Na pograniczu - Bolesław Prus

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA POGRANICZU

Rzecz dzieje się w pogranicznej mieścinie.

Mieścina wybudowana jest w okolicy dosyć równej, otoczona nędznie uprawnami polami. Wpobliżu znajduje się trochę lasu i kawałek łąki. Przez łąkę płynie rzeczka niezbyt szeroka, ale w niektórych miejscach głęboka; strome i czarne jej brzegi (ulubiona siedziba raków) porosłe są gęstemi kępami wierzbiny. Ta rzeczka stanowi granicę. Sama mieścina odznacza się ubóstwem i nieporządkiem. Ma duży czworokątny rynek, obudowany drewnianemi domami, z których jedne chylą się do upadku, inne świecą kawałkiem nowego dachu z gontów, a jeszcze inne - wdzięczą się świeżo pomalowanemi okiennicami na kolor: jasno-niebieski, ciemno-zielony, albo czerwony. Rynek jest pełen wzgórz i dołów. Wzgórza utworzyły się ze śmieci, wyrzucanych z mieszkań; z dołów wybierano glinę na wylepianie pieców. W jednym rogu placu widać studnią z kołowrotem i daszkiem; w drugim znajduje się figura świętego, z palmą w ręku i znowu pod daszkiem. Od rynku, w różnych kierunkach, biegną uliczki, zabudowane jeszcze nędzniejszemi domkami, a na końcach - stodołami. Gdzie niegdzie, przy najpogodniejszym dniu, widać obszerne kałuże, które bynajmniej nie wpływają na zmniejszenie się piaszczystej kurzawy na ulicach. W porze letniej pod domami, na spróchniałych ławkach, igrają dzieci, nędznie odziane i, o ile się zdaje, rzadko myte. W kałużach pływają kaczęta, albo wyleguje się samotny przedstawiciel nierogacizny. Ogrodów jest niewiele; prawie brak cienia. Tylko przy murowanym kościele stoi kilkanaście starych lip. Około urzędu gminnego zasadzono kilka młodych kasztanów, po których dziś zostały cztery kije. Środek miasta zamieszkują przeważnie Żydzi, obwód chrześcijanie. Żydzi utrzymują szynkownie, sklepiki z pieczywem, z norymberszczyzną, solą; chrześcijanie należą do stanu rolniczego, ale bawią się także furmaństwem i rybactwem. Napozór nadgraniczna mieścina nie różni się od setek innych, rozrzuconych po kraju. W, gruncie rzeczy jednak posiada bardzo charakterystyczne cechy, coprawda nie rzucające się w oczy, a nawet do pewnego stopnia kryjące się przed ciekawemi spojrzeniami. Przedewszystkiem parutysięczna jej ludność składa się z pierwiastków dziwnie ruchliwych. Dziś znajduje się tu pełno ludzi, których nie było przed tygodniem i nie będzie jutro. Pomimo to, są oni jakby u siebie w domu. Mają własne mieszkania, łóżka, mogą się w każdej chwili przebrać. Niejednego z nich widziałeś onegdaj zagranicą, gdzie również był jak u siebie w domu. Pojutrze możesz go spotkać w krzakach, nad rzeczką, i zobaczyć w jego fizjognomji wyraz właściwy człowiekowi, który i w krzakach jest jakby u siebie w domu. W długie rozmowy z tym turystą nie wdawaj się. Odchodź jak najśpieszniej, z zupełnem jednak przekonaniem, że on ścigać cię nie będzie. Objeżczyki, inaczej strażnicy pograniczni, często i nagle wpadają do mieściny bez powodu i pilnie obserwują jej mieszkańców. Ale obserwowany patrzy spokojnie w oczy ciekawemu i, dla okazania większej fantazji, nuci sobie coś pod nosem. Po takim pojedynku na spojrzenia, strażnik wzrusza zwykle ramionami i odchodzi. Nagle wraca, znowu obserwuje swój objekt, znowu spotyka ten sam spokojny, trochę szyderczy wzrok i słyszy tę samą piosnkę. Bez żadnej wątpliwości każdy obywatel mieściny miał jakieś zajęcie, jakiś jawny sposób zarobkowania. Ale... wydatki jego o wiele przenosiły dochody. Pytanie: z jakiego źródła czerpał ową przewyżkę?... Niekiedy działy się tam ciekawe rzeczy. W szopach łub stodołach ludzi, nie posiadających nawet kury własnej, rżały konie. Wśród snopów słomy, albo pod stosem gałęzi widywano zagraniczne towary. Czasami w nocy rozlegały się w polu odgłosy gonitw... Niekiedy, ale to już bardzo rzadko, znajdowano w krzakach trupa którego z mieszkańców... Wszystkie owe tajemnicze zjawiska objaśniały się zapomocą jednego, dosyć upowszechnionego podejrzenia. Oto podobno wielu mieszkańców osady trudniło się przemytnictwem. Cechy polityczne i topograficzne okolic oddziaływają na sposób życia i charakter ludności. Wiedziano już o tem bardzo dawno. Nie byłoby też nic dziwnego, gdyby istotnie ludność osady nadgranicznej bawiła się nielegalnym handlem. Na wszelkie zaś zarzuty, jakie procederowi podobnemu robić można, istnieje gotowa odpowiedź: - Każdy człowiek żyć musi!... Odpowiedzi tej napamięć wyuczyli się objeżczyki.

- - - - - - - - - - - -

Jednego dnia w rynku mieściny ukazało się paru strażników. Rozejrzeli się uważnie, jak zazwyczaj. Wstąpili do szynku, gdzie gościnny gospodarz uczęstował ich gęsiną, szabasowym szczupakiem i, o ile się zdaje, nieplombowanym likierem. Gospodarz, człowiek ciekawy, rzucił im przy okazji kilka pytań, na które otrzymał odpowiedzi obojętne i ostrożne. Pomimo to, ledwie strażnicy wyjechali, w osadzie zaczęto szeptać alarmujące wieści. Mówiono, że na posterunku złożył ktoś zeznanie, dotyczące bardzo ważnej kontrabandy. Mówiono, że skutkiem tego czujność na granicy ma być wzmocniona i patrole zdwojone. Uradzono wreszcie, ażeby ostrzec wszystkich "swoich." Tamci zaś, którzy dziś mieli przenosić, czy przewozić kontrabandę, niech łamią kark!... Oni bowiem nietylko nie byli nikomu znani, ale jeszcze nie chcieli odwoływać się do pomocy nikogo ze "znanych." Domyślano się, że denuncjacją na owych intruzów zrobił któryś ze "swoich," widocznie pod wpływem poczucia solidarności i obawy, ażeby nowa a tajemnicza spółka nie popsuła interesów dawnej. Ale Moszek Cymes, śniady brunet, który miał sklep norymberski, i jego brat, rudy i blady Abramek, który nic nie miał, nie słuchali dalszych wniosków, wyprowadzanych z zasadniczej wiadomości. Oni, ledwie zobaczyli strażników, zaraz wyszli przed sklep i zaczęli kpinkować ze swych sąsiadów bardzo dowcipnie, choć serca uderzały im bardzo prędko. Dowiedziawszy się zaś, że z powodu jakiejś wielkiej kontrabandy dozór ma być zwiększony, obaj zniknęli ze sklepu, pozostawiając w nim swoją siostrę, Ruchlę. Przed zniknięciem jednak zabrali z za szafy duży tłomok, owinięty w płachtę, i przez podwórka i tylne ulice pobiegli do mieszkania swego ojca. Stary Cymes zajmował dużą izbę, podzieloną przepierzeniem na dwie części. Tam, gdzie było okno, siedziała jego sędziwa żona i robiła pończochę. Za przepierzeniem zaś, w mało oświetlonym alkierzu, leżał na łóżku sam Cymes, od paru łat sparaliżowany. Ledwie ukazali się bracia ze swoim tłomokiem, aliści oboje rodzice poczęli im od ostatnich słów wymyślać. Matka za to, że onegdaj, w dzień szabasu, widziano ich palących fajki - a ojciec za to, że mu nie zwrócili pożyczonych w zeszłym tygodniu dziesięciu rubli. Ale dobrzy synowie nie mieli bynajmniej zamiaru trapić serc rodzicielskich hardemi odpowiedziami. Milczeli pokornie. Tylko, wniósłszy tłomok do alkierza, zabrali się do oryginalnej roboty. Moszek chwycił pościel ojcowską w głowach, Abraham w nogach i w ten sposób dźwignąwszy paralityka, złożyli go na podłodze. Stary klął okropnie, matka rzuciła na złych synów dużym kłębkiem niebieskiej bawełny, ale - nic to nie pomogło. Bracia wydobyli ze swego tłomoka kilkanaście sztuk tkanin, napełnili niemi szerokie łóżko, a dopiero na tym osobliwym materacu położyli napowrót pierzynę i poduszki, wraz ze sparaliżowanym ojcem. Następnie wybiegli z izby, nawet nie patrząc na swoich życiodawców. Chory aż płakał ze złości, ale powstała na niego żona. - Daj spokój! - mówiła po żydowsku. - Widać, że stało się coś złego, a w takim razie trzeba się przecie prędko zwijać. No, nie krzycz Josek, bo przez ciebie mogą ich wziąć do kryminału!... - Niech djabli wezmą gałganów, za wszystkie zgryzoty, jakie mi wyrządzili! - jęczał chory. - Cóż oni mają robić? - oburzyła się matka. - Sameś ich tego nauczył. - Ja? Ja nauczyłem ich, ażeby ojca nie szanowali? - Nauczyłeś ich zagranicznego handlu. - Zagraniczny handel co innego, a biedny stary ojciec co innego! - mruczał paralityk. - Mogli mnie poprosić, a nie tak, jak rozbójnicy, poniewierać po podłodze. Mało mi pierzyny nie podarli. Żona machnęła ręką, wiedząc, że Josek, z powodu nieszczęsnej choroby swojej, był przesadnie drażliwy. Wieść o spotęgowanej czujności nad granicą, obiegłszy wszystkich Żydków, trafiła wkońcu do kancelarji gminnej. Ktoś, przechodzący tamtędy, wsadził głowę w okno i wrzasnął: - Kontrabandy szukają! W kancelarji siedział pisarz i wójt. Pisarz, figurka mała i ruchliwa, przeglądał papiery, a wójt, chłop siwy i krępy, opowiadał wesołą historją o tem, jak go niegdyś naczelnik przez omyłkę kijem obił. Ale okrzyk: "Kontrabandy szukają!" - padł między nich, jak bomba. Wójt zbladł, nie rozumiejąc, o co chodzi, ale w każdym razie domyślając się czegoś niezwykłego, a więc strasznego. Pisarz zaś zerwał się od stolika i wbiegł do pokoju żony, wołając: - Ot, masz!... Szukają w mieście kontrabandy!... Chowajże teraz te sztuki jedwabiu w piec, albo do studni!... Narobiłaś mi kwasu twojemi znajomościami!... Pani pisarzowa, ubrana w aksamitny kaftan i czarną rypsową suknią z długi ogonem, na razie oniemiała. - Com ja ci narobiła?... - Ano to, że przyjmujesz od szwarcowników kontrabandę do przechowania, a ja głową nałożę. Nie bój się, wiem ja o wszystkiem! - mówił mąż. Pani odzyskała energją. - A któż to pierwszy wziął na przechowanie towary: ja czy ty? - zapytała gniewnie, ujmując się pod boki. - Ja wziąłem raz i tylko dlatego, ażeby tobie sprawić jedwabną suknią, której ci się zachciało - odparł mąż. - Przez twoją głupią ambicją mogę miejsce stracić... marnie zginąć... Pyzata twarz pani oblała się ciemno-burakowym rumieńcem. - Ty chamie jakiś!... ekonomski synu!... To ja mam głupie ambicje? - zawołała. - A czy już zapomniałeś, z jakiego ja domu pochodzę?... Tyś mnie, chamie, w złotogłów powinien ubierać, proch za mną językiem zmiatać, żem ci zrobiła taką łaskę i za ciebie wyszła... Pisarz, zaatakowany z tej strony, utopił obie ręce we własnych naturalnie włosach i szybko wrócił do kancelarji, zatrzaskując drzwi. Ale pani nie dała za wygranę i przez dziurkę od klucza wołała: - Toś ty zapomniał, że mój ojciec był obywatelem ziemskim, a stryj matki senatorem?... To ty już nie pamiętasz, jak mnie, trzy lata temu, ten stary kolonista nazywał ja-śnie pa-nien-ką i mówił, że służył u nas za fur-ma-na... Pisarz pobiegł ku drzwiom i nachyliwszy się do klamki, począł krzyczeć: - Gadaj sobie, gadaj!... Ja już zatkałem uszy i nic nie słyszę... Tra ta ta!... tra ta ta!... Z tamtej strony kopnięto nogą we drzwi i zabębniono w nie pięściami; poczem - głos dobrze urodzonej damy ucichł. Natomiast w kuchni wszczęły się jakieś hałasy i płacz służącej. Pisarz był wzburzony. Potrącił kałamarz i uderzył bokiem w kratę, oddzielającą cywilną połowę kancelarji od urzędowej. Nareszcie wsadził ręce w kieszenie, zwiesił głowę na piersi i począł chodzić po izbie, mrucząc: - Czysta choroba z tą babą i z temi ciągłemi rewizjami... Wójt patrzył na niego, rozumiejąc jedno tylko, że jest - źle. Każde poszukiwanie kontrabandy i każdy przyjazd delegata powiatowego wprawiał pisarza w najgorszy humor i budził w nim myśli rozpaczliwe, co ogromnie trwożyło starego wójta. Bodaj to superrewizja albo zbieranie zaległych podatków! Wtedy pisarz miał inną minę, z żoną nie kłócił się i wójta nie straszył!... - Panie pisarzu - odezwał się wójt. - Ehę?... - Co to będzie? - A źle będzie! - odparł pisarz. - Niby... komu? - Rozumie się, że całej gminie. Tu jak już raz zaczną szukać kontrabandy, a znajdą co dobrego, to jedną naszą gminą wybrukują wszystkie kryminały! Wójt poruszył się. - A cóż winna gmina, że kilkunastu z niej szwarcuje towary, a tam... kto przechowuje? Ma być taka wieczna zgryzota przez nich, to najlepiej zaskarżyć sprawców i tyle!... Pisarz przybiegł do stołu i wytrząsając ręką, zawołał: - O!... o!... o!... jeszcze czego? A czy to wójt nie wiesz, że jak się raz taka sprawa wyda, a oni kosztów nie zapłacą (bo skądby wzięli?), to my bekniemy wszyscy?... Wójtowi jeszcze nic - ciągnął dalej. - Sprzedadzą wam grunt, dom, resztę odsiedzicie najdłużej w ciągu roku, i jako człowiek stary, będziecie mogli utrzymać się do końca życia z jałmużny. Ale ja co zrobię?... Żebrać przecie nie pójdę! Pisarz wiedział, w jaki sposób pocieszać wójta, bo starzec aż za głowę się schwycił. - Matko Boska Częstochowska! - zawołał. - Ja mam żebrać na stare lata?... Mnie sprzedadzą grunt?... - Takie prawo! - rzekł lakonicznie pisarz. Wójt aż spotniał. - Cóż nato począć, gadajże pan? - pytał. Pisarzowi błysnęły oczy. - Co począć? - powtórzył. - Naprzód nie myśleć o żadnych skargach na nikogo, bo to jest głupstwo budzić djabła, kiedy śpi. A po drugie... Zaraz ja tu przyjdę... Wyszedł do pokoju żony, coś z nią poszeptał i wrócił ze sporą paką w ręku. - Niech to wójt zaniesie do siebie i trzyma parę dni - rzekł, oddając mu pakę. Chłop wahał się. - Niema się co namyślać! - zawołał pisarz niecierpliwie. - Wójta objeżczyki mają za spokojnego człowieka, nie posądzają o nic i rewizji nie zrobią. A gdyby taka rzecz w kancelarji została, to mielibyśmy obaj!... - Pocóżeś pan to brał? - Poco!... Albo ja brałem?... Przyszedł dziś w nocy jakiś gałgan i wrzucił mi pakę przez okno do pokoju. Oddani może objeżczykom, to mnie szwarcownicy spalą, a zaskarżę - to na całą gminę nieszczęście spadnie! Wójt, człowiek uczciwy i nawet rozsądny, który jednak na swoim urzędzie stracił umysłową równowagę, słuchając teraz dowodzeń pisarza, skołowaciał do reszty. Niezupełnie mu wierzył, ale - bał się nie wierzyć. Bo co będzie, jeżeli pisarz mówi prawdę?... Pytać o wyjaśnienie podobnych subtelności prawnych niebardzo kogo wypada, a zaskarżyć niebezpiecznie. Z własnej praktyki wiedział wójt, że do każdej sprawy wplątać można najniewinniejszych. Co zatem będzie, jeżeli jego wplączą do interesów szwarcunkowych? A co będzie, jeżeli w kancelarji znajdą kontrabandę? Jak zwykle, tak i tym razem wójt stracił własny sąd i wolę i uległ pisarzowi. Nie bez trwogi wziął pakę towarów i opuścił z nią kancelarją. Idąc ku domowi, niespokojnie oglądał się na wszystkie strony, czy go kto nie śledzi. Ale, że każdy mieszkaniec osady był w tej chwili zajęty sobą, więc nikt go nie spostrzegł. Cały zatem i bezpieczny doszedł do chaty i oddał pakę żonie, z ostrzeżeniem, aby ją dobrze schowała. Na jej pytanie: co znaczy paka? - opowiedział wszystko szczerze. Wtedy wójtowa poczęła mówić przejęta żalem: - Za jakie grzechy skarał nas Pan Bóg tem wójtostwem?... A dyć to czysta zguba ciała i duszy!... Masz trochę większe dochody, ale zato ludzie cię przeklinają i musisz robić rzeczy niebezpieczne, tak jak dziś, z towarami!... A wszystko wynika stąd, że cię pisarz opętał. Przyjdzie choć najbiedniejszy pożyczyć pieniądze z kasy - musi płacić. Oni nie wiedzą, że tobie z tych interesów niewiele wpływa, ino wszystko idzie dla pisarza. Ale swoją drogą ciebie tylko widzą i ciebie klną. Mówię ci, Szymonie - biadała kobieta - zrzuć ty się z urzędu, albo wygnaj pisarza, bo on cię zgubi! Wójt machnął ręką. - Wygnaj go! - rzekł. - Łatwo się to gada, ale trudno zrobić. Nie można przecie człowieka pozbawić chleba, a zresztą - westchnął - nic ja mu nie poradzę. Jeszcze on mnie zaskarży i pójdę pod sąd... Byłby on lepszy - dodał po chwili - ino ma taką żonkę, co go ssie, jak wąż krowę, buntuje go i namawia! Ho! ho! ona się urodziła na naczelniczkę, a nie na chłopską pisarzowę!... Oj! jakże mnie na wnętrzu trapi! - wykrzyknął wójt na zakończenie. Żona, wiedząc dobrze, w jaki sposób kończą się zwykle utrapienia urzędowe, zaprowadziła go do łóżka. - Stary! - rzekła - zadam ci na odrzucenie... - Kiej to bardzo paskudnie! - jęczał wójt. - Magda! - zawołała staruszka - a przetrzyj tam cybuch piórkiem. - Oj! kiedy strasznie nie lubię!... - szeptał wójt. Ale na utyskiwania jego nie zważano. Magda przeciągnęła cienkie kacze piórko przez kanał cybuszka, i nabrawszy dosyć szmelcugi, podała piórko wójtowej.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI