ŻONA MARYNARZA
Idę w górę rzeki
za jej nurtem do innej wody,
mając nadzieję, że w końcu dojdę do niej...
Choć może to strumień jest tylko,
bo brzeg kamieniem utkany
jak broszka, którą noszę na piersi,
jakbyś usta swe zostawił na niej...
Idę w górę rzeki
prosto do morza mych łez,
bo tam na horyzoncie,
a może tuż za nim
Twój i mój statek dryfuje...
Daleko gdzieś,
daleko, kochanie, w oddali.
Piorunem czasem rzucam z wściekłością!
I fale niespokojne budzę!
I krzyczę!
I drę się!
I znów krzyczę na życie!
Nie z Tobą, lecz z Panią samotnością...
A Ty, jakby nic się nie stało,
tulisz mnie szumem słów czułych i wiatru
i bujasz,
mówiąc, że wrócisz niedługo.
Bujasz,
choć wiesz, że to nie może być prawda.
Bujasz na oceanu głębokiej fali
tak samo daleko.
Daleko, najmilszy, w oddali...
Idę więc w górę tej rzeki,
wiedząc, że długo iść muszę
i że nie dojdę do Ciebie, mój mężu,
ani do Twego morza,
mimo iż rankiem za Tobą wyruszę...
Justynie,
silnej i pięknej,
żonie Marynarza