców
ciepłych pór roku tyle wystarczało, by raz na zawsze stracić
zainteresowanie swoimi sąsiadami.
Klarion pozbierała notatki i otworzyła drzwi na balkon. Owionęło ją
chłodne powietrze. Zewsząd dolatywały odgłosy budzącej się ze snu
Przystani Elfów. Z trzepotem skrzydeł wskoczyła na balustradę balkonu, a potem wzbiła się w powietrze.
Podleciała w górę, odsuwając na bok liście i gałązki, aż zobaczyła
źródło Studni Pyłu Wróżek. Kaskada złotego pyłu wylewała się z otworu w pniu na różowe płatki lilii. Pył skapywał tarasami na perłowe boczniaki,
aż w końcu wpadał do studni, wtulonej w spiralny węzeł konarów drzewa.
Magiczny Pył -?ożywcza substancja i siła napędowa całego ich
społeczeństwa -?powstawał głęboko w sercu Drzewa. Nikt nie wiedział
dokładnie jak i dlaczego, chociaż uczeni pyłkolodzy przez stulecia
spisali na ten temat wiele opasłych tomisk i prowadzili naukowe spory
nad teorią pyłu. Jedyne, co Klarion wiedziała na pewno, to że Pył jest
przesycony magią, która zasila jak krwiobieg całą Przystań poprzez
rozległą sieć korzeni. Kiedy pozwalała sobie na chwilę wytchnienia,
czuła tę magię wokół siebie -?ciepłą i niosącą pocieszenie. Sprawiała,
że powietrze pachniało słodko, jak herbata z miodem i cynamonowe
bułeczki w piekarniku. Jej subtelna obecność nigdy nie przestawała
Klarion zadziwiać.
O tej porze wszyscy ustawiali się w kolejce po swoją dzienną porcję pyłu
-?łyżeczkę, nie więcej. Strażnicy pyłu stali w nim po kostki na
płyciźnie przy brzegu Studni i raz po raz zanurzali w niej kubki.
Klarion podziwiała precyzję ich ruchów, kiedy obsypywali każdą wróżkę
dokładnie odmierzoną ilością pyłu. Bez tej ożywczej substancji wróżki
nie mogłyby latać, ponieważ skrzydełka nie dałyby rady utrzymać ich
ciężaru w powietrzu. Kolejka ciągnęła się i zakręcała, a stojące w niej
wróżki plotkowały i chichotały między sobą. Niektóre trzymały filiżanki
herbaty z mlecza, żeby się rozbudzić, inne wciąż jeszcze kipiały energią
po nocnej zmianie. Jeden ze stojących w kolejce elfów zauważył ją
kryjącą się za zasłoną liści. Uniosła dłoń w nieśmiałym pozdrowieniu.
Zbladł, odwrócił wzrok i zajął się robieniem czegoś bardzo
skomplikowanego i na oko dość technicznego ze źdźbłem trawy, które
trzymał w ręce.
Klarion starała się nie okazać rozczarowania. Petra nieraz jej
powtarzała, że w jej wyrazie twarzy i w tonie głosu kryje się coś
królewskiego, co trzyma innych na dystans. Nic nie mogła z tym zrobić.
-?Wasza Wysokość.
Klarion aż stęknęła z zaskoczenia.
Przekrzywiła głowę i ujrzała Artemis siedzącą na gałęzi tuż nad jej
głową. Ta to zawsze potrafiła pozostać niewidoczna, chociaż była na
widoku. Imponujący, choć również nieco przerażający talent.
-?Dzień dobry -?odezwała się Klarion nieco bez tchu.
Mina jej strażniczki wyrażała coś zbliżonego do współczucia. Jeśli
chodziło o Artemis, to trudno było stwierdzić, co tak naprawdę myśli, bo
do perfekcji opanowała subtelną sztukę obojętnego spokoju. Czasami
jednak Klarion przyłapywała ją, jak patrzyła na innych zwiadowców
wychodzących na patrol z czymś w rodzaju głodnej tęsknoty w oczach.
Jeden jedyny raz zapytała ją o to, ale Artemis całkowicie się wtedy
zamknęła, jak małż. Klarion zrozumiała, że niektórych ran nie powinno
się dotykać.
-?Nie są przyzwyczajeni, by królowa się z nimi spoufalała -?powiedziała
szorstko Artemis. -?Po prostu okazują ci respekt.
Czyżby to był respekt? Nawet jeśli tak, to z pewnością nie czuła, by na
niego zasługiwała. Mimo to niezborne próby Artemis, żeby ją pocieszyć,
sprawiły, że nieco się rozchmurzyła. Klarion podejrzewała, że pod tym
chłodnym, profesjonalnym pancerzem kryła się współczująca dusza, chociaż
strażniczka nigdy w życiu by się do tego nie przyznała. Pewnego dnia
może samo się to ujawni.
-?Oczywiście -?odparła, po czym z wymuszonym entuzjazmem zapytała: -?Czy
możemy już iść?
Artemis skinęła głową.
Dyskretnie Klarion poprowadziła je do komnat rady, znajdujących się tuż
pod Studnią Magicznego Pyłu. Nie było tam żadnych drzwi, a pomiędzy
misternie rzeźbione żebrowanie sklepionego sufitu wstawiono szyby,
dzięki czemu otwierał się na niebo o każdej porze dnia i nocy.
Wąskie pasy kory łączące panele na ścianach także zdobiły kunsztowne
inkrustacje, tu i ówdzie muśnięte delikatnymi pasmami połyskującego
złotego pyłu. Wśród tych wzorów kryły się symbole wszystkich pór roku -
wiecznie zielony kwiat Wiosny, tęcza Lata, pełnia księżyca Jesieni i płatek śniegu Zimy. Ten drobny szczegół zawsze Klarion intrygował. Skoro
ich królestwa od zawsze trzymały się osobno, dlaczego pradawni artyści
uwzględnili Zimę na swoich freskach?
Kiedy podleciały nieco bliżej, przez otwarte sklepienie dotarł do
Klarion stłumiony szmer zawziętych dyskusji ministrów. Nie miała
pojęcia, o co mogli się spierać o tak wczesnej porze poranka.
Przypuszczała, że to stopniowo przychodzi po długich latach wspólnej
pracy. Istniała nieskończona liczba drobnych zatargów i politycznych
aluzji, o których znaczeniu Klarion miała jedynie mgliste pojęcie,
ponieważ pochodziły z czasów sprzed jej Przybycia. Tak czy inaczej spory
na temat tego, która z pór roku liczy się najbardziej, zdawały się ich
nigdy nie męczyć. Zebrała się w sobie i wleciała do środka.
W komnacie trzej ministrowie Pór Roku zebrali się już przy długim stole,
który zajmował niemal całą długość sali. Minister Wiosny była właśnie w trakcie pełnego emocji monologu, a minister Jesieni przytakiwał jej
machinalnie, najwyraźniej błądząc myślami gdzieś indziej. Tymczasem
minister Lata wyglądała, jakby zaraz miała zasnąć na stojąco. Jednak,
kiedy zdali sobie sprawę z jej obecności, wyprostowali się i ucichli.
Już się nauczyła, że to był element magii związanej z talentem
przywódczym: zdolność do skupiania na sobie uwagi wszystkich obecnych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki