Na ratunek Italii - Robert M. Edsel

Reflow text when sidebars are open.
połowa lipca - początek sierpnia 1943
Zwykle, aby zorganizować konferencję liderów państw, nawet w sytuacji wyjątkowej, potrzeba dni, jeśli nie tygodni. Przygotowanie spotkania 19 lipca 1943 roku przywódcy nazistowskich Niemiec Adolfa Hitlera z faszystowskim dyktatorem Benito Mussolinim zajęło niecałe dwadzieścia cztery godziny26.
Niepokojące wiadomości o sytuacji we Włoszech dotarły do Hitlera już dwa dni wcześniej. Minęło zaledwie siedem dni od chwili, gdy amerykańskie i brytyjskie wojska znalazły się na plażach Sycylii, a już do dowódców niemieckich brygad zaczęły napływać doniesienia, że Włosi dezerterują z linii frontu27. Feldmarszałek Albert Kesselring, dowódca wojsk niemieckich na froncie śródziemnomorskim28, mówił, że "widziano na wpół ubranych włoskich żołnierzy pędzących przez wsie w skradzionych ciężarówkach"29. Faszystowski partner Niemiec zdawał się niezdolny czy też - co gorsza - niechętny do obrony własnej ojczyzny przed aliantami. Hitler i jego współpracownicy wiedzieli, że nawet w najlepszym scenariuszu publiczne przechwałki Mussoliniego nie będą szły w parze z militarnym potencjałem jego kraju; byli świadomi faktu, że by obronić nowo powstały front, niezbędne jest zwiększenie liczebności sił zbrojnych Rzeszy. Zważywszy na ogromną liczbę miliona straconych żołnierzy niemieckich30 - wielu zabitych pod Stalingradem "w miejscu najdotkliwszej porażki, jakiej doświadczyli Niemcy w swojej historii"31 - coś należało zrobić, i to szybko.
Spotkanie odbyło się w Villa Gaggia, nieopodal miejscowości Feltre32, około 80 kilometrów na północ od Wenecji. Spędziwszy noc w swoim alpejskim domu w Berchtesgaden w Niemczech, Hitler udał się do włoskiego Treviso, gdzie powitał go Mussolini. Potem obaj wsiedli do pociągu i pojechali do Feltre. To miała być ostatnia podróż Hitlera do Włoch.
W roku 1926 Hitler pisał o Mussolinim w Mein Kampf33, wyrażając swoje "najgłębsze uznanie dla wielkiego człowieka na południe od Alp, który, przepełniony żarliwą miłością do swojego narodu, nie paktuje z wrogiem Italii, lecz dąży do jego unicestwienia wszystkimi możliwymi sposobami"34. Co więcej, podziw dyktatora III Rzeszy odnosił się także do samozwańczego tytułu Mussoliniego Il Duce (Przywódca) - do tego stopnia, że sam wybrał dla siebie tytuł Führer. Pod koniec lat dwudziestych Hitler uznawał przywództwo Mussoliniego w faszystowskich Włoszech za modelowe dla narodowego socjalizmu w Niemczech. W latach 1923 i 1926 magazyn "Time" umieścił zdjęcie Mussoliniego na okładce, zwracając uwagę na jego "niespotykaną samokontrolę, rzadki dar osądu i umiejętność realizacji swoich pomysłów dotyczących bieżących problemów"35. Papież Pius XI wyraził się o Mussolinim jako o człowieku, którego zesłała opatrzność36.
Początkowo Mussolini nie zamierzał zawierać przymierza z Niemcami, narodem osłabionym sankcjami po I wojnie światowej. Rasistowskie teorie Hitlera o aryjskiej supremacji uważał za niedorzeczne37. Jednak w 1936 roku obaj liderzy nawiązali bliższe relacje (w związku z interwencją Niemiec i Włoch w hiszpańskiej wojnie domowej w latach 1936-1939). Sojusz ten miał na celu udzielenie wsparcia dla generała Francisco Franco i jego obozu. Do 1 listopada tamtego roku, pełen podziwu dla konsolidacji władzy Hitlera i osiągnięć niemieckiego przemysłu, Mussolini wygłosił przemówienie przed mediolańską katedrą Duomo; przyszłość Włoch wiązał z ambicjami Führera38. Z dumą zapowiedział, że reszta Europy niebawem będzie się kręcić wokół "osi" dwóch największych europejskich mocarstw.
W początkowych latach trwania przymierza Mussolini wierzył, że poradzi sobie z Hitlerem. Führer zmilitaryzował Niemcy, zamieniając je w machinę wojenną wyposażoną w najnowocześniejsze technologie. Naród istniał po to, by służyć Führerowi zgodnie z jego wolą, bez względu na konsekwencje.
Z kolei lubujący się w pompatycznych przemówieniach (natomiast mniej zdolny w kwestii długoterminowej logistyki) Mussolini nie podjął kroków, by przygotować swój naród na czekające go trudności. Już w styczniu 1941 roku wybuchły zamieszki (spowodowane brakiem żywności) w południowych Włoszech; dziewięć miesięcy później zostały wprowadzone racje żywnościowe39. Zła organizacja rządu doprowadziła do niewłaściwego ulokowania zasobów. Niedobór pracowników szedł w parze z bezrobociem. Na prowincjach pogłębiła się bieda, gdy "wojna oderwała ich synów od pługa"40. Coraz częściej działania Mussoliniego okazywały się nieskuteczne. Jednak jak czeladnik oddany swojemu mistrzowi, który odkrywszy błędy swojego mentora, trwa przy nim, Hitler nie zmienił stosunku do duce.
Niemieckie dowództwo naczelne nalegało, by Hitler przejął kontrolę nad całymi włoskimi siłami naziemnymi i powietrznymi. Zależała od tego wszelka nadzieja zatrzymania ataku aliantów na Sycylię. Naczelne dowództwo Włoch, Comando Supremo, oczekiwało od Mussoliniego wyjaśnienia kłopotliwego położenia kraju słowami z telegramu wysłanego do Führera poprzedniego dnia, 18 lipca: "Poświęcenie mojego kraju nie może upatrywać głównego celu w opóźnieniu bezpośredniego ataku na Niemcy [...] Mój kraj, który przystąpił do wojny trzy lata wcześniej, niż się spodziewano, i po tym, jak zaangażował się w dwie wojny, wyczerpywał się stopniowo, zużywając swoje zasoby"41. Z nich dwóch Mussolini miał trudniejsze zadanie.
O godzinie jedenastej Mussolini, w towarzystwie generała Vittorio Ambrosio, szefa naczelnego dowództwa Włoch i dwóch przedstawicieli rządu, wszedł do salonu willi wraz z Hitlerem i jego czteroosobową świtą. Spotkanie rozpoczął długi monolog Führera, bez tłumaczenia, na temat postępu działań wojennych, które miały "zdecydować o losie Europy"42. Około wpół do dwunastej43 przybył osobisty sekretarz Mussoliniego z ważną wiadomością, którą duce odczytał po niemiecku: "W tej chwili wróg bombarduje Rzym"44. Hitler ledwie zwrócił uwagę na tę wiadomość45.
Gdy Mussoliniemu nie udało się przekazać informacji przygotowanej przez oficerów, generał Ambrosio wykorzystał krótką przerwę przed wspólnym lunchem obu przywódców. W rozmowie z Mussolinim twierdził, że Włochy powinny się wycofać z wojny w ciągu piętnastu dni. Duce odpowiedział mu: "Wydaje się to takie proste: w określonym dniu o wyznaczonej godzinie ktoś przesyła do wroga wiadomość drogą radiową [...] lecz z jakimi konsekwencjami? Jaką postawę przyjmie Hitler? Myślisz może, że da nam swobodę działania?"46.
Mimo że później Mussolini prosił lidera Niemiec o udzielenie wsparcia dla włoskich wojsk, wstyd płynący z przyznania się, że zasoby jego kraju się wyczerpały, był po prostu nie do zniesienia. Włochy, zjednoczone z Hitlerem i nazistami, przystąpiły do wojny. Nie byłoby łatwo doprowadzić do zerwania tego sojuszu, szczególnie w tym momencie, po ataku aliantów na Rzym. Duce mógł jedynie wyobrażać sobie, jak rzymianie odbiorą jego nieobecność podczas ataków47.
Pierwsze samoloty ukazały się na bezchmurnym niebie Rzymu trzy minuty po godzinie jedenastej48. Wkrótce całe niebo nad wiecznym miastem zasłoniły bombowce. Ogromna flota złożona z ponad 500 latających fortec B-17 i B-24 Liberatorów49 - praktycznie całe Północno-Zachodnie Afrykańskie Siły Powietrzne amerykańskiej armii (NASAF)50 - ominęła Watykan, by rozpocząć lot bombowy. Na wysokości ponad 20 tysięcy stóp51 (dwadzieścia "aniołów" - amerykańscy piloci każdy tysiąc stóp wysokości nazywali jednym aniołem) bombowce zrzuciły swój ładunek, około 10 tysięcy ton52, obierając za cel lotniska Littorio i Ciampino oraz kolejowe stacje rozrządowe w Littorio i w San Lorenzo. Każda z bomb potrzebowała sześćdziesięciu sekund, by dotrzeć na ziemię53.
Ta ryzykowna misja pokazywała, jak ważne dla przywódców alianckich było zakłócenie komunikacji przeciwników i uniemożliwienie przemieszczania się niemieckich i włoskich wojsk z Florencji i Genui do Rzymu. Alianci chcieli też odciąć dostawy z Rzymu na Sycylię przez Neapol. Littorio i Ciampino stanowiły mniejszy problem, gdyż oba lotniska były oddalone od centrum miasta o ponad 8 kilometrów. Jednak stacje rozrządowe San Lorenzo znajdowały się w odległości niecałych 2,5 kilometra od najbardziej znanego amfiteatru w Europie, Koloseum, i przylegały do jednego z siedmiu kościołów stacyjnych Rzymu - Basilica di San Lorenzo fuori le Mura (bazyliki Świętego Wawrzyńca za Murami).
Wznoszące się od strony południowo-wschodniej pióropusze dymu zasłoniły wspaniały widok rozpościerający się z otwartej galerii watykańskiej Loggia di Raffaello. Nawet gdy zagrzmiały działa przeciwlotnicze i rozległo się echo odległych eksplozji, monsignor Giovanni Battista Montini, watykański substytut do spraw zwyczajnych w sekretariacie stanu54, wciąż nie wierzył, że alianci zbombardują RzymIII.
Widziany przez Montiniego dym pochodził ze stacji rozrządowych San Lorenzo i z gęsto zaludnionych okolic. Bomby zniszczyły stacje, lecz kilka z nich uderzyło w znajdujące się w pobliżu budynki uniwersytetu i szpitala, a także cmentarz i bazylikę Świętego Wawrzyńca, do której w 1881 roku przeniesiono ciało Piusa IX (najdłużej panującego papieża). Ponad 2 tysiące ludzi straciło życie - najwięcej ofiar było wśród cywilów, mieszkańców dzielnic robotniczych55. Zwłoki złożono w wagonach tramwajów na placu przed kościołem. Pewna kobieta tak napisała w swoim pamiętniku: "Śmierć [...] przychodzi stamtąd, gdzie spoglądamy, gdy modlimy się do Boga"56.
Alianci podjęli działania pomimo licznych próśb Eugenia Pacellego - patriarchy Zachodu, następcy Piotra, prymasa Włoch, namiestnika Chrystusa, najbardziej znanego jako Jego Świątobliwość Papież Pius XII - by oszczędzono Rzym. Świadomy niepokoju papieża, Roosevelt napisał do niego list (10 lipca 1943 roku). W chwili gdy wojska alianckie lądowały na Sycylii, prezydent powtórzył swoje wcześniejsze zapewnienia: "Wasza Świątobliwość [...] kościołom i instytucjom religijnym zostaną oszczędzone, w miarę naszych możliwości, zniszczenia, jakie towarzyszą zmaganiom wojennym"57.
Odmowa Ojca Świętego, by publicznie skrytykować niszczycielskie działania nazistowskich Niemiec wymierzone w Londyn, Coventry oraz inne centra kulturowe Europy sprawiła, że niektórzy uznali jego troskę o Rzym i Watykan za wyraz hipokryzji. Brytyjski minister urzędujący w Stolicy Apostolskiej, sir Francis D'Arcy Osborne, tak to skomentował: "Im więcej o tym myślę, z tym większą odrazą odnoszę się do masakry rasy żydowskiej przez Hitlera [...] do troski Watykanu ograniczającej się do [...] możliwości zbombardowania Rzymu"58. Churchill, poinformowany o przebiegu wydarzeń niedługo po nalocie, odpowiedział: "I dobrze! Teraz także nasz stary Mussolini poczuje, jak to jest, gdy w każdym momencie sufit może ci się zawalić na głowę"59.
Podczas trwającego dwie i pół godziny nalotu papież stał w oknie swojego gabinetu60 i obserwował nalot bombowców przez lornetkę61. Poznawszy rozmiary zniszczeń, uznał, że powinien "kontynuować swoje obowiązki duszpasterskie biskupa Rzymu"62 i przyjść z pociechą tym, którzy przeżyli63. Nie bacząc na zagrożenie, opuścił Watykan i udał się do San Lorenzo (w papieskim pojeździe, czarnym mercedesie64), a towarzyszyli mu tylko monsignor Montini i kierowca65.
Gdy przybyli na miejsce, ujrzeli bezmiar zniszczeń. Spośród gruzów wydobyto ciała zabitych i złożono je obok siebie, przykryte gazetami. Rozlegały się pełne desperacji wołania "Santita" i "Pace" ("Świętość" i "Pokój")66. Dostrzegłszy biało-żółte proporczyki na zderzaku papamobile, ludzie zaczęli się gromadzić wokół pojazdu. Papież wyszedł do nich. "Z twarzą pobladłą ze smutku stanął na swoim samochodzie wpatrzony w zniszczoną bazylikę, a potem poszedł ulicą, by wmieszać się w tłum. Wreszcie klęknął na gruzach i modlił się za ofiary tego nalotu i innych"67.
Papież wraz z Montinim tym, którzy ocaleli, rozdali coś więcej niż tylko słowa pociechy68: około 2 milionów lirówIV. Tamtego dnia papież po raz pierwszy od trzech lat opuścił bezpieczne mury Watykanu69. Wrócił późnym wieczorem w ubrudzonej i zakrwawionej sutannie70. Wojna objęła Rzym. Będąc odpowiedzialnym za ochronę Państwa Watykańskiego, Ojciec Święty musiał teraz zadbać o bezpieczeństwo tysięcy jego mieszkańców, a także o ogromny skarbiec zawierający kościelne dokumenty, dzieła sztuki oraz inne bezcenne relikwie.
Rysunek akwarelowy wydrukowany we włoskim tygodniku "La Tribuna Illustrata" przedstawia papieża Piusa XII, który błogosławi ofiary drugiego alianckiego nalotu na Rzym przeprowadzonego 13 sierpnia 1943 roku. Warto zwrócić uwagę na plamy krwi widoczne na jego sutannie. [Biblioteca Comunale Centrale, Palazzo Sormani, Mediolan]
Zabiegi zmierzające do usunięcia Mussoliniego ze stanowiska rozpoczęto zaraz po jego powrocie do Rzymu, 19 lipca. W czwartek 22 lipca duce spotkał się z królem Vittorio Emanuelem III na rutynowej audiencji (odbywała się dwa razy w tygodniu). Siedemdziesięciotrzyletni monarcha, panujący we Włoszech od prawie czterdziestu trzech lat, już wcześniej otrzymał wiadomości dotyczące konferencji w Feltre. Wiedział, że Mussolini nie dostał tego, czego potrzebował (wsparcia niemieckich wojsk, samolotów i wyposażenia), ani tego, czego oczekiwał jego naród (zerwania umowy, kiedyś nazwanej paktem stalowym). Dwadzieścia lat po mianowaniu Mussoliniego król zdał sobie sprawę, że jego premier musi odejść.
W sobotę, 24 lipca, o piątej rano, po raz pierwszy od ponad trzech lat zebrała się Wielka Rada Faszystowska, organ włoskiej Narodowej Partii Faszystowskiej71. Napięcie na sali sięgnęło zenitu, gdy niektórzy z polityków zorientowali się, że inni ukrywają pistolety i granaty72. Długie oświadczenie Mussoliniego ani ich nie uspokoiło, ani nie poprawiło atmosfery. Prawie przez dziesięć godzin wysłuchiwano mdłych przemówień, racjonalnych prezentacji, a nawet szlochów, gdy chaotyczne obrady przeciągnęły się do wczesnych godzin rannych. O godzinie drugiej czterdzieści73, stosunkiem głosów dziewiętnaście do siedmiu, Rada przekazała królowi władzę wykonawczą oraz zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi Włoch.
Po południu Mussolini przybył do Villa Savoia, rezydencji królewskiej, na audiencję specjalną do Wiktora Emanuela. Wysłuchawszy krótkiego raportu duce, dotyczącego militarnej sytuacji Włoch i jego spotkania z Wielką Radą, monarcha poprosił Mussoliniego o rezygnację. Poinformował go, że podjęto już pewne kroki zmierzające do tego, by urząd premiera przejął siedemdziesięciodwuletni marszałek Pietro Badoglio. "W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko słowami, które powtarzał kilkakrotnie podczas ich rozmowy: "Przykro mi, przykro, ale nie było innego rozwiązania""74. Audiencja nie trwała nawet pół godziny.
Przywódca opuszczał apartamenty królewskie pogrążony w szoku i milczeniu, świadomy, że zawiódł swój naród. Nie chcąc ryzykować, Vittorio Emanuele wcześniej nakazał, by w okolicznych krzakach ukryć pięćdziesięciu carabinieri (żandarmów)75, na wypadek gdyby doszło do wymiany ognia ze strażą Mussoliniego. Gdy duce opuszczał rezydencję, nie odprowadzono go do samochodu (który wcześniej usunięto), lecz do karetki. Oficer żandarmerii oznajmił mu: "Jego Królewska Mość nakazała mi chronić pańską osobę"76. Przywódca Italii zniknął.
Tamtego wieczora w oświadczeniu radiowym poinformowano, że król przyjął rezygnację Benita Mussoliniego i na nowego przywódcę Włoch mianował Badoglia. Już po kilku godzinach uradowany tłum zebrał się na placu Świętego Piotra77. Gdy fala radości przetoczyła się przez cały kraj, jeden z obserwatorów w Rzymie zauważył z przekąsem: "Skończyły się zapasy wina"78.
Jednak pozbawienie duce urzędu nie zmieniło rzeczywistości. Włochy nadal pozostawały głównym sojusznikiem nazistowskich Niemiec. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zamierzały podbić Sycylię, a potem zaatakować Włochy kontynentalne. Wojna we Włoszech, nawet bez Mussoliniego, właśnie się zaczynała.
Wieści o rezygnacji Mussoliniego dotarły do Hitlera (po godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści w sobotę 25 lipca) w Wilczym Szańcu, kwaterze głównej frontu wschodniego znajdującej się w RastenburguV w Niemczech. Hitler zwrócił się do zgromadzonego tłumu słowami: "Duce zrezygnował. Wiadomość nie jest jeszcze potwierdzona. Rządy przejął Badoglio"79. Ponieważ wcześniej Hitler zakazał działalności szpiegowskiej na ziemiach swoich sprzymierzeńców80, niemieckie służby bezpieczeństwa nie miały pojęcia, gdzie przebywa Mussolini ani nie znały okoliczności jego zniknięcia. Przekonany, że dymisja duce jest wstępem do zwrócenia się Włoch w stronę aliantów, Hitler dodał: "Bez wątpienia, powodowani zdradą, oznajmią, że pozostają wobec nas lojalni, ale to jest zdrada. Pewne jest, że pozostaną lojalni"81.
Załamanie się niemieckiej ofensywy podczas bitwy pod Kurskiem zmusiło Hitlera do defensywy; taki impas trwał do końca roku. Wczesnym rankiem Führer otrzymał jeszcze wieści o bombardowaniu Hamburga. W ciągu kolejnych ośmiu dni w wyniku powietrznych ataków zginęło ponad 40 tysięcy hamburczyków. Miasto zostało doszczętnie zniszczone82. Utrata najważniejszego sojusznika faszystowskich Niemiec w tak trudnym momencie z pewnością osłabiła morale niemieckich obywateli oraz żołnierzy, a w szczególności 60 tysięcy żołnierzy Wehrmachtu83, walczących u boku Włochów na Sycylii.
Zanik ducha bojowego nie wyjaśniał problemu. Hitler potrzebował ponad 2 milionów żołnierzy włoskiej armii84. Z wyjątkiem dwóch dywizji zbrojnych, które stacjonowały w Kalabrii (w "palcu" "włoskiego buta"), w żadnym innym miejscu we Włoszech nie stacjonowały wojska niemieckie w liczbie, która zapobiegłaby inwazji aliantów na Włochy kontynentalne85. Do czasu przybycia posiłków strefa buforowa na południowej granicy Niemiec pozostawała nieosłonięta. Udana inwazja pozwoliłaby aliantom wykorzystać włoskie lądowiska do ataków bombowych, a ich samoloty mogłyby dotrzeć do ważnego miejsca dostaw ropy - siły napędowej armii - na Bałkanach.
W reakcji na wiadomość o rezygnacji Mussoliniego Führer zwrócił się do feldmarszałka Wilhelma Keitla, szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (OKW - Oberkommando der Wehrmacht), i do generała Alfreda Jodla, szefa oddziału operacyjnego OKW, żeby: "Dowódca 3. Dywizji Grenadierów Pancernych udał się do Włoch ze specjalną grupą i dokonał natychmiastowego aresztowania całego rządu, króla, całego tego bajzlu, a w szczególności następcy tronu, żeby zapanował nad tym tłumem, zwłaszcza nad Badogliem i całym tym motłochem. Zobaczycie, że wtedy się poddadzą i za dzień czy dwa znowu dojdzie do wrzenia"86. Jednak feldmarszałek Kesselring wierzył, że Włosi dalej będą walczyć u boku swojego niemieckiego sojusznika, zgodnie z obietnicą Badoglia87. Po co wprowadzać dodatkowe zamieszanie, posyłając wojska do Rzymu? Sugerował, że czekając, będą mieli czas, by odkryć prawdziwe intencje monarchy.
Wielu spośród liderów partii nazistowskiej podzielało nienawiść Hitlera do Watykanu i jego przywódcy. Lider III Rzeszy od dawna atakował Kościół katolicki za wywieranie wpływu na wewnętrzną politykę Niemiec. Mimo iż nigdy się nie spotkali, Hitler wiedział, że Eugenio Pacelli pełnił funkcję nuncjusza apostolskiego w Niemczech w latach 1917-1929. Rezultatem dalszych kontaktów z Pacellim było podpisanie Reichskonkordat, konkordatu między Rzeszą a Stolicą Apostolską, w 1933 roku.
Przekonany, że papież miał swój udział w odsunięciu Mussoliniego od władzy, Führer zapałał gniewem i zniecierpliwiony powiedział: "Natychmiast udaję się do Watykanu. Myślicie, że się przejmuję Watykanem? Szybko ich spakujemy, a w szczególności cały ten korpus dyplomatyczny [...] Nic mnie nie obchodzi [...] Usuniemy każdą z tej bandy świń [...] A potem przeprosimy [...] Znajdziemy mnóstwo dowodów [w Watykanie] i udowodnimy im zdradę!"88.
Doktor Joseph Goebbels, niemiecki minister propagandy, który nazywał Włochów "pożeraczami makaronu"89, zalecał umiar w działaniach. Wiedział, że nawet najbardziej zmyślna kampania medialna nie uciszy wrzawy, jaka z pewnością by się rozpętała w reakcji na jakiekolwiek kroki podjęte przeciwko papieżowi90. Poparła go większość doradców Hitlera91.
Ostatecznie Hitler nie wysłał do Rzymu specjalnego oddziału, lecz wydał rozkaz, by oddział komandosów uwolnił Mussoliniego. Wykalkulował, że gdy duce znowu stanie u jego boku, zostanie ogłoszony nowy rząd faszystowski, nad którym Hitler będzie mógł sprawować kontrolę. Sprawą niecierpiącą zwłoki stała się odbudowa silnego partnerstwa między państwami osi. Tylko kto miałby pilnować osłabionego duce, gdy już zostanie uwolniony? Heinrich Himmler, budzący powszechny strach szef Schutzstaffel (SS) i "pan wszystkich obozów koncentracyjnych"92, umiał sobie radzić z ludźmi.
"Signores [sic!] znowu ułaskawieni - powiedział Himmler do generała SS Karla Wolffa podczas rozmowy telefonicznej - ale co się odwlecze, to nie uciecze"93. Wolff był wysokim rangą członkiem SS, Obergruppenführerem i generałem Waffen SS, oddziałów zbrojnych SS. Do Armii Cesarstwa Niemieckiego wstąpił w wieku szesnastu lat i podczas I wojny światowej służył na froncie zachodnim, gdzie otrzymał dwa Krzyże Żelazne za odwagę. Po wojnie przez dwa lata przygotowywał się do pracy bankiera i ostatecznie znalazł zatrudnienie w Deutsche Bank w Monachium, gdzie pracował od lipca 1923 roku do czerwca 1924 roku. Po krótkiej przygodzie z reklamą założył własną firmę94. Oba zajęcia przyniosły mu pożytek; jedno pozwoliło mu rozwinąć zdolności polityczne, drugie zaś nauczyło go sprzedawania siebie i swoich pomysłów. Pomimo skłonności do oportunizmu był też pragmatykiem, typem człowieka, który przetrwa w każdych okolicznościach.
Mimo że Wolff nie pochodził z arystokratycznej rodziny, to dzięki swojemu humanistycznemu wykształceniu, które obejmowało literaturę, muzykę i sztuki plastyczne, znalazł się w gronie młodzieży z wyżyn społecznych. Podczas I wojny światowej został powołany (wraz z oficerami z rodzin arystokratycznych) do służby w oddziale chroniącym wielkiego księcia Hesji, co jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu o swoim szlacheckim pochodzeniu95. Niektórzy z jego towarzyszy z SS drwili z tego nowego, czarującego i wyrafinowanego Wolffa. Nazywali go "wrześniowcem"96 - ten pejoratywny termin określał ludzi, którzy wstąpili do partii nazistowskiej dopiero po wygranych wyborach we wrześniu 1930 roku. Po zmianie przywództwa w rządzie Wolff czekał ponad rok, by wstąpić do partii nazistowskiej, lecz już następnego dnia zasilił szeregi SS97. Jego aryjski wygląd - wzrost ponad 180 centymetrów, niebieskie oczy, jasne włosy - bardzo mu pomógł w karierze. Zmotywowany, by być częścią elity, został nazistą w wyniku chłodnej kalkulacji, w przeciwieństwie do wielu nowych kolegów, którzy podzielali ekstremistyczne ideały nazistowskie.
W listopadzie 1936 roku98 Wolff został szefem osobistego sztabu Himmlera i kierował kilkoma sekcjami SS, w tym Ahnenerbe, Stowarzyszeniem Badawczo-Dydaktycznym nad Pradziejami Spuścizny Duchowej założonym przez Himmlera, który chciał wykazać "związek między współczesnymi Niemcami a starożytnymi plemionami germańskimi"VI. Wolff był "oczami i uszami Himmlera"99. W liście z 1939 roku wyraził swoje głębokie oddanie dla Himmlera i SS: "Wiara doprowadziła mnie do wyjątkowego człowieka, Reichsführera SS, którego jestem najbliższym asystentem. Nasza wspólna praca, dająca mi ogromną satysfakcję [...] ma swoje korzenie w wierze w Rasę"100. W lipcu 1941 roku Wolff towarzyszył Himmlerowi podczas wizytacji stanowiska dowodzenia w pobliżu sowieckiego miasta Mińsk, gdzie był świadkiem zgładzenia 100 Żydów101. Latem podjął działania zmierzające do rozładowania zatorów kolejowych spowodowanych transportami Żydów do obozów śmierci102. "Ze szczególną przyjemnością czytam Twój raport, że pociąg do Treblinki z członkami narodu wybranego podróżował nieprzerwanie przez czternaście dni [...] Skontaktowałem się z odpowiednimi agencjami, by zapewniono możliwość realizacji całej akcji"103.
Podczas spotkania pod koniec lipca Himmler wydał Wolffowi rozkaz udania się do Włoch w roli dyplomatycznego łącznika między wojskami Kesselringa w południowej Italii a pozostałymi grupami niemieckiej armii na północy104. Wolff miał czternaście dni na przygotowanie planu "przejęcia władzy sektora cywilnego" we Włoszech i zaprezentowanie go Führerowi105. Zachowanie infrastruktury i zdolności produkcyjnych Włoch miało być gwarantem pomyślnie przeprowadzonej okupacji.
Wolff nadawał się idealnie do tego zadania106. Hitler i Himmler ufali mu i nazywali go prawdziwym "wzorem szlachetnego Niemca"107 oraz "rycerzem w lśniącej zbroi". Wolff zdobył sobie też względy Mussoliniego, będąc członkiem eskorty honorowej podczas wizyty duce w Monachium w 1937 roku. Na swoim nowym stanowisku Wolff "miał uważać się za zarządcę Führera"108 na obszarze od północnej granicy Włoch aż po tyły niemieckich wojsk na froncie.
Nie wszyscy zignorowali groźbę Hitlera, który zapowiedział zajęcie Watykanu i porwanie papieża. Admirał Wilhelm Canaris, szef Abwehry (wywiadu i kontrwywiadu niemieckich sił zbrojnych), generał Erwin von Lahousen, szef II Wydziału Abwehry (sabotaż i zadania specjalne) oraz inni z najbliższego środowiska Führera podzielali silne antynazistowskie nastroje i opracowywali plan pozbawienia dyktatora władzy. Kiedy zastępca Canarisa poinformował ich, że właśnie otrzymał raport, w którym donoszono, "[...] że ci faceci zamierzają uwolnić Mussoliniego; zlikwidować papieża i króla"109, oniemieli ze zdumienia. Jeden z jego adiutantów wściekł się: "Co za brudna sztuczka. Naprawdę powinniśmy poinformować o tym Włochów"110. Canaris przyznał mu rację i nakazał Lahousenowi zwołanie nadzwyczajnego spotkania z jego włoskim odpowiednikiem, generałem Cesarem Am?.
Dnia 29 lipca Canaris i Lahousen polecieli do Wenecji na spotkanie z generałem Am? (odbyło się ono w słynnym hotelu Danieli)111. Dla Am? wymiana informacji o wojnie, w tym tych o zmianach w przywództwie Włoch - a także o niemieckiej reakcji na te wydarzenia - była rutynowym postępowaniem, ale spotkanie z trzema najwyższymi rangą oficerami wywiadu Rzeszy już nie. Początkowo obecność członków sztabu Am? ograniczała Canarisa, lecz Lahousen, siedzący tuż przy Włochu, usłyszał, jak jego szef powiedział: "Bądźcie ostrożni i uważajcie, bo coś się może wydarzyć"112. Po lunchu Canaris i Am? udali się na wycieczkę na wyspę Lido, gdzie spacerowali - sami - i kontynuowali swoją rozmowę113.
Dnia 4 sierpnia, sześć dni po spotkaniu przedstawicieli wywiadu, watykański sekretarz stanu, kardynał Luigi Maglione, zebrał kardynałów rezydujących w Rzymie w celu dokonania "przeglądu sytuacji politycznej we Włoszech i przedyskutowania zagrożeń dla Watykanu"114. Podczas tego spotkania Maglione "[...] ostrzegł zebranych, że w oficjalnych włoskich kręgach wyraża się obawę, iż niemieckie wojska mogą wejść do Rzymu, opanować Watykan i przewieźć papieża do Monachium"115. W kolejnych pełnych napięcia dniach najważniejsi oficjele Watykanu mieli spakować walizki i bezzwłocznie wyruszyć w podróż. Pod marmurową posadzką Pałacu Papieskiego ukryto dokumenty zawierające tajne dane, także te dotyczące Ojca Świętego.
Dziewiętnaście dni później Harold Tittmann, specjalny asystent Myrona Taylora, osobistego przedstawiciela Roosevelta w Watykanie, rozmawiał ze swoim kolegą, brytyjskim ministrem Francisem Osbornem. Gdy Włochy ogłosiły wojnę ze Stanami Zjednoczonymi, Tittman opuścił Ambasadę Amerykańską w Rzymie i podobnie jak inni członkowie korpusu dyplomatycznego przeniósł się do Watykanu. Osborne poinformował Tittmana, że "według wiarygodnych źródeł w najbliższych dniach Niemcy mają zająć Rzym, a prawdopodobnie także i Watykan. Na prośbę Osborne'a moi synowie wykorzystali kominek w naszym salonie, jedyny dostępny w całym Watykanie, do spalenia dokumentów brytyjskiej ambasady"116.
Jak później wyjaśnił Lahousen, Hitler nie tylko zamierzał porwać papieża. On "chciał go zabić"117.
Uwaga! Wiek podany w stosunku do roku 1943.
Główne postaci
Kapitan Deane Keller, członek sekcji obrońców zabytków w amerykańskiej 5. Armii. Lat: 42. Urodzony: New Haven, stan Connecticut, Stany Zjednoczone Ameryki. Portrecista i profesor sztuki na Uniwersytecie Yale. Zgłosił się na ochotnika, by służyć ojczyźnie i wykorzystać swoją wiedzę o Włoszech. Pozostawił w kraju ukochaną żonę Kathy i synka Dino. Introwertyczny, wrażliwy i bardzo pracowity. Często czuł się osamotniony. [Deane Keller Papers, Manuscripts & Archives, Yale University]
Porucznik Fred Hartt, oficer sekcji obrońców zabytków działający na terenie Toskanii. Lat: 29. Urodzony: Boston, stan Massachusetts, Stany Zjednoczone Ameryki. Historyk sztuki. Wschodząca gwiazda na tym polu. Pracował jako asystent i katalogista w Yale University Art Gallery, zanim wstąpił do armii w 1942 roku. Hartt był osobą przebojową, czasem impulsywną i naiwną. Kochał Włochy i swoją pracę. [Walter Gleason Collection]
Generał Karl Friedrich Otto Wolff, najwyższy dowódca SS i policji we Włoszech. Lat: 43. Urodzony: Darmstadt, Niemcy. Przez sześć lat kierował osobistym sztabem Reichsführera SS Heinricha Himmlera. Po kapitulacji Włoch, we wrześniu 1943 roku, Wolff został de facto przywódcą Włoskiej Republiki Socjalnej. Często wykorzystywał swoją umiejętność perswazji. Miał fory u Hitlera. [Ullstein Bild - Walter Frenz]
Postaci drugoplanowe
Giovanni Poggi, kurator florenckich galerii w Arezzo i Pistoi. Lat: 63. Urodzony: Florencja, Włochy. Zorganizował ewakuację dzieł sztuki z miejskiego muzeum do repozytoriów na terenie Toskanii. Był jednym z najbardziej szanowanych i doświadczonych kuratorów we Włoszech (podobną funkcję pełnił podczas I wojny światowej). [Arianna i Elisa Magrini oraz Edizioni Polistampa, Florencja]
Allen Dulles, szef misji Biura Usług Strategicznych w Szwajcarii. Lat: 50. Urodzony: Watertown, stan Nowy Jork, Stany Zjednoczone Ameryki. W roku 1942 przybył do Berna w Szwajcarii jako specjalny asystent ministra. W rzeczywistości pracował dla Biura Służb Strategicznych (OSS). [Central Intelligence Agency]
Don Guido Anelli, katolicki duchowny i przywódca partyzantów. Lat: 31. Urodzony: Vigalone, Włochy. Był jednym z pierwszych organizatorów ruchu oporu przeciwko Niemcom i faszystom w prowincji Parma. [Sergio Gliotti Collection]
Pułkownik SS Alexander Langsdorff, szef Kunstschutzu we Włoszech. Lat: 45. Urodzony: Alsfeld, Niemcy. Znakomity archeolog, pracował w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie. Wszedł w skład osobistego sztabu Himmlera w 1935 roku. Jego działalność na rzecz dzieł sztuki i zabytków Włoch często kolidowała z pracą dla SS. [Mareile Langsdorff Claus Collection]
Kapitan Alessandro Cagiati, oficer amerykańskiego wywiadu pracujący w ramach OSS. Lat: 34. Urodzony: Rzym, Włochy. Wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w 1934 roku. Podczas wojny przybył na Sycylię wraz z pierwszymi żołnierzami wojsk sprzymierzonych. Był łącznikiem między OSS a włoskim ruchem oporu. [Anthony Cagiati i Alessandro Cagiati]
Obrońcy zabytków
Komandor podporucznik Perry B. Cott, USNR. Lat: 34. Urodzony: Columbus, stan Ohio, Stany Zjednoczone Ameryki. Zastępca dyrektora i kurator sztuki europejskiej i azjatyckiej w Worcester Art Museum, Massachusetts. Początkowo pracował w wywiadzie marynarki wojennej, był jednym z pierwszych oficerów sekcji obrońców zabytków wysłanych na Sycylię w 1943 roku. [Pennoyer Papers, Department of Art and Archeology, Princetown University]
Kapitan Edward "Teddy" Croft-Murray. Lat: 36. Urodzony: Chichester, Wielka Brytania. Kustosz działów reprodukcji i rysunków w British Museum. Najpierw służył w dowództwie marynarki wojennej i w Ministerstwie Wojny. Na teren działań kampanii śródziemnomorskiej przedostał się przez Tizi Ouzou w Algierii.
Podpułkownik Ernest Theodore DeWald, dyrektor Podkomisji Sekcji Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów. Lat: 52. Urodzony: Nowy Brunszwik, stan New Jersey, Stany Zjednoczone Ameryki. Profesor sztuk plastycznych na Uniwersytecie Princeton. Weteran I wojny światowej, służył w Afryce Północnej, gdzie szkolił żołnierzy w zakresie dziedzictwa kultury Włoch. [Walter Gleason Collection]
Major Paul Gardner. Lat: 49. Urodzony: Somerville, stan Massachusetts, Stany Zjednoczone Ameryki. Dyrektor muzeum. Gardner służył w armii amerykańskiej podczas I wojny światowej. W roku 1933 został pierwszym dyrektorem nowo otwartej William Rockhill Nelson Gallery i Atkins Museum of Fine Arts w Kansas City, w stanie Missouri. Gardner był pierwszym oficerem sekcji obrońców zabytków, który dotarł do Włoch kontynentalnych. [Walter Gleason Collection]
Podpułkownik Mason Hammond. Lat: 40. Urodzony: Boston, stan Massachusetts, Stany Zjednoczone Ameryki. Naukowiec z dziedziny filologii klasycznej. Mianowany przez prezydenta Roosevelta, pełnił funkcję jego doradcy w sprawach sztuk pięknych i zabytków. Wylądował na Sycylii trzy tygodnie po inwazji aliantów. Pierwszy oficer obrońców zabytków działający w terenie. [Elizabeth Hammond Llewellyn Collection]
Podpułkownik Norman T. Newton, oficer sekcji obrońców zabytków przy brytyjskiej 9. Armii. Lat: 45. Urodzony: Corry, stan Pensylwania, Stany Zjednoczone Ameryki. Architekt krajobrazu. Był kadetem w korpusie rezerwy Amerykańskiej Marynarki Wojennej podczas I wojny światowej. Podobnie jak kilku innych członków sekcji obrońców zabytków spędził trzy lata w Akademii Amerykańskiej w Rzymie. [Walter Gleason Collection]
Major Theodore "Tubby" Sizer. Lat: 51. Urodzony: miasto Nowy Jork, Stany Zjednoczone Ameryki. Dyrektor Yale University Art Gallery. W roku 1942 otrzymał stopień majora Wywiadu Sił Powietrznych i służył na Sycylii. Rekomendował kilka osób do pracy w MFAA, w tym swojego przyjaciela Deane'a Kellera. [Images of Yale Individuals, Manuscripts & Archives, Yale University]
Podpułkownik John Bryan Ward-Perkins, zastępca dyrektora podkomisji MFAA. Lat: 31. Urodzony: Bromley, Anglia. Brytyjski archeolog. Przed wojną pracował w London Museum i na Uniwersytecie Maltańskim. Jako członek Brytyjskiej Artylerii Królewskiej w 1943 roku został wysłany do Afryki Północnej, gdzie zajmował się ochroną ruin starożytnego rzymskiego miasta Leptis Magna i Sabratha w Libii. [Walter Gleason Collection]
W roku 1996 przeprowadziłem się do Florencji i mieszkałem tam niemal pięć lat. Wówczas w ogóle nie interesowałem się sztuką (ani historią sztuki). Moja wiedza dotycząca II wojny światowej pochodziła głównie z filmów, kilku książek i opowieści mojego ojca - weterana wojny na Pacyfiku, który służył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych - opowieści, którymi zaczął się dzielić z rodziną dopiero pod koniec swojego życia. Lecz dzięki mojej pasji naukowej udało mi się nadrobić stracony czas. Niebawem Florencja stała się dla mnie salą lekcyjną, a Europa szkołą. Ostatnie lata, po powrocie do Stanów Zjednoczonych, poświęciłem, dzieląc się z innymi opowieściami o obrońcach zabytków, ludziach, którzy podczas wojny uratowali ogromną część spuścizny artystycznej. Wiodącą rolę w ratowaniu dziedzictwa kulturowego odegrały Stany Zjednoczone, co powinno napawać dumą wszystkich Amerykanów.
Dopiero dziesięć lat po opuszczeniu Florencji, gdy zbierałem materiały do tej książki, odkryłem, że historię o obrońcach zabytków miałem na wyciągnięcie ręki. Nasz dom w Bellosguardo, wybudowany na jednym ze wzgórz z widokiem na miasto, był częścią rezydencji Villa dell'Ombrellino, która podczas walki o Florencję znalazła się pod ostrzałem artyleryjskim. Cecil Pinsent, znany architekt krajobrazu, a zarazem oficer sekcji obronców zabytków, zaprojektował dla niej ogród w stylu włoskim1.
Torre di Bellosguardo, hotel usytuowany za naszym domem, został zajęty przez wojska niemieckie, odpowiedzialne za zniszczenie wspaniałych florenckich mostów. Po zdobyciu miasta mieszkali w nim alianci.
Mieszkając we Florencji, zwiedziłem wiele miejsc, nieświadomy roli, jaką później miały odegrać w powstawaniu tej książki.
Podczas swoich poszukiwań odkryłem, że toskańskie skarby w którymś momencie trafiły do St. Moritz w Szwajcarii - wyjątkowego miejsca, w którym napisałem znaczną część tego tekstu. Przypomniało mi to słowa bliskiego przyjaciela obrońcy zabytków Deane'a Kellera: "Życie jest pełne tajemnic, dla których niezgłębione siły przynoszą niesamowite rozwiązania"2.
Moja podróż zawiodła mnie z Ponte Vecchio we Florencji - gdzie po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób tyle wspaniałych dzieł sztuki europejskiej przetrwało II wojnę światową i kto je ocalił od zniszczenia - do Waszyngtonu, gdzie 6 czerwca 2007 roku członkowie Kongresu podjęli wspólną rezolucję, która uhonorowała wysiłki działaczy sekcji obrońców zabytków. Pięć miesięcy później stałem przed pięcioma bohaterami tamtych czasów w Sali Wschodniej Białego Domu, by odebrać w imieniu Fundacji Obrony Zabytków medal National Humanities z rąk prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Czterdzieści osiem osób (zarówno mężczyzn, jak i kobiet) służyło w Sekcji Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów (MFAA). (Kompletna lista ich nazwisk znajduje się na końcu książki.) Niestety, tylko jeden spośród tych, którzy służyli we Włoszech, artysta Salvatore Scarpitta, dożył moich czasów. Niemniej jednak moja niezdolność do przedstawienia historii tych wielkich ludzi w żadnym razie nie umniejsza ich zasług.
Ze Scarpittą po raz pierwszy spotkałem się 31 października 2006 roku. Już wtedy był on mocno schorowany. Nie opuszczał domu, otoczony swoją sztuką. Rozmawialiśmy o Włoszech i o jego pracy w sekcji. Podobnie jak inne osoby, z którymi rozmawiałem, przepraszał mnie za słabą pamięć i powiedział: "Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej"3. Po kilku minutach oglądania ilustracji z mojej pierwszej książki, Rescuing Da Vinci, Salvatore poczynił ważne obserwacje:
Byłem bardzo krytycznym dzieciakiem, ale wszyscy okazywaliśmy szacunek do artystów oraz tych, którzy cenili ich pracę... Wobec ich dzieł odczuwałem coś, co się powszechnie nazywa miłością. Czułem, że tworzą prawdziwy pomnik ludzkości... Tak więc w naszej pracy znajdziesz postawę ludzi, którzy pragną zachować bicie tego serca... I udało się nam (tak przynajmniej myślałem)4.
Nasze pełne emocji spotkanie wyczerpało go. Żegnając się z nim, rzekłem: "Wrócę tutaj, więc lepiej uważaj na siebie". Uśmiechnął się i odparł: "Czekam... Dziękuję ci, bracie"5. Niestety, nigdy nie doszło do naszego kolejnego spotkania. Salvatore Scarpitta zmarł sześć miesięcy później, 10 kwietnia 2007 roku. Lecz pamięć Scarpitty o tamtych heroicznych czasach przetrwała dzięki jego córce Loli Scarpicie Knapple, która podobnie jak inne dzieci wielkich ludzi, pragnie popularyzować spuściznę swoich najbliższych.
Na ratunek Italii jest częścią większego projektu. W czerwcu 2007 roku założyłem Fundację Obrońców Zabytków, której celem jest zachowanie dziedzictwa bohaterów z okresu II wojny światowej i ponowne ustanowienie przywództwa w kwestii ochrony skarbów kultury podczas konfliktów zbrojnych. Moją misją jest popularyzja w społeczeństwie wiedzy o działaniach obrońców zabytków oraz ich osiągnięciach. Wierzę, że ta książka - wraz ze stałą wystawą obrońców zabytków przygotowywaną w Pawilonie Wyzwolenia w Muzeum II Wojny Światowej w Nowym Orleanie, a także filmem fabularnym reżyserowanym przez zdobywcę Oscara George'a Clooneya i Granta Heslova - ukaże ich niezwykły wysiłek szerszej publiczności. Mam też nadzieję, że świadomość ich istnienia zmobilizuje do poszukiwań wciąż nieodnalezionych dzieł sztuki, skradzionych podczas wojny, i zaowocuje kolejnymi odkryciami. Zachęcam czytelników, by w razie pytań dotyczących pochodzenia konkretnych artefaktów o znaczeniu historycznym kontaktowali się z fundacją. Szczegółowe informacje znajdziecie pod adresem: www.monumentsmenfoundation.org
16 września 1943
Ojciec Acerbi, weteran I wojny światowej, spędził kolejną noc w wilgotnym schronie przeciwlotniczym w Mediolanie wraz ze swoimi braćmi dominikanami. Żywił nadzieję, że nie powtórzą się już dramatyczne wydarzenia poprzednich wieczorów. Była niedziela 15 września 1943 roku. Tego dnia, razem z mieszkańcami miasta, celebrował uroczystość Wniebowzięcia, Ferragosto, jednego z największych świąt państwowych we Włoszech. Jednak uroczystości przebiegały w smutnej atmosferze. Acerbi modlił się, żeby ataki ustały choćby na kilka godzin. Umęczeni mieszkańcy Mediolanu potrzebowali snu; podobnie jak mnisi.
Tuż po północy7, gdy księżyc ukazał się w pełni po częściowym zaćmieniu8, ponownie rozległo się złowrogie, lecz jakże znajome buczenie syren przeciwlotniczych. Poprzednie naloty zmusiły setki tysięcy mediolańczyków do opuszczenia miasta9. Dwadzieścia minut później dało się słyszeć pomruki nadlatujących samolotów, a potem stłumione odgłosy wybuchów bomb. Ziemia zadrżała, głośniej i gwałtowniej, gdy nad centrum miasta nadleciały pierwsze lancastery Brytyjskich Sił Powietrznych. Pojawiające się w oddali rozbłyski jeszcze bardziej rozjaśniły rozświetlone niebo. Pożary nasyciły powietrze kwaśnym odorem. W pobliżu schronu Acerbiego z ogłuszającym hukiem wybuchła prawie dwutonowa bomba.
Kilka nocy wcześniej odłamki pocisków uderzyły w kościół Santa Maria delle Grazie i uszkodziły też refektarzI. Na szczęście zniszczeniu nie uległa perła Mediolanu, która towarzyszyła ojcom dominikanom podczas posiłków: Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci10. Zgodnie z wiekową tradycją mnisi siadali do posiłku pod północną ścianą refektarza, na której Leonardo namalował fresk przedstawiający dwunastu apostołów przygotowujących się do wieczerzy. Z nadejściem świtu ojciec Acerbi uświadomił sobie, że eksplozja przerwała długą tradycję, być może bezpowrotnie.
Leonardo przystąpił do malowania Ostatniej Wieczerzy z rozmysłem. Młody mnich i znany twórca nowel, Matteo Bandello, tak pisał o mistrzu: "Każdego ranka udaje się na platformę, by malować Ostatnią Wieczerzę; i pozostaje tam od świtu do nocy, nie wypuszczając pędzla z dłoni, pracując bez jedzenia i picia. A potem przez trzy dni nie bierze pędzla do ręki, lecz przez długie godziny bada swoje dzieło, poddając je krytyce"11.
Gdy fresk został ukończony (1498), ludzie nie kryli zdumienia. Dotychczas, począwszy od najwcześniejszych malowideł z katakumb z V i VI wieku, poprzez bardziej współczesne, autorstwa takich malarzy, jak Taddeo Gaddi (ok. 1350), Andrea del Castagno (ok. 1447), Domenico Ghirlandaio (ok. 1480) czy Pietro Perugino (ok. 1493), podobne dzieła umieszczano w kontekście eucharystii. Twórcy zwykle sadzali dwunastu apostołów przy stole, a Chrystus na tych obrazach przygotowywał ofiarę z chleba i wina. Sceneria owych dzieł niewiele miała wspólnego z rzeczywistością: postacie statyczne, pozbawione emocji. Judasz często przedstawiany był sam, po przeciwnej stronie stołu.
Tymczasem Leonardo, wnikliwy obserwator natury, dysponujący rozległą wiedzą anatomiczną, zerwał z tradycją i połączył ustanowienie sakramentu eucharystii z dramatyczną chwilą, kiedy Jezus oznajmia: "Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi"12. Zauważywszy wcześniej, że "ruchy mężczyzn są tak samo różne jak emocje płynące przez ich umysły"13, da Vinci zdołał odmalować reakcję apostołów na szokującą nowinę. Święty Filip kładzie dłonie na piersi, dając wyraz swojej niewinności. Święty Jakub Starszy gestykuluje, nie mogąc opanować wzburzenia. Święty Bartłomiej, ze wzrokiem utkwionym w Chrystusie, pochyla się, napierając mocno na stół, podczas gdy Judasz, przewróciwszy solniczkę, wzdraga się gwałtownie i zaciska dłoń na sakiewce, być może wypełnionej srebrnikami. Wykorzystanie koloru i niezwykle realistyczne postacie apostołów sprawiają, że oglądając fresk, stajemy się częścią dramatycznej opowieści Leonarda. I oto teraz groziło dziełu, że już nikt nigdy go nie ujrzy.
Bomba spadła na środek Krużganku zmarłych, niedużego, porośniętego trawą dziedzińca położonego na wschód od refektarza i na północ od kościoła14. Wybuch zniszczył zadaszoną kolumnadę, którą mnisi, ubrani w białe habity i sandały, przemierzali każdego dnia. Gdyby ojciec Acerbi nie nakazał swoim braciom dominikanom15 przenieść się z klasztornych piwnic do schronu poza kościelnymi murami, wszyscy by zginęliII. Po długiej arkadzie pozostały tylko drewniane kikuty, które podpierały pokryte freskami piękne łuki, prowadzące do głównej części kościoła.
Eksplozja całkowicie zburzyła wschodnią ścianę refektarza, przez co zawalił się dach16. Drewniane dźwigary spadzistego dachu zniszczyły cienki sklepiony sufit sali jadalnej, jakby ktoś młotem uderzył w jajko. Miejscowi urzędnicy przezornie zabezpieczyli północną ścianę workami z piaskiem, drewnianym rusztowaniem i metalowymi wzmocnieniami już w 1940 roku. Tylko to uchroniło arcydzieło Leonarda przed zniszczeniem. Mimo że nikt nie potrafił od razu ocenić, w jakim stanie jest Ostatnia Wieczerza, ojciec Acerbi uznał za cud, że fresk ocalał przed zniszczeniem (bomba wybuchła zaledwie 25 metrów od refektarza).
Leonardo malował Ostatnią Wieczerzę, posługując się eksperymentalną techniką. Zamiast kłaść pigment na mokry tynk (zgodnie z tradycją malowania fresków), mistrz malował na suchej ścianie, by uzyskać większą różnorodność barw. Nowa technika współgrała z jego powolnym, pełnym namysłu stylem pracy. Da Vinci malował fresk trzy lata17 (ostatecznie dzieło miało 457 centymetrów wysokości, 884 centymetry po przekątnej i zajmowało niemal całą szerokość refektarza18). Jednak eksperyment Leonarda się nie powiódł; nie minęły dwie dekady, gdy stan powierzchni malowidła zaczął się pogarszać. Jeszcze przed rokiem 1726 restauratorzy rozpoczęli pierwszą z długiej serii (mniej lub bardziej udokumentowanych) ingerencji naprawczych. Ich wysiłki jednak nie zmierzały do zachowania malowidła Leonarda na wilgotnej północnej ścianie; bardziej chodziło o to, by wyeksponować pracę danego restauratora - oraz jego imię - w historycznym dziele19. Jak zaobserwował pewien znawca sztuki z Mediolanu: "Nie ma drugiej takiej pracy na świecie, która byłaby bardziej czczona przez publiczność, a jednocześnie bardziej obrażana przez naukowców"20. Wybuch bomby 16 sierpnia 1943 roku był ostatnim, a zarazem najbardziej drastycznym aktem agresji na Ostatnią Wieczerzę.
Wilgotność ściany północnej niepokoiła restauratorów. Wystawienie fresku na działanie żywiołów wywołało nowe zagrożenia. Zburzenie ściany wschodniej i dachu pozbawiło refektarz jego charakterystycznego mikroklimatu, a letnie upały podwyższyły wilgotność północnej ściany. Ponadto siła wybuchu pocisku odrzuciła część worków z piaskiem na zamalowaną ścianę21. Letnia burza mogła z łatwością zmyć malowidło22. Także niewysoki budynek przylegający do tylnej ściany refektarza groził zawaleniem. Wystarczyły wibracje spowodowane kolejnymi atakami aliantów, by ściana północna się zawaliła. Nawet jeśli przetrwałaby kolejne zniszczenia, to znamienitemu dziełu Leonarda groziło wielkie niebezpieczeństwo.
Na Włochy zawsze patrzono przez pryzmat tamtejszych skarbów kultury; Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci jest tylko jednym z nich. Starożytne miejsca - Rzym, Syrakuzy i Pompeje; miasta szkatułki - Wenecja, San Gimignano i Urbino; miejsca kultu religijnego - Bazylika Świętego Piotra, florencka katedra Duomo (Santa Maria del Fiore) i kaplica Arena w Padwie (kaplica Scrovegnich); a także ikoniczne pomniki - Koloseum, Krzywa Wieża czy most Ponte Vecchio - od wieków otaczane najwyższym podziwem (poprzez literaturę, poezję czy malarstwo), stały się spuścizną całej ludzkości.
Jak pokazały wydarzenia z Mediolanu, II wojna światowa i najnowsze metody działań bojowych (zwłaszcza z użyciem bomb zapalających) okazały się śmiertelnym zagrożeniem tego dziedzictwa. Kiedy alianci wylądowali na Sycylii (w nocy z 9 na 10 sierpnia 1943 roku), pojawiło się inne ryzyko: wojna lądowa23. Niemcy w swojej determinacji nie chcieli oddać nawet piędzi włoskiej ziemi. Jak wielu innym dziełom sztuki zagrażała wojna? Od samego początku (o czym świadczy zniszczenie Ostatniej Wieczerzy) alianci zachodni nie byli wolni od błędów w ocenie i realizacji swoich działań.
Wojna może mieć wiele imion, jednym z nich jest niewątpliwie chaos. Rzadko kiedy wszystko idzie zgodnie z planem. Premier Winston Churchill powiedział kiedyś: "Nigdy, nigdy nie wierzcie, że jakakolwiek wojna pójdzie gładko i będzie łatwa czy też że ktokolwiek, kto wyrusza w tę dziwną podróż, potrafi zmierzyć fale i huragany, które napotka"24. Pojawiają się etyczne dylematy. Zostaje poddana próbie lojalność, lecz lojalność wobec kogo? Wobec kraju, sprawy czy samego siebie? Wysiłki podjęte, by ochronić skarby włoskiej kultury, stanowiły taką właśnie podróż, przed którą przestrzegał Churchill. Niewiele podobnych wojennych podróży dostarczyło tak niesamowitych opowieści.
Podczas II wojny światowej zadanie uratowania skarbów kultury powierzono różnym i często przypadkowym osobom, takim jak dowódcy wojskowi, włoscy urzędnicy zajmujący się kulturą, dostojnicy Kościoła katolickiego, niemieccy dyplomaci i historycy sztuki, oficerowie SS czy agenci OSS i partyzanci. Kierowały nimi najróżniejsze motywy. Nie wszyscy zachowywali się zgodnie z oczekiwaniami - często wręcz przeciwnie.
Istniała także nieco mniej znana grupa Amerykanów i Brytyjczyków - dyrektorzy muzeów, kustosze, artyści, archiwiści, edukatorzy, bibliotekarze i architekci - którzy zgłosili się na ochotników, by ratować dziedzictwo Europy. Nazwano ich obrońcami zabytków. Ta grupa uczonych żołnierzy w średnim wieku stanęła wobec pozornie niewykonalnego zadania: by zminimalizować zniszczenia największego w Europie centrum sztuki, architektury i historii spowodowane wojenną zawieruchą; by wszcząć prace renowacyjne tam, gdzie to możliwe; a także zlokalizować i zwrócić skradzione dzieła sztuki ich prawowitym właścicielom. Misja obrońców zabytków była eksperymentem wymyślonym przez urzędników, którzy siedzieli w swoich biurach z dala od wojny.
Trzon grupy stanowiło dwóch mężczyzn, którzy odegrali ogromną rolę nie tylko w historii narodu, lecz także w utrwaleniu kulturowego dziedzictwa cywilizacji. Deane Keller, patriota, czterdziestodwuletni artysta, nauczyciel, mąż i ojciec trzyletniego syna, zdawał się być wszędzie i nigdzie, nieustannie przemieszczając się z miejsca na miejsce. Fred Hartt, porywczy, lecz ogromnie utalentowany dwudziestodziewięcioletni historyk sztuki, tak bardzo ukochał kulturowe skarby Florencji, że ocalenie sztuki tego miasta przed zniszczeniem stało się jego misją życia. Rzuceni w świat służby wojskowej zmagali się z wojną, jej strasznymi skutkami, a czasem też z własnym towarzystwem.