Rzecz dzieje się w pogranicznej mieścinie.
Mieścina wybudowana jest w okolicy dosyć równej, otoczona
nędznie uprawnami polami. Wpobliżu znajduje się trochę lasu i
kawałek łąki. Przez łąkę płynie rzeczka niezbyt szeroka, ale w
niektórych miejscach głęboka; strome i czarne jej brzegi (ulubiona
siedziba raków) porosłe są gęstemi kępami wierzbiny. Ta rzeczka stanowi granicę. Sama mieścina odznacza się ubóstwem i nieporządkiem. Ma
duży czworokątny rynek, obudowany drewnianemi domami, z których
jedne chylą się do upadku, inne świecą kawałkiem nowego dachu z
gontów, a jeszcze inne - wdzięczą się świeżo pomalowanemi
okiennicami na kolor: jasno-niebieski, ciemno-zielony, albo
czerwony. Rynek jest pełen wzgórz i dołów. Wzgórza utworzyły się ze
śmieci, wyrzucanych z mieszkań; z dołów wybierano glinę na
wylepianie pieców. W jednym rogu placu widać studnią z kołowrotem i
daszkiem; w drugim znajduje się figura świętego, z palmą w ręku i
znowu pod daszkiem. Od rynku, w różnych kierunkach, biegną uliczki, zabudowane
jeszcze nędzniejszemi domkami, a na końcach - stodołami. Gdzie
niegdzie, przy najpogodniejszym dniu, widać obszerne kałuże, które
bynajmniej nie wpływają na zmniejszenie się piaszczystej kurzawy na
ulicach. W porze letniej pod domami, na spróchniałych ławkach,
igrają dzieci, nędznie odziane i, o ile się zdaje, rzadko myte. W
kałużach pływają kaczęta, albo wyleguje się samotny przedstawiciel
nierogacizny. Ogrodów jest niewiele; prawie brak cienia. Tylko przy
murowanym kościele stoi kilkanaście starych lip. Około urzędu
gminnego zasadzono kilka młodych kasztanów, po których dziś zostały
cztery kije. Środek miasta zamieszkują przeważnie Żydzi, obwód
chrześcijanie. Żydzi utrzymują szynkownie, sklepiki z pieczywem, z
norymberszczyzną, solą; chrześcijanie należą do stanu rolniczego,
ale bawią się także furmaństwem i rybactwem. Napozór nadgraniczna mieścina nie różni się od setek
innych, rozrzuconych po kraju. W, gruncie rzeczy jednak posiada
bardzo charakterystyczne cechy, coprawda nie rzucające się w oczy,
a nawet do pewnego stopnia kryjące się przed ciekawemi
spojrzeniami. Przedewszystkiem parutysięczna jej ludność składa się z
pierwiastków dziwnie ruchliwych. Dziś znajduje się tu pełno ludzi,
których nie było przed tygodniem i nie będzie jutro. Pomimo to, są
oni jakby u siebie w domu. Mają własne mieszkania, łóżka, mogą się
w każdej chwili przebrać. Niejednego z nich widziałeś onegdaj
zagranicą, gdzie również był jak u siebie w domu. Pojutrze możesz
go spotkać w krzakach, nad rzeczką, i zobaczyć w jego fizjognomji
wyraz właściwy człowiekowi, który i w krzakach jest jakby u siebie
w domu. W długie rozmowy z tym turystą nie wdawaj się. Odchodź jak
najśpieszniej, z zupełnem jednak przekonaniem, że on ścigać cię nie
będzie. Objeżczyki, inaczej strażnicy pograniczni, często i nagle
wpadają do mieściny bez powodu i pilnie obserwują jej mieszkańców.
Ale obserwowany patrzy spokojnie w oczy ciekawemu i, dla okazania
większej fantazji, nuci sobie coś pod nosem. Po takim pojedynku na spojrzenia, strażnik wzrusza zwykle
ramionami i odchodzi. Nagle wraca, znowu obserwuje swój objekt,
znowu spotyka ten sam spokojny, trochę szyderczy wzrok i słyszy tę
samą piosnkę. Bez żadnej wątpliwości każdy obywatel mieściny miał jakieś
zajęcie, jakiś jawny sposób zarobkowania. Ale... wydatki jego o
wiele przenosiły dochody. Pytanie: z jakiego źródła czerpał ową przewyżkę?... Niekiedy działy się tam ciekawe rzeczy. W szopach łub stodołach ludzi, nie posiadających nawet
kury własnej, rżały konie. Wśród snopów słomy, albo pod stosem
gałęzi widywano zagraniczne towary. Czasami w nocy rozlegały się w
polu odgłosy gonitw... Niekiedy, ale to już bardzo rzadko,
znajdowano w krzakach trupa którego z mieszkańców... Wszystkie owe tajemnicze zjawiska objaśniały się zapomocą
jednego, dosyć upowszechnionego podejrzenia. Oto podobno wielu
mieszkańców osady trudniło się przemytnictwem. Cechy polityczne i topograficzne okolic oddziaływają na
sposób życia i charakter ludności. Wiedziano już o tem bardzo
dawno. Nie byłoby też nic dziwnego, gdyby istotnie ludność osady
nadgranicznej bawiła się nielegalnym handlem. Na wszelkie zaś zarzuty, jakie procederowi podobnemu robić
można, istnieje gotowa odpowiedź: - Każdy człowiek żyć musi!... Odpowiedzi tej napamięć wyuczyli się objeżczyki.
- - - - - - - - - - - -
Jednego dnia w rynku mieściny ukazało się paru strażników.
Rozejrzeli się uważnie, jak zazwyczaj. Wstąpili do szynku, gdzie
gościnny gospodarz uczęstował ich gęsiną, szabasowym szczupakiem i,
o ile się zdaje, nieplombowanym likierem. Gospodarz, człowiek ciekawy, rzucił im przy okazji kilka
pytań, na które otrzymał odpowiedzi obojętne i ostrożne. Pomimo to, ledwie strażnicy wyjechali, w osadzie zaczęto
szeptać alarmujące wieści. Mówiono, że na posterunku złożył ktoś zeznanie, dotyczące
bardzo ważnej kontrabandy. Mówiono, że skutkiem tego czujność na granicy ma być
wzmocniona i patrole zdwojone. Uradzono wreszcie, ażeby ostrzec wszystkich "swoich."
Tamci zaś, którzy dziś mieli przenosić, czy przewozić kontrabandę,
niech łamią kark!... Oni bowiem nietylko nie byli nikomu znani, ale
jeszcze nie chcieli odwoływać się do pomocy nikogo ze "znanych." Domyślano się, że denuncjacją na owych intruzów zrobił
któryś ze "swoich," widocznie pod wpływem poczucia solidarności i
obawy, ażeby nowa a tajemnicza spółka nie popsuła interesów dawnej. Ale Moszek Cymes, śniady brunet, który miał sklep
norymberski, i jego brat, rudy i blady Abramek, który nic nie miał,
nie słuchali dalszych wniosków, wyprowadzanych z zasadniczej
wiadomości. Oni, ledwie zobaczyli strażników, zaraz wyszli przed
sklep i zaczęli kpinkować ze swych sąsiadów bardzo dowcipnie, choć
serca uderzały im bardzo prędko. Dowiedziawszy się zaś, że z powodu
jakiejś wielkiej kontrabandy dozór ma być zwiększony, obaj zniknęli
ze sklepu, pozostawiając w nim swoją siostrę, Ruchlę. Przed zniknięciem jednak zabrali z za szafy duży tłomok,
owinięty w płachtę, i przez podwórka i tylne ulice pobiegli do
mieszkania swego ojca. Stary Cymes zajmował dużą izbę, podzieloną przepierzeniem
na dwie części. Tam, gdzie było okno, siedziała jego sędziwa żona i
robiła pończochę. Za przepierzeniem zaś, w mało oświetlonym alkierzu, leżał
na łóżku sam Cymes, od paru łat sparaliżowany. Ledwie ukazali się bracia ze swoim tłomokiem, aliści oboje
rodzice poczęli im od ostatnich słów wymyślać. Matka za to, że
onegdaj, w dzień szabasu, widziano ich palących fajki - a ojciec za
to, że mu nie zwrócili pożyczonych w zeszłym tygodniu dziesięciu
rubli. Ale dobrzy synowie nie mieli bynajmniej zamiaru trapić
serc rodzicielskich hardemi odpowiedziami. Milczeli pokornie.
Tylko, wniósłszy tłomok do alkierza, zabrali się do oryginalnej
roboty. Moszek chwycił pościel ojcowską w głowach, Abraham w nogach
i w ten sposób dźwignąwszy paralityka, złożyli go na podłodze. Stary klął okropnie, matka rzuciła na złych synów dużym
kłębkiem niebieskiej bawełny, ale - nic to nie pomogło. Bracia
wydobyli ze swego tłomoka kilkanaście sztuk tkanin, napełnili niemi
szerokie łóżko, a dopiero na tym osobliwym materacu położyli
napowrót pierzynę i poduszki, wraz ze sparaliżowanym ojcem. Następnie wybiegli z izby, nawet nie patrząc na swoich
życiodawców. Chory aż płakał ze złości, ale powstała na niego żona. - Daj spokój! - mówiła po żydowsku. - Widać, że stało się
coś złego, a w takim razie trzeba się przecie prędko zwijać. No,
nie krzycz Josek, bo przez ciebie mogą ich wziąć do kryminału!... - Niech djabli wezmą gałganów, za wszystkie zgryzoty,
jakie mi wyrządzili! - jęczał chory. - Cóż oni mają robić? - oburzyła się matka. - Sameś ich
tego nauczył. - Ja? Ja nauczyłem ich, ażeby ojca nie szanowali? - Nauczyłeś ich zagranicznego handlu. - Zagraniczny handel co innego, a biedny stary ojciec co
innego! - mruczał paralityk. - Mogli mnie poprosić, a nie tak, jak
rozbójnicy, poniewierać po podłodze. Mało mi pierzyny nie podarli. Żona machnęła ręką, wiedząc, że Josek, z powodu
nieszczęsnej choroby swojej, był przesadnie drażliwy. Wieść o spotęgowanej czujności nad granicą, obiegłszy
wszystkich Żydków, trafiła wkońcu do kancelarji gminnej. Ktoś,
przechodzący tamtędy, wsadził głowę w okno i wrzasnął: - Kontrabandy szukają! W kancelarji siedział pisarz i wójt. Pisarz, figurka mała
i ruchliwa, przeglądał papiery, a wójt, chłop siwy i krępy,
opowiadał wesołą historją o tem, jak go niegdyś naczelnik przez
omyłkę kijem obił. Ale okrzyk: "Kontrabandy szukają!" - padł między nich, jak
bomba. Wójt zbladł, nie rozumiejąc, o co chodzi, ale w każdym razie
domyślając się czegoś niezwykłego, a więc strasznego. Pisarz zaś
zerwał się od stolika i wbiegł do pokoju żony, wołając: - Ot, masz!... Szukają w mieście kontrabandy!... Chowajże
teraz te sztuki jedwabiu w piec, albo do studni!... Narobiłaś mi
kwasu twojemi znajomościami!... Pani pisarzowa, ubrana w aksamitny kaftan i czarną rypsową
suknią z długi ogonem, na razie oniemiała. - Com ja ci narobiła?... - Ano to, że przyjmujesz od szwarcowników kontrabandę do
przechowania, a ja głową nałożę. Nie bój się, wiem ja o wszystkiem!
- mówił mąż. Pani odzyskała energją. - A któż to pierwszy wziął na przechowanie towary: ja czy
ty? - zapytała gniewnie, ujmując się pod boki. - Ja wziąłem raz i tylko dlatego, ażeby tobie sprawić
jedwabną suknią, której ci się zachciało - odparł mąż. - Przez
twoją głupią ambicją mogę miejsce stracić... marnie zginąć... Pyzata twarz pani oblała się ciemno-burakowym rumieńcem. - Ty chamie jakiś!... ekonomski synu!... To ja mam głupie
ambicje? - zawołała. - A czy już zapomniałeś, z jakiego ja domu
pochodzę?... Tyś mnie, chamie, w złotogłów powinien ubierać, proch
za mną językiem zmiatać, żem ci zrobiła taką łaskę i za ciebie
wyszła... Pisarz, zaatakowany z tej strony, utopił obie ręce we
własnych naturalnie włosach i szybko wrócił do kancelarji,
zatrzaskując drzwi. Ale pani nie dała za wygranę i przez dziurkę od
klucza wołała: - Toś ty zapomniał, że mój ojciec był obywatelem ziemskim,
a stryj matki senatorem?... To ty już nie pamiętasz, jak mnie, trzy
lata temu, ten stary kolonista nazywał ja-śnie pa-nien-ką i mówił,
że służył u nas za fur-ma-na... Pisarz pobiegł ku drzwiom i nachyliwszy się do klamki,
począł krzyczeć: - Gadaj sobie, gadaj!... Ja już zatkałem uszy i nic nie
słyszę... Tra ta ta!... tra ta ta!... Z tamtej strony kopnięto nogą we drzwi i zabębniono w nie
pięściami; poczem - głos dobrze urodzonej damy ucichł. Natomiast w
kuchni wszczęły się jakieś hałasy i płacz służącej. Pisarz był wzburzony. Potrącił kałamarz i uderzył bokiem w
kratę, oddzielającą cywilną połowę kancelarji od urzędowej.
Nareszcie wsadził ręce w kieszenie, zwiesił głowę na piersi i
począł chodzić po izbie, mrucząc: - Czysta choroba z tą babą i z temi ciągłemi rewizjami... Wójt patrzył na niego, rozumiejąc jedno tylko, że jest -
źle. Każde poszukiwanie kontrabandy i każdy przyjazd delegata
powiatowego wprawiał pisarza w najgorszy humor i budził w nim myśli
rozpaczliwe, co ogromnie trwożyło starego wójta. Bodaj to superrewizja albo zbieranie zaległych podatków!
Wtedy pisarz miał inną minę, z żoną nie kłócił się i wójta nie
straszył!... - Panie pisarzu - odezwał się wójt. - Ehę?... - Co to będzie? - A źle będzie! - odparł pisarz. - Niby... komu? - Rozumie się, że całej gminie. Tu jak już raz zaczną
szukać kontrabandy, a znajdą co dobrego, to jedną naszą gminą
wybrukują wszystkie kryminały! Wójt poruszył się. - A cóż winna gmina, że kilkunastu z niej szwarcuje
towary, a tam... kto przechowuje? Ma być taka wieczna zgryzota
przez nich, to najlepiej zaskarżyć sprawców i tyle!... Pisarz przybiegł do stołu i wytrząsając ręką, zawołał: - O!... o!... o!... jeszcze czego? A czy to wójt nie
wiesz, że jak się raz taka sprawa wyda, a oni kosztów nie zapłacą
(bo skądby wzięli?), to my bekniemy wszyscy?... Wójtowi jeszcze nic - ciągnął dalej. - Sprzedadzą wam
grunt, dom, resztę odsiedzicie najdłużej w ciągu roku, i jako
człowiek stary, będziecie mogli utrzymać się do końca życia z
jałmużny. Ale ja co zrobię?... Żebrać przecie nie pójdę! Pisarz wiedział, w jaki sposób pocieszać wójta, bo starzec
aż za głowę się schwycił. - Matko Boska Częstochowska! - zawołał. - Ja mam żebrać na
stare lata?... Mnie sprzedadzą grunt?... - Takie prawo! - rzekł lakonicznie pisarz. Wójt aż spotniał. - Cóż nato począć, gadajże pan? - pytał. Pisarzowi błysnęły oczy. - Co począć? - powtórzył. - Naprzód nie myśleć o żadnych
skargach na nikogo, bo to jest głupstwo budzić djabła, kiedy śpi. A
po drugie... Zaraz ja tu przyjdę... Wyszedł do pokoju żony, coś z nią poszeptał i wrócił ze
sporą paką w ręku. - Niech to wójt zaniesie do siebie i trzyma parę dni -
rzekł, oddając mu pakę. Chłop wahał się. - Niema się co namyślać! - zawołał pisarz niecierpliwie. -
Wójta objeżczyki mają za spokojnego człowieka, nie posądzają o nic
i rewizji nie zrobią. A gdyby taka rzecz w kancelarji została, to
mielibyśmy obaj!... - Pocóżeś pan to brał? - Poco!... Albo ja brałem?... Przyszedł dziś w nocy jakiś
gałgan i wrzucił mi pakę przez okno do pokoju. Oddani może
objeżczykom, to mnie szwarcownicy spalą, a zaskarżę - to na całą
gminę nieszczęście spadnie! Wójt, człowiek uczciwy i nawet rozsądny, który jednak na
swoim urzędzie stracił umysłową równowagę, słuchając teraz dowodzeń
pisarza, skołowaciał do reszty. Niezupełnie mu wierzył, ale - bał
się nie wierzyć. Bo co będzie, jeżeli pisarz mówi prawdę?... Pytać
o wyjaśnienie podobnych subtelności prawnych niebardzo kogo wypada,
a zaskarżyć niebezpiecznie. Z własnej praktyki wiedział wójt, że do każdej sprawy
wplątać można najniewinniejszych. Co zatem będzie, jeżeli jego
wplączą do interesów szwarcunkowych? A co będzie, jeżeli w
kancelarji znajdą kontrabandę? Jak zwykle, tak i tym razem wójt stracił własny sąd i wolę
i uległ pisarzowi. Nie bez trwogi wziął pakę towarów i opuścił z
nią kancelarją. Idąc ku domowi, niespokojnie oglądał się na
wszystkie strony, czy go kto nie śledzi. Ale, że każdy mieszkaniec
osady był w tej chwili zajęty sobą, więc nikt go nie spostrzegł.
Cały zatem i bezpieczny doszedł do chaty i oddał pakę żonie, z
ostrzeżeniem, aby ją dobrze schowała. Na jej pytanie: co znaczy paka? - opowiedział wszystko
szczerze. Wtedy wójtowa poczęła mówić przejęta żalem: - Za jakie grzechy skarał nas Pan Bóg tem wójtostwem?... A
dyć to czysta zguba ciała i duszy!... Masz trochę większe dochody,
ale zato ludzie cię przeklinają i musisz robić rzeczy
niebezpieczne, tak jak dziś, z towarami!... A wszystko wynika stąd,
że cię pisarz opętał. Przyjdzie choć najbiedniejszy pożyczyć
pieniądze z kasy - musi płacić. Oni nie wiedzą, że tobie z tych
interesów niewiele wpływa, ino wszystko idzie dla pisarza. Ale
swoją drogą ciebie tylko widzą i ciebie klną. Mówię ci, Szymonie - biadała kobieta - zrzuć ty się z
urzędu, albo wygnaj pisarza, bo on cię zgubi! Wójt machnął ręką. - Wygnaj go! - rzekł. - Łatwo się to gada, ale trudno
zrobić. Nie można przecie człowieka pozbawić chleba, a zresztą -
westchnął - nic ja mu nie poradzę. Jeszcze on mnie zaskarży i pójdę
pod sąd... Byłby on lepszy - dodał po chwili - ino ma taką żonkę, co
go ssie, jak wąż krowę, buntuje go i namawia! Ho! ho! ona się
urodziła na naczelniczkę, a nie na chłopską pisarzowę!... Oj! jakże mnie na wnętrzu trapi! - wykrzyknął wójt na
zakończenie. Żona, wiedząc dobrze, w jaki sposób kończą się zwykle
utrapienia urzędowe, zaprowadziła go do łóżka. - Stary! - rzekła - zadam ci na odrzucenie... - Kiej to bardzo paskudnie! - jęczał wójt. - Magda! - zawołała staruszka - a przetrzyj tam cybuch
piórkiem. - Oj! kiedy strasznie nie lubię!... - szeptał wójt. Ale na utyskiwania jego nie zważano. Magda przeciągnęła
cienkie kacze piórko przez kanał cybuszka, i nabrawszy dosyć
szmelcugi, podała piórko wójtowej.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI