Na rozdrożach - Sylvain Pudhomme

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ty­tuł ory­gi­na­łu fran­cu­skie­go Par les ro­utes

Co­py­ri­ght ? Édi­tions Gal­li­mard, Pa­ris, 2019

Co­py­ri­ght ? No­we­la, Po­znań, 2022

Co­py­ri­ght ? for the trans­la­tion by Do­ro­ta Ma­li­na

Re­dak­tor se­rii Emi­lia Zwo­niar­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i skład JNK Gra­ftekst Ju­sty­na No­wa­czyk

Ko­rek­ta Ka­ro­li­na Frąc­ko­wiak

Cet ouvra­ge, pu­blié dans le ca­dre du Pro­gram­me d'aide a la pu­bli­ca­tion Boy-Że­le­ński, a bénéfi­cié du so­utien de l'In­sti­tut fra­nça­is de Po­lo­gne.

Ksi­ążkę wy­da­no dzi­ęki do­fi­nan­so­wa­niu In­sty­tu­tu Fran­cu­skie­go w Pol­sce w ra­mach Pro­gra­mu Wspar­cia Wy­daw­ni­cze­go Boy-Że­le­ński.

ISBN 978-83-67029-89-6

Wy­daw­nic­two Nowe

No­we­la sp. z o. o.

ul. Żmi­grodz­ka 41/49

60-171 Po­znań

Dział han­dlo­wy (+48 61) 847 40 40

www.wy­daw­nic­two­no­we.pl

e-mail: re­dak­cja@wy­daw­nic­two­no­we.pl

1.

Spo­tka­łem au­to­sto­po­wi­cza sze­ść czy sie­dem lat temu w ma­łym mia­stecz­ku na po­łu­dnio­wym wscho­dzie Fran­cji po tym, jak przez pi­ęt­na­ście lat, choć nie ca­łkiem o nim za­po­mnia­łem (au­to­sto­po­wicz nie na­le­żał do lu­dzi, o któ­rych się za­po­mi­na), to przy­naj­mniej nie my­śla­łem o nim tak często jak daw­niej. Na­zy­wam go au­to­sto­po­wi­czem, bo wła­śnie tak okre­śla­łem go w swo­ich we­wnętrz­nych mo­no­lo­gach, o któ­rych nie miał po­jęcia, tak ja­wił mi się przez te wszyst­kie lata, kie­dy utrzy­my­wa­li­śmy kon­tak­ty, i przez te lata, kie­dy, choć się od sie­bie od­da­li­li­śmy, mimo wszyst­ko sta­no­wił dla mnie od­le­gły punkt od­nie­sie­nia - ma­ry­na­rze mają na to spe­cjal­ne sło­wo, któ­re lu­bię i w któ­rym po­brzmie­wa spo­kój, ale i bier­no­ść: sta­wa.

By­łem świe­żo po prze­pro­wadz­ce do M., kie­dy do­wie­dzia­łem się, że on też tam miesz­ka.

Wy­je­cha­łem z Pa­ry­ża, żeby za­cząć nowe ży­cie. Za wszel­ką cenę chcia­łem zmie­nić oto­cze­nie. Znisz­czyć i od­bu­do­wać: taki mia­łem pro­gram na naj­bli­ższe dni, a może lata.

Do­bie­ga­łem czter­dziest­ki. Od daw­na pi­sa­łem ksi­ążki. W Pa­ry­żu pra­co­wa­łem w domu, wy­cho­dzi­łem, wra­ca­łem pra­co­wać. By­łem pod­mio­tem i przed­mio­tem wy­da­rzeń. Spo­ty­ka­łem się z lu­dźmi. Nie­któ­rzy sta­wa­li mi się bli­scy. Za­ko­chi­wa­łem się. Od­ko­chi­wa­łem się. Nie wiem, czy zgod­nie z na­tu­ral­ną trajek­to­rią ży­cia czło­wiek za­wsze za­czy­na jako sa­mot­ny, osob­ny no­ma­da, a po­tem stop­nio­wo na­wi­ązu­je co­raz wi­ęcej wi­ęzi, osia­da, za­kła­da ro­dzi­nę. Je­śli tak jest, to prze­ży­wa­łem re­gres. Za­trzy­my­wa­łem się co­raz wcze­śniej. Moje mi­ło­sne przy­go­dy ro­bi­ły się co­raz krót­sze. I co­raz rzad­sze. Co­raz ci­ężej było ze mną wy­trzy­mać. A może to ja z cza­sem tra­ci­łem cier­pli­wo­ść, trud­niej było mi trosz­czyć się o in­nych.

Sta­wa­łem się nie­dba­ły. A może tra­ci­łem za­in­te­re­so­wa­nie mi­ło­ścią.

Nie ba­łem się być sam. W sa­mot­no­ści za­wsze zda­rza­ły mi się chwi­le głębo­kie­go szczęścia - prze­pla­ta­ne chwi­la­mi głębo­kie­go smut­ku, ale jed­nak: uspo­so­bie­nie mam ra­czej po­god­ne.

Po­do­ba mi się, a za­ra­zem prze­ra­ża mnie idea smu­gi cie­nia. Nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy prze­kra­cza­nej mniej wi­ęcej w po­ło­wie ży­cia, za któ­rą prze­sta­je­my się sta­wać: po pro­stu je­ste­śmy. Ko­niec z obiet­ni­ca­mi. Spe­ku­lo­wa­niem, na co się ju­tro od­wa­ży­my. Te­ry­to­rium, któ­re mie­li­śmy siłę od­kry­wać, ka­wa­łek świa­ta, któ­ry by­li­śmy zdol­ni ob­jąć, już są nam zna­ne. Zna­le­źli­śmy się w pół dro­gi. Po­ło­wa na­sze­go ży­cia jest za nami, to opo­wie­dzia­na już hi­sto­ria o tym, kim je­ste­śmy, kim do­tąd by­li­śmy, na ja­kie ry­zy­ko się od­wa­ży­li­śmy, a na co bra­kło nam od­wa­gi, co spra­wi­ło nam ból, a co przy­nio­sło ra­do­ść. Mo­że­my się za­rze­kać, że trans­for­ma­cja nie do­bie­gła ko­ńca, że ju­tro będzie­my kimś in­nym, że na­sza praw­dzi­wa to­żsa­mo­ść jesz­cze się nie ujaw­ni­ła - tyle że co­raz trud­niej w to wie­rzyć. A na­wet gdy­by fak­tycz­nie tak było, prze­wi­dy­wa­na dłu­go­ść ży­cia tej no­wej isto­ty z dnia na dzień się skra­ca wraz ze sta­rze­niem się obec­nej, tej, któ­rą je­ste­śmy od lat, nie­za­le­żnie od tego, co się jesz­cze wy­da­rzy.

W M. chcia­łem pro­wa­dzić ży­cie spo­koj­ne. Skrom­ne. Su­mien­ne. Ma­rzy­łem o od­po­czyn­ku. Świe­tle. O ży­ciu bar­dziej praw­dzi­wym. O wi­go­rze. Płyn­no­ści. O ksi­ążce, któ­ra po­wsta­nie za jed­nym za­ma­chem, w le­d­wie kil­ka ty­go­dni. Na­ro­dzi się z olśnie­nia, któ­re będzie na­gro­dą za wie­lo­mie­si­ęcz­ną cier­pli­wo­ść. By­łem go­to­wy cze­kać. Ce­nię so­bie mo­zół. Po­dzi­wiam upór, sa­mo­za­par­cie, wy­trwa­ło­ść.

Wy­bra­łem M., bo mia­stecz­ko jest małe. Po­dob­no pi­ęk­ne i przy­ja­zne dla miesz­ka­ńców. Bo zna­łem tam dwie czy trzy oso­by, z któ­ry­mi mo­głem nie­zo­bo­wi­ązu­jąco się spo­ty­kać: ku­zy­na, na­uczy­cie­la z li­ceum, któ­re­go lu­bi­łem, choć pra­wie się nie wi­dy­wa­li­śmy. Zna­jo­mych zna­jo­mych, z któ­ry­mi nie mu­sia­łem się uma­wiać.

Pa­mi­ęta­łem kil­ka spędzo­nych tam let­nich week­en­dów, kie­dy do­sko­na­le wie­dzia­łem, że mia­stecz­ko ca­łko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ne przy­jem­no­ściom let­ni­ków po­ka­zu­je te­raz tyl­ko swo­je naja­trak­cyj­niej­sze, ła­twe do lu­bie­nia ob­li­cze. Chcia­łem po­znać też to dru­gie. Dłu­gie zi­mo­we wie­czo­ry. Nie­bie­skie nie­bo i stycz­nio­we mro­zy. Pa­trząc na za­tło­czo­ne ogród­ki ka­wiar­ni i fa­sa­dy z sze­ro­ko otwar­ty­mi okna­mi, za­sta­na­wia­łem się: co będzie za trzy mie­si­ące. Kie­dy wszy­scy wy­ja­dą. Tem­pe­ra­tu­ra spad­nie do zera, a świa­tło będzie za­le­wać opusz­czo­ne pla­ce i za­mkni­ęte ka­wiar­nie.

Chcia­łem spo­ko­ju. Wy­da­wa­ło mi się, że w M. od­naj­dę sku­pie­nie i asce­zę, któ­rych bra­ko­wa­ło mi od lat. Od­po­wied­nią daw­kę od­osob­nie­nia, dzi­ęki któ­rej będę mógł w ko­ńcu się ze­brać, ogar­nąć, może od­ro­dzić.