Zima z roku 1682 na 1683 była tak mroźna, że nawet bardzo
starzy ludzie nie pamiętali podobnej. Jesienią padały długie
deszcze, a w połowie listopada przyszedł pierwszy mróz, który
spętał wody i powlókł drzewa jakby szklanną skorupą. W borach złódź
osiadła na sosnach i poczęła łamać gałęzie. W pierwszych dniach
grudnia ptastwo po ponownych mrozach jęło się zlatywać do wsi i
miasteczek, a nawet leśny zwierz wychylał się z gęstwiny i zbliżał
do mieszkań ludzkich. Jednakże koło św. Damazego niebo zaciągnęło
się chmurami a następnie śnieg walił przez dziesięć dni
nieustannie. Pokrył krainę na parę łokci grubo, pozasypywał drogi
leśne i opłotki a nawet okna w chałupach. Ludzie rozgarniali
łopatami zaspy, aby z domu dostać się do stajen i obór, a gdy
wreszcie śnieg ustał, chwycił znów trzaskający mróz, od którego
drzewa strzelały w lesie jak rusznice.
Wówczas to chłopi, skoro im wypadło jechać do puszczy po drzewo,
jeździli dla bezpieczeństwa nieinaczej jak gromadnie, a i to
bacząc, by noc ich nie zaskoczyła z dala ode wsi. Po zachodzie
słońca żaden nie śmiał wyjść na własne podwórze bez wideł lub
siekiery, a psy poszczekiwały do rana krótkiem i przerażonem
szczekaniem, jak zwykle na wilki. Jednakże w taką to noc i w mróz okrutny sunął puszczańskim
gościńcem wielki brożek na saniach, zaprzężony w cztery konie i
otoczony ludźmi. Przed końmi jechał na krępej szkapie czeladnik z
kafarkiem, to jest z żelaznym koszykiem, osadzonym na długiej
tyczce, w którym płonęło smolne łuczywo - nie dla rozświecenia
drogi, bo widno było od księżyca - ale dla straszenia wilków. Na
koźle siedział woźnica, na siodłowym koniu foryś, a po bokach
karocy cłapało na podjezdkach dwóch pachołków, zbrojnych w garłacze
i kiścienie. Cały ten orszak posuwał się bardzo wolno z powodu mało przetartej
drogi i zasp śnieżnych, które gdzieniegdzie, zwłaszcza na
zakrętach, wznosiły się nakształt wałów w poprzek drogi. Powolność ta niecierpliwiła a zarazem niepokoiła Gedeona
Pągowskiego, który dufając w liczbę i dobre uzbrojenie czeladzi,
postanowił był puścić się w drogę, chociaż w Radomiu ostrzegano go
o niebezpieczeństwie, a to tem bardziej, że do Bełczączki trzeba
było jechać przez puszczę Kozieniecką. Ogromne te bory rozpoczynały się w owych czasach znacznie jeszcze
przed Jedlnią, a szły daleko aż za Kozienice do Wisły, w stronę
leżącej na tamtym brzegu Stężycy, a na północ aż do Ryczywoła. Zdawało się panu Gedeonowi, że wyjechawszy przed południem z
Radomia, stanie jak nic na zachód słońca w domu. Tymczasem w kilku
miejscach trzeba było rozkopywać drogę w opłotkach, na czem
schodziło po kilka godzin, tak, że Jedlnię przejechali już o zorzy
wieczornej. Tam ostrzegano ich jeszcze raz, że lepiej zostać na
nocleg, ale że u kowala znalazło się łuczywo, którem można było
sobie świecić w drodze, kazał pan Pągowski ruszać dalej. I oto noc zaskoczyła ich w puszczy. Trudno było jechać prędzej z przyczyny zasp coraz większych, więc
pan Gedeon niepokoił się coraz bardziej, a wreszcie począł kląć,
ale po łacinie, aby nie przestraszyć swej krewnej, pani Winnickiej,
i swej przybranej córki, panny Sienińskiej, które jechały z nim
razem. Panna Sienińska była młoda, niefrasobliwa, więc niebardzo się
bała. Owszem, odsunąwszy skórzaną firankę w oknie karocy i
rozkazawszy jadącemu wpobok pachołkowi, by nie przesłaniał widoku,
wesoło patrzyła na zaspy i na pnie sosen pokrytych długiemi rzutami
śniegu, po których pełgały czerwone blaski łuczywa czyniąc wraz z
zielonym światłem księżyca miłą dla oczu igraszkę. Wyciągnąwszy
następnie usta nakształt dzióbka, poczęła chuchać i bawiło ją to,
że oddech jej był widzialny i od ognia różowszy. Lecz bojaźliwa i wiekowa pani Winnicka poczęła biadać: - Dlaczego było wyjeżdżać z Radomia albo przynajmniej nie
zanocować w Jedlni, gdzie ostrzegano ich o niebezpieczeństwie?
Wszystko przez czyjś upór. Do Bełczączki jeszcze kawał drogi i
samym borem, więc wilcy zastąpią im niezawodnie, chybaby Archanioł
Rafał, patron podróżnych, zmiłował się nad zbłąkanymi, czego na
nieszczęście nie są wcale godni. Słysząc to pan Pągowski zniecierpliwił się do ostatka. Tego tylko
brakło, by o zbłąkaniu gadać. Gościniec przecie jak strzelił, a co do wilków, zastąpią, albo i
nie zastąpią. Pachołków jest kilku dobrych, a przytem wilk nierad
zastępuje żołnierzowi - i nietylko dlatego, że się go boi więcej od
pospolitego człeka, ale i jakowegoś afektu, i jako bestya, mająca
bystry dowcip. Rozumie wilk dobrze, że ni mieszczanin, ni chłop nic mu darmo nie
dadzą i tylko żołnierz nieraz godnie go pożywi, albowiem wojnę nie
napróżno ludzie wilczem żniwem nazywają. Jednakże pan Pągowski, mówiąc tak, a zarazem schlebiając potrochu
wilkom, niezupełnie był ich afektów pewny; zamyślił się więc, czyby
nie kazać jednemu z czeladników zleźć z konia i usiąść koło
panienki. W takim razie on sam broniłby jednych drzwiczek karocy, a
pachoł drugich, nie mówiąc o tem, że pozostawiony koń pomknąłby
prawdopodobnie w tył lub naprzód i mógłby pociągnąć za sobą wilki. Ale zdawało się panu Gedeonowi, że na to jeszcze czas. Tymczasem położył na przedniem siedzeniu koło panny Sienińskiej
parę krucic i nóż, które chciał mieć napodorędziu, albowiem nie
mając lewej ręki, mógł się posługiwać tylko prawą. Przejechali wszelako spokojnie kilka stajań. Gościniec począł się rozszerzać. Pągowski, który znał tę drogę doskonale, odetchnął jakby z
poczuciem ulgi i rzekł: - Niedaleko Malikowa polana. Spodziewał się bowiem, że na otwartem miejscu bądź co bądź
bezpieczniej jest niż w borze. Ale właśnie w tej chwili pachołek jadący na przedzie z kafarkiem,
zawrócił nagle konia, poskoczył ku karocy i począł mówić coś szybko
do woźnicy i do czeladników, którzy odpowiadali mu urywanemi słowy,
jak się mówi w chwilach, w których niema czasu do stracenia. - Co tam? - zapytał pan Pągowski. - Cości słychać, panie, od polany. - Wilki? - Jakowyś hałas. Bóg wie co! Pan Pągowski już miał dać rozkaz, aby czeladnik jadący z kafarkiem
skoczył naprzód i zobaczył, co się dzieje; ale pomyślał, że w
takich razach lepiej nie zostawać bez ognia i trzymać się kupy, a
dalej, że na widnej polanie obrona łatwiejsza niż wśród boru, więc
kazał jechać dalej. Po chwili jednak pachołek znów pojawił się przy oknie karocy. - Dziki, panie - rzekł. - Dziki? - Słychać okrutne rechtanie, na prawo od drogi. - To chwała Bogu! - Ale może je wilcy napadli. - To też chwała Bogu. Przejedziemy mimo bez zaczepki. Ruszać! Jakoż przypuszczenie czeladnika okazało się słuszne. Wyjechawszy na polanę, ujrzeli na jakie dwa lub trzy strzelenia z
łuku przed sobą na prawo od drogi zbitą kupę dzików, którą otaczał
ruchliwy wieniec wilków. Straszliwe rechtanie, w którem nie było
trwogi ale wściekłość, rozlegało się coraz potężniej. Gdy karoca
posunęła się ku środkowi polany, pachołkowie, poglądając z koni,
dostrzegli, że wilki nie śmiały jeszcze rzucić się na stado,
naciskały je tylko coraz mocniej. Dziki ustawiły się w okrągłą kupę, jarczaki w środku, tęgie sztuki
na obwodzie, tworząc jakby ruchomą fortecę, groźną, połyskującą
białemi kłami, nieprzełamaną i nieustraszoną. To też między wieńcem wilków a ową ścianą kłów i ryjów widać było
białe, śnieżne kolisko, oświecone, jak i cała polana, jasnem
światłem księżyca. Niektóre tylko wilki doskakiwały do stada, ale wnet cofały się
jakby przerażone kłapaniem szabel i jeszcze groźniejszemi wybuchami
rechtania. Gdyby wilki były się już związały ze stadem, walka pochłonęłaby je
całkowicie i karoca mogła przejechać wówczas niezaczepiona; skoro
jednak się to nie stało, była obawa, że porzucą niebezpieczny atak,
aby popróbować innego. Jakoż po chwili niektóre poczęły odrywać się od gromady i biedz ku
karocy. Za niemi poszły inne. Ale widok zbrojnych ludzi stropił je. Jedne poczęły się zbierać za orszakiem, inne osadzały się na
kilkanaście kroków lub też obiegały naokoło w szalonym pędzie,
jakby chcąc się przez to podniecić. Pachołkowie chcieli strzelać, lecz pan Pągowski zabronił, w
obawie, aby strzały nie ściągnęły całej gromady. Tymczasem konie, lubo zwyczajne wilków, poczęły wspierać się
bokami i wykręcać w bok głowy z głośnem chrapaniem, a po chwili
zaszedł gorszy wypadek, który stokrotnie powiększył
niebezpieczeństwo. Oto młody podjezdek, na którym siedział pachołek z kafarkiem,
wspiął się nagle raz i drugi, a potem rzucił w bok. Czeladnik, rozumiejąc, że gdyby spadł, zostanie natychmiast
rozszarpany, chwycił się łęku, ale jednocześnie upuścił tyczkę z
kafarkiem, który pogrążył się głęboko w śnieg. Łuczywo zaiskrzyło się, poczem zgasło i tylko światło księżyca
zalewało teraz polanę. Woźnica, rodem Rusin z pod pomorzańskiego zamku, począł się
modlić, pachołcy-mazurowie - kląć. Ośmielone ciemnością wilki nacierały zuchwalej, a od strony walki
z dzikami nadbiegały inne. Niektóre przypadały dość blizko, kłapiąc
zębami, ze zjeżoną szczeciną na karkach. Ślepia ich połyskiwały
krwawo i zielono. Nastała chwila po prostu straszna. - Strzelać, panie? - zapytał jeden z pachołków. - Krzykiem straszyć - odrzekł pan Pągowski. Rozległo się wnet przeraźliwe: "a hu! a hu!" Koniom przybyło
serca, a wilki, na których głos ludzki robi wrażenie, cofnęły się o
kilkanaście kroków. Ale stała się rzecz jeszcze dziwniejsza. Oto nagle echa leśne powtórzyły za karocą krzyk czeladzi, lecz z
większą mocą, potężniej; rozległy się przytem jakby wybuchy
dzikiego śmiechu, a w chwilę później gromada konnych zaczerniała po
obu stronach brożka i skoczyła całym pędem koni ku stadu dzików i
otaczającym je wilkom. W mgnieniu oka i jedne, i drugie, nie dotrzymawszy pola,
rozproszyły się po polanie, jakby je wicher rozegnał. Rozległy się
strzały, krzyki i znów owe dziwne wybuchy śmiechu. Pachołkowie pana
Pągowskiego skoczyli także za jeźdźcami, tak że przy karocy został
tylko woźnica i pachołek siedzący na lejcowym koniu. W karocy zapanowało tak wielkie zdumienie, że przez pewien czas
nikt nie śmiał ust otworzyć. - A słowo stało się ciałem! - zawołała wreszcie pani Winnicka - z
nieba to chyba pomoc. - Niech się święci, skądkolwiek jest - odrzekł pan Pągowski. - Źle
już było z nami. Panna Sienińska zaś, chcąc także wtrącić słówko, dodała: - Bóg zesłał tych młodych rycerzy! Z czego panna Sienińska mogła pomiarkować, że to byli rycerze, a
do tego jeszcze młodzi - trudno było odgadnąć, gdyż jeźdźcy
przesunęli się jak wicher koło sani; ale nikt jej o to nie zapytał,
bo oboje starsi zbyt byli przejęci tem, co zaszło. Tymczasem na polanie brzmiały jeszcze przez kilka pacierzy odgłosy
pościgu, a niezbyt daleko od karocy jeden wilk, mający widocznie
złamany grzbiet od uderzenia kiścienia, siedział na zadzie i wył z
bólu tak strasznym głosem, że aż mrowie przechodziło po skórze. Foryś zeskoczył na ziemię i poszedł go dobić, bo konie poczęły się
rzucać tak, że aż dyszel chrupnął. Ale po pewnym czasie oddział jezdnych zaczerniał znów na śnieżnej
równinie. Szli kupą bezładną we mgle, bo, choć noc była jasna i przejrzysta,
zmachane konie dymiły na mrozie jak kominy. Jeźdźcy zbliżali się ze śmiechem i śpiewaniem, a gdy byli już
blizko, jeden z nich poskoczył ku brożkowi i zapytał dźwięcznym,
wesołym głosem: - Kto jedzie? - Pągowski z Bełczączki. Komu ratunek zawdzięczam? - Cypryanowicz z Jedlinki! - Bukojemscy! - Dzięki waszmościom. W porę was Bóg zesłał. Dzięki! - Dzięki! - powtórzył młody, niewieści głos. - Chwalić Boga, że w porę! - odrzekł Cypryanowicz, uchylając
futrzanej czapki. - Skądeście się waszmościowie o nas dowiedzieli? - Nie mówił nam nikt, jeno że wilki zbiły się w kupy, wyjechaliśmy
ludzi ratować, między którymi, że tak znamienita persona się
znalazła, tem większa nasza radość i przed Bogiem zasługa, - rzekł
grzecznie Cypryanowicz. A jeden z panów Bukojemskich dodał: - Nie licząc skór. - Prawdziwie kawalerska to robota - odpowiedział pan Gedeon - i
piękny uczynek, za który, daj Bóg, jak najprędzej się wywdzięczyć.
Myślę też, że i wilkom odeszła ochota na ludzkie mięso i że
bezpiecznie dojedziemy do domu. - Niecałkiem to pewne. Zwabią się znów wilcy niebawem i mogliby
powtórnie zastąpić. - To i niema rady. Nie damy się! - Jest rada, a mianowicie ta, abyśmy waszmości do samego domu
odprowadzili. Zdarzy się też może uratować jeszcze kogo na
gościńcu. - Nie śmiałem o to prosić, ale skoro łaska waszmościów, to niechże
już tak będzie, bo i moje niewiasty będą się mniej bały. - Ja się i tak nie boję, alem z całej duszy wdzięczna! - ozwała
się panna Sienińska. Pan Pągowski dał rozkaz i ruszono. Ale ledwie przejechali
kilkanaście kroków, nadłamany dyszel pękł do reszty i karoca
stanęła. Nastała nowa mitręga. Pachołkowie mieli wprawdzie powrozy i poczęli zaraz naprawiać
połamane części, ale niewiadomo było, czy taka dorywcza robota nie
popsuje się znowu po ujechaniu kilku stai. Więc młody Cypryanowicz zastanowił się nieco, poczem uchyliwszy
znów kołpaka, rzekł: - Do Jedlinki przez pół bliżej niż do Bełczączki. Uczyńże
wasza mość naszemu domowi tę łaskę i zajedź na nocleg do nas. Nie
wiem, coby nas w głębi boru spotkać mogło - i czy nie okazałoby
się, że jeszcze nas za mało przeciw tym wszystkim bestyom, które
się z całej puszczy na gościniec pewnikiem zbiegną. Karocę jakoś
zaciągniem, a im bliżej, tem łatwiej. Po prawdzie, zaszczyt będzie
nad zasługę, ale że to prawie dura necessitas, więc zbytnio w pychę
nie urośniem. Pan Pągowski nie odpowiedział odrazu na te słowa, albowiem
poczuł w nich wymówkę. Przypomniał sobie, że, gdy stary Cypryanowicz przyjechał przed
dwoma laty pokłonić mu się w Bełczączce, przyjął go wprawdzie
grzecznie, ale z pewną dumą - i wzajem w odwiedziny do niego wcale
nie pojechał, a to z tego powodu, że to był "homo novus" - z rodu
uszlachconego dopiero w drugiem pokoleniu - i z pochodzenia
ormianin, którego dziad jeszcze kupczył bławatami w Kamieńcu. Syn tego bławatnika, Jakób, służył już pod wielkim Chodkiewiczem w
artyleryi i pod Chocimem tak znaczne oddał usługi, że za protekcją
Stanisława Lubomirskiego otrzymał szlachectwo i królewszczyznę
Jedlinkę w dożywocie. Dożywocie owo zmieniono następnie w zastaw
jego następcy, Serafinowi, za pożyczkę, udzieloną po inkwizycyi
szwedzkiej skarbowi Rzeczypospolitej. Młodzian, który przybył z tak skuteczną pomocą podróżnym, był
właśnie synem Serafina. Poczuł więc pan Pągowski wymówkę tym łatwiej, że słowa "zbytnio w
pychę nie urośniem" wypowiedział młody Cypryanowicz nieco hardo i z
umyślnym naciskiem. Ale właśnie ta kawalerska fantazya podobała się staremu
szlachcicowi, a że trudno mu było odmówić swemu zbawcy i że do
Bełczączki droga była istotnie długa i niebezpieczna, więc, nie
wahając się już dłużej, rzekł: - Bez waścinej pomocy wilcy by się teraz może o nasze kości gryźli
- niechże choć dobrą wolą odpłacę... Jedźmy! Cypryanowicz kazał wiązać karocę. Dyszel złamany był, jakby kto toporem obciął, więc poprzywiązywano
powrozy jednym końcem do płozów, drugim do kulbak - i ruszono raźno
w dużej a wesołej kupie, przy okrzykach jeźdźców i śpiewach panów
Bukojemskich. Do Jedlinki, która była więcej osadą leśną niż wsią, nie było zbyt
daleko. Wkrótce więc otworzyła się przed podróżnymi obszerna,
kilkadziesiąt stajań licząca, polana, a raczej przestronne,
zamknięte z czterech stron borem, pole, a na niem kilkanaście
domostw, których dachy, pokryte śniegiem, błyszczały i iskrzyły się
w świetle księżyca. Nieco dalej za chłopskiemi chatami widać było zabudowania
folwarczne, kręgiem wokół dziedzińca stojące - a w głębi dwór,
bardzo niekształtny, bo przerobiony przez Cypryanowiczów z dworku,
w którym niegdyś mieszkali leśnicy królewscy, ale obszerny, a nawet
zbyt obszerny, jak na tak małą osadę. Z okien jego biło jasne światło, różowiąc śniegi przed przyźbą,
krzewy, rosnące przed domem, i żórawie studzienne, sterczące po
prawej stronie obejścia. Widać stary Cypryanowicz oczekiwał syna, a może i gości z
gościńca, którzy wraz z nim przybyć mogli, zaledwie bowiem karoca
dotarła do bramy, na ganek wybiegło kilku pachołków z pochodniami,
a za służbą i sam gospodarz w kunim tołubie i łasiczym kołpaku,
który zdjął zaraz na widok karocy. - Jakich-że to miłych gości Bóg nam zesłał na nasze leśne
pustkowie? - zapytał, zstępując ze schodów ganku. Młody Cypryanowicz, ucałowawszy rękę ojca, oznajmił kogo
przywiózł, a pan Pągowski, wysiadłszy z karocy, rzekł: - Dawno chciałem to uczynić, do czego mnie ciężki termin dziś
przymusił, więc tem bardziej błogosławię tej niewoli, która tak
exqusita się z wolą moją zgodziła. - Różne wydarzają się ludziom przygody, ale dla mnie szczęśliwa to
przygoda, zaczem z radością proszę do komnat. To powiedziawszy, pan Serafin skłonił się znów - i podał ramię
pani Winnickiej, za którą reszta gromady weszła do domu. Zaraz na wstępie ogarnęło gości to uczucie zadowolenia, jakie
ogarnia zawsze podróżnych, którzy z ciemności i mrozu wchodzą do
ciepłych i widnych komnat. Jakoż i w sieni, i w innych pokojach
buzował się w przestronnych kaflowych kominach ogień, a prócz tego
służba poczęła zapalać tu i owdzie jarzące świece. Pan Pągowski rozglądał się naokół z pewnem zdziwieniem, albowiem
zwykłym dworom szlacheckim daleko było do dostatku, który bił w
oczy w domu Cypryanowiczów. Przy blasku ognia i świec widać było we wszystkich pokojach
sprzęty, jakich nie znalazłbyś nawet i w niejednym zameczku:
skrzynie i krzesła włoskie z rzeźbionego drzewa, tu i owdzie zegar
i szkło weneckie, świeczniki odlane z zacnego mosiądzu, broń
wschodnią, sadzoną turkusami, a porozwieszaną na dzianych nićmi
makatach. Na podłogach miękkie krymskie kilimy, a na dwóch dłużnych
ścianach dwa obrazy, które by u każdego magnata mogły stanowić
ozdobę komnaty. - Z kupiectwa im to przyszło - pomyślał z pewnym gniewem pan
Pągowski - a teraz mogą się nad szlachtę wynosić i puszyć bogactwy,
zdobytemi nie orężem. Lecz uprzejmość i szczera gościnność Cypryanowiczów rozbroiły
starego szlachcica, a gdy w chwilę potem usłyszał brzęk naczyń w
przyległej stołowni, udobruchał się zupełnie. Aby rozgrzać przybyłych z mrozu gości, podano tymczasem gorące
wino z korzeniem. Rozpoczęła się rozmowa o minionem
niebezpieczeństwie. Pan Pągowski chwalił bardzo młodego
Cypryanowicza, że zamiast w ciepłej izbie siedzieć, ratował ludzi
na gościńcach, nie bacząc na okrutne mrozy, na trud i
niebezpieczeństwo. - Zaprawdę - mówił - tak dawniej czynili owi sławni rycerze,
którzy, jeżdżąc po świecie, bronili ludzi od smoków, od jędzonów i
różnych innych bestyj. - Jeśli zaś udało się któremu wybawić jaką cudną królewnę -
odrzekł młody Cypryanowicz - to taki był szczęśliwy, jako my
jesteśmy w tej chwili. - Prawda! Żaden cudniejszej nie wybawił! Jak mi Bóg miły!
Sprawiedliwie mówi! - zawołali z zapałem czterej bracia Bukojemscy. A panna Sienińska uśmiechnęła się mile, tak, że na policzkach
utworzyły się jej dwa wdzięczne dołeczki - i spuściła oczy. Lecz panu Pągowskiemu komplement wydał się trochę za poufały,
albowiem panna Sienińska, lubo sierota bez majątku, pochodziła
jednak z magnackiego rodu - więc odwrócił rozmowę i zapytał: - I dawno tak waćpanowie jeździcie po gościńcach? - Od czasu wielkich śniegów, a będziem jeździli, póki mrozy nie
popuszczą - odpowiedział młody Stanisław Cypryanowicz. - I siła-żeście wilków już nabili? - Starczy dla wszystkich na wilczury. Tu panowie Bukojemscy poczęli się śmiać tak rozgłośnie, jakby
cztery konie rżały, a gdy się nieco uspokoili, najstarszy, Jan,
rzekł: - Będzie król Jegomość rad ze swoich leśników. - Prawda - odpowiedział pan Pągowski. - A słyszałem, że waćpanowie
jesteście nadleśnymi w tutejszej królewskiej puszczy. Ale przecie
Bukojemscy pochodzą z Ukrainy? - My z tych samych. - Proszę... proszę.... dobry ród, Jeło-Bukojemscy... Są tam
koligacye nawet z wielkiemi domami... - I z świętym Piotrem! - zawołał Łukasz Bukojemski. - Hę? - spytał pan Pągowski. I począł spoglądać surowo a podejrzliwie na braci, jakby chcąc
zbadać, czy nie pozwalają sobie z niego drwić. Lecz oni mieli
oblicza pogodne i z głębokim przekonaniem kiwali głowami,
przyświadczając w ten sposób słowom brata. Więc zdumiał się wielce
pan Pągowski i powtórzył: - Krewni świętego Piotra? A to quo modo? - Przez Przegonowskich! - Proszę! A zaś Przegonowscy? - Przez Uświatów! - A Uświatowie znowu tam przez kogoś - odrzekł już z uśmiechem
stary szlachcic - i tak dalej, aż do Pana Chrystusowego
narodzenia... Tak!... Dobrze i w ziemskim senacie mieć krewnych, a
cóż dopiero w niebieskim... Tem pewniejsza promocya... Ale jakim-że
sposobem zawędrowaliście waćpanowie z Ukrainy, aż do naszej puszczy
Kozienickiej, bo jako słyszałem, to już od kilku lat tu jesteście? - Od trzech. Ukrainne majętności rebelia dawno już z ziemią
zrównała, a potem i granica się tam zmieniła. Nie chcieliśmy w
czambułach poganom służyć, więc naprzód sługiwaliśmy wojskowo,
potem chodziliśmy dzierżawami, aż wreszcie krewny nasz, pan
Malczyński, nadleśniczymi nas tu uczynił. - Tak - rzekł stary Cypryanowicz. - Aż mi dziwno, żeśmy się tak w
tej puszczy obok siebie znaleźli, bo pono wszyscy jesteśmy nie
tutejsi, jeno nas zmienność ludzkich losów tu przyniosła.
Dziedzictwo waszmości pana (tu zwrócił się do Pągowskiego) też,
jako mi wiadomo na Rusi, wedle pomorzańskiego zamku, leży. Drgnął na to pan Pągowski, jakoby go kto w niezaschłą ranę uraził. - Miałem i mam tam majętność - rzekł - ale mi obrzydły tamte
strony, bo tam jeno nieszczęścia we mnie, jako pioruny, biły. - Wola Boska - odrzekł Cypryanowicz. - Pewnie, że próżno w grodzie przeciw niej protestować, ale też i
żyć ciężko... - Waszmość, jako wiadomo, dłuższy czas wojskowo sługiwałeś. - Pókim ręki nie stracił. Mściłem się krzywd ojczyzny i własnych.
A jeśli Pan Jezus odpuści mi jeden grzech za każdą pogańską głowę,
to żywię nadzieję, że piekła może nie zobaczę. - Pewnie, pewnie! I służba zasługa, i boleść zasługa. Najlepiej
smutnych myśli poniechać. - Jabym rad ich poniechał, jeno one nie chcą mnie poniechać. Ale
dość o tem. Ostawszy kaleką, a zarazem i opiekunem tej oto panny,
przeniosłem się na starość do spokojniejszego kraju, do którego
czambuły nie dochodzą i siedzę, jako waszmość widzisz, w
Bełczączce. - Słusznie, i ja tak samo - rzekł stary Cypryanowicz. - Młodzi,
chociaż tam teraz spokojnie, rwą się w nadziei przygód na szlaki,
ale przecie okropne i żałobne to strony, w których każdy czegoś
opłakuje. Pan Pągowski przyłożył rękę do czoła i trzymał ją tak przez
dłuższą chwilę, poczem ozwał się smutnym głosem: - Naprawdę to w tamtych stronach może się ostać tylko chłop albo
magnat. Chłop dlatego, że gdy przyjdzie nawała pogańska - to umknie
w lasy i potrafi tam żyć jako dziki zwierz przez całe miesiące, a
magnat, bo ma warowne zamki i własne chorągwie, które go bronią...
A i to jeszcze!... Byli Żółkiewscy i wyginęli, byli Daniłowicze i
wyginęli. Z Sobieskich zginął brat miłościwie nam dziś panującego
króla Jana... A iluż innych!... Jeden z Wiśniowieckich wił się na
haku w Stambule... Korecki drągami żelaznemi zabit... Zginęli
Kalinowscy, a przedtem płacili daninę krwi Herburtowie i
Jazłowieccy. Poległo też w różnych czasach kilku Sienińskich,
którzy drzewiej całą prawie tamtejszą krainą władali... Co za
cmentarz! Do ranabym nie skończył, chcąc wszystkich wymienić... A
gdyby nietylko magnatów, ale i szlachtę cytować, toby i miesiąca
nie było dosyć. - Prawda! prawda! Ale też i to człeku aż dziwno, jak Pan Bóg to
plugastwo tatarskie i tureckie rozmnożył. Bo przecie i ich tylu tam
nabito, że gdy chłop wiosną orze, to mu co krok czerepy pogańskie
pod sochą zgrzytają... Miły Boże! ilu ich tam wygniótł choćby
dzisiejszy nasz Pan... Na dobrą rzekę krwi by tej starczyło, a oni
lezą i lezą! Była to prawda. Rzeczpospolita, trawiona nierządem i swawolą, nie mogła zdobyć się
na potężne armie, które by zdołały w jednej wielkiej wojnie
skończyć raz na zawsze z turecko-tatarską nawałą. Zresztą na taką armię nie mogła zdobyć się cała Europa. Ale natomiast tę Rzeczpospolitą zamieszkiwał lud zuchwały, który
bynajmniej nie poddawał dobrowolnie gardła pod nóż wschodnich
najeźdźców. Owszem, na owo straszne, zjeżone mogiłami i zbroczone
krwią pogranicze, więc: na Podole, na Ukrainę i Ruś czerwoną,
napływały coraz nowe fale polskich osadników, których nietylko
nęciła urodzajna ziemia, ale właśnie żądza ustawicznej wojny, bitew
i przygód. "Polacy - pisał stary kronikarz - idą na Ruś dla harców z Tatary." Płynęli więc chłopi z Mazowsza, płynęła bitna szlachta, której
wstyd było "w łożu zwykłą śmiercią umierać", wyrastali wreszcie na
tych czerwonych ziemiach potężni magnaci, którzy, nie poprzestając
na odporze w domu, szli nieraz aż hen - do Krymu lub na
Wołoszczyznę, szukać tam władzy, zwycięstw, śmierci, zbawienia i
chwały. Mówiono nawet, iż nie chcą Polacy jednej wielkiej wojny, aby jej
ciągle zażywać. Ale chociaż nie była to prawda, niemniej jednak
miła była hardemu plemieniu ciągła zawierucha - i najezdnik krwawo
płacił czasem za swą zuchwałość. Ani ziemie dobruckie, ani białogrodzkie, ani zwłaszcza bezpłodne
komysze krymskie nie mogły wyżywić swych dzikich mieszkańców, więc
głód gnał ich na bujne pogranicze, gdzie czekał ich łup obfity, ale
równie często śmierć. Łuny pożarów oświecały tam nieznane w dziejach pogromy. Pojedyncze
pułki roznosiły w puch i proch na szablach i kopytach dziesięćkroć
liczniejsze czambuły. Tylko niezmierna szybkość obrotów ratowała
najezdników, w ogóle bowiem każdy czambuł, dognany przez regularne
wojska Rzeczypospolitej, był tem samem zgubiony bez ratunku. Bywały wyprawy, zwłaszcza mniejsze, z których nie wracał do Krymu
nikt. Straszne swego czasu były Tatarom i Turkom imiona Pretwica i
Chmieleckiego. Z mniejszych rycerzy krwawo zapisali się w ich
pamięci: Wołodyjowski, Pełka i starszy Ruszczyc, którzy od
kilkunastu lub kilku już lat spoczywali w mogiłach i w sławie. Lecz
nawet i z wielkich żaden nie wytoczył tyle krwi z wyznawców Islamu,
ile ówczesny król Jan III Sobieski. Pod Podhajcami, Kałuszem, Chocimem i Lwowem leżały dotychczas
niepogrzebione stosy kości pogańskich, od których rozległe pola
bieliły się jak pod śniegiem. Aż wreszcie postrach padł na wszystkie ordy. Odetchnęło wówczas pogranicze, a gdy i nienasycona potęga turecka
łatwiejszych poczęła szukać podbojów, odetchnęła i cała skołatana
Rzeczpospolita. Zostały tylko bolesne wspomnienia. Daleko od teraźniejszej siedziby Cypryanowiczów, w sąsiedztwie
pomorzańskiego zamku, stał na wzgórzu wysoki krzyż z dwiema
włóczniami, który wzniósł przed dwudziestu kilku laty pan Pągowski,
na miejscu spalonego dworu - więc ilekroć pomyślał o tym krzyżu i
tych wszystkich drogich sercu głowach, które na tamtem miejscu
utracił, skowyczało w nim jeszcze teraz z bólu stare serce. Ale że to był człowiek twardy dla samego siebie i dla innych i że
się przed obcymi łez wstydził - i taniej litości nie znosił, więc
nie chciał dłużej mówić o swoich nieszczęściach - i począł
wypytywać gospodarza, jak mu się też żyje na leśnej dziedzinie. A ów rzekł: - Ot cisza, cisza! Gdy bór nie szumi i wilcy nie wyją, to ledwie
że nie słyszysz, jak śnieg pada. Jest spokój, jest ogień na kominie
i dzbaniec grzanego wina wieczorem - starości więcej nie trzeba. - Pewnie. Ale synowi? - Młody ptak prędzej, później z gniazda wyleci. A szumią nam tu
jakoś drzewa o wielkiej wojnie z pogany! - Na tę wojnę i siwe sokoły wylecą. Poleciałbym z innymi i ja,
gdyby nie to, ot!... Tu pan Pągowski potrząsnął pustym rękawem, w którym tylko kawałek
ramienia przy karku pozostał. A Cypryanowicz nalał mu wina: - Za pomyślność chrześcijańskiego oręża! - Daj-że Boże! Do dna. Tymczasem młody Cypryanowicz częstował z równie dymiącego dzbana
panią Winnicką, pannę Sienińską i czterech braci Bukojemskich.
Panie ledwie że dotykały ustami brzegów szklanic, natomiast panowie
Bukojemscy nie dali się prosić, skutkiem czego świat wydawał się
im coraz weselszy, a panna Sienińska coraz ładniejsza. Więc nie
mogąc znaleźć odpowiednich słów na wyrażenie swego zachwytu,
poczęli spoglądać na nią ze zdumieniem, sapać i trącać się
łokciami. Na koniec najstarszy, Jan, rzekł: - Nie dziwować się wilkom, że chciały kosteczek i mięsa waćpanny
popróbować, boć nawet i dzika bestya wie, co prawdziwy specyał!... A trzej inni: Mateusz, Marek i Łukasz, nuż bić się dłońmi po
udach: - Utrafił! w sedno utrafił! - Specyał! nic innego! - Marcepan! Słysząc to panna Sienińska złożyła ręce i udając przestrach,
rzekła do młodego Cypryanowicza: - Ratuj-że waćpan, bo widzę, że ichmościowie dlatego jeno mnie od
wilków ratowali, aby mnie sami zjedli. - Mościa panno - odpowiedział wesoło Cypryanowicz - pan Jan
Bukojemski mówił: nie dziwować się wilkom! a ja rzeknę: nie
dziwować się panom Bukojemskim. - To już zacznę chyba mówić: "Kto się w opiekę..." - Jeno nie żartuj z rzeczy świętych! - zawołała pani Winnicka. - Hej! gotowi ci kawalerowie i ciotuchnę razem ze mną zjeść.
Nieprawda? Ale pytanie to pozostało przez chwilę bez odpowiedzi. Owszem,
łatwo było z twarzy panów Bukojemskich wyczytać, że znacznie
mniejszą mają do tego ochotę. Jednakże Łukasz, który miał dowcip od
braci bystrzejszy, rzekł: - Niech Jan mówi; on starszy brat. A Jan zakłopotał się nieco i odrzekł: - Kto tam wie, co go jutro spotka! - Roztropna to uwaga, - zauważył Cypryanowicz - ale do czego ją
waćpan stosujesz? - Bo co? - Bo nic: jeno pytam, czemu to o jutrze wspominasz? - A to waść nie wiesz, że afekt gorszy od wilka, gdyż wilka można
zabić, a afektu nie zabijesz. - Wiem, ale to znów inna materya. - Byle dowcip dopisał, mniejsza o materyę. - Ha! jeśli tak, to Boże dopomóż dowcipowi. Panna Sienińska poczęła się śmiać w piąstkę, za nią Cypryanowicz,
a w końcu i panowie Bukojemscy. Lecz dalszą rozmowę przerwała
służka, prosząc na wieczerzę. Starszy pan Cypryanowicz podał ramię pani Winnickiej, po nich
szedł pan Pągowski, młody zaś Cypryanowicz prowadził pannę
Sienińską. - Trudna dysputa z panem Bukojemskim! - rzekła rozweselona
panienka. - Bo jego racye są jako narowiste konie, z których każdy ciągnie w
inną stronę; wszelako, powiedział on dwie prawdy, którym trudno
negować. - Jakaż jest pierwsza? - Że nikt nie wie, co go jutro spotka, jako i jam na przykład nie
wiedział, że oczy moje ujrzą dzisiaj waćpannę. - A druga? - Że łatwiej wilka zabić niż afekt... Wielka to prawda. To rzekłszy westchnął młody pan Cypryanowicz, a panienka spuściła
na oczy cieniste swe powieki i zamilkła. Po chwili dopiero, gdy już siadali do stołu, rzekła: - A waćpanowie prędko przyjedźcie do Bełczączki, aby zaś opiekun
mógł wam wdzięczność za ratunek i za gościnę okazać. Posępny humor pana Pągowskiego poprawił się znacznie przy
wieczerzy - a gdy gospodarz wniósł w ozdobnych słowach naprzód
zdrowie niewiast, a następnie zacnego gościa, stary szlachcic
odpowiedział bardzo uprzejmie, dziękując za wybawienie z ciężkich
terminów i zapewniając o swej wiekuistej wdzięczności. Mówiono potem de publicis, o królu, o jego zwycięstwach, o sejmie,
który w kwietniu miał się zebrać, i o wojnie, która groziła
cesarstwu niemieckiemu ze strony sułtana tureckiego, a na którą
zaciągał już ochotników w Polsce pan Hieronim Lubomirski, kawaler
maltański. Panowie Bukojemscy słuchali z niemałą ciekawością, jako tam w
Niemczech przyjmowano z otwartemi rękoma każdego Polaka; albowiem
Turcy lekceważyli jazdę niemiecką, polska zaś budziła w nich
należyty postrach. Pan Pągowski ganił nieco dumę kawalera Lubomirskiego, który mawiał
o grafach niemieckich: "dziesięciu takich w jedną moję rękawicę
wlezie", ale chwalił jego przewagi rycerskie, niezmierną odwagę i
wielką biegłość w sztuce wojennej. Słysząc to, Łukasz Bukojemski oświadczył w imieniu swoim i braci,
że niech tylko wiosna uczyni się na świecie, to nie wytrzymają,
jeno do pana kawalera podążą, ale póki mrozy mocne, będą jeszcze
bili wilki, aby się za pannę Sienińską godnie pomścić. Bo chociaż
powiedział Jan, że niema co się wilkom dziwować, przecie, gdy się
pomyśli, że taki gołąbek niewinny stać się mógł ich pastwą, to aż
serce pod szyję podchodzi od wściekłości, a zarazem trudno utrzymać
łez. - Szkoda - mówi - że skóry wilcze takie tanie, i że żydy zaledwie
za trzy talara dają, ale łez trudno utrzymać i nawet lepiej
poprostu im pofolgować, gdyż ktoby nie pożałował uciśniętej
niewinności i cnoty, ten okazałby się barbarusem, nie godnym
rycerskiego i szlacheckiego imienia. To rzekłszy - pofolgował istotnie łzom, a za jego przykładem
poszli zaraz i inni bracia; chociaż bowiem wilki mogły w najgorszym
razie grozić życiu nie zaś cnocie panny Sienińskiej, jednakże tak
ich wzruszyła wymowa brata, że serca zmiękły w nich jak wosk
przygrzany. Chcieli też po wieczerzy palić z pistoletów na cześć panienki, ale
sprzeciwił się temu gospodarz, mówiąc, że ma w domu borowego,
człowieka wielkich zasług, który jest chory i potrzebuje spokoju. Mniemał pan Pągowski, iż to może jaki zubożały krewny domu, a w
najgorszym razie szlachcic z zaścianka, więc przez grzeczność
począł się o niego wypytywać; dowiedziawszy się jednakże, iż to
jest chłop służebny, wzruszył ramionami i spojrzawszy niechętnem i
zdziwionem okiem na starego Cypryanowicza, rzekł: - A tak! zapomniałem, co o waścinem, zbyt ludzkiem, sercu
opowiadają. - Daj Boże, - odpowiedział pan Serafin - aby nie opowiadali nic
gorszego. Siła temu człowiekowi zawdzięczam, a może i każdemu się
to trafić, gdyż on wybornie zna się na ziołach i każdej chorobie
umie zaradzić. - To już mi tylko to dziwne, że skoro innych tak uzdrawia, siebie
nie uzdrowił. Przyślij go waszmość kiedy tej oto mojej krewniaczce,
pani Winnickiej, która z ziół rozmaite extracta wyciąga i ludzi
niemi morzy; ale tymczasem niech nam wolno będzie pomyślić o
spoczynku, bo mnie droga okrutnie strudziła, a wino niecoś
rozebrało, równie jak panów Bukojemskich. Bukojemskim rzeczywiście kurzyło się z czupryn, a oczy mieli
mgliste i rozrzewnione, więc gdy młody Cypryanowicz poprowadził ich
do oficyny, gdzie miał razem z nimi nocować, to szli za nim wielce
niepewnym krokiem po skrzypiącym od mrozu śniegu, dziwiąc się, że
miesiąc śmieje się do nich i siedzi na dachu stodoły, zamiast
świecić na niebie. Lecz panna Sienińska tak głęboko zapadła im w serca, że chciało im
się jeszcze o niej mówić. Młody Cypryanowicz nie czuł także ochoty do snu, kazał więc
przynieść gąsior miodu, poczem zasiedli wedle wielkiego komina i
przy jaskrawem świetle łuczywa pili z początku w milczeniu,
słuchając tylko świerszczów, grających w izbie. Wreszcie najstarszy, Jan, nabrał w piersi powietrza, poczem
wydmuchnął je w komin z taką siłą, że aż się płomień pochylił, i
rzekł: - O Jezu! Bracia moi mili, zapłaczcie nade mną, bo przyszedł na
mnie termin żałosny! - Jaki termin? mów, nie ukrywaj! - A to przecie miłuję tak, że aże mi kolana mdleją. - A ja, to, myślisz, nie miłuję? - zawołał Łukasz. - A ja? - krzyknął Mateusz. - A ja? - zakończył Marek. Jan chciał im coś odpowiedzieć, ale zrazu nie mógł, albowiem
porwała go czkawka. Wytrzeszczył tylko oczy z wielkiego zdziwienia,
i począł spoglądać na nich tak, jakby ich pierwszy raz w życiu
widział. Wreszcie gniew odbił się na jego obliczu. - Jakto, tacy synowie, - zawołał - to starszemu bratu chcecie w
drogę wchodzić i szczęśliwości go pozbawiać? - O wa! - odpowiedział Łukasz - to cóż? Zali to panna Sienińska
jakowaś ordynacya, że ją tylko starszy ma brać? Z jednegośmy ojca i
matki, przeto jeśli nas takimi synami zowiesz - to rodzicielom w
grobie uchybiasz. Każdemu wolno miłować. - Wolno każdemu, ale wam wara, boście mi obedientiam powinni. - Mamy całe życie końskiego łba słuchać? Co? - Bluźnisz, poganinie, jako pies! - Ty sam bluźnisz. Bo Jacobus młodszy był od Ezawa, a Józef
najmłodszy z braci, więc ty Pismu Świętemu przyganiasz i przeciw
wierze szczekasz. Przyciśnięty temi argumentami do muru, Jan nie umiał na razie
znaleźć odpowiedzi, a gdy jeszcze Mateusz wspomniał coś o Kainie,
jako starszym bracie, wówczas całkowicie stracił głowę. Gniew wzbierał się w nim coraz większy, aż nakoniec począł prawicą
szukać szabli, której zresztą nie miał przy boku. I niewiadomo, do czego byłoby doszło, gdyby nie Marek, który,
trzymając od pewnego czasu palec przy czole, jak gdyby się porał z
jakąś myślą, nagle wykrzyknął ogromnym głosem: - Jam najmłodszy z braci, jam jest Józef, więc dla mnie panna
Sienińska! A inni zaraz zwrócili się do niego, ze wzburzeniem w obliczach i
skrami w oczach: - Co? Dla ciebie? Dla ciebie, ty gęsie jaje, ty słomiana kukło, ty
końska zołzo, suszykuflu, ty opoju!... Dla ciebie? - Stulcie gęby, skoro tak stoi w Piśmie! - W jakiem Piśmie, głąbie? - Wszystko jedno - ale stoi. Samiście się popili - nie ja! Lecz tu wdał się między nich Stanisław Cypryanowicz. - Czy wam nie wstyd, - mówił - szlachtą i braćmi będąc, kłótnię
wszczynać? Tak-że to obserwujecie miłość braterską? I o co kłótnia?
Czy to panna Sienińska jest grzyb, który ten do kobiałki schowa,
kto go pierwszy w borze zdybie? Zali taki jest między pelikanami
obyczaj, którzy to pelikanowie, nie będąc ani szlachtą, ani nawet
ludźmi, przecie z rodzinnych afektów jedne drugim we wszystkim
ustępują, a gdy ryb nie nałowią, to się krwią własną wzajemnie
karmią? Wspominacie zmarłych rodziców waszych, ależ oni tam łzami
się zalewają, widząc niezgodę synów, którym pewnie co innego pod
błogosławieństwem nakazywali. Już im tam i pasza niebieska nie
smakuje i oczu nie śmieją podnieść na owych czterech Ewangelistów,
których imiona na chrzcie świętym wam podawali. Tak mówił Staszko Cypryanowicz i, choć z początku chciało mu się
cokolwiek śmiać, jednakże, w miarę jak mówił, coraz więcej się
własną wymową przejmował, albowiem dla kompanii także był nieco
podpił. Atoli panowie Bukojemscy rozrzewnili się w końcu jego
przemówieniem niezmiernie i zapłakali wreszcie wszyscy czterej, a
najstarszy, Jan, zawołał: - O dla Boga, zabijcie mnie, ale nie nazywajcie Kainem! Na to Mateusz, który był o Kainie wspomniał, rzucił mu się w
objęcia. - Bracie, katu za to mnie oddać! - Wybacz, bo się z żalu rozpuknę - wołał Łukasz. Marek zaś: - Szczekałem przeciw przykazaniu, jako pies. I poczęli się ściskać, lecz Jan, uwolniwszy się wreszcie z objęć
braci, siadł nagle na ławie, rozpiął żupan, rozgarnął koszulę i,
obnażywszy pierś, począł mówić przerywanym głosem: - Macie! oto jako pelikan!... macie! A tamci nuż jeszcze bardziej szlochać: - Pelikan! czysty pelikan!... Jak mi Bóg miły! - pelikan! - Bierzcie pannę Sienińską! - Twoja ona! ty ją bierz. - Młodsi niech biorą... - Nigdy! Nie może być! - Jechał ją sęk! - Jechał ją sęk! - Nie chcemy jej! A wtem Łukasz uderzył się dłońmi po udach, aż rozległo się po
izbie. - Wiem! - zakrzyknął. - Co wiesz? Mów, nie ukrywaj! - Niech ją Cypryanowicz bierze! Usłyszawszy to tamci, aż zerwali się z ław, tak im trafiła do
serca myśl braterska i otoczyli Cypryanowicza. - Bierz ją, Staszku. - Najlepiej nas pogodzisz. - Jak nas kochasz! - Dla nas to uczyń! - Niech ci Bóg błogosławi - wołał Jan, wznosząc oczy do nieba i
wyciągając nad nim ręce. A Cypryanowicz spłonął na twarzy i stał zdumiony, powtarzając: - Bójcie się ran boskich!... Lecz serce drgnęło mu w piersiach na samą myśl, bo siedząc od
dwóch lat przy ojcu wśród głębokich lasów i mało ludzi widując,
oddawna nie napotkał tak cudnej dziewczyny. Widywał podobne niegdyś w Brzeżanach, gdy ojciec oddał go na
tamtejszy dwór, aby nabrał ogłady i znajomości spraw publicznych.
Lecz wówczas był jeszcze pacholęciem - i czas zatarł te dawne
wspomnienia. Aż oto teraz, gdy wśród borów ujrzał znów niespodzianie taki kwiat
śliczny - ludzie mówią mu odrazu: bierz go!... Więc zmięszał się okrutnie i raz jeszcze powtórzył: - Bójcie się Boga! gdzie wam, albo mnie do niej! Lecz oni, jako to zwykle pijany, żadnej przeszkody nie widząc,
poczęli nalegać. - Nie będzie żaden z nas drugiemu zazdrościł, - mówił Łukasz - a
ty ją bierz! Mieliśmy i tak na wojnę iść, bo dość nam tego leśnego
stróżowania. Trzydzieści talarów na cały Boży rok... Na napitki nie
starczy, a coże na ochędostwo? Konie posprzedawaliśmy i na twoich
za wilkami jeździmy, rzędy też... Wiadomo, że ciężko sierotom.
Lepiej na wojnie zginąć - a ty ją bierz, jak nas kochasz! - Bierz ją! - wołał Jan - a my do Rakuz, do kawalera Lubomirskiego
pociągniem, niemiaszkom pomagać pogan łuszczyć. - Bierz ją zaraz... - Jutro! Do kościoła!... Lecz Cypryanowicz ochłonął już ze zdumienia i wytrzeźwiał tak,
jakby nic od rana w ustach nie miał. - Ludzie, zastanówcie się, co mówicie! Zali to tylko waszej, albo
mojej woli do tego potrzeba? A cóż ona sama, a cóż pan Pągowski,
który jest człowiek dumny i nieużyty? Choćby też i panna stała mi
się z czasem przyjacielem, wolałby on może, by rutę siała, niż aby
została żoną takiego chudopachołka, jako ja, albo i któren z was. - O wa! - zawołał Jan. - A cóż to pan Pągowski, kasztelan
krakowski, czy hetman wielki? Jeśliś dla nas dobry, to i jemu wara
nosem kręcić. Za mali mu na swatów Bukojemscy? A wiera! Stary jest,
niedługo mu do śmierci, niechże się strzeże, aby mu święty Piotr
palców we wrotach niebieskich nie przyskrzybnął. Ujmij-że ty się za
nimi, święty Pietrze i powiedz mu tak: "Nie umiałeś, o taki synu,
za życia mojej krwi uszanować, całuj-że psa w nos!" Tak mu po
śmierci powiedz! Ale my się i za życia nie pozwolim spostponować.
Jakto? To dlatego, że nie stało fortuny, mają nas poniewierać i
jako chłopów traktować?... Takaż ma być zapłata za nasze służby
ojczyźnie, za naszą krew, za nasze rany? O bracia moi, sieroty wy
boże! niejedna krzywda nas w życiu spotkała, ale cięższej nikt nam
nigdy nie wyrządził. - Prawda, prawda! - wołali żałośliwie Łukasz, Marek i Mateusz. I łzy żalu popłynęły im znów obficie po policzkach, lecz,
wypłakawszy się, poczęli się burzyć, albowiem zdawało im się, iż
takiej obrazy niewolno ludziom urodzonym puszczać w niepamięć. Marek, który był najbardziej z braci porywczy, pierwszy sobie o
tym przypomniał. - Trudno go na szable pozywać - rzekł - bo stary jest i ręki nie
ma, ale jeśliby nam wzgardę jakowąś okazał, trzeba się pomścić. Co
mam czynić? - pomyślcie!... - Nogi mi zmarzły na mrozie - odrzekł Łukasz - a teraz mnie palą
okrutnie. Żeby nie to, zarazbym coś obmyślił. - A mnie łeb pali, nie nogi. - Z pustego i tak nie nalejesz. - Kaczan głąbowi przygania! - rzekł Jan. - Będziecie mi tu kłótnię zaczynać, zamiast odpowiedź obmyślać! -
zawołał z gniewem Marek. Lecz tu wdał się między nich Cypryanowicz. - Odpowiedź? - zapytał - a komu? - Pągowskiemu. - A na co chcecie odpowiadać? - Na co? Jakto: na co? I poczęli na się spoglądać z niemałem zdziwieniem, a potem
zwrócili się do Marka. - Czego ty od nas chcesz? - A czego wy chcecie?... - Do jutra sessya - zawołał Cypryanowicz. - Ot i ogień już w
grabie przygasa i północ dawno minęła. Łoża tam pod ścianą gotowe,
a spoczynek słusznie nam się należy, bośmy się spracowali na
mrozie. Ogień przygasł istotnie i pociemniało w izbie, więc rada
gospodarza trafiła do przekonania panów Bukojemskich. Chwilę jeszcze trwała rozmowa, ale coraz mniej żywa, a potem
zaszemrał w izbie szept pacierzy, odmawianych to ciszej, to
głośniej, a przerywanych głębokiemi westchnieniami. Głownie w kominie poczęły pokrywać się popiołem i czernieć; czasem
zapiszczało coś w dogasającem ognisku i świerszcze ozwały się po
kątach żałosnem ćwierkaniem, jakby z żalu za światłem. Rozległ się jeszcze w pomroku stukot butów, zrzucanych z nóg na
podłogę, poczem krótki czas cisza, a następnie ogromne chrapanie
czterech uśpionych braci. Lecz młody Cypryanowicz nie mógł zasnąć, albowiem wszystkie jego
myśli krążyły koło panny Sienińskiej, jak żwawe pszczoły wokół
kwiatu. Gdzie tam spać z takim rojem w głowie! Przymknął wprawdzie powieki raz i drugi, lecz, widząc, że to na
nic, pomyślał: - Pójdę obaczyć, czy się u niej nie świeci jeszcze. I wyszedł. W oknie panny Sienińskiej nie było światła, tylko blask miesiąca
drgał na nierównych szybach, jak na bieżącej wodzie. Świat był cichy i uśpiony tak głęboko, że nawet śniegi zdawały się
spać w zielonawej topieli księżycowego światła. - Czy ty wiesz, że mi cię rają? - szepnął młody Cypryanowicz,
patrząc w srebrne okno dziewczyny. Starszy pan Cypryanowicz, gwoli własnej, przyrodzonej mu
gościnności i wedle zwyczaju, nie szczędził próśb i zaklęć, aby
goście zostali dłużej w Jedlni. Klękał nawet przed panią Winnicką,
co, z powodu lekkiej jeszcze, ale już nieco dokuczliwej, pedogry,
nie przychodziło mu łatwo. Wszystko to jednak nic nie pomogło. Pan
Pągowski uparł się jechać przed południem do domu - i w końcu
trzeba było się na to zgodzić, gdyż na jego oświadczenie, że
spodziewa się gości - nie było co rzec. Wyruszyli tedy przed
południem w dzień jasny, mroźny i w cudną pogodę. Okiść na drzewach
i śniegi na polach były obsypane jakby tysiącami iskier, które
migotały tak w słońcu, iż ledwie oczy mogły znieść owe blaski,
bijące z nieba i z ziemi. Konie szły tęgo rysią, aż grały w nich
śledziony; płozy sanic świstały po twardym śniegu; firanki po
bokach były odsunięte - i co chwila, to w jednym okienku, to w
drugiem, ukazywała się różowa twarz panny Sienińskiej, z wesołemi
oczkami i z zaczerwienionym od mrozu noskiem, właśnie jakby
wdzięczny obrazek w ramach. I jechała, jakby królewna, bo karocę otaczała "salwa-gwardya"
złożona z panów Bukojemskich i młodego Cypryanowicza. Ci, siedząc
na dzielnych szkapach z jedlinkowskiej stajni (bo swoje
posprzedawali lub pozastawiali wraz z lepszemi szablami panowie
Bukojemscy), rwali po bokach, to wspinając konie, to puszczając je
naprzód takim pędem, że aż wióry śnieżne, wyrywane kopytami ze
zmarzłej drogi, warczały w powietrzu jak kamienie. Może i niekoniecznie rad był z tej przybocznej straży pan Pągowski
- i w chwili wyjazdu prosił nawet kawalerów, aby się nie trudzili,
bo droga w dzień bezpieczna, a o osacznikach w puszczy nie słychać,
ale gdy uparli się, aby stanowczo niewiasty odprowadzić, nie
pozostało mu nic innego, jak, płacąc grzecznością za grzeczność
zaprosić ich do Bełczączki. Uzyskał też i obietnicę starszego pana
Cypryanowicza, że go odwiedzi, ale dopiero za kilka dni, albowiem
starszemu człowiekowi trudno było tak obcesowo wyrywać się z domu. Prędko schodziła podróż, kawalerom na konnych popisach, a pannie
Sienińskiej na pokazywaniu się w okienkach karocy. Zatrzymali się
dopiero w połowie drogi, aby dać odetchnąć koniom, przy
puszczańskiej karczmie, zwanej dość złowrogo: "Rozbój", obok której
była kuźnia i szopa. Kowal kuł konia na dworze przed kuźnią, a
wedle karczmy stało kilkoro sani chłopskich, zaprzężonych w
poszerszeniałe i okryte sędzielizną chude szkapięta, z ogonami
wtulonemi między zadnie nogi i z wyobroczonymi torbami na głowach. Ludzie wysunęli się z karczmy patrzyć na karocę, otoczoną przez
jeźdźców i stanęli opodal. Byli to nie chłopi, tylko
mieszczanie-zduni z Kozienic, którzy letnią porą robili garnki, a
zimą podczas sanny rozwozili je po wsiach, a szczególniej na
odpusty w okolicy. Wydawało się im, że to jakiś wielki dygnitarz
musi jechać w tej karocy, otoczonej przez tak dorodną szlachtę,
więc mimo mrozu pozdejmowali czapki i patrzyli z ciekawością. Podróżni, przybrani ciepło, nie wysiadali z karocy, jeźdźcy
pozostali także na koniach; poszedł tylko pachołek pana Pągowskiego
z gąsiorkiem wina, aby je zagrzać przy ogniu w karczmie. Tymczasem
pan Pągowski kazał się zbliżyć łyczkom i począł ich wypytywać: skąd
są, dokąd jadą i czy nie groziło im gdzie "niebezpieczeństwo od
zwierza?" - Gdzietam nie groziło, wasza miłość, - odpowiedział stary
mieszczanin - jeno że kupą jedziemy i we dnie. Czekamy tu na
naszych od Przytyka i z innych stron. Chłopów może się też coś
ściągnie i jeśli się zbierze z piętnaście, albo dwadzieścia wozów,
to pojedziem na noc - a nie, to nie, chociaż bez pałek nie
jeździemy. - A z ludźmi nie zdarzył się jakowy wypadek? - Zagryzły wilki żyda podobno w biały dzień. Jechał z gęsiami, bo
pierze zostało na gościńcu, a z człowieka i z konia jeno gnaty.
Tylko po krymce poznali ludzie, że to był żyd. A dziś rano
przyszedł tu piechotą szlachcic, który całą noc na sośnie
przesiedział. Powiada, że koń mu padł i wilcy go w jego oczach
zarznęli. Skostniał ci tak na drzewie, że ledwie mógł mówić, a
teraz śpi. - Jak się zwał? Nie mówił skąd jest? - Nie. Piwa się jeno grzanego napił i zaraz potem padł jak nieżywy
na ławę. Pan Pągowski zwrócił się do kawalerów. - Słyszycie waćpanowie? - Słyszymy. - Bo trzeba go będzie chyba obudzić i rozpytać. Bez konia został,
jakże go tu poniechać. Mógłby pachołek mój na drugiego lejcowego
sieść w parze z forysiem, a jemu swego oddać. Powiadają, że
szlachcic.. Może z daleka? - I pilno mu musiało być - odrzekł Stanisław Cypryanowicz - skoro
nocą jechał i do tego sam jeden. Pójdę, rozbudzę go i rozpytam. Lecz chęć ta okazała się zbyteczną, albowiem w tej chwili z
karczmy wyszedł pachołek, niosąc stolnicę, a na niej dymiące kubki
wina - i, doszedłszy do karocy, rzekł: - Proszę waszej miłości, pan Taczewski tu jest. - Pan Taczewski? A on tu co u licha robi? - Pan Taczewski? - powtórzyła panna Sienińska. - Ogarnie się i zaraz wyjdzie - rzekł pachoł. Mało mi stolnicy z
winem nie wytrącił, jak się dowiedział, że państwo tu są... - A ciebie kto pyta o stolnicę?... Pachołek umilkł, jakby głos stracił, a pan Pągowski wziął kubek
wina pociągnął raz i drugi, poczem rzekł do Cypryanowicza, jakby z
pewną niechęcią: - To nasz znajomek i niby sąsiad... z pod Czarnej... A... trochę
wartogłów i szaławiła. - Z tych, tutejszych Taczewskich, co to
niegdyś w całem pono województwie... Dalsze objaśnienia przerwało ukazanie się pana Taczewskiego, który
wybiegłszy pośpiesznie z karczmy, szedł ku karocy zamaszystym
krokiem, ale z pewną nieśmiałością w obliczu. Był to młody
szlachcic, średniego wzrostu, z pięknemi, czarnemi oczyma, ale
chudy jak trzaska, głowę miał pokrytą magierką, pamiętającą bodaj
czasy Batorego, na sobie szary kubrak, podbity baranem, i żółte
szwedzkie buty z ogromnemi cholewami, zakrywającemi nawet i uda.
Nikt takich w Polsce już nie nosił, było więc widoczne, że to jest
chyba jaka stara zdobycz wojenna z czasów Jana Kazimierza,
wyciągnięta z lamusa z konieczności. - Idąc, patrzył naprzemian to
na pana Pągowskiego, to na pannę Sienińską, i uśmiechał się,
pokazując przytem białe, zdrowe zęby, ale uśmiech miał smutny i
twarz zmieszaną, a nawet trochę zawstydzoną. - Cieszę się okrutnie, - rzekł, stanąwszy przy karocy i kłaniając
się grzecznie magierką - że widzę w dobrem zdrowiu waćpanią,
waćpannę i waszmość pana dobrodzieja mego - gdyż droga
niebezpieczna, o czym sam miałem sposobność się przekonać. - Nakryj acan głowę, bo ci uszy zmarzną - rzekł szorstko pan
Pągowski. - Dziękujem za troskliwość. A czego to acan włóczysz się
po puszczy? Taczewski spojrzał bystro na panienkę, jakby chciał zapytać: "może
ty wiesz dlaczego?" - ale widząc, że panienka oczy ma spuszczone i
zabawia się przygryzaniem wstążek od kapturka, odrzekł nieco
twardym głosem: - At, przyszła mi fantazya popatrzyć na miesiąc nad borem. - Piękna fantazja. A konia ci wilcy zarznęli? - Dorznęli jeno, bom sam z niego duszę wyparł... - Wiemy. I przesiedziałeś noc na sośnie jak wrona. Tu panowie Bukojemscy buchnęli tak ogromnym śmiechem, aż im konie
poprzysiadały na zadach, a Taczewski odwrócił się i począł ich
kolejno liczyć oczyma, mając w źrenicach błyski zimne jak lód i
zarazem ostre jak brzeszczot. Poczem rzekł do Pągowskiego: - Nie jak wrona, ale jak szlachcic bez konia, z którego waszmości
dobrodziejowi śmiać się wolno, ale komu innemu może być niezdrowo. - Oho! oho! oho! - jęli powtarzać panowie Bukojemscy, przysuwając
ku niemu konie. Twarze ich zmierzchły w jednej chwili i wąsy
poczęły się poruszać, a on znów począł ich liczyć, zadzierając w
górę głowę. Lecz pan Pągowski ozwał się tak surowym i rozkazującym głosem,
jakby nad wszystkimi miał komendę: - Proszę mi tu żadnych zwad!... To jest pan Taczewski, - rzekł po
chwili łagodniej, zwracając się do kawalerów - a to pan
Cypryanowicz i panowie Bukojemscy, którym, mogę rzec, iż życie
zawdzięczamy, bo i nas wczoraj wilcy napadli. Insperate przyszli
nam z pomocą, ale skutecznie i w porę. - W porę - powtórzyła z naciskiem panna Sienińska, wydymając nieco
usta i spoglądając wdzięcznie na Cypryanowicza. A Taczewskiemu
zakwitły jagody, na twarzy odbiło się, jakby upokorzenie, oczy
zamgliły się i z niezmiernym żalem w głosie odrzekł: - W porę! Bo ich kupa i szczęśliwi, że na dobrych koniach, a
mojemu Wołoszynowi wilcy już zębami dzwonią i ostatniego
przyjaciela mi zbrakło. Ale - i tu spojrzał życzliwiej na
Bukojemskich - niechże się święcą ręce waszmościom, boście uczynili
to, co i ja z całej duszy byłbym chciał uczynić, jeno Bóg nie
pozwolił... Panna Sienińska zmienna była widocznie, jak każda białogłowa, a
może też żal jej się uczyniło pana Taczewskiego, bo nagle oczki jej
stały się słodkie i migotliwe, powieki jęły się mrużyć raz po raz i
całkiem już innym głosem zapytała: - Stary Wołoszyn?... Mój Boże, takem go lubiła i on mnie znał. Mój
Boże!... A Taczewski spojrzał zaraz na nią z wielką wdzięcznością. - Znał, mościa panno, znał... - Waćpan, panie Jacku, nie martw się tak okrutnie... - Martwiłem się już i przedtem, jeno że konno, a teraz się będę
martwił na piechotę. Ale Bóg waćpannie zapłaci za dobre słowo... - Tymczasem siadaj acan na myszatego - rzekł pan Pągowski. -
Czeladnik siądzie obok forysia, albo stanie z tyłu za karocą. A
jest tam i zapaśna burka w trokach, to się odziej, boś marzł całą
noc, a teraz znów mróz bierze. - Nie - odpowiedział. - Umyślniem nie wziął szuby i ciepło mi! - No, to w drogę! I po chwili ruszyli. Jacek Taczewski zajął miejsce przy jednem
okienku karocy, Stanisław Cypryanowicz przy drugiem, tak że
siedząca na przodzie panienka mogła, nie obracając głowy, swobodnie
na obydwóch spoglądać. Lecz panowie Bukojemscy nieradzi byli z Taczewskiego i gniewało
ich to, że zajął miejsce przy boku karocy, więc zebrawszy w kupę
konie, tak, że niemal stykały się łbami, poczęli rozmawiać i
radzić: - Hardo ci na nas spoglądał - mówił Mateusz. - Jak Bóg w niebie,
chciał nas spostponować. - Teraz zaś konia zadem do nas obrócił. Cóż wy na to? - Juści łbem nie może obrócić, bo koń tyłem, jako rak nie chodzi.
Ale że on się ma do tej panny, to pewna - zauważył Marek. - Toś dobrze rozpoznał. Widzicie, jako się nadstawia i przegina.
Żeby się tak puślisko urwało, toby zleciał. - Nie zleci, taki syn, bo dobrze siedzi i w puśliskach zdrowy
rzemień. - Przeginaj się, przeginaj, póki my cię nie przegniem! - Obaczcie-no! znów się do niej uśmiecha! - Cóż, bracia rodzeni? Pozwolim na to? - Nigdy, jako żywo! Nie dla nas dziewka, dobrze! ale pamiętacie,
cośmy wczoraj uradzili? - Jakże! Musiał on się tego domyślić, bo chytra widać sztuka - i
teraz na złość nam się do niej zaleca. - I na wzgardę naszemu sieroctwu i ubóstwu. - O, wa! wielki mi magnat - na cudzym podjezdku! - Ba! przecież i my nie na swoich. - Ale jedna szkapa nam została, to jak trzech w domu siedzi,
czwarty może jechać choćby na wojnę, a ów i siodła własnego nie ma,
bo mu je wilcy zębami porozrywali. - I nosa jeszcze zadziera. Co on do nas cierpi? - powiedzcie? - To się go spytać. - Zaraz? - Zaraz, ale politycznie, by starego Pągowskiego nie urazić.
Dopieroż, wyrozumiawszy co odpowie, wyzwać. - I wtedy już będzie nasz. - Któryż ma z nas to uczynić? - Juści ja, bom najstarszy. Sople jeno sobie z wąsów wykruszę i
nu! - Jeno zapamiętaj dobrze, co ci rzeknie. - Jako pacierz wam powtórzę. To rzekłszy, najstarszy z panów Bukojemskich począł wycierać
rękawicą grudki lodu, osiadłe na wąsach, a potem przysunął konia do
podjezdka Taczewskiego i ozwał się: - Mosanie? - A co? - zapytał Taczewski, odwracając niechętnie głowę od
karocy. - Co waćpan do nas cierpisz? Taczewski popatrzył na niego przez małą chwilkę ze zdziwieniem,
poczem rzekł: - Nic. I ruszywszy ramionami, zwrócił się znów ku karocy. Bukojemski jechał czas jakiś w milczeniu, rozważając czy ma wrócić
i zdać braciom relacyę z odpowiedzi, czy mówić dalej. Ta ostatnia
myśl wydała mu się jednak lepszą, więc ozwał się znowu: - Bo jeśli myślisz, że co wskórasz, to ja ci rzekę to, co i ty
mnie: nic! Na twarzy Taczewskiego odbiła się nuda i przymus, zrozumiał
bowiem, że szukają z nim zaczepki, na którą nie miał najmniejszej
ochoty w tej chwili odpowiadać. Jednakże pomyślał, że trzeba coś
odpowiedzieć i to coś takiego, coby mogło rozmowę zakończyć. Więc zapytał: - A czy tamci bracia także?... - A jakże! ale co także? - To się waść domyśl, a teraz nie przerywaj mi milszego dyskursu. Bukojemski przejechał jeszcze wpobok kroków dziesięć lub
piętnaście, ale wreszcie ściągnął konia. - Co ci rzekł? mów otwarcie? - pytali bracia. Starszy powtórzył. Nie byli radzi. - Boś go nie umiał zażyć - rzekł Łukasz. - Trzeba mu było konia
strzemieniem w brzuch połechtać, albo, skoroś wiedział, że mu na
imię Jacek, powiedzieć: naści placek! - Albo powiedzieć mu tak: zjedlić wilcy konia, to kup sobie kozę w
Przytyku. - To nie przepadło, ale co oznaczyło to, co rzekł: czy tamci
bracia także? - Może chciał spytać: czy także kpy? - Pewnie! Jak mi Bóg miły! - zawołał Marek. - Nic innego nie mógł
pomyślić! A teraz co? - Jego śmierć albo nasza. Dla Boga, toż to jawne kacerstwo, o
którem i Stachowi trzeba powiedzieć. - Nie powiadaj nic, bo skoro Stachowi pannę oddajem, to Stach
musiałby go wyzwać, a tu chodzi, żeby my pierwej. - Kiedy? - U Pągowskiego nie idzie. A tu już Bełczączka. Rzeczywiście Bełczączka była już niedaleko. Na skraju lasu stał
krzyż fundacji pana Pągowskiego z blaszanym Zbawicielem wśród dwóch
włóczni; na prawo, kędy droga skręcała się za borem, widać było
łąki obszerne z wstęgą olszyn, rosnących wzdłuż rzeczki; z za
olszyn, po drugiej, wyższej stronie, widać było bezlistne korony
wysokich drzew i dymy chat. Wkrótce orszak znalazł się wśród chat, a gdy minął opłotki i
zabudowania folwarczne, przed oczami jeźdźców ukazał się dwór pana
Pągowskiego. Obszerny dziedziniec otoczony był starym, spróchniałym, a
miejscami powywracanym częstokołem. Nie dochodził do tych stron od
prastarych czasów żaden nieprzyjaciel, nikt przeto nie dbał o
należytą obronność siedliska. Na obszernym dziedzińcu były aż dwa
gołębniki. Po jednej stronie stała oficyna, po drugiej lamus,
spichrz i duża sernica, sklecona w kratę z cienkich bierwion i
desek. Przed domem i wokół dziedzińca tkwiły słupki z żelaznemi
kółkami do przywiązywania koni; na każdym słupku siedziała czapka
zmarzłego śniegu. Domostwo było stare, obszerne, z nizkim dachem
słomianym. Po dziedzińcu wałęsały się gończe, a między niemi
przechadzał się bezpiecznie oswojony bocian, ze złamanem skrzydłem,
który widocznie opuścił przed chwilą ciepłą izbę, aby zażyć ruchu i
powietrza na mrozie. W domu czekano ich, albowiem pan Pągowski wyprawił był pacholika
przodem z oznajmieniem. Tenże sam pachołek wyszedł teraz na ich
spotkanie i, pokłoniwszy się, rzekł: - Pan starosta rajgrodzki, Grothus, przyjechał. - Dla Boga! - zawołał pan Pągowski - dawno-że czeka? - Niema i godziny. Chciał wyjeżdżać, alem mu rzekł, że waszej
miłości tylko co nie widać z powrotem. - Toś dobrze rzekł. Poczem do gości: - Proszę waszmościów. Pan Grothus - to mój krewny przez żonę.
Wraca widać tędy do Warszawy od brata, bo jest deputatem na sejm.
Proszę! proszę. Po chwili znaleźli się w izbie stołowej wobec starosty
rajgrodzkiego, który głową niemal dotykał pułapu, bo wzrostem
przewyższał nieco nawet panów Bukojemskich - a w całym domostwie
komnaty były nadzwyczaj nizkie. Pan Grothus był to okazały
szlachcic z mądrem wejrzeniem, z twarzą i łysiną statysty, i z
czołem przeciętem tuż nad nosem między brwiami. Blizna ta, podobna
do zmarszczki, nadawała jego obliczu surowy i jakby gniewny wyraz.
Uśmiechnął się jednak uprzejmie do pana Pągowskiego i otworzył
ręce, mówiąc: - Tak, to ja, gość, witam w jego własnym domu gospodarza. A pan Pągowski otoczył jego szyję ręką i mówił: - Otóż gość, otóż miły gość! Daj ci, Boże, zdrowie, panie bracie,
żeś wstąpił. Co tam słychać? - De privatis dobrze, a de publicis też dobrze bo wojna. - Wojna. Jakto? już? My! - My jeszcze nie - ale przymierze z Jegomości-cesarzem będzie w
marcu podpisane - a potem wojna pewna. Jakkolwiek jeszcze przed nowym rokiem chodziły pogłoski o
przyszłej wojnie z Turkami i nawet byli tacy, którzy uważali ją za
niezawodną, jednakże potwierdzenie tych wieści z ust osoby tak
znakomitej i tak blizko ze sprawami publicznemi obeznanej, jak pan
Grothus, wielkie uczyniło wrażenie i na panu Pągowskim, i na jego
młodych gościach. Zaledwie też gospodarz przedstawił ich staroście
- rozpoczęła się rozmowa o wojnie, o Tekelim i o krwawych zapasach
na Węgrzech, od których, jak od ogromnego pożaru, łuna biła już na
kraje Rakuskie i na Polskę. Miała to być wojna straszna, przed
którą drżał cesarz rzymski i wszystkie ziemie niemieckie. Mówił
biegły w polityce pan Grothus, że Porta poruszy połowę Azyi i całą
Afrykę, aby wystąpić z taką siłą, jakiej świat dotąd nie oglądał;
ale przewidywania te nie popsuły nikomu humoru, owszem, z radością
słuchała tego młodzież, której przykrzył się dłuższy domowy
wypoczynek, a której wojna otwierała pole do sławy, zasługi, a
nawet i korzyści. To też pan Mateusz Bukojemski, usłyszawszy słowa starosty
Rajgrodzkiego, uderzył się dłonią w kolano, aż rozległo się po
komnacie, i rzekł: - Pół Azyi i kogo tam jeszcze? O wa! Albo to nam pierwszyzna! - Nie pierwszyzna, słusznie waść mówisz! - odrzekł gospodarz,
którego posępna zwykle twarz zapłonęła przelotną radością. - Jeśli
to jest rzecz już niechybna, to pewno i listy zapowiednie zostaną
wkrótce wydane i zaciągi się rozpoczną. Daj Bóg! daj Bóg
jaknajprędzej. Był stary Dziewiątkiewicz pod Chocimem, ślepy na oba
oczy. Synowie mu kopię do ataku nastawiali - i uderzał w janczarów
jak i inni. Ale ja nie mam syna! - Już to, panie bracie, jeśli kto ma prawo w domu ostać, to wy -
rzekł starosta. - Źle nie mieć syna na wojnie, gorzej nie mieć
oczu, ale pono najgorzej nie mieć ręki... - Przyuczyłem do szabli obie ręce - odpowiedział pan Gedeon - a
cugle można i w zębach trzymać. Wreszcie... Chciałoby się poledz -
przeciw poganom - w polu... I nie dlatego jeno, że mi potargali
szczęście żywota... Nie z jakowejś zemsty prywatnej... nie!... Ale
ot! szczerze mówię: stary już jestem, siłam widział - siłam
rozmyślał - i tylem się napatrzył na złość ludzką, na prywatę, na
nieład w tej naszej Rzeczypospolitej, na naszą swawolę, na rwanie
sejmów, na nieposłuszeństwo, na wszelkie bezprawia, że powiem
waściom, nieraz pytałem w desperacyi Pana Boga: po coś Ty, Panie,
stworzył tę naszą Rzeczpospolitą i ten nasz naród? Aż dopiero, gdy
to morze pogańskie wzbiera, gdy ów sprosny smok otwiera paszczę,
aby połknąć świat cały i chrześcijaństwo, gdy, jako waść mówisz,
cesarz rzymski i wszystkie ziemie niemieckie drżą przed ową
nawałnicą - to wtedy dopiero wiem, po co nas Bóg stworzył i jaki
włożył na nas obowiązek. Sami Turkowie mówią o tem. Niechże drżą
inni - my nie zadrżym, jakośmy i pierwej nie drżeli; niechże się
leje ta nasza szczera krew choćby do ostatniej kropli - i niech się
moja z nią połączy - amen! Tu rozbłysły oczy pana Pągowskiego i wzruszył się bardzo, ale
jednak łzom nie pozwolił wypłynąć na policzki, może dlatego, że
wszystkie już dawniej wypłakał, a może dlatego, że był to człowiek
i dla siebie, i dla innych twardy. Jednakże pan Grothus, objął go
za szyję, ucałował w oba policzki i tak rzekł: - Prawda, prawda! Wiele u nas złego i tylko tą krwią można przed
obliczem Pana naszą złość odkupić. To służba, to straż, którą nam
Bóg powierzył, to przeznaczenie naszego narodu. I idą już czasy, w
których złożym świadectwo tej służby... Tak jest! są wieści od
pogan, że na Wiedeń zwróci się nawała. Tedy tam pójdziem i wobec
świata całego pokażem, żeśmy nie co innego, jeno żołnierze
Chrystusowi, na obronę wiary i krzyża stworzeni. Wszystkie narody,
które dotychczas żyły bezpiecznie za naszemi plecami, będą widziały
w jasny boży dzień, jak ową straż sprawujem, i da Bóg, że póki
ziemia nie przeminie, póty nie przeminie nasza zasługa i sława. Na te słowa zapał ogarnął młodych. Panowie Bukojemscy zerwali się
z krzeseł i poczęli wielkiemi głosami wołać: - Daj Bóg! Na kiedy zaciągi? Daj Bóg! A Cypryanowicz rzekł: - Aż dusza się rwie! Gotowiśmy choćby dziś! Jeden Taczewski milczał i nie rozchmurzył oblicza, a te wieści,
które napełniły radością wszystkie serca, były dla niego źródłem
tylko bólu i goryczy. Jego myśl i jego oczy biegły do panny
Sienińskiej, krzątającej się wesoło wedle zastawy stołowej, i
mówiły do niej z wymówką i żalem niezmiernym: "Gdyby nie ty, byłbym pojechał na jaki dwór pański i - choćbym tam
fortuny nawet nie znalazł, - miałbym przynajmniej zbroiczkę
grzeczną i konia, i ot, zaciągnąłbym się teraz pod chorągiew szukać
tam śmierci, albo chwały. Twoja to gładkość, twoje spojrzenia,
twoje dobre słowa, coś mi je jak jałmużnę czasem rzucała, sprawiły,
żem tu siedział na tych kilku ostatnich zagonach i prawie głodem
przymierał. I światam przez ciebie nie poznał i nijakiego poloru
nie nabrał. Com ja ci zawinił, żeś mnie z duszą i ciałem jakoby w
jasyr zabrała?... A toćbym umrzeć wolał, niż cię przez rok jeden
nie widzieć. I ostatniegom konia stracił, na ratunek ci śpiesząc,
ty zaś jeszcześ się śmiała i wdzięcznie na innego spoglądasz... A
teraz co pocznę? Idzie wojna. Zali za pachołka się zgodzę, albo się
w piechocie pohańbię? Com ci takiego uczynił, że i miłosierdzia
nademną nigdy nie miałaś?" W taki to sposób biadał Jacek Taczewski, który niedolę swą czuł
tem boleśniej, że był szlachcicem wielkiego rycerskiego rodu, choć
strasznie biednym. A jakkolwiek nie była to prawda, że panna
Sienińska nigdy nie miała nad nim miłosierdzia, była natomiast
prawda, że z jej przyczyny nie wyruszył nigdzie w świat i siedział
jakoby na wygonie, o dwóch chłopach, nie mając często na pierwsze
potrzeby życia. Siedmnaście lat miał, a ona trzynaście, gdy ją
pokochał bez pamięci - i od pięciu lat kochał, z każdym rokiem
więcej - i z każdym rokiem smutniej, bo bez nadziei. Pan Pągowski
przygarniał go z początku chętnie, jako potomka wielkiej rodziny,
do której ongi należały w tych stronach całe powiaty; ale później,
gdy zmiarkował, jak rzeczy stoją, począł być dla niego szorstki, a
czasem nawet okrutny. Nie zamykał mu wprawdzie domu, ale trzymał go
zdala od panienki, mając zgoła inne dla niej nadzieje i widoki. A
sama panienka doświadczała na nim swej mocy i bawiła się jego
miłością, tak właśnie, jak każda dziewczyna bawi się kwiatami na
łące. Czasem się nad którym pochyli, czasem który zerwie, a czasem
wplecie w warkocz, później rzuci, później nie myśli, a później znów
wraca szukać nowych. Nigdy Taczewski nie mówił jej o swojej
miłości, ale ona wiedziała o niej doskonale, choć udawała, że nie
wie - i że wogóle nie chce wiedzieć o niczem, co się w nim dzieje.
Wydziwiała nad nim, jak jej się podobało. Raz, gdy goniły ją
pszczoły, przypadła do niego pod opończę i przytuliła mu się do
serca, ale potem przez dwa dni nie chciała mu tego przebaczyć.
Traktowała go chwilami niemal pogardliwie, a gdy zdawało mu się
już, że wszystko ostatecznie przepadło, jednem słodkiem
spojrzeniem, jednem serdecznem słowem napełniała mu serce
niezmierzoną radością i nadzieją. Jeśli czasem, czy to z powodu
jakiegoś wesela, czy to imienin lub łowów w sąsiedztwie, nie było
go przez dni kilka w Bełczączce, tęskniła za nim porządnie, ale gdy
wrócił, mściła się za tę swoją tęsknotę i dokuczała mu długo.
Najcięższe chwile przechodził, gdy w domu byli goście, a między
nimi zdarzył się jaki młodzian i urodziwy i dorzeczny. Wówczas to
myślał Jacek Taczewski, że niema w jej sercu nawet prostej litości.
Tak właśnie myślał teraz z powodu Cypryanowicza - a wszystko to, co
pan Grothus opowiadał o przyszłej wojnie, dolewało jeszcze goryczy
do i tak aż zbyt przepełnionego kielicha jego myśli. Taczewski przywykł ogromnie w domu pana Pągowskiego do panowania
nad sobą, jednakże przy wieczerzy zaledwie mógł wysiedzieć,
słuchając rozmowy panienki ze Stanisławom Cypryanowiczem.
Nieszczęsny młodzian spostrzegł, że ten podobał się jej naprawdę,
był bowiem istotnie dzielnym, miłym i wcale niegłupim chłopcem.
Rozmowa przy stole toczyła się wciąż o przyszłych zaciągach.
Cypryanowicz, dowiedziawszy się od pana Grothusa, że może on sam
będzie zaciągał w tych stronach, zwrócił się nagle do panienki i
zapytał: - Jakie waćpanna wolisz chorągwie? A panienka spojrzała mu na ramiona i odrzekła: - Usarskie. - Wedle skrzydeł? - Tak. Raz widziałam usarzy i myślałam, że to chyba niebieskie
wojsko. Śnili mi się potem przez dwie noce. - Nie wiem, czy się przyśnię, ostawszy usarzem, ale że waćpanna mi
się nieraz przyśni, to pewna - i też ze skrzydłami. - A czemu tak? - Jako właśnie Anioł. Panna Sienińska spuściła na to oczy, aż cień od rzęs padł na jej
różane policzki, i po chwili odrzekła: - Ostań waćpan usarzem. Taczewski zaciął zęby i przeciągnął dłonią po spoconem czole, ale
przy wieczerzy nie doczekał się ani słówka, ani spojrzenia.
Dopiero, gdy wszyscy wstawali już od stołu i w komnacie uczynił się
rum krzeseł, słodki, ukochany głos zaszemrał mu nad uchem: - A waćpan pójdziesz także na wojnę? - By poledz! by poledz! - odpowiedział pan Jacek. I w tej odpowiedzi był taki prawdziwy i szczery jęk bólu, że
ukochany głos ozwał się znów jakby ze wzruszeniem: - Po co ludzi zasmucać? - Nie będzie nikt po mnie płakał. - Skąd waćpan wiesz? - zaszemrał po raz trzeci głos dziewczyny. Poczem przesunęła się do innych gości tak szybko, jak cudne, senne
widzenie i zakwitła jak różany kwiat w drugim końcu komnaty. Tymczasem starsi panowie zasiedli sobie po posiłku nad kubkami z
miodem i nagadawszy się dowoli o sprawach publicznych, poczęli
gwarzyć o prywatnych. Pan Grothus wodził czas jakiś rozczulonemi
oczyma za panną Sienińską, poczem rzekł: - To ci świeca! Popatrz no waść, panie bracie, na tych młodych,
którzy jak ćmy do ognia lecą! Ale nie dziwota, bo gdyby nie to, że
człeku lata są, leciałby tak samo. Lecz pan Pągowski machnął niechętnie ręką. - Ćmy też to, szare ćmy, nic innego. - Jakże? Przecie chyba Taczewski nie szarak. - Ale chudopachołek. Bukojemscy także nie szaraki. Nawet się
krewnymi świętego Piotra powiadają, co może im do promocyi w niebie
dopomódz, ale tymczasem na ziemi w leśniczówce królewskiej we
czterech siedzą, poprostu jako gajowi. Pan Grothus zadziwił się pokrewieństwem Bukojemskich niemniej niż
w swoim czasie pana Pągowski, więc począł o nie szczegółowo
wypytywać, aż w końcu rozśmiał się i tak rzekł: - Święty Piotr, wielki to apostoł i nie chcę ja mu czci umknąć, a
to tem bardziej, że czując się starym, wkrótce będę jego łaski
potrzebował, ale, mówiąc między nami, - jako parantela... no, - to
tam niebardzo znów jest się czem chwalić... Juści rybitwa był - nic
więcej... Święty Józef, któren od Dawida się wywodził - ba! o takim
to mi waść gadaj! - Ja jeno mówię, że niemasz tu dla tej dziewki nikogo
odpowiedniego - i nietylko między tymi, których waść teraz widzisz
pod moim dachem, ale i w całej okolicy. - A ów że, któren siedzi przy pani Winnickiej?... Grzeczny wydaje
się kawaler. - Cypryanowicz? Tak! grzeczny ci on jest, ale to ród ormiański, od
trzech czy też czterech dopiero pokoleń uszlachcony. - To czemu ich waść prosisz? Kupido zdradny jest, i ani się
obejrzysz, jak ci tu kaszy nawarzy. Pan Pągowski, któren już przy przedstawieniu kawalerów wspomniał,
ile im zawdzięcza, opowiedział jeszcze raz szczegółowo o napadzie
wilków i o pomocy, jakiej doznał, wskutek czego przez samą
wdzięczność musiał zbawców swych do domu zaprosić. - Prawda, prawda - potwierdził pan Grothus - ale swoją drogą amor
może ci tu kaszy nawarzyć, bo i w dziewczynie krew nie woda. - Ej! wykrętna to łasica - odpowiedział pan Pągowski. - Ukąsić, to
ona może i potrafi, ale sama się z pomiędzy palców wywinie - i nie
byle kto ją przychwyci. Taka to już przyrodzona cnota wielkiej
krwi, że nie poddawać się, jeno panować i rządzić musi. Nie należę
ja tam do takich, których łatwo za nos wodzić, a wszelako nieraz i
ja jej ustąpię: Prawda, żem dużo Sienińskim powinien, ale choćbym
nie był powinien, to, jak ci stanie przedemną, a pocznie warkocz z
ramienia na ramię przekładać, a głowę przechylać, a spoglądać,
najczęściej zrobi, co zechce. I jeszcze nieraz pomyślę, jaki to
zaszczyt i jakie błogosławieństwo Boskie, że ostatnie dziecko,
ostatnia dziedziczka takiego rodu pod moim dachem się znajduje...
Bo przecie waćpan o Sienińskich wiesz... całe Podole było ich. Po
prawdzie to i Daniłowicze, i Żółkiewscy, i Sobiescy z nich
wyrośli... Król jegomość powinien o tem pamiętać - tembardziej, że
z tych niezmiernych majętności nic prawie nie ostało - i że
dziewka, jeśli co będzie miała, to tylko to, co po mnie zostanie... - A co krewni powiedzą? - Pągowscy są jeno bardzo dalecy, którzy się nie wylegitymują.
Wszelako nieraz nie daje mi spokoju myśl, że po mojej śmierci mogą
być jakoweś trudności, procesy, zwady... jak to u nas zwykle.
Chodzi mi zwłaszcza o krewnych żony, po której mam część majętności
i tę oto właśnie Bełczączkę. - Ja tam z procesem nie wystąpię, odrzekł uśmiechając się pan
Grothus - ale za innych nie zaręczam. - Otóż to! Otóż to... Myślałem właśnie w tych czasach jechać do
Warszawy i samego króla prosić o opiekę nad sierotą w przyszłości,
ale on ma teraz głowę czem innem zaprzątniętą. - Żebyś tak waść miał syna, byłaby prosta rzecz dać mu dziewkę... Na to pan Pągowski spojrzał na starostę Raygrodzkiego wzrokiem tak
bolesnym, że ów urwał w połowie zdanie. Przez dłuższy czas milczeli
obaj; poczem pan Gedeon rzekł przerywanym ze wzruszenia głosem: - Mógłbym ci, panie bracie, powiedzieć z Wirgiliuszem: "infandum
jubes renovare dolorem"... Tak... byłaby prosta rzecz... I powiem
ci, że gdyby nie ta prosta rzecz, to byłbym może zczezł oddawna.
Mój syn dzieckiem zagarnięty był przez Ordę. Trafiało się nieraz,
że wracali ludzie z niewoli pogańskiej wtedy, kiedy i pamięć o nich
zginęła... Lata całe czekałem cudu - lata całe żyłem tą nadzieją.
Dziś jeszcze, kiedy podpiję, myślę sobie: a nuż! Bóg większy, niż
spodziewanie ludzkie. Ale te chwile nadziei są krótkie, a ból jest
długi, codzienny... Nie! Po co mam samego siebie zwodzić? Nie
połączy się krew moja z krwią Sienińskich, a jeśli krewni rozdrapią
moją fortunę, to i to ostatnie dziecko z rodu, któremu wszystko
zawdzięczam, ostanie bez chleba na świecie! Pili znów obaj w milczeniu. Pan Grothus rozmyślał, jakby
załagodzić ból, który niechcący gospodarzowi zadał - i czemby go w
strapieniu pocieszyć. Aż wreszcie przyszło mu coś do głowy, co
poczytał za bardzo szczęśliwy pomysł. - Ej, - rzekł - na wszystko jest sposób: i waść, panie bracie,
możesz dziewczynie kawałek chleba bez wszelkich przeszkód zapewnić. - Jakiż to sposób? - zapytał z pewnym niepokojem pan Pągowski. - Alboż to raz się trafia, że starzy ludzie biorą za żony
niedorosłe nawet dziewki. Exemplum z historyi wielki hetman
Koniecpolski, któren starszym będąc od ciebie, zieloną jeszcze
pannę poślubił. Prawdać i to, że zbyt wiele odmładzającej dryakwi
spożywszy, zmarł w pierwszą noc po ślubie, ale ani pan Makowski,
pocillator wasz radomski, ani pan łowczy Rudnicki nie zmarli, choć
obaj mieli po siedmdziesiątce... Waść też człek jary... Jeśliby Pan
Bóg jeszcze pobłogosławił, to tem lepiej, a jeśli nie, to we
wszelakim spokoju i dostatku młodą wdowę zostawisz, która wówczas
wybierze sobie takiego męża, jakiego zechce. Czy panu Pągowskiemu przychodziły kiedy takie myśli do głowy,
trudno powiedzieć, dość, że, wysłuchawszy słów starosty
Raygrodzkiego, zmieszał się bardzo, drżącą nieco ręką nalał miodu
staroście, przelał kubek, aż zacny napitek zaczął ściekać po stole
na podłogę, i rzekł: - Napijmy się!... Za pomyślność oręża chrześcijańskiego. - To swoją drogą, - odpowiedział pan Grothus, idąc dalej za
biegiem własnych myśli - a swoją drogą waść zastanów się nad tem,
com powiedział - bo tak mi się widzi, żem utrafił. - Ale co zaś! Gdzie tam co do czego! Napij się waść jeszcze. Dalszą rozmowę przerwało im poruszenie krzeseł przy większym
stole. Pani Winnicka i panna Sienińska chciały się udać na
spoczynek. Dźwięczny, jak srebrny dzwonek, głos panienki począł
powtarzać: "dobranoc waćpanu, dobranoc waćpanu" - potem dygnęła
pięknie panu Grothusowi, pocałowała w rękę pana Pągowskiego, otarła
się, jak kotka, czołem i noskiem o jego ramię i poszła.
Cypryanowicz, Bukojemscy i Taczewski wyszli też zaraz za paniami. W
izbie pozostali tylko dwaj starzy i gwarzyli długo, albowiem pan
Pągowski kazał podać nowy gąsiorek jeszcze zacniejszego miodu.