Wykonać "Pekin"!
Kmdr por. Kazimierz Kodrębski sprawnie wspiął się na szeroki,
przestronny pomost bojowy. Od półtora roku dowodził tym okrętem,
natychmiast więc ocenił, że pozostające w zasięgu wzroku stanowiska
bojowe i manewrowe obsadzone zostały szybko i bez zarzutu. Niemałe
znaczenie w utrzymywaniu wysokiej sprawności załogi miał stan alarmowy
floty, trwający od kilku miesięcy.
Na dziób wybiegli marynarze. Ich zgrabne sylwetki w białych, wygodnych
drelichach i czapeczkach kontrastowały z szarością farby bojowej,
pokrywającej okręt. Stanęli w rozkroku z rękoma założonymi do tyłu i zamarli w oczekiwaniu na komendy.
Z ogromnej, lśniącej miedzią jak trąba rury głosowej rozległ się
energiczny głos zastępcy dowódcy okrętu:
- Pomost!
- Tak?! - spytał Kodrębski i nachylił się do wylotu, by lepiej słyszeć.
- Melduję obsadzenie wszystkich stanowisk w alarmie manewrowym!
Jednostka gotowa do wykonania zadań!
Kmdr por. Kodrębski pomyślał, że musi wziąć się w garść. Gdy przeżywa
takie jak dziś wzruszenia, zaczyna go boleć żołądek. Wrzody.
Na pomoście znalazł się po chwili dowódca dywizjonu niszczycieli, kmdr
por. dypl. Roman Stankiewicz.
- "Grom", "Burza"? - spytał bezosobowo, cedząc wyrazy.
- Zgodnie z rozkazem, panie komandorze - zameldował Kodrębski. - Możemy
ruszać!
Stankiewicz oparł się o burtę i zastygł w ponurym zamyśleniu. Jakby w przeczuciu tego, co za kilka minut miało nastąpić, na okręcie zapadła
idealna cisza. Jedynie kadłub "Błyskawicy" drżał lekko, kryjąc w swych
czeluściach grające już maszyny o niebagatelnej mocy 54 000 KM.
Dowódca dywizjonu wyprostował się. Jak zwykle dokładny i regulaminowy,
rzucił:
- Proszę wykonywać!
Na rei "Błyskawicy", flagowego okrętu dywizjonu niszczycieli, wykwitły
barwne sygnały. Po krótkiej chwili sąsiednie jednostki potwierdziły
rozkaz.
- Podnieść kotwicę!
Zagrzechotał wybierany łańcuch kotwiczny. Poszczególne jego ogniwa
miarowo uderzały o kabestan. Wreszcie zameldowano z dziobu, że kotwica
jest już w pionie, a więc puściła dno.
Zadźwięczał telegraf maszynowy. Kadłub "Błyskawicy" zadrżał, a z jej
wysokiego komina wydostał się grzyb ciemnego dymu.
Okręty, rozkręcając się wolno, poczęły formować szyk torowy. Na czele
ustawiła się "Błyskawica", niosąc na rei łopoczący proporzec dowódcy
dywizjonu, w jej ślad torowy wchodził bliźniak "Grom" pod dowództwem
kmdr. por. Aleksandra Hulewicza i wreszcie nieco starszy niszczyciel
"Burza", dowodzony przez kmdr. ppor. Stanisława Nahorskiego.
Szybkość zespołu zwiększała się coraz bardziej, osiągając 23 węzły. W rażącym blasku popołudniowego słońca pchający przed dziobami białe
kołnierze wody dywizjon wyglądał, jakby ruszał do ataku. Kłęby gęstego
dymu kładły się na wodzie. Ustalono odległość między okrętami, wynoszącą
3 kable.
Ppor. mar. Antoni Tyc, nawigator "Błyskawicy", podał kurs zespołu.
Wykreślona na mapie poglądowej cienka kreska zaczynała swój bieg z redy
oksywskiego portu wojennego, przecinała Zatokę Gdańską, niewielkim
łukiem omijała cypel Półwyspu Helskiego i z kolei zwracała się na
północ, by wreszcie energicznie zakrzywić się ku wyspie Öland. Otaczała
ją z północnej strony, wbijała się w Sund i Kattegat, zaś nad Półwyspem
Jutlandzkim podążała wielką, otwartą przestrzenią Morza Północnego na
zachód, kończąc się w szkockiej zatoce Firth of Forth.
Dokładną trasę przejścia dywizjonu wykreślił Tyc jeszcze przed południem
na rozkaz dowódcy okrętu. Otrzymał również polecenie utrzymania tego -
przynajmniej na razie - w całkowitej tajemnicy.
Na rufie "Błyskawicy" zebrało się grono marynarzy, którzy spoglądali na
oddalający się brzeg. Widzieli górującą nad Gdańskiem masywną wieżę
kościoła Najświętszej Marii Panny, nieco bliżej zabudowania Sopotu z wysuniętym nad brzeg gmachem Grand Hotelu, w prawo zaś od tego
redłowskie skarpy, wysokie dźwigi młodziutkiego gdyńskiego portu i oksywskie wzgórza. Nie przeczuwali nawet, że niektórzy z nich widzą ten
malowniczy ojczysty brzeg po raz ostatni.
Okręty szły równym szykiem torowym. Tuż za "Błyskawicą" ciął wodę
niszczyciel "Grom". Obydwie jednostki, w marszu prezentujące się
wspaniale, były w owym czasie najbardziej nowoczesnymi niszczycielami na
Bałtyku, a i w skali światowej mało było im równych. Obydwie wykonała
angielska stocznia John Samuel White w Cowes na wyspie Wight. Zbudowane
2 lata przed wojną, charakteryzowały się znakomitymi parametrami. Przy
długości 114 m, szerokości 11,3 m, zanurzeniu 3,3 m i wyporności bojowej
2144 ton szybkość okrętów wahała się w granicach 39 węzłów! Uzbrojenie
tych niszczycieli składało się z 7 dział kalibru 120 mm, 2 podwójnych
dział przeciwlotniczych 40 mm, 4 podwójnie sprzężonych najcięższych
karabinów maszynowych, 2 potrójnych 550 mm wyrzutni torpedowych oraz
wyrzutni i miotaczy bomb głębinowych.
Sunąca na końcu szyku "Burza" była nieco starsza. Zbudowana została -
podobnie jak i niszczyciel "Wicher" - we francuskiej stoczni Chantiers
Navals Française w Blainville koło Caen. Była o 7 m krótsza od jednostek
czołowych, przy mniejszej też wyporności osiągała prędkość 33 węzłów.
Niosła 4 działa 130 mm,
2 działa przeciwlotnicze 40 mm, 2 podwójne najcięższe karabiny
maszynowe, 2 potrójne 550-milimctrowe wyrzutnie torpedowe oraz wyrzutnie
i miotacze bomb głębinowych. Załoga każdego z niszczycieli liczyła 190
ludzi.
Z lewej burty przesunął się żółty cypel Helu. Dla ludzi w mundurach
marynarki wojennej był to raczej "Rejon Umocniony Hel". Okręty parły na
północ, regulując szybkości tak, aby słabsza "Burza" nie zarzynała
maszyn. Kiedy ląd zniknął za linią horyzontu, "Błyskawica" zmieniła kurs
na zachodni, kierując się na Bornholm.
Na pomoście stało kilku oficerów. Wolnych od wacht przyciągnęła tutaj
wspaniała, słoneczna pogoda. Rozmawiali właśnie o czymś z ożywieniem,
gdy podszedł do nich dowódca okrętu.
- Idziemy do Anglii - powiedział do nich, nie zmieniając barwy głosu.
Kmdr por. Kodrębski zgromadził wszystkich oficerów w mesie. Podobne
odprawy zarządzono na pozostałych okrętach. Atmosfera panowała poważna,
tym bardziej że zaskoczenie było niemałe. - Nadszedł czas, aby wyjaśnić
szczegóły zadania, jakie wykonujemy - zaczął Kodrębski. -
Określone ono zostało kryptonimem "Pekin". Dzisiaj, a mamy, przypominam,
trzydziestego sierpnia tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego
roku, o godzinie czternastej minut piętnaście zeszliśmy z kotwicy po
poprzednim alarmowym ściągnięciu załogi z lądu. Podobne czynności odbyły
się na "Gromie" i "Burzy", dla których jesteśmy jednostką flagową.
Obecnie na rozkaz Kierownictwa Marynarki Wojennej udajemy się do Anglii,
aby w razie konfliktu zbrojnego walczyć u boku naszej sojuszniczki,
Royal Navy.
Przerwał, a w mesie zapadła gęsta cisza, która przeciągała się, aż
wreszcie została przerwana; wśród oficerów zapanowało poruszenie. Choć
wcześniej już czuli, że rejs ten różni się od innych, to jednak nie
przypuszczali, że definitywnie opuszczają polskie wybrzeże.
- Rozumiem wasze zdenerwowanie - powiedział dowódca okrętu. - Decyzja,
zgodnie z którą opuszczamy kraj, jest ze wszech miar słuszna. Wiemy,
niestety, że flota niemiecka ma nad nami przewagę. Można więc
stwierdzić, że na zamkniętym akwenie Bałtyku i biorąc pod uwagę
niewielki wszak skrawek polskiego wybrzeża nasze okręty nie zostałyby
skutecznie wykorzystane. Wchodziłoby w rachubę duże prawdopodobieństwo
ich szybkiego wyłączenia z walki.
- A "Wicher"? Został przecież w kraju...
- Inne jednostki otrzymały już osobne zadania - zdecydowanie uciął
dyskusję dowódca. - Jeśli dojdzie do konfrontacji sił, nasze działanie w obliczu wroga musi być najbardziej właściwe. Sytuacja polityczna w Europie, jak panowie wiecie, jest bardzo napięta, lecz w wypadku
konfliktu zbrojnego między Polską a Niemcami nasi zachodni sojusznicy
natychmiast ruszą z pomocą. Proszę obecnie udać się do swoich działów
bojowych i we właściwy sposób przedstawić sprawę podoficerom i marynarzom.
Niespodziewana i zaskakująca wiadomość natychmiast rozeszła się po
okręcie. W pomieszczeniach mieszkalnych i na stanowiskach zawrzało.
Wszyscy od dawna spodziewali się zdecydowanych działań ze strony
polskiej floty wojennej, ale żeby opuszczać kraj...Marynarze, dowiadując
się o założeniach operacji "Pekin", rozmaicie reagowali. Jedni uważali,
że opuszczenie kraju w obliczu niebezpieczeństwa jest zbrodnią i tchórzostwem, drudzy, że jednak u boku marynarki angielskiej nasze
okręty będą miały więcej szans na sukcesy bojowe, jeszcze inni
twierdzili, że przejście do Anglii zakończy się zwiedzeniem tego kraju i szybkim powrotem do Polski. Wszyscy jednak niepokoili się o losy rodzin
i najbliższych, którzy pozostali w ojczyźnie, gotującej się do
śmiertelnego boju.
W przestronnym pomieszczeniu marynarskim dyskusje ciągnęły się do późnej
nocy. W rozmowach wątki polityczne przeplatały się z osobistymi,
oklepane frazesy z plakatów z niejasną rzeczywistością. Ktoś upierał
się, że "nie oddamy ani guzika", inny z sarkazmem odparował, że
właśnie...guziki odpadają.
Na pomoście i stanowiskach bojowych wachty pracowały ze zdwojoną
czujnością. Po ominięciu szwedzkiej Olandii zespół skierował się do
cieśniny Sund. Przed północą znalazł się u wejścia do jej gardzieli.
I wówczas w jednostajny szum maszyn i agregatów prądotwórczych wdarł się
ostry warkot sygnału alarmowego. Marynarze, wyćwiczeni podczas ostatnich
miesięcy, zwinnie jak koty skoczyli na stanowiska. Przyczyną alarmu było
zauważenie po lewej burcie sylwetek jakichś okrętów, których
przynależności nie udało się określić.
Pierwszy oficer artylerii, por. mar. Stanisław Hess, sprawdził gotowość
podległych stanowisk. Wszystko przebiegało cicho i sprawnie jak na
ćwiczeniach. Marynarze, choć podnieceni sytuacją bojową, działali
precyzyjnie. Okręt lekko zmienił kurs, artyleria rufowa z wolna
naprowadzona została na cel. Rozgorączkowani artylerzyści w skupieniu
korygowali dane, oczekując rozkazu do otwarcia ognia...
Komenda jednak nie padła, cel rozpłynął się w ciemności. Odwołanie
alarmu pozwoliło wolnej od wachty załodze udać się na spoczynek. Dopiero
po wojnie dowiedziano się, jakie to były cele, do których z takim sercem
złożyli się artylerzyści. Były to jednostki przygotowanej do ataku
Kriegsmarine: krążowniki "Köln" i "Königsberg" oraz niszczyciele. Gdyby
już wówczas można było plunąć ogniem...
Okręty wolno, metr po metrze, pokonywały Sund, idąc jej wschodnim torem
Flint - Rinne. Łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać - tor Sundu pod
względem nawigacyjnym należy do najtrudniejszych w Europie. Konieczne
jest pedantyczne określenie charakterystyki świateł, będących tutaj
jedynymi drogowskazami. Ppor. Tyc, przy pomocy trzech obserwatorów ze
stoperami, określał zmiany kursu i momenty wykonywania zwrotów.
Noc przebiegła spokojnie, choć nerwy ludzi pracujących na
najważniejszych stanowiskach napięte były do granic wytrzymałości.
Przecież tego rodzaju zadanie wykonywali po raz pierwszy! Rankiem
ostatniego dnia sierpnia otworzyły się przed zespołem polskich
niszczycieli szerokie wody Kattegatu. Pomimo jednak większej swobody w manewrowaniu uwaga ludzi nadal musiała być wytężona: gęsta mgła,
trwająca przez kilka godzin, nie ułatwiała nawigowania.
Pierwszego września o godzinie 7 rano radiotelegrafista okrętowy
"złapał" Warszawę. Drgający wzruszeniem głos spikera podawał komunikat:
"Mówi Warszawa i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś o godzinie
piątej czterdzieści oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską,
łamiąc pakt o nieagresji. Bombardowano szereg miast. A więc...wojna!".
Wiadomość tę przekazały wszystkie głośniki okrętowe. Wzburzenie załogi
rosło. Nakładało się na nie ogromne zmęczenie ludzi i świadomość
porzucenia kraju.
- Co będzie dalej? - pytano się nawzajem. - Powinniśmy przecież natychmiast
rozpocząć walkę!
W południe pierwszego dnia wojny polskie niszczyciele spotkały się z angielskimi niszczycielami "Wallace" i "Wanderer". Po zastopowaniu
maszyn kmdr Stankiewicz przeszedł łodzią na HMS1 "Wallace", z którego wrócił na "Błyskawicę" z oficerem łącznikowym, radiotelegrafistą
i sygnalistą.
Późnym popołudniem okręty rzuciły kotwice na redzie portu Leith.
"Pekin" został wykonany.
Nareszcie walka
Dotychczasowy rejs w wysokim stopniu angażował ludzi: "jeździli" na
stanowiskach wachtowych, nie dosypiali, ich uwaga skierowana była przede
wszystkim na złożone obowiązki służbowe. Kiedy jednak odstawiono
siłownię okrętową, rzucono prawą kotwicę - był wszak dzień nieparzysty -
i odwołano alarm manewrowy, marynarze natychmiast zajęli się
najważniejszym: wojną i ich samych w niej udziałem.
Pod adresem dowództwa dywizjonu i okrętu padać poczęły najpierw prośby,
a potem już żądania: my chcemy walczyć! Załogi pragnęły jak
najspieszniej udać się na Bałtyk, aby tam ogniem swej artylerii wspomóc
beznadziejną, krwawą walkę kolegów. Proponowano również natychmiastowe
włączenie się do działań tutaj, a konkretnie - brawurowe zaatakowanie
leżących nad Morzem Północnym baz niemieckiej floty wojennej. Na razie
jednak wyjaśniono załogom, że ich żądania nie są realne.
Po dwóch dniach polskie niszczyciele skierowano do bazy w Rosyth.
Dywizjon stanowił jeszcze niepodporządkowaną nikomu jednostkę, nie
sprecyzowano jego konkretnych zadań. Oczekiwano momentu, kiedy Wielka
Brytania wypowie Niemcom wojnę.
Nastąpiło to 3 września. Wkrótce na "Błyskawicę" przybył przedstawiciel
miejscowego dowództwa, powiadamiając o tym doniosłym fakcie komandora
Stankiewicza. Marynarze zacierali dłonie:
- No, teraz to już pójdzie szybko!
Szybko na razie wyjechał dowódca dywizjonu do Londynu. Wraz z towarzyszącym mu angielskim oficerem już 4 września znalazł się w okazałym gmachu Admiralicji.
Po niedługim oczekiwaniu wprowadzeni zostali do przestronnego,
urządzonego ze smakiem gabinetu z wysokimi oknami. Zapadli w głębokie,
obite skórą fotele.
Pierwszy lord Admiralicji, co odpowiada stanowisku ministra marynarki
wojennej, Winston Churchill, po ceremonii powitania przystąpił do
rzeczy:
- Obydwa nasze kraje są w stanie wojny z Niemcami. Złączeni jesteśmy nie
tylko wspólną walką i umowami sojuszniczymi, ale i trwałą przyjaźnią.
Polskie okręty, które przybyły do nas pod pańskim kierownictwem, sir,
oraz te, które jeszcze ewentualnie przybędą, zachowają wszelkie prawa
okrętów polskich z obowiązującymi na nich przepisami. Oczywiście, nie
będą działały samodzielnie. - Tu skinął głową w stronę pierwszego lorda
morskiego (szefa sztabu morskiego), admirała Dudleya Pounda.
Ten stwierdził:
- Polskie niszczyciele, dowodzone przez pana komandora Stankiewicza,
skierowane zostaną do Plymouth. Tam wejdą w skład Zachodniego Obszaru
Morskiego, dowodzonego przez kontradmirała Martina Dunbara-Nasmitha,
któremu podlegać będą pod względem operacyjnym.
Po krótkiej rozmowie o potrzebach dywizjonu i nastrojach panujących
wśród załóg Churchill podniósł się z miejsca, dając tym znak zakończenia
spotkania. Stwierdził:
- Wielka Brytania walczyć będzie do końca w sprawie Polski, gdyż sprawa
ta jest związana z wolnością narodów świata.
Na razie była to jednak wyłącznie deklaracja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki