Na Podlasiu. Antonia - Agnieszka Panasiuk

Kup ebooka

29.90 zł
21.53 zł (25,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sierpniowe słońce leniwie muskało stolicę Kraju Przywiślańskiego. Dochodziło południe. Polacy nie należeli do narodów leniwych i mimo skwaru nie przerywali pracy. Trudno było ją zresztą porzucić pod czujnym okiem żandarmów i urzędników zaborcy. Ulice Warszawy wrzały od huku dorożek, wozów i wózków terkoczących po bruku. Obcasy przechodniów, szukających choć odrobiny cienia, wystukiwały przeróżne rytmy. Zewsząd dochodził gwar rozmów, okrzyki sprzedawców i targujących się kumoszek. Zdawało się, że w tym zabieganiu i intensywnych emocjach próżno było szukać kogoś, kogo życie biegłoby ze spokojem. A jednak!

Krystyna, w skromnej błękitnej sukni przepasanej żółtą wstęgą i w słomianym kapelusiku na kruczoczarnych włosach, szła na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Wyglądała tak, jakby podążała własną ścieżką między łanami zbóż, a nie ulicą Marszałkowską, zabudowaną kamienicami i pałacykami. W głowie układała wieści, które musiała przekazać powracającej przyjaciółce, a trudno było w piękne szaty przyodziać gorzkie nowiny. Zajęta rozmyślaniem nie dostrzegła dziś na swojej drodze sprzedawczyni zamorskich pomarańczy, podróżnych czepiających się w biegu omnibusa czy małego obdartusa głośnym krzykiem oznajmiającego o nowym numerze "Kuriera". Zerknąwszy na zegarek przypięty do sukni, skierowała kroki do pobliskiej świątyni. Tam przyklękła w ostatniej ławie, prosząc Boga i świętych o odwrót złego losu od swojej "duchowej siostry", jak zwykła nazywać Antonię. Nie powita jej, jak wymaga tego staropolska tradycja. Ciężko westchnąwszy, przeżegnała się i wyszła ponownie na gwarną ulicę Marszałkowską.

Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej projektu architekta Henryka Marconiego stał na rogu ulic Jerozolimskiej i Marszałkowskiej. Wewnątrz murowanego budynku panował mniejszy gorąc niż na zewnątrz, ale za to większy harmider, powodowany przez licznych podróżnych. Krystyna wyszła z holu na peron, skąd dojrzała smużkę dymu. Jeszcze kilka chwil i Tosia powróci. Tylko do czego? - pomyślała.

Słysząc gwizd lokomotywy, z poczekalni dworca na peron wyszli także inni warszawiacy oczekujący na podróżnych. Wśród ogólnego huku ekspres z Wiednia punktualnie o dwunastej trzydzieści zakończył podróż, hamując z piskiem. Wagony otwarto. Z trzeciej i czwartej klasy wyskakiwali niepewnie małomiasteczkowi urzędnicy wysłani do stolicy w "ważnej sprawie", chłopskie rodziny i młodzieńcy z prowincji poszukujący pracy i szczęścia. Z pierwszej klasy, ociągając się, z ciężkimi bagażami niesionymi przez służbę wyłaniały się stare hrabiny, księżne i baronowe wracające z "badów"1 czy włości w Galicji. Ku ich konsternacji w podróży tej towarzyszyli im nowobogaccy przedsiębiorcy i kupcy, którzy jeszcze nie tak dawno dzielili z mieszczanami i inteligentami miejsca w klasie drugiej.

1 Powszechna nazwa uzdrowisk położonych na terenach niemieckojęzycznych [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].

Na samym końcu z wagonu pierwszej klasy wysiadło gibkie i zgrabne dziewczę z jedną tylko walizką. Suknia i pelerynka z czarnej krepy niekorzystnie podkreślały jej bladą cerę, ale zarazem uwydatniały złocistość włosów. Młoda kobieta wyglądała jak promień słońca zaciągnięty żałobnym kirem.

- Antosia! Tu jestem! - krzyknęła Krystyna, machając w jej stronę. Przebijając się przez tłum, podbiegła do przyjaciółki.

Ściskały się na powitanie kilka dobrych minut. Gwar panujący na peronie nie pozwalał na prowadzenie spokojnej rozmowy, dlatego z radością przeszły z głównego holu do herbaciarni na piętrze.

- Hrabina Kicka uparła się, żebym wracała pierwszą klasą, a do tego w tej "odpowiedniej" czerni - tłumaczyła Krystynie swój wygląd Antonia zwana przez znajomych Tosią. - Nie mogłam nic na to poradzić. Wiesz, jaka ona jest zasadnicza. A może w ten sposób chciała pokazać, że jej na mnie zależy? Jest taka chłodna w uczuciach. Ale cóż, tak ją wychowano. Powieka by jej nie drgnęła, gdyby się okazało, że zostanie cesarzową. Ale dobra z niej dusza - opowiadała energicznie o damie, którą konwojowała do kurortu. Nie zwróciła uwagi na ściągniętą twarz Krystyny. - W pewnym momencie pomyślałam, że każe mi zostać ze sobą w tej Szwajcarii, a wiesz, że sprostanie jej wymaganiom, przy tych jej zmiennych humorach, graniczy z cudem i nie mówię tego przez złośliwość. Bogu dzięki, udało nam się znaleźć odpowiednią damę do towarzystwa, a w dodatku dyplomowaną pielęgniarkę. Tak naprawdę spokój poczułam dopiero w chwili, gdy konduktor zakomunikował odjazd z Wiednia. Gotowa byłam przysiąc, że hrabina w ostatniej chwili przyśle forysia z listem i każe mi wracać nad Jezioro Genewskie. - Tosia zamrugała chabrowymi oczyma i już wydęła usta, by parsknąć śmiechem, gdy w końcu zwróciła uwagę na dziwną nerwowość Krystyny.

Przyjaciółka najwyraźniej nie była zainteresowana jej słowami, tylko strapiona i zadumana obracała w dłoniach filiżankę z napojem.

- Krysiu kochana, ja tu plotę, a chyba stało się coś niedobrego? - zapytała poważnie Antonia. - Widzę po tobie zdenerwowanie. Czyżby pani Gądecka wymówiła stancję? Tyle razy się odgrażała. Mam fundusze, zapłacimy jej z góry za cały kwartał. Po to przecież tę dodatkową pracę z konwojowaniem hrabiny złapałam.

- Nie, nie o to chodzi. Pani gospodyni... Pani Gądecka łaskawsza dla nas, odkąd powóz hrabiny zabrał ciebie spod naszej kamienicy. Zadałaś tym splendoru. Och... - jęknęła Krystyna - muszę to w końcu powiedzieć.

- Krysiu, wyrzuć to z siebie. - Tosia ujęła dłoń przyjaciółki i delikatnie pogładziła ją po zbladłym policzku.

- Olga Fiodorowna Wołgogradowa wymówiła nam posady w Instytucie! - powiedziała zrezygnowana Krystyna. - Od nowego roku szkolnego nie mamy gdzie uczyć. Wszystko wyszło na jaw. To, że potajemnie nauczamy polskiego, polskiej historii i geografii. Twoja przeszłość, to, co z ojcem robiłaś w powstaniu. Wszystko oczywiście przez długi jęzor którejś z naszych podopiecznych. - Dziewczyna wyrzuciła z siebie cały nagromadzony ciężar, po czym skryła twarz w dłoniach i zaczęła cicho pochlipywać.

- Tylko nie to! - jęknęła z zawodem Tosia.

Zdawało się, że w herbaciarni ruch wokół nich zamarł. Antonia pogrążyła się w niewesołych myślach. Mimo obostrzeń wprowadzonych przez surową dyrektorkę Instytutu Wychowania Panien i odgórnych wytycznych rosyjskiego inspektora nie wyobrażała dla siebie innego zajęcia. Swoją nauczycielską pracę kochała ponad wszystko. Uczennice Instytutu, panienki z dobrych domów, garnęły się do francuskiego, który był drugim językiem ojczystym Antonii, jako że jej ojciec był rodowitym Francuzem. Wiedzę o dawnej Rzeczypospolitej młodym damom z ziemiańskich dworków, oddanym na naukę do stolicy, można było przekazać na dodatkowych zajęciach czy konwersacjach. Antonia wiedziała, że nie z każdą uczennicą i nie z każdą klasą mogła sobie tak śmiało poczynać. Razem z Krysią długo i wnikliwie obserwowały młode Polki, by się upewnić, która z nich wywodzi się z patriotycznej rodziny, a której zależy tylko na przypodobaniu się rosyjskiemu zaborcy.

Dyrektorka Instytutu, Olga Fiodorowna Wołgogradowa, stała na straży "prawidłowego" wychowania lansowanego przez zruszczone urzędy w duchu pogardy dla polskości. W całym zaborze nauczanie języka, literatury, historii, geografii, a nawet tradycji i obyczajów było bezwzględnie zakazane pod karą więzienia. Każda nauczycielka w każdej szkole Kraju Przywiślańskiego odbywała na ten temat rozmowę ze swoimi przełożonymi i zdawała sobie sprawę z tego, co grozi za naruszenie zakazu. Dlatego też większość kadry w szkolnictwie rekrutowała się z Rosjanek kształconych w kolegium petersburskim, które pracą w prowincjonalnej Warszawie zaspokajały swoje wygórowane potrzeby finansowe. Ich pensje nawet trzykrotnie przewyższały gażę Antonii i jej przyjaciółki, zubożałej szlachcianki Krystyny Błęckiej.

Krysia lojalnie sekundowała Tosi, gdy ta podejmowała ryzykowne przedsięwzięcie. Teraz obie wypłakiwały oczy nie tyle z żalu po utracie pracy, ile z rozpaczy, że nikogo już o Polsce nie nauczą.

- Co właściwie powiedziała Wołgogradowa? - zapytała szeptem Antonia, otrząsnąwszy się po chwili zamyślenia. W herbaciarni zebrał się spory tłum podróżnych.

- No cóż... - zaczęła smutno zrezygnowana Krystyna. - Jedna z naszych uczennic to nie takie niewiniątko, za jakie uchodzi. Opowiedziała dyrektorce o twojej konwersacji przy herbacie na temat Świtezi Adama Mickiewicza, a przy okazji przywołała historie kilku powstańczych potyczek i nadmieniła o udziale w nich twojego ojca. Olga wielce się zdziwiła. Miała cię za rodowitą Francuzkę, przybyłą prosto z Paryża. - Krystyna zrobiła pauzę, a ponieważ Antonia domagała się dalszych wyjaśnień, kontynuowała: - Wołgogradowa ma wuja w admiralicji. Rozpytała się, a on potwierdził, że twój ojciec pomagał rannym powstańcom i przerzucał tych najbardziej zaangażowanych przez granicę. No i był na jego egzekucji. Tyle Wołgogradowej wystarczyło, by dać ci wymówienie. Oto i cała sprawa - chlipnęła Krystyna i wytarła nos w chusteczkę. - Zawezwała mnie listownie przedwczoraj i oznajmiła, że widzieć nas więcej w Instytucie nie chce, że możemy się pakować. Znalazła już prawdziwą madame na twoje miejsce. Dodała, że wielce ją zawiodłaś, ukrywając swoje pochodzenie.

Słowa przekazane przez Krystynę zabolały Antonię i dziewczyna znowu popadła w zadumę. Oto ponosiła winę nie tylko za swoje zwolnienie, za swój los. Ojciec i brat Krysi byli na katordze na dalekiej Syberii, a jej matka i dwie małe siostry mieszkały kątem u kuzynów w Konstancinie, gdy po powstaniu wyrzucono je z rodzinnego dworku. To najstarsza Błęcka była żywicielką rodziny, a teraz straciła ten chleb, ponieważ pomagała Tosi.

Krysia zauważyła grymas na twarzy przyjaciółki i jakby czytając jej w myślach, powiedziała zdecydowanie:

- O mnie się nie martw! Pani Gądecka ma serce. Jak się dowiedziała o naszym nieszczęściu, zarekomendowała mnie do opieki nad córkami pani Zabrzezińskiej z Kabat. Mąż jej pisze do "Kuriera" i będzie mi jeszcze korektę przynosił. O mnie się nie martw! - powtórzyła dobitnie. - Najgorsze, że nic dla ciebie nie mamy. Może szkoda, że hrabina cię puściła z tego konwojowania?

Napięcie odpłynęło z twarzy Antonii. Gwałtownie wstała i rzekła dumnie:

- Dam sobie radę! Jestem córką doktora Gillarda. Miałam piętnaście lat, gdy pomagałam rannym powstańcom w leśnych ostępach, a szesnaście, gdy zostałam sama na świecie. Teraz mam dwadzieścia dwa lata i dwie zdrowe ręce. Poradzę sobie. Muszę! Nie ma na co czekać. Chcę to mieć za sobą. Idę od razu do Instytutu - zdecydowała.

Krystyna się zgodziła. Antonia, zaciskając usta, wzięła swój bagaż i z przyjaciółką pod rękę opuściła dworcową herbaciarnię. W tym czasie ruch na Marszałkowskiej nie zamarł, więc szybko skręciły w ulicę mniej zatłoczoną, kierując się w stronę pensji.