Na Pomorzu. Zanim ucichnie rzeki śpiew tom 2 - Marlena Wittstock


Reflow text when sidebars are open.
Kaszuby, noc świętojańska
W noc świętojańską Radunia przestawała być już tylko rzeką. Mówiono, że jej wody zapamiętują więcej niż ludzie i niosą ze sobą to, czego nie można zatrzymać.
Dziewczyna zeszła nad rzekę o zmierzchu, choć wiedziała, że nie powinna. Od dzieciństwa słyszała, że takie miejsca i takie noce nie są dla tych, którzy zostali wychowani w murach dworu. Że w wigilię Świętego Jana świat ludzi spotyka się z tym, co stare, dzikie i niespokojne. Z tym, co chodzi własnymi ścieżkami. A jednak coś silniejszego niż rozsądek i wszystkie matczyne przestrogi pchało ją w stronę łąk i wody.
Wiatr kołysał trawami, które sięgały jej do łydek. Rosnące dziko bławatki, nagietki, złocienie i wrotycze aż prosiły, by upleść z nich coś pięknego. Dziewczyna zerwała kilka kwiatów, starannie dobierając ich barwy i kształty. Palce, wprawne w haftowaniu, szybko splotły łodyżki w zgrabny wianek. Gdy spojrzała na swoje dzieło, ogarnął ją niepokój. Wianek pachniał nadchodzącym latem, ciepłem popołudnia i przeznaczeniem, którego jeszcze nie znała.
"Jeśli w sobótkę twój wiónk wyłowi chłopiec, los was sobie przeznaczy" - w pamięci ożyły słowa starej kucharki. "Jeśli popłynie daleko, znaczy, że twój ukochany jest jeszcze nieznany lub czeka gdzieś w świecie. A jak utonie... - kucharka zamilkła na chwilę - ...to miłota ju nie przińdze*".
Rzeka szemrała po kamieniach, jakby mówiła własnym językiem. Dziewczyna rzuciła wianek w pośpiechu, bez namysłu. Może gdyby wiedziała, że w tym momencie oddaje wodzie nie tylko kwiaty, lecz całe swoje dotychczasowe życie, zastanowiłaby się.
Prąd porwał wianek natychmiast i niósł go pewnie, choć gwałtownie. Odbijał od kamieni, omijał trzciny porastające brzeg. Wyglądało, że zna drogę, którą zmierza.
Wtedy dziewczyna usłyszała szmer. Podniosła głowę i po drugiej stronie rzeki dostrzegła mężczyznę. Nie wiedziała, kiedy się tam pojawił. Stał zamyślony z rękami w kieszeniach i obserwował wodę. Wianek dopłynął wprost do jego stóp. Mężczyzna schylił się i wyłowił go z rzeki. Przez moment wahał się, jakby chciał wyrzucić go z powrotem, ale tego nie zrobił.
Dziewczyna zapragnęła ukryć się, lecz było już za późno. Mężczyzna uniósł wzrok i ich spojrzenia spotkały się ponad taflą wody. Jego twarz stężała.
- Nie powinno tu panienki być - rzucił tylko, a potem odszedł, zabierając ze sobą wianek.
Zostawił ją z poczuciem, że zrobiła coś, czego nie potrafiła cofnąć. Jakby wraz z wiankiem jej los trafił w cudze ręce.
Może to był tylko przypadek.
A może właśnie tak wygląda przeznaczenie.
* miłość już nie przyjdzie (kaszub.)
Emilia
Emilia Żarnowiecka wróciła do dworu tuż przed czternastą. Służąca, jak zwykle czujna, odebrała od niej kapelusz, otrzepała go z pyłków, po czym rzuciła szybkie spojrzenie na zegar w sieni.
- Zdążyła panienka - mruknęła z wyraźną ulgą.
W całym dworze wiadome było, że pani Żarnowiecka nie toleruje spóźnień przy stole. Sama Emilia nie przywiązywała do tego większej wagi. Służba kryła ją odruchowo - z życzliwości, ale i z cichej solidarności wobec młodej panienki, której zachowanie nie zawsze mieściło się w sztywnych ramach dworskich zasad. A odkąd przyszło lato 1914 roku, napięcie w domu wyczuwało się nawet w takich drobiazgach.
Przy pomocy pokojowej Emilia szybko zmieniła sukienkę na bardziej elegancką i upięła rozwichrzone włosy. Dopiero wtedy ruszyła w stronę jadalni, w której czekali już na nią rodzice. Przed wejściem wzięła trzy głębsze wdechy, by się uspokoić. Gdy otworzyła drzwi, do jej nosa doleciała woń duszonego mięsiwa i ciężkich perfum matki. Na stole, obok srebrnych sztućców i porcelanowych talerzy, leżały idealnie złożone serwetki. Wszystko było tu jak przedstawienie. Każdy gest wyćwiczony, każdy przedmiot na swoim miejscu.
Eleonora Żarnowiecka stała przy wielkim dębowym stole z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Ciemne włosy, przeplatane srebrnymi nitkami na skroniach, podkreślały piękno, które nie miękło z wiekiem, lecz twardniało. Jej twarz nie utraciła regularnych rysów, jedynie nabrała surowości. Miała na sobie ciemny, starannie skrojony kostium z ciężkiego materiału, idealnie dopasowany do jej sylwetki. Wszystko w nim było nienaganne, drogie i pozbawione przypadkowości - od gładkiej spódnicy po żakiet zapięty wysoko pod szyję. Nerwowo poprawiała broszkę z perłą przypiętą pod kołnierzem bluzki, jak robiła zawsze, gdy coś ją drażniło. Przesunęła wzrokiem po sukience córki, by ostatecznie zatrzymać go na jej butach.
- Emilio, dziecko, czyżbyś znów biegała po polach? - rzuciła sucho i uniosła brwi. - Twoje pantofle są mokre...
Matka była czujna. Nic nigdy nie uszło jej uwadze. Dziewczyna zacisnęła zęby, karcąc się w myślach za własną nieuwagę. W pośpiechu zapomniała zmienić obuwie, które teraz stało się niemym świadectwem popołudniowego spaceru.
- Byłam nad rzeką... - zaczęła się tłumaczyć.
- Twój ojciec pozwala ci na te wędrówki, ale pamiętaj, że to ja odpowiadam za to, byś zachowywała się jak dama - przerwała córce stanowczym tonem. - Czasami odnoszę wrażenie, że przejmujesz zbyt wiele z tej jego... beztroski. Młoda dama powinna być zawsze comme il faut**.
Pani Eleonora westchnęła, wyciągnęła dłoń i precyzyjnym, niemal mechanicznym gestem poprawiła kołnierzyk przy sukience córki.
- Nie chcę cię karcić, moje dziecko - kontynuowała tyradę. - Musisz jednak pamiętać, że takie zachowanie przystoi co najwyżej wiejskim dziewczynom, a nie pannie z dobrego domu - dodała z pewnością, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Po chwili wyprostowała się, kończąc tym samym dyskusję. - Siadajmy do stołu, nim obiad wystygnie.
Emilia odwróciła głowę. Matka ganiła ją za wszystko, wciąż poprawiała i strofowała. A ojciec? Patrzył wtedy na córkę z cichym współczuciem, ale nie zabierał głosu. Wiedział, że żona i tak go nie posłucha. Zawsze powtarzała, że jego zadaniem jest zarządzanie majątkiem, a jej wychowanie córki.
Podczas posiłku najwięcej mówił pan Żarnowiecki. Wspominał ostatnią wizytę w Kościerzynie, do której z Brzawnicy jeździło się we wszystkich ważniejszych sprawach. Mówił o wzmożonej kontroli, o urzędach, w których Polak czuł się coraz uważniej obserwowany, i o nowych zarządzeniach, które, jak twierdził, miały jeszcze bardziej utrudnić życie miejscowym. Córka słuchała go jednym uchem, co jakiś czas z grzeczności kiwając głową.
- Wybieram się po południu do wsi na ścinanie kani. Może zechciałabyś mi towarzyszyć, Emilko? - Głos ojca dotarł do niej jak przez mgłę.
Zdziwiona i niepewna uniosła wzrok znad talerza. Do tej pory nie pozwalano jej uczestniczyć w sobótkowych obchodach. Bywała co prawda na dożynkach, odpustach i innych uroczystościach, podczas których wręczała nagrody czy odbierała wieńce, wspierała różne charytatywne inicjatywy komitetu pań wiejskich, jak zbiórki na leczenie chorych, pomoc dla sierot lub zakup książek do czytelni. Zdarzało się też, że matka wysłała ją z odwiedzinami do chorych, by zaniosła leki, bandaże czy jedzenie. Nigdy jednak nie była jeszcze we wsi na Świętego Jana, bo matka obawiała się wiejskich plotek.
- Ja? - Zawahała się, po czym zerknęła na matkę. - A ty, mamo?
- Wiesz, że nie przepadam za tymi "zabawami". Na dodatek od rana mam migrenę. Jesteś już dorosła, możesz mnie zastąpić.
- Zawsze chciałaś zobaczyć ścinanie kani. - Feliks Żarnowiecki spojrzał na nią spod przymrużonych powiek. Kąciki jego ust uniosły się ledwie dostrzegalnie, ale wystarczająco, by podkreślić zmarszczki wokół oczu. Siwizna i nieco zaokrąglona sylwetka dodawały mu raczej dobroduszności niż powagi.
Ojciec miał rację. Emilia od dawna pragnęła uczestniczyć w rytuale karania ptaka, który według ludowych wierzeń sprowadzał nieszczęścia na wieś i prowokował dziewczęta do niemoralnego prowadzenia się. Ciekawił ją, odkąd się o nim dowiedziała. Pamiętała, jak po raz pierwszy usłyszała śpiew dzieci biegających po wsi: Kaniô, kaniô, ni ma póna!*** Więcej szczegółów zdradziła jej Jagda, stara Kaszubka, która od lat zajmowała się kuchnią dworską. Emilia od dzieciństwa czuła nieodpartą ciekawość świata. Ludowe zwyczaje i wierzenia fascynowały ją bardziej niż wszystkie zasady, których uczono ją od najmłodszych lat. Podglądała ten świat z daleka: z okna swojej sypialni, z werandy, gdzie zwykła z matką popijać popołudniową herbatę, albo pod pretekstem spaceru do wsi. Chętnie słuchała też opowieści Jagdy, która znała niezliczone baśnie, legendy i przesądy. W każdej z nich czaiły się duchy i zjawy, wędrowały stolemy, a na pradawnych kamieniach ponoć siadywał Smętek, obserwując ludzi z ukrycia. Kucharka powtarzała często, że Radunia, która płynie przez sam środek Brzawnicy, potrafi ponieść człowieka dalej, niż ten zamierza. To właśnie od Jagdy po raz pierwszy usłyszała o kwiecie paproci, który w noc świętojańską zakwita wśród leśnej gęstwiny, o dziewczętach, które wróżą sobie przyszłość z wianków puszczanych na wodę, i o tym, że w nocy Sm?tk łazy midzë drzewama****.
- Będzie tam Mroczkowski. - Do Emilii dotarł dumny głos matki.
Jak było można się spodziewać, matka wszystko uknuła. Chciała doprowadzić do ich kolejnego spotkania i potwierdzić to, co od miesięcy uważała za niemal przesądzone. Zaręczyny. To słowo, choć niewypowiedziane, wisiało nad tą rozmową od początku. Emilia poczuła znajomy ucisk w piersiach, ale nie był to niepokój ani sprzeciw. Raczej ciężar myśli, które od dawna nosiła w sobie. Wiedziała, że Mroczkowski to rozsądny wybór. Najrozsądniejszy ze wszystkich. I właśnie dlatego obecność jego nazwiska w tej rozmowie sprawiała, że cała sprawa nagle stawała się poważniejsza, bardziej realna.
Hubert Mroczkowski herbu Pobóg był najstarszym synem właścicieli jedynego polskiego majątku w okolicy. W świecie coraz silniej zdominowanym przez niemieckich osadników uchodził za człowieka pewnego i odpowiedzialnego. Przystojny, wysoki i smukły, o proporcjach, które mimowolnie przyciągały spojrzenia. Mówił spokojnie, z namysłem, a w jego postawie było coś, co budziło natychmiastowe zaufanie. Coś, co jej rodzicielka nazywała statecznością. Emilia również to widziała i rozumiała, dlaczego każda matka chciałaby takiego męża dla swojej córki. I choć rzadko zgadzała się ze swoją, tym razem musiała przyznać jej rację: w Hubercie trudno było znaleźć jakąkolwiek wadę.
- Mamo... - zaczęła, nie podnosząc wzroku znad obrusa. - Ja wiem, że Hubert będzie dla mnie dobrym mężem...
Eleonora Żarnowiecka machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę.
- Skoro wiesz, to tym lepiej - odparła chłodno.
Dziewczyna zacisnęła dłonie na kolanach.
- Mroczkowski da ci życie bez lęku - ciągnęła matka. - Przy nim nie będziesz musiała się martwić, co przyniesie jutro.
Emilia przypomniała sobie ich ostatni wspólny spacer wzdłuż alei starych lip. Liście szeleściły wysoko nad głowami, a cień tworzył na ścieżce nieregularne plamy. Hubert szedł obok niej w milczeniu. Trzymał ręce splecione na plecach.
- Pani Eleonora martwi się o panienkę - odezwał się w końcu, spokojnie, bez cienia oskarżenia.
Emilia uniosła wzrok. Odniosła wrażenie, że nawet jego ciemne, gęste włosy układały się w naturalnym porządku.
- Matka martwi się o wszystko, czego nie udaje się jej zaplanować.
Uśmiechnął się lekko, a wokół ciemnych oczu pojawiły się delikatne zmarszczki, które podkreśliły regularne, wyraziste rysy.
- Właśnie. A panienka... - zawahał się przez ułamek sekundy - ...wygląda mi na kogoś, kto nie chce żyć według cudzego planu, nawet jeśli ten plan wydaje się rozsądny.
Zatrzymała się. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Dlaczego pan tak uważa?
- Bo kiedy panienka słucha, robi to całą sobą. A kiedy milczy... - urwał, jakby nie był pewien, czy powinien dokończyć.
- Kiedy milczę? - ponagliła go łagodnie.
- Wtedy ma się wrażenie, że panienka jest już gdzieś indziej.
Słowa zawisły między nimi. Emilia poczuła ukłucie, jakby ktoś dotknął miejsca, o którym sama bała się myśleć.
- Nie lubię, gdy ktoś mówi mi, jaka jestem - rzuciła krótko.
- Rozumiem - odparł. - Nie chciałem panienki oceniać. Raczej... nazwać coś, co widzę.
Ruszyli dalej. Przez jakiś czas na ścieżce słychać było tylko ich kroki. Zaskoczyła ją jego szczerość. Spojrzała na niego uważniej. Nie było w nim tej pewności, którą widywała u innych mężczyzn. Jego spokój był inny, jakby brał się z akceptacji, nie z ambicji.
- A pan? - zapytała. - Czego pan pragnie?
Zatrzymał się. Przez chwilę wpatrywał się w pnie drzew.
- Świata, który da się unieść - rzekł w końcu. - Bez gwałtownych pęknięć. Bez obietnic, których nie sposób spełnić.
- A jeśli ktoś marzy o czymś innym?
- Wtedy powinien mieć odwagę to sprawdzić - odpowiedział. - Ale też uczciwość, by wiedzieć, że każda decyzja zostawia ślad.
Zaskoczyło ją, że mówił tak spokojnie. Bez potrzeby wywierania wrażenia, bez chęci błyszczenia. Hubert nigdy nie podnosił głosu, nie musiał przekonywać do siebie słowami. Imponował jej tą naturalną powściągliwością, która zdradzała pewność siebie i dojrzałość. Pomyślała wówczas, że z nim życie będzie proste w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bez niepokoju, bez gwałtownych zwrotów. I że właśnie to budziło w niej zgodę.
- Eleonoro, nie naciskaj - odezwał się w końcu ojciec, unosząc przy tym dłoń jak do pojednania i odrywając ją od wspomnień. - Kandydatów przecież nie brakuje. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Hubert nie pasuje do naszej Emilii.
- Ach, niby kogo masz na myśli? Tego młodego von Richtera? Przystojny, owszem, i majętny, ale Niemiec, a do tego luteranin - prychnęła Żarnowiecka z niesmakiem.
- Jest też Karol Dębski, syn Franciszka - ciągnął spokojnie Feliks. - Chłopak wykształcony, zna się na nowoczesnych maszynach.
- Wykształcony? Owszem. Ale bez grosza, za to zadłużony po uszy - przerwała mu ostrym tonem małżonka.
Wymieniali nazwiska potencjalnych kandydatów, nie pytając jej o zdanie. Jakby nie było jej przy tym stole.
- A Edward z Kościerzyny? - dorzucił mężczyzna w ostatniej próbie. - Miły chłopak, Emilka go lubi.
- Miły! - Eleonora parsknęła. - Tylko że miły nie znaczy odpowiedni. W głowie mu tylko książki i nowinki z miasta. Pannie z dobrego domu potrzeba kogoś statecznego, a nie marzyciela.
Zapadła cisza, w której stukot sztućców zdawał się głośniejszy niż zwykle. Zrozumiała, że w tej rozmowie nie chodziło wcale o nią, lecz o wszystkie lęki i ambicje matki.
- Wrócimy do tego tematu - odezwał się stanowczo pan Feliks, po czym spojrzał na córkę łagodniej. - A teraz, dziecko, idź się przygotować. Za godzinę wyruszamy.
Dziewczyna odłożyła sztućce, odsunęła krzesło i wyszła z jadalni.
** jak należy (franc.)
*** Kania, kania, nie ma pana! (kaszub.)
**** Smętek włóczy się między drzewami (kaszub.)