3
W sobotni wieczór arena w Lubbock przeżywała prawdziwy najazd miłośników rodeo. Do budki z napojami i przekąskami ustawiła się długa kolejka, ale to nie powstrzymało mnie przed obserwowaniem otoczenia. Wolałam być gotowa, w razie gdyby pojawił się Nathaniel, chociaż Emma sądziła, że po bójce odpuści. Tak czy siak, na wszelki wypadek trzymałyśmy się razem, a przynajmniej dopóki ona z tajemniczą miną gdzieś nie zniknęła.
Wróciła piętnaście minut później z dwoma mężczyznami u boku.
- Nie uwierzysz, co udało mi się załatwić - powiedziała piskliwie. Nawet nie czekała na moją odpowiedź. - Andrew i Malcolm nas zastąpią. Możemy iść obejrzeć zawody!
- Naprawdę?! - krzyknęłam i z radością rzuciłam się jej na szyję.
- Znam ich od dziecka, a poza tym mam urodziny - szepnęła i zachichotała.
Byłam podekscytowana. Nie widziałam jeszcze ujeżdżania byków na żywo. Za to wiele o nim słyszałam.
Emma poprowadziła mnie na trybuny. Minęłyśmy wszystkie rzędy miejsc. W porównaniu z tym, co się tu działo, przy naszej budce wcale nie było głośno. Ludzie wpatrywali się w nas z zazdrością, gdy zostałyśmy wpuszczone przejściem dla pracowników i zawodników. Znajdowałyśmy się teraz najbliżej centrum wydarzeń.
- Przeżyję teraz prawdziwy chrzest, co? - zapytałam Emmę.
Roześmiała się.
- A żebyś wiedziała!
Teren był duży i porządnie ogrodzony. Na środku suchego podłoża wierzgał byk, na którego grzbiecie usilnie próbował się utrzymać mężczyzna. Zwierzę było ogromne i wściekłe. Rzucało się tak bardzo, że zakryłam usta dłonią. W pobliżu kręciło się trzech kowbojów.
Cała scena trwała zaledwie moment. Ten czas odmierzał wielki stoper z czerwonymi cyframi zawieszony całkiem wysoko, tuż przy miejscu komentatorów. Głośny sygnał, od którego zabolały mnie uszy, obwieścił upłynięcie ośmiu sekund. Zawodnik zeskoczył z byka w dość mało elegancki sposób i na pewno cały się przy tym poobijał, ale nie dało się inaczej.
Zwierzę natychmiast ruszyło na niego, ale jeden z kowbojów odwrócił jego uwagę. Mężczyzna zerwał się z ziemi i pobiegł za ogrodzenie. Zrobił to w ostatniej chwili.
Emma wznosiła razem z tłumem radosne okrzyki, jednak ja stałam jak wmurowana.
Wyobrażałam sobie to wszystko mniej... brutalnie. Może było to z mojej strony naiwne, ale naprawdę sądziłam, że to bezpieczniejszy sport. Tymczasem zawodnicy ryzykowali życie.
- Spójrz na wynik! - Emma ścisnęła moje ramię i aż podskoczyła. - Pięknie! Sędziowie dobrze go ocenili.
W trakcie dwóch kolejnych występów tłumaczyła mi zasady. Najważniejsza z nich głosiła, że zawodnik musi się utrzymać na byku osiem sekund. Dopiero wtedy są mu przyznawane punkty od sędziów. Rodeo w Lubbock było lokalne i wyniki nie liczyły się w rankingu, który prowadził do wyłonienia światowego mistrza, ale ten, kto dzisiaj wygra, zgarnie nagrodę pieniężną.
- Zniknął z areny na kilka lat, lecz wrócił i na pewno marzy o zwycięstwie! - zagrzmiał komentator. - Panie i panowie, David Turner na grzbiecie Smoke Cityyy!
Wbiłam spojrzenie w zamknięty jeszcze boks, ponad którym było widać siedzącego na byku mężczyznę. Miał na głowie kask przypominający te noszone przez hokeistów.
- Emma, czy to ten David, o którym myślę?
- Ten sam. Nie wiedziałaś, że jest zawodowcem?
Westchnęłam.
- Powinnam była się domyślić.
Podczas pracy wiele razy słyszałam to imię i nazwisko, padły nawet z ust ciotki Joe, ale jakoś nie połączyłam faktów.
- Występuje jako ostatni. Szybko posprzątamy i możemy jechać do mnie.
Uśmiechnęłam się. Wychodziłyśmy do baru świętować dwudzieste trzecie urodziny Emmy.
- Nie mogę się doczekać - odpowiedziałam wesoło.
Potem zamilkłyśmy, bo David dał znak, by otworzyć boks. Byk zachowywał się jeszcze bardziej dziko niż poprzednie. David, tak jak należało, trzymał się go jedną ręką. Raz miałam wrażenie, że spadnie, ale jakimś cudem udało mu się utrzymać. Zakryłam twarz dłońmi i podglądałam przez palce. To było najdłuższe osiem sekund w moim życiu.
Tłum wiwatował, a David bezpiecznie uciekł za ogrodzenie. Miał na sobie ciemną koszulę, a na niej charakterystyczną dla ujeżdżaczy skórzaną, w jego wypadku czerwoną, kamizelkę. Dżinsy przykrywały dopasowane materiałem i kolorem do kamizelki osłony z długimi frędzlami ciągnącymi się wzdłuż nogawek. Na stopy włożył, jakżeby inaczej, kowbojki.
Żałowałam, że nie miałam na czym usiąść, bo nogi zrobiły mi się jak z waty. Oczywiście z powodu jego emocjonującej jazdy.
- Ale się przejęłaś - zaśmiała się Emma. - Chodź, bo utkniemy w korku do wyjścia.
Szybko przemknęłyśmy przez trybuny. W rekordowym czasie ogarnęłyśmy rozgardiasz w budce i już nas nie było. Pojechałyśmy osobnymi autami do mieszkania Emmy, aby tam się przygotować do wyjścia.
Doceniałam to, że udało mi się tak prędko znaleźć koleżankę. Może i Emma była ode mnie o siedem lat młodsza, ale zazwyczaj nawet tego nie odczuwałam. Za to Teksas od razu bardziej przypominał dom.
Coraz rzadziej myślałam o powrocie na Florydę. W pierwszych dniach tutaj zdarzało mi się to dość często. Pewnie musiałam się przyzwyczaić i odnaleźć w nowym otoczeniu. Nie wiem, co takiego było w tym stanie, ale pierwszy raz czułam się na swoim miejscu.
Nawet gdy Emma załamywała nade mną ręce, bo żaden z jej stetsonów na mnie nie pasował. Najwyraźniej miałam mniejszą od niej głowę.
- Nie możesz tak pójść. Każdy rozpozna, że kapelusz źle leży - biadoliła.
- Mówiłam ci już, że mogę iść bez. - Podeszłam do lustra i poprawiłam połyskującą, obcisłą spódniczkę.
- Kup sobie w końcu jeden, a najlepiej kilka w różnych kolorach - rozkazała.
- Tak jest! - Zasalutowałam, a ona wystawiła mi język.
Dzięki prostownicy zapanowałam nad moimi nieco napuszonymi włosami. Naturalnie były w odcieniu ciemny blond, ale przez całe życie słońce malowało mi w nich refleksy.
Emma tym razem kręciła nosem na moje sandałki na obcasie. Sama do różowej sukienki wybrała kowbojki. Koniec końców odpuściła, ale ostrzegła mnie, że będę się wyróżniać.
Miała rację. Po wejściu do baru wiele osób się we mnie wpatrywało. Niespecjalnie się tym przejęłam. Tak samo zignorowałam leciutki ból głowy. Tęskniłam za podobnymi wypadami i chciałam miło spędzić czas.
Kilkoro znajomych Emmy już na nas czekało. Zamówiłam bezalkoholowego drinka i wciągnęłam się w rozmowę. Pomimo że bar pękał w szwach i tak powstało miejsce do tańczenia. Parsknęłam pod nosem śmiechem, gdy ktoś podgłośnił piosenkę country.
- Isabella, chodź! - Olivia wyciągnęła mnie i inne dziewczyny na umowny parkiet.
Naprawdę dobrze mi się tańczyło do takiej muzyki. Każdy wokół nosił kapelusz i kowbojki, często koszulę w kratę i ozdobną klamrę przy pasku spodni. Nigdy nie byłam na podobnej imprezie. Przyszła kolej na taniec liniowy, nie znałam kroków, ale i tak próbowałam. Bawiłam się cudownie.
Potem każda z nas została poproszona do tańca. Przez to, że wyróżniałam się ubiorem, okazałam się najbardziej rozchwytywaną partnerką. Cóż, tańczenie z kowbojami również nie należało do mojej codzienności.
W pewnym momencie tknięta przeczuciem, rozejrzałam się po pomieszczeniu. Moje spojrzenie padło na mężczyznę w czarnym stetsonie. Opierał się o bar i patrzył prosto na mnie. Rozpoznałam w nim Davida.
Wspomnienie jego półnagiego ciała momentalnie mnie ożywiło, a zainteresowanie, jakie wzbudzałam na parkiecie, dodało pewności siebie. Moje ruchy stały się bardziej sensualne. Wciąż tańczyłam z innym mężczyzną, ale już nie zwracałam na niego uwagi. Nie przerywając kontaktu wzrokowego z Davidem, wsunęłam dłonie pod włosy i poruszyłam biodrami.
Mój partner musiał zauważyć zmianę w moim zachowaniu, bo przysunął się bliżej. Objął mnie w talii i dopasował ruchy do moich. Spuściłam Davida z oka jedynie na chwilę, a on już był przy nas i go odciągał.
- Spadaj - rzucił.
Ten początkowo wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale David nad nim górował i przybrał groźną minę, więc bez słowa się ulotnił. Zanim jakkolwiek na to zareagowałam, znowu miałam przy sobie męskie ciało. David zaczął ze mną tańczyć. Dotykał mnie bardziej zdecydowanie i odważniej niż jego poprzednik.
Jezu, w głowie mi szumiało, chociaż nie wypiłam alkoholu, i byłam podniecona. Nie myślałam jasno, gdy go wcześniej prowokowałam ani gdy teraz bezwstydnie obróciłam się w jego ramionach i o niego otarłam. Straciłam nad sobą kontrolę.
Usta Davida znalazły się na mojej szyi, dłonie nacisnęły na biodra, ale narastające pulsowanie w prawej skroni zaczęło przywracać mnie do rzeczywistości. Głośna muzyka nie wpłynęła pozytywnie na mój, jeszcze niedawno znośny, ból głowy.
Co ja najlepszego wyprawiałam?
Wysunęłam się z jego objęć. Nie patrząc mu w twarz, wymamrotałam przeprosiny, których na pewno nie usłyszał, i uciekłam.
Chciałam pójść do toalety, ale po drodze stwierdziłam, że spokojniej niż tam będzie na zewnątrz. Chłodne powietrze na dobre mnie ocuciło, a cisza przyniosła ulgę głowie.
Czy ja kompletnie postradałam zmysły? Takie zachowanie nie było w moim stylu. Nigdy nie wyprawiałam podobnych rzeczy z praktycznie obcym mężczyzną. Przecież nawet go nie lubiłam i on mnie na pewno też nie.
Skrzywiłam się na widok świateł mijającego mnie samochodu. Rozpoznawałam objawy. Nadchodziła migrena. Kolejny powód, żeby natychmiast wrócić do domu.
- Jak się bawisz?
Odwróciłam się na dźwięk nieznanego głosu.
- Nathaniel - wyszeptałam, a potem odchrząknęłam. - Czego chcesz? - Starałam się brzmieć głośniej i pewniej.
Nie mógł sobie wybrać gorszego momentu na pojawienie się obok. Tyle dobrego, że nie byliśmy sami. Nieopodal grupka osób paliła papierosy, ale i tak miałam ochotę uciekać.
- Porozmawiać, Isabello.
- A ja nie chcę rozmawiać z tobą, więc daj mi święty spokój.
Chwiał się na nogach. Musiał być pijany.
- Dla niego nie jesteś taka niemiła - wybełkotał. - To jego wolisz, ale jeszcze coś na niego znajdę.
Nie wiedziałam, o czym on mówił. Od tych bzdur tylko bardziej rozbolała mnie głowa.
- Idź stąd - rozkazałam.
Tuż za nim pojawił się David. Wyglądał na wytrąconego z równowagi.
- Radziłbym jej posłuchać - ostrzegł złowróżbnie spokojnym tonem.
Nathaniel uniósł uspokajająco ręce i zatoczył się do tyłu.
- Nie szukam kłopotów.
Wycofał się z powrotem do środka, po drodze na kogoś wpadając.
- Czy to jedyny bar w okolicy, skoro spotykam tu was obu? - Czułam, że zadałam pytanie retoryczne.
- Właściwie to tak.
Nie patrzyłam na niego. Choć starałam się skupić na czymś innym, moje myśli odlatywały do wydarzeń z parkietu. Zarumieniłam się, a to sprawiło, że zapragnęłam się zapaść pod ziemię. Zapadła niezręczna cisza.
Niespodziewanie dopadła mnie tak silna fala bólu głowy, że się skrzywiłam i zamknęłam oczy. Pomasowałam skronie.
- Isabello, co się dzieje?
- Mam migrenę - wymamrotałam.
David chwycił mnie pod ramię, a ja nie miałam siły protestować ani pytać, dokąd mnie prowadzi.
- Usiądź - polecił szorstko.
Opadłam na ławkę. Musiałam się dostać do leków, które trzymam w szafce nocnej. Dawno nie męczyła mnie migrena, dlatego nie nosiłam ich ze sobą. Wygrzebałam z torebki kluczyki.
- Co robisz? - David stał nade mną z założonymi na piersiach rękami.
- Jadę do domu. - Przez mój zamroczony umysł przemknęła myśl, że o czymś zapomniałam. Albo raczej o kimś. - Emma. Muszę jej powiedzieć, że wychodzę z imprezy.
- Chyba sobie żartujesz - odpowiedział ze złością. - Nie będziesz prowadzić.
Chciałam zaprotestować, ale gdy otworzyłam usta, znowu mocniej rozbolała mnie głowa. David miał rację. Sięgnęłam po komórkę i wysłałam do Emmy wiadomość z pytaniem, czy może tutaj do mnie przyjść. Dość szybko ją odczytała i spełniła moją prośbę.
- Załatwię trzeźwego znajomego, który podrzuci cię do domu - obiecała, kiedy do mnie dołączyła i wszystko wyjaśniłam. - Na taksówkę czekałybyśmy wieki.
- Ja cię odwiozę - odezwał się David. - Nie piłem.
Obie spojrzałyśmy na niego zdziwione. Dwa razy stanął w mojej obronie, obściskiwał się ze mną na parkiecie, teraz oferował mi pomoc, a tymczasem na ranczu nie dało się z nim porozmawiać. Nie rozumiałam tego faceta.
- A jak sam wrócisz? - zapytałam.
- Twoim autem. O ile nie przeszkadza ci, że oddam je rano.
- W porządku - odpowiedziałam i wstałam z ławki. Pewnie podjęłam złą decyzję, ale chciałam już się znaleźć w domu, bo wiedziałam, że z moją głową będzie jedynie gorzej. - Tylko postaraj się nie być burkliwy.
Podałam mu kluczyki i pożegnałam się z Emmą. W samochodzie oparłam głowę o zagłówek i zamknęłam oczy. Nie życzyłam napadu migreny nawet największemu wrogowi.
Większość drogi upłynęła nam w zupełnej ciszy. Gdy fala bólu na moment odpuściła, zerknęłam na Davida. W świetle mijanej latarni zauważyłam, że prawy nadgarstek miał owinięty bandażem. Zastanawiałam się, czy to aby nie pamiątka po dzisiejszej konkurencji.
- Widziałam cię, jak ujeżdżałeś byka - wymsknęło mi się.
Mruknął coś w odpowiedzi. Sądziłam, że nic więcej nie powie, więc ponownie przymknęłam oczy.
- Za tydzień też będziesz kibicować? - zapytał po chwili.
- Nie, drugi raz się z Emmą nie wymkniemy z budki. - Zacisnęłam zęby, kiedy tępe pulsowanie znowu się wzmogło. - To niebezpieczny sport, prawda? - dodałam. Może odwracanie uwagi od bólu sprawi, że szybciej dotrzemy na miejsce. Dlaczego w Teksasie wszędzie było tak daleko?
- Prawda. Ludzie, którzy robią to zawodowo, muszą być uzależnieni od adrenaliny i szaleni.
- Widzę, że masz same wspaniałe cechy - powiedziałam ironicznie.
- Ja akurat jeżdżę na rodeo, bo nie mam innego wyjścia.
Chciałam zapytać dlaczego, ale ugryzłam się w język. To wydało mi się zbyt osobistą sprawą.
- Komentator wspomniał dzisiaj, że miałeś kilkuletnią przerwę od zawodów - zagadnęłam zamiast tego. - Skąd taka decyzja?
Skrzywił się.
- Dziesięć lat temu, gdy byłem młody, głupi i sądziłem, że nieśmiertelny, po jednym z występów trafiłem do szpitala.
Otworzyłam szeroko oczy.
- Co się stało?
David zacisnął mocniej dłonie na kierownicy.
- Byk wbił mi róg w klatkę piersiową. Cudem przeżyłem.
Na moment zapomniałam o migrenie. Z pewnością nie polubię się z rodeo.
- To straszne.
- Dopiero wtedy zrozumiałem, że nie warto ryzykować życie na arenie - przyznał.
- A teraz coś cię zmusiło, żebyś na nią wrócił.
Nie odpowiedział. Atmosfera zrobiła się ciężka, ale właśnie zatrzymaliśmy się przed domem ciotki Joe.
- Dziękuję, David.
Pokiwał głową. Zabrałam torebkę i wysiadłam.
- Wolę, gdy jesteś nieznośnie wesoła, mała - usłyszałam przez otwartą szybę, nim odjechał.
Zamarłam. Czy nowym objawem migreny były omamy słuchowe?