Na skraju jutra - Hiroshi Sakurazaka

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Rekrut Kiriya

1

Dziesiąta minuta walki. Strach zalewa pole bitwy. Sami to sobie wyobraźcie.

Stalowa Śmierć szaleje dookoła.

Dalekie wystrzały brzmią nisko i ochryple. Od ich suchego szczęku wywraca się w żołądku. Pociski, które wystrzelono blisko, wydają dźwięk czysty i wysoki. Właśnie taki, wrzynający się w czaszkę świst słyszę obok. Wrzeciono wkręca się w ziemię, wznosząc kłęby kurzu. Tę ulotną zasłonę dziurawi kolejny pocisk.

Jeśli choć jeden z tysięcy tych nie większych od palca kawałków metalu, które smolą niebo, przeszyje twoje ciało - nie żyjesz. Człowiek ruszał się, śmiał, opowiadał dowcipy i nagle, w jednej chwili, zamienia się w kupę stygnącego mięsa.

Śmierć przychodzi szybko, w mgnieniu oka. I nie zna litości.

Ci, którym uda się umrzeć natychmiast, to i tak szczęściarze. Większość leży w kałużach własnej krwi z roztrzaskanymi kośćmi i wnętrznościami na wierzchu. Dławiąc się błotem, czekają w samotności na Śmierć, która wkrótce zajdzie ich od tyłu i zaciśnie swe lodowate dłonie na ich szyjach.

Niebo - jeśli istnieje - na pewno jest zimne i ciemne. Będę tam sam jak palec.

Jestem przerażony.

Naciskam spust. Lufa migocze czerwonym ogniem. Posyłam serię, żeby odgonić Śmierć.

Bum, bum, bum - karabin uderza w pierś mocniej, niż bije moje serce. Dusza żołnierza nie znajduje się w jego ciele, lecz w broni, którą trzyma w rękach. Wraz z migotaniem lufy karabinu mój strach zamienia się w gniew.

Za pieprzone dowództwo, które obiecywało wsparcie z powietrza!

Za pieprzony sztab, który wymyślił ten gówniany plan!

Za artylerię, która postanowiła oszczędzać amunicję podczas osłony lewego skrzydła!

I za tego trupa obok mnie!

No i przede wszystkim to dla was, cholerni wrogowie, za to, że chcecie odebrać mi życie! - puszczam wam jeszcze jedną stalową serię.

Wszystko, co się rusza, jest wrogiem.

Zdychajcie! Przestańcie się ruszać.

Przez zaciśnięte zęby z moich ust wymyka się groźny pomruk.

Dwudziestomilimetrowe naboje, wyrzucane z prędkością czterystu pięćdziesięciu strzałów na minutę, zaraz się skończą. A co tam! Po co mi naboje, kiedy będę trupem? Wymieniam magazynek.

Ładuję broń!

Partner, który powinien mnie ubezpieczać, już nie żyje. Moje przekleństwa krążą zatem w eterze bez celu. Naciskam spust.

Yonabaru dostał pierwszym wrzecionem, które w tej bitwie wystrzelili wrogowie. Wirujący pocisk przebił go na wylot jak szaszłyk. Z wystającej po drugiej stronie końcówki wrzeciona wyciekła gęsta czerwona maź - krew wymieszana z olejem. A skafander tańczył makabryczny taniec jeszcze dziesięć sekund.

Nie było po co wołać sanitariusza. Dziura w piersi miała dwa centymetry średnicy i prześwitywała na wylot. Pocisk nadpalił skafander. Gdzieniegdzie tlił się jeszcze pomarańczowy płomień. Nie minęła nawet minuta od rozpoczęcia walki!

Wprawdzie bez przerwy się przechwalał i pouczał innych, nigdy też nie wytrzymał, żeby nie zdradzić zakończenia książki, którą akurat czytałeś, ale nie zasługiwał na śmierć.

Moja 17. Kompania liczyła stu czterdziestu sześciu żołnierzy i wchodziła w skład 12. Regimentu 301. Dywizji Piechoty Zbrojnej. Mieliśmy wzmocnić obronę północnego skrawka wyspy Kotoiushi. Przetransportowano nas tam helikopterem. Na wyspie ukryliśmy się na tyłach lewego skrzydła sił wroga i naszym zadaniem było wyłapanie i zniszczenie zbiegów.

Taki był plan.

W rzeczywistości Yonabaru zginął, zanim w ogóle zaczęliśmy walczyć. Zupełnie niespodziewanie. Może nawet nie męczył się tak bardzo?

Kiedy ochłonąłem z szoku po tym, co się stało, razem z całym plutonem znaleźliśmy się w centrum ognia. Strzelali w naszą stronę i wrogowie, i nasi. Zewsząd słychać było krzyki umierających, pojękiwania rannych i przekleństwa. Kurwa, kurwa, kurwa! Cholera! Dowódca naszego oddziału też zginął od razu. Najwyższy rangą sierżant zaraz potem. Wkrótce ucichł warkot wspierającego nas śmigłowca. Przestały działać nadajniki, cały pluton znajdował się w rozsypce.

Przeżyłem tylko dlatego, że padłem na twarz, gdy dostał Yonabaru.

Inni dzielnie walczyli, a ja leżałem ukryty pod szczątkami skafandra kumpla i drżałem z przerażenia. Nasze kombinezony robi się z wyjątkowej, giętkiej płyty pancernej, cudu japońskiej techniki w dziedzinie tworzyw sztucznych. Okrywają szczelnie całe ciało żołnierza. Wprawdzie pociski wroga przebijają materiał, ale może dwóch warstw nie przebiją? Powinienem nie patrzeć w stronę nieprzyjaciół i poczekać. W końcu przecież sobie pójdą. Właśnie! - pocieszałem się, ale tak naprawdę umierałem ze strachu.

Jestem świeżo upieczonym rekrutem, zaraz po szkole. Potrafię wprawdzie strzelać z karabinu i posługiwać się kafarem, ale nie mam pojęcia, jak zrobić z tego użytek. Każdy umie strzelać. Wystarczy nacisnąć spust i kula sama leci. Bum! Ale kiedy strzelać, żeby trafić wroga, i gdzie celować, żeby przebić się przez oblężenie - tej rzeczywistej umiejętności walki zdecydowanie mi brakuje.

Obok mojej głowy znów przeleciało wrzeciono wroga.

Czuję w ustach smak krwi.

Smak żelaza. To dowód, że jeszcze żyję.

Moje dłonie ślizgają się w rękawicach. Czuję wibracje skafandra - to znak, że baterie są niemal zużyte. Zapach oleju. Z zewnątrz, przez ledwo już działające filtry, dochodzi do mnie specyficzna woń, jaką wydają trupy wroga. Jest cierpka, jak zapach roztartych liści.

Od jakiegoś czasu nie czuję nic poniżej pasa. Nie boli mnie rana, choć powinna. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Podobno cierpienie jest oznaką życia. Dobrze jednak, że nie muszę się przejmować moczem, który pewnie chlupocze mi w butach.

Nie mam już więcej granatów termobarycznych, a dwudziestek do karabinu zostało mi trzydzieści sześć. Po pięciu sekundach magazynek będzie pusty. Przed bitwą każdy żołnierz dostał po trzy przenośne wyrzutnie rakietowe, ale zgubiłem swoje, zanim zdążyłem wystrzelić chociaż jedną rakietę.

Umieszczona na czubku głowy kamera wspomagająca mój wzrok jest poważnie uszkodzona, a lewy rękaw skafandra naddarty. Zdolność operacyjną kombinezonu oceniam na najwyżej czterdzieści procent. Jedynie kafar na lewym ramieniu jakimś cudem wydaje się sprawny.

Kafary służą do walki wręcz, eksplozja ładunku wybuchowego powoduje wyrzucenie kołka wykonanego z węgliku wolframu. Można z nich strzelać tylko wtedy, gdy wróg znajduje się w zasięgu ręki. Każdy ładunek jest wielkości męskiej pięści i poza przednią płytą czołgu nic nie oprze się jego uderzeniu. Kołek przebije każdy materiał, jeśli trafi prostopadle w obiekt. Magazyn kafara zawiera dwadzieścia ładunków. Kiedy to po raz pierwszy usłyszałem, nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek zdoła użyć tej broni tyle razy, znalazłszy się w pobliżu wroga. A jednak się myliłem.

Mam już tylko cztery ładunki.

Na szesnaście strzałów spudłowałem piętnaście.

A może szesnaście.

Obraz na popsutym wyświetlaczu HUD jest zniekształcony. Rozciągnięte kształty oznaczają brak danych, martwe punkty w polu widzenia. Wróg może się tam czaić, a ja nie będę o tym wiedział.

Podobno kiedy człowiek przyzwyczai się do skafandra, to niepotrzebna mu kamera. Wie, co się dzieje dookoła, bez patrzenia w ekran. Wzrok nie jest najważniejszy na polu bitwy. Równie znaczące są drgania przenoszone przez ceramiczno-metalowe warstwy kombinezonu, twardość spustu, to, co wyczuwasz pod stopami. Doświadczeni żołnierze, którzy przeżyli wiele bitew, mają dokładny obraz sytuacji, gdy tylko rzucą okiem na dane wyświetlane na rozmaitych licznikach.

Ale nie ja.

Taki żółtodziób jak ja nie ma o tym pojęcia.

Oddychać, muszę oddychać.

Czuję smród własnego potu i chciałbym wytrzeć nos.

Patrzę na zegar z boku ekranu. Sześćdziesiąt jeden minut od rozpoczęcia walki.

Co? Wydaje mi się, że jestem tu od trzech miesięcy.

Wykręcam stopy na zewnątrz. Zaciskam pięść w rękawicy, żeby zmęczone palce nie nacisnęły spustu zbyt mocno. Lufa wtedy podskakuje i można spudłować.

Widzę jakiś cień. HUD nie pokazuje wroga, ale to może być usterka.

Strzelam.

Kłęby kurzu unoszą się z ziemi tam, gdzie trafiły moje kule.

Ciekawe: pociski wroga lecą prosto na mnie, nawet te wystrzelone z dużej odległości, a moje zakręcają, jakby tor ich lotu zmieniała jakaś ponadnaturalna siła. Mówili nam na kursie, że to się zdarza. Mam nadzieję, że wrogowie przynajmniej usłyszeli moje strzały. Byłoby niesprawiedliwe, gdybym tylko ja bał się śmierci.

Ale nie wiadomo. Moi wrogowie nie są ludźmi, nie wiem, czy słyszą świst kul i czy odczuwają strach.

Wrogowie Zjednoczonej Armii Obrony Ziemi są cyborgami.

Ludzkość nazywa ich Mimami.

Zresztą, jak zwał, tak zwał. Niech giną!

Skończyły mi się naboje.

Widzę sylwetkę Mima przez tuman kurzu.

Jest niższy od człowieka. Sięga mniej więcej do ramienia żołnierzowi ubranemu w skafander. Jest okrągły jak balon. Ma cztery krótkie odnóża i ogon. Mówimy, że przypomina zdechłą, napęczniałą żabę.

Mimy są mniejsze od ludzi, więc trudniej w nie trafić. Poza tym są bardzo ciężkie. Jak dębowe beczki do leżakowania bourbona wypełnione mokrym piaskiem. Pod tym względem człowiek, który jak wszystkie inne ssaki składa się w siedemdziesięciu procentach z wody, nigdy im nie dorówna. Jednym ruchem ciężkiego odnóża Mim rozerwie cię na kawałki. Ze specjalnych otworów w ciele potwór wyrzuca wrzeciona. Mają one siłę rażenia równą czterdziestomilimetrowym pociskom.

Do walki z Mimami ludzkość wymyśliła nowoczesną zbroję - automatyczny skafander, który nie tylko chroni ciało, lecz także wzmacnia siłę mięśni. Zakuty w egzopancerz człowiek niesie kilka rodzajów broni. Wygląda trochę jak jeż, gotowy jednocześnie do obrony i do ataku.

Patrząc na Mima, nie czujesz organicznego strachu, tak jak przed niedźwiedziem albo tygrysem, jeśli zajrzą ci w oczy. Mim nie szczeka, nie warczy ani nie robi groźnej miny. Nie macha skrzydłami, żeby cię wystraszyć. Mim po prostu metodycznie zabija ludzi. Podczas spotkania z nim czujesz się jak kotek, którego zaraz rozjedzie ciężarówka. Wielka opona toczy się wprost na ciebie. Nie masz szans, żeby uciec, i nie wiesz, dlaczego cię to spotyka.

Już nie mam naboi.

Mamo, umieram.

Na tej zasranej wojnie. Bez przyjaciół, rodziny, dziewczyny. Umieram na tej dalekiej wyspie. W cierpieniu, strachu i we własnych fekaliach. Nie mogąc nawet strzelić do wroga, który przyjdzie mnie zabić. Wraz z nabojami straciłem wszelką nadzieję.

Idzie.

Czuję zimny oddech na karku.

Widzę Śmierć na moim ekranie.

Coś takiego!

Jest cała czerwona. Trzyma w rękach wielką, dwumetrową kosę. Może bardziej niż kosę ten przedmiot przypomina topór. Krocząc wśród szarych wrogów i przyjaciół, Śmierć rozsiewa dookoła czerwone metaliczne blaski.

Zbliża się szybciej niż Mim. Podnosi swoją szkarłatną nogę i kopie mnie z całej siły.

Słyszę skrzypienie mojej zbroi. Nie mogę złapać tchu. Świat wywraca się do góry nogami. Mniej więcej połowa kontrolek zaczyna świecić na czerwono. Krew, którą wymiotuję, zalewa resztę ekranu. Kafar sam strzela na moim ramieniu.

Przeleciałem jakieś dziesięć metrów. Ryję ziemię skafandrem i ląduję na brzuchu.

Śmierć robi zamach toporem.

Słychać odgłos podobny do tego, który wydaje metalowe ostrze uderzające o kamień.

Dookoła lecą strzępy skóry Mima.

Zabiła go jednym uderzeniem!

Rozcięła go na dwoje. Części jego ciała drżą jeszcze, a z wnętrza wysypuje się szary piasek. A więc taka jest Śmierć! Ludzie wymyślają nowoczesne rodzaje broni, żeby choć zranić Mima, a ona pozbawia go życia jednym uderzeniem zwykłego topora.

Obraca się w moją stronę.

Na zakrwawionym wyświetlaczu wśród wielu czerwonych lampek dostrzegam jeden zielony punkt. Oznacza przyjaciela.

- ...łam ...eś?

Słyszę kobiecy głos.

Trzaski zakłócają odbiór.

Nie mogę się podnieść. Nie stać już na to ani mnie, ani mojego skafandra. Resztką sił obracam się na plecy.

Jeśli się dobrze przyjrzeć, Śmierć ubrana jest podobnie do mnie. Jej kombinezon różni się od mojego tylko tym, że na naramienniku, zamiast "JP", widnieją inicjały "U.S.", nie ma doczepionego kafara i nie jest pomalowany na maskujący kolor pochlapanego kawą piasku, ale na czerwono.

To nie Śmierć.

Słyszałem o niej. Nazywają ją Stalową Suką.

To słynna na całym świecie dziewczyna, która podobno zabiła połowę Mimów na tej wojnie. Przerzucają ją na różne fronty wraz z amerykańskim Oddziałem Specjalnym, do którego należy.

Szkarłatny skafander z toporem w rękach podchodzi bliżej i kładzie rękę na moim ramieniu. Włącza przycisk komunikacji bezpośredniej.

- Mam do ciebie jedno pytanie.

Teraz słyszę ją wyraźnie. Ma wysoki głos, który zupełnie nie pasuje ani do dwumetrowego topora, ani do tego, co dziewczyna przed chwilą nim zrobiła.

- Podobno w restauracji w Japonii po obiedzie dostaje się zieloną herbatę za darmo. To prawda?

Wiatr spycha w naszą stronę piasek, który wysypał się z ciała Mima. W oddali słychać huk wystrzałów.

To jest bitwa...

Zginął Yonabaru, dowódca oraz wszyscy moi kumple. Z nieba lecą pociski. Leżę w błocie wymieszanym z krwią, mój kombinezon wypełniają odchody. A ona pyta o herbatę...

- Czytałam o tym. Ale czasami w książkach piszą straszne bzdury. Dlatego chciałam się upewnić.

Powiedziała to takim tonem, jakby spotkała znajomego na spacerze w parku.

Dziewczyno, ludzie tu umierają, ty kopiesz mnie, jakbyś chciała zabić, a teraz będziesz mnie wypytywać o japońskie zwyczaje? Opamiętaj się! Chciałem na nią krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z mojego gardła.

- Czasami autorzy książek piszą o czymś, czego nigdy w życiu nie widzieli. Wyobraź sobie, jakie bzdury mogą napisać o wojnie. Swoją drogą, spróbuj przełknąć ślinę. Puść karabin, i tak nie masz naboi. Oddychaj.

Zastosowałem się do jej poleceń. Zajęło chwilę, zanim krew z głowy spłynęła w kierunku szyi. Niespodziewanie słowa dziewczyny bardzo mnie uspokoiły.

Poczułem znowu ból brzucha, o którym wcześniej zapomniałem. Niekontrolowane drgania mięśni przekładały się na ruchy skafandra. Zaczynał się taniec, który widziałem w wykonaniu Yonabaru.

- Boli?

- Zgadnij.

Wreszcie udało mi się wydobyć słaby głos.

Szkarłatny kombinezon klęka nade mną i uważnie przygląda się mojej ranie.

Pytam pierwszy.

- Jak sytuacja na froncie?

- 301. Dywizja rozgromiona. Główne siły zepchnięte nad samo morze. Przegrupowują się.

- A twój oddział?

- O nich nie trzeba się martwić.

- A... co ze mną?

- Pocisk zatrzymał się na plecach. Jesteś częściowo zwęglony.

- Bardzo źle?

- Bardzo.

- Cholera.

Spojrzałem w niebo.

- W taki piękny dzień...

- Tak, niebo macie tu wspaniałe.

- Podoba ci się?

- Taki błękit można zobaczyć tylko w kraju, który jest otoczony morzem.

- Umrę?

- Tak.

Z moich oczu popłynęły łzy.

Na szczęście nie można dojrzeć twarzy człowieka ubranego w kombinezon. Nie chciałem, żeby zobaczyła mnie w tej chwili.

Czerwony skafander unosi moją głowę.

- Jak się nazywasz? Możesz mówić? Nie pytam o stopień i tak dalej.

- Keiji Kiriya.

- Ja jestem Rita Vrataski. Zostanę tu z tobą do końca.

Ucieszyłem się, ale zawsze miałem problem z wyrażaniem uczuć, więc powiedziałem:

- Lepiej idź. Ciebie też mogą tutaj zabić.

- Nie. Zaczekam. Mam w tym interes. Wezmę twoją baterię, kiedy umrzesz.

- Super...

- Dlatego nie krępuj się. Zrelaksuj się i spokojnie odejdź.

W tym momencie ktoś nawiązuje łączność z dziewczyną. Męski głos. Słyszę wszystko, ponieważ jestem połączony z Ritą.

- Główny Hodowca do Katastrofy! Pies Katastrofa, odezwij się! Od...

- Słyszę cię - Rita odpowiada krótko.

- Serwer Alfa i okolice pod kontrolą. Przewidywany czas utrzymania pozycji trzynaście minut. Wysyłam pizzę.

- Potwierdzam. Rozłączam się. Bez odbioru.

Dziewczyna w czerwonym kombinezonie wstaje, zrywając łączność. Również ze mną.

Za jej plecami rozlega się ogłuszający huk wybuchu. Czuję drżenie ziemi całym ciałem. Zdalnie sterowana bomba, która spadła z nieba, przebija się przez podłoże i eksploduje w litej skale. Piaszczysta warstwa wybrzusza się jak przypalony naleśnik, pęka i w niebo wylatują zwały ciemnej, gęstej jak syrop mazi. Ziemia ugina się pode mną, a na mój pancerz spadają grudy błota. W półmroku świeci tylko topór Rity.

Dym i kurz powoli opadają.

Moim oczom ukazuje się ogromny krater, z którego wychodzą jakieś postacie. Czerwone punkty. To wrogowie. Mnóstwo czerwonych punktów, jeden na drugim.

Rita kiwa głową.

Rusza przed siebie.

Tnie, tnie, przewraca się, tnie. Za każdym zamachem topora płaty kolczastej skóry Mimów wirują w powietrzu. Piasek, który wysypuje się z ich wnętrza, tworzy coraz większe ruchome wydmy. Rita rozcina ciała wrogów z taką łatwością, jakby zatapiała nóż w maśle. Zatacza przy tym koło, w którego centrum znajduję się ja. Próbuje mnie ochronić.

Pomimo że oboje przeszliśmy te same ćwiczenia, ja leżę w błocie jak mechaniczna zabawka, w której wyczerpała się bateria, a Rita walczy za mnie, wymachując toporem. Nikt mnie nie zmuszał, sam się zgłosiłem na tę pieprzoną wojnę, a teraz do niczego się nie nadaję. Co gorsza, narażam na niebezpieczeństwo żołnierza, który zamiast mnie tu zostawić, odpędza wrogów.

Nagle doznaję olśnienia: kafar! Nie mogę tak po prostu umrzeć, mając w zapasie trzy niewykorzystane ładunki do kafara.

Klękam.

Opieram ręce na kolanie.

Wstaję.

Z krzykiem na ustach, jak opętany, ruszam w stronę wrogów.

Szkarłatny kombinezon odwraca się w moją stronę.

W słuchawkach rozlegają się jakieś trzaski.

Nie rozumiem, co mówi do mnie Rita.

W tłumie cyborgów jeden wygląda inaczej. Chociaż trudno powiedzieć, czym się różni od pozostałych. Taki sam spuchnięty odwłok jak reszta. A jednak czuję, że to właśnie jego muszę zabić. Być może na pograniczu śmierci wyostrzone zmysły są w stanie znaleźć tego właściwego.

Doskakuję.

Uderza mnie ogonem.

Czuję się lżejszy. Mim odciął mi rękę. Dobrze, że prawą, kafar mam na lewym ramieniu. Naciskam spust.

Ostrze ześlizguje się po ciele wroga.

Muszę uważać, konieczny jest kąt prosty.

Jeszcze raz!

Widzę dziurę w kolczastej skórze.

Jeszcze raz!

Tracę przytomność.

2

Obok mojej poduszki leży tania książka w miękkiej oprawie.

Jej bohaterem jest amerykański detektyw, który uważa się za znawcę Orientu. Mój palec wskazujący tkwi między kartkami, tam, gdzie skończyłem czytać - gdy wszystkie osoby związane ze sprawą spotykają się w japońskiej restauracji w Nowym Jorku. Klient bohatera jest Włochem i po zjedzeniu obiadu zamawia espresso, na co detektyw poucza go, że w japońskiej restauracji zieloną herbatę po posiłku dostanie gratis. Potem wymądrza się, że zielona herbata najbardziej pasuje do sosu sojowego, i wyjaśnia, dlaczego w Indiach pije się herbatę z mlekiem i ostrymi przyprawami. Zebrał wszystkich zainteresowanych rozwikłaniem zagadki i znalezieniem przestępcy, a tymczasem, zamiast przejść do rzeczy, rozwodzi się w nieskończoność na inne tematy.

Przetarłem oczy.

Przez koszulę dotknąłem własnego brzucha. Wyczułem wyrzeźbione ćwiczeniami mięśnie; nie było ich tam jeszcze sześć miesięcy temu. Nie znalazłem rany. Spopielonych wnętrzności również. Prawa ręka? Na swoim miejscu, przyrośnięta do mojego ramienia. Odetchnąłem z ulgą.

A więc zasnąłem, czytając tę książkę. To dlatego przyśnił mi się ten koszmar.

Powinienem był się domyślić, że to sen, kiedy ta szurnięta dempa[*] Rita zaczęła nawiązywać w rozmowie do książki. Żołnierze z Oddziału Specjalnego Amerykańskiej Armii Obrony Ziemi, którzy przemierzyli Pacyfik, żeby wspomóc nas na japońskim froncie, nie czytaliby bestsellerów. Nie mieli na to czasu. W wolnych chwilach woleli pucować swoje kombinezony.

Niezbyt miły początek dnia. To dzisiaj pierwszy raz miałem stanąć do walki. Nie mogło mi się przyśnić, że awansowałem choćby o jeden stopień?

Nade mną, na wąskiej pryczy, brzęczało radio, w którym wysiadły basy. Jakiś bardzo stary rock. Budząca się do życia baza powoli wypełniała się szumem rozmów, które dobiegały ze wszystkich kierunków, oraz napiętym do granic możliwości piskliwym głosem radiowej prezenterki czytającej prognozę pogody. Każde słowo wrzynało się w czaszkę. Tak jak poprzedniego dnia, również i dzisiaj nad archipelagiem miała być przepiękna pogoda. Ostrzegano przed nadmiernym promieniowaniem ultrafioletowym po południu i odradzano opalanie.

Budynek koszar był prostą konstrukcją skleconą z ognioodpornych płyt. Jedną z takich ścian zdobił plakat przedstawiający białą dziewczynę w stroju bikini, opaloną na oliwkowy kolor. Ktoś wydarł piękności twarz i przykleił w tym miejscu wyciętą z wojskowej gazety głowę premiera. Dziewczyna uśmiechała się z innego miejsca, zastępowała bowiem twarz prezentującego swoje mięśnie macho na sąsiednim plakacie. Nikt nie wiedział jednak, gdzie podziała się głowa tego nieszczęśnika.

Przeciągnąłem się. Leżałem na dolnej pryczy jednego z wielu łóżek ustawionych wzdłuż ściany. Prycze ze stalowych rurek miały przetrwać w najcięższych warunkach, nikt więc nie zwracał uwagi, że trzeszczały niemiłosiernie przy każdym ruchu.

- Keiji, podpisz to.

Yonabaru wychylił głowę z górnego piętra łóżka. To ten mężczyzna zginął podczas walki jako pierwszy. No cóż, słyszałem, że gdy się widzi czyjąś śmierć we śnie, to znaczy, że ten człowiek będzie długo żył.

Jin Yonabaru zaciągnął się do piechoty trzy lata wcześ­niej niż ja. Był więc o trzy lata ćwiczeń bardziej umięś­niony i mniej otłuszczony ode mnie. W normalnym społeczeństwie frywolny lekkoduch o łagodnym charakterze, teraz - nieustraszony twardziel... No, w każdym razie żołnierz pełną gębą.

- Co to jest?

- Przyznanie się do winy. Już ci tłumaczyłem.

- Wczoraj podpisałem.

- Tak? Dziwne...

Rozległ się szelest przewracanych kartek.

- Nie ma. Naprawdę nie ma. Podpisz drugi raz, nic się nie stanie.

- Na pewno? Nie będę mieć kłopotów?

- No coś ty! Użyje się tego papieru tylko wtedy, gdy wrócisz z bitwy w worku. Jakie możesz mieć wówczas kłopoty? Gdybyś mógł umrzeć drugi albo trzeci raz, no to inna sprawa...

My, żołnierze ZAOZ, na linii frontu mieliśmy jedną tradycję. Aby rozładować emocje, na dzień przed planowanym atakiem wykradaliśmy z magazynu kilka butelek alkoholu. Dla wielu była to ostatnia okazja, żeby się napić. Po śmierci trudno byłoby im to zrobić. Następnego dnia czekała nas walka na śmierć i życie. Zastrzyk dopingujący z rana rozkładał resztki aldehydu octowego we krwi.

W razie wpadki groziła nam komisja dyscyplinarna, a w najgorszym wypadku - sąd wojskowy, ale kradzież mogła wyjść na jaw dopiero po sprawdzeniu stanu magazynu, a więc najwcześniej po powrocie do bazy. Ponieważ zawsze podczas bitwy ktoś ginął, to na niego zrzucaliśmy winę. Poległego na polu chwały żołnierza zwykle nie osądza się zbyt surowo. Taki był nasz plan. Dlatego każdy z nas na osobnej kartce podpisywał się pod tekstem, że z własnej woli ukradł tego a tego dnia alkohol z magazynu.

Okradany magazyn też o wszystkim wiedział, żeby więc strata nie była zbyt wielka, zostawiano na widoku kilka butelek niedrogiego trunku. Dziwiło mnie, dlaczego w takim razie oficjalnie nie postawią nam drinka, ale powiedziano mi, że to długa tradycja i nie trzeba niczego zmieniać.

- Jakoś nie mam pietra.

Wziąłem od Yonabaru kartkę.

- Za wcześnie, chłopie, gdybyś teraz zaczął, tobyś się wykończył.

- Ale przecież po południu włączam kombinezon.

- Zwariowałeś? Będziesz tak w nim siedział?

- Jeśli nie dzisiaj, to kiedy go ubiorę?

- Człowieku, przecież wyruszamy jutro.

Obróciłem się tak nagle, że spadłem z łóżka. Yonabaru wymienił porozumiewawcze spojrzenia z żołnierzem na sąsiedniej pryczy, zajętym przeglądaniem pisma pornograficznego, po czym spojrzał na mnie badawczo.

- Coś słabo wyglądasz...

- Odłożyli atak?

- Niczego nie odłożyli. Od początku atak zaplanowany był na jutro. Dziś o dziewiętnastej zero zero tajne ćwiczenia. Dziś balanga, a jutro do piekła. Wszystko zgodnie z planem.

Zaraz... Kradzionym alkoholem upijaliśmy się wczoraj. Ponieważ to miała być moja pierwsza walka, nie byłem w nastroju do zabawy. Wymknąłem się jak najwcześniej i czytałem kryminał, leżąc na pryczy. Yonabaru wrócił późno, musiał się długo żegnać z jakąś koleżanką. Ledwo trzymał się na nogach. Musiałem pomóc mu wdrapać się na piętro pryczy. Wszystko to doskonale pamiętałem.

A może...

A może to też mi się przyśniło?

Wziąłem do ręki kryminał, który leżał na łóżku. Myślałem, że będę czytać w wolnym czasie, ale tak nas tu musztrowali, że nie miałem okazji. Książka przeleżała te wszystkie miesiące na dnie mojej torby. Jak na ironię, dopiero dzień przed atakiem znalazłem trochę czasu na lekturę.

Przewróciłem kilka kartek.

Hm... Czytałem to! Amerykański detektyw, podający się za znawcę Wschodu, rozprawia na temat zalet zielonej herbaty. Dokładnie tak, jak zapamiętałem.

Jeśli więc to był dzień przed bitwą, a ja nie miałem czasu czytać książki wcześniej, to jakim cudem, do cholery, wiedziałem, o czym była?

Wszystko to nie miało sensu.

- Wiesz? Ty się tak nie przejmuj jutrzejszą bitwą. To nic wielkiego.

- Tak myślisz?

- Jasne. Uważaj tylko, żeby nie strzelać w plecy naszym. I wróć do bazy cały. Tyle masz do zrobienia. Resztę zostaw innym.

- Hmm... - mruknąłem niewyraźnie.

- Jeśli się będziesz przejmować, to ci się mózg przegrzeje od fal radiowych z kosmosu, zanim zginiesz z ręki wroga.

Yonabaru złożył dłoń w kształt, który przypominał pistolet, i palcami, które zastępowały lufę, dotknął skroni.

Mój poprzednik zwariował i odesłali go na tyły. Podobno odbierał przekaz z kosmosu mówiący, że ludzkość czeka zagłada. Jakoś nikomu nie było to na rękę, żeby żołnierz piechoty zbrojnej ZAOZ powtarzał takie rzeczy. A tego rodzaju przypadki się zdarzały. Traciliśmy ludzi w głupi sposób. Może nie aż tylu, ilu na froncie, ale jednak.

Ta wojna była zabójcza w równym stopniu dla ciała, jak i dla ducha. Ledwo znalazłem się w pobliżu frontu, a już miałem halucynacje. Możliwe, że i z moim mózgiem zaczynało być coś nie tak, a cały ten sen to światełko ostrzegawcze.

- Chociaż... prawdę mówiąc, to raczej żołnierzom, którym nie miesza się w głowie na tej wojnie, brakuje kilku śrubek. Takie jest moje zdanie.

Yonabaru pokiwał głową z przekonaniem.

- Ej, nie strasz mnie, ja jestem nowy.

- Popatrz na starego Ferrella. Żeby przeżyć, trzeba się wyrzec wielu wartości. Człowiek wrażliwy, jak ja, nie ma tu czego szukać, niestety.

- Sierżant jest dobrym człowiekiem.

- Nie o to mi chodzi. Dobry czy zły, wszystko jedno. On ma serce z wolframu, a mięśnie na karku rozrośnięte tak, że wypierają mózg. O to mi chodzi.

- Przesadziłeś.

- Tak? Więc może powiesz, że Szurnięta Rita też jest normalnym człowiekiem, tak jak my?

- No nie, tego nie powiem...

Jak zwykle zaczęliśmy obmawiać Ritę: a to, a tamto, gdy do baraku wszedł sierżant.

Sierżant Bartolome Ferrell dowodził naszym oddziałem. Przeżył wiele lat, walcząc na tej wojnie najdłużej z nas wszystkich, co czyniło go dowódcą z prawdziwego zdarzenia. Gdyby jego charakter rozłożyć na części pierwsze, w siedemdziesięciu procentach byłby to troskliwy ojciec, w dwudziestu - sadystyczny trener, a pozostałe dziesięć procent stanowiła, jak mówili, utwardzona stal.

Sierżant obrzucił nas surowym wzrokiem, a potem spojrzał na Yonabaru, który wciąż ściskał w ręce plik naszych oświadczeń przyznania się do winy, i zmarszczył czoło.

- To ty zakradłeś się do magazynu.

- Ja, a co? - odparł Yonabaru niewzruszony.

Choć do tej pory każdy robił, co chciał, w różnych częściach baraku, w tym momencie wszyscy rozpierzchli się po kątach z prędkością karaluchów, które zobaczyły środek do dezynsekcji, i zaszyli się we własnych łóżkach. Po minie sierżanta poznaliśmy, że miał dla nas złe wieści.

- Czyżby... strażnicy mieli jakiś problem? - spytałem Ferrella, którego marsowe czoło przybrało wyraz groźniejszy niż zwykle.

Tak, to też było w moim śnie. Pech chciał, że kiedy Yonabaru kradł butelki z alkoholem, a strażnicy przymykali na to oczy, przeprowadzono kontrolę, bo gdzieś indziej zauważono włamanie. Cała sprawa wyszła więc na jaw od razu, a nie po bitwie, jak planowaliśmy.

- A ty skąd o tym wiesz?

- A, tak jakoś... przyszło mi do głowy.

- Co? - syknął w moim kierunku Yonabaru.

- Jakiejś dupie wołowej powinęła się noga. To nie ma z wami nic wspólnego, ale o dziewiątej zbiórka całego plutonu na placu ćwiczeń numer jeden, trzeci stopień ekwipunku. Przykro mi. Powtórzyć marudom, których tutaj nie ma.

- Co? To jakiś żart? Jutro atak. To ma być trening fizyczny?

- Yonabaru, to rozkaz, powtórz!

- O dziewiątej na placu ćwiczeń numer jeden zbiórka w trzecim stopniu ekwipunku... Ale, panie sierżancie, to tradycja, to jak gruzińskie porwanie panny młodej. Dlaczego nagle komuś się nie podoba?

- Musisz wiedzieć, tak?

Ferrell przewrócił oczami. Przełknąłem ślinę.

- Muszę. Przecież to jakiś absurd!

- To się dowiedz sam.

- No nie... Panie sierżancie, tak się nie robi.

Ferrell zbliżył się do Yonabaru o trzy kroki regulaminowej długości.

- Może chociaż jakaś wskazówka? - spytał Yonabaru zaczepnym głosem, ale schowany za stalową ramą łóżka i plikiem naszych świadectw.

- Sam major, z pełnym szacunkiem, miał w dupie system ochrony w naszej bazie. Ani kapitan, ani tym bardziej ja nie mamy wpływu na to, co się dzieje. Dlatego i wy siedźcie cicho.

- Ładne będziemy mieć wspomnienia...

- Żeby coś takiego... I to na dzień przed atakiem? Tylko idiota mógłby to wymyślić.

Po przegranej bitwie o Okinawę półtora roku temu i paśmie porażek, które ta bitwa zapoczątkowała, armia japońska obrała sobie za cel odbicie z rąk wroga wyspy Kotoiushi w archipelagu ciągnącym się na wschód od półwyspu Boso, w głąb Pacyfiku. Do Tokio z Kotoiushi było niedaleko, gdyby więc przeciwnik umocnił swoje pozycje na wyspie, metropolia byłaby poważnie zagrożona. Wprawdzie rodzina cesarska i wszystkie państwowe urzędy przeniosły się do Nagano, ale Tokio wciąż stanowiło centrum gospodarcze kraju.

Sztab Generalny zdawał sobie sprawę z tego, że od powodzenia tej akcji zależało bezpieczeństwo państwa, toteż oprócz dwudziestu pięciu tysięcy żołnierzy piechoty zbrojnej do bazy na Linii Kwiatów na półwyspie Boso zjechało wielu nadgorliwych generałów. Nawet Oddział Specjalny armii amerykańskiej, który nie wziął udziału w bitwie o Okinawę, tym razem nie odmówił wsparcia.

Wprawdzie jankesów wcale nie wzruszyłby fakt, że Japonia zamieniła się w pustynię, ale nie byłoby im na rękę, gdyby w gruzach legł przemysł wytwarzający nowoczesne zbroje z najtwardszego i zarazem najlżejszego materiału na świecie. Siedemdziesiąt procent części produkowano w Chinach, ale ponieważ pancerz wspomagany był majstersztykiem łączącym osiągnięcia ludzkości z wielu dziedzin, potrzebował tego szlifu, który nazywa się Made in Japan. To był powód, dla którego Amerykanie stacjonowali w naszej bazie.

Obecność obcych spowodowała wzmocnienie ochrony. Nasiliły się kontrole i choć niewielkie niezgodności w stanie wyposażenia nikomu wcześniej nie wadziły, tym razem wiadomość o kradzieży dotarła do uszu niewtajemniczonego generała. I stąd cała afera.

- Co za pech! Wiadomo chociaż, kto sypnął?

- Nikt z naszych. Oddział tej Stalowej Suki to tygrysy. Pilnują ich jak oka w głowie.

- Aha... - Yonabaru westchnął przeciągle. Po czym, chwyciwszy się za brzuch, zaczął jęczeć: - Oj, jak mnie boli! To chyba wyrostek! Nie, to na pewno tężec! Niedawno skaleczyłem się podczas ćwiczeń. Co teraz będzie!

- Chyba nie wyzdrowiejesz do wieczora. Musisz dużo pić. Ale do jutra ma ci przejść, słyszysz?

- Uuu... ooo... Ależ to boli!

- Kiriya, pamiętaj, żeby mu dać wody.

- Wody? Aha... Tak jest!

Nie zwracając więcej uwagi na Yonabaru, który nadal skręcał się w symulowanym bólu, sierżant Ferrell opuścił barak.

- Uuu... ooo... Nadęty stary piernik! Widziałeś go? Nie ma za grosz poczucia humoru. Za nic w świecie nie chciałbym w przyszłości stać się takim bufonem. Mam rację, prawda?

- Co? Tak, jasne.

- Co za cholerny dzień! Niech to szlag!

Wszystko rozgrywało się dalej tak, jak pamiętałem.

Przez najbliższe długie trzy godziny 17. Kompania odbywała ćwiczenia. Wykończeni ciężkim fizycznym treningiem musieliśmy jeszcze wysłuchać półgodzinnego kazania, które wygłosił jeden z tych przyozdobionych błyszczącymi orderami generałów. Użył dokładnie tego samego siarczystego wyrażenia, mówiąc, że następnym razem ubierze się w skafander i rękawicami, które wielokrotnie wspomagały siłę palców, wyrwie nam wszystkie włosy z dupy.

Wprawdzie w moim śnie nie uczestniczyłem w rozmowie sierżanta z Yonabaru, ale cała reszta zgadzała się co do joty.

Czyżby to naprawdę był tylko sen?

(...)