Niegdyś
Nasza rodzina należała do domu Rurykowiczów, a to w Rosji znaczyło
bardzo dużo.
Czuliśmy się jednak Polakami, a to w Rosji bardzo przeszkadzało.
Moja babka, Szkotka z urodzenia, była niezwykle przywiązana do szkockich
tradycji, a mój dziadek i my wszyscy byliśmy katolikami o silnym
poczuciu polskiej kultury i katolickiej filozofii.
To rozwarstwienie, jakie odziedziczyłem, czułem przez całe moje
późniejsze życie.
Rodziców widywałem mało, za to babka kształtowała moją dziecięcą
osobowość. Babka była z natury małomówna, ale czasem w rzadkich chwilach
dobrego humoru umiała się rozkrochmalić, a wtedy opowiadała mi o historii swojego klanu, o zamkach w dalekiej Szkocji i o krwawej bitwie
z Anglikami, którą MacDonaldowie przegrali. Mówiła o emigracji szkockich
rodzin, kiedy to jej przodkowie zaciągnęli się, za saskich czasów, na
służbę w cudzoziemskim autoramencie. Opowiadała mi, jak to dostali oni
indygenat polski, gdyż pochodzili od szkockich wodzów, władców wysp
zachodnich. W jej słowach pełno było gniewu na Anglików za to, że
wypędzili tylu Szkotów, okupując ich kraj. Wyczuwałem u niej tę samą
niechęć, jaką w domu rodziców darzono Rosjan.
Babka moja nigdy mi nie wyjaśniła, jakim sposobem Szkoci dostali się do
tego najbardziej zapadłego zakątka Litwy, gdzie się urodziłem i wychowałem. Jako student dopiero odkryłem, że rodziny MacDonaldów z przydomkiem MacBury, po polsku Bury, i rodziny Davidsonów figurują w kronikach kościoła parafialnego w Sugintach już pod koniec XVIII wieku,
a że umieli się dorobić, świadczyły liczne folwarki, lasy, młyny i gorzelnie należące przeważnie do MacDonaldów, gdyż Davidsonowie na
początku XIX wieku opuścili suginckie strony.
MacDonaldowie z klanu Ranalda o wezwaniu "Gainsay who dare", jakie
zapamiętałem z dzieciństwa, siedzieli twardo i zażywnie na Liliszkach,
Anomyślu i innych folwarkach, skrzętnie dokupując co pokolenie ziemie,
lasy, jeziora, aż wreszcie większość parafii suginckiej i duża część
kukuciskiej znalazły się w ich gospodarnych rękach.
Ludzie się ich bali, bo byli zadziorni, nosili się z wysoka i krzywd
swoich nie zapominali.
Babka moja miała jedynego brata, Józefa, dziedzica dużej fortuny,
chudego szlachcica o suchej, jastrzębiej twarzy.
Co parę miesięcy przed ganek naszego dworu w Syłgudyszkach zajeżdżała,
zależnie od pory roku, kareta lub powóz zaprzężony w cztery rosłe,
świecące brązami, karogniade klacze, ze stangretem w liberii i służącym
na koźle.
Wizyty były bardzo uroczyste. Dziad Józef w długim surducie i rękawiczce
na lewej ręce zasiadał na kanapie i rozmowa toczyła się przeważnie o sprawach politycznych. Mówiono w trzeciej osobie, a zapytania skierowane
pod moim adresem nie wychodziły nigdy poza konwencjonalnie zakreślone
granice. Czasami pokazywano mi w trakcie tych wizyt różne stare sztychy
i ryciny, na których figurowały dziwacznie ubrane postacie szkockich
wojowników.
- Pamiętaj - ostrzegali mnie obydwoje - że jesteś potomkiem tych
dzielnych ludzi i nigdy nie bądź mazgajem.
Babka dodawała jeszcze przestrogę: - Nie pchaj się na pierwsze miejsca,
ale i nie pozostawaj w tyle. - A dziadek Józef dokańczał, bym w życiu
stał sobie twardo gdzieś z boku, ale i nie pozwalał, by ciosano mi kołki
na głowie: - Bo to i nie po męsku, i nie po szkocku.
Powstanie 1863 roku zrujnowało naszą rodzinę doszczętnie. Byliśmy na
skraju przepaści. Dziad mój za czynny udział w powstaniu miał zostać
zesłany na Sybir, lecz uratowały go dramatyczne starania babki, a także
wstawiennictwo możnych krewnych, książąt Wołkońskich.
Cały posag babki, i to przy wydatnej pomocy pieniężnej dziadka Józefa,
poszedł na ratowanie majątku, na wykupienie jej męża, na wychowanie
dzieci. Jednak ocalenie naszej rodziny od upadku zawdzięczaliśmy nie
tyle pieniądzom, ile żelaznej woli i rozwadze, z którą babka prowadziła
mojego dziada i swoich synów.
Mój ojciec1 za namową babki odkupił później nie tylko dawne
ziemie skonfiskowane po powstaniu, ale i znaczną część parafii
kukuciskiej i łabonarskiej.
Moją babkę ze strony matki - Elwirę z Szemiothów Witkiewiczową,
marszałkową szawelską - sąd polowy w Szawlach skazał po powstaniu na
karę śmierci. Dopiero przez wstawiennictwo jej ciotecznego brata,
szambelana dworu, hrabiego Adolfa Czapskiego z Berżan, karę śmierci
zmieniono na zesłanie na Sybir, a dobra mego dziadka Ignacego
Witkiewicza, Poszawsze, leżące w powiecie szawelskim, skonfiskowano.
Dziadkowie ci spędzili wygnanie w Tomsku na Syberii, zanim w pięć lat po
powstaniu zostali ułaskawieni.
Towarzyszyły im na wygnaniu starsze dzieci: Stanisław, późniejszy
znakomity malarz i krytyk, oraz córki Maria i Eugenia. Matką moją zajęła
się zaś siostra dziadka, generałowa Suchorzewska z Urdomina na
Suwalszczyźnie oraz wuj Franciszek Szemioth, emigrant powstania 1831
roku, który mieszkał stale w Paryżu. Matkę ulokowano w szkole
angielskiej Aux Dames Anglaises pod Paryżem, skąd wróciła do kraju w latach siedemdziesiątych, nie zobaczywszy już nigdy swojego ojca.
Dziad Witkiewicz zmarł w drodze powrotnej na rzece Ob, a babcia moja po
powrocie zamieszkała na Suwalszczyźnie, skąd często odwiedzała nas w Syłgudyszkach. Od niej to dowiedziałem się wiele o powstaniu i o powstańcach, i o egzekucjach, których była świadkiem.
Na jej oczach, na placu miejskim w Kownie, wykonano wyrok śmierci na
księdzu Antonim Mackiewiczu. Jej starszy syn, postrzelony w głowę i skazany na śmierć, zdołał zbiec do Francji. Jako oficer brał potem
czynny udział w wojnie francusko-pruskiej i przetrwał oblężenie Paryża.
Myślę, że jej opowiadania zaciążyły na moim późniejszym stosunku do
Rosjan, gdyż w domu moich rodziców unikano poruszania tego tematu, który
mógł doprowadzić do ostrej różnicy zdań.
Zauważyłem, że wszyscy byli powstańcy niechętnie mówili o powstaniu i unikali opowiadań o swoich przeżyciach. Nie krytykowano powstania ani
powstańców, mówiono o nich z szacunkiem, ale mimo to uważano rok 1863 za
wielkie nieszczęście narodowe.
Rosjanie natomiast drażnili mnie później swoją kompletną obojętnością na
nieszczęścia, których byli przyczyną. Na przykład w pamiętnikach Lwa
Tołstoja, tego wielkiego sumienia Rosji, nie znalazłem ani jednej
wzmianki o cierpieniach Polaków. A przecież po powstaniu tysiące Polaków
wleczonych było etapami przez Rosję na Sybir i tak wielki pisarz nie
mógł tego nie zauważyć.
Syłgudyszki nasze leżały w dawniejszym powiecie święciańskim, na
pochyłości będącej jakby pograniczem dwóch światów.
Za oknami dworu syłgudyskiego ciągnęły się ku południowi, w dal, jak
morze przesłonięte niebieskawą mgłą, ciemne bory puszczy Łabonarskiej.
Ten las sosnowy rozciągał się bez przerwy na przestrzeni niemal stu
wiorst, od Wilna aż po brzegi jeziora Jesiata [Ejsiata]2
należącego do Syłgudyszek.
Na zachód i północ od Jesiaty krajobraz się zmieniał. Pokryte puszczą
płaszczyzny przechodziły w malowniczy, pagórkowaty, porosły gajami i dębiną oraz bogaty w jeziora kraj górnej Litwy.
Parafia nasza, ciągnąca się na południe, obejmowała znaczną część
leśnego kraju. Wieś Łabonary leżała w środku puszczy na polanie
otoczonej z czterech stron borem. Kościółek górujący nad okolicą,
położony na wzgórzu, sypanym ongiś w czasach przedhistorycznych ręką
ludzką, powstał dopiero w drugiej połowie XVII wieku jako fundacja
biskupów wileńskich, dawniejszych właścicieli i gospodarzy tego kraju.
Łabonarszczyzna wraz z przyległymi parafiami była ostatnim zakątkiem na
Litwie, dokąd przeniknęła wiara chrześcijańska.
Otoczony długim łańcuchem jezior, nieprzebytymi obszarami błot i lasów,
kraj ten przez długie wieki pozostał jakby nietknięty ręką cywilizacji,
jakby zastygły w swym pierwobycie, strzegąc zazdrośnie dawnych swych
bogów, zwyczajów i przesądów.
Przez długie lata chrześcijaństwo szło tu w parze z zachowaniem dawnych
obrządków pogańskich, a święta katolickie w sposób przedziwny stopiły
się pojęciowo z dawnymi uroczystościami poświęconymi bogom i boginiom
litewskim, tak że nawet święta katolickie nazywano w dawnym narzeczu
pogańskiej Litwy.
Święta, związane przeważnie z imieniem Matki Boskiej, obchodzono bardzo
solennie, ale i z pewną podświadomą domieszką pogańskich obyczajów.
Najbardziej uroczystym świętem w naszej parafii było Narodzenie Matki
Boskiej, obchodzone w dniu 8 września, a zwane z litewska "Łabonarynie".
Święto to było połączone z jarmarkiem oraz odpustem i był to bodaj
jedyny dzień w roku, w którym zjeżdżano się do tego leśnego odludzia z dalekich okolic.
Właściwie nikt z ludności miejscowej, oprócz proboszcza i zakrystiana,
nie potrafił wytłumaczyć, co to było za święto. Człowiek miejscowy,
spytany przez przybysza o przyczynę uroczystości, zamiast odpowiedzi
udzielał tylko pogardliwego wzruszenia ramionami i dziwił się, że są na
świecie ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest "Łabonarynie".
Święto było związane z różnymi obrządkami. Palono w puszczy wielkie
ognie, śpiewano dawniejsze zapomniane pieśni, a starzy ludzie grali na
tak zwanej dudzie łabonarskiej, czyli kobzie, gdyż sztuka grania na
dudzie zachowała się jedynie w tej zapomnianej parafii.
Przy ogniskach tańczono dawniejsze tańce litewskie, jak "suktinis" czy
"ratas", a starzy opowiadali różne legendy z pogańskich czasów. Na
próżno proboszczowie łabonarscy starali się wykorzenić niektóre
pogańskie zwyczaje, ale nie mogli aż do lat ostatnich przełamać
zabobonów i tradycji.
Nie mniej uroczyście obchodzono Zielone Świątki zwane na Litwie
"Sekminias", a także dzień św. Jana. Święto Zwiastowania zaś wypadało w dniu pogańskiego święta Bogini Wiosny, "Laumie Josta".
Dziwny to był kraj ta Łabonarszczyzna, kraj na poły pogrążony w legendzie, na poły w jawie, kraj cichy, leśny, w którym człowiek tracił
świadomość czasu i rzeczywistości. Kraj zamknięty w sobie, a tak mało
dostępny.
A jednak kiedyś, w pomroce dziejów, musiało tu być ludno. Jakieś
nieznane plemiona i nieznane moce ścierały się tu między sobą w gorących
a krwawych walkach. Świadczą o tym liczne kurhany i mogiły ciągnące się
kilometrami w Puszczy Łabonarskiej. Nikt nie wie, z jakiego czasu, z jakiego pobojowiska powstały owe okrągłe, otoczone wieńcem kamieni,
kopczyska. Nikt się tym nie interesował.
Czasem chłop puszczański, drapiąc sochą pogorzelisko, wyorywał jakieś
brązowe dziwolągi, ale co prędzej rzucał je z powrotem i zagrzebywał w żwirze, aby czasem zło nie urzekło.
Gdzieś, kilkadziesiąt kilometrów dalej, pędziły z hałasem pociągi,
kotłowało się w mrowisku ludzkim, ale tu panowała majestatyczna cisza,
przerywana jedynie szumem boru, dalekim krakaniem kruka przelatującego
ponad lasem lub kwileniem jastrzębi.
Po stronie północno-zachodniej pojezierza łabonarskiego kraj stawał się
ludniejszy, rozsiadły się tam liczne, ukryte w zieleni sadów zamożne
wsie. Raz w raz strzelała w górę wieżyca kościoła lub nad jeziorem
bielały mury jezuickiej fary. Ale i tutaj ciągnęły się nieprzerwanym
łańcuchem od brzegów dolnego Niemna wzgórza sypane ręką ludzką:
dawniejsze strażnice, po litewsku zwane "pilakalnis".
Służyć one miały do dawania znaków, do sygnalizowania ruchów
krzyżackich, tak że gdy gdzieś pod Rosieniami, na głębokiej Żmudzi,
zapalono na wzgórzu pierwszy ogień, to Litwa cała zaczynała płonąć
tysiącem ogni aż po obronne mury Nowogródka. Chowano się w takich
chwilach z dobytkiem po niedostępnych uroczyskach leśnych lub wyspach
otoczonych obszarem błot i trzęsawisk.
W okolicach Syłgudyszek znajdowało się kilka takich "pilakalnisów"
mających formę wału otoczonego fosą. Na szczycie tych kopczysk
znajdywano zwykle sporo popiołu, węgla, opalonych ogniem głazów, a czasem zardzewiałe toporki i krótkie miecze.
W odległości ośmiu wiorst na północ od Syłgudyszek, na wzgórzu pomiędzy
dwoma jeziorami o jakiejś dziwnie zielonawej a przezroczystej toni,
leżała kościelna wieś Tawroginy [Tauroginie].
Setki podań krążyły po okolicach o tych Tawroginach. Podobno bardzo
dawno temu miało tam być wielkie miasto, które pochłonęły jeziora.
Ludność tej wsi twierdziła, że w księżycowe noce słychać głos dzwonów
dochodzących z głębin wodnych.
O kilka wiorst na zachód od wsi wznosi się góra, będąca najwyższym
miejscem na Litwie. Na szczycie widać zwaliska jakichś budowli i gruzy
głazów i cegły. Góra ta nosi nazwę Tawropilis.
Znajdowano tutaj liczne ozdoby brązowe o wyraźnych cechach fenickich, co
świadczyło, że w dawnych czasach Tawroginy leżały na wielkim szlaku
handlowym pomiędzy Morzem Bałtyckim i Śródziemnym.
Nie ma chyba kraju europejskiego z wyjątkiem szkockiego Highlandu, gdzie
tyle znajdowało się miejscowości, z którymi związane były legendy i opowiadania o strachach i duchach.
W naszej parafii pełno było miejsc, których unikano nocą jak zarazy.
Straszyło i u nas w Syłgudyszkach, i na pobliskich mogiłkach, i na
gościńcu koło pagórka, i na rzece Kiemeszce, i na brzegach jezior
Jesiata oraz Laumesta [Łaumiesta].
Najbardziej bałem się jednak psów leśnych i dworu w Antołomieściu.
O psach leśnych dowiedziałem się od Wincentego Kopalińskiego, rybaka i dzierżawcy naszego promu na jeziorze Jesiata, kiedy z dziadkiem
łowiliśmy tam ryby.
Toń jeziora była tego dnia gładka i nieruchoma i jak lustro odbijała
lesiste brzegi.
Cisza zaległa nad wodami i puszczą, tylko gdzieś daleko nad borem
odzywało się kwilenie jastrzębia.
Ryba przestała brać. Ani żarłoczny okoń, ani srebrnołuska płotka nie
tknęły przynęty. Spławiki leżały leniwie na powierzchni wody. Zbierało
się na burzę. Z zachodu, od strony Styrni i Łabonar, niebo zaciągało się
ogromną czarną chmurą. Potem zerwał się wiatr, sfałdował powierzchnię
jeziora, nadbiegły wielkie, pokryte pianą fale.
- Panoczku - rzekł Wincenty do mojego dziadka - nie dopłyniemy już do
Syłgudyszek, trzeba zajechać do mojej chaty i przeczekać burzę... Czy
wielmożny pan słyszy?
Dziadek nadstawił ucho. - To puszcza szumi - rzekł jakby nieobecny.
- Nie, panoczku, to nie tylko sama puszcza - w głosie Wincentego
wyczuwało się trwogę. - Puszcza tak nie szumi. To psi leśne wyją, idąc
na żer. - A po chwili dodał: - Nie daj Boże w ta pora do nich trafić.
- Niech Wincenty o psach leśnych teraz nie opowiada - zniecierpliwił się
dziadek. - Trzeba zdążyć przed deszczem.
Wincenty poczuł się tą krótką uwagą urażony i gdy znaleźliśmy się w chacie, ostro naparł na dziadka, że dziadek mu nie dowierza:
- Wielmożny pan sam nieraz mnie deklarował, co nasza parafia łabonarska
była ostatnia nawróciwszy się na wiarę Chrystusową. W tamta pora, kiedy
już wszędzie na naszej Litwie naród zaczął żyć pod błogosławieństwem
Bożym, to w naszej parafii łabonarskiej jeszcze pogańskie paskudztwo i zabobon był panowawszy. Z tą to przyczyną wszystkie, za przeproszeniem,
złe duchy, czy jakie inne myszkulancje byli uciekłszy z tamtych stron i zagnieździwszy się w naszej puszczy, a w tej ich moti tak byli i psi
leśne.
- Panoczku, już lepiej niech on nie gada o psiach leśnych - żegnając się
pobożnie, przerwała Wincentowa. - Jeszcze nie daj Boże urzeknie i napędzi zło, a do tego nastraszy panicza.
Wincenty machnął tylko ręką na jej uwagę i twardo patrząc, przekonywał
dziadka.
- Puszcze tu były dawniej haniebne, dróg nijakich, czasem bywało rok
minie, zanim się kto od strony Uciany przez prom przeprawi, to i psi
leśne tutaj się zagnieździły.
- A jak wielmożny pan był młodszy - dowodził dalej - pamiętam, jak na
parę lat przed powstaniem byli my z panem zabłądziwszy i doszli aż do
tego jeziorka, co to naród nazywa "Wielniu Upie", diabelska rzeka, na
samym środku rojstu, to w tamtym miejscu całe ich lęgowiska, tych psów
leśnych... Jak kiedy powietrze dobre, tak ich nie ma, tych psów leśnych,
można spokojnie jechać czy iść przez środek puszczy, ale nie daj Boże,
kiedy podwórz zhardzieje i przyjdzie burza jak dziś albo zawierucha zimą
koło Gromnicznej, to czy człowiek, czy jaka inna żywioła pod nich trafi,
tak tylko zawyją i w drobne podrą... Za mojej pamięci niejeden człowiek
zginąwszy od tego paszkudztwa i niejeden koń przepadł - zamyślił się.
- Tak, znaczy się, wielmożny panie, człowiek niby to w mojej bytności
całe życie siedząc nad jeziorem, i to takim jak Jesiaty w środku
puszczy, na różne rzeczy napatrzył się i na różne rzeczy nasłyszał się -
dodał po chwili.
- A może to zwykłe wilki tak czynią? - spytał dziadek.
- Nu, co to, to nie, panoczku - szybko zaoponował Wincenty. - Wilk, tak
on nie trzyma swoja meta, a do tego choć on krwisty żywioł, ale on zakon
Boży szanuje. Kiedy konia podrze, tak po sobie ścieg i krew pozostawi,
bo takie ma przykazanie, a psi leśne, żeby ich na rojsty, to żadnego
ściegu nie pozostawią po sobie, tylko latem ziemię, a zimą śnieg
nastrzępiwszy się wkoło, a innego znaku nie ma.
- Ale dobrze - spytał ponownie dziadek - czy ktoś widział psy leśne?
- Ajej, panoczku, ze starszych tak wiele widziało: i stary Mintowt z Mintowcuszek, i Ulczycki z Pojejsiacia, i sam Rewkowski, co u pana teraz
w majątku Powieżyniec [Powiażyńcie] swoich lat dożywa... Ludzie, co
widzieli, gadają, że oni żyją na gałęziach, na jedlinach, przyczaiwszy
się pod kolor, bo sierść mają zieloną, długą, a mordy tak trochę do
człowieka podobne.
- A Wincentemu zdarzyło się kiedyś widzieć?
- Słyszeć, panoczku, tak, słyszałem, a widzieć, chwała Bogu, tak nie
przyszło się. Raz tylko pamiętam, w powstannym roku widziałem, jak cości
było przeciągnąwszy nad puszczą, a ludzie gadali, co psi leśne padlinę
wietrzą.
Dwór antołomieski stał na wzgórzu, na wzniosłym brzegu jeziora Laumesta,
pokrytym zarośniętym, zapuszczonym parkiem, opuszczającym się do samej
wody. Dwór był stary, wrośnięty w ziemię, oparty wstydliwie o ciemną
ścianę jodeł. Ongiś musiało być tam ludno i zamożnie: świadczyły o tym
rozwalone ściany jakichś murowanych budowli i ruiny gorzelni.
Sąsiadowali z nami o miedzę, ale w Syłgudyszkach niechętnie mówiono o dziedzicach Antołomieścia. Nie wiadomo było, skąd przybyli, jak długo
tam siedzieli, co robili?
W czasach mojego wczesnego dzieciństwa mieszkał tam samotnie ostatni z antołomieskich dziedziców. Nosił czapkę wojskową z czerwonym otokiem i od czasu do czasu odwiedzał naszego krewnego, starego rezydenta zwanego
stryjaszkiem Feliksem. Nie dowiedziałem się nigdy o celu jego wizyt ani
tematu ich rozmów. Moje zapytania stryjaszek zwykł był zbywać niechętnym
machnięciem ręki. Potem wizyty ustały, ostatni z dziedziców zmarł, dwór
opustoszał, jeszcze głębiej wrósł w ziemię, a szpaler jodłowy pogrążył
domostwo w wieczny cień, przez który nie przenikał żaden promień słońca.
Dzierżawca mieszkał w sąsiedniej oficynie, nie troszcząc się wcale o to,
co działo się we dworze, więc parę razy zakradałem się pod dwór w Antołomieściu. Mimo że był oddalony tylko o parę wiorst od naszych
Syłgudyszek, zmuszałem się do tych wypadów, traktując je jako próbę
odwagi, ale nigdy nie zdobyłbym się podejść tam o zmroku. Było bowiem
coś dziwnie nieprzyjemnego w całej atmosferze tego pustkowia; jakiś
dziwny smutek, jakiś przyczajony lęk wiał z każdego zakątka tej
siedziby.
Wśród włościan dwór również nie cieszył się dobrą sławą. Nikt z okolicznych chłopów nie lubił przejeżdżać nocą w pobliżu dworu ani
traktem po drugiej stronie jeziora mijać cmentarz, na którym spoczywały
prochy rodziny dziedziców na Antołomieściu. Konie, przejeżdżając w nocy
koło tego cmentarza, parskały lub rzucały się raptownie w bok, tak że
trudno było utrzymać je w lejcach.
Mówiono, że na nowiu widziano często starego dziedzica, jak siedząc
okrakiem na beczce, przeprawiał się z dworu przez jezioro na mogiłki
antołomieskie.
Zła opinia o dworze ciążyła nad całą okolicą i jeziorem Laumesta. Częste
tam były wypadki utonięcia, a ryby nie chciały brać przynęty, co
świadczyło, że i samo jezioro było zaczarowane lub ubogie.
Ze spadkobierców nikt nie zaglądał do Antołomieścia i ze zdumieniem
dowiedzieliśmy się któregoś lata, że dwór jest do wynajęcia jako
letnisko.
Z wiadomości skorzystali nasi krewni, którzy planowali kilkumiesięczny
remont swojego domu w Moskwie. Przed ich przyjazdem matka moja wysłała
zawczasu majstrów i robotników, by uporządkować komnaty, odnowić piece i usunąć jakiś dziwny zapach z zaniedbanego domostwa.
Moja matka nie dawała wiary różnym opowiadaniom o dworze antołomieskim,
ale wkrótce musiała się przekonać o słuszności krążących po okolicy
plotek.
Krewni nasi nie zaznali ani jednej spokojnej nocy. Meble przesuwały się
bez szelestu z miejsca na miejsce, ktoś przewracał stronice książek,
słychać było jęki lub kroki.
Gdy pewnej nocy zegarek mojego kuzyna zleciał ze stolika nocnego i upadł
z trzaskiem w dalekim kącie pokoju, a szkło się nie roztłukło i mechanizm nie uszkodził, krewni mieli dosyć Antołomieścia. Spakowali
swoje rzeczy i przenieśli się na parę tygodni do nas.
Potem Antołomieście wystawione było na sprzedaż i ojciec chciał nabyć
ten folwark dla zaokrąglenia granic. Było już blisko zawarcia aktu
kupna, gdy pewnego wieczoru przyszedł do dworu w Syłgudyszkach sędziwy
Jan Trykuń, gospodarz z sąsiedniej wsi, dawny zaufany sługa mego dziada.
Nie zastawszy rodziców, powiedział do mnie:
- Paniczu, słyszałem, że starszy pan chce kupić Antołomieście. Jestem
waszym starym, oddanym sługą, więc powiem jedno: niech was ręka boska
strzeże od tego kupna. Tam wielkie nieszczęście leży w tym dworze,
tajemnicy teraz wyjawiać nie mogę, ale gdy przyjdzie czas, opowiem
wszystko starszemu panu.
Po paru dniach stary Jan posłał po mojego ojca, nie mogąc sam, ze
względu na osłabienie, przyjść do dworu. Co tam mówili, nie wiem, ale
ojciec mój przez kilka następnych dni chodził dziwnie zadumany i smutny.
Pan Bóg bronił mnie od złych duchów. Dlatego lubiłem jeździć do kościoła
i niedzielne nabożeństwa nie były dla mnie nudne. Były to spotkania z Kimś niewiarygodnie silnym.
Msze odprawiane były po łacinie, tylko kazania wygłaszano to po
litewsku, to po polsku, mogłem więc oddawać się własnym rozmyślaniom o Bogu, który broni i również karze. Kształtowało to we mnie nie tylko
poczucie sprawiedliwości, ale i poczucie bezpieczeństwa.
Nasz parafialny kościółek w Kukuciszkach był drewniany i z trudem mógł
pomieścić zaledwie nieznaczną część wiernych. Reszta modliła się pod
gołym niebem w ogrodzeniu kościelnym, w cieniu starych lip.
Z trudem przedostawaliśmy się przez zatłoczoną zakrystię do naszej ławki
z prawej strony ołtarza. Wśród tłumu wiernych starałem się dostrzec moją
chrzestną i pana Horodyskiego z Horodyczewa, bardzo starego mężczyznę,
który za młodu był oficerem napoleońskim.
Działało to bardzo na moją wyobraźnię, zapominałem o wszystkim i wytężałem wzrok, aby go dojrzeć. Klęczał zawsze pobożnie w tłumie i tylko od czasu do czasu wśród pochylonych głów zajaśniała na chwilę jego
czupryna. Gdy kończyło się nabożeństwo i ludzie tłumnie wychodzili z kościoła, ciągnąłem moją babkę lub matkę, by mógł przejść koło nas,
oddając nam ukłon wojskowy.
Którejś jesieni pojechałem z dziadkami do Kukuciszek na pogrzeb pana
Horodyskiego.
Był to cichy, słoneczny dzień. Po polach snuły się już pajęczyny, a drzewa stały nieruchomo w swej jesiennej krasie, z purpurą klonów i dębów, i z pozłotą brzóz.
Narodu nagromadziła się wielka moc. Przyszli ludzie z sąsiednich
parafii: z leśnych Łabonar, górzystych Tawrogin i z dalekich Łyngmian, a nawet aż spod Uciany i Owanty.
Zjechali się też sąsiedzi i krewniacy zmarłego: przyjechali sędziwi
bracia Bronisze i pan Kurmin ze Skuduciszek, i pan Butler z Sugint, i pan Stefan Jałowiecki z Jassan, i pan Romuald Malecki z Sidoryszek.
Ksiądz skończył obrzędy, posypały się grudki ziemi na trumnę, zaczęto
zasypywać dół.
Jeden ze starszych panów przemówił w serdecznych słowach, wspominając
życie i zasługi zmarłego, a białowąsy Wincenty Trykuń, gospodarz ze wsi
Trykuny, powstaniec 63 roku, po litewsku opowiedział, jak to pan
rotmistrz Horodyski ludziom pomagał i ratował ich w czasie powstania.
Nad mogiłą umocowano wysoki krzyż z Męką Pańską, a poniżej zawieszono
mały krzyżyk na czerwono-granatowej wstążeczce. Dziadek ze wzruszeniem
pokazał mi ten krzyżyk, zaznaczając, że nazywa się Virtuti Militari i nadawany był w państwie polskim.
- W państwie polskim? - zapytałem ze zdziwieniem.
Co niedzielę po nabożeństwie śpieszyłem się też, by zobaczyć się z moją
chrzestną. Czekała na mnie przy swojej dobrze okutej i pięknie
wymalowanej nietyczance, zaprzęgniętej w parę okrągłych jak ogórki
mierzynków.
W rodzinie mojej przestrzegano tradycji, aby jednym z rodziców
chrzestnych był wieśniak z sąsiednich wsi. Chłopca trzymała do chrztu
gospodyni, a dziewczynkę gospodarz. Moją chrzestną była wdowa Weronika
Pełedas, zamożna gospodyni ze wsi Pełedy.
Zjawiała się w kościele przybrana w całej krasie litewskich samodziałów,
z jedwabną chustą na głowie i ciężkim sznurem korali. Miała włosy jasne
jak len, niebieskie oczy i piękną twarz. Mateusz, nasz stary stangret,
zazwyczaj patrzący z wysokości swego kozła z dużą pobłażliwością na
zgromadzonych przed kościołem parafian, względem mojej chrzestnej
zachowywał wielki szacunek i zwykł był mówić:
- Chrzestna panicza to akuratna i sławna gospodyni na całą parafię
kukuciską, a kiedy przystroi się na odpust do kościoła, to paniczu...
wprost alleluja.
Lubiłem bardzo moją chrzestną, gdyż była pogodna, miła i nieraz służyła
mojej matce radą w różnych drobnych kłopotach gospodarstwa domowego.
Uciekałem również do chrzestnej, kiedy chciano mnie ukarać. Mieszkała w obszernej, ładnie ozdobionej, krytej słomą chacie z ganeczkiem
porośniętym dzikim winem. Izby były czyste, zawsze dobrze wymiecione i posypane tatarakiem. Pachniało wypieczonym chlebem, ziołami i miodem.
Chrzestna nazywała mnie zawsze z litewska po imieniu w trzeciej osobie.
Słuchała moich skarg uważnie, ale nigdy nie brała mojej strony i często
dawała mi takie pouczenie, które bardziej kształtowało moją katolicką
postawę, niż zrobiłby to jakikolwiek katecheta.
- Czy to Pan Bóg dał człowiekowi wolę, aby go każdy za nos wodził? -
pytała, gdy zrobiłem coś złego. - Szczupak w naszej Żejmianie, tak on
płynie swobodny w jedną i drugą stronę, a, za przeproszeniem, słoma czy
kawał drzewa płynie tam, gdzie prąd poniesie.
Gdzieś daleko za jeziorem zerwała się piosenka, odbiła echem o powierzchnię wód i zamilkła w powietrzu ostatnia zwrotka:
Sejou rutu, sejou metu
Sejou ir leleju...
Miało się ku wieczorowi. Uzbierałem po brzegi dwa kosze grzybów, nie
jakichś tam opieńków, jedliniaków czy maślaków, ale pełne kosze
prawdziwych borowików i aromatycznych, sosnowych rydzów. Włosy i ubranie
pokryła pajęczyna z igliwiem, a twarz i ręce umorusane były grzybami.
Wdychałem pełną piersią powietrze wieczorne pachnące sośniną, uwiędłymi
liśćmi i mchem.
Zakończyłem grzybobranie. W oczach migotały mi wciąż rydze ukryte w igliwiu, aż w głowie się kręciło. Wyszedłem wreszcie z zagai sosnowych
uroczyska Paramawitieź na wysoki brzeg Jesiaty. W dole lśniła zielonawa
toń jeziora, na której słońce, zachodząc, kładło ostatnie blaski.
Stanąłem oczarowany pięknością widoku i kolorytem wczesnej, litewskiej
jesieni.
Następnego dnia miałem jechać do szkół w Petersburgu.
W Petersburgu mieszkali na stałe moi rodzice, więc nie obawiałem się
tego wyjazdu. Było mi jednak niesamowicie smutno.
Skoro świt, następnego dnia, uczepiony ręki zacnego pana Erazma
Downarowicza, rządcy Syłgudyszek, olbrzyma o łagodnych, niebieskich
oczach i złotym sercu, wyjeżdżałem z folwarku Powieżyniec, gdzie akurat
zaczynano kopać ziemniaki.
Poranek był jasny i cichy. Szron trzymał się jeszcze na murawie. Liście
bez szelestu opadały na ziemię. Mgła stała nisko w dolinach. Nad ziemią
snuły się już dymy z ognisk, na których robotnicy rolni piekli kartofle.
Pachniało zwiędłą łęciną i dymkiem.
Poczułem ogromną miłość do tej ziemi i niechęć do wyjazdu do miasta.
Z kieszeniami napchanymi pamiątkami z Syłgudyszek, a więc z flaszeczką
napełnioną wodą z Jesiaty, pękiem włosia wyciętego z ogona mojego kuca
Dukata, kozikiem i jakimiś sznurkami, usadowiłem się na koźle obok
starego Mateusza i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy gościńcem leśnym na
Podłaboszkę, Wasiliszki, Kołtyniany, aż wreszcie wynurzyliśmy się z lasów na szeroki trakt przecinający kolej pod stacją Nowoświęciany
[Nowe Święciany].
Z głową przepełnioną wspomnieniami z domu, usiadłem na swoim miejscu w wagonie i zasnąłem snem twardym, zmęczony tęsknotą, podróżą i monotonnym
stukaniem pociągu. Przez sen słyszałem początkowo jeszcze gwizd
lokomotywy lub przeciągły dzwonek na jakiejś małej odludnej stacyjce, a potem wydało mi się, że słyszę głosy psów: chrapliwy bas Fagociuty i dyszkant naszej Lutni ze sfory gończej z Syłgudyszek. Głosy się
oddalały. Psy pognały gdzieś daleko w lasy wizuńskie, a mnie śniło się
dalej, że stałem na przesmyku w Morgowaniu, na brzegu głębokiego jaru
przecinającego bory łabonarskie. Spadł śnieg, powietrze było miękkie,
pachniało odwilżą, psy trzymały dobrze trop. Krótki szary dzień zimowy
miał się ku końcowi. W lesie panowała głucha cisza, przerywana
skrzeczeniem sójki przelatującej na gałęzie sąsiedniego dębu lub
krakaniem wron ciągnących ponad borem na nocleg.
Nagle usłyszałem w gęstwinie jakiś szelest, zamajaczyło coś czerwonego.
Na polanę wysunął się cicho lis i z kitą wyciągniętą w jedną linię sunął
w stronę jaru, o jakieś czterdzieści kroków ode mnie. Krew uderzyła mi
do głowy. Całą siłą woli opanowałem nerwy, wziąłem lisa na muszkę,
zakładając jak się należy, i pociągnąłem za spust. Lis zrobił jeszcze
parę kroków, zatoczył się i padł bez ruchu. Oniemiałem z radości.
Oprzytomniałem dopiero, gdym usłyszał tuż przy sobie ujadanie sfory
gończych, które w każdej chwili gotowe były rozszarpać mi zdobycz. W ostatniej chwili zdołałem uchwycić lisa za tylne łapy i unieść w górę.
Psy skakały koło mnie coraz natarczywiej, ale z gęstwiny wynurzył się
pan Boluta Brzeziński z Trombaciszek, właściciel Fagociuty i większości
tej psiej kompanii. Odegnał psy, zagrał na trąbce pogrzebowego, obejrzał
dokładnie zdobycz i po namyśle umaczał palec w posoce lisiej i wysmarował moją twarz.
Potem zajechaliśmy do naszego dworu. Byłem głodny i z rozkoszą zasiadłem
do dobrej porcji smażonej po litewsku świeżej kiełbasy pachnącej
majerankiem i cebulą oraz bigosu, do którego dziadek dolał osobiście
kilka kieliszków wina.
Ogarnęło mnie miłe uczucie. Jakżeż błogo po dniu spędzonym w lesie było
rozciągnąć się w miękkiej, czystej, pachnącej ziołami pościeli i zasnąć,
aby nad ranem usłyszeć, jak służba zapala w piecu, jak trzaskają w ogniu
smolne łuczywa.
Już dnieje, ale pokój tonie jeszcze w mroku. Ogień z pieca rzuca
czerwone światło i gra blaskami po ścianach. Drzwi się otwierają i wchodzi Tomasz, niosąc tackę z pachnącą kawą i garnuszkiem gęstej
śmietanki, półmiskiem pełnym różnych wędlin i serów oraz rumianymi
bułeczkami.
Ranek obudził mnie w Gatczynie, ostatniej stacji przed Petersburgiem. Z trudem wyrwałem się z tego snu, ale nie było już czasu na
rozpamiętywanie, pociąg wtoczył się na niską równinę. Osiedla zaczęły
się zagęszczać, wreszcie z mglistej dali wysunęły się kontury
Petersburga.
Dom nasz w Petersburgu stał na wyniosłym brzegu Newy, na trakcie
łączącym Petersburg z Twierdzą Szlisselburską i jeziorem Ładoga.
Po drugiej stronie szerokiej, majestatycznej rzeki czerwieniały mury
osady fabrycznej, a dalej jak okiem sięgnąć ciągnęły się tundry i lasy
aż hen, ku wybrzeżom Morza Białego.
Za naszym domem i parkiem widać było zabudowania Aleksandrowskich
Zakładów Budowy Parowozów i Wagonów, największych w owym czasie w całym
państwie rosyjskim. Mój ojciec był dyrektorem naczelnym tych fabryk.
Przedtem rodzice moi mieszkali nad Mojką i tamtego domu sięgają moje
najstarsze wspomnienia z dzieciństwa, to jest śmierć cara Aleksandra
II3.
Stoi mi w oczach wysoka postać mojego ojca, wówczas pułkownika
inżynierów wojennych, w szerokim płaszczu mikołajewskim, z hełmem
ozdobionym białym pióropuszem na głowie. Spod płaszcza wyglądały palone
buty z ostrogami i ciężki pałasz w metalowej pochwie.
Przed domem stały sanie pokryte niedźwiedzią skórą, a stangret, którego
imienia już nie pamiętam, na wyciągniętych z ruska rękach, z trudem
przytrzymywał parę czarnych, orłowskich kłusaków przebierających
niecierpliwie nogami.
Mój ojciec, mimo udziału w powstaniu 63 roku, zachował pewien sentyment
dla osoby Aleksandra II, sentyment, który, jak zauważyłem, podzielali
ci, którzy zetknęli się z carem przed powstaniem, a przede wszystkim
byli wychowańcy Mikołajewskiej Szkoły Inżynierów Wojennych i Akademii
Inżynierów Wojennych. Większość podchorążych tych szkół to byli Polacy,
przeważnie z Litwy lub Białorusi.
W okresie poprzedzającym powstanie na korytarzach tych uczelni słychać
było więcej mowy polskiej niż rosyjskiej. Aleksander II sam mówił dość
płynnie po polsku, zwykł był zwracać się do polskich podchorążych w ich
języku. Mając słabość do młodzieży polskiej, otaczał dużą opieką oba
zakłady i był ich częstym gościem.
W czasie manewrów, w roku poprzedzającym powstanie, gdy Szkoła
Inżynierów Wojennych bardzo umiejętnie i szybko przerzuciła pontony
przez rzekę Newę pod Petersburgiem, Aleksander II, stojąc na wysokim
brzegu, zachęcał pracujących w dole podchorążych okrzykami po polsku:
"Dobrze, chłopcy".
Powstanie znacznie przerzedziło szeregi podchorążych. Wielu zginęło,
wielu emigrowało za granicę. Ojciec mój, ciężko chory, dostał się w pierwszych dniach wybuchu powstania do niewoli i jedynie dzięki
wstawiennictwu naszych rosyjskich krewnych, książąt Trubeckich i Wołkońskich, został ułaskawiony i jako prymus otrzymał pozwolenie
ukończenia studiów.
Aleksander II do końca życia zachował żal do Polaków za powstanie, a szczególnie do wychowańców szkół inżynierów wojennych. Podkreślał
często, że Polacy własną ręką przekreślili wszelkie możliwości poprawy
swego statusu politycznego, i to w przededniu daleko idących reform.
Opowiadał mi ojciec, że Aleksander II nie mógł przeboleć skazania na
śmierć inżynierów wojennych: kapitana Sierakowskiego, poruczników
Maleckiego i Staniewicza.
Szkoła i Akademia Inżynierów Wojennych mieściły się w dawnym pałacu cara
Pawła I, położonym samotnie wśród rozległego parku nad brzegiem rzeki
Fontanki. Był to olbrzymi budynek z szarego granitu otaczający z czterech stron dziedziniec zamkowy.
Historia tego gmachu, związana z tragiczną śmiercią cara Pawła I,
zamordowanego tam przez grupę spiskowców, wśród których znajdował się
późniejszy car Aleksander I, interesowała mnie bardzo, gdyż podobno duch
Pawła I miał się często ukazywać nocą w korytarzach zamkowych. Z tej
zapewne racji weszło w tradycje szkoły pełnienie nocnej warty po dwóch.
Ojciec, pod wpływem moich ciągłych pytań o Akademię, zabrał mnie kiedyś
do tej szkoły.
W wielkiej sali, tak zwanej aktowej, na marmurowej tablicy z wypisanymi
nazwiskami prymusów szkoły, z dumą i podnieceniem przeczytałem pod
rokiem 1865 nazwisko mojego ojca.
Wśród inżynierów pracujących w Zakładach Aleksandrowskich było wielu
Szkotów i Polaków.
Szkoci w owych czasach tworzyli w tej części Petersburga potężną a zamożną kolonię przemysłową. Posiadali ogromne przędzalnie, jak Newska
Manufaktura, czy sławną w całej Rosji fabrykę sukien Tortona oraz
papiernie i wielkie browary.
Wysoki płot oddzielał naszą posesję od sąsiadującej z nami parafii
szkockiej. Szkoci, jak wszyscy Anglosasi, żyli własnym, zamkniętym
życiem, izolując się od otoczenia i patrząc z wysoka na Rosjan, z którymi mało utrzymywali kontaktów, szczególnie w życiu prywatnym.
Na osiedlu Aleksandrowskim Szkoci zorganizowali własny klub, posiadali
swoje place tenisowe, żaglówki na rzece, swoje sklepy kolonialne, swoje
piekarnie, no i rzecz oczywista własną parafię ze szkockim kościołem i angielską szkołą.
Pastorem szkockim, a zarazem kierownikiem szkoły był wielebny David L.
Key. Do pomocy miał miłą, przystojną brunetkę z Edynburga, miss Mary
Logan.
Za namową babki i dzięki jej szkockiemu pochodzeniu, rodzice oddali mnie
do tej szkoły, gdzie miałem odebrać podstawowe wykształcenie i nauczyć
się języka angielskiego. Spędziłem w niej dwa lata. Szkoła była
koedukacyjna, tak że sąsiadowałem z małą, niebieskooką Lucy Maxwell,
córką zamożnego właściciela przędzalni. Lucy była najmilszą towarzyszką
mego dzieciństwa. Uczyliśmy się i bawili wspólnie, a ja zapałałem do
niej gorącą, pierwszą miłością. Lucy to wykorzystywała. Nie było bowiem
rzeczy, której bym dla niej nie zrobił. Odrabiałem jej zadania i obdarzałem najcenniejszymi skarbami, jak rzadkie znaczki pocztowe lub
cenione w tym czasie pierwsze stalówki aluminiowe.
Chłopcy natomiast mnie razili, bo nie mogłem się przyzwyczaić do, jak
później się przekonałem, częstego u Anglosasów donosicielstwa i skarżenia, kłamstw oraz absolutnego nieprzyznawania się do własnych win,
ze skłonnością do spychania ich na innych. Lucy na pewno była do nich
podobna, ale w Lucy się kochałem i dzięki niej lubiłem tę szkołę.
Pewnego dnia matka, przeglądając moje zeszyty, z niemałym zdziwieniem
odkryła w jednym z nich wypisane atramentem na każdej stronicy imię
Lucy.
Niestety, w następnym roku zmuszony byłem do przejścia do rosyjskich
szkół rządowych.
Liceum Cesarskie w Petersburgu, w którym zapisano mnie na wydział
konsularno-ekonomiczny, mieściło się w długich, wymalowanych na różowo
gmachach przy prospekcie Kamiennoostrowskim.
Dwóch majestatycznych szwajcarów, w czerwonych płaszczach z pelerynami,
obszytymi na brzegach orłami cesarskimi, dobrodusznie witało wkraczającą
do szkoły młodzież.
Ubrany w mundur z czerwonymi obszywkami na kołnierzu i mankietach i w granatowych, długich spodniach stałem codziennie przez lat parę w szeregu "pieriekliczki", czyli apelu.
Pierwsze tygodnie w liceum były dla mnie udręczeniem, otoczenie kolegów
Rosjan było jakoś nad wyraz obce, a z nauczycieli nienawidziłem
szczególnie Walerego Andriejewicza Czewakińskiego, nauczyciela historii,
który nie lubił mnie wyraźnie, bo czułem się Polakiem i byłem
katolikiem. Jego głos:
- Pieriejasławskij, pożałujtie k doskie (proszę do tablicy) -
prześladował mnie na każdej lekcji.
Czasy panowania Aleksandra III wyryły głęboki ślad na stosunku Polaków
do Rosjan. Za jego panowania tępiono systematycznie wszystko, co miało
najmniejszą styczność z polskością i wiarą katolicką.
Na ścianach urzędów rosyjskich, na stacjach kolejowych w Królestwie, na
Litwie, na Białorusi, wisiały ogłoszenia zabraniające używania polskiej
mowy.
W szkołach język polski tępiono bezlitośnie. Młodzież szkolna rozmawiała
pomiędzy sobą szeptem, w stałej obawie podsłuchu przez pedla, którego
donos w tej sprawie do pana inspektora kończył się z reguły wydaleniem
ze szkoły.
Po wsiach urządzano obławy i rewizje u chłopów w celu wykrycia tajnych
szkółek i elementarzy przemycanych z Prus Wschodnich.
Duchowieństwo katolickie prześladowano również na każdym kroku. Księżom
nie wolno było wydalać się z granic parafii bez zezwolenia powiatowego
naczelnika policji.
Za podparcie walącego się ze starości krzyża przydrożnego, za
postawienie nowego, za reperacje dziurawego dachu na kościele bez
zezwolenia generała-gubernatora, groziło zesłanie na Syberię lub w najlepszym razie do guberni w środkowej Rosji.
Za czasów szkolnych mało miałem sposobności do bywania w Wilnie, ale w czasie rzadkich bytności w tym mieście starałem się głośno i ostentacyjnie mówić po polsku i ironicznie patrzyłem na policję, która
nie ośmielała się zaczepić ucznia Liceum Cesarskiego z Petersburga lub
zwrócić mu uwagi.
Pewnego jednak razu, odwiedzając z matką krewnych naszych w Wilnie,
trafiliśmy na przykre zdarzenie. Kuzyna mego, ucznia ostatniej klasy
gimnazjum wileńskiego, wydalono ze szkoły na skutek doniesienia
gimnazjalnego pedla, który jakoby słyszał, jak kuzyn rozmawiał na ulicy
głośno po polsku, krytykując przy tym stosunki szkolne.
Biedny chłopak zmuszony był przenieść się do jednego z dalekich,
położonych na wschodzie miast gubernialnych, aby zdać maturę i uzyskać
prawo do wstąpienia do wyższego zakładu. Stracił przez to rok cały.
Trząsłem się z oburzenia i po powrocie do liceum nie omieszkałem
opowiedzieć o tych prześladowaniach moim kolegom.
Był w naszej klasie chłopiec, syn gubernatora jednej z guberni
Królestwa, którego rodzina nie należała do naszej sfery, a jego ojciec
prawdopodobnie typową dla niskiego pochodzenia służalczością doszedł do
tego stanowiska. Chłopiec ten był powszechnie nielubiany za swoją
arogancję i brak umiaru, co tłumaczyliśmy między sobą jego "chamskim",
jak to nazywaliśmy, pochodzeniem.
Naturalnie wtrącił się do naszej rozmowy, że Polacy to "buntowszczycy",
kanalie, które nie zasługują na lepsze traktowanie. W klasie zaległa
cisza. Byłem jedynym Polakiem. Jednak kilku rosyjskich chłopców,
czerwonych z oburzenia, z zaciśniętymi pięściami zbliżyło się do
oszczercy. W tej samej chwili otworzyły się drzwi i do klasy wkroczył
generał Szylder, dyrektor liceum wykładający w starszych klasach
historię. Rozejrzał się i spytał o powód wzburzenia. Zgodnie z tradycją
liceum cała klasa milczała, tylko wszystkie oczy utkwiły na twarzy
winowajcy.
Generał szybko wywołał go do tablicy i rozkazał, aby wyjaśnił powód.
Winowajca, czując nasz wzrok, był zmuszony do powtórzenia wobec całej
klasy słowo w słowo uwag o Polakach.
Generał się zasępił.
- Słuchaj - rzekł, patrząc na niego ostro - widzę, że nie rozumiesz,
gdzie się znajdujesz. To jest Liceum Cesarskie... Szkoła dla dobrze
wychowanych i przyzwoitych młodych ludzi, a nie chamów.
Ostatnie słowa podkreślił dobitnie i mówił dalej:
- Zakład nasz ma na celu wychowanie młodzieży na gentlemenów, a nie
donosicieli i prowokatorów. Powinienem był ciebie wydalić z liceum, nie
zrobię tego jednak ze względu na przykrość, jaką bym zrobił twojemu
koledze, kniaziowi Pieriejasławskiemu. - Po raz pierwszy użył tytułu w stosunku do mnie, jakby starając się przypomnieć tamtemu, że obowiązują
tutaj reguły sfery, do której jego rodzice nie należeli.
- Pozbawiam cię niedzielnych urlopów na okres miesiąca, abyś zapamiętał,
że tylko człowiek podły pluje na powalonego przeciwnika, że tylko
człowiek pozbawiony serca obrażać może w taki sposób przedstawiciela
tego bohaterskiego a nieszczęsnego narodu, jakim są Polacy. A teraz
wobec wszystkich każę ci przeprosić kolegę, któremuś zrobił taką krzywdę
moralną.
Pojąłem wtedy, że ludzie dzielą się na dobrych i złych niezależnie od
narodowości. Poczułem jednocześnie związek z moją klasą społeczną
rządzącą się moralnymi zasadami, które wyróżniają nas od innych.
Zrozumiałem też, że przestrzeganie tych zasad, a nie bogactwo, czyniło z nas grupę zamkniętą.
Na życzenie ojca wakacje tamtego roku spędziłem, pracując jako robotnik
w jego fabryce.
Przeciągły gwizdek fabryczny zwiastował przerwę obiadową. Zmieszany z tłumem robotników śpieszyłem do głównej bramy. Ubrany w bluzę
robotniczą, w długich roboczych butach, czarny od sadzy i smarów, które
osiadły mi na ubraniu, rękach i twarzy, niczym nie odróżniałem się od
otoczenia.
Od paru już dni pracowałem jako czeladnik w kuźniach Zakładu Budowy
Lokomotyw w Siole Aleksandrowskim pod Petersburgiem.
Uczyłem się tego roku dobrze i przeszedłem do następnej klasy bez
egzaminów, zgodnie więc z nakazem ojca część długich wakacji spędziłem
na praktyce fabrycznej.
Przeskok od atmosfery Liceum Cesarskiego, jednego z najbardziej
ekskluzywnych zakładów oświatowych w Rosji, do środowiska robotniczego
był dosyć gwałtowny. Tak niedawno paradowałem w pirogu na głowie i białych rękawiczkach na ulicy Nabiereżnej rzeki Newy, a teraz byłem
umorusanym robotnikiem bez żadnych przywilejów.
Ale ojciec mój był zwolennikiem hartowania i kontrastów, twierdząc
słusznie, że nic tak nie zaprawia do życia, jak zmiana otoczenia i warunków. Miał zresztą sentyment do klasy robotniczej i zwykł był
mawiać, że wśród tych prostych ludzi spotykał więcej jednostek
subtelnych i gentlemenów niż wśród tak zwanego towarzystwa. Zresztą, sam
w swoim życiu dał dowód wielkiej odwagi, kiedy będąc za młodu oficerem
gwardii, w porozumieniu ze swoją matką, wystarał się o roczny urlop i wstąpił jako zwykły robotnik do zakładów, w których kilkanaście lat
później został dyrektorem naczelnym. W owym czasie postępek mego ojca
wywołał wiele komentarzy nie tylko w korpusie oficerów gwardii, ale i wśród ziemiaństwa.
Ojciec mój, będąc z natury człowiekiem bardzo wyrozumiałym, miał także
swoje "ale": nie znosił zarozumiałych półinteligentów i miał wrodzoną
niechęć do sfery urzędniczej i szlacheckich półpanków. Czuł się
natomiast dobrze wśród prostych ludzi i chciał mi tę cechę zaszczepić.
Pierwsze moje dni pobytu w fabryce były niezwykle męczące. Po kilku
godzinach walenia młotem czułem ból w mięśniach i stawach. Wymagało
czasu i wysiłku, by zapomnieć o liceum i zaaklimatyzować się w nowym
otoczeniu.
Powoli i z trudem wsiąknąłem w atmosferę robotniczą i odkryłem w życiu
fabrycznym wiele cech dodatnich. W huku młotów, turkocie maszyn, w szalonym obrocie trybów i przekładni, tkwiło coś męskiego, jakaś
krzepkość, a przy tym pewien rodzaj poezji.
Kuźnie fabryczne, w których pracowałem, mieściły się w długim na ćwierć
kilometra budynku. Wzdłuż ścian znajdowały się stanowiska kowalskie, w których odkuwano ręcznie mniejsze części parowozów, w środku stały
rzędem olbrzymie młoty parowe. Każdy z majstrów kowalskich miał do
pomocy dwóch robotników, po rosyjsku zwanych "mołotobojcami", i jednego
czeladnika. Hala trzęsła się od uderzeń młotów, a huk był ogłuszający. W półmroku panującym z powodu pyłu unoszącego się w powietrzu, tym
wyraźniej jaśniały snopy iskier buchających spod młotów kowalskich i światło rozgrzanej do białości stali.
W powietrzu czuć było siarką, sadzą i rozgrzanym koksem. Obok kuźni w olbrzymich halach mieściły się wielkie piece i odlewnie. Nocą buchały z tych pieców czerwone zarzewia, oświecając niebo i całą okolicę
złowieszczą łuną.
Kuźnią kierował wysoki, chudy Szkot nazwiskiem Pratt i jemu to
zawdzięczam, że przeniesiono mnie na koniec do oddziału zdawczego
lokomotyw. Wyznaczenie mnie na młodszego palacza w tym oddziale
przyjąłem z uczuciem ulgi, bo tam praca była lżejsza, i z wielką
radością, bo był to najciekawszy oddział w całej fabryce.
W wielkiej hali montażowej stały parowozy: jedne dopiero świeżo osadzone
na podwoziu, inne bardziej wykończone, bliższe zdania, aż do parowozów
gotowych do prób - odmalowanych, błyszczących polerowaną powierzchnią i lakierem.
W tym czasie rozpoczęto budowę nowych, szybkobieżnych parowozów
wytwarzanych całkowicie z materiałów krajowych, rezygnując tym samym ze
sprowadzania bardziej skomplikowanych części z Anglii i Niemiec.
Orientowałem się w tym dobrze, bo była to inicjatywa mego ojca podjęta
wbrew oporom szkockiej, angielskiej i niemieckiej kadry technicznej.
Obliczenia i konstrukcję nowego parowozu wykonał doradca techniczny
zakładu, profesor Mikołaj Leonidowicz Szczukin, kolega mojego ojca z Akademii Inżynierów Wojennych i przyjaciel naszej rodziny, w której był
stałym i zawsze mile widzianym gościem.
W dniu próby parowozu byłem już od świtu w fabryce. Parę godzin
przeszło, zanim sprawdzono ostatecznie lokomotywę, naoliwiono wszystkie
części, rozpalono pod kotłem.
Około godziny dziesiątej rano nowy parowóz był już pod parą. Przeciągły
gwizd odróżniający lokomotywy kurierskie od zwykłych towarowych
obwieścił gotowość do prób. Błysnęły światła sygnałów i nasz parowóz,
świecący farbą, wystrojony niczym baletnica przed występem, wytoczył się
z hali fabrycznej na tor kolejowy. Doczepiono do nas pociąg składający
się z pięciu pulmanów pierwszej klasy, w których usadowili się goście i komisja zdawczo-odbiorcza. Wyjechaliśmy powoli bocznicą fabryczną
prowadzącą do magistrali Kolei Mikołajewskiej.
Na głównym torze parowóz zwiększył szybkość. Było lato. Na skarpach
kolejowych złociło się od kwitnącego mlecza i jaskrów. Poprzez ostrą woń
smarowidła, przypalonego oleju i paliwa przedzierał się do nas prąd
świeżego, letniego powietrza. Czułem się potrzebny, uczucie tak rzadkie,
kiedy pracowałem później umysłowo. Czułem się ważny, że jestem częścią
tego zespołu konkretnej i widocznej pracy.
Z wysokości parowozu patrzyłem na migające przed nami pola, lasy,
osiedla ludzkie. Szybkość parowozu wzrastała. Z rozkoszą czułem pęd
lokomotywy, wreszcie zwolniliśmy biegu i stanęliśmy przed dworcem
kolejowym w Kołpinie.
Z wagonów wysiedli goście, a inżynierowie biorący udział w komisji
zaczęli szczegółowe badania parowozu. Trwały one kilka dni, szczególną
uwagę, jak dostrzegłem, poświęcono tłokom nowego systemu "compound".
Obserwując to, zazdrościłem inżynierom ich pewności w ocenie, ich
profesjonalności, ich precyzyjnego sposobu wyrażania się. Imponowali mi
tak, jak imponowali mi robotnicy swoją dyscypliną ruchów, swoim spokojem
i zawodowstwem w wykorzystywaniu sił i narzędzi.
W kuźni zaprzyjaźniłem się z nieco starszym ode mnie chłopcem. Nazywał
się Mikołaj Pietrow, Kola, syn kierowcy parowozu z Kolei Mikołajewskiej.
Był to chłopak delikatny w obejściu, inteligentny, z pewnym odcieniem
tej, tak swoiście rosyjskiej melancholii. Dzięki niemu zacząłem bywać w domach robotników i z całą świadomością mogę stwierdzić, że warunki bytu
robotnika rosyjskiego w owych czasach w Petersburgu były bez porównania
lepsze niż te, z którymi kilka lat później zetknąłem się w Anglii.
Przypuszczam, że żaden z ówczesnych robotników rosyjskich pracujących w Petersburgu nie zgodziłby się na mieszkanie w slumsach angielskich ani
na warunki angielskie. W życiu robotnika rosyjskiego było więcej
powietrza, więcej przestrzeni, więcej rozmaitości związanej z szeregiem
zwyczajów patriarchalnych i świąt kościelnych, nie mówiąc o zdrowej,
pożywnej a smacznej kuchni.
Robotnik rosyjski był ponadto inteligentniejszy niż angielski, upodlony
i akceptujący upodlenie. Niestety, plagą życia robotniczego w Rosji było
pijaństwo rujnujące dom, rodzinę i dobrobyt tej klasy. Mówiliśmy o tym
często z Kolą.
Kola zwierzył mi się, że jest członkiem kółka socjalistycznego, prosił o zachowanie tajemnicy, a mnie to niesłychanie pochlebiło, że zdobyłem
jego zaufanie. Była to szlachetna, subtelna, uczuciowa natura. Polubiłem
go szczerze.
Kończyłem pracę w fabryce i powiedziałem mojemu przyjacielowi o planach
spędzenia reszty wakacji w Syłgudyszkach.
W oznaczony dzień zająłem miejsce w wagonie drugiej klasy pociągu
idącego na Wilno, Kowno i do granicy, po czym wyszedłem na peron. W tłumie pasażerów i osób odprowadzających ujrzałem postać Koli.
Była to dla mnie bardzo miła niespodzianka, mimo że po peronie
chodziliśmy w milczeniu, jakby w obawie wypowiedzenia swoich myśli.
Odezwał się wreszcie trzeci dzwonek. Wskoczyłem do wagonu i stanąłem w otwartym oknie.
- Do widzenia, Kola - zawołałem. - Pamiętaj o mnie.
- Do widzenia, Mitia, nie zapomnę...
Pociąg ruszył. Poczułem, że między mną a moim przyjacielem zarysowało
się raptem coś, co z wąskiej szczeliny szybko rozszerzy się w przepaść,
przez którą ani dobra wola, ani przyjaźń nie zdoła przerzucić kładki,
przepaść dzieląca dwa światy, dwie mentalności.
Stanowisko zajmowane przez ojca w Zakładach Aleksandrowskich i funkcja
generalnego inspektora podróży cesarskich, jaką piastował na dworze,
były nie tylko odpowiedzialne, ale i nad wyraz ryzykowne. Napięcie to
odczuwaliśmy w domu.
Car Aleksander III, mimo swoich antypolskich upodobań, właśnie ojcu
powierzył wykonanie pociągów cesarskich i stały nadzór nad cesarskimi
podróżami. Aleksander III interesował się kolejnictwem i jak każdy
despota lubił zajmować się szczegółami. W czasie podróży sprawdzał stan
torów kolejowych i resorów wagonów, nalewając w tym celu szklankę pełną
wody i śledząc, czy jakaś kropla nie wylała się ze szklanki w czasie
biegu pociągu. W przewidywaniu tych kaprysów carskich komisja
rzeczoznawców odbierająca nowe wagony dla użytku cara i jego rodziny
posługiwać się zaczęła szklanką wody.
Którejś nocy zbudzono mojego ojca, bo Aleksander III wyraził
niezadowolenie, że zegar pamiątkowy po zmarłym carze Aleksandrze II
zamieniono na inny, bardziej dopasowany stylem do pomieszczenia salonki.
Cesarz rozkazał, aby zegar znalazł się z powrotem w czasie postoju
pociągu w Moskwie i ojciec musiał wysłać najszybszą lokomotywę, aby
złapać pociąg carski na dworcu tego miasta.
Pewnego dnia czekaliśmy na ojca z obiadem. Zwyczajem petersburskim
jadaliśmy o siódmej wieczorem. Matka, znając punktualność ojca, była
wyraźnie zaniepokojona. Milczeliśmy, nadsłuchując jego powrotu.
Usłyszeliśmy wreszcie tętent koński, zgrzytnęła brama wjazdowa, a w chwilę potem dobiegł nas brzęk ostróg i znajome kroki. Ojciec wyglądał
na zakłopotanego. Rodzina cesarska wyjechała tego dnia w podróż.
Zaledwie usiedliśmy do stołu i służący Fiedor zaczął roznosić zupę, gdy
gwałtowne targnięcie za dzwonek u drzwi wejściowych przerwało obiad.
Służący wrócił za chwilę.
- Kurier cesarski - oznajmił głośno.
- Niech wejdzie - rzekł ojciec.
W drzwiach sali jadalnej stanął wojskowy w czapce na głowie, przy szabli
i z rewolwerem u boku. Brzęknął ostrogami, zasalutował, wyjął z torby
wielką zalakowaną kopertę, poprosił o pokwitowanie, zasalutował
powtórnie, zrobił zwrot w lewo i wymaszerował.
Ojciec rozerwał kopertę, przeczytał pismo, twarz mu się zmieniła, skinął
głową na matkę i oboje wyszli z jadalni.
Gdy matka wróciła, zauważyłem jej zdenerwowanie.
- Pociąg carski uległ katastrofie pod Borkami - powiedziała do mnie
cicho. - Nie wiadomo, czy car i jego rodzina żyją. Kazano ojcu wyjechać
natychmiast na miejsce katastrofy. Ojciec się pakuje i odjeżdża
specjalnym pociągiem. Gdyby carowi się coś stało... - nie dokończyła, bo
wszedł ojciec ubrany w płaszcz, służący znosił rzeczy.
Wyszliśmy wszyscy przed dom, by go odprowadzić.
W chwili, gdy miał już wsiadać do powozu, a my z trudem
powstrzymywaliśmy zdenerwowanie, pojawiła się nagle z ciemności postać
drugiego feldjegra z nowym meldunkiem.
Z jeszcze większym napięciem patrzyliśmy na czytającego meldunek ojca,
ale jego twarz rozjaśniła się.
- Przeczytaj - rzekł do matki, oddając jej papier.
- "Jego Cesarska Mość z Rodziną ocalała. Jego Cesarska Mość raczyła
wyrazić zadowolenie z mocnej konstrukcji wagonów. Jego Cesarska Mość
wraz z Rodziną wraca do Petersburga. Wasz przyjazd niepotrzebny".
Koszmar minął, bo nie wiadomo, jaki los spotkałby mego ojca,
odpowiedzialnego za budowę wagonów i za cesarskie podróże, gdyby coś się
stało cesarzowi lub jego rodzinie. Na moim ojcu jako na Polaku skupiłoby
się wszystko i nie ominąłby go sąd polowy ze wszystkimi dalszymi
następstwami. Car Aleksander III żartować nie lubił.
Oddać jednak trzeba carowi, że w parę tygodni po tym wypadku ojciec
dostał rozkaz osobistego stawienia się u cesarzowej Marii Fiodorowny.
Carowa przyjęła ojca nad wyraz łaskawie i wyraziła zadowolenie z budowy
wagonów, co jej zdaniem przyczyniło się do ocalenia rodziny cesarskiej.
W parę miesięcy później ukazał się dekret cesarski nadający ojcu order
św. Włodzimierza wysokiej klasy i prawo nabywania na własność ziem na
Litwie, co w obu przypadkach było niezwykle rzadkim odznaczeniem Polaka.
Ojciec skorzystał z tego, skupując nasze dawne ziemie, skonfiskowane po
powstaniu mojemu dziadowi.
Będąc już w randze generała inżynierów wojennych, ojciec podał się do
dymisji, by prowadzić własne interesa i zająć się osobiście naszymi
majątkami.
Ojciec znowuż rzadko przebywał w domu. Założył Towarzystwo Kolei
Dojazdowych i zaczął budować sieć kolei na Litwie, na Ukrainie i w prowincjach nadbałtyckich. Widywałem go mało, a jeszcze mniej
rozmawialiśmy ze sobą. Wydawało mi się, że mnie nie dostrzega i byłem o to zazdrosny. Dopiero kłopoty i przykrości, jakich ojciec zaczął
doznawać od generała-gubernatora Orżewskiego zbliżyły nas do siebie.
Ojciec, szukający widocznie sił w domu, otwarcie dzielił się swoimi
problemami, jakie czynił mu gubernator Orżewski, nie szczędząc przy tym
ostrych słów krytyki pod adresem administracji cesarskiej.
Było to dla mnie wstrząsem, bo z pozycji ucznia liceum widziałem
Imperium Rosyjskie jako niezwyciężony monolit i zarzuty ojca, że "ryba
psuje się od głowy", poparte przy tym dowodami, były dla mnie wielkim
zaskoczeniem.
Ojciec upatrywał końca Imperium w negatywnym doborze kadr
administracyjnych, do których awansowano ludzi niskiego pochodzenia -
"a-côté", jak to nazywała moja mama - którzy nie przebierali w środkach
przy szybkim bogaceniu się i nie znali umiaru w swojej pysze.
Zdumienie ogarnęło mnie, kiedy w tym samym duchu ojciec krytykował
rodzinę cesarską, zaliczając ją do drugorzędnej niemieckiej arystokracji
o poślednim rodowodzie.
Generał-gubernator Orżewski, Polak z pochodzenia, a żandarm z zawodu,
rządził trzema guberniami litewskimi, a gubernatorem kowieńskim był
rzeczywisty radca stanu Klingenberg. Obydwaj byli głównymi sprawcami
wypadków, które w roku 1892 zaszły na Żmudzi.
W miasteczku Kroże, w powiecie rosieńskim, były dwa kościoły. Nowszy
parafialny i dawny, sięgający bodaj drugiej połowy XVI wieku, kościół
pobernardyński4. Ten dawny kościół ludność ze Żmudzi
otaczała szczególną czcią z powodu znajdującego się w ołtarzu, a słynącego cudami obrazu Matki Boskiej Krożańskiej.
Po wydaleniu z Litwy przez Murawjowa zakonu oo. bernardynów, kościół ten
pozostawiono pod opieką księdza altarysty, byłego zakonnika. Po śmierci
staruszka na miejsce zmarłego biskup kowieński wyznaczył nowego księdza.
W myśl obowiązujących zarządzeń należało jednak uzyskać zgodę
gubernatora na zatwierdzenie nominata.
Wówczas nieoczekiwanie władze przypomniały sobie, że po skasowaniu
zakonu i śmierci ostatniego zakonnika kościół w gruncie rzeczy egzystuje
wbrew prawu i że jest niedopuszczalne, aby w jednej parafii były dwa
kościoły. Nie tylko więc odmówiły zatwierdzenia kandydata, ale
postanowiły kościół zamknąć.
W tym celu zajechał do Kroż gubernator Klingenberg w otoczeniu żandarmów
i sotni kozaków, a znalazłszy świątynię wypełnioną tłumem wiernych
śpiewających litanię, wszedł do kościoła i nie zdejmując czapki, wezwał
lud do natychmiastowego opuszczenia kościoła. Wierni odmówili
posłuszeństwa. Wtedy na rozkaz gubernatora wywalono główne drzwi, a do
świątyni wtargnęli kozacy i jęli rozpędzać wiernych nahajkami. Powstało
zamieszanie, kilkadziesiąt osób stratowano końmi. W kościele rozległy
się jęki, ludzie jednak nie śpieszyli się z wyjściem.
Przed kościół wystąpił organista z krzyżem w ręku i donośnym głosem
zaśpiewał Kto się w obronę..., a w końcu zaintonował rosyjski hymn
Boże, chroń cara..., by opamiętać napastników. Nie zwrócono jednak na
to uwagi. Kozacy wywlekali za włosy kobiety z kościoła, katowali
mężczyzn, wreszcie pojmali najbardziej opornych i pod konwojem popędzili
pieszo do leżącego o kilkadziesiąt wiorst powiatowego miasta Szawle, by
stamtąd jak stali wysłać ich koleją na Syberię.
Budynek zamknięto, zabito drzwi i okna i kościół opieczętowano.
Wśród zesłanych znalazła się pewna Żmudzinka niepospolitej urody.
Nazywała się Urszula Biełunas. Jej fotografie wraz z ulotką opisującą
zdarzenie przemycono do zaboru austriackiego i w kilka tygodni potem
odbite w wielkim nakładzie rozesłano w świat.
Sprawa zaczęła nabierać rozgłosu. Pisano o niej nie tylko w prasie
zagranicznej, ale również w podlegającej cenzurze prasie rosyjskiej.
Nawet prorządowe pismo "Nowoje Wriemia" musiało zamieścić duży artykuł,
w którym bez ogródek napiętnowano barbarzyński postępek władz
kowieńskich.
W salonach petersburskich zaczęto mówić głośno i z oburzeniem o zajściach w Krożach, nie szczędząc komentarzy pod adresem głównego
sprawcy, Orżewskiego, tego "byłego żandarma i donosiciela". Sprawa
dochodzi do uszu cara Aleksandra III i wywołuje zrozumiałą reakcję.
Z rozkazu carskiego na Litwę ma udać się jeden z senatorów dla zbadania
sprawy i przedstawienia carowi raportu. Wybór padł na senatora hrabiego
Kantakuzena.
W tym samym czasie zachodzi na Litwie inne zdarzenie, związane pośrednio
ze sprawą krożańską. Umiera ostatni z hrabiów Mostowskich z Łuczaju w powiecie święciańskim, pozostawiając ten olbrzymi majątek bez
spadkobierców, którzy według obowiązującego na Litwie rosyjskiego prawa
mogliby go dziedziczyć. Według tego samego prawa nabywcą majątku mógłby
być jedynie prawosławny Rosjanin.
Aby ocalić tę polską spuściznę, by nie dostała się w ręce Rosjan, grono
polskich ziemian zawiązuje spółkę, dopuszczając do niej pewnego
przyzwoitego, prawosławnego Rosjanina, i na jego imię nabywa Łuczaj.
W czasie dochodzenia w sprawie zajść w Krożach, prowadzonego w Wilnie
przez hrabiego Kantakuzena, generał-gubernator Orżewski rozkazał
niespodziewanie natychmiastową sprzedaż majątku Łuczaj, i to za
niezwykle niską cenę, wyznaczoną przez rosyjską administrację, grożąc
członkom spółki zesłaniem w trybie administracyjnym, gdyby nie
dostosowali się do polecenia gubernatora.
Majątek sprzedano i, jak się okazało, nabywcą został senator hrabia
Kantakuzen, który oczywiście zakończył dochodzenie w sprawie zajść w Krożach z konkluzją uniewinniającą generała-gubernatora Orżewskiego i gubernatora Klingenberga. Raport z tym wnioskiem hrabia Kantakuzen
złożył osobiście cesarzowi.
Przeszło kilka miesięcy. Po Petersburgu zaczęły krążyć pogłoski o nabyciu przez hrabiego Kantakuzena jakiegoś wspaniałego majątku na
Litwie, wywołując różne uwagi i komentarze. Pogłoski te zataczały coraz
szersze kręgi, aż wreszcie dostały się na języki sfer zbliżonych do
dworu.
Nieoczekiwanie hrabia Kantakuzen dostaje rozkaz stawienia się
niezwłocznie u cesarza. Rozmowa władcy z hrabią Kantakuzenem odbyła się
w cztery oczy. Tegoż wieczoru w mieszkaniu przy ulicy Kirocznej
znaleziono martwe ciało hrabiego.
Car Aleksander III był brutalny, ale i konsekwentny, co w opinii ojca
ratowało jeszcze cesarstwo.
Orżewski wypadł z łaski. W sferach stolicy otoczono go pogardą.
Przetrwał jednak jeszcze rok na swoim stanowisku. Śmierć zaskoczyła go w drodze do Petersburga. Klingenberga zaś wyrzucono z Kowna.
W tym ostatnim roku swojego generałgubernatorstwa, Orżewski, chcąc
widocznie uratować swoją pozycję, węszył wszędzie "polską intrygę" i alarmował Petersburg, ostrzegając przed nowymi zamieszkami i dając do
zrozumienia, że jedynie dzięki jego zdecydowanej polityce panuje spokój
na Litwie.
Ojciec, w tym właśnie czasie, otrzymuje oficjalne pismo od Orżewskiego,
w którym generał-gubernator w ostrej formie oskarża go o zatrudnianie
niedopuszczalnej liczby Polaków na naszych kolejach. Potem następują
dalsze ataki.
Z listem Orżewskiego w kieszeni ojciec udaje się do wielkiego księcia
Michała Aleksandrowicza. Wielki książę po katastrofie pod Borkami był
usposobiony do ojca bardzo przychylnie.
Po wysłuchaniu sprawy wielki książę powiedział ojcu:
- Wy nie obraszczajtie wnimanije na togo podleca.
Znając jednak stosunki w rządzie, książę poradził ojcu rozmówić się z Orżewskim osobiście.
Ojciec z natury był stanowczy, ale i kulturalny. Wyznawał jednak zasadę,
że na chamstwo najlepszym lekarstwem jest jeszcze większe chamstwo.
Dlatego pytania o treść tej rozmowy zbywał niechętnie. Musiała trafić
kosa na kamień, bo ataki Orżewskiego ustały momentalnie. A ojciec
żadnych zmian w zatrudnieniu na naszych kolejach nie przeprowadził i nadal preferował Polaków.
Car Aleksander III umarł tego samego roku5, co mój dziadek Antoni.
Dziadek słabł już parę tygodni, tak że zdążyłem przyjechać do
Syłgudyszek w dzień jego śmierci.
Wieczór zimowy zapadał nad ziemią, gdy wysiadałem z powozu. Nisko na
horyzoncie gorzała jeszcze czerwonym zarzewiem ostatnia smuga
zachodzącego słońca.
Pokój dziadka tonął w półmroku, ale chory prosił, by mu nie zapalano
światła. Zwrócił swoją siwą głowę ku oknu, wpatrzony w dogorywające
promienie zachodu.
Przed chwilą odbył spowiedź świętą, otrzymał ostatnie pomazanie,
pożegnał nas szeptem, uśmiechnął się przyjaźnie i dodał, że cieszy się
na spotkanie z babcią, a teraz chce pozostać sam...
Umierał pogodzony z nadchodzącą śmiercią, umierał godnie, spokojnie i jakby szczęśliwie.
W sąsiednim pokoju odmawialiśmy szeptem modlitwy za konających: cała
rodzina, z księdzem proboszczem i bliższą służbą. W pewnej chwili jakby
powiew, jakby ledwo słyszalne westchnienie doszło do naszych uszu.
Ostrożnie otwarto drzwi i zapalono gromnice. Dziadek leżał na wznak
porządnie, cicho, dostojnie. Na twarzy nie było grymasu bólu, oczy miał
otwarte... tak jakby żył... tylko w martwych już, złożonych na piersiach
dłoniach ściskał różaniec. Blask gromnicy oświetlał jego pogodną,
spokojną twarz, wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej i rynsztunek
myśliwski zawieszony nad łóżkiem.
Poczułem, że nieodwracalnie kończy się moje dzieciństwo; nie wypłynę już
z dziadkiem czółnem na Jesiatę, nie pójdę nocą z łuczywem na raki ani o świcie na toki cietrzewia w Mintowciszkach. Nie zagra mi już w pogodny
dzień suchej, litewskiej jesieni dalekie ujadanie psów dziadka ani jego
dźwięczna trąbka myśliwska.
Śmierć dziadka była dla mnie pierwszym bolesnym ciosem, jakby pierwszym
ogniwem długiego łańcucha trosk, nieszczęść i zawodów, którymi Bóg
doświadcza człowieka.
Babcia kształtowała charakter mojego dzieciństwa, była jednak zamknięta
i nie przemawiała do mojej wyobraźni, tylko do rozumu. Nie byłem przy
jej śmierci i jej odejście nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.
Dziadek natomiast nauczył mnie kochać przyrodę. Otworzył mi oczy na ten
zaczarowany, niedostępny dla obcych świat pachnący świeżą trawą
skoszonych łąk, wilgocią lasów i dymami ognisk na kartofliskach.
Na pogrzebie Aleksandra III liceum nasze stało w zwartym szeregu, w pirogach na głowach, w białych rękawiczkach i żałobnych opaskach na
rękawach płaszczów. Staliśmy wzdłuż prospektu Newskiego naprzeciw Pałacu
Aniczkowskiego, rezydencji Aleksandra III. Po przeciwległej stronie
ulicy błyszczały czarne, lakierowane pikielhauby i białe, skórzane pasy
wychowanków korpusu paziów. Za plecami mieliśmy kordon policji, a dalej
jak okiem sięgnąć nieprzerwane rzędy głów.
Na przestrzeni ośmiu kilometrów, oddzielającej dworzec Kolei
Mikołajewskiej od soboru w Twierdzy Pietropawłowskiej, gdzie od czasów
Piotra I grzebano carów, stały kordony: wojsk, szkół rządowych i wyższych zakładów naukowych. Drogą tą miał kroczyć orszak pogrzebowy
zmarłego cara.
Panowała cisza, przerywana od czasu do czasu słowami komendy i tupotem
kopyt końskich. Staliśmy już około dwóch godzin. Z daleka usłyszeliśmy
nareszcie głuche warczenie bębnów i krótkie słowa komendy. Pochód się
zbliżał.
Na czele maszerował Preobrażeński Pułk Piechoty Gwardii, którego szefem
był Aleksander III. Dalej na karym koniu jechał rycerz ubrany w czarną,
średniowieczną zbroję z zapuszczoną przyłbicą.
Na wschodnich, złotych kasztanach przeciągnęła drobnym truchtem
przyboczna sotnia kozaków atamańców w czerwonych, obszytych złotem
czerkieskach i białych papachach na głowie.
Długim szeregiem, po dwóch, kroczyli wyżsi urzędnicy dworu carskiego,
niosąc na pluszowych poduszkach ordery i odznaczenia zmarłego.
Na ciężkich, karogniadych koniach przejechał z głuchym tętentem kopyt,
lśniący pozłotą pancerzy i hełmów, szwadron pułku kawalergardów.
Za nimi kroczył wielki koniuszy dworu i dwóch masztalerzy, którzy
prowadzili pokrytego kirem wierzchowca zmarłego cara.
Rozpoczął się, poprzedzając katafalk, długi pochód duchowieństwa
prawosławnego w kapiących od złota strojach liturgicznych i pozłocistych, osypanych drogimi kamieniami tiarach na głowach.
Ciało cara spoczywało w trumnie ukrytej w setkach kwiatów i wieńców,
umieszczonej wysoko na lawecie zaprzężonej w sześć rosłych karych koni.
Za lawetą szła carowa wdowa pod rękę z następcą tronu i z rodziną
zmarłego, wśród której wzrostem górowali wielki książę Sergiusz i wielki
książę Mikołaj Mikołajewicz.
Dalej szli liczni członkowie panujących dworów europejskich,
spokrewnionych z domem Romanowów. Wśród nich wyróżniał się otyły, opięty
w mundur, książę Walii w olbrzymiej bermycy na głowie, późniejszy król
Edward VII, oraz małego wzrostu następca tronu włoskiego, późniejszy
król Humbert I, i wreszcie niespokojny, ruchliwy i gadatliwy cesarz
Niemiec6.
Za rodziną carską, w pewnym oddaleniu, rozpoczynał się znowu orszak
pogrzebowy, trwający przeszło trzy godziny.
Szli ministrowie, rada państwa, senat, profesorowie, urzędnicy, wreszcie
wojsko, wojsko bez końca.
Na wpół przytomny ze zmęczenia i głodu wróciłem do domu, by w godzinę
potem śpieszyć do liceum na oficjalne nabożeństwo żałobne w cerkwi
licealnej.
Następnego dnia od rana defilowaliśmy przed trumną zmarłego.
Nie miałem bynajmniej ochoty brać udziału w tej przymusowej
uroczystości, ale nie mogłem wymyślić żadnego pretekstu, który byłby
przez szkołę uwzględniony. Musiałem więc znowuż spędzić długie godziny,
czekając w kolejce na przedefilowanie przed trumną i ucałowanie krzyża.
Śmierć cara była podobno spowodowana ostrą formą cukrzycy i chorobą
wątroby.
Twarz samowładcy, leżącego w otwartej, nisko umieszczonej trumnie była
żółta, skurczona i w niczym nie przypominała twarzy kwitnącego zdrowiem
i ucharakteryzowanego na rosyjskiego mużyka olbrzyma, jakim za życia był
car.
Długie panowanie Aleksandra III, według ojca ciążące jak zmora nad
Rosją, było panowaniem reakcji pełnej nienawiści do wszystkiego, co nie
było rosyjskie i prawosławne. Car i cały naród, urzędnicy, wojsko
przybrało zewnętrzne pozory mużyckie7. Skasowano dawniejsze,
piękne mundury i nakrycia głowy. Odziano wojsko w moskiewskie
kosoworotki, bufiaste spodnie i buty z cholewami na wysokich obcasach.
Na głowy wsadzono okrągłe, barankowe czapki futrzane.
- W dusznej, zabarykadowanej od świata zewnętrznego rosyjskiej
atmosferze czuć dziegciem i skórą - mówił jeden z kolegów ojca z Akademii Inżynierów Wojennych, którzy zebrali się w naszym domu w kilka
dni po manifeście nowego cara, by wygadać się szczerze, wypowiedzieć
swoje niepokoje o przyszłość Rosji i narodów z nią związanych, by
przeanalizować sytuację.
Byli to ludzie znani ze swych poglądów liberalnych, ale dzięki swoim
zdolnościom zajmujący, nawet za panowania Aleksandra III, ważne
stanowiska w wojsku, na uczelniach, w przemyśle i mający dostęp do
dworu.
Słuchałem ich uwag o zmarłym cesarzu i uwag o jego następcy, siedząc w salonie bez prawa głosu. Ojciec uznał, że przysłuchiwanie się ich
rozmowie jest dla mnie ważne, i nalegał, bym był razem z nimi.
Większość z zebranych przyjęła śmierć cara z oznakami ulgi. Car rządził
Rosją autokratycznie, ale za kulisami jego polityki stała szara
eminencja w osobie oberprokuratora Świętego Synodu Pobiedonoscewa.
Nowy władca Rosji, Mikołaj II, jako następca tronu zdobył wśród narodu
pewnego rodzaju popularność. Jego piesze przechadzki po ulicach stolicy,
zaglądanie do sklepów, jego skromny, jednokonny zaprzęg: kary kłusak i stary stangret z siwą brodą, posłużyły do stworzenia legendy o dobroci,
prostocie i liberalnych poglądach nowego cara.
Ślub Mikołaja II z księżniczką heską8, wnuczką królowej Wiktorii,
odbył się nieoficjalnie i skromnie w stolicy tamtego księstwa. Młodą
carową o dużej urodzie przyjęto z entuzjazmem na dworze, upatrując w angielskich wpływach na jej wychowanie rękojmię liberalizacji.
Oczekiwano nowych czasów, powszechnej amnestii skazańców politycznych i zmiany policyjnego reżimu.
Entuzjazm trwał jednak bardzo krótko. Młoda carowa zniechęciła do siebie
wszystkich. Sztywna, wyniosła, lodowato zimna i małomówna, mimo całej
swojej urody miała coś, co dziwnie raziło i odpychało ludzi.
Zamknęła się z mężem w ciasnym domowym kółku, otaczając się służalczą
miernotą, słuchając drobnych plotek i oszczerstw. Oddalono z najbliższego otoczenia cara ludzi liberalnych i uczciwych, a to bardzo
niepokoiło kolegów ojca. Ulegając woli swojej żony, car zmienił szybko
orientację i poddał się całkowicie wpływom reakcyjnym.
W salonie uznano, że Mikołaj II jest słaby, chwiejny, podejrzliwy i nie
posiada ani zalet, ani wad swojego ojca. Aleksander III w zestawieniu ze
swoim synem okazał się osobą posiadającą wolę i moc charakteru,
jednostką, z którą liczono się na dworach zagranicznych i którego
bezwzględna, mało ustępliwa polityka zagraniczna napełniała obawą
dyplomację europejską.
Względem dworów europejskich Aleksander III zachowywał stanowisko na
wpół pogardliwe i zwykł był mawiać, że ma jednego tylko przyjaciela, a był nim Nikita9, książę czarnogórski.
Aleksander III w rzadkich chwilach umiał być nawet sprawiedliwy i wspaniałomyślny. Mikołaj II zaś w opinii zebranych był postacią
bezbarwną, nie było w nim ani majestatu, ani czegokolwiek, co przyciąga
lub odpycha ludzi.
Aleksander III był otwartym wrogiem Polaków. Nie taił się z tym, ale w swej polityce trzymał się pewnych granic praworządności. Mikołaj II,
pomimo swojego długiego romansu z Polką, baletnicą dworu Krzesińską, był
raczej usposobiony do Polaków niechętnie i obojętnie, co zaś do carowej
Aleksandry, to Niemka ta zajęła od razu stanowisko wrogie do
wszystkiego, co było polskie.
W rozmowach w naszym salonie wyrażano obawy, że Mikołaj będzie działał z ukrycia, nie mając odwagi działać otwarcie i że jego posunięcia mogą być
nieobliczalne, a odpowiedzialność za ich skutki będzie zrzucana przez
niego na swoich doradców.
Pierwszy manifest nowego cara, podyktowany podobno przez Pobiedonoscewa,
nie zwiastował nic dobrego, stwierdzał tylko, że polityka jego ojca,
wewnętrzna i zewnętrzna, nie ulegnie zmianie.
W swym oficjalnym przemówieniu do delegatów ziemstw i marszałków
szlachty Mikołaj II użył między innymi wyrazów: "biezumnyja miecztanija"
(bezrozumne marzenia).
Tego roku kończyłem naukę w liceum i musiałem się dużo uczyć. Dla
odpoczynku jednak wychodziłem na miasto i w czasie wolnym starałem się
jak najmniej przebywać w domu. Miałem potrzebę ruchu, przestrzeni i oglądania ludzkich twarzy.
Petersburg wydawał mi się piękny.
W mroźny, słoneczny dzień lutowy śnieg skrzypi pod nogami, lśni w słońcu. Szybko i bez szelestu mkną sanie. Biały tuman wali spod kopyt
końskich i osiada srebrnym szronem na kołnierzach bobrowych, na brodach
stangretów, ubranych z ruska w ciemnogranatowe, wypchane poduszkami
płaszcze, opasane jedwabnym, na ogół czerwonym pasem.
Okiść osiadła na drzewach w parkach i skwerach. Śnieg grubą warstwą
pokrył ulice, dachy i gzymsy domów.
W takie dnie szedłem z wolna Nabiereżną Newy, nie mogąc się napatrzeć na
zaprzęgi i konie, z których Petersburg słynął.
Po jednej stronie miałem Pałac Zimowy, olbrzymi dwupiętrowy gmach w stylu późnego baroku. Po drugiej, za granitowym, niskim ogrodzeniem,
rozciągała się w dal zamarznięta, biała, lśniąca w słońcu Newa, a dalej
na przeciwległym brzegu rysowały się w niebieskawej mgle kontury
Twierdzy Pietropawłowskiej i wybrzeża Wyspy Wasylewskiej.
Często przejeżdżała tamtędy para pięknych, karych kłusaków zdążających w tę samą, co i ja, stronę. Siedziała w nich otulona w futro młoda
kobieta, a powoził stangret z galonami stajen cesarskich, w skrojonym na
moskiewską modę płaszczu. Kobieta ta zajęła miejsce w moich marzeniach i może z jej powodu nie zaniedbywałem swoich przechadzek.
Nastał wreszcie marzec, mróz zelżał. Zobaczyłem ją po raz ostatni.
Niedaleko mnie zatrzymała się kareta zaprzężona w parę rosłych,
szpakowatych, kurtyzowanych koni, w chomątach angielskich. Na koźle
siedzieli stangret i lokaj, wygoleni, ubrani w dworskie liberie.
Lokaj zeskoczył na ziemię i z uszanowaniem uchylił drzwiczki. Kobieta
wysiadła, ale nie wydała mi się już tak piękna jak zimą w saniach.
Przestałem marzyć.
Na wiosnę zaczęły się egzaminy.
Musiałem uczyć się jeszcze więcej, by, jak mówił ojciec, "pomyślnie
wybrnąć z interesu".
W końcu pozostała mi do zdania ekonomia i prawo konsularne, przedmioty
zaliczane do podstawowych, od których w znacznej mierze zależało
pomyślne ukończenie szkoły.
Czułem się jednak na tyle przygotowany, że mogłem sobie nadal pozwalać
na wypoczynek spędzany na mieście, a wobec czasowej nieobecności ojca
korzystałem często z jego zaprzęgu. Nasz stangret Trofim woził mnie
wieczorami na daleką Wyspę Jełagina położoną w widłach Newy u jej ujścia
do morza.
Dziwny, upajający czar płynie z dalekiej północy w godzinach
wieczornych, kiedy to słońce nie zachodzi, a tylko zbliża się ku
krawędzi horyzontu, oświetlając cały widnokrąg przedziwną gamą blasków.
Zaciera się wtedy granica pory dnia i nocy, gdy noce pozostają
rozświetlone jakimś tajemniczym, niebieskawym półmrokiem.
Eleganckie towarzystwo Petersburga zwykło spędzać wiosenne wieczory na
wyspach.
Po wysypanych żwirem drogach i serpentynach parków cicho sunęły pojazdy,
przystając na cyplach, z widokiem na otwarte morze. Oddech słonej wody
mieszał się z aromatem zieleni.
Patrzyłem na piękne twarze ludzi, na wspaniałe zaprzęgi, na całe
otoczenie, które wraz z północną przyrodą tworzyło niezapomnianą
inscenizację.
Wreszcie nadszedł oczekiwany dzień wydania dyplomu i pożegnania liceum.
W olbrzymiej sali licealnej, zwanej salą aktową, zebrała się po raz
ostatni nasza nieliczna już grupa uczniów drugiej klasy uniwersyteckiej,
tak zwanej specjalnej. Po raz ostatni mieliśmy na sobie nasze piękne
galowe mundury.
Za długim, pokrytym zielonym suknem stołem zasiadło gremium pedagogiczne
liceum z naszym dyrektorem, generałem Szylderem w środku. Uroczystości
przewodniczył wielki książę Oldenburski, kurator liceum.
Krzesła na sali zajęły rodziny absolwentów. Wśród wieczorowych sukien
pań lśniły srebrem i pozłotą mundury urzędników dworu i oficerów
gwardii.
Wielki książę zagaił w paru słowach akt zakończenia. Po wielkim księciu
wstał generał Szylder i przemówił, zwracając się do absolwentów ze
słowami pożegnania i życząc nam powodzenia w dalszej karierze życiowej.
Mówił krótko, oszczędzając nam wychowawczych banałów. Dzięki temu myśl,
którą nam przekazał, wbiła mi się w pamięć.
- Miejcie na uwadze - wygłosił - że tylko ci ludzie są czegoś warci,
którzy w każdej okoliczności życiowej potrafią zachować swoje własne
oblicze i prosto a odważnie patrzeć w oczy ludzkie czy to przyjazne, czy
wrogie. Wśród wychowańców naszego liceum, zajmujących często wybitne
stanowiska, mamy chyba najbardziej znikomą liczbę karierowiczów, którzy
zmieniają swoje przekonania według kierunku wiatru.
Po przemówieniu przystąpiono do wydawania dyplomów. Tradycyjnie
wywoływano na początku nazwiska absolwentów nagrodzonych medalami, a następnie według liter alfabetu. Pierwsze padło nazwisko naszego prymusa
i ogólnego ulubieńca szkoły Piotra Wołkońskiego. Drugie było moim
nazwiskiem. Poczułem ogromną satysfakcję i z dumą spojrzałem w kierunku
moich rodziców.
Dyrektor wręczył mi dyplom i safianowe pudełko z wielkim srebrnym
medalem. Z powinszowaniem podał mi rękę na pożegnanie.
Zachęcony tym sukcesem utwierdziłem się w postanowieniu, by opuścić
Petersburg i udać się na studia do Rygi, do sławnej w owym czasie
Politechniki Ryskiej.
Pewnego wrześniowego dnia roku 1895 znalazłem się w wielkim hallu
Politechniki Ryskiej.
Tego dnia w hallu politechniki było tłumnie i gwarno. Studenci zjeżdżali
się z wakacji letnich i załatwiano różne sprawy związane z rozpoczęciem
roku akademickiego.
Z ciekawością przyglądałem się życiu uniwersyteckiemu, tak różnemu od
atmosfery liceum i od urzędniczo sztywnego rygoru zakładów naukowych
Petersburga.
Wśród tłumu młodzieży studenckiej przewijały się barwne czapeczki
korporacji, a więc zielone - Bałtyki, niebieskie - Rubonii, szafirowe -
Concordii, wreszcie ciemnogranatowe z biało-zieloną obwódką - Arkonii.
Mimo spóźnionego terminu matrykulacji zostałem przyjęty na wydział
inżynierii rolnej i po załatwieniu wstępnych formalności stawiłem się u dziekana fakultetu, starego profesora Thomasa, a potem kolejno u profesora Schindlera, wykładającego hodowlę roślin i botanikę, u profesora Bischoffa, chemika, profesora Dossa, mineraloga i geologa,
profesora Kirsteina, wykładającego budownictwo, i wreszcie u profesora
Bohla, matematyka. Wymaganym było uzyskanie podpisu profesorów,
wykładających na pierwszym roku, w tak zwanym testirheft.
Profesor Bohl zadał mi pytanie:
- Czy zamierza Pan wstąpić do którejś z korporacji?
Wieczorem udałem się więc na kolację do restauracji Romkeller
mieszczącej się w suterenach Hotelu Rzymskiego. Zbierali się tam
studenci różnych korporacji.
Zauważyłem, że każda z korporacji miała swój stół. Usiadłem w pobliżu
polskiej Arkonii, gdzie mówiono głośno po polsku, co było tak rzadkie w Rosji.
Nagle usłyszałem swoje nazwisko. Jeden ze studentów podszedł do mnie i przywitał mnie przyjacielsko. Był to Michał Wereszczaka z Gutowszczyzny,
z ziemi nowogródzkiej, który kiedyś spędził wakacje w Syłgudyszkach.
Mik Wereszczaka polecił mnie do Arkonii i pokierował moimi pierwszymi
krokami na politechnice. Niedługo potem znalazłem się w środowisku
korporacyjnym, ubrany już w czarną, fuksowską czapeczkę ze srebrnym
inicjałem Arkonii.
Studia w Rydze cieszyły się popularnością wśród młodzieży polskiej ze
względu na brak rusyfikacji, tak silnej na innych uczelniach cesarstwa.
W Rydze można było spotkać studentów polskich ze wszystkich dzielnic
dawniejszej Rzeczypospolitej: z szerokiej Ukrainy, z Białorusi, Żmudzi,
z Królestwa, jak również z dalekiej Rosji, z Petersburga, Moskwy. Każdy
wnosił ze sobą zwyczaje, tradycje rodzinne, odrębność mowy, naleciałości
tej lub innej szkoły, w której odbierał średnie wykształcenie.
Trudnym zadaniem Arkonii było zebrać ten konglomerat cech w jedną
całość, scementować pojęciowo, natchnąć jedną ideą przewodnią,
skorygować i naprawić braki wychowania, aby stworzyć przyszłego,
pożytecznego członka tej korporacji.
Wiceprezes Arkonii, książę Seweryn Czetwertyński, wziął mnie pod rękę i,
chodząc po sali, wyjaśniał cele i ideały stowarzyszenia. Odczytał mi
rotę przysięgi arkońskiej, a na koniec podał mi rękę na znak, bym
dochował mych zobowiązań, na razie jako fuks, czyli kandydat.
Ustrój akademicki na dwóch wyższych uczelniach nadbałtyckich, w Rydze i Dorpacie, różnił się wyraźnie od rosyjskich uniwersytetów i specjalnych
wyższych zakładów. Obie te uczelnie zachowały status uniwersytetów
zachodnich, z senatem uniwersyteckim, z sądem akademickim, z szeregiem
pewnych swobód życia studenckiego, wreszcie z możliwością grupowania się
wychowańców w korporacjach oficjalnie zatwierdzonych i uznawanych przez
władze administracyjne.
Studenteria ryska i dorpacka dzieliła się na dwa różne, a niemające ze
sobą nic wspólnego odłamy: na korporantów i "wilderów", czyli dzikich.
Korporacje grupowały młodzież o kulturze zachodniej, z tradycjami,
przynależną do wspólnej sfery towarzyskiej. Zrzeszały studentów o pochodzeniu nierosyjskim, których łączył pewien instynkt samozachowawczy
przed wschodnim nihilizmem i skrajnym, moskiewskim nacjonalizmem.
Większość korporacji zrzeszała studentów pochodzenia niemieckiego,
należących do starego mieszczaństwa ryskiego lub szlachty bałtyckiej.
Szlachta bałtycka była na ogół usposobiona bardzo przychylnie do
Polaków. Wiele rodzin kurlandzkich spokrewniło się z sąsiednią szlachtą
polską ze Żmudzi i z Inflant. Wielu dawnych rycerzy mieczowych,
osiadłych w granicach Rzeczypospolitej, spolszczyło się całkowicie, o czym przekonałem się w Arkonii, stykając się ze studentami polskimi o takich nazwiskach jak: hrabia Broel-Plater, hrabia Plater-Zyberg, baron
Romer, baron Manteuffel-Zoege, graf Mohl, graf Borch, baron
Holstinghausen-Holsten, baron Weyssenhoff, baron Korf, baron Ropp,
których herby rodowe upiększały ściany sal rycerskich w Rydze i Mitawie.
Łączył nas ze szlachtą bałtycką wspólny wróg w postaci moskiewskiego
rusyfikatora.
Druga grupa studentów składała się z napływowych i obcych atmosferze
Rygi żywiołów rosyjsko-żydowskich o charakterze radykalnym - czy to
skrajnie prawicowym, czy to skrajnie lewicowym. Wśród tej grupy był
liczny zespół tak zwanych seminarzystów, którzy po ukończeniu
prawosławnego seminarium duchownego zrezygnowali z kariery kapłańskiej i korzystając z niektórych ułatwień, napłynęli tłumnie na Politechnikę
Ryską. Był to element dla mnie szczególnie wstrętny, w którym, co
niepojęte dla mojego polsko-szkockiego wychowania, łączył się nihilizm
ze skrajnym, rosyjskim szowinizmem, nietolerujący niczego, co nie miało
znamienia rosyjskiej i prawosławnej kultury. Wydawało mi się, że w ich
seminariach na pierwszym miejscu uczono nietolerancji.
Większość wilderów składała się z ludzi, którzy nie nadawali się do
zbiorowego życia korporacyjnego, nie znosili dyscypliny i rygoru
charakterystycznego dla ustroju korporacji. Jedynym poniekąd kulturalnym
elementem wśród tej - jak mi się wydawało - dziczy byli Żydzi, którzy
grupowali się w kole semickim zwanym z ruska Krużok, obsadzonym głównie
przez studentów wydziału chemicznego.
Jedyna korporacja rosyjska, Arktyka, o barwach: czarnej, złotej i czerwonej, składała się z mieszaniny różnych elementów reakcyjnych i była nieudolną kopią zewnętrznych cech niemieckiego burszenszaftu.
Czapeczki Arktyki dziwnie nie pasowały do rosyjskich głów, dając efekt
nieudolnej karykatury ich niemieckich idoli.
Pomiędzy polską Arkonią a rosyjską Arktyką istniała daleko posunięta
niechęć, która z biegiem czasu zmieniła się w nienawiść.
Tak więc środowisko korporantów i środowisko wilderów egzystowały obok
siebie, nie łącząc się, a nawet nie komunikując się wzajemnie.
Korporanci, jak zauważyłem, patrzyli na wilderów z nietajoną pogardą,
szczególnie gdy za moich czasów na spokojnej dotąd uczelni zaczęły się
strajki i zamieszki studenckie wzniecane przez Rosjan i Żydów
domagających się skasowania swobód akademickich, zamknięcia korporacji i wprowadzenia mundurów oraz języka rosyjskiego jako obowiązującego.
W pojęciu korporanta słowo wilder było symbolem wewnętrznego i zewnętrznego upadku, symbolem niższości, złego wychowania, nietolerancji
i chamstwa, a wreszcie bezczelności, z którą ten element chciał narzucać
swoje bezprawie i swoje poglądy.
Wilderzy nie uznawali ani sądu akademickiego, ani honorowego załatwiania
spraw, a senat uniwersytecki nieraz stawał bezradnie wobec zachowania
tych "panów".
W lutym udałem się jak zwykle do laboratorium, gdzie pracowałem nad
wykańczaniem ostatniej analizy jakościowej. Ku memu zdziwieniu ujrzałem
przed gmachem politechniki tłum studentów wilderów, a nad ich głowami
górował Rosjanin o typowo nadwołżańskiej twarzy z nieco skośnymi oczyma.
Był rozczochrany i w niechlujnie narzuconym na ramiona palcie. Zamiast
krawatu i kołnierzyka wyzierała czerwona rubacha z wyszywanym, stojącym
kołnierzem.
Nie mogłem dosłyszeć mówcy, widziałem, że gestykulował zawzięcie.
Przepychając się, spotkałem znajomego mi z laboratorium Żyda z wydziału
chemii i spytałem o przyczynę tego skupiska.
- To wy nie słyszeli? - odpowiedział ze zdziwieniem. - Komitet
wykonawczy russkoj progriessiwnoj mołodioży objawił wsieobszczuju
zabastowku (strajk generalny) w institutie.
- Jakie są powody tego strajku? - spytałem.
- My chcemy wprowadzenia tych samych praw, co we wszystkich
politechnicznych instytutach Imperium oraz uniformu i rosyjskiego języka
- wyjaśnił.
Zdenerwowałem się, przyjechałem specjalnie do Rygi cieszyć się jej
wolnością, a nie urzędniczym reżimem i rusyfikacją panującą na
rosyjskich uczelniach.
- Kim są ci, co uzurpują sobie prawa gospodarzy tego instytutu i decydowania za innych? - warknąłem gniewnie. - Czy i wy także do nich
należycie?
Żyd poczerwieniał.
- Ja właściwie nie przyjmuję aktiwnogo uczastija - zaczął się wycofywać.
- Ja tylko jestem simpatik i nabludatiel (obserwator).
Wzruszyłem ramionami i skierowałem się ku drzwiom wejściowym, z trudem
torując sobie łokciami drogę. Usłyszałem z tłumu kilka obraźliwych uwag
skierowanych do mnie. Starałem się zachować spokój i nie zwracać na to
uwagi. W pobliżu drzwi znalazłem się wśród grupy korporantów chcących
również dostać się do wnętrza. Niestety, drzwi wejściowe były zamknięte,
a na nich przybito wielki, papierowy afisz z napisem: "Wsieobszczaja
studienczeskaja zabastowka - Ispołnitielnyj Komitiet" (Studencki strajk
generalny - Komitet Wykonawczy). Stałem przez chwilę bezradnie, a potem
ujrzałem przedzierającego się przez tłum w naszą stronę mojego
przyjaciela Hoyningen-Huenego z korporacji Bałtyka.
- Was will diese Kanalie? (Czego chcą te kanalie?) - spytał głośno i,
nie czekając, zdarł z drzwi ogłoszenie, rzucił je na ziemię i podeptał
nogami.
Był to krok nierozważny. Znaleźliśmy się w kilkunastu wśród
rozagitowanego tłumu składającego się wyłącznie z Rosjan i Żydów.
Zaczęły się odzywać pojedyncze głosy:
- Dołoj korporantow! (Precz z korporantami!) - tu i ówdzie pokazały się
wzniesione pięści. Tłum wilderów coraz silniej naciskał na naszą
nieliczną grupę. Nagle tłum się uspokoił i nastała cisza. Ku naszemu
zdziwieniu ujrzeliśmy wśród morza głów wyniosłą postać Szymona
Meysztowicza. Stał na ławce ogrodowej i dawał znak ręką, że chce
przemówić.
- Eto polskij korporant - rozległy się nieprzyjazne okrzyki, ale potem i pojedyncze głosy: - Wysłuszajem, czego on choczet.
- Panowie - przemówił donośnym, ale początkowo zdenerwowanym głosem
Meysztowicz. - Znaleźliśmy politechnikę zamkniętą i wywieszone na
drzwiach ogłoszenie o powszechnym strajku, podpisane przez jakiś
anonimowy komitet wykonawczy. To postanowienie sprzeciwia się wolności
studenckiej, jest narzucone przez organizacje nielegalne, bez
porozumienia z nami, bez aprobaty wszystkich studentów - przemawiał
teraz spokojnie, był dobrym mówcą.
- Panowie, nie jesteście w Rydze gospodarzami, a tylko gośćmi,
zachowanie wasze przeczy zasadom dobrego wychowania i prawdziwego
parlamentaryzmu. Nie jestem wcale ciekaw, o co panom chodzi - głos jego
stał się stanowczy - ale oświadczam, że my przyjechaliśmy tutaj dla
nauki, a nie dla waszych agitacji politycznych i plugawienia przez was
uczelni, która was tak gościnnie przyjęła i w której korzystacie ze
wszelkich swobód osobistych.
- Oświadczamy - mówił dalej twardo - że nie przyjmiemy udziału w waszym
nielegalnym akcie, że będziemy nadal kontynuować nasze studia, a wy
możecie robić, co się wam podoba pod warunkiem, że nie będziecie włazić
nam w drogę, a od naszej uczelni ruki dołoj, panowie - dokończył z pogardą.
Wśród wilderów zawrzało. Miejsce Meysztowicza zajął jakiś krzykliwy
jegomość, wygrażając pięścią w naszą stronę.
- Dołoj baronow, dołoj pomieszczikow! - krzyczał tłum.
W atmosferze czuć było zbliżającą się bójkę, trzymaliśmy nasze laski w pogotowiu. Na szczęście ujrzeliśmy kilkadziesiąt barwnych czapeczek
zbliżających się w naszą stronę.
- Burschen heraus! - zawołał jeden z Bałtów.
Na czele odsieczy zobaczyłem krępą postać Totka Radziwiłła w towarzystwie znanych również ze swojej siły: von Bahrlöwena, studenta z Bałtyki, i Andrzeja Bower de St Clair, spolonizowanego Szkota, członka
naszej Arkonii.
Na widok tych trzech, znanych wśród studentów siłaczy, tłum się
rozstąpił.
- Towariszczi - zawołał jakiś piskliwy głos - eto izwiestnyje siłaczi
profesjonały.
Po czym wilderzy zaczęli się rozchodzić, a tylko główny ich agitator
wykrzykiwał jeszcze w naszą stronę:
- My protestujemy, ale wobec waszej przemocy tym razem, tylko tym razem,
rozchodzimy się w pokojowy sposób.
Tegoż dnia konwent seniorów odbył naradę z senatem politechniki.
Zadecydowano, że studenci przeciwni strajkowi podpiszą deklarację,
otrzymają specjalne przepustki do gmachu politechniki, a dla innych
uczelnia będzie zamknięta.
Przez kilka dni zapanował względny spokój, mogliśmy bez przeszkody
pracować i uczęszczać na wykłady. Stosunki między nami a grupą wilderów
stawały się jednak coraz gorsze.
Nie atakowano nas otwarcie, ale znajdowaliśmy z rana laboratorium
zapowietrzone wyziewami siarkowodoru lub otwarte kurki z gazem. W kreślarni zalano tuszem kilka wykończonych rysunków, na wykładach
wybuchały petardy. Były również przypadki napadów na pojedynczych
korporantów, te jednak odwzajemnialiśmy biciem wilderów.
Czułem się dobrze na studiach w Rydze i lubiłem to miasto.
Atmosfera Rygi szczególnie sprzyjała życiu akademickiemu. Było to miasto
prowincjonalne, żyjące spokojnym, statecznym życiem, pełne swoistego
uroku, pełne tradycji płynącej z pokrytych pleśnią starych,
hanzeatyckich murów, z jej gotyckich tumów o strzelistych wieżycach, z szerokich kwiecistych parków i bulwarów, wreszcie z majestatycznej
Dźwiny płynącej szerokim korytem ku morzu.
Wszyscy się tutaj wzajemnie znali, a barwna czapeczka korporacyjna
otwierała drzwi do prywatnych domów poważnych rodzin ryskiego
mieszczaństwa lub bałtyckiego ziemiaństwa.
Nie było w Rydze wyraźnej linii demarkacyjnej pomiędzy wsią a miastem.
Żyło się tutaj życiem półwiejskim, a kwatera Arkonii z tradycyjnym
służącym, Żmudzinem Wincentym, przypominała swoim urządzeniem wnętrze
dworu wiejskiego.
Uczyłem się dużo. Miałem przed sobą poważne egzaminy z chemii
nieorganicznej, geometrii wykreślnej, z geologii i mineralogii, a sam
upodobania miałem raczej humanistyczne.
Wyższą matematykę udało mi się jednak zaliczyć z niespodziewanie dobrym
rezultatem tuż przed świętami wielkanocnymi. Dało mi to dużo pewności
siebie, ale nadal siedziałem nad książką do późnego wieczora.
Ojciec mój, na ogół pełen wyrozumiałości dla różnych drobnych grzeszków
studenckich, był bardzo wymagający, gdy chodziło o naukę. Dreszcz mnie
przechodził na myśl, jakie spotkałoby mnie przyjęcie w domu, gdybym
pozostał na rok następny na tym samym kursie.
Profesor Bischoff, znakomity chemik o światowej sławie, był szczególnie
zawzięty na "agronomów" i nie uznawał stopni pośrednich. W jego pojęciu
były tylko dwie drogi: albo znajomość przedmiotu i wtedy stawiał piątkę,
albo uważał, że student nie ma pojęcia o chemii i z całym spokojem
stawiał jedynkę.
Największym postrachem był jednak profesor Kieseritzky wykładający
geometrię wykreślną. Odznaczał się, jak zresztą wszyscy wykładowcy tego
przedmiotu, nie tylko bujną wyobraźnią, której wymagał od swoich pupili,
lecz i nieposkromionym temperamentem.
Wieczorami wychodziłem na miasto, aby odetchnąć świeżym powietrzem i dać
odpoczynek mojej głowie pełnej formułek chemicznych, gnejsów, kwarców,
wreszcie przeklętych przecięć stożka z kulą lub dwóch cylindrów o różnej
średnicy.
Wałęsałem się nad brzegiem Dźwiny lub po wąskich uliczkach Starego
Miasta.
Wieczory były na ogół ciche. Księżyc, na poły ukryty w chmurach,
wyłaniał się chwilami, rzucając srebrne blaski na uśpione miasto. Zegar
na wieży ryskiego tumu rytmicznie wybijał godziny.
Były jednak uliczki, na których ogarniał mnie dziwny niepokój, czułem za
sobą prąd zimnego powietrza i ze strachem oglądałem się za siebie.
Którejś nocy, na uliczce prowadzącej do placu, na którym mieścił się
Schwarzhäupter Haus10, z majaczącymi o zmroku rzeźbami czarnych
głów, wyrosła przede mną wysoka postać jakiejś kobiety o dziwnie bladej
twarzy, na poły zakrytej wielką, czarną chustą spływającą na ramiona.
Spojrzała na mnie wzrokiem tak przenikliwym, tak strasznym, i to patrząc
mi prosto w oczy, że nie pytając, o co jej chodzi i czy coś ode mnie
chce, zacząłem biec na oślep, błądząc w labiryncie wąskich, pustych ulic
Starego Miasta.
Uspokoiłem się dopiero na oświetlonej i gwarnej Kalkstrasse.
Pod koniec maja otrzymałem od mojego ojca list, w którym polecił mi, bym
po skończonych egzaminach stawił się na praktykę wakacyjną przy budowie
naszej kolei, na odcinku Poniewież-Nowoświęciany i po przybyciu na
miejsce niezwłocznie zameldował się u inżyniera Abramowa, naczelnika
drugiego odcinka budowy.
Abramow wyznaczył mi zadanie zniwelowania profilu świeżo wytyczonej
linii na przestrzeni dziesięciu wiorst, aż do jeziora Rubiki. Tam miałem
się spotkać z niejakim Plechanowem, studentem Instytutu Dróg i Komunikacji z Petersburga, idącym z przeciwnego kierunku, by razem
porównać rezultaty naszych prac.
Uprzedzono nas, że nie powinniśmy dopuścić do omyłki przekraczającej
jedną dziesiątą sążnia.
Miałem dosyć wprawy w posługiwaniu się niwelatorem, gdyż nauczony przez
ojca nieraz zastępowałem go przy niwelacji łąk w Syłgudyszkach, a po
niedawnym egzaminie z geodezji i dwutygodniowej praktyce pod
kierownictwem znanego pedanta i bardzo wymagającego profesora, Niemca,
byłem całkowicie pewny siebie. Nie miałem natomiast żadnego pojęcia o kwalifikacjach fachowych mego partnera Plechanowa.
Za każdym przestawieniem niwelatora sprawdzałem instrument i przepisowo
co kilkaset sążni pozostawiałem za sobą repery, czyli stałe punkty
niwelacyjne.
Doszedłszy wraz z grupą robotników do wyznaczonego miejsca, siadłem na
wyniosłym pagórku, wyczekując niecierpliwie pojawienia się na horyzoncie
Plechanowa i jego grupy.
Tak przeszła godzina jedna, potem druga, nadchodził wieczór, a Plechanowa i jego ludzi ani śladu. Zrezygnowałem z dalszego czekania i udałem się na nocleg do sąsiedniej wsi.
Zasiadłem właśnie nad misą kwaśnego mleka i kartofli obficie okraszonych
skwarkami, które tak lubię, gdy na progu izby stanął dziesiętnik mojej
grupy robotników. Był to rodowity Litwin z okolic Owanty, stary i, jak
zdążyłem zauważyć, doświadczony robotnik, który spędził całe życie przy
budowach kolei.
Oznajmił mi, że na własną rękę wyszedł na spotkanie grupy Plechanowa, że
widział się z nim i że Plechanow zapowiedział mu, że ze względu na
trudny teren nie przypuszcza, aby ukończył swój odcinek przed upływem
paru dni.
Zaprosiłem dziesiętnika do stołu i podzieliłem się jedzeniem. Po
skończeniu kolacji siedliśmy na przyzbie. Skręciliśmy w ręku papierosy z machorki zwane na Litwie "bankrutki" i paląc, zaczęliśmy medytować nad
tym, co dalej począć.
- Jak idzie robota w tamtej partii? - spytałem.
- Prawda powiedzieć, to słyszałem jakoby obojętnie. Pytałem się tamtego
dziesiętnika Kuryłę, czy pozostawili repery. Tak gada, że żadnych
reperów nie byli zostawiwszy. Po mojemu, to u nich gdzie wyjemka, to
wyszedł nasyp, a gdzie nasyp, to wyjemka. Sam Kuryło, jak spytałem, to
tylko plunął, machnął ręką i zamilczał... Jak ten mówił, wychodzi "ni
pipka, ni rybka"... Będzie nasz Abramow łajać się, aż w niebie musić
będzie słychać.
- To i nam się dostanie? - spytałem.
- Wiadomo, że i nam wleci. Za jednego durnia wszystkim trzeba cierpieć,
a do tego przyjdzie się na nowo niwelirówkę robić - machnął ręką i po
chwili dodał ze złością: - Z Ruskimi tak zawsze, rusyfikować i w cudze
wchodzić to umieją, ale do porządnej roboty, a nie do pyskowania, to
pożal się Boże. Nie na darmo pan generał do roboty ich nie chce
przyjmować.
- A inżynier Abramow? - spytałem.
- A... a... Abramow? On inny, on Sybirak, a matka jego Polaczka.
Następnego dnia, wczesnym rankiem, wynajęliśmy we wsi furmankę, by udać
się do odległego o kilkanaście wiorst miasteczka Onikszty, gdzie
mieściła się kancelaria naczelnika drugiego dystansu.
Inżynier Abramow, olbrzym o jasnych oczach, obfitej brodzie i złotym
sercu, znany był ze swego rubasznego obejścia, a gdy wpadł w gniew, nie
przebierał w doborze słów.
Zdziwił się na mój widok i spytał o Plechanowa.
- Dziesiętnik go widział. Podobno ma ukończyć swój odcinek za parę dni -
odpowiedziałem.
- To na razie będziecie dozorować zabijanie pali pod budowę mostu na
rzece Świętej, a jak Plechanow będzie gotowy, to was ściągnę - rozkazał
ponuro.
Jakoż po dwóch dniach w towarzystwie naczelnika wyjechałem na spotkanie
Plechanowa.
Zastaliśmy go w oznaczonym miejscu. Po wzajemnym przywitaniu i wyjaśnieniach Plechanowa o przyczynie opóźnienia, których Abramow
wysłuchał nachmurzony, wyjęliśmy nasze notatniki niwelacyjne, aby
sprawdzić wyniki pomiarów. Oniemiałem z przerażenia. Omyłka nie tylko
przekraczała jedną dziesiątą sążnia, ale wybiegła znacznie ponad półtora
sążnia.
- No, dajcie mi wasze notatniki - rzekł inżynier Abramow.
Zapanowała cisza. Twarz naczelnika poczerwieniała.
- Pieriejasławski - rzekł, hamując gniew - czy pan pozostawił repery?
Skinąłem potakująco głową.
- No a wy, Plechanow? - Nastąpiło milczenie.
- Tfu - splunął. - Po prawdzie ja w życiu takiej niwelirówki nie
widział... różnica na dwudziestu wiorstach półtora sążnia, czort
znajet... albo Polak nagrieszył, albo tipiczny ruski serwis... czort
znajet... - A po chwili ciszy dodał już spokojniej: - Jak u Kryłowa:
Lebied, Rak i Szczuka, jeden lezie do dołu, drugi leci do obłokow.
Trzeba na nowo wszystko sprawdzać, a potom uwidim, kto praw, kto
winowat. Strata wriemia i durdom (dom wariatów) z takimi praktykantami.
- Pieriejasławski - rozkazał gniewnie po chwili milczenia - jutro rano
do Traszkun na obliczenie robót ziemnych, a wy, Plechanow, do wsi
Grybele na wytyczanie krzywej.
Staliśmy z Plechanowem w milczeniu, spoglądając jeden na drugiego z nieukrywaną niechęcią.
Mój dziesiętnik, przysłuchujący się z uwagą całej rozmowie, podszedł
potem do mnie i szepnął:
- U nas wszystko w porządku, niech pan nie bieduje. Repery mamy, niech
sprawdzają, nawet przy drugiej niwelirówce stołka nie mogą nam
podstawić.
Rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę.
Po paru tygodniach wezwano nas do naczelnika dystansu.
- Nu, tak u was, Pieriejasławski, toczka w toczku, a wy, Plechanow, choć
wy i putiejec, a nie agronom, tak wstyd gadać, gospodin inżynier, ot wam
by lepiej z babami kapustę w ogrodzie sadzić.
Biedny Plechanow zbladł. Nie było mi go jednak żal, ze względu na
poprzednią jego arogancję. Przykro mi tylko było patrzeć na człowieka
pozbawionego zdolności do wykonywanej przez siebie pracy. Czułem jego
bezsilność.
Na dobitek, wkrótce wynikła nowa komplikacja związana z wytyczeniem
zakrętu kolejowego pod wsią Grybele. Co tam było, nie mogłem się
dokładnie dowiedzieć, ale legenda o "krzywej grybelskiej" rozeszła się
głośnym echem po całej okolicy. Wiedział o tym i miejscowy asesor, i proboszcz w Ucianie, i sąsiedzi. Grybele dostały się na języki całej
parafii uciańskiej i sąsiedniej wiżuńskiej. Za każdym razem, gdy
jechałem koleją w stronę Poniewieża, to konduktorzy, autochtoni z Nadbałtyki, uważali za swój obowiązek przypomnieć to sławne miejsce:
- Tak znaczysia, w tym miejscu ruski inżynier "rozbijał krzywe".
Na początku 1898 roku wybuchły na nowo strajki studenckie na
Politechnice Ryskiej.
Senat uniwersytecki postanowił zawiesić wykłady i zamknąć politechnikę
na czas nieograniczony, czyniąc jedynie wyjątek dla dyplomantów
kończących swoje prace.
Do Rygi nadjechali delegaci Polonii dorpackiej i Bratniej Pomocy
Akademii Rolniczej w Puławach. Na obu tych uczelniach również doszło do
poważnych starć pomiędzy większością studencką a napływowym elementem
rosyjskim.
Zredagowano wspólną odezwę, w której my, Polacy, bez ogródek
napiętnowaliśmy zachowanie studenterii rosyjskiej w tych zakładach,
wytykając jej zachłanność nacjonalistyczną, brak poszanowania cudzego
zdania i zwyczajne chamstwo w postępowaniu.
Nie było już potem celu pozostawać nadal w Rydze. Otrzymałem od ojca
list, w którym radził mi, abym pojechał na karnawał do Wilna, a następnie udał się do Petersburga i odbył jednoroczną służbę wojskową.
Do Wilna wyjechałem w gronie kilku kolegów. Trafiliśmy na okres
największego ożywienia towarzyskiego poprzedzającego zwykle koniec
karnawału.
Było już przedwiośnie. Ranki były mroźne, ale za dnia Wilno pławiło się
w słońcu, śniegi topniały. Na tle błękitu nieba czerwieniały dachy
kościołów, odcinały się wyraźnie zarysy Góry Zamkowej i barokowe wieżyce
świątyń.
Zjazd ziemiaństwa był tego roku liczny. Zjeżdżano całym dworem, z liczną
służbą, końmi i karetami. Składaliśmy wizyty i wieczorami chodziliśmy z balu na bal. Nad ranem wracaliśmy do hotelu George'a, aby się przespać,
trafić na obiad i w międzyczasie zajrzeć na ślizgawkę.
W owym karnawale było wiele prawdziwie pięknych panien, a wśród nich
urodą wyróżniała się Nina Wereszczakówna, siostra mego przyjaciela Mika.
Po paru tygodniach takiego życia byłem tak zmęczony, że wpadłem na kilka
dni do Syłgudyszek, aby się przespać, uspokoić i posiedzieć z książką w ręku, w dobrze nagrzanym pokoju.
Pogoda się popsuła, nastały śnieżyce, ociągałem się z wyjazdem z domu, w którym było mi tak cicho, dobrze i przytulnie.
W końcu wyjechałem, trafiając po drodze na zaspy śnieżne, i ledwie
zdążyłem do Nowoświęcian na wieczorny kurier do Petersburga.
Był mroźny, słoneczny poranek marcowy, gdy w drugim szwadronie Pułku
Konnych Grenadierów Gwardii wyjechałem stępa na plac ćwiczeń przed
koszarami w Peterhofie.
Rozległy się słowa komendy, zastukały kopyta końskie o twardą,
zmarzniętą ziemię i kara linia końska rozwinęła się długim frontem.
W płaszczu żołnierskim, z oznaką jednoroczniaka na naramiennikach i ciężką szablą przy boku siedziałem na siodle, mając pod sobą olbrzymią,
narowistą, karą szkapę.
Jako jedyny syn nie byłem obowiązany do służby wojskowej, uległem jednak
woli ojca, który uważał, że jeżeli nie przejdę przez dyscyplinę
wojskową, to później nie nadrobię już tego w życiu cywilnym i nie będę
potrafił utrzymywać siebie i innych w karbach dyscypliny życiowej.
Dzięki rekomendacji barona Pilara spod Parnawy, przyjaciela mojego ojca,
przyjęto mnie do Pułku Konnych Grenadierów Gwardii. Był to
najskromniejszy, ale najbardziej zdyscyplinowany i bojowy pułk z Drugiej
Dywizji Kawalerii Gwardyjskiej.
Korpus oficerski składał się wyłącznie z ziemiaństwa bałtyckiego.
Towarzystwo było dobrze wychowane, spokojne, zgrane. Nie było ani
hulatyki, ani kart, ani pijaństwa, które niejednego z młodych ludzi
służących w gwardii doprowadziły do ruiny.
Pułkiem dowodził baron Pilar von Pilchau, brat wspomnianego przyjaciela
ojca. Był to oficer surowy, wymagający dużo od siebie i swoich
podwładnych, ale jednocześnie człowiek dobry, uczynny i gentleman. Od
oficerów i jednoroczniaków wymagał sumienności, dobrego wychowania, nie
tolerował poufałości w stosunkach, a za najmniejszy objaw chamstwa bez
miłosierdzia wyrzucał z pułku.
Znałem ten pułk z tradycji i opowieści mojego krewnego, Józefa Jagmina,
właściciela majątku Rauby pod Radziwiliszkami na Żmudzi. Wuj Józef w młodości służył w tym pułku i podał się do dymisji w randze rotmistrza.
Ucieszyłem się bardzo, gdy wśród jednoroczniaków dostrzegłem znajome
twarze: Mohrenschilda, Hoyningen-Huenego i Korffa, moich kolegów z politechniki, członków korporacji Bałtyka.
Wśród grenadierów i podoficerów było zaledwie kilku Rosjan, przeważali
Łotysze, Litwini, było kilku Polaków i Ukraińców. Wszyscy okazałego
wzrostu, wymusztrowani, czerwoni na twarzy, w dobrze po gwardyjsku
skrojonych mundurach i płaszczach, a gdy w swych czarnych, lakierowanych
hełmach dosiedli koni, to przypominały mi się obrazy najlepszych
batalistów.
Po dwóch tygodniach pobytu w koszarach otrzymałem wraz z innymi
jednoroczniakami pozwolenie mieszkania na mieście i stołowania się w kasynie oficerskim.
Moim najbliższym zwierzchnikiem był wąsaty, szpakowaty wachmistrz z licznymi szewronami na rękawach. Nazywał się Semen Gajduk, pochodził z Podola, gdzieś z okolic Starokonstantynowa, które często wspominał. Był
to typowy wachmistrz dawnego chowu, przesłużył w pułku kilkanaście lat,
zżył się z pułkiem jak z najbliższą rodziną, a regulamin znał jak Ojcze
Nasz.
Szwadronem dowodził Kurlandczyk, baron von der Recke, ziemianin spod
Mitawy.
Każdy z nas miał przydzielonego ordynansa. Na moją prośbę wyszukano mi
Litwina. Był to syn gospodarski ze wsi Szaraki, z sąsiedniej dla
Kukuciszek parafii tawrogińskiej.
Czas przechodził szybko. Pułk nasz wystąpił na letni kwaterunek w Krasnym Siole i w Duderhofie. Widziałem wspaniałe, jak na obrazach,
ruchy kawalerii, asystowałem w sławnej szarży Zorza w Krasnym Siole i w galopach "naprawlenije na kazarmy" (kierunek - koszary) w Duderhofie.
Nadeszła jesień, egzaminy na chorążego, powrót do Rygi.
Kilka miesięcy służby wojskowej pozostało mi jako jedno z najmilszych
wspomnień w życiu, a przez długie tygodnie, już na wykładach w Rydze,
wciąż brzmiała mi w uszach pobudka poranna, brzęk ostróg i tupot kopyt
końskich. Pozostała mi wreszcie niechęć do ludzi niechlujnych,
niepodciągniętych życiowo, nieumiejących trzymać fasonu.
Wojsko zmienia.
Jako student czwartego kursu, po zakończeniu trzech kursów i zdaniu
wszystkich egzaminów oraz zaliczeniu ćwiczeń w laboratoriach i kreślarniach, spędziłem ostatni rok na farmie rolniczej Peterhof pod
Rygą.
Oprócz praktyki rolnej, słuchałem tam wykładów rolniczych i korzystałem
z laboratorium dla wykończenia mojej pracy dyplomowej. Postawiłem bowiem
na swoim i w ciągu semestru odrobiłem wszystkie zaległości spowodowane
strajkami i służbą wojskową. Zostałem dopuszczony do pracy dyplomowej.
Wyjechałem do Peterhofu po balu Arkonii w drugiej połowie lutego.
Dyrektorem farmy i stacji doświadczalnej był profesor doktor von
Knieriem, znany autorytet w dziedzinie hodowli bydła. Do pomocy miał
profesora Stahl-Schrödera, filistra korporacji Bałtyka, i doktora
Bursiana, Łotysza z pochodzenia.
Mieszkaliśmy w oficynie, w której na parterze mieściły się laboratoria i sale wykładowe, na piętrze zaś pokoje studenckie.
Z mego okna widać było płaski krajobraz zamknięty wokoło ciemną linią
lasów. Olbrzymie bory rządowe ciągnęły się setkami wiorst, aż hen ku
miasteczkom Bausk i Iłłukszta. Pełno w nich było zwierzyny i ptactwa,
szczególnie łosi i głuszców. Znane były również wiosenne ciągi słonek w olszynach i brzozowych zagajnikach leżących pomiędzy Rygą a Mitawą.
Stosunki z domem profesora były serdeczne, czuliśmy się jak w rodzinie,
stołowaliśmy się wszyscy u pani profesorowej, a Marychen, córka
profesora, która wydawała mi się nieskończenie piękna, była moją stałą
partnerką w tenisie.
Nasza grupa dyplomantów była nieliczna. W większej części byli to
ziemianie nadbałtyccy. Nas, Polaków, było czterech. Było też wśród nas
dwóch wyjątkowo przyzwoitych Rosjan: Szyszkow, syn marszałka szlachty
guberni tambowskiej, i Glinka, z guberni smoleńskiej, syn znanego
liberała i działacza ziemstw.
Oprócz zwykłych zajęć musieliśmy po kolei dyżurować w różnych działach
gospodarstwa. Do najmniej przyjemnych należały dyżury w oborze, bo już o piątej rano trzeba było być przy udoju. Spóźnić się nie było można.
Wyrozumiały i ludzki zazwyczaj profesor Knieriem był niezwykle uczulony
na punkcie punktualności i trzykrotne spóźnienie się na dyżur groziło
wydaleniem z majątku.
Tematem mojej pracy dyplomowej była uprawa i nawożenie łąk. Nie musiałem
więc spędzać długich godzin w oborach lub stajniach, lecz na świeżym
powietrzu, wśród wilgotnych łąk poprzecinanych rzekami.
W jednej z takich rzek, niedaleko zabudowań majątku, kąpaliśmy się
popołudniami, zabierając ze sobą zazwyczaj jeden z wierzchowców, aby
przy sposobności popławić konia w bieżącej wodzie.
Pewnej soboty, a były to urodziny profesora, pozostawiłem konia na łące
i wypłynąłem w kierunku młyna. Będąc na środku rzeki, usłyszałem z brzegu wołanie i tętent kopyt końskich. To mój kolega, chcąc mi zrobić
niespodziankę, wskoczył na oklep na konia i kłusował po łące, kierując
szenklami. Nie miał na sobie dosłownie nic. Zacząłem do niego krzyczeć
dla żartu, że zaraz przyjdą tutaj dziewczyny. Koń musiał się widocznie
wystraszyć mojego wołania lub leżących na trawie kolorowych ręczników,
bo zawróciwszy, pognał wyciągniętym galopem w stronę stajni, unosząc na
sobie bezradnego, nagiego jeźdźca.
Potem usłyszałem z daleka pisk głosów niewieścich i tubalne wołania
panów. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności droga do stajni wiodła tuż
koło domu profesora, gdzie zebrali się już goście: panowie, z miejscowym
pastorem na czele, w długich, czarnych surdutach oraz barwne grono
podlotków w letnich, kolorowych sukienkach. Na werandzie powstało
zamieszanie. Raptem coś różowego oderwało się od konia, zatoczyło krąg w powietrzu i zrulowało na ziemię. W chwilę potem, utarzana w pyle,
niewiadomego koloru postać biegła rozpaczliwie w moją stronę. Moim nagim
kolegą był Edward hrabia O'Rourke, późniejszy biskup gdański.
Żal mi było wyjeżdżać z Peterhofu, ale bryczka stała już gotowa do
drogi. Pożegnałem profesora Knieriema i jego rodzinę, pożegnałem
Marychen, pożegnałem asystentów i służbę folwarczną, obszedłem wszystkie
kąty. Po raz ostatni patrzyłem na znajomy płaski krajobraz z ciemnym
pasmem lasu na horyzoncie i z czerwieniącą w dali, wśród drzew,
wieżyczką kościoła. Trzeba się było śpieszyć na kolej.
Przed tygodniem obroniłem pracę dyplomową i zdałem dyplomowy egzamin. Z jednej strony byłem szczęśliwy, że mam tytuł inżyniera agronoma, że mam
drugi zawód. Z drugiej zaś strony żal mi było lat akademickich, końca
młodości, który zaskoczył mnie tak nagle.
Na dworzec, bez uprzedzenia, przyszedł profesor i koledzy, by uścisnąć
mi rękę. Pociąg ruszył. Wtoczył się na most kolejowy. Był wieczór,
zamajaczyły w dole szare fale Dźwiny. Potem zarysowały się kontury
wieżyc kościelnych, szare mury miasta.
Opuszczałem Rygę.
Rodzicami Autora byli: książę Bolesław Pieriejasławski-Jałowiecki (ur. w 1843 r.), syn Antoniego i Anny z Burych, oraz Aniela Tekla z Witkiewiczów; miał dwie siostry: starszą od siebie Jadwigę, czyli Adę (ur. w 1875 r.), i młodszą Anielę (ur. w 1885 r.) (przyp. MZ). [wróć]
Oboczności nazw podane w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji. [wróć]
Aleksander II Romanow, ur. w 1818 r., cesarz Rosji od 1855 r., zginął 13 marca (1 marca starego stylu) 1881 r., zabity przez zamachowca z rosyjskiej organizacji Narodna Wola (przyp. MZ). [wróć]
Opis Autora częściowo odbiega od faktów. Wydarzenia ("rzeź kroska") miały miejsce w listopadzie 1893 r., a konflikt dotyczył kościoła przy klasztorze sióstr benedyktynek, niedawno skasowanym przez władze rosyjskie (przyp. MZ). [wróć]
Aleksander III Romanow, ur. w 1845 r., cesarz Rosji od 1881 r., zmarł 1 listopada (20 października starego stylu) 1894 r. (przyp. MZ). [wróć]
Wilhelm II Hohenzollern (1859-1941), cesarz niemiecki i król pruski w l. 1888-1918 (przyp. MZ). [wróć]
Pozory mużyckie (z ros. "mużyk" - chłop) - tu w znaczeniu: swojskie, pospolite (przyp. AG). [wróć]
Księżna Alicja (Alix), ur. w 1872 r., po przejściu na prawosławie i ślubie z Mikołajem II w 1894 r. - cesarzowa Aleksandra Fiodorowna; wraz z mężem i dziećmi zamordowana przez bolszewików w 1918 r. (przyp. MZ). [wróć]
Właśc. Nikola I (Mikołaj I), ur. w 1841 r., w l. 1860-1910 książę, a potem do 1918 król Czarnogóry, zm. w 1921 r. (przyp. MZ). [wróć]
Dom (Bractwa) Czarnogłowych przy placu Ratuszowym w Rydze (przyp. MZ). [wróć]
W obcych stronach
Dobrze zagospodarowane wsie i pańskie dwory Nadbałtyki tak odbijały od
wsi Rosji etnicznej z jej niechlujnym, upokarzającym życiem chłopów i nieudolnością rosyjskich "pomieszczików", że zacząłem idealizować
kulturę niemiecką.
Miasta rosyjskie z całym zaniedbaniem, z cudacznością ludzi, o szalonych
kontrastach, gdzie żebrak mieszał się z bogatym kupcem w jakiejś dziwnej
zawiłości, gdzie nie tyle liczyła się praca, co nastroje, gdzie brak
było umiaru tak w biedzie, jak w bogactwie, również zaczęły mnie razić w porównaniu z niemiecką schludnością prowincjonalnych miast Nadbałtyki.
To moje nowe nastawienie, to szukanie jakichś życiowych wzorców, których
w Rosji znaleźć nie mogłem, spowodowało, że po obronie pracy dyplomowej
zacząłem zabiegać o odbycie praktyki rolniczej w Niemczech.
Praktykę taką odbyłem w dobrach barona von Wangenheima, w jego majątku
Klein Spiegel1 na Pomorzu Szczecińskim.
Baron Wangenheim odnosił się do mnie serdecznie, mimo kostycznego
usposobienia i wrodzonego dystansu do ludzi. Jego starsza córka Cecylia
imponowała mi swoją urodą, nie mógłbym jednak wyobrazić sobie
jakiegokolwiek zbliżenia między nami i wydawało mi się, że nie
interesowałem jej zupełnie. Była piękną, rosłą, wysportowaną dziewczyną,
jakże różną od miękkich, chichoczących Rosjanek, dla których
wysportowane ciało nie utożsamiało się z urodą, a wręcz przeciwnie,
gasiło w ich mniemaniu kobiecość.
Majątek barona był prowadzony wzorowo, a mnie jako praktykanta
traktowano poważnie. Wymagano ode mnie rzetelnej pracy i takiej samej
dyscypliny, jak od innych agronomów. Nie szczędzono mi natomiast
wyjaśnień, tak że moja praktyczna wiedza rolnicza bardzo na tym zyskała.
Pod koniec praktyki baron zaproponował mi towarzyszenie jemu i jego
córce w objeździe lasów.
Był wieczór. Siedliśmy do wysokiego żółtego breku zaprzęgniętego w parę
rosłych hanowerów. Baron Wangenheim ujął lejce i ruszyliśmy z kopyta.
Do lasu było parę wiorst. Początkowo jechaliśmy wzdłuż płaskich łąk
urozmaiconych zagajnikami.
Odleciały już bociany, tak charakterystyczne dla tego majątku. Gdzieś
wysoko w chmurach ciągnęły ku południu stada dzikich gęsi. Pożółkły już
brzozy, poczerniały dęby i buki. W powietrzu pachniało jesienią.
Cecylia i ja siedzieliśmy na tylnym siedzeniu odwróceni plecami do
powożącego. Z prawdziwą radością, ale i z zawstydzeniem znalazłem się
tak blisko niej. Starałem się nie przyznać przed sobą, że ciągnęło mnie
do tej wysokiej, niebieskookiej blondynki. Ona nie ułatwiała mi jednak
zbliżenia, milczeliśmy, a cisza ta krępowała mnie bardzo. Czułem jej
ciepło obok siebie i wpadłem w stan błogiego odrętwienia.
Kiedy dojeżdżaliśmy do bariery zagradzającej drogę do lasu, na niebo
wytoczył się wielki, czerwony księżyc. Zanim się ocknąłem, Cecylia
zeskoczyła na ziemię i otwierała szeroko wrota.
Wjechaliśmy w las i zwolniliśmy tempo.
Na drodze stanął gajowy.
- Panie baronie - rzekł, salutując - jelenie już się odezwały.
Podjechaliśmy stępem, by stanąć na brzegu polany leśnej oświetlonej
księżycem.
Po chwili z lasu wysunęła się ciemna sylwetka jelenia. Wyciągnął szyję.
Ozwał się głęboki, groźny, wyzywający ryk. Jakby w odpowiedzi na to
wezwanie, z przeciwległej strony wyszedł na polanę drugi jeleń.
Przeciwnicy zbliżali się do siebie z wolna z opuszczonymi ku ziemi
łbami, wreszcie doskoczyli do siebie i zwarli się rogami. Rozległ się
suchy chrzęst, jelenie doskakiwały do siebie, zaczepiały rogami,
wreszcie jeden z nich, czując własną słabość, oddalił się z pola walki i zniknął w ciemnych gąszczach.
Po kolacji siedzieliśmy w salonie. Podano kawę. Baron palił cygaro.
Cecylia pogrążyła się w ręcznej robótce, nie pasującej zupełnie do tej
wysportowanej dziewczyny.
- Wzywają mnie do Berlina - rzekł Wangenheim po chwili milczenia. -
Pojutrze jest posiedzenie Reichstagu. Socjaliści przygotowują na nas
atak na całej linii... i wiele, wiele przykrych niespodzianek -
westchnął.
- Czy przewiduje pan zwycięstwo socjalistów, panie baronie? - spytałem.
- Jeżeli mam być szczery, to tak. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale
w przyszłości na pewno - zaciągnął się cygarem.
- Niebezpieczeństwo leży nie w sile naszego przeciwnika - zaczął
wyjaśniać spokojnym z początku głosem - ale w nas samych. W naszym
egoizmie, w naszej inercji, w naszym zakłamaniu, a wreszcie w braku
poczucia obowiązku.
- Chyba tych wad nie można zarzucić ziemiaństwu niemieckiemu -
zauważyłem.
- Pan się myli - rzekł Wangenheim. - W tym braku poczucia obowiązku, w tej wygodzie zbyt łatwo dopuszczamy do naszej klasy wzbogaconych
nuworyszów, a ci - machnął ręką i głos jego przybrał zdenerwowany ton -
nie znają umiaru w niczym. Przyjmują tylko zewnętrzne cechy naszej
klasy, wewnątrz pozostając nieetycznymi chamami, którzy myślą, że
pieniądze są równoznaczne z nobilitacją. To oni ściągają na nas
nienawiść innych klas - wlepił we mnie oczy. Milczałem.
- Czy wszyscy tak robią? - zamyślił się. - Są zapewne wyjątki.
Pochlebiam sobie, że ja i moja rodzina do nich należą. Podczas pobytu u nas zauważył pan chyba, jak wiele czasu i pracy poświęcamy działalności
społecznej. Nasza szkoła, ochronka prowadzona przez Cecylię, klub
wiejski, kasa Raiffeisena. Nie będę się nad tym rozwodził. Założony
przeze mnie Związek Agrariuszy... - przerwał, by zakaszleć - założony
przeze mnie związek rozrósł się, liczymy kilkadziesiąt tysięcy członków,
ale obawiam się, że wypaczono moją ideę - zaczął mówić cierpkim głosem.
- Chciałem połączyć wszystkie twórcze elementa naszej wsi, chciałem
podciągnąć w górę jednych, doprowadzić do współpracy drugich, chciałem
przełamać bariery kastowe. Czy mi się to udało?... Wątpię. Dzisiaj lejce
wypadają mi z rąk i nie wiem, czy uda mi się wstrzymać wóz, na którym
siedzę, od stoczenia się w przepaść.
Niemiecki jest językiem głośnym, jego słowa padały twardo.
- Nie chłop niemiecki, nie drobny rzemieślnik, którzy tak ochoczo
stanęli do współpracy, a których liczymy w naszym związku na dziesiątki
tysięcy, ale właśnie ludzie pozornie z naszej sfery, ci wszyscy nowi
dorobkiewicze, których zbyt łatwo akceptowaliśmy, to oni psują mi pracę,
i to jedynie dla obrony własnych interesów. Czy pan wie, jakie panują
stosunki w sąsiedniej Meklemburgii? Niech pan kiedyś tam pojedzie i sprawdzi na miejscu.
Zamyślił się ponownie.
- Czy pan kiedykolwiek przemyślał, co to jest "arystokratyzm obowiązku"?
- ciągnął dalej, nie czekając odpowiedzi. - Zapamiętaj to sobie, mój
młody przyjacielu. Każdy z nas, którego los obdarzył posiadaniem,
nazwiskiem, przywilejami, nie powinien zapominać, że ciąży na nim
poważny dług względem otoczenia. Każdy dług wymaga nie tylko spłaty sumy
pożyczonej, ale i spłaty procentów. Nie zapłacony dług wzrasta z roku na
rok, stacza się jak kula śnieżna, przeistaczając się w lawinę, aż
wreszcie pewnego pięknego dnia niesumienny dłużnik wali się pod ciężarem
narosłych zobowiązań, których pokryć nie jest już w stanie.
Sięgnął po filiżankę kawy.
- My, jako klasa ziemiańska, przestaliśmy spłacać ten dług, zarówno
materialny, jak i moralny, bo za dużo dopuściliśmy do siebie
drobnomieszczaństwa, które kupując, bo to modne, majątki ziemskie i przybierając pańskie miny, stacza nas w dół. Obawiam się więc, że
nadejdzie chwila, w której nie potrafimy opanować sytuacji i zapłacimy
własną skórą, bo oprócz niej nic nam więcej nie pozostanie.
Pochylił się w moją stronę i mówił:
- Prężą się tam u was w Rosji chłopskie karki, zaciskają się pięści
robotników podżeganych socjalistyczną agitacją, z kosy zaczynają się
sypać iskry, ale i w naszym kraju nie jest lepiej. Socjalizm pochłonie
przede wszystkim nas, ale co gorsze pochłonie cały świat, zniszczy
odwieczną kulturę. A co w zamian da światu? Przypuszczam, że gorszą
niewolę. Socjalizm to doktryna drobnomieszczaństwa. Oni uznają tylko
arystokratyzm praw, wymagają, aby ich tak samo noszono na rękach, ale
oni nie uznają arystokratyzmu obowiązków. Wbijają klin między nas a chłopów i robotników, klasy o tej samej, naturalnej godności jak my.
Wbijają klin, by bezkarnie dokonywać swoich spekulacji, by zająć nasze
miejsce i samemu rządzić. Niech pan wraca do siebie na rolę, niech pan
choć w małej części spełni nasz obowiązek i spłaci dług, który na panu
ciąży, i niech pan usłucha mojej rady i stroni od drobnomieszczaństwa.
Ciągnęło mnie jednak do rolniczej pracy naukowej i uniwersyteckiej
profesury.
Po odbyciu praktyki w Klein Spiegel uznałem Niemcy za właściwy kraj do
uzupełnienia mojego naukowego wykształcenia. Za zgodą ojca udałem się na
dalsze studia na uniwersytety w Bonn i Halle. Przez te kilkanaście
miesięcy mego pobytu za granicą pracowałem usilnie i przygotowywałem
pracę doktorską na uniwersytecie w Bonn.
Przedmiotem mojej pracy była uprawa i melioracja torfowisk.
Poznałem wielu ludzi ze świata naukowego. Zwiedziłem kilkadziesiąt
gospodarstw w Niemczech i Danii. Spędziłem kilka tygodni na stacji
doświadczalnej Moorversuchstation w okolicach Bremy.
Miałem też sposobność zapoznania się z życiem studenckim na
uniwersytetach niemieckich. Byłem częstym gościem w korporacji Bonner
Borussia, będącej w kartelu z dwoma korporacjami ryskimi: z Arkonią i Bałtyką.
Jako filister Arkonii korzystałem ze wszystkich przywilejów, tak jak
alter-herr Borussii, a nawet brałem udział w uroczystym komerszu z udziałem niemieckiego kronprinca.
Nasłuchawszy się opowiadań o życiu w niemieckich korporacjach, byłem
mile zaskoczony stosunkami panującymi w Borussii i wysokim poziomem
towarzyskim jej członków.
Korporacje stanowiły elitę towarzyską młodzieży uniwersyteckiej i różniły się diametralnie od burszenszaftów, skupiających nowobogacką
studenterię, z którymi nie łączyły się ani towarzysko, ani oficjalnie. W korporacjach nie było upijania się piwem i krojenia sobie twarzy podczas
obowiązujących burszów pojedynków na rapiery.
Po ukończeniu moich prac w Bonn zamierzałem udać się na praktykę do
Instytutu Mleczarskiego w Hameln pod Hanowerem, gdy nieoczekiwanie
dostałem telegram od mojego szwagra, który wzywał mnie do Petersburga.
Telegram był lakoniczny, ale nie mogłem go zlekceważyć. Mój szwagier
Władysław Żukowski, wiele lat starszy ode mnie, był człowiekiem
poważnym, dyrektorem wielkich zakładów w Briańsku, posłem do Dumy i stałym referentem budżetu państwa.
Wieczorem byłem już w Berlinie. Z Frankfurter Bahnhof złapałem kurier do
Eydtkuhnen2.
Rano stanąłem w Eydtkuhnen i koło południa znalazłem się na stacji
granicznej w Wierzbołowie.
Po załatwieniu formalności paszportowych, które w Rosji trwają zawsze
bardzo długo, zostało mi trochę czasu na zjedzenie obiadu w restauracji
dworcowej. Obiad był typowy: barszcz małoruski ze śmietaną i jarząbki w sosie pomidorowym. Poczułem się w domu.
Minął już z górą rok, jak wyjechałem z kraju.
Przez okna wagonu patrzyłem na przesuwający się przede mną płaski,
monotonny krajobraz Suwalszczyzny, który po malowniczej a bogatej
Nadrenii wydawał mi się jakby pustynny, niemal dziki, ale jednak
swojski.
Pogrążony w myślach, anim się spostrzegł, gdy koła pociągu zadudniły na
moście kolejowym na Niemnie i za chwilę pociąg stanął na dworcu w Kownie.
Przejechałem Wilno i naszą stację Nowoświęciany. Wyobraziłem sobie, że
czekają tam na mnie konie, które zabiorą mnie do Syłgudyszek....
marzyłem. Zrobiło mi się smutno, że chociaż na chwilę nie mogę tam
wpaść.
Nazajutrz rano byłem w Petersburgu. Na Dworcu Warszawskim czekał już na
mnie mój szwagier.
Jak zawsze zwięźle wyjaśnił mi, że na skutek jego rozmowy z ekscelencją
Timiriaziewem, radcą handlowym ambasady rosyjskiej w Berlinie, zostałem
mianowany attaché rolniczym przy tej ambasadzie.
- Attaché!? - oszołomił mnie ten nagły zwrot w moim życiu.
- Radzę ci przyjąć tę nominację - powiedział. - Twój ojciec wyraził już
na to zgodę.
Nie czekając na moją odpowiedź, wyjaśniał dalej:
- Po południu masz spotkanie w Hotelu Europejskim z radcą Timiriaziewem.
Dobrze, żeś się nie spóźnił, bo on wraca za parę dni do Berlina. Twoja
nominacja jest już podpisana przez ministra rolnictwa Jermołowa, a paszport dyplomatyczny czeka na ciebie. Gratuluję - dodał, ściskając mi
rękę.
Byłem podniecony. Wszystko to spadło na mnie tak niespodziewanie, że nie
miałem czasu zastanowić się nad sytuacją.
Zajechałem do mieszkania rodziców przy ulicy Nadieżdińskiej, gdzie na
szczęście zastałem mego ojca. Omówił ze mną wszystkie pro i contra i cieszył się bardzo, że moja nominacja otwiera mi możliwości zapoznania
się nie tylko ze światem, ale i z rolnictwem.
Pojawiła się również mama. Matka moja, zwykle przeciwna wszystkiemu, co
miało jakiś kontakt z rządem rosyjskim, dała się jednak przekonać pod
warunkiem, że po paru latach wycofam się ze służby dyplomatycznej i przejdę do życia prywatnego.
Tegoż popołudnia udałem się do Hotelu Europejskiego przy ulicy
Michajłowskiej.
Portier hotelowy wskazał mi uprzejmie numer apartamentu zajmowanego
przez Timiriaziewa.
Miałem już zapukać do drzwi, gdy z wewnątrz doszła mnie gra na
fortepianie.
Ktoś grał nokturn Chopina, i to grał mistrzowsko. Stanąłem, nie chcąc
przerywać tej pięknej muzyki. Dopiero po chwili zdecydowałem się
oznajmić o moim przyjściu.
- Entrez - zawołano z wewnątrz.
Przy fortepianie siedział wysoki pan o szlachetnej twarzy okolonej
spiczastą, siwiejącą bródką. Ubrany był w świetnie skrojone, szare
angielskie ubranie i brązowe półbuciki na nogach.
Przywitał mnie uprzejmie, usadowił naprzeciwko w wygodnym fotelu i spojrzał na mnie badawczo:
- Jest pan, tak jak i ja, wychowańcem Liceum Cesarskiego i dlatego
zdecydowałem się na wybór pana, choć nie miałem przyjemności poznać pana
osobiście.
- Jesteśmy - ciągnął dalej - w toku pertraktacji o zawarcie umowy celnej
z Rzeszą. Rząd Rzeszy pod presją Związku Agrariuszy, z ich prezesem
baronem Wangenheimem na czele, opiera się zawarciu tej umowy i żąda
wprowadzenia wysokich ceł ochronnych na nasze zboże oraz obrobione
drzewo. Chce natomiast sprowadzać od nas bez cła otręby, kuchy i inne
pasze oraz drzewo okrągłe. Agrariusze niemieccy twierdzą, że Rzesza pod
względem produkcji zboża jest samowystarczalna i nie potrzebuje zboża
zagranicznego. Moim zdaniem nie odpowiada to rzeczywistości - przerwał
na chwilę, patrząc mi w oczy, jakby starając się wybadać, czy go
rozumiem. - Chcę mieć przy sobie fachowego rolnika. Zadaniem pańskim
będzie rozeznanie stanu i potrzeb rolnictwa niemieckiego.
- Nie będzie to żaden wywiad ekonomiczny - dodał. - Prowadzimy grę
legalną i nie potrzebujemy nic ukrywać. Będzie pan musiał zwiedzić jak
największą liczbę gospodarstw, poznać jak najszersze koła rolników i utrzymywać z nimi jak najlepsze stosunki. To bardzo dobrze, że odbył pan
praktykę w Klein Spiegel, zna pan barona Wangenheima i on pana
zaakceptował. To również zadecydowało o pana wyborze - uśmiechnął się do
mnie. - Jutro o jedenastej będzie pan przyjęty przez ministra rolnictwa
Jermołowa.
Audiencja była skończona.
Stary Jermołow zatrzymał mnie dłużej, szeroko rozwodząc się nad
niemiecką gospodarką rolną i nad systemem płodozmiennym. Był to jego
ulubiony temat, gdyż między innymi napisał wielkie dzieło o płodozmianach i gospodarce rolnej w Królestwie Polskim.
W rozmowie z nim wyczułem prawdziwego pana dawniejszego pokroju,
liberała i człowieka światłego. Nie krył się ze swymi sympatiami do
Zachodu, nie czuło się w nim również nienawiści do Polaków, tak typowej
dla rosyjskich biurokratów. Dowiedziałem się później, że brano mu to za
złe.
Przez parę następnych dni załatwiałem w kancelarii Ministerstwa Spraw
Zagranicznych odbiór mojego paszportu dyplomatycznego, bez entuzjazmu
przyglądając się powolnemu tempu załatwiania prostych wydawałoby się
spraw.
W końcu wyjechałem do Niemiec zaopatrzony we wszystkie niezbędne
dokumenty.
Jechałem znowuż przez Niemcy. Poprzez zasłonę dymu ścielącego się za
parowozem rzucałem okiem na lesisty krajobraz Prus, na migocące czerwone
dachy wsi ukrytych w zieleni sadów owocowych, na porządnie uprawione
pola, na których kończono właśnie żniwa, podorywano pośpiesznie
ścierniska i siano poplony.
Kontrast z polami Rosji był jaskrawy. Ogarnęła mnie atmosfera ładu,
pracy i dobrobytu.
Byłem jeszcze zbyt młody, by moje porównania nie były impulsywne i bezkrytyczne. Przyznaję się, że wówczas Niemcy imponowali mi wyraźnie.
Byli dla mnie tym niedoścignionym ideałem, do którego chciałem dążyć, i bolałem, że reprezentuję państwo, które tak dalekie jest od tego ideału.
W Berlinie już pierwszego dnia zostałem przyjęty na audiencji u ambasadora.
Ambasador rosyjski baron Osten-Sacken siedział w wygodnym fotelu, przy
wielkim mahoniowym biurku, na środku dużego, wysłanego czerwonym suknem
gabinetu. Skinieniem ręki wskazał mi krzesło. Z iście niemiecką
pedanterią zaczął wypytywać mnie o moje plany i o poprzednie zajęcia. Od
czasu do czasu, niby od niechcenia, rzucał pytania dotyczące uprawy i hodowli, jakby chcąc wybadać moje kwalifikacje zawodowe.
Z rozmowy dowiedziałem się, że ambasador sam jest zamiłowanym rolnikiem
i że wszystkie urlopy spędza w swoich dobrach inflanckich w pobliżu
Rygi.
Egzamin wypadł zapewne pomyślnie, bo rozmowa przeszła na tory
towarzyskie. Ambasador pytał mnie o wspólnych znajomych z Nadbałtyki.
Potem rozwodził się o wielkiej misji kulturalnej Niemców, a Niemców
nadbałtyckich w szczególności, w kraju tak zacofanym jak Rosja. Mówił o niskim poziomie rolnictwa w rdzennej Rosji i o niewyzyskanych dotąd
olbrzymich możliwościach tego kraju. Wywody barona Osten-Sacken
potwierdzały moje opinie, byłem jednak zdziwiony takim krytycyzmem i pogardą w ustach bądź co bądź ambasadora rosyjskiego.
Wyczuwając moje zdziwienie, powiedział:
- Będzie pan miał rozumnego, ale wymagającego szefa. Ekscelencja
Timiriaziew cieszy się w Berlinie ogromnym autorytetem.
Żegnając się, zatrzymał mnie przy drzwiach, mówiąc:
- Dam panu odręczne pismo do ministra rolnictwa Rzeszy von Podbielskiego
i do mego przyjaciela, radcy ministralnego Grosskurtha. To się panu może
przydać.
Powiedział to, jakby chcąc podkreślić, że Rosjanin Timiriaziew
bynajmniej nie jest samodzielny w swoich poczynaniach.
Po raz pierwszy w tej rosyjskiej ambasadzie zetknąłem się z tak typową
pogardą ze strony Niemców dla Rosjan, a także - podobnie jak później w Rosji - z niezrozumiałym dla mnie kompleksem niższości Rosjan w stosunku
do Niemców.
Skończywszy audiencję u ambasadora, udałem się do innych dygnitarzy
ambasady, a więc do radcy ambasady barona von Knoringa i pierwszego
sekretarza barona van der Flita.
Sądząc z nazwisk, w całej ambasadzie, z wyjątkiem Timiriaziewa, nie było
ani jednego rdzennego Rosjanina.
Radca Grosskurth z pruskiego Ministerstwa Rolnictwa wręczył mi wykaz
gospodarstw zasługujących na szczególną uwagę. W szeregu nazw znalazłem
dobra Nassenheide3 na Pomorzu Szczecińskim, należące do
hrabiego Arnima, z adnotacją: "wzorowa hodowla holendrów czystej krwi,
koni hanowerów, gospodarstwo nasienne". Przy nazwisku był postawiony
czerwonym ołówkiem, zapewne przez zapomnienie, znak zapytania.
Podnieciło to moją ciekawość. Nie zwlekając, napisałem list do hrabiego
Arnima z prośbą o zezwolenie na zwiedzenie jego majątku. Po paru dniach
otrzymałem uprzejmą odpowiedź, napisaną po francusku, abym w umówiony
dzień przyjechał na stację kolei wąskotorowej Nassenheide, gdzie będą
oczekiwać na mnie konie.
Przenocowawszy w Szczecinie, wyjechałem rannym pociągiem. Przesiadłem
się na jednej z następnych stacji na kolejkę wąskotorową i koło południa
znalazłem się na małej stacyjce z napisem Nassenheide. Na peronie czekał
na mnie wysoki, szpakowaty pan, o gładko ogolonej twarzy, ubrany w szare, sportowe, angielskie ubranie. Po wzajemnym przedstawieniu się
wsiedliśmy do żółtego polowca zaprzężonego w parę złotych kasztanów.
Po chwili milczenia hrabia Arnim zwrócił się do mnie z zapytaniem:
- Czy pan włada językiem angielskim?
Skinąłem na potwierdzenie głową.
- Dobrze się składa - rzekł. - Ułatwi to nam rozmowę. Wybaczy mi pan
moją niedyskrecję, ale sądząc z powierzchowności, pan chyba nie jest
Rosjaninem.
- Ma pan słuszność, nie jestem Rosjaninem, jestem Polakiem.
- A, to w takim razie mam podwójnie miłą niespodziankę.
Zacząłem się zastanawiać, do czego taka rozmowa zmierza.
Przejechaliśmy obszerny park i konie stanęły przed wielką, pokrytą
pleśnią, starą budowlą, która swoją architekturą przypominała raczej
średniowieczny klasztor niż wiejską rezydencję.
- Nie będziemy się przebierali - rzekł hrabia Arnim. - Za chwilę będzie
lunch, a zaraz potem objedziemy gospodarstwo.
Zauważyłem, że wnętrze domu w niczym nie przypominało ponurej,
zewnętrznej zabudowy.
Ściany zawieszone były obrazami, sztychami sportowymi, pełno było
kwiatów i fotografii.
- Niestety, nie mogę przedstawić pana mojej żonie - rzekł gospodarz,
wskazując ręką na portret przystojnej, szczupłej blondynki.
- Moja żona z dziećmi bawi obecnie u swoich rodziców w Westmoreland, w północnej Anglii... Napijemy się po kieliszku sherry lub whisky, co pan
woli. A może hołduje pan wprowadzonej niedawno barbarzyńskiej modzie
cocktaili? W takim razie mogę panu zaproponować coś, co nazywają
martini.
Po skończonym lunchu usiedliśmy przy czarnej kawie w miękkich fotelach i zapaliliśmy cygara.
- Wybaczy pan, że spytam. Kto właściwie skierował pana do mnie?
- Radca Grosskurth z pruskiego Ministerstwa Rolnictwa - odrzekłem.
Zdumienie odmalowało się na jego twarzy.
- Nic nie rozumiem - rzekł. - Chyba przez jakieś przeoczenie pruskie
Ministerstwo Rolnictwa skierowało pana do mnie. Zresztą, poznawszy pana,
cieszę się z tej pomyłki.
- Nie mam co ukrywać - dodał po chwili - że znalazł się pan w domu
banity. Żaden z ziemian pruskich nie splamiłby się przekroczeniem progu
mojego domu. - Przeszliśmy już na niemiecki i słowo "ein Geächtete"
(banita) wymówił twardo.
- Niech się pan nie przerazi: nie okradłem, nie zabiłem. Jestem synowcem
hrabiego Arnima, byłego ambasadora niemieckiego w Paryżu, który padł
ofiarą porachunków osobistych Bismarcka. Od tego czasu nienawidzę
Bismarcka, a mnie za to nienawidzi cała arogancka, nadęta junkieria
pruska.
- Czy pan zalicza do nich również barona Wangenheima? - spytałem.
- Baron to przyzwoity człowiek, ale i on nie jest wyjątkiem. Czy pan go
zna? - spojrzał na mnie badawczo. - Zresztą obawiam się, że i jego
wykończą moi przyjaciele, junkrzy pomorscy. Bismarck pozostawił po sobie
straszną spuściznę ideową - zasępił się.
- Ale teraz ruszajmy, bo dzień jest krótki - dodał, jakby nie chcąc
wyjawić swoich myśli po tym, jak wymieniłem nazwisko Wangenheima.
Wyjechaliśmy szeroką aleją w pole.
Był cichy, szary dzień jesienny. Niskie chmury wisiały nad ziemią.
Przenośną kolejką zwożono z pól buraki do sąsiedniej cukrowni. W powietrzu czuć było ostry zapach kiszonych wytłoków.
Objechaliśmy obory, stadninę, owczarnie, chlewnie. Zatrzymaliśmy się
dłużej na stacji nasiennej z nowoczesną oczyszczalnią nasion. Notowałem
wszystkie uwagi gospodarza i odpowiedzi na moje zapytania.
Był już zmierzch, gdy wróciliśmy do domu.
W półmroku, przed palącym się kominkiem, przy filiżance herbaty hrabia
Arnim rozgadał się na dobre. Słuchałem z zaciekawieniem jego wywodów na
temat stosunków panujących w Niemczech i Anglii, o nowych metodach
uprawy, o hodowli zwierząt, a szczególnie koni.
- Nie znoszę Niemiec i Niemców, ale nie mogę im nie przyznać, że
rolnictwo stoi tutaj znacznie wyżej niż w Anglii, którą uważam za moją
prawdziwą ojczyznę - zakończył.
- Czy hrabia sądzi - spytałem - że Niemcy pod względem produkcji
żywności są samowystarczalni?
- Jeżeli mówić o konsumpcji - odpowiedział - to po zwycięskiej wojnie
roku 1870-1871 Niemcy, a szczególnie berlińczycy oddali się takiemu
obżarstwu, o jakim ludzie innych krajów nie mają pojęcia. Berlińczyk nie
je już chleba ani ziemniaków, ażeby mieć w swoim brzuchu więcej miejsca
na homary, ostrygi i młode kurczęta. "Sie nicht essen, aber fressen"
(Oni nie jedzą, a żrą) - dodał z ironicznym uśmiechem.
- Ale żarty na stronę - ciągnął dalej hrabia Arnim. - Sądzę, że Niemcy
są samowystarczalne pod względem mięsa i poniekąd nabiału, mają wreszcie
nadprodukcję ziemniaków. Natomiast wątpię, czy można byłoby się obejść w tym kraju bez dowozu zboża, szczególnie pszenicy i pasz treściwych.
Ankieta przeprowadzona przez Związek Agrariuszy i przez pańskiego
znajomego Wangenheima moim zdaniem nie odpowiada rzeczywistości. Jest
wyraźnie tendencyjna i ma na celu wywarcie presji na rząd dla utrzymania
ochronnych ceł na zboże i wysokich cen wewnętrznych. Myślę, że na tym
tle dojdzie do poważniejszego starcia w parlamencie pomiędzy
agrariuszami a lewicą. Agitacja wśród robotników przybiera na sile.
Sądzę jednak, że Niemcy nie zdecydują się na wojnę celną z takim kolosem
jak Rosja. Chociaż mogę panu jako Polakowi powiedzieć, że w tym kraju
Rosjanami się raczej pogardza.
Timiriaziew bardzo się interesował przebiegiem zjazdu Związku
Agrariuszy. Po moim powrocie do Berlina polecił mi, bym był obecny na
zakończeniu zjazdu i zdał mu potem relację z uchwalonych rezolucji.
Zjazd odbywał się w cyrku Buscha. Olbrzymi gmach był od góry do dołu
zapełniony publicznością. Przeważały zielone kapelusze i zielone
płaszcze rolników.
Korzystając z przerwy, przedostałem się nie bez trudu do stołu
prezydialnego.
Na mój widok baron Wangenheim przetarł oczy.
- Aber lieber Perejaslawsky, cóż pan tu porabia? - zawołał zdumiony.
W paru słowach opowiedziałem mu o swojej misji. Był widocznie rad, że
jego praktykant dostał się do korpusu dyplomatycznego.
Z miejsca przedstawił mnie wiceprezesowi Związku Agrariuszy hrabiemu
Holsteinowi i sekretarzowi generalnemu profesorowi Ruhlandowi, znanemu
ekonomiście i specjaliście od zagadnień agrarnych. Ruhland był
jednocześnie redaktorem naczelnym gazety "Deutsche Tageszeitung",
będącej oficjalnym organem Bund der Landwirte.
Wszyscy ci panowie doradzali mi, bym zapoznał się z pracami niemieckich
kółek rolniczych.
Pomysł ten wydał się mi, tak jak i Timiriaziewowi, bardzo słuszny i oto
któregoś dnia znalazłem się w leżącym nad jeziorem miasteczku
Rheinstein, ongiś rezydencji Fryderyka Wielkiego w Marchii
Brandenburskiej.
Wybrałem tę właśnie miejscowość, by wziąć udział w walnym zebraniu
miejscowego kółka rolniczego, zaintrygowany nazwą tej niegdyś
słowiańskiej osady, położonej wśród borów sosnowych i piasków
brandenburskich, które w niczym nie przypominają malowniczych brzegów
Renu.
Sala miejscowej kooperatywy rolniczej była szczelnie wypełniona, gęsty
dym cygar i papierosów unosił się w powietrzu.
Wysłuchałem sprawozdania zarządu, uchwalenia preliminarza budżetowego
oraz odczytu o nawozach zielonych, wygłoszonego przez instruktora
rolniczego. Na końcu asystowałem przy dość burzliwych wyborach władz.
Przebieg dyskusji był rzeczowy i świadczył o wysokim wyrobieniu członków
kółka, składającego się w większości z zamożnych chłopów
brandenburskich.
Takiego zebrania nie mogłem sobie wyobrazić na wsi rosyjskiej. Różnica
poziomu między niemieckim bauerem a rosyjskim mużykiem była
niewyobrażalna. Tutaj nie było rabstwa, uniżoności lub agresywnych
napadów, tutaj był rolniczy profesjonalizm i czuło się rzetelne
podejście do pracy.
Z rozmów wywnioskowałem, że przeciętna wielkość gospodarstw chłopskich w tych okolicach waha się od pięćdziesięciu do stu dwudziestu hektarów, co
odpowiadało mniej więcej własności folwarcznej w Rosji.
Spytałem jednego z bauerów o drobne gospodarstwa. Wzruszył pogardliwie
ramionami.
- A tak, niestety, mamy ich aż za wiele. To nie są rolnicy, to są
proletariusze. Na naszych glebach brandenburskich drobne gospodarstwa to
marnowanie ziemi - zaczął wyjaśniać. - Sam pan, będąc rolnikiem,
najlepiej osądzi, czy może być mowa o racjonalnej hodowli lub
płodozmianie na obszarze kilku hektarów. Wszelkie próby stworzenia
jakichś drobnych, wzorowych gospodarstw na terenie naszej prowincji
zawiodły. To nie jest Nadrenia ani Holandia, gdzie można hodować
winorośla lub tulipany, to są Prusy. Ani nasz klimat, ani nasza gleba
nie nadają się do tego typu eksperymentów.
- My nie zamykamy naszych drzwi drobnym rolnikom - dodał po chwili,
sięgając po papierosa - niech uczą się od nas, niech z nami
współpracują, ale niech nie uprawiają wrogiej nam polityki. Niestety, w wielu wypadkach stajemy bezradni. Taki właściciel parceli zwraca się po
radę, jak ma podnieść gospodarkę na swoich czterech hektarach. Cóż można
poradzić nieuleczalnie choremu? Chyba życzyć mu rychłej śmierci. Żadna
siła ani mądrość nie uzdrowi karłowatego gospodarstwa.
Zaciągnął się dymem.
- Taki pan, gdy otrzyma i zabuduje parcelę, to przede wszystkim zapuści
glebę. Mówiąc językiem rolniczym: zagłodzi ją, a potem zagłodzi swoją
krowę i konia, a wreszcie zagłodzi siebie i rodzinę i zacznie kraść. Bo
co ma robić - wzruszył pogardliwie ramionami. - Nie, mój panie, aby
uzdrowić stosunki, trzeba przede wszystkim zlikwidować chore
gospodarstwa, gdyż one są rozsadnikiem wszelkich elementów rozkładowych.
Tam trafia tak szkodliwa dla Niemiec socjalistyczna agitacja.
- A czy nie można ich zatrudnić w większych gospodarstwach? - spytałem.
- Panie - rzekł mój rozmówca, machając ręką - taki małorolny będzie
uważał za osobistą zniewagę, gdybym mu u siebie zaproponował pracę.
Zresztą my korzystamy z taniego a doskonałego robotnika z Polski.
- No a gospodarstwa drobiowe? - spytałem.
Bauer wybuchnął śmiechem.
- Zna pan to przysłowie: "Wer arm werden will und weiss nicht wie, der
halte nur viel Federvieh" (Kto chce zostać biednym, a nie wie, jak to
zrobić, niech hoduje drób)? Niech pan zresztą spróbuje się dogadać z tym
młodym panem z opozycji. On jest małorolny. Od niego dowie się pan
ładnych rzeczy - zaśmiał się dobrodusznie.
Skorzystałem z przerwy i podszedłem do młodego człowieka siedzącego w rogu sali. Robił sympatyczne wrażenie. Odpowiadał na moje pytania
spokojnie i uprzejmie.
Dowiedziałem się, że ma trzy hektary i że z samego gospodarstwa nie
utrzymałby rodziny. Pracuje więc jednocześnie jako robotnik w fabryce, a żona ze starym ojcem dogląda gospodarstwa.
- Lubię wieś i to jest moja największa przyjemność, a ci panowie - tu
wskazał na prezydium - chcieliby mnie pozbawić tego i wyrzucić na bruk
miejski. Mówią mi, że nie umiem gospodarzyć. Niechby mi dali tyle ziemi,
co oni posiadają, tobym pokazał dopiero, co potrafię. Niech pan nie
wierzy wszystkiemu, co oni mówią. Bogaty chłop niemiecki jest jeszcze
gorszy od ziemianina. Ziemianin często poradzi i nawet pomoże, a taki
grossbauer to traktuje ludzi jak bydło. Jeżeli ktoś pracuje społecznie,
to tylko większy właściciel ziemski; on zakłada kółka rolnicze, on
często ofiaruje ziemię na cele społeczne, a chłop to tylko obedrze,
wyzyska.
Jestem socjalistą, ale niech mi pan wierzy, że naszym głównym wrogiem
nie jest ziemianin, ale bogaty chłop niemiecki. To nie my, ale to oni,
jak sobie podchmielą, to śpiewają:
Weg mit den Herren Baronen!
Seien sie Deutsche oder Polen
Alle soll der Teufel holen!
Precz z panami baronami!
Czy to Niemcy, czy Polacy,
Niech ich wszystkich diabli wezmą!
Po zakończonych obradach znalazłem się w sali jadalnej hotelu Pod
Czarnym Orłem przy "Stammtisch" - stole zarezerwowanym dla miejscowych
notabli. Towarzystwo składało się z leśnika z parą nieodstępnych
jamników, instruktora rolniczego, aptekarza, właściciela sklepu
rzeźnickiego, miejscowego nauczyciela oraz kilku innych osób, których
zajęcia i godność pozostały mi nieznane.
Było gwarno, ciepło i duszno od dymu.
Po spożyciu "Gansebraten mit Apfelmuss" - pieczystego z gęsi z musem
jabłecznym - prowadzono rozmowy przy kuflach gęstego, miejscowego piwa.
Wszyscy moi współbiesiadnicy, z wyjątkiem instruktora rolniczego,
okazali się weteranami wojny francusko-pruskiej, gorliwymi zwolennikami
polityki "Drang nach Osten" i wielbicielami Bismarcka. Z ich rozmów
zorientowałem się, jak dalece poprawił się poziom życia w Niemczech
dzięki kontrybucji nałożonej na Francję.
"Zrabowane pieniądze" - pomyślałem. I całe to jowialne, ale aroganckie i hałaśliwe towarzystwo wydało mi się obrzydliwe.
Wyszedłem na świeże powietrze. Instruktor rolniczy pośpieszył za mną.
- Nie czuł się pan zbyt dobrze w tym towarzystwie? - spytał.
Wzruszyłem ramionami.
- To jest typowa atmosfera naszych pruskich, prowincjonalnych
miasteczek. Jestem z Nadrenii i chcę się jak najszybciej wydostać z tego
okropnego, pruskiego środowiska. Niestety, ten typ ludzi, których pan tu
spotkał - dodał po chwili - przeważa w całych Niemczech.
W hotelu długo nie mogłem zasnąć. Dochodziły do mojego pokoju hałasy z dołu i głośne śpiewy: Deutschland, Deutschland... i entuzjastyczne
okrzyki "hoch".
"Ten typ ludzi przeważa w całych Niemczech" - myślałem.
Po powrocie do Berlina otrzymałem, jako przedstawiciel ambasady,
zaproszenie od dowódcy Pierwszego Pułku Piechoty Gwardii imienia
Cesarzowej Augusty na obiad wieczorny do ich kasyna oficerskiego. Ubrany
we frak stawiłem się na oznaczoną godzinę. W kasynie zastałem już
młodego hrabiego Ledebura z ambasady austriackiej. Było nas tylko dwóch
cywilów i czułem się dosyć niewyraźnie wśród kilkunastu oficerów
ubranych w galowe mundury.
Dowódca pułku z wyszukaną grzecznością zapoznał nas po kolei z korpusem
oficerskim. Przydzielono do każdego z nas młodego oficera jako cicerone.
Dobór był właściwy, bo znalazłem się pod opieką młodego porucznika von
Kempisa, jak się okazało, katolika i ziemianina z okolic Bonn.
Zasiedliśmy do stołu w obszernej, wykładanej ciemnym dębem sali
jadalnej. Na przekąskę podano nam kawior. Podziwiałem świetną kuchnię i wspaniałą zastawę stołu. O ile menu było urozmaicone, o tyle dobór win
raczej jednostronny. "Champagne partout" - od początku do końca obiadu
piliśmy szampana, modnej w owym czasie, a protegowanej przez cesarza
Wilhelma, marki Heidsieck Monopole. Osobiście wolałbym raczej dobry
kieliszek reńskiego wina.
Pod koniec obiadu dowódca powstał, a za nim my wszyscy.
- Zdrowie cesarza - zawołał, podnosząc kielich.
Trzymając przepisowo kieliszki na wysokości piersi, wypiliśmy zdrowie
cesarza Wilhelma. Po trzykrotnym "hoch" rozległ się hymn niemiecki.
Następnie wzniesiono toast na cześć cesarza rosyjskiego. Dowódca i oficerowie zwrócili twarze i kieliszki w moją stronę jako członka
rosyjskiego korpusu dyplomatycznego.
Potem nastąpił toast na cześć cesarza Austro-Węgier. Tym razem hrabia
Ledebur był przedmiotem owacji.
Hymnem austriackim Gott erhalte, Gott beschütze unsern guten Kaiser
Franz... zakończono oficjalną część obiadu.
Jakież było jednak moje zdumienie, gdy dowódca pułku powstał z miejsca i z kieliszkiem w ręku dał znak orkiestrze. Rozległa się dziarska melodia
Jeszcze Polska nie zginęła...
- Ihres spezial - zawołał dowódca, podnosząc kieliszek i patrząc w moją
stronę.
- Hoch, hoch... - odpowiedzieli chórem oficerowie.
"Ten typ ludzi przeważa w całych Niemczech" - przypomniałem sobie
ostrzeżenie instruktora rolniczego z miasteczka Rheinstein. Czyżby?
Wytłumaczyłem sobie, że oficerowie Pułku Cesarzowej Augusty należą
widocznie bardziej do mojej sfery niż do społeczeństwa niemieckiego i bardzo zaprzyjaźniłem się z porucznikiem von Kempisem.
Któregoś dnia Timiriaziew zakomunikował mi, że we Frankfurcie ma się
odbyć zjazd Niemieckiej Partii Socjalistycznej.
Po II wojnie światowej Poźrzadło k. Drawska Pomorskiego (przyp. MZ). [wróć]
Miasteczko Ejtkuny, ob. Czernyszewskoje w obwodzie kaliningradzkim przy granicy z Litwą (przyp. MZ). [wróć]
Ob. wieś Rzędziny na zachód od Szczecina, przy granicy polsko-niemieckiej (przyp. MZ). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki