- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... o, o, tylko pięć par! - powiedział sam do siebie Robert, pakując do podróżnej torby ostatnie czyste majtki.
Tak naprawdę na półce zostały jeszcze dwie pary, ale były na nich wesołe żółte miśki, a przecież mężczyznom w pewnym wieku niektóre wzory na bieliźnie stanowczo nie przystoją. Robertowi miśki nie pasowały już od ponad dwóch lat, natomiast czarno-białe piłki i czerwone ferrari jeszcze nie przestały pasować. Na tej podstawie możemy w pewnym przybliżeniu określić wiek Roberta na lat dziesięć i pół.
- Wziąłeś dosyć majtek? - doleciał z dołu czujny głos mamy, a tata prawie natychmiast powiedział:
- Daj mu już spokój. Co to, gaci sobie nie umie policzyć?
- Wziąłem, wziąłem! - zapewnił z góry Robert.
Obóz tenisowy miał co prawda trwać dwanaście dni i tak na pierwszy rzut oka majtek mogło być trochę przymało, ale Robert, jako urodzony optymista wierzył, że może jednak jakoś wystarczy.
- To ile masz par? - drążyła niezrażona mama, a tata tym razem tylko mruknął coś pod nosem.
- Starczy! - odkrzyknął Robert.
- To znaczy ile?
- W sam raz!
- Ile?!
- Pięć! - burknął w końcu zrezygnowanym głosem.
- Rany boskie! - zawołała przerażona mama. - Pięć par majtek na cały obóz? Czy ty masz dobrze w głowie? No i co?! - To ostatnie już było do taty. - Widzisz, jak to jest? A ciebie to nic nie obchodzi! Dla ciebie to on by mógł nawet bez majtek pojechać!
- Raz by pojechał bez majtek, to by się nauczył rozumu - mruknął obojętnie tata, co strasznie rozsierdziło mamę.
- Tobie się po prostu nie chce ruszyć i zainteresować! - powiedziała ze złością. - Jak ja czegoś nie dopilnuję, to...
Tu nastąpiła długa gniewna wymiana zdań i ktoś obcy zdziwiłby się pewnie, ile gorących emocji mogą budzić zwykłe skarpetki i majtki. Jednak Robert nie był obcy i w ogóle go to nie dziwiło. Dziś były skarpetki i majtki, wczoraj samochód i nieumyta szklanka, a kiedy indziej najnowsza książka jakiegoś "-skiego" czy "-icza". Robert nie miał pewności, ale czuł w głębi duszy, że w tych głośnych rozmowach słowa nie miały znaczenia. Gdzieś pod nimi kryły się dziwne smutki i żale, może tęsknota za czymś, co było i zgasło, albo nie zgasło, tylko przygasło i już nie daje tyle ciepła, co kiedyś.
Robert westchnął ciężko i zszedł na dół. Na suszarce w ogródku schły majtki, kolorowe koszulki i cała reszta. Skompletował bieliznę, zdjął ze sznurka skarpetki i wrócił do pokoju. Tam wrzucił wszystko do torby i mocno uklepał.
- Mam skarpetki! - krzyknął.
Rodzice już stygli po rozmowie. Mama w milczeniu prasowała koszule, a tata zmieniał owijkę na rączce rakiety tenisowej syna. Robert z hukiem zbiegł po schodach i oświadczył z podstępną miną:
- Wziąłem dwa razy więcej niż jest dni na obozie!
- Czego? Skarpetek? - zdziwiła się mama. - A po co aż tyle?
- Przecież noszę dwie naraz! - oznajmił triumfalnie, zadowolony, że dali się nabrać.
Oboje rodzice chcąc nie chcąc rozluźnili napięte mięśnie i uśmiechnęli się bezradnie. Ich ręce podniosły się jednocześnie i na chwilę spotkały na ciemnej, krótko przyciętej czuprynie.
- Nie wiem, czy dobrze, że się zgodziłem na ten cały obóz - powiedział Robert trochę wesoło, a trochę poważnie. - Jeszcze nigdy nie zostawaliście tak długo sami. A co będzie, jak się dokumentnie pokłócicie?
Przez chwilę wydało mu się, że tata trochę się zaczerwienił, a mama nerwowo przygładziła włosy. Popatrzyli na siebie niepewnie, a potem tata wziął ich oboje za ręce i pociągnął w stronę kanapy. Z impetem wpadli w miękkie poduchy, aż na krótką chwilę wyleciało w powietrze sześć nóg o różnej długości.
- Synu! - uroczyście rozpoczął tata, kiedy się już umościli i znieruchomieli. - Nie umiesz jeszcze liczyć majtek, ale poza tym jesteś już całkiem dużym chłopem. Musimy poważnie porozmawiać.
- Trudno - zgodził się Robert.
- Jak zauważyłeś, zdarza nam się z mamą trochę posprzeczać - mówił dalej tata, a Robert prychnął złośliwie:
- Trochę!
- Nie przerywaj, kiedy ojciec mówi! - burknął tata, ale nie zabrzmiało to szczególnie groźnie. - Otóż czasami się z mamą sprzeczamy - ciągnął. - Czasem różne rzeczy nas denerwują. Czasami nie możemy się dogadać. Nie wszystko nam się udało, tak jak kiedyś planowaliśmy, ale jest jedna rzecz, która wyszła nam całkiem, całkiem.
- Jaka? - zapytał Robert, robiąc przy tym rozkosznie głupiutką minkę.
Doskonale wiedział, co to za rzecz, i czekał na odpowiedź jak kot na drapanie za uchem.
- Synek nam się całkiem udał. Prawda, kochanie? - tata uśmiechnął się do mamy.
- Prawda - powiedziała mama. - Synek jest nie najgorszy.
Nad głową Roberta, który siedział pośrodku, coś cicho cmoknęło, a on sam został na chwilę przyjemnie ściśnięty.
- Myślę, synu, że możesz jechać - dodał tata. - Jakoś sobie z mamą poradzimy. W ostateczności mamy numer twojej komórki.
Potem zaczęły się żarty i wesołe przepychanki. Przyjemnie było być całkiem udanym malutkim syneczkiem mamy i taty. Robert pomyślał, że mógłby tak sobie siedzieć do końca życia, zamiast jechać na jakiś głupi obóz, gdzie trzeba być przez cały czas dorosłym, bez szans na odpoczynek w krainie bezradnych bobasków... To była smutna myśl i coś się od niej działo z oczami.
- Tylko pamiętaj, żeby się porządnie myć - podejrzanie cicho powiedziała mama.
Jakaś wstrętna niewidzialna ręka ścisnęła Roberta za gardło.
Następny dzień wstał roześmiany i rozświergotany. Słońce nie zaczęło jeszcze prażyć i tylko puszczało wesołe świetlne zajączki kropelkami porannej rosy. Był właśnie ten cudowny moment między pierwszym a drugim miesiącem wakacji, kiedy nawet ciężko pracujący dorośli czują się lepiej niż zwykle, choć o letnim nieróbstwie mogą najwyżej pomarzyć.
Jednak w domu Roberta jakoś nie czuło się tej spokojnej radości. Nic dziwnego. Robercik - dziecko jedyne, syn ukochany, który dopiero co nauczył się siedzieć, zrobił pierwszy kroczek, stracił mleczny ząbek, poznał alfabet i zdał do czwartej klasy - opuszczał rodzinne gniazdo na całe dwa tygodnie.
Mama wstała bardzo wcześnie i gotowała jajka na twardo.
- Chcesz mu dać jajka? - marudził tata, a mama tłumaczyła, że jak się jest cały dzień w podróży, to przecież trzeba coś zjeść.
- Zasmrodzi cały autokar i wszystkim podpadnie, jeszcze zanim zdąży się zaprzyjaźnić - upierał się tata i zaczynało być trochę nerwowo.
Nagle z góry dobiegło bezradne wołanie o pomoc:
- Mama, majtek nie mam ani skarpetek!
Cienki głos trząsł się i łamał, bo też trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to wesoła sytuacja, kiedy się odkrywa coś takiego godzinę przed wyjazdem na swój pierwszy w życiu obóz.
- Jak to nie masz? - przeraziła się mama. - A co się z nimi stało?
- Kazałaś zapakować!
- A w czym zamierzałeś jechać? - ostro spytał tata.
- Mama kazała zapakować!
Tata westchnął ciężko, wziął kluczyki z koszyka na blacie i wyszedł do samochodu, w którym bagaże Roberta spędziły ostatnią noc przed wyjazdem. Wrócił z majtkami i parą skarpetek.
- Oj, synek, synek! - powiedział, rzucając na górę te kluczowe części garderoby. - Ubieraj się i chodź na śniadanie.
Przy śniadaniu wszyscy bardzo się starali. Robert oświadczył, że już dawno nie jadł takich pysznych bułeczek, mama powiedziała, że zapakowała mu na drogę kanapki, paczkę chipsów i picie, a tata stwierdził:
- No, chłopie, trochę ci zazdroszczę, że jedziesz na ten obóz. Na obozach to można fajne dziewczyny poznać.
Robertowi aż ręce opadły.
- Tato! - jęknął. - Ja tam jadę trenować, a nie tracić czas na jakieś głupoty.
Dla podkreślenia swych słów wgryzł się z impetem w kanapkę z szynką, jakby to ona była autorką kiepskiego dowcipu.
- Nie no, oczywiście, oczywiście! - czym prędzej zgodził się tata. - Trening to podstawa! Ale ja też, jak jechałem na obóz, to nie planowałem, że poznam mamę.
- Już wcześniej mnie znałeś - mruknęła mama do kubka z kawą, który trzymała w obu dłoniach.
Tata lekceważąco machnął ręką.
- Wcześniej to tylko ledwo, ledwo - powiedział. - Tak naprawdę wszystko zaczęło się na obozie.
Robert w pół gryza przerwał żucie. Zmarszczył z niepokojem brwi i przyjrzał się badawczo obojgu rodzicom.
- Tylko pamiętaj, że myśmy wtedy mieli po siedemnaście lat - trzeźwo przypomniała mama, na co tata znów machnął ręką i stwierdził, że w dzisiejszych czasach dzieci dorastają szybciej niż kiedyś.
- Co się zaczęło na obozie? - przestraszył się Robert.
- Nic takiego - powiedział tata. - Po prostu zobaczyłem, jaka z mamy fajna dziewczyna i tak trochęśmy się... jak by to powiedzieć... zaprzyjaźnili.
Robert poczuł, że skóra mu cierpnie na karku.
- I co było potem? - zapytał słabym głosem.
- To zależy, jak długo potem - powiedziała mama. - Zaraz potem były spacery po parku i wysiadywanie godzinami na ławeczce.
- Godzinami na ławeczce? - Oczy Roberta zrobiły się prawie okrągłe. - Ale po co?
Oboje rodzice niewinne spuścili wzrok i mama zaczęła dość mętnie tłumaczyć:
- No wiesz, siedziało się... gadało się... patrzyło się na siebie i... takie tam rzeczy.
- No właśnie, takie tam rzeczy - potwierdził tata i można było odnieść wrażenie, że dobrze te rzeczy wspomina.
Przez chwilę oboje wyglądali, jakby przenieśli się w tamte odległe czasy, kiedy nic ich jeszcze w sobie nie denerwowało. Mama jednak szybko się pozbierała i dokończyła rzeczowo:
- Trochę "bardziej potem" wzięliśmy ślub. A jeszcze "bardziej potem" pojawił się pewien młody obywatel, który właśnie po raz pierwszy wyrusza w świat.
Teraz to Robert przeraził się już nie na żarty. Kiedy na wiosnę dostał propozycję wyjazdu na obóz, długo rozważał wszystkie za i przeciw. Uwielbiał grać w tenisa i nieźle mu to wychodziło. Perspektywa dwóch tygodni na korcie była na tyle kusząca, że w bezpośrednim starciu pokonała obawy i lęki. Wtedy jednak nie przyszło mu do głowy, że obóz może mieć aż takie konsekwencje.
- Czy... to był obóz... tenisowy? - wykrztusił.
Na szczęście okazało się, że nie był to obóz tenisowy, tylko taki zwykły obóz, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Rodzice nie mieli treningów dwa razy dziennie, basenu i boiska pod ręką, ani gameboyów i empetrójek w plecakach. Musiało być raczej nudno, a z nudów ludziom przychodzą do głowy najprzeróżniejsze pomysły.
- No dobra! Dosyć tych pogaduszek! - rozkazała mama, kończąc rodzinne wspominki. - Jedzmy to śniadanie, bo jeszcze pojadą bez niego.
Robert zastanowił się chwilę i wcale nie był pewien, czy aż tak bardzo by się tym zmartwił.