CZĘŚĆ PIERWSZA - Aquarius
ROZDZIAŁ 1 - Utrata ego
A teraz śpi
z tą starą ladacznicą śmiercią...
Czy chcesz pojąć za żonę
tę starą ladacznicę śmierć?
Ernest Hemingway
I
Norman, urodzony pod znakiem Wodnika, przebywał właśnie w Meksyku, gdy podano wiadomość o śmierci Hemingwaya. Przerzucił strony "New York Timesa", czytając gładko wystylizowane opinie różnych znakomitości, które w większości wcale nie były wielbicielami Hemingwaya - nie takimi! - i doznał ataku urażonej próżności na myśl, że redakcja nie zwróciła się do niego z prośbą o wypowiedź. Prawdę mówiąc, nie był wcale pewien, czy mógłby się na nią zdobyć. Doznawał przykrych uczuć w tym miazmatycznym i niepoddającym się analizie rejonie pomiędzy wątrobą a duszą. Samobójstwo Hemingwaya rzuciło go w objęcia lęku. W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od tamtych chwil, chyba ani jeden dzień nie minął mu bez myśli o śmierci.
Oczywiście w końcu zdecydował się na wypowiedź. Wściekłość spowodowana tym, że inni kierują światem znacznie gorzej, niż on sam by to zrobił, dodała mu odwagi do zabrania głosu. Świat mógłby w końcu wyciągnąć jakąś naukę z tego, co on, Norman, ma do powiedzenia - jego wiara w siebie wspierała się na takim właśnie, twardym jak diament fundamencie. Zresztą pewna dziennikarka brytyjska, która wraz z nim przemierzała Meksyk, uznała za właściwe uzyskać jego opinię na temat tego tragicznego zgonu.
Była to ostatecznie nie lada gratka: reakcja jednego z najbardziej znanych młodych powieściopisarzy amerykańskich na tragiczny koniec jednego z największych prozaików współczesnego świata. Rozmyślając więc o tym, że rozpryśnięty mózg Hemingwaya tkwi w atmosferze wszystkiego - cóż to za klątwa rzucona na jego naśladowców! - Norman wykrztusił z siebie coś, co było w istocie oświadczeniem politycznym. Nie żywił upodobania i nie miał pedagogicznego zacięcia do publicznych wystąpień. Poprzestańmy na tym, że perorował bez polotu: jakąż sekretną radość musiała wywołać ta śmierć w sercu każdego biurokraty; teraz pewnie poczuli się silniejsi. Miał oczywiście na myśli to, że Hemingway stanowił opokę, Hemingway potrafił dawać wiarę, że człowiek może jeszcze zakrzyczeć ciszę szpitalnego korytarza, oddychać ciepłem tchnienia dzikiego zwierzęcia, zaakceptować swoją codzienną dawkę lęku. A teraz największy ze współczesnych romantyków umarł. Lęk wyrwał się na wolność. Olbrzym nie spłacił swoich powinności i coś strasznego przyczaiło się w powietrzu. Technika zapełni lukę, w ciszę wedrą się trzaski zakłóceń, zaś człowiek być może nie zechce już dłużej korzyć się w lęku przed Bogiem.
II
Czy jesteśmy gotowi do filozoficznego startu? Zapewne nie pozostaje nam nic innego. Będziemy mimo wszystko próbowali zrozumieć astronautów. Jeśli pośrednictwo Aquariusa ułatwi nam zbliżenie się do tego celu, to dzięki temu, że jest on kimś w rodzaju detektywa i że w ciągu owych ośmiu lat uległ przeobrażeniom duchowym. Nauczył się obcować z pytaniami bez odpowiedzi. Oczywiście, jak zawsze, ma niewiele wspólnego z aktualnym duchem czasu - właśnie dlatego Norman nie jest pewien, czy wolno mu się nazwać Aquariusem. Urodzony 31 stycznia, ma prawo do tego imienia, lecz uważa za subtelną ironię losu fakt, że wchodzimy obecnie w Wiek Wodnika, podczas gdy on sam jeszcze nigdy nie był tak pozbawiony poczucia wieku. Prawdę mówiąc, nie czuje się nikim więcej niż poczciwym, nieco zepchniętym na bok duchem. To chyba najlepsza sytuacja dla detektywa.
Wybaczcie mu więc, jeśli znajduje pewną przyjemność w kojarzeniu dat. John F. Kennedy wygłosił swoją deklarację dotyczącą wyprawy na Księżyc niespełna sześć tygodni przed śmiercią Hemingwaya. Naród, zdecydował Kennedy, "powinien wytężyć siły, by jeszcze przed końcem tej dekady człowiek mógł stanąć na Księżycu i wrócić cało na Ziemię... Rozpościera się przed nami nowy ocean i uważam, że Stany Zjednoczone muszą nań wypłynąć". Należy przypuszczać, że Księżyc tego nie słyszał, lecz jeśli to prawda, że jest on stacją nadawczą i odbiorczą wszelkiego ludzkiego szaleństwa, widocznie nie ignorował naszego narodu od tego czasu. Cztery morderstwa polityczne, wojna w Wietnamie, pożary w murzyńskich gettach, hippisi, narkotyki, liczne rozruchy studenckie, konwencja demokratów w Chicago, strajk w nowojorskich szkołach, rewolucja seksualna - tak jest, po ośmiu latach tej dramatycznej, niemal katastrofalnej, bez wątpienia nawiedzonej dekady jesteśmy gotowi do lotu na Księżyc.
Było to dziesięciolecie tak nieustabilizowane w porównaniu z całą historią Ameryki, że Aquarius, który rozpoczął je napaścią na swoją drugą żonę w roku 1960, miał je zakończyć jako kandydat z ramienia Partii Demokratycznej na stanowisko burmistrza Nowego Jorku. W najgorętszym maju i czerwcu, jakie pamiętał, wygłosił w ciągu sześćdziesięciu dni ze trzysta przemówień, wystąpił ogromnie wiele razy w radiu i telewizji, przemierzył setki ulic, uścisnął tysiące dłoni - niekiedy ściskał ich dwa lub trzy tysiące dziennie - pracował po czternaście, szesnaście godzin na dobę, obywał się czterema, pięcioma godzinami snu i niejednokrotnie budził się z jasną i intensywną pewnością zwycięstwa. Norman był leniwy, a polityka zmusiłaby go do szesnastu godzin pracy dziennie przez resztę życia. Miał tak wielki kompleks winy, że spodziewał się wyboru jako stosownej i należnej mu kary za grzechy. Mimo to pragnął wygranej. Już nigdy nie chwyciłby za pióro, gdyby został burmistrzem (zajęcie to niewątpliwie zniweczyłoby jego talent), lecz za to trzymałby rękę na sterze Historii, a przecież Norman nie był pozbawiony takich ambicji.
Dotarł do mety jako czwarty z pięciu kandydatów i politykę miał z głowy. Prawdę mówiąc, nie popisał się zbytnio w tym wyścigu. Najwyraźniej nie miał owej apokaliptycznej zdolności zjednywania sobie ogromnych rzesz wyborców. Po całej tej historii zostało mu uczucie obrzydzenia do siebie. Miał dość własnego głosu, własnej twarzy, własnej osoby, charakteru, idei, przemówień i poczucia ważności w ogóle. Nie czuł się nieszczęśliwy, raczej lekko przygnębiony, nieco wyczerpany, mądrzejszy, bardziej tolerancyjny, smętny, pozbawiony próżności, a nawet po trosze pokorny. Taki pozbawiony powłoki cielesnej duch. Coś się wypaliło w jego duszy w ciągu tych ośmiu tygodni walki wyborczej, a mimo to nie był w pełni świadom, co tak naprawdę roztrwonił. Lecz mógł to być właśnie znakomity stan do rozważań nad lotem "Apolla 11" na Księżyc - Norman był przecież całkowicie oderwany od kategorycznych wymagań własnego "ja" i mógł się oddać rozmyślaniom o astronautach, przestrzeni, programach kosmicznych, o Księżycu, w ogóle nie zważając na fakt, że ci bohaterowie, te byty i te siły nie są mu przyjazne. Był niczym duch jakiejś zniweczonej właśnie kwintesencji przeszłości, toteż w końcu pozwolił sobie ochrzcić się Aquariusem. Uznał to za znakomite imię dla kogoś, kto się zabiera do dociekań nad rakietami. Wodnik, duch wód, przemierzał ziemię i oddychał powietrzem. Trzy elementy stanowiły jego żywioł: ciało stałe, ciecz i gaz, i było w tym coś pokrewnego rakiecie. "Apollo 11" miał opuścić Ziemię, poruszać się dzięki spalaniu ciekłego paliwa i przemierzać próżnię, a czym w końcu jest próżnia, jeśli nie krańcowym stadium rozprężania się gazu? Takimi to nienaukowymi torami biegła myśl Normana spod znaku Aquariusa.
III
W samym środku kampanii wyborczej o fotel burmistrza pojawiła się w prasie wzmianka, której nagłówek głosił, że kandydatowi zaoferowano milion dolarów za książkę o astronautach. Rzecz była osobliwa, ponieważ kwoty podane w tekście sumowały się zaledwie do czterystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, w dodatku ta ostatnia liczba, acz nieco przesadzona, nie była zbyt odległa od prawdy. Szczerze mówiąc, Aquarius byłby szczęśliwy, gdyby mu została jakakolwiek gotówka, bo tkwił po uszy w długach zaciągniętych na produkcję trzech filmów (które sam finansował), choć liczył też na to, że po ich spłaceniu i uregulowaniu podatków będzie miał z czego żyć i rozmyślać przez rok. Nieźle. Musiał tylko stworzyć dzieło o wyprawie na Księżyc. Bagatela. Równie łatwo mógłby się udać nad Amazonkę, by badać kamienie księżycowe, jak napisać książkę o całkiem sobie obcych problemach kosmicznych, którą opinia publiczna szacowała na milion dolarów. W istocie już wszyscy go szacowali na milion dolarów, bo z chwilą pojawienia się w prasie owej notatki wpłaty na jego kampanię wyborczą ustały. Aquarius nie wiedział, kogo za to błogosławić: bogów, "Timesa" czy kogoś w biurze swojego agenta.
Oczywiście nie sprawiło mu przykrości, że pospiesznie napisana przezeń książka jest zdaniem ogółu warta milion dolarów - licząc wszystko: wydanie w twardej oprawie i broszurowe, przedruk w czasopismach, prawa autorskie za granicą.
Wprawdzie Aquarius jako literat nie cieszył się nigdy poważaniem, na jakie we własnym mniemaniu zasługiwał, lecz zdobył najwyższe uznanie jako dziennikarz. Ludzie, których nigdy nie widział na oczy, przyznawali mu tytuł najlepszego amerykańskiego publicysty, co on sam uważał za ironię losu, bo przecież wiedział, że nie jest nawet dobrym dziennikarzem i zapewne nie mógłby utrzymać wysokiej pozycji w zawodzie, gdyby musiał codziennie oddawać coś do druku. Znał wielu reporterów i zdawał sobie sprawę, że ten rodzaj pracy wymaga szczególnych predyspozycji. Taki człowiek musi przede wszystkim odznaczać się nienasyconą ciekawością, która nie da mu spocząć, dopóki nie ujawni on tajemnicy kryjącej się w każdym, nawet najbardziej błahym wydarzeniu. Tymczasem Aquarius już dawno temu oparł swoją filozofię na niezachwianym przekonaniu, że nic nie jest ostatecznie poznawalne - to stosowna nagroda za lata dorastania i dojrzałości męskiej spędzone na próbach zgłębienia prawdziwej natury kobiety - więc nie interesowały go drobne sekreciki ukryte za nieważnymi wydarzeniami (za którymi nieodmiennie kryły się dalsze sekreciki). Starał się dochodzić sensu wydarzeń zmysłami, a że był równie krótkowzroczny jak próżny, wolał wywąchać sedno sprawy na odległość. Jego duch zrywał kontakt z szarymi komórkami mózgu nieraz na całe dnie, lecz gdy nadchodził właściwy czas - patrzcie i podziwiajcie! - wszystko stawało się dlań jasne. Posługiwanie się nosem ma swoje dobre strony; technice nie udało się jeszcze stworzyć nauki o węchu.
Wyobraźcie więc sobie zgryzotę i frasunek Aquariusa, kiedy dwa tygodnie po zakończeniu kampanii wyborczej dotarł do Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych NASA w Houston i odkrył, że niczego nie może tam wywęszyć. To nie był rewir dla niego.
Aquarius wychował się w Nowym Jorku. Rozumiał miasta, w szczególności wielkie metropolie, i cieszył się, że pozna Houston. Pojmujecie więc, jaką przyjemność sprawiło mu odkrycie, że Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych wcale nie znajduje się w Houston, a około czterdziestu kilometrów na południe, w środku tej bezimiennej, niemal pozbawionej drzew równiny, która ciągnie się nieprzerwanym, ubogim w roślinność pasem od Houston do Galveston. Dalej na wschód - jak Aquarius miał niebawem stwierdzić - leżą Seabrook i Kemah, na południe Texas City, a nad samą zatoką Galveston. Kraina zmysłowa, gorąca i płodna, domy na palach i stare rudery - oto wybrzeże Zatoki Meksykańskiej. Aquarius polubił tę ziemię, a gdyby tu zamieszkał, też pisałby jak Tennessee Williams. Dzięki tej podróży odkrył, że Tennessee po prostu rejestrował swój żywioł.
Ale to wszystko było wiele kilometrów dalej. Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych rozłożył się na dużej połaci ziemi, suchej i płaskiej niczym parking dla samochodów. Minąwszy strażnika w bramie, nie jesteś w stanie odgadnąć, czy znajdujesz się w wielkich zakładach przemysłowych produkujących komputery lub przyrządy elektroniczne, czy też we wspaniałym, nowoczesnym więzieniu bez krat. Żadnego klucza do zagadki. Czy jest to potężne towarzystwo kredytowo-ubezpieczeniowe, które pewnego dnia postanowiło się schronić na tym pustkowiu za ogrodzeniem, czy też ten geometrycznie uporządkowany kompleks białych, nowoczesnych budynków, surowych, ascetycznych, pozbawionych jakichkolwiek ozdób, dwu- lub trzypiętrowych, z wyjątkiem ośmiopiętrowego gmachu administracji, to w rzeczywistości najnowsza i najlepsza klinika radiologiczna? A może jest to miasteczko studenckie, jedno z owych nieszczęsnych, dziewiczo nowych miasteczek studenckich o budynkach białych jak pasta do zębów, oknach w aluminiowych ramach, ścieżkach poprowadzonych pod kątem prostym, bądź przeciwnie - w starannie wykalkulowanych zygzakach dla uniknięcia kątów prostych - miasteczko, którego ogólny charakter sugerowałby studia administracyjno-ekonomiczne, słowem, miasteczko uniwersyteckie świeżo zbudowane w miejscu spalonego w ostatnich rozruchach studenckich?
Tak naprawdę był to Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, miejsce pracy astronautów, gdzie odbywali oni treningi w symulatorach misji i symulatorach łączenia pojazdów, miejsce, z którego kontrolerzy będą kierować lotem i udzielać astronautom wskazówek - ziemski mózg astronautów w czasie ich pobytu w kosmosie. Jako że ów zespół budynków wyglądał jak najgorsze z miasteczek uniwersyteckich przyszłości, pozbawiony zieleni, biały jak papka z magnezji, z budynkami bez okien i laboratoriami, które mogłyby być pomieszczeniami dla komputerów - i były nimi w istocie! - pomyłka wydawała się w rzeczy samej całkiem zrozumiała. A skoro Lyndonowi Johnsonowi, wówczas wiceprezydentowi USA, udało się ulokować Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, tę kurę znoszącą złote jajka, w Teksasie, na terenie, który przypadkiem znał i który znajdował się na południe od Houston, a należał do pewnego sympatycznego faceta o nazwisku Humble (Humble Oil and Refining), gotowego odstąpić go rządowi na rozsądnych warunkach - pojęcie "rozsądny" przy takiej okazji daje się rozsądnie potraktować i dowolnie rozciągnąć - transakcja kupna mogła nawet zawierać klauzulę, że w razie rozwiązania NASA i rezygnacji z programu badań kosmicznych projektowane zabudowania dadzą się bez trudu adaptować na filię Uniwersytetu Rice'a w Houston. A więc mogło to być jednak miasteczko uniwersyteckie! Niechby ktoś spróbował powiedzieć, że Lyndon Johnson nie jest superpatriotą lokalnym, zawsze gotowym coś zdziałać na rzecz Teksańskiego Stowarzyszenia Popierania Kultury Miejscowej!
Pomyślcie więc sami, czy i na ile to miejsce mogło zadowolić zmysł powonienia Aquariusa. Nie lepiej było i w sąsiedztwie ośrodka. Pobliskie osiedle, Nassau Bay, zamieszkałe przeważnie przez pracowników technicznych, inżynierów i urzędników, rozciągało się na drugim końcu szosy nr 1 należącej do NASA, wokół skrawka wody zwanego Clear Lake. Nassau Bay i podobne mu okoliczne osiedla były tak samo nowe: drogi wiodły przez nie w zakrętach do tego stopnia pozbawionych jakichkolwiek niespodzianek, że było oczywiste, iż wyszły spod krzywika kreślarza. Wprawdzie budynki o rozsądnej architekturze, przeważnie w spokojnych, ziemistych barwach, ciemnych brązach, terakocie, piaskowych beżach, stanowiły nowoczesne i bezpretensjonalne połączenie stylu szwajcarskich domków, stylu elżbietańskiego lub Tudorów z elementami hacjendy, lecz były pozbawione jakiejkolwiek woni czy odoru. Aquarius odkrył, że cenimy sobie powonienie, bo dzięki niemu możemy odczuć czas. Rozpoznajemy wiek czegoś po zapachu: woń młodości, wieku dojrzałego i rozpadu splata się w subtelną kompozycję, by zdradzić nam natychmiast - jeśli nie uciekniemy przed myślą o śmiertelności wszechrzeczy - ile czasu wchłonął dany byt.
Po ludziach pracujących dla NASA też nie można się było spodziewać pomocy. Wszystko świadczyło o tym, że należą do wielkiej kasty Amerykanów, być może większości narodu, którą w Nowym Jorku widuje się jedynie w telewizji. Jednym słowem, były to Waspy1, a w nowojorskim folklorze panuje przekonanie, że nie mają one zapachu. Z punktu widzenia tego miasta Waspy, będące już w połowie drogi na Księżyc, wykorzystują całą swoją biegłość do tego, by zdobywać coraz więcej pieniędzy na zakup dezodorantów, depilatorów, płynów do płukania ust, aerozoli do włosów, a dla pań - Arridu. Lecz ten sarkazm nie jest najwyższego lotu. Byłoby w ogóle w złym guście rozwodzić się nad czyjąś ucieczką od woni, gdyby nie fakt, że jeśli istotnie cenimy sobie lub boimy się zapachów, bo zawierają one w sobie pierwiastek przeszłości i prognozę przyszłości, łączą nas węzłem małżeńskim z czasem i doczesnością, w opinii Aquariusa Waspy nieprzypadkowo były najbardziej faustowskim, barbarzyńskim, okrutnym, nastawionym na postęp i niszczącym wszelkie tradycje plemieniem na ziemi. Wzięły rozbrat z wonią, by przezwyciężyć czas i przekonać się, czy dzięki temu nie uda się im umknąć śmierci! Ni mniej, ni więcej! Popadanie w taką przesadę trąci maniactwem, lecz pomyślcie sobie, gdzie byłby dziś dr Christiaan Barnard, gdyby tuż przed swoją pierwszą transplantacją serca stwierdził: "Nic z tego nie będzie, ten organ jest zbyt bezwonny, żeby jego nowy właściciel czuł się z nim dobrze!".
Jeśli więc mamy powiązać wielki mózg NASA z jakimś konkretnym zmysłem, będzie nim oczywiście wzrok, gdyż to oko rejestruje obiektywne fakty (które w ośrodku noszą nazwę danych). Dlatego mężczyźni pracujący na końcu szosy nr 1 NASA, w Ośrodku Kosmicznych Lotów Załogowych, mieli jasne, krągłe oczy w kształcie jagody (o źrenicach nie większych niż małe, twarde, kwaskowate owocki). Wszyscy wydawali się jednakowo ubrani, w ciemne spodnie, białe koszule z krótkimi rękawami i krytym zapięciem oraz ponure, wąskie krawaty. Mieli plakietki identyfikacyjne przypięte do kieszonek koszul i nosili je z dumą. Niemal każdy miał proste, krótko ostrzyżone włosy. Wysocy czy niscy, byli przeważnie szczupli, a jedyne, co różnicowało w oczach Aquariusa tych inżynierów, techników i niższych urzędników, było to, że duża ich część nosiła okulary w ciemnych rogowych oprawach i ci byli przeważnie niżsi, bledsi, ich powierzchowność nie miała w sobie niczego wyzywającego, niczego rzucającego się w oczy, słowem, mieli wygląd typowych fizyków, inżynierów, statystyków, techników maszyn cyfrowych czy młodych naukowców. Mogli pochodzić z każdego zakątka Stanów - akcent, wygląd i sposób bycia nie zdradzały żadnych regionalizmów - jednak zdaniem Aquariusa większość pochodziła ze Środkowego Zachodu.
Drugą kategorię stanowili mężczyźni wyżsi, bardziej atletyczni, o nieco pospolitszym wyglądzie, opaleni mimo pracy w zamkniętych, klimatyzowanych pomieszczeniach. Mieli chłodny, energiczny, powściągliwy sposób bycia ludzi, którzy opanowali swój porywczy i żywiołowy temperament, promieniowali przy tym poczuciem dyscypliny, ładu i prawdziwie męską, choć kontrolowaną stanowczością. Aquarius, który mimo swoich czterdziestu sześciu lat i fatalnej skłonności do tycia chętnie wierzył w swoją męskość - cóż cenniejszego może mieć artysta? - musiał przyznać z pewnym żalem, że są to naprawdę mocni ludzie. Przypominali mu oficerów i żołnierzy ze 112 teksańskiego pułku kawalerii, jednostki, w której on sam w czasie wojny służył za oceanem. Toteż uznał za pewnik, że ci wszyscy funkcjonariusze, atletyczni inżynierowie, specjaliści od kontroli lotu, instruktorzy różnych kursów treningowych dla astronautów oraz "złote rączki" pochodzą głównie ze stanów południowo-zachodnich. Ich morale było wspaniałe. Byli tak dumni z NASA, statku macierzystego, "Lema" i Stanów Zjednoczonych Ameryki, że głos im nieco chrypł z przejęcia, kiedy rozmowa schodziła na te tematy.
Obie kategorie pracowników NASA starały się być maksymalnie pomocne - ale w sposób, który nie pomagał w żaden sposób Aquariusowi. W agencji obowiązywał styl, który Aquarius zaczął stopniowo odgadywać. Na każde zadane pytanie otrzymywało się odpowiedź i - jak mu się zdawało - była ona zawsze prawdziwa. Być może w NASA, w odróżnieniu od innych instytucji państwowych, zrozumiano, dlaczego najlepszą polityką jest uczciwość; rzecz w tym, że żaden krętacz nie uwierzy w przedstawioną mu prawdę, a raczej zinterpretuje ją jako kłamstwo, które tylko on potrafi przekształcić w coś bliskiego prawdy. Źródłem siły agencji mogło się stać przypuszczenie, że jednak znajdą się uczciwi ludzie, którzy uznają jej prawdomówność. Wszyscy tam byli zatem nader uprzejmi, pomocni, chętnie służyli wszelkimi informacjami, z anielską cierpliwością powtarzali setki razy to samo i wydawali się w jakiś ledwo uchwytny sposób dumni, że każdy z nich może zostać zastąpiony przez kogoś innego, jakby tajemnicą ich dyscypliny, siły i morale była depersonalizacja, posunięta do tego stopnia, że stali się prawdziwymi chrześcijanami, grzecznymi, usłużnymi, wymienialnymi i wypełniającymi jakąś doniosłą misję.
Niestety, rozmowa mogła się toczyć jedynie według z góry ustalonego schematu. Byli gotowi odpowiedzieć na każde, nawet najbardziej wymyślne pytanie o szczegóły techniczne, a obfita, powielana literatura, niejednokrotnie na tyle wartościowa, że można by ją uznać za tajną, była dostępna dla wszystkich dziennikarzy. Rzecz w tym, że żadną miarą nie można ich było skłonić do filozoficznego meandrowania. Jak przystało na prawdziwych Amerykanów, zawsze mówili kodem. W tym przypadku kodem był żargon techniczny. "Cała filozofia monitorowania schodzenia na mocy polega na tym, że kiedy Pings (PGNCS) zdeceleruje..."; "Duża wartość Delta V jest po to, żeby skompensować składową wsteczną" - tego rodzaju notatki poczynił Aquarius w trakcie półgodzinnego wywiadu z Gene'em Kranzem, szefem działu kontroli lotu, odpowiedzialnym za sprowadzenie "Lema" na powierzchnię Księżyca. Kranz, trzydziestoparoletni, twardy, zielonooki, ostrzyżony na jeża mężczyzna, wyglądał i mówił niczym zawodowy gracz w piłkę nożną. I w istocie wypowiadane przez niego zdania łączyło z futbolem jakieś podobieństwo: pojawiały się z równą szybkością i miały ten sam ciężar gatunkowy. "W ciągu pierwszych pięciu minut schodzenia w dół - mówił Kranz - lądowanie będzie niemal luksusowe. Za to w ciągu trzech ostatnich "Lem" pójdzie jak burza". Wywiad z Kranzem przeprowadzano na tle ponad dwudziestu pulpitów sterowniczych i ponad czterdziestu ekranów kontrolnych, nagich szarozielonych ścian i sufitu z trzydziestoma pięcioma rzędami lamp, w nasyconym szarością wnętrzu hali kontroli lotu. Kranz był za pan brat z nazwami: sekcja sterowania i nawigacji, sekcja nawigacji awaryjnej (Pings i AGS), cyfrowy autopilot (DAP), parametry lotu silnikowego, układ nawigacji inercyjnej (IMU), program sterowania sekwencją operacji, reakcyjny system sterowania (RCS). Mówił o Te-Eff-Em, o macierzy współrzędnych punktów odniesienia, SMC, PDI i SECST, żonglował pełnymi nazwami i skrótami na zmianę.
Kranz żył w świecie przyrządów i pojęć, na których poznanie w takim stopniu, by odgadnąć ich charakter, Aquarius potrzebowałby lat. Tak, prawdziwi Amerykanie zawsze mówili szyfrem. Zamykali się w szczelnych kokonach profesjonalnych klanów, gdzie kody odgrywały rolę więzów krwi. Potrafili więc być uprzejmi, pomocni i życzliwi, lecz odseparowywali się łagodnie, jeśli ich kody do siebie nie przystawały. Aquarius był zmuszony uznać, że o ile dla artysty maszyna odgrywa rolę pomocniczą, jest narzędziem, którego sens istnienia sprowadza się do możliwości korzystania z niego - jak maszyna do pisania, służąca do stworzenia arcydzieła - o tyle dla inżyniera funkcję służebną pełni przekaz, zaś maszyna jest dziełem sztuki.
Być może właśnie dlatego podczas rozmów z inżynierami z NASA Aquarius przypominał sobie uczucie, jakiego doznał, kiedy patrzył na ślepe ściany nowiutkich budynków wyrastających na pustynnym terenie ośrodka kosmicznego i wokół niego. Pozbawione okien budowle wydały mu się równie złowrogie jak jakiś wstrętny gatunek grzyba, który rozrasta się niepohamowanie w samym środku nicości. Te architektoniczne purchawki zdawały się mówić: "Patrzcie, służymy tu zespołowi maszyn elektronicznych i nie potrzebujemy okien, ponieważ tworzymy architektoniczną czaszkę dla całkiem nowego gatunku mózgu".
Z powodu braku okien są również pozbawione uszu, więc Aquarius nie mógł im oznajmić: "Moimi oknami są moje oczy".
"Przyjmij do wiadomości, chłoptasiu - odpowiadały ściany bez okien - że nie masz tu nic do roboty".
Aquarius zatrzymał się w motelu, zadziwiająco luksusowym jak na tę teksańską równinę. Zajmował dwa pokoje, w jednym miał do własnego użytku basen o wymiarach dwa metry na półtora i o przeszło metrowej głębokości, zalany zielonym światłem. W drugim pokoju mieściło się okrągłe łoże królewskiego formatu, pokryte czerwonym aksamitem. Wcześniej udało mu się ustalić, że wyposażenie wnętrza to dzieło nowego właściciela, który luksusem chciał przywabić w ten nieciekawy krajobraz młode pary na miodowy miesiąc. Niestety, klientela w dalszym ciągu rekrutowała się spośród inżynierów z firm pracujących dla NASA, którzy odwiedzali ośrodek lotów. Aquarius usiłował sobie wyobrazić paru z niedawno poznanych inżynierów i tych o księżycowo bladych obliczach, jak leżą pogrążeni we śnie na okrągłym, królewskim łożu, krytym czerwonym aksamitem. I jakby dla podkreślenia tego splotu dwóch stuleci: czerwonego pluszu wieku dziewiętnastego i szarych tranzystorów wieku dwudziestego, w motelu mieścił się klub, w którym pracowały dwie striptizerki. Pewnego wieczoru jedna z nich, zszedłszy nagle z posterunku, ruszyła w stronę baru. Barman coś do niej wyszeptał, a ona wróciła na scenę, włączyła ponownie grającą szafę, zachichotała i rzuciła w tchnącą techniką atmosferę sali: "Psiakość, na śmierć zapomniałam zrzucić kieckę".
Była to pulchna, flegmatyczna dziewczyna z prowincji. Aquarius widział już wcześniej jej występ. Wykonywała wtedy swoją pracę z zapałem, kołysząc piersiami i ruszając brzuchem na fali świadomej obietnicy, a żarłoczność kuszących bioder kazała ją uznać za prawdziwą tygrysicę, lecz owego wieczoru na środkowych miejscach siedziało sześciu jej kumpli z Houston, którzy robili wrażenie, jakby dopiero co zeszli ze swoich motocykli. Nie wyglądali na pracowników NASA.
W monotonii doznań zdarzały się wyjątki. Aquarius zastał zaproszony na przyjęcie wydane przez Pete'a Conrada, ściślej mówiąc, Charlesa Conrada juniora, przyszłego dowódcę wyprawy "Apolla 12" na Księżyc, i nie był to nieudany wieczór. Conrad okazał się nieco bezceremonialny, nie bacząc na konwenanse, potrafił dać szturchańca, a jego żona Jane była na swój spokojny sposób fantastycznie pociągająca. Mieli czterech synów, ładnych, udanych chłopców. Jeden z nich, dwunastoletni Tommy, zapisał się trwale w pamięci Aquariusa, bo zademonstrował przed fotografem karkołomny zjazd na rowerze z dachu garażu wprost do basenu kąpielowego. Norman bawił się u Conradów znakomicie - przypominało to trochę wieczór w Westchester, z tą różnicą, że tutaj był Teksas, więc Aquarius przebrał się w końcu w spodenki kąpielowe, by nie trzymać się kurczowo krawędzi basenu, kiedy goście zechcą go zepchnąć do wody. Przyjemnie podchmielony, pławił się w ciepłą teksańską noc w ciepłym teksańskim basenie, dokazując z dwiema teksańskimi damami - tak mogłyby wyglądać zmysłowe uciechy Wschodu. Następnego dnia przypomniał sobie, jak Conrad mówił do niego ponad rozstawionym w ogrodzie rusztem do pieczenia mięsa: "Przez sześć lat marzyłem o podróży na Księżyc" - i oto Księżyc, nieodstępny towarzysz, nagle realny i na dotknięcie ręki, znalazł się tuż przed nim.
Aquarius obserwował Armstronga, Aldrina i Collinsa w ciągu długiego dnia, jaki spędził na kolejnych konferencjach prasowych z reporterami dzienników, czasopism i telewizji, i dowiedział się bardzo wiele. Z braku zapachów włoski w jego nozdrzach zaczynały drgać przy najdrobniejszych nawet poszlakach. Rozmyślał sporo o astronautach i zapewne potrafiłby spłodzić parę interesujących myśli na temat ich psychiki. Miał poczucie, jak gdyby zaczął się zagłębiać w całkiem nowy świat, tak tajemniczy dla jego duszy detektywa (zgodnie z jego rozumowaniem wszyscy obdarzeni fantazją pisarze są detektywami), że mógł tylko powtórzyć to, co powiedział, kiedy po raz pierwszy zaproponowano mu to zajęcie: że tak naprawdę to sam nie wie, czy program kosmiczny jest najszlachetniejszym wyrazem dwudziestego wieku, czy też płodem powszechnego obłędu. W końcu fakt, że o funkcjonowaniu tego programu decyduje logika, może być właśnie oznaką obłędu, bo gdy dochodzi do zaatakowania jakiegoś problemu, obłęd wydaje się bardziej logiczny niż zdrowy rozsądek.
Takie to wątpliwości nurtowały go w czasie rozmowy z drem Robertem R. Gilruthem, dyrektorem Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych, lecz oczywiście nie spytał o nie wprost, a gdyby nawet to zrobił, i tak nie dostałby odpowiedzi, bo spekulacje myślowe nie wchodziły w zakres czyjegokolwiek programu w NASA. Gilruth miał pod sześćdziesiątkę i w żadnym razie nie należał do nowego pokolenia ludzi techniki. Jako student pracował dla Piccarda, starego baloniarza, i odkrył zjawisko prądu strumieniowego2, kiedy balon, który zbudował wraz z żoną, wzleciał w Minnesocie i opadł w Missisipi. Był to rodzaj historyjki nadający się do niedzielnego dodatku gazety, a Gilruth musiał już wielokrotnie o tym opowiadać, gdyż należało to do taktyki trzymania reportera na dystans. Aquarius szybko się zorientował, że dr Gilruth wypracował styl swoich oficjalnych wypowiedzi w epoce Eisenhowera i nawet wyglądał niczym złagodzona wersja Eisenhowera z lat pięćdziesiątych: w podobny sposób wyłysiał, miał głębokie, łagodne, życzliwe oczy, które nadawały mu niemal świątobliwy wygląd, i mówił cichym głosem. Rozmowa odbywała się w wielkim gabinecie Gilrutha, wysoko, w gmachu administracji, skąd roztaczał się widok na regularną układankę budynków i dróg ośrodka. Aquarius usiłował powiedzieć coś pocieszającego na temat owego widoku, lecz okazało się to zbyt trudne, próbował więc zaskarbić sobie zaufanie Gilrutha w inny sposób. Z zacnym doktorem trudno było nawiązać kontakt psychiczny - na najzwyklejsze nawet pytanie odpowiadał tak rozwlekle, z wahaniem, z tyloma przestankami, jak gdyby akt mówienia był dla niego bolesny, brakowało więc bodźca do dalszej konwersacji. Był niezwykle kulturalny i nie zależało mu na taniej popularności, jak gdyby - zgodnie z jego prywatnym zdaniem - dobra administracja i środki masowego przekazu były od siebie bardzo odległe. W tym sensie nie był on zapewne odpowiednim reprezentantem stylu NASA. Bardzo miły, lecz zdystansowany, przypominał raczej chińskiego mandaryna; jakimś trafem także Eisenhower był mandarynem.
Aquariusowi tylko raz się udało go dosięgnąć. Zapytał w pewnej chwili: "Czy pan się nigdy nie bał, doktorze Gilruth, że lądowanie na Księżycu mogłoby spowodować jakieś zaburzenia psychiczne tutaj, na Ziemi?". Spostrzegłszy cień bólu w spojrzeniu Gilrutha, który usiłował na tego rodzaju pytanie sformułować odpowiedź w stylu NASA, Aquarius pospieszył dodać: "Chodzi mi o to, że wielu ludzi reaguje na pełnię Księżyca, no i są oczywiście przypływy".
Nie pomylił się. Kiedy zamilkł, w pokoju zawisło tchnienie lęku. Zaledwie ślad, lecz nozdrza Aquariusa zadrgały. Gilruth odczuwał tę ciszę w podobny sposób, Aquarius mógłby przysiąc. Doktor z wdzięcznością podchwycił temat przypływów. O tak, mają wpływ na ukształtowanie wybrzeży i działalność ludzką nad morzem - trudno było o odpowiedź w bardziej eisenhowerowskim stylu - lecz potem, jakby problem wciąż go prześladował, Gilruth skończył tę długą dywagację i powiedział wreszcie: "tak". Widział pewne dane dotyczące tej sprawy i wygląda na to, że liczba przyjęć do szpitali psychiatrycznych w czasie pełni Księżyca jest wyższa. I znów niepokój i milczenie pomiędzy dwoma mężczyznami, krańcowo różne od tej pełnej napięcia ciszy oczekiwania, kiedy w grę wchodzi seks. Nie, teraz to było coś zupełnie innego, raczej poszukiwanie wyjścia z zaklętego kręgu rosnącego coraz bardziej milczenia. Kogo będzie więcej kosztować jego przerwanie? Cisza stawała się namacalnym przejawem teraźniejszości, tym jej tchnieniem, które trzyma w swojej mocy rzeczy ostateczne. Gilruth wziął na siebie odpowiedzialność, mówiąc w końcu: "Sądzę, że Księżyc dla różnych ludzi znaczy coś innego. W opisie Franka Bormana z "Apolla 8" przedstawiał się jako raczej odstręczające miejsce. - Gilruth wyglądał ponuro, kiedy o tym wspominał. - Natomiast Stafford, Cernan i Young z "Apolla 10" przekazali nam inny obraz: Księżyc jest sympatyczny, że tak powiem, i wcale nieodpychający, może tam być całkiem przyjemnie". Uśmiechnął się łagodnie, z nadzieją, a może i lekkim żalem, że miał swój udział w milczeniu. Skinęli ku sobie głowami.
ROZDZIAŁ 2 - Psychika astronautów
I
Spróbujmy przyjrzeć się bliżej astronautom. Aquarius zobaczył ich po raz pierwszy 5 czerwca, jedenaście dni przed startem, w nowoczesnym kinoteatrze z pomarańczowymi fotelami i ciemnym sufitem o fakturze przypominającej fale niemodnej fryzury, sufitem ze sztucznego tworzywa, który niewątpliwie został zaprojektowany przez jednego z najlepszych w kraju specjalistów od akustyki. Nauka o dźwiękach z pewnością znacznie wyprzedza naukę o zapachach, lecz, jak się zdaje, sale koncertowe zawdzięczają dobrą akustykę bardziej staremu drewnu, opiece monarchów i błogosławieństwu biskupów niż ostatnim osiągnięciom nauki czy techniki, toteż i w tym kinoteatrze na sześćset miejsc akustyka była oczywiście nie do wytrzymania. Megafony wydawały trzaski, skrzeczały i chrypiały (chyba łatwiej byłoby się skontaktować z ludźmi oddalonymi o pół miliona kilometrów), więc człowiek nie miał możliwości poznania rzeczywistych zalet akustycznych sali. Ściany i sufity wyłożone były sztucznym tworzywem. O ile można się było zorientować, barwa dźwięku, pierwotnie nieco grobowa, była następnie rozjaśniana elektronicznie i w rezultacie przykra dla tego nienazwanego, a przy tym czułego nerwu, który biegnie od bębenka usznego do odbytu. W miarę jak specjaliści od akustyki robią postępy, fabryki wytwarzają na ich potrzeby tworzywa coraz bardziej wyrafinowane akustycznie, a jednocześnie spłycające duchowo - jest to prawo stulecia. Człowiek wciąż musi się przystosowywać do wypowiedzi publicznych poprzez najsubtelniejszy kanał bólu.
Niemniej ten kinoteatr zasługiwał na miano perły Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych. Sala stanowiła część centrum dla turystów, którzy mogli zwiedzać muzeum kosmiczne ze stosunkowo skromną kolekcją satelitów, członów załogowych, przezroczy, afiszy i rozmaitych rekwizytów, teraz zamknięte i oddane telewizji, by mogła tam zainstalować swoje monitory i kable. Natomiast galerię na tyłach teatru zmieniano właśnie na centrum prasowe projektu "Apollo", centrum, które w ostatecznym kształcie miało być wyposażone w niezliczone szeregi biurek, telefonów, maszyn do pisania i jednego gigantycznego Buddę - ekspres do kawy (kawa dostarcza najlepszej namiastki satori3, na jaką stać prasę).
Na widowni, gdzieś w okolicy ósmego rzędu, znajdowała się platforma, na której ustawiono kamery telewizyjne. Widziane ze sceny, przypominały baterię artyleryjską na blankach twierdzy. Pierwszy rząd mieścił pięćdziesięciu fotoreporterów, to jest pięćdziesiąt torsów i par kończyn, a każda para była okręcona wokół własnego, okrągłego, wielkiego szklanego oka. Z lamp przymocowanych koło głów reporterów tryskały małe płomyki błyskawic. Astronauci tak naprawdę nie musieliby się udawać na Księżyc, bo obrazek rodzajowy z innej planety mieli już przed sobą. W środkowych rzędach, między fotoreporterami a barykadą z kamer telewizyjnych, rozsiadło się kilka setek dziennikarzy płci obojga, przybyłych do Houston na konferencję prasową. Stanowili dziwaczną mieszaninę wysokich kompetencji i niemal zupełnego kretynizmu; jedni, od lat przypisani do programu kosmicznego, byli niemal równie oblatani jak inżynierowie z NASA, inni zaś - dziecięca naiwność w wielkiej zabawie w lot na Księżyc - nie potrafili nawet ocenić, gdzie kończy się skatologia, a zaczyna fizyka; to tak, jakby młodych pracowników naukowych z Institute of Advanced Studies w Princeton wpakować do jednej grupy z młodymi, fajnymi chłopakami z wojskowego kursu dla wtórnych analfabetów. Z takiego to worka miały się wydobywać pytania do astronautów. Chwileczkę! Zaraz będą przykłady.
Astronauci wyszli na scenę w maskach przeciwgazowych, szarych, ryjonosych osłonach, które sterczały do przodu i nadawały ich profilom wygląd budzący skojarzenie z gotowym do szarży odyńcem. Byli tego w pełni świadomi - świadczył o tym ich wesoły nastrój, kiedy pojawili się w sali. Tymczasem już od paru dni kroił się żart: dziennikarze chcieli wystąpić na ich powitanie w białych, szpitalnych maskach. Aby w miarę możności uchronić astronautów przed ewentualną infekcją tuż przed lotem, zastosowano częściową kwarantannę: ograniczono ich kontakty do niezbędnych. Konferencja prasowa należała do tej kategorii, więc Armstronga, Aldrina i Collinsa umieszczono na scenie w wielkim plastikowym pudle o szerokości czterech metrów, a wysokości i głębokości trzech. Wentylatory zainstalowane wewnątrz tego trójściennego pokoju wydmuchiwały wydychane przez nich powietrze w kierunku widowni, natomiast zarazki rozsiewane przez dziennikarzy nie mogły się przedostać do klatki. W zasadzie nie było to pozbawione sensu. Co prawda przyczyna zwykłego zaziębienia jest wciąż nieznana, lecz ogólna wiedza o infekcjach pozwala domniemywać, że częściowa kwarantanna może być po części skuteczna. Jednak w tym przypadku zastosowane środki nie były najszczęśliwiej dobrane. Ludzie siedzący w plastikowej klatce wyglądali nieco absurdalnie, a kilku dziennikarzy, którzy urzeczywistnili planowany żart i włożyli maski z gazy, wywołało szeroki uśmiech astronautów, jakby ci chcieli się w ten sposób odciąć od tej piramidy ostrożności, której się w istocie podporządkowali.
Kiedy już zajęli miejsca, ich zachowanie uległo zmianie. Siedzieli za orzechowym biurkiem, na bladoniebieskim podium ozdobionym dwoma malowanymi emblematami: NASA i "Apollo 11". Za ich plecami, z tyłu plastikowej budki, znajdował się amerykański sztandar. Reporterzy zaczęli sobie nawet pokpiwać, gdy ktoś go wniósł na scenę przed wejściem astronautów. Aquarius nie potrafił sobie przypomnieć żadnej konferencji prasowej, na której naśmiewano by się ze sztandaru narodowego, lecz nie miało to większego znaczenia, wyglądało raczej na erupcję ironicznej wesołości na myśl, że całe przedstawienie jest już i tak wystarczająco amerykańskie. W rzeczywistości stali przedstawiciele prasy w Houston i astronauci odnosili się do siebie nawzajem w poufały, a zarazem uszczypliwy sposób, jaki jest wyrazem szacunku dla fachowości i jaki się spotyka na przykład między drużyną sportową a trenerem.
Wejście na scenę wypadło w sumie dobrze. Astronauci szli lekkim, niespiesznym krokiem, poruszali się ze swobodą sportowców. Wystawieni na krytyczne spojrzenia innych mężczyzn, nie mieli powodu do niepokoju, a mimo to nie zadzierali nosa. Jak wszyscy zawodowi sportowcy mieli dość skromności, by wiedzieć, że można być dobrym i mimo to przegrać. Wyglądało na to, że bawią ich maski, w które ich przystrojono. Machali przyjaźnie rękami ku rozpoznanym przez siebie w tłumie, znajomym reporterom, szczerzyli zęby w uśmiechu. Jeden z dziennikarzy krzyknął do Collinsa: "Hej, świetnie wyglądasz!". Wszystko to było w typowo amerykańskim stylu, polegającym na tym, że ludzie, którzy osiągnęli sukces w swoim zawodzie, starają się przyjmować honory ze spokojem.
Gdy wreszcie usiedli, nastrój się nieco zmienił. Do głosu doszła świadomość, że muszą odpowiadać na pytania dotyczące wyprawy, którą jeszcze dziesięć lat wcześniej uznano by za nienadającą się do poważnej dyskusji. A teraz dorośli ludzie, którzy wyglądali na całkiem normalnych, mieli opowiadać o swojej wycieczce na Księżyc. Wszyscy czuli się trochę nieswojo. Stosunek każdego z obecnych do innych i do samego wydarzenia zawierał w sobie element fikcji. W tej układnej nierealności wypytywania było coś takiego, jakby ktoś umarł i został ponownie przywrócony do życia. Co by było, gdyby się okazało, że to całkiem zwyczajny facet? "Widzicie - mógłby powiedzieć - złożyłem wizytę śmierci i wróciłem z następującymi wnioskami...". Co by było, gdyby miał monotonny głos? To stulecie jest jak młodzieniec, który miał schadzkę z najpiękniejszą kurtyzaną Kataju, a kiedy go później spytano o wrażenia, poskrobał się po głowie i odrzekł: "Nie wiem. Seks jest chyba przereklamowany". Podobnie było tutaj: trzej bohaterowie mieli opowiadać o szczegółach zbliżającej się podróży, która bez wątpienia mogła się ubiegać o tytuł największej przygody ludzkości, a mimo to odnosiło się wrażenie, jakby trójka niższych urzędników omawiała projekt nowego systemu organizacyjnego firmy.
Być może właśnie dlatego spokojna wesołość zademonstrowana w chwili wejścia na salę opuściła astronautów, kiedy zasiedli za stołem w plastikowej budce. Robili wrażenie, jakby sami nie wiedzieli, czy są zawodnikami, pilotami oblatywaczami, inżynierami, przedstawicielami agencji, kapłanami jakiegoś nowego obrządku, czy też potulnymi amerykańskimi chłopcami, którzy nagle się znaleźli na świeczniku - mój Boże, jak do tego doszło? Po całych miesiącach pracy na symulatorach, pracy w kręgu wtajemniczonych, wśród ludzi operujących tym samym kodem językowym, stanęli oto przed intelektualną próżnią tej widowni, zmuszeni zajrzeć do wnętrza duszy kilkuset (ludzkich) środków masowego przekazu, zakłopotanych i martwiących się, czy ich dziennikarskie umiejętności wystarczą, by uchwycić coś więcej niż tylko nagi opis tego, co się będzie działo. Konferencja raz po raz schodziła na boczne tory. Dziury w magnetyzmie nastroju, coś zbliżonego do nudy. Wszyscy byli nieco sfrustrowani - dziennikarze nie wiedzieli, jak upchnąć swoje ple-ple jako pytania, zaś astronauci nie potrafili wytłumaczyć złożoności swojej techniki; co gorsza, być może wcale nie chcieli niczego tłumaczyć, lecz byli do tego zobowiązani programem, nawet jeśli to naruszało ich sferę doznań osobistych.
I tak się toczyła konferencja. Armstrong, który jako dowódca wyprawy był naturalnie w centrum zainteresowania, początkowo czuł się najbardziej nieswojo. Robił długie przerwy, szukał właściwych słów. Kiedy te wreszcie się zjawiały, ich banalność przynosiła rozczarowanie. Nie były to gładkie, okrągłe zdania.
"Jesteśmy tutaj - pauza - by opowiedzieć o tej próbie - dłuższa pauza, jak gdyby następna myśl była niewypowiedzialna, lecz przy pewnym wysiłku dawała się jednak złowić - dzięki sukcesom czterech poprzednich lotów załogowych "Apollo" - pauza, jakby dla pochwycenia czegoś zapomnianego - i wielu lotów bezzałogowych - niepewny uśmiech. Astronauta był bardziej skrępowany niż młody Robert Taylor, młody Don Ameche, młody Randolph Scott. - Każdy z tych lotów... przyczynił się w dużej mierze - przepraszający uśmiech - do tego lotu". Armstrong był nietęgim mówcą, niemal się jąkał, a mimo to przykuwał uwagę. Niewątpliwie świadomość, że jest astronautą, przydawała mu wielkości, lecz nawet gdyby był tylko niższym urzędnikiem przyjmującym nagrodę, jego osobowość zwracałaby uwagę, bo robił wrażenie żyjącego w innym wymiarze. Wydawał się po prostu odmienny od reszty ludzi. Byłoby jeszcze bardziej niezwykłe, gdyby był zwykłym sprzedawcą, wygłaszającym skromne, głupie slogany reklamowe, bo wtedy trzeba by się dziwić, jakim cudem dostał to zajęcie, jak mu się udawało cokolwiek sprzedać, a nawet jak to się stało, że w ogóle wstał rano z łóżka. Coś szczególnie niewinnego, a może subtelnie groźnego kryło się w jego uprzejmym, lecz chłodnym sposobie bycia. Gdyby to był młody chłopiec zbierający zamówienia po domach, jakaś babcia mogłaby ostrzec wnuczkę, by nigdy go nie wpuszczała do domu, zaś inna zauważyłaby: "Ten młodzieniec zajdzie daleko". W sposób najoczywistszy potrącał jakąś odległą strunę we wszechświecie, strunę, na której nikomu innemu nie przyszło do głowy zagrać.
Potem parę słów powiedzieli Collins i Aldrin, a ich osobowości były łatwiejsze do uchwycenia. Aldrin - same ścięgna i mięśnie - prezentował się solidnie, niezawodny jak traktor, lecz przywodzący na myśl druzgocącą siłę czołgu, flegmatyczny, niemal ociężały. Mimo to coś, co w nim tkwiło, pozwalało się domyślać drzemiącej w głębi nieokiełznanej fantazji - na przykład po osiemnastu drinkach, z oczami nabiegłymi krwią, zdolny byłby spróbować zapasów z gorylem lub zaproponować ci skok z trzeciego piętra, by się przekonać, kto lepiej fiknie koziołka przy odbiciu się od ziemi. Aquarius pomyślał, że kryje się w nim coś w rodzaju pierwiastka promieniotwórczego, zamkniętego w pięćdziesięciu psychicznych i instytucjonalnych, ołowianych osłonach, lecz na pewno obecnego. Być może klucz do zagadki tkwił w jego ubiorze, bardzo wygalowanym jak na astronautę: połyskujący, jedwabny, zielony garnitur, biała koszula, zielony, lśniący krawat. Strój kłócił się z flegmatycznym sposobem wypowiadania się. Aldrin mówił powoli, głębokim, lekko nosowym głosem, jego twarz była silna i surowa. Reżyser filmowy tkwiący w Aquariusie z miejsca zakwalifikowałby go do roli majora w dywizji pancernej. Miał grube rysy i jasne, niemal złote włosy. Jego oczy były nieco skośne, jak u samuraja, a opuszczone w dół kąciki ust nadawały mu wygląd człowieka poważnego, który czułby się jak w domu na polu bitewnym i który by mówił: "To poważna sprawa, chłopaki, tutaj wszędzie jest pełno krwi". Jednocześnie Aldrin wyglądał jak facet, który mógłby być dyrektorem szkoły podstawowej.
Wyczuwało się w nim szczerość i namaszczenie członka drużyny sportowej. Choć w West Point trenował skok o tyczce, równie dobrze można by go było wziąć za miotacza kulą, gracza w hokeja lub baseball. W piłce nożnej zapewne sprawdziłby się jako obrońca. Do tej ostatniej funkcji był w rzeczywistości za niski (astronauta nie może przekraczać metra osiemdziesięciu wzrostu ani określonej wagi), lecz należał do tego gatunku ludzi, którzy wyglądają na wyższych, niż są w rzeczywistości, bo miał znakomite warunki zewnętrzne - każdy ruch świadczył o tym, że cały jego system mięśniowy wspiera nieugięta siła ducha. Od karku do stawów wielkiego palca u nogi, od mięśni piersiowych do ścięgien pod kolanami, od mięśni trójgłowych do brzusznych był uosobieniem wspaniałej sprawności fizycznej, aktem łaski, bo męka wytężonych płuc nie jest daleka od udręki duszy. Dość powiedzieć, że Aldrin był tak silny, iż jego fizyczna obecność wydawała się większa niż ciało.
Aldrin mówił jak wolnoobrotowa wiertarka. Cieszył się opinią najlepszego fizyka i inżyniera wśród astronautów - był autorem cennej pracy o technice spotkań na orbicie, wykonanej w Massachusetts Institute of Technology. Swoich wypowiedzi nie ubarwiał żarcikami, nie szukał taniej popularności. Jeśli nie znacie żargonu technicznego, nie czytajcie następnych zdań, bo wypowiedzi Aldrina nie można przełożyć, chyba że spróbujecie brnąć za nim przez wertepy techniki. Oto w jaki sposób zaprezentował się prasie: "W czasie tej wyprawy po przejściu do "Lema" będziemy realizować szereg nowych zadań. Podejmiemy je od miejsca, do którego doszła załoga "Apolla 10", to jest od manewru zejścia z orbity. Po oddzieleniu się od członu załogowego zaczniemy zmniejszać wysokość; po raz pierwszy z dala od niego włączymy silnik lądowania, i to na dłuższy czas. Nowością w tej fazie lotu będzie sterowanie silnika przez komputer, który będzie naprowadzał na cele wpisane w jego "pamięć". Podczas lądowania będziemy wykorzystywać urządzenie radarowe, które także przekazuje informacje komputerowi. Informacje te, dotyczące aktualnej wysokości i prędkości, pozwolą na obniżanie się w kierunku powierzchni Księżyca według ściśle założonych parametrów. Nowością będzie oczywiście bieżąca kontrola procesu lądowania, sprawdzenie niezwykle skomplikowanego układu człowiek-maszyna. Samo lądowanie stanowić będzie ostateczny sprawdzian służących do tego urządzeń i systemów pojazdu. Załoga i pojazd po raz pierwszy znajdą się w warunkach jednej szóstej g (przyspieszenia ziemskiego). I jako pierwsi będziemy również doświadczać niezwykłych warunków termicznych. Czymś nowym będzie dwuosobowy program "EVA" (prowadzenie prac na zewnątrz pojazdu). Mamy nadzieję, że będziemy mogli spać w "Lemie" na powierzchni Księżyca, co również będzie nowością tej wyprawy".
Później mówił o obserwacjach gwiazd i o starcie z Księżyca, o chwili, kiedy po pomyślnym wylądowaniu i zbadaniu jego powierzchni znajdą się ponownie w "Lemie", gotowi do powrotu. Czy silnik zapali, czy też Księżyc rzuci na nich klątwę? Aldrin nazwał ten etap "nowym punktem programu", następnie opowiedział o spotkaniu ze statkiem macierzystym, który ich zawiezie z powrotem na Ziemię, a potem o "nieprzewidzianym rozwoju sytuacji" i o "zwiększonej gamie możliwych trajektorii" - w taki właśnie sposób określił ewentualną niemożność połączenia się ze statkiem, wędrówkę w przestrzeni, i krótkotrwałą wieczność oczekiwania na śmierć z głodu i pragnienia! Ledwie można się domyślić tego wszystkiego z jego sformułowań! Astronauci mówili o ewentualnej katastrofie jak o nieprzewidzianym wypadku, tak jak hitlerowcy i komuniści nazywali masowe mordy "likwidacją". Trzonem języka astronautów, i każdego języka biurokratycznego, jest żargon, który daje się łatwo przetłumaczyć na kod komputerowy, na Fortran, Cobol czy Algol. Jego centrum stanowią przeciwlękowe sformułowania, jakby słowa, niczym pigułki, mogły tłumić emocje. Niemniej Aldrin, masywny niczym młody byk, głęboki jak jego znajomość mechaniki nieba, swoją postawą uroczystej niewzruszoności przekazywał jakąś niewyrażalną rzecz o zakątkach ludzkiej duszy i ostrej jak brzytwa granicy między dumą bohatera a pychą. Pycha zagrażała mu naprawdę, można by żywić obawę, że tak samo realnie, jak prawdziwe niebezpieczeństwo. Aldrin wyróżniał się tą ponurą, niezgrabną godnością człowieka, który w jakiejś pełnej udręki godzinie stanął twarzą w twarz z głębiami własnej natury, bardziej skomplikowanej, niż dotąd sądził.
Collins, przeciwnie, poruszał się ze swobodą, był rezolutny. Collins to człowiek, którego niemal każdy chętnie zaprosiłby na przyjęcie, ponieważ był żywym przykładem elegancji i pełnych wdzięku manier. Armstrong pochodził z Wapakoneta w stanie Ohio i zdradzał lekką, lecz niewykorzenialną podejrzliwość w stosunku do każdego, kto się urodził w mieście większym niż jego rodzinna miejscowość. Z kolei Aldrin chronił się przed rozmową nieprzeniknioną dla laika otoczką fachowości, jakby skłonność do zamykania się w sobie wyniósł z lat chłopięcych spędzonych na przemieściu. Collins urodził się w Rzymie, w apartamencie w pobliżu Ogrodów Borghese. Jego ojciec, generał James L. Collins, był attaché wojskowym (możecie sobie wyobrazić, że urodziny syna uczcił drinkiem w barze u Hasslera). Jako że był to rok 1930, Dick Diver z powieści Czuła jest noc mógł właśnie brać w jakiejś piwnicy cięgi od faszystowskiej policji. Trudno się więc dziwić, że Collinsowi nie brakowało ogłady. W jego sposobie bycia mieściło się coś z irlandzkiej elegancji: człowiek winien raczej paść trupem, niż traktować sam siebie poważnie. Collins grał jakby na delikatnym flecie niosącym swoim brzmieniem wesołość i smutek (teraz, kiedy szaleństwo już przeminęło) owych amerykańskich wygnańców, dla których kultura zaczęła się w Roku Pierwszym książki Słońce też wschodzi. I choć zapuścił wąsik, co podkreśliło jego lekkie, lecz niewątpliwe podobieństwo do młodego Hemingwaya, miał własny styl bycia, który przypominał raczej Fitzgeralda. Przecież to właśnie Fitzgerald pierwszy zasugerował, że i ty mógłbyś się stać najmilszym człowiekiem pod słońcem. Collins promieniował więc ową życzliwością, która każe wierzyć, że byłoby dla niego świętokradztwem urazić kogoś w stosunkach towarzyskich. Równie trudno byłoby sobie wyobrazić Collinsa marnującego okazję do lekkiego żartu, jak Aldrina traktującego jakąś sprawę zbyt lekko. Tymczasem Collins nie miał wielu okazji do wykazania się dowcipem. Mógł co najwyżej rozjaśniać nastrój konferencji pogodnym, sympatycznym uśmiechem, podczas gdy pytania zadawano pozostałym. Jako jedynemu z całej trójki nie było dane postawić stopy na Księżycu. Jego wypowiedzi znajdą się niewątpliwie w ostatnim akapicie artykułu, a facet od łamania szpalt zapewne i tak je obetnie. Wobec tego w ciągu całej konferencji nikt nie zadał sobie trudu, by go zapytać o cokolwiek.
Pod koniec ktoś się zwrócił ogólnie do astronautów: "Dwa pytania. Po pierwsze, jakie środki ostrożności przedsięwzięto w waszych domach, by ustrzec was od złapania infekcji od rodziny? A po drugie, czy są to ostatnie dni, jakie spędzicie w domu z rodzinami?".
Rzecznik prasowy Brian Duff rzucił szybko: "Weź to, Mike".
Chyba niełatwo było czekać tak długo na tak niewiele, lecz Collins odpowiedział z uśmiechem: "Moja żona i dzieci podpisały oświadczenie, że nie mają żadnych zarazków. I... tak, będzie to ostatni weekend, jaki spędzimy w domu z rodzinami". Nie było w tym nic specjalnie dowcipnego, ale też cała konferencja nie była zbyt zabawna, więc prasa się rozchmurzyła. By nie urazić dziennikarza, który zadał pytanie, Collins dodał szybko: "A mówiąc poważnie, nie zastosowano żadnych specjalnych środków ostrożności".
Mówił swobodnie, ze swadą. Było oczywiste, że z tych trzech tylko z nim jednym miałoby się ochotę pójść na drinka. Ponieważ możliwość przeprowadzenia wywiadu przy barze jest dla reportera równie istotna, jak wyważenie młotka dla cieśli, korpus dziennikarski ogarnęła pewna konsternacja: dlaczego NASA nie miała na tyle zmysłu reklamy, by postawić Collinsa na czele wyprawy? Co by to była za frajda obsługiwać lądowanie na Księżycu, mając za rozmówcę człowieka, który sypie gładkimi, okrągłymi zdaniami, zamiast kontentować się Armstrongiem, rozstającym się ze słowami równie skwapliwie jak pies z trzymaną w zębach kością. Collins byłby znakomity. Oprócz manier wskazujących bardziej na obycie z kieliszkiem martini niż whisky, miał dobrą budowę ciała i łysiejące czoło, oszczędne ruchy boksera z drużyny akademickiej lub gracza w baseball (w rzeczywistości był kapitanem drużyny zapaśniczej w St. Albans i najlepszym wśród astronautów zawodnikiem w piłce ręcznej). Wyglądał niczym marzenie fotoreportera, a mówił gotowym tekstem wywiadu. Z kolei Armstrong miał smutny wygląd samotnego biegacza na przełaj i odznaczał się przy tym tajemniczością człowieka, którego myśli nie można odczytać - cóż za dar niebios dla prasy! Wyobrażając sobie Armstronga jako sportowca, widziało się go na finiszu. Tak przebiegłemu i skrytemu rywalowi trudno byłoby dotrzymać kroku na bieżni.
Głównymi bohaterami tej historii byli tamci dwaj, którzy mieli wylądować na Księżycu - nie mogło być inaczej. Lecz parę zdań i uśmiechów Collinsa uczyniło zeń ulubieńca prasy, toteż pod koniec konferencji padły pod jego adresem pytania. Wreszcie pojawiło się to jedyne istotne: "Pułkowniku Collins, ludziom, którzy nie są astronautami, pańska rola w tym locie wydaje się niezmiernie frustrująca. Nie dociera pan do samego celu. Jak się pan z tym czuje?".
Fakt bycia astronautą zawiera w sobie ewidentną sprzeczność: skoro jest się astronautą, pracuje się dla zespołu, lecz nie można zostać astronautą, nie będąc na tyle wyjątkowym, by czasem nie podejrzewać, że jest się najlepszym. Nie odniesiesz zwycięstwa w meczu, jeśli nie zdecydowałeś się wygrać.
Collins odparł szybko: "Nie czuję się w najmniejszym stopniu sfrustrowany. Odbywam dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć dziesiątych procent drogi, i to mnie w pełni zadowala". Dla kogoś, kto się wychowywał w Rzymie, Puerto Rico, Baltimore, Waszyngtonie, w Teksasie i Oklahomie, kogoś pochodzącego z jednego z najbardziej kulturalnych środowisk wojskowych, nakazem jest opanowanie. Jedyny prawdziwy wyróżnik arystokracji w amerykańskim społeczeństwie to umiejętność panowania nad sobą mimo trawiących człowieka emocji: niepokoju, zawiści, ambicji, zazdrości i namiętności. Collinsowi nie drgnął ani jeden mięsień twarzy. "W miejscu, gdzie mnie postawiono, jestem w pełni szczęśliwy" - zakończył. Jego głos brzmiał naturalnie i nie było w nim cienia fałszu, a jednak nikt mu nie uwierzył. Ze sceny tchnęło atmosferą namiętności podporządkowanej dyscyplinie. Przez moment Collins diabelnie przypominał aktora, który gra równego faceta.
Tutaj włączył się Armstrong: "Chciałbym dodać w związku z tym, że pilot statku macierzystego... - pauza - oczywiście sam jeden... - nowa pauza - wykonuje kolosalną robotę". Kiedy Armstrong robił przerwę i formułował w myśli dalszy ciąg zdania, wydawał czasem dźwięk przypominający trzaski zakłóceń atmosferycznych, które się nakładają na głos pilota rozmawiającego z wieżą kontrolną. Odnosiło się wrażenie, że to nie on wydaje te dźwięki, lecz nasłuchał się w życiu już tylu podobnych trzasków, zniósł ich tyle, iż całe jego ciało i wszystkie komórki nimi przesiąkły. "Collins musi wykonać robotę Buzza i moją... - trzaski - razem ze swoją własną... W dodatku ma służyć jako przekaźnik między nami a Ziemią... - pauza, trzaski. - To jest zadanie dla co najmniej trzech ludzi - wymamrotał parę słów. - Michael naprawdę będzie miał co robić, krążąc w kółko". I nagle Armstrong zabłysnął uśmiechem. Padło żartobliwe zdanie. Był to miły, trochę prowincjonalny rodzaj humoru, nie bez zapachu placka z jabłkami: "A jeśli nie będzie miał już nic innego do roboty, zawsze może wyjrzeć przez okno i podziwiać widoki".
Następne pytanie rzucił jakiś nowicjusz w tej dziedzinie: "Czy na podstawie poprzednich doświadczeń możecie powiedzieć, że te dwie i pół godziny czy coś koło tego, kiedy jesteście na szczycie rakiety przed odpaleniem, to okres maksymalnego napięcia, coś jak siedzenie w poczekalni u dentysty?".
Armstrong przez chwilę nie mógł zrozumieć pytania. "To jest jedna z faz, do których mamy pełne zaufanie - odparł wreszcie z tą swoją charakterystyczną mieszaniną skromności i technicznej pychy, zarazem przepraszająco i z niemą wyższością. - Nie jest to nic nowego, robiono to już poprzednio - trzaski, gdy się zastanawiał, co by tu jeszcze dodać - i to wielokrotnie z powodzeniem. Jesteśmy całkiem pewni, że ta panna poleci" - powiedział uroczyście, łagodnie, lekko, ostrożnie, smutno, słodko.
Wydawał się w tej sali kimś, zarówno duchem, jak i ciałem. Trudno powiedzieć, czy był duchem termicznych prądów wznoszących, czy tym duchem neutralności, który wznosi się na szczyty w biurokratycznych sytuacjach, a może jednym i drugim. Oczywiście jednym i drugim, bo dlaczego Armstrong miałby mieć duszę mniej skłóconą niż rozwichrzony świat paru miliardów ludzi? Istotnie, sprzeczności splatały się subtelnie wokół niego, przywołując daleki obraz gniazda uplecionego z liści: tych w barwach minionej jesieni i tych w zieleni wczesnej wiosny. Armstrong sprawiał wrażenie najbliższego świętości ze wszystkich astronautów, a jednocześnie w wyrazie jego twarzy było coś tak twardego, prowincjonalnego i znużonego jak w spojrzeniu kasjera nad garścią bilonu. Kiedy się zatrzymywał, by zebrać myśli, pojawiało się na jego czole sześć równoległych zmarszczek zmęczenia, włosy miał całkiem proste, ową pozbawioną fantazji, bezbarwną, małomiasteczkową prostotą. Jego źrenice były bardzo małe, nie większe niż śrut na zające; łatwo uwierzyć, że brał udział w siedemdziesięciu ośmiu lotach bojowych z lotniskowca Essex nad Koreę. Miał bardzo cienkie wargi i szerokie usta, niemal jak Joe E. Brown, jednak bez komicznego wyrazu, a raczej - lepiej albo może gorzej - wyrazem jego ust rządził duch chwili. Podobnie jak prezydent Nixon lub Wernher von Braun (z którym się jeszcze spotkamy), uśmiechał się na komendę. Przywoływał wówczas bardzo przydatny wyraz twarzy - uśmiech chłopaka z małej mieściny zabawiającego gości. Mógł być aniołem, mógł być prowincjonalnym diabłem. Kto wie? Nie można było zgłębić tego uśmiechu, gdyż kryła się w nim cała kolekcja amerykańskich cnót: gotowość służenia pomocą, prostoduszność, fachowość, skromność, szelmowski humor i nieoczekiwany ślad niemej kpiny z otchłani własnej ignorancji: ot, jestem po prostu prowincjonalnym głupkiem. Aquarius pomyślał wtedy, że Armstrong nie budzi zaufania. Pod osłoną tego uśmiechu stawał się nieobecny, lecz kiedy zabierał głos, brał w cugle wszystkie porywy. Mówił nieznośnie powoli, z potrójną ostrożnością odpowiedzialnego polityka, który rozpaczliwie usiłuje nie popełnić błędów rzeczowych, nie narazić się niepotrzebnie wrogom i nie naruszyć stref prywatności przyjaciół. Dodajcie jeszcze zakłócenia, i oto będziecie mieli obraz niezbyt udanego mówcy. Kiedy Armstrong przemawiał, był napięty niczym mięsień dotknięty skurczem.
Prawem przekory, stało się to u niego cechą sprawiającą największe wrażenie, jakby to, co było w nim najlepsze, zostało usunięte pod powierzchnię, tak cenne, że musiało być chronione wewnętrzną klauzurą, tysiącem środków ostrożności, jakby żywił tak ogromny szacunek dla słów, że były one niczym dotykalne omeny i znaki wróżebne, zefiry i bestie materializujące się w jaźni, jakby jakaś tajemna, nieuchwytna, pierwotna moc powstrzymywała go od wypowiedzenia choćby jednego słowa wyrażającego lęk - z obawy przed zmaterializowaniem się tego lęku. Tak to kiedyś człowiek obawiał się wypowiedzieć imię Pana, a nawet napisać je w postaci sugerującej samo jego brzmienie, bo mogłoby to wystarczyć do przywołania jakiegoś ducha boskiego gniewu, gniewu z powodu zakłócenia spokoju niebios. Armstrong nie był oczywiście człowiekiem skłonnym do demonstrowania własnego "ja" podczas publicznego spotkania; tam gdzie Aldrin objawiał spokojną pewność siebie człowieka, który wie, że każdy problem da się rozwiązać, jeśli zostanie poprawnie sformułowany i odpowiednio zaatakowany (co oznacza, że do ataku trzeba być w dobrej kondycji!), i gdzie Collins okazywał pełną wdzięku, stalową energię kogoś, kto jest gotów spokojnie umrzeć dla zachowania swojego stylu, Armstrong mógł raczej sprawiać wrażenie kryjącego się w gąszczu skromnego zwierzęcia - wyobrażenia myśliwskie kojarzące się z ideą lasu, od pumy do jelenia i nędznej hieny, jakoś przemykały na krawędzi tego uporządkowanego obszaru, który wykarczował w swojej psyche, by mógł pokazać światu jakąś osobowość. Lecz jego umysł zdawał się szukać sposobu trzymania się z daleka od wszelkich miejsc podobnych do tej sali, gdzie był jak w potrzasku, zamknięty z tymi wszystkimi pożeraczami psyche, połykaczami dusz, zmuszony do udzielania odpowiedzi na pytania zadawane setki razy.
Z drugiej strony był zawodowcem i nauczył się już walczyć z przeciwnikiem za pomocą właściwego języka. Istotnie, chronił go jego dobór słów!
"Panie Armstrong, kiedy znajdziecie się już na Księżycu, jakie czynności będą miały pierwszeństwo i co będzie głównym przedmiotem zainteresowania?".
"No więc - rzekł Armstrong - natychmiast po wylądowaniu interesować się będziemy przede wszystkim stanem samego pojazdu księżycowego - ...nnnnnhr, rozległy się trzaski zakłóceń. - Przez dwie pierwsze godziny po wylądowaniu będziemy bardzo zajęci sprawdzaniem stanu pojazdu księżycowego i sprawności wszystkich jego układów - nnnhr. - Cała masa rozmów o sprawach technicznych... pomiędzy statkiem i Ziemią, tymczasem ludzi będzie palić ciekawość, jak tam właściwie jest?... Sami chętnie opowiedzielibyśmy - nnnnhr - lecz nie będziemy mogli się z tym spieszyć wobec tych ważniejszych spraw, od których... zależy cała reszta wyprawy księżycowej".
Aldrin, formalista, powiedział chwilę wcześniej: "Sądzę, że najbardziej krytycznym elementem programu EVA będzie nasza zdolność przewidywania i interpretowania faktów, które okażą się nie takie, jak się spodziewaliśmy, ponieważ mogą spowodować trudności, jeśli nie zinterpretujemy ich właściwie". To było credo racjonalisty. Zjawiska tylko wtedy mogą stanowić zagrożenie, jeśli się nie poddają opisowi językowemu. A ściślej, opisowi za pomocą skrótów. EVA to Extravehicular Activity, czyli działalność na zewnątrz pojazdu księżycowego "Lem". Oznacza zatem spacer po Księżycu, lecz brzmienie głosek E, V, A mogło ściągnąć mniej kłopotów niż otwarte stwierdzenie, że człowiek poważy się stąpać po tym prastarym i obcym globie, gdzie nie oddycha żadna żyjąca istota, a pod powierzchnią nie spoczywają zmarli.
Oczywiście wszyscy astronauci posługiwali się tym językiem. Po stylu wypowiedzi nie można było odgadnąć, kto złożył te słowa, bo całość była bezosobowa i schematyczna. Każdy z nich mógł dokończyć zdanie zaczęte przez kogoś innego.
"Kolejność priorytetów w planie lotu została skrupulatnie ustalona... Nie ma potrzeby odchodzić daleko od pojazdu, by wypełniać zadania, jakie musimy realizować na powierzchni; zużyłoby to tylko czas, który mamy zaprogramowany na wykonanie czynności w ramach poszczególnych zadań misji". Spróbujcie sprzedać gazetę z takim materiałem! Cytat mógłby pochodzić od któregokolwiek z tuzina astronautów. Akurat w tym przypadku nie był to Aldrin, lecz Armstrong.
Tylko sporadycznie ów żargon ujawniał niemożność zakamuflowania wszystkich sytuacji, zwłaszcza gdy w grę wchodziły sprawy osobiste. Ze strony jednego z wtórnych analfabetów padło pytanie: "Proszę nam krótko opowiedzieć, jak wasze rodziny zareagowały na to, że podejmujecie tę historyczną misję".
"A więc - zastanawiał się Aldrin - w moim przypadku rodzina miała pięć lat, by się przygotować na taką ewentualność, i ponad sześć miesięcy, żeby bezpośrednio stawić jej czoła. Z pewnością moi bliscy patrzą na to jak na wielką próbę sił dla mnie. Z drugiej strony patrzą też na to jak na swego rodzaju inwazję na ich prywatne życie i oderwanie mnie na długi czas od rodziny". Mówił głosem ponurym, zapewne nie myśląc w tym momencie o własnej rodzinie ani o sobie samym, lecz raczej o tym, czy jego zdolność przewidywania i interpretacji faktów została we właściwy sposób zastosowana do tej naładowanej napięciem psychicznym przestrzeni wektorów przesunięć zmodyfikowanego pola sytuacji domowych (co się tłumaczy jako: atrakcyjna żona i dzieciaki - grające drugie skrzypce wobec bossa-astronauty numer dwa - mogą się kiedyś wkurzyć). Aldrin był człowiekiem o tak wspaniałych możliwościach i żelaznej dyscyplinie, że martwy ciężar zmasowanego żargonu stanowił dla niego niepośledni dar losu. Najwyraźniej lubił nim operować, bo dzięki temu trzymał środki wybuchowe pod kontrolą.
Jeśli Aldrin nie zdołał starannie wypracowaną wypowiedzią rozbroić bomby zawartej w pytaniu, pochmurniał jak ambitna, pedantyczna pani domu, której nie udaje się utrzymać błyszczącej posadzki.
Oczywiście nie mogli uniknąć pytań wręcz krwiożerczych. James Gunn, BBC: "Wspominaliście, że wasz lot, jak każdy inny, zawiera wiele elementów ryzyka. Jakie wobec tego będą wasze plany - tu gest brytyjskiej kurtuazji - w skrajnie nieprawdopodobnym przypadku, gdyby człon księżycowy nie wystartował z powierzchni Księżyca?".
Armstrong się uśmiechnął. Jego niechęć do odpowiadania publicznie na pytania okazała się usprawiedliwiona. Dziennikarze gotowi są nawet żądać od człowieka wypowiedzi na temat uczuć doznawanych w obliczu śmierci.
"Hm - odparł astronauta. - Nieprzyjemnie o tym myśleć". Jeśli, co było całkiem prawdopodobne, zdarzyło mu się być bliżej śmierci niż komukolwiek na tej sali, i to wcale nie raz, nie znaczy to, że kielich takich doświadczeń mógł tu być obracany w palcach przez setkę ludzi. "Do tej pory woleliśmy o tym nie myśleć. Nie sądzimy, by była to prawdopodobna sytuacja. Jest po prostu możliwa".
Armstrong nie odpowiedział jednak na pytanie. Skoro spędzali po dwanaście i więcej godzin przy symulatorach, skoro całymi miesiącami poświęcali siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt godzin na tydzień katorżniczej robocie wbijania sobie do głowy piętrzących się kolumn liczb i rzędów wskaźników, musieli być przyzwyczajeni do ciężkiej pracy. Zatem ów młyn konferencji prasowej, potem radiowej i dla dziennikarzy z czasopism, wreszcie dla telewizji, ów czternastogodzinny dzień pracy, w dodatku pracy najpodlejszego rodzaju dla nich: eksponatów wystawowych, oddanych na pastwę zgrai najgorszych pacykarzy słów, jacy kiedykolwiek zebrali się w południowo-wschodnim Teksasie, to wszystko należy do ich obowiązków i muszą je wypełnić najlepiej, jak potrafią. Bycie astronautą to nie zawód, to misja. Skoro przesłanki polityczne i posunięcia rządu, od których zależała przyszłość NASA, nie mają w naszych czasach ducha religijnego, astronauci pomijali znaczenie swojego powołania, lecz bycie astronautą jest misją i dlatego musi on wykonywać każdy aspekt swojej pracy najlepiej, jak umie. Na konferencji prasowej ma odpowiadać na pytania. A zatem odnosząc się do pytania, co zrobią, jeśli człon księżycowy nie wystartuje z powierzchni Księżyca, Armstrong rzekł w końcu: "Gdyby się to zdarzyło w czasie tej wyprawy, pozostaniemy bez pomocy".
Kiedy konferencja dobiegła końca, w aplauzie wyrażonym po amerykańsku stukaniem w krzesła nie czuło się szczególnego entuzjazmu. Atmosfera była taka jak na każdej innej nudnej konferencji prasowej, podczas której jakaś firma przedstawia nowy, acz niezbyt rewelacyjny produkt. Uraza prasy była subtelna, lecz głęboka. Wydarzenie tej miary i nic widowiskowego. U Amerykanów obojętność zaczyna przechodzić w nałóg. Dramatem dwudziestego wieku jest niewspółmierność między ogromem wydarzeń i znikomością ich oddźwięku.
"Co, jeśli nie będziecie mogli wystartować z Księżyca?".
"Nieprzyjemnie o tym myśleć".
II
O tej właśnie odpowiedzi myślał Aquarius po skończonej konferencji, gdyż było to zdanie najbliższe myśli, że ktoś może zginąć w otchłani owej przygody. Tak, tak, astronauci musieli o tym myśleć. Człowiek, który przez sześć miesięcy przygotowuje się do wyprawy na Księżyc, nie może pominąć ewentualności swojej śmierci. A jednak, jeśli myśl o niepowodzeniu startu członu księżycowego z Księżyca była dla Armstronga czymś nieprzyjemnym, czy wynikała po prostu stąd, że niepowodzenie oznaczało śmierć, czy też, bezdennie nieprzyjemna, wywodziła się z ukrytego, głęboko irracjonalnego lęku, że jego ciało musiałoby już na zawsze pozostać na księżycowym gruncie? Ludzie, którzy niemal zginęli od ran, opowiadają, że zbliżanie się śmierci daje uczucie wyzwalania się z własnego ciała. O tym samym dawno, dawno temu pisał Hemingway, w Paryżu, w Hiszpanii, a może w Rzymie, w apartamentach koło Ogrodów Borghese, w pobliżu miejsca, gdzie się urodził Collins. Czy pojawi się w przyszłości naukowa teoria śmierci, czy też śmierć (jak zapach, dźwięk i czas, jak teoria snów) oprze się wszelkiej nauce, nawigacji, nomenklaturze bądź kartografii i pozostanie w sferze takich pytań bez odpowiedzi, jak to, czy przyczyną raka nie są, być może, złe sny? Czy istotnie dusze zmarłych pragną zmartwychwstania? Czy myśl o wyzionięciu ducha na Księżycu nie była bolesnym koszmarem, bo dusza zamknięta w próżni martwego ciała musiałaby pozostać na Księżycu i nie mogłaby wyruszyć w podróż ku swojej gwieździe? Można doznać zawrotu głowy, lecz Aquarius żył z takimi myślami od lat. Być może nie ma w życiu człowieka niczego ważniejszego niż godzina, oblicze i władza śmierci, tak, na pewno, jeśli śmierć jest startem do innego życia. Aquarius był przekonany, że myśli astronautów musiały iść takimi torami, a przynajmniej że w jakichś izolowanych i niedostępnych obwodach ich mózgów pulsowały mgliste wyobrażenia podobnych idei; gdzieś tam, znacznie poniżej progu komunikacji, tkwiło podejrzenie, że pełny sukces ryzykownej gry w wyprawę na Księżyc i z powrotem może stanowić siłę napędową jakiejś pośmiertnej drogi do gwiazd. Po latach Aquarius nauczył się wreszcie kontrolować raptowne przyspieszenia swojego umysłu. Być może właśnie dlatego - w ciągu tych kilku pierwszych dni zbierania materiałów o astronautach w Houston - niemal polubił banalność ich wypowiedzi i uspokajające brzmienie żargonu technicznego.
Lecz właśnie rozpoczynała się konferencja prasowa przeznaczona wyłącznie dla dziennikarzy z czasopism - tego dnia mieli oni pracować przynajmniej w połowie tak ciężko jak astronauci - i Aquarius w drodze do Księżycowego Laboratorium Odbiorczego, gdzie (z powodów, o których niżej) odbywała się konferencja, zastanawiał się, czy przebłyski i kontury tych kosmicznych, choć ledwie rysujących się hipotez dotyczących Ziemi, Księżyca, życia, śmierci, snów i psychiki astronautów wykażą choćby cień współzależności. Zadumał się nad faktem, że człowiekowi na niewiele się przydała teoria snów Freuda - czyżby koncepcja zaspokajania pragnień niezbyt się nadawała do "przewidywania i interpretowania faktów, które okazują się nie takie, jak się spodziewaliśmy"? Czyżby stare freudowskie spojrzenie na sny miało się tak do prawdziwych wymiarów snu jak ognie sztuczne w czasie święta 4 Lipca do "Saturna V"?
III
Astronautów chroniono przed infekcją, więc tym razem będziemy ich oglądać za szklaną ścianą "rozmównicy" Księżycowego Laboratorium Odbiorczego. Budynek zaprojektowano z myślą o kwarantannie astronautów po ich powrocie z Księżyca; było to połączenie sali szpitalnej, sypialni, kuchni i laboratorium skał księżycowych. Ponieważ przez dwadzieścia jeden dni po powrocie nie będą mogli przebywać w tym samym pomieszczeniu ze swoimi rodzinami, technikami z NASA czy pracownikami, którym będą przekazywać informacje, zbudowano dla nich pokój w rodzaju więziennej sali wizyt, przedzielony w połowie, od podłogi do sufitu, hermetyczną szklaną ścianą. Rozmowa przez tę ścianę odbywała się za pomocą mikrofonów.
Przez resztę dnia astronauci, po długiej konferencji prasowej, mieli tu przyjmować przedstawicieli innych środków masowego przekazu: telewizji, radia, czasopism. Dziennikarze mogli siedzieć o metr od obiektów zainteresowania, a jednak - jak gdyby istniały jakieś niewykryte jeszcze metafizyczne własności szkła - jednocześnie musieli odczuwać, że dzieli ich duża odległość. Pełne światło zwrócone na astronautów i względny półmrok po stronie reporterów podkreślały oddzielenie sceny od widowni; prawdopodobnie efekt był spowodowany przede wszystkim tym, że przez szkło, niewątpliwie nietłukące się, nie można było ich dotknąć, a to powodowało zaburzenie poczucia przestrzeni. Astronauci byli dość blisko, aby pozować do portretu, lecz oddzieleni szkłem wydawali się odlegli jak historia.
Mimo to zapanowała atmosfera intymności, w czym pomogła oprawa sceniczna. Tym razem jednak dziennikarze mieli większe wymagania. Jeden z nich natychmiast podjął problem, który dręczył Aquariusa, lecz podejście pytającego było bardziej praktyczne. Jak astronauci wykorzystaliby czas, gdyby stwierdzili, że nie mogą wystartować z Księżyca? Modliliby się, żegnali się z bliskimi czy też przekazywali informacje o Księżycu? Takie możliwości widział ów publicysta.
Aldrin miał uszczęśliwioną minę gracza stojącego w samym środku linii obrony, przez którą usiłuje się przedostać przeciwnik. "Ja prawdopodobnie wykorzystałbym ten czas na to, by naprawić silnik startowy".
Wywołało to wybuch śmiechu, posypały się następne pytania. Tym razem w tej niewielkiej grupie jakichś dwudziestu dziennikarzy istniały lepsze warunki do rozmowy; nie było tu gorączkowej walki, by dorwać się do głosu i pospiesznie rzucić brutalne, naprowadzające bądź tendencyjne pytanie. Nie było tu potrzeby zadawania byle jakich pytań tylko po to, żeby na konferencji dała się zauważyć obecność reportera i jego gazety (takie akcentowanie obecności daje z biegiem lat mniejszym pismom i ich reporterom pewniejszą pozycję wobec rzeczników prasowych). Tutaj publicyści nie musieli się spieszyć, idąc za tokiem odpowiedzi, mogli zadawać kolejne pytania. Zapanował konspiracyjny nastrój polowania.
Ponieważ mieli więcej czasu na napisanie artykułu, mogli się spodziewać surowszych kryteriów oceny. Musieli więc wykrzesać życie ze swoich bohaterów, nie bacząc na to, czy astronauci chcą się wystawić na pokaz.
"Czy zabierze pan jakieś osobiste pamiątki?" - spytano Armstronga.
"Gdybym mógł wybierać, wolałbym wziąć więcej paliwa" - odpowiedział, łagodząc uśmiechem zawód, jaki mógł sprawić pytającemu.
Dziennikarze żądali osobistych wyznań, ujawnienia emocji, przyznania się do strachu, zaś astronauci usiłowali udzielać odpowiedzi układnych i równie dobrze izolujących jak szklana płyta, która ich rozdzielała.
Zapytany o swoją intuicję Armstrong wyraził się negatywnie i skonkludował: "Każdy problem należy właściwie zinterpretować, a następnie zaatakować". Pozytywizm logiczny na każdym kroku, to była jego filozofia. Żadnych przewidywań bez stosownie wyważonego i adekwatnego zinwentaryzowania stanu wiedzy.
"Z pewnością musiał się pan niekiedy odwoływać do swojej intuicji" - upierał się pytający.
"Nie był to nigdy mój atut" - odparł Armstrong łagodnym, szczerym tonem. Oczywiście logicznym celem techniki jest wyrugowanie intuicji, zaś Armstrong był pierwszym rycerzem techniki. Tu jednak niewątpliwie skłamał. Człowiek pozbawiony daru intuicji nie wiedziałby o niej tyle, by się od niej odżegnać.
Czy przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że jego wyczyn dorównuje wielkością przedsięwzięciu Kolumba?
Wyparł się wielkich emocji, wielkich idei. "Interesuje nas głównie wykonanie zadania". Powiedział nieomal: "Jeśli nie ja, to ktoś inny". Gdyby upierano się przy próbie zrobienia z niego bohatera, będzie bohaterem na warunkach określonych przez siebie samego. Był tylko jeden Kolumb i jest przynajmniej dziesięciu astronautów gotowych do wykonania zadania, a także setki ludzi, którzy dla nich pracują. On jest tylko reprezentantem zbiorowej woli.
Siedział w swoim mdłym, szarozielonym garniturze, tak bezbarwnym jak tylko możliwe, w bladoniebieskiej koszuli, w ciemnym krawacie nieokreślonego, szaroniebieskiego koloru, mając za sobą niebieskozieloną ścianę (być może była to aluzja do empirejskiego nieba), jego szyja wydawała się więc jakby oddzielona od kołnierza marynarki. I niezależnie od tego, że Armstrong był porządnie ubrany, jego strój przypominał namiot, jakby spadła na niego płachta tkaniny i tylko głowa wystawała przez dziurę kołnierzyka. Dziennikarze ciskali w niego piłkami baseballowymi, a on robił uniki.
"Czy chciałby pan sobie zatrzymać kawałek Księżyca?" - spytał ktoś. To było piękne pytanie. Jeśliby Armstrong przyznał się do takiego pragnienia, można by go było zapytać, czy jego rodzina będzie spała w czasie pełni, kiedy kamień z Księżyca będzie wył bezgłośnie do swojej dalekiej pani, a jego emanacje będą się błąkały po pokojach.
Lecz Armstrong odparł sztywno: "Na razie nie było żadnych planów...". W tym momencie Aquarius zadał sobie w duchu pytanie, czy on sam miałby chętkę ukraść kawałek księżycowej skały. "Nie - ciągnął Armstrong. - To jest przywilej niedostępny dla nas".
Oczywiście mógłby po prostu powiedzieć: "Nie możemy tego zrobić", lecz w kłopotliwej sytuacji korzystał zawsze z języka komputerowego. Używanie zaimka "my" nie było przyjęte. "Wspólne doświadczenia wykazały" - to był zwrot używany w zastępstwie. "Sprawić się jak najlepiej" przeszło w "uzyskać maksimum możliwych korzyści". "Pewność" stała się "bardzo wysokim poziomem ufności". "Możliwość poruszania się" to inaczej "studium mobilności", "wyłączyć" zmieniło się w "zdezaktywować", a "włączyć" w "uaktywnić", jak gdyby pospolitsze formy języka angielskiego nie nadawały się do komputera; już bardziej łacińskie, lecz nie anglosaskie. Język angielski jest zbyt prymitywny, słowa przekazują jedynie ogólny sens, a dokładne znaczenie musi być oddane intonacją głosu, natomiast język komputerowy wyklucza taką swobodę. Informacja musi być ujęta w formę, którą można przekazać w postaci: impuls lub brak impulsu, jedynka lub zero, jeden bit na raz, jeden robaczek w każdym pudełeczku. Przez mur języka komputerowego nie sposób się przedrzeć.
Collins przez cały czas się uśmiechał, zwracał ku pytającym nie tylko wzrok, ale też całą swoją chłonną osobowość, przysłuchiwał się uważnie odpowiedziom. Jego uśmiech zdawał się kpić z plastikowo-obsydianowej nieprzenikalności języka komputerowego. "Do licha - mówił ten uśmiech do dziennikarzy - jeśli ja mogłem się nauczyć tłumaczyć na ludzki język te brednie, możecie, chłopcy, zrobić to równie dobrze!". Zadano mu parę pytań.
Po chwili dziennikarze zwrócili się do Aldrina i próbowali wydusić z niego coś na kształt pełnokrwistej odpowiedzi. Oczywiście Aldrin był początkowo równie nieprzenikalny, lecz później spróbował zażartować, i to był błąd. Spytany, jak zareagował wobec perspektywy spaceru po Księżycu, zaczął wznosić mur ze słów, ale nagle z tą swoją niezręczną, wręcz ujmującą gotowością przysłużenia się, którą zawsze wykazywał, napomknął, że był niegdyś harcerzem.
"Zdobyłem stopień nowicjusza - powiedział i uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Mam nadzieję, że nie dostanę odcisków4 po spacerze na Księżycu". Był to żart tak kiepski, że nasuwa się przypuszczenie, iż miało to dla Aldrina jakieś wewnętrzne znaczenie, być może stanowił przejaw naturalnego męskiego niepokoju na myśl o straszliwych promieniach księżycowych padających na genitalia.
Smętek przysiadł obok melancholii, cholera wie, co się może przytrafić najporządniejszemu człowiekowi.
Spytano Aldrina o osobiste pamiątki. Czy weźmie coś ze sobą?
"Tak jest" - przyznał niechętnie. Weźmie trochę rodowej biżuterii. Zamilkł, zaciął się. Było oczywiste, że nie chce mówić dalej. Mistyczna wartość przedmiotów, ich tajemna moc, zaklęta w nich siła, ich miejsce w hierarchii amuletów mogą zostać unicestwione przez ich opis. Z drugiej strony wysoki stopień efektywności wobec różnorodnych niezaprogramowanych sytuacji (w dawnych czasach znany po prostu jako życzliwość, spontaniczność i wielkoduszność) jest również wysoko ceniony wśród kwalifikacji astronauty, toteż Aldrin udzielał odpowiedzi, nawet jeśli nie miał na to ochoty. "Tak" - przyznał wreszcie. Biżuterię rodową stanowiły... pierścienie. Miał dwa ciężkie złote sygnety na dwóch palcach. "Owszem" - potwierdził niechętnie i wyglądał przez chwilę jak pies zmuszony do wykonania rozkazu, który mu się nie podoba. Owszem, prawdopodobnie będzie je miał na palcach także w czasie lotu.
"Co jeszcze z biżuterii rodowej?".
Ale tu już Aldrin miał dość. "To sprawa prywatna" - bąknął.
Korespondent niemiecki czy też austriacki spytał Armstronga z wyraźnie obcym akcentem: "Czy miewa pan jakieś sny?".
"Sny". Armstrong się uśmiechnął. Nie miał ochoty się do tego przyznawać. Błysk ochronnego uśmiechu był szybki jak śmignięcie ogonem przez krowę, która w letnim upale na łące długo znosiła ataki bąków. A potem Armstrong odpowiedział: "Tak. Po dwudziestu godzinach w symulatorze chyba czasem śnią mi się komputery".
Jednak w miarę dalszych pytań nastąpił zwrot w grze. Być może dziennikarz zadał pytanie o sny w błogim przekonaniu, że cokolwiek usłyszy, będzie to smakowity kąsek, bo w końcu symboliczna wymowa snów jest schaboszczakiem z kapustą dla intelektualnego żołądka szanującego się niemieckiego czytelnika. Lecz odpowiedź, która sprawiła taki sam zawód jak wszystkie poprzednie, tym razem sprowokowała stronę przeciwną do nasilenia działań zaczepnych. Powoli i niedwuznacznie pisarze i intelektualiści po ciemnej stronie szklanej ściany zaczynali mieć dość. Niezmącony spokój i pogoda ducha Collinsa, gruby habit solidności Aldrina, nieomal krotochwilny uśmiech Armstronga, wszystko to zaczęło drażnić ich dumę. W pytaniach pojawił się nowy ton, nuta uszczypliwości, delikatny cień sugestii, że pogarda intelektualna jest w końcu bronią, której nie należy lekceważyć. Czyżby ci wspaniali astronauci nie byli nikim więcej niż tylko durniami o zaprogramowanych mózgach? Pogarda potrafi wywrzeć presję, której trudno się oprzeć. Dajcie mózg atlecie, dajcie mózg lotnikowi, pozwólcie inżynierowi wieść ukradkiem skromniutkie drugie życie poety - choćby tylko we własnym mniemaniu - a wszystko to, co nie jest doszlifowane w mechanizmie jego charakteru, słabe miejsce jego próżności, zostanie poddane wzgardzie intelektualisty.
Dziennikarze zaczęli teraz napierać na Armstronga. "Dlaczego, dlaczegoż wreszcie - zapytywali - jest to takie ważne, żeby dostać się na Księżyc?". Zwracali się do astronautów jak mężczyzni do mężczyzn, jak jeden umysł do drugiego. Wagi ich pytaniu przydawała pozycja intelektualisty wypytującego chłopca z prowincji: dlaczego to jest takie ważne?
Armstrong próbował zbyć ich pytanie ogólnikami. Wygłosił mowę w czystym języku komputerowym o zasobach narodu i o tym, że NASA czerpie z tego właśnie źródła.
"Jak to - rzucił ktoś oschłym tonem. - Czyżbyśmy się wybierali na Księżyc wyłącznie z powodów ekonomicznych, tylko po to, żeby się wydostać z kosztownego ślepego zaułka?".
"Nie" - odparł Armstrong.
"Widzi pan jakąś filozoficzną przyczynę tej wyprawy?". Głos ciągnął dalej, jak gdyby implikując: czy jesteś świadom, że istnieje także strona duchowa bytu?
Ten manewr przeciwnika wpędził Armstronga w sytuację, z której nie mógł wybrnąć unikiem. Musiał przedstawić swoje credo bądź przyznać, że jest filozoficznie niezaangażowany, a to pogwałciłoby zbyt wiele w nim samym. Teraz wybuchnął, niech ich diabli wezmą, ich samych i ich reporterską biegłość, chcieli od niego dzisiaj wszystkiego innego, dał im wszystko inne, w pełni współpracy, więc mogą mieć także jego filozofię, jeśli tylko potrafią ją pojąć.
"Myślę, że udajemy się w tę podróż - zaczął i urwał, trzaski zakłóceń wypełniły manowce tej pauzy. - Myślę, że wybieramy się na Księżyc, bo w naturze ludzkiej leży stawiać czoła wyzwaniom". Spojrzał nieco nieufnie, jakby się obawiał, że mogli go nie zrozumieć i że większość z nich nigdy by nie odgadła, o czym on mówi. "To tkwi w samej istocie duszy człowieka". Ostatnie słowa zabrzmiały tak, jakby ich wydobywanie się raniło krtań. Jakże podeptana została dziś intymna sfera jego ducha! "Tak - przytaknął ruchem głowy, jak gdyby podkreślając, ile musiał rzucić na żer słuchaczom - po prostu musimy robić takie rzeczy, tak jak łosoś musi płynąć w górę rzeki".
IV
Był to porządny połów jak na jeden dzień pracy - Aquarius miał już co włożyć do garnka. Tymczasem dzień roboczy naszych astronautów wciąż był daleki od zakończenia. Czekały ich jeszcze wywiady dla poszczególnych sieci telewizyjnych: pół godziny przed kamerą dla każdego z nich z osobna, trzy wywiady z każdym, razem dziewięć. Z przerwami i obiadem miało im to zająć jeszcze sześć godzin.
Zaproszony na nagranie Aquarius wybrał wypowiedź Armstronga dla NBC. Spodziewał się, że Armstrong w warunkach wywiadu telewizyjnego będzie swobodniejszy - i się nie zawiódł. Przecież już wcześniej, na konferencji prasowej, Armstrong, kiedy przepraszał za przyszłą transmisję z Księżyca, wyraził troskę o jakość odbioru telewizyjnego: "Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało zbyt pesymistycznie, lecz nie mam wielkiej nadziei, by obraz, jaki będziemy w stanie przesłać z powierzchni, był choć w przybliżeniu tak dobry, jak te, które oglądaliście z ostatnich lotów członu załogowego. Kamera różni się nieco, a możliwości co do rodzaju obiektywów, których możemy użyć, i rodzaju oświetlenia, jakie będzie dostępne, są ograniczone... Podejrzewam, że będziecie nieco rozczarowani obrazem. Mam nadzieję, że zrozumiecie, iż jest to tylko jeden z problemów, którym trzeba stawić czoła w warunkach takich jak powierzchnia Księżyca, i upłynie nieco czasu, zanim uzyskamy w telewizji rzeczywiście wysoką jakość obrazu powierzchni Księżyca".
Był to jedyny moment, kiedy mówił bez licznych przerw, jakby zwracał się już wprost do publiczności telewizyjnej, a nie do reporterów, jakby wierzył, że Amerykanin musi mieć dostęp do dobrej telewizji i że jest to jedno z jego niezaprzeczalnych praw obywatelskich. Teraz, przed kamerami telewizyjnymi, Armstrong wcale nie robił wrażenia skrępowanego świadomością, że będzie go oglądać czterdzieści czy pięćdziesiąt milionów widzów.
Migawki i dłuższe fragmenty tego półgodzinnego wywiadu miał Aquarius oglądać w kółko w ciągu następnych paru tygodni, zwłaszcza w dniach lotu, w trzydziestosekundowych kawałkach, w minutowych kawałkach i w dwuminutowych kawałkach. Niejednokrotnie podczas przerw w nadawaniu transmisji z lotu na ekranie telewizyjnym pojawiały się nagle sylwetki Armstronga, Aldrina czy też Collinsa na tle błękitnozielonej ściany Księżycowego Laboratorium Odbiorczego. Bez względu na to, czy taka wstawka filmowa miała wyjaśnić jakąś uwagę komentatora, czy też jedynie zapchać dziurę w dłużących się godzinach ekspozycji i rekapitulacji dramatu, po obejrzeniu dziesięciu takich urywków człowiek sobie uświadamiał, że pojawił się nowy gatunek towaru: NASA zaczynała handlować przestrzenią kosmiczną.
Armstrong niewątpliwie wykonywał dobrą robotę dla swojej firmy. Mimo że miało go słuchać i oglądać czterdziestomilionowe audytorium, mówił bez dłuższych przerw i wydawał się zadziwiająco swobodny, niczym akwizytor o gładkich manierach i miłym obejściu. Lecz nie było to aż tak bardzo dziwne, zdecydował w końcu Aquarius. Najłatwiej uchwytną pasją Armstronga była potrzeba chronienia intymnej sfery własnego "ja", jego dusza miała dla niego coś ze świętości sanktuarium, zaś w telewizji nie mogło mu zagrażać żadne mimowolne obnażenie jego wnętrza. Wszak ukształtował go ten sam amerykański styl bycia, który stworzył na publiczny użytek ową szczególną osobowość oferowaną wszystkim widzom telewizyjnym jako najlepiej przystosowany do życia model właściwych form towarzyskich - nieznośną mieszankę układnej słodyczy i rozcieńczonego humoru, charakteryzującą wszystkich wykonawców, którzy od lat występują codziennie przed publiką i jakoś prosperują. Gdyby ów styl projektował twarz, dałby jej zadarty nos, wyprane z koloru oczy, buzię w ciup, ulizane włosy i pozbawiłby ją uszu, ponieważ są to wypukłości o nieprzyzwoitych liniach wewnętrznych - bliskich kuzynach pępka.
Wywiad z Armstrongiem przeprowadzał Frank McGee i zrobił to w fachowy, rzeczowy sposób. McGee, sympatyczny facet o chudej twarzy, w okularach, których oprawki, niezależnie od tego, czy były rogowe, plastikowe, czy z jasnego złota, utkwiły w pamięci jako srebrne, miał osobowość nasuwającą na myśl wiejskiego proboszcza, trenera klubu strzeleckiego lub życzliwie usposobionego urzędnika ze starego, szacownego, zasiedziałego towarzystwa ubezpieczeniowego. Był w oczywisty sposób obłaskawionym jastrzębiem Waspizmu.
Ich współpraca przy formułowaniu pytań i odpowiedzi pobrzmiewała znajomą nutką zażyłości. Armstrong niemal wdał się w pogaduszki z McGee'em. Do atrybutów wywiadu telewizyjnego należy ton gawędziarski połączony z nabożeństwem. Dzięki temu ujawniła się najmniej błyskotliwa, lecz najbardziej funkcjonalna, to znaczy nieprzenikniona strona osobowości Armstronga. Odpowiedział sucho, a nawet surowo, na pytanie, czy był dumny i przejęty, kiedy został wybrany - "muszę przyznać, że byłem" - lecz pospiesznie dodał, iż w czasie oczekiwania mogło się przydarzyć tyle niespodzianek (na przykład wcześniejsze loty mogły się nie udać), że w żadnym okresie nie dawał się zbytnio ponosić emocjom.
Był uparcie skromny, najwyraźniej specjalnie zadawał sobie trud, by wyrazić przeświadczenie, że załoga "Apolla 12" ma takie same kwalifikacje do odbycia tej pierwszej podróży na Księżyc jak jego własny zespół, po czym stwierdził, że zasługę należy przypisać wszystkim Amerykanom, którzy pracują dla misji. "To jest bardziej ich sukces niż nasz" - powiedział Armstrong, jakby wyprawa została już zakończona. A może miał to być tekst reklamowy do wykorzystania po wylądowaniu na Księżycu, po wystartowaniu z Księżyca lub po udanym wodowaniu? Zapytany o życie prywatne i fakt, że utraci je po tym wyczynie, odpowiedział tonem, który powinien przynieść mu aplauz dwudziestu milionów prowincjonalnych widzów: "Sądzę, że w kontekście takiego osiągnięcia życie prywatne jest możliwe". Myśli Aquariusa gdzieś się rozbiegły, przestał robić notatki. Przywrócony do przytomności przez pewną zmianę atmosfery, zorientował się, że Armstrong kończy wywiad, ponieważ mówi właśnie: "...aby wynieść człowieka na inne ciało niebieskie... Dziękujemy wam wszystkim za waszą pomoc i modlitwy".
Kiedy kamery stanęły, wśród telewizyjnej obsługi rozległy się oklaski. Związki zawodowe popierały jak zwykle patriotyczny i mężny amerykański wyczyn. "Powodzenia i szczęśliwej drogi, Neil" - krzyknął jeden z pracowników w ścianę ze szkła, a Armstrong się uśmiechnął i pomachał ręką; atmosfera była tu serdeczniejsza niż na pozostałych konferencjach prasowych. A jednak ten wywiad niewiele dodał do zbiorów Aquariusa.
Coś jednak dodał. Powołując się na reportaż Dory Jane Hamblin w "Life", McGee wspomniał o powtarzającym się śnie, jaki Armstrong miewał, kiedy był chłopcem. Potrafił się w tym śnie unieść nad ziemię, jeśli wstrzymał oddech.
Aquarius zawsze czuł przygnębienie, złapawszy się na tym, że staje się wyznawcą jakiejś nowej legendy. Przesyt i niemożność uporania się z zalewem śmiecia są złem naszego wieku - perły czyjejś legendy nieczęsto się tworzą wokół ziaren prawdziwego piasku. Od chwili kiedy Aquarius przeczytał tę historyjkę w "Life", powracający sen Armstronga nie przestawał go fascynować. To był piękny sen - wstrzymać oddech i lewitować; nie latać ani nie spadać, lecz zawisnąć nad ziemią. To był piękny sen, piękny, bo w niedługim czasie mógł się okazać proroczy, piękny, bo był tajemniczy i głęboki, piękny, bo tak stosowny dla człowieka, który miał wylądować na Księżycu. Taki sen mógłby się stać punktem wyjścia dla nowej teorii snów, gdyż żadna koncepcja, która nie potrafi wytłumaczyć pojawienia się tego gościa nocy, nie jest wystarczająca, chyba że jej założeniem byłoby, iż lewitacja, oddychanie i Księżyc nie są właściwymi motywami snu.
Właśnie dlatego, że ów sen był tak proroczy, budzący lęk lub nabożną cześć, głęboki, tajemniczy i stosowny, Aquarius wzdragał się popuścić wodze wyobraźni nad jego znaczeniem, dopóki nie nabierze pewności, że sen istotnie miał miejsce. Ten sen był zbyt piękny, by mógł być prawdziwy - myślał Aquarius. Lecz gdy przyjrzał się tego dnia Armstrongowi i usłyszał jego na poły żartobliwe potwierdzenie, że owszem, miewał w wieku chłopięcym takie sny, naturalność i prostota tego wyznania spłynęły kojącym balsamem na jątrzącą ranę jego wątpliwości. Aquarius sobie uświadomił, że w głębi ducha już jest zdecydowany uwierzyć w prawdziwość owego snu.
Cały ten epizod wprawił Aquariusa w stan intelektualnego upojenia, bo w dramatyczny sposób unaocznił mu, jak biegunowo przeciwstawne cechy zawierała w sobie osobowość Armstronga i w ogóle wszystkich astronautów. Od ich świadomej jaźni do głębin podświadomości, jakaż to gama możliwości! Tak, rozmyślał Aquarius, rzecz nie tylko w tym, że astronauci musieli się nauczyć obcować z przeciwieństwami - sprzeczności tkwiące w ich charakterze były tak ściśle powiązane z impetem naszego stulecia, że ich osobowości mogły przemawiać za jakąś nową, lepszą czy gorszą, konstrukcją psychiczną człowieka.
Bo to była prawda: astronauci mieli przeżywać przygodę w niezmierzonej przestrzeni, tak niezmierzonej, że nasuwała myśl o bezkresie snu, tymczasem ich życie tutaj, na ziemi, upływało w sposób zupełnie standardowy. Było to pracowite życie podmiejskiej klasy średniej, a ich zajęcia wydawały się banalnie praktyczne, techniczne. Z jednej strony ścierali się z najgłębszymi, prymitywnymi tabu, z drugiej zaś ich zachowanie w życiu publicznym było konwencjonalne niemal do parodii; mieli wziąć udział w odysei, której sukces czy klęska były tak dalece niezależne od nich samych, że musiało im to narzucić rodzaj fatalizmu, a z drugiej strony wyprawa wymagała od nich przedsiębiorczości wprost trudnej do wyobrażenia. Byli patriotami, ale też ludźmi Księżyca. Całe ich życie wystawiono na widok publiczny, natomiast im sprawiała oczywistą przyjemność samotność w kosmosie. Byli tak oddani idei, że gotowi byli umrzeć za swoją misję, swój zespół, swoją NASA, swój naród, a mimo to, chcąc nie chcąc, wydawali się narcystyczni niczym gwiazdy filmowe.
"Skarbie, próbowałam i ani rusz nie mogłam zrobić e-e" - powiedziała Lulu Meyers w Jelenim parku5. Ciśnienie krwi, fale mózgowe, ruchy robaczkowe jelit astronautów stały się obiektem narodowego zainteresowania. Choć byli to stuprocentowi mężczyźni, opukiwano ich, kłuto, sondowano, wygniatano, mierzono, karmiono całą farmakopeą środków pobudzających, uspokajających, moczopędnych, przeczyszczających i przeciwnie, pigułkami na chorobę morską, antybiotykami, witaminami i odżywkami, które miały nadać określoną postać ich odchodom. Byli mężczyznami w pełni sił i zdrowia, lecz troszczono się o nich i niańczono jak żadnego zdrowego człowieka na świecie. Przedsięwzięcie, w którym uczestniczyli, było ryzykowne, śmiałe, zaplanowane z rozmachem, wymagało od nich znacznej sprawności fizycznej, a jednocześnie charakter pracy i warunki techniczne zmuszały ich do życia w ciasnocie, bez możliwości poruszania się, do pozostawania przez wiele dni w stanie napięcia umysłu i bezruchu fizycznego.
Musieli godzić w sobie, co było naturalne, niezwykłe sprzeczności ciała i ducha. Z jednej strony tkwić w samym środku rzeczywistości technicznej (to znaczy świata, w którym na każde pytanie należy znaleźć odpowiedź, a każdy problem musi mieć algorytm rozwiązania, bo inaczej technika nie mogłaby posuwać się naprzód), a jednocześnie przebywać - choćby tylko w snach - w tym innym świecie, gdzie mają swoje miejsce śmierć, metafizyka i nierozwiązalny problem wieczności, a to oznaczało osobowość tak wewnętrznie sprzeczną, że musieliby być najnieszczęśliwszymi i najbardziej niezrównoważonymi z ludzi, gdyby te potężne przeciwieństwa nie wyrastały na gruncie głębokich i narastających sprzeczności całego naszego stulecia.
To stulecie usiłuje zapanować nad przyrodą w stopniu do tej pory nieosiągalnym i jak nigdy dotąd przeciwstawić się wojnie, nędzy i klęskom żywiołowym. A przecież, jak żadne inne, przyniosło ze sobą śmierć, zniszczenie i degradację środowiska. Teraz to samo stulecie wypisało na sztandarach ideę, że człowiek musi ową koncepcję życia zanieść do gwiazd. Jest to najbardziej zżerające duszę i apokaliptyczne ze stuleci. Naturalną koleją rzeczy osobowości astronautów cechuje wyjątkowa banalność, a przy tym apokaliptyczna wzniosłość. Toteż swoimi sprzecznościami nasuwają oni myśl o potędze tego wieku, który musi się borykać z własnymi sprzecznościami, a mimo to potrafił wyzwolić coś z niewyrażalnej mocy Ziemi. Stulecie dumne z racjonalności swojej techniki jest zarazem stuleciem na tyle irracjonalnym, by roztoczyć przed każdym umysłem realną perspektywę globalnego unicestwienia. Jest to pierwsze stulecie w historii świata, które w zdrowych i trzeźwych umysłach potrafiło wzbudzić obawę, że być może ono samo nie dobiegnie swojego kresu. Ten świat po części wierzy apokaliptycznemu proroctwu zagłady naszego gatunku, a po części ufa wspaniałej wizji wyjątkowej przyszłości leżącej jeszcze przed nami. Popisując się potężnym fajerwerkiem energii, ten wiek galopuje w niepojętym dla siebie kierunku. Pędzimy coraz prędzej, a metafizyczny cel nie jest znany.
Aquarius, świadomy wrodzonej inklinacji do popadania w błędy i trudnej do wykorzenienia romantycznej skłonności swojego umysłu do wierzenia we wszystkie baśnie i legendy, w które chciał wierzyć, tego upalnego sobotniego wieczoru 5 lipca, na południowo-wschodnim skraju Houston, doszedł jednak do wniosku, że Armstrong jako chłopiec istotnie miewał powtarzający się sen: wstrzymywał w nim oddech, unosił się w górę i zawisał nad ziemią. Na podstawie tego snu Aquarius, który od miesięcy roztrząsał nowe (przynajmniej dla siebie samego) idee dotyczące architektury snów, ich funkcji i pojawiania się, gotów był już budować swoją teorię - tak, na podstawie snu Armstronga mógłby się porwać na ten problem. Każdy temat nowej psychologii daje się wywieść stąd, z tego jednego faktu. W miarę upływu godzin tego wieczoru, kiedy Aquarius brał udział w przyjęciu u Pete'a Conrada i rozmawiał przy pieczonych na ruszcie befsztykach z przyszłym dowódcą "Apolla 12", a Conrad mu się zwierzał, jak to od lat marzył o wyprawie na Księżyc, a obecnie, konkludował surowo, po męsku: trzeba być odważnym, rozważając wartość marzenia, "dziś Księżyc jest dla mnie tylko faktem", Aquarius utwierdzał się w przekonaniu, wprawiającym go w radosny nastrój, w szczęście przenikające wszystkie zmysły, że to trudne, ponure zadanie napisania książki po to, by zarobić trochę forsy na spłatę długów i kupienie sobie niewielkiego kawałka czasu, z całą pasją, z całą dyscypliną, zaczyna stawać się możliwe, zaczyna być pracą, której wymiar może ulżyć w harówce. I gdy sobie uprzytamniał wszystkie drobne szczegóły, jakie zebrał z biografii Collinsa, Aldrina, Armstronga, dochodził do wniosku, że niewątpliwie inwazja na Księżyc jest znakiem nakazującym mu stworzenie nowej psychologii. Nazwałby ją... tak jest, pod tym teksańskim Księżycem bliskim pełni nazwałby ją Psychologią Astronautów, ponieważ na nich się kończył dawny, a może rozpoczynał nowy rodzaj człowieka, i brakowało miary, którą by można do nich przyłożyć, dopóki się nie nakreśli nowej psychologii.
ROZDZIAŁ 3 - Źródła ognia
I
Jesteśmy na Florydzie, w miejscu startu. Po tygodniu spędzonym w Houston Aquarius wybierał się na następne dziesięć dni na przylądek Canaveral. Znalazł się wreszcie na swobodzie, w prawdziwym tropiku, z bagnami i palmami kokosowymi. To podnosiło go na duchu. Z natury rzeczy wcale nie wynika, by technika i tropik musiały się nawzajem wykluczać.
Zróbmy małą wycieczkę. Ośrodek kosmiczny umieszczono na wyspie Merritt i na przylądku Canaveral, obecnie Przylądku Kennedy'ego, na trzydziestokilometrowej mierzei oddzielającej wewnętrzny tor wodny od Atlantyku, w krainie bagien i zarośli, gdzie wciąż jeszcze można spotkać szopy pracze, rysie i aligatory, a wrzosowiska i płaskie wydmy ciągną się aż do morza. Jest to ziemia smagana wiatrem i zalewana wodą, przypominająca Hatteras, Chincoteague i park narodowy Seashore na przylądku Cod, nieefektowna kraina, w normalnym czasie niezamieszkana przez ludzi zwyczajnych zawodów, bo jest tam niewiele drzew i tylko gdzieniegdzie sterczą palmy, ale tak zniszczone i wyleniałe jak sczochrany zadek małpy, płaska kraina upałów, wód i ptaków, i to ptaków tak frapujących dla Aquariusa jak ibisy, kuliki, siewki, rybołówki, jastrzębie i sępy szybujące wspaniale niczym eskadra w szyku, a nawet orły, jak łomignat białogłowy, rybołowy i sowy. W słonawej wodzie żyją pstrąg morski, łosoś, okoń o wielkim pysku i leszcz. Jest to kraina dla myśliwych, wędkarzy i amatorów moskitów. Przed wojną niemal bezludna, a teraz pierwszy port kosmiczny - pomyśleć tylko! - pierwszy port kosmiczny, serce przemysłu, który utrzymuje niemal półmilionową armię mężczyzn i parę kobiet, przemysłu, który w ostatnich latach wydawał średnio ponad cztery miliardy dolarów rocznie, port kosmiczny, który ogniskuje działalność całego przemysłu kosmicznego, najbogatszych firm współpracujących z NASA. Ten port wypraw na Księżyc, na Marsa, Wenus, do granic Układu Słonecznego i poza nie to forpoczta kosmosu, bo jest zdumiewająco pusty, niewiarygodnie jak na tropiki posępny, a drogi wiodące przez bazę lotniczą do ośrodka kosmicznego biegną wśród pustkowia bagien, porośniętych z rzadka trawą wydm i samotnych znaków drogowych. Kiedy się jedzie wzdłuż tego niskiego, trawiastego grzbietu, co kilkaset metrów spotyka się od strony oceanu drogowskaz do porzuconego zespołu startowego. Po spenetrowaniu okazuje się, że jest to tylko kawałek nieużywanej drogi i wieża startowa - pozostawiona swojemu losowi wieża dla rakiet już nieprodukowanych, stojąca na niewielkiej betonowej płycie; wysoka, zardzewiała, pionowa struktura z żelaznych dźwigarów, otoczona porzuconymi barakami i składami. Dla Aquariusa kawał historii programu kosmicznego tkwił w tych właśnie porzuconych wieżach startowych, teraz tak samotnych i odosobnionych jak spichrze zbożowe przy torach kolejowych na równinnych preriach Nebraski, Kansas czy Dakoty, z miasteczkami u ich stóp i cichym świstem wiatru niczym szumem fali załamującej się na oceanie pszenicy. Na prerii spichrze zbożowe obcują nocą z gwiazdami, tutaj, wśród bagien i tympanonów wydm Florydy, w zgiełku świerszczy wieże startowe przestarzałych już rakiet sprawiają to samo wrażenie wartowników na przedpolu kosmosu, stoją jak megalityczne pomniki, jak relikty tej przedhistorycznej epoki, kiedy rakiety zazwyczaj eksplodowały na pierwszych kilkuset metrach lotu.
Tak, przylądek wstrząsnął Aquariusem. W Houston wciąż jeszcze pozostawał on w kontakcie ze swoim nieco odcieleśnionym ego (które czuło się jak balon na sznurku). Mimo całego wygórowanego podziwu dla agencji NASA i jej świata nie mógł tego świata w pełni polubić, nie mógł się pozbyć myśli, że podróże kosmiczne zwiastują przyszły świat mózgów przywiązanych do elektrycznych kabli, jego "ja" było więc przydatne. Od czasu do czasu pociągał za sznurek, by skrytykować to, co widział. Jeśli nawet zdarzyło mu się wypowiedzieć głośno: "Hm, to jest nawet całkiem efektowne", kiedy natknął się na jakiś cud organizacji czy techniki, z drugiej strony przyznawał - przynajmniej w duchu - że Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych nie jest przytulnym gniazdkiem dla ludzkiego serca. W istocie ośrodek ział takim chłodem, że miało się w końcu ochotę uciekać stamtąd jak z lodowatego lochu w koszmarnym śnie. Jego uroki mogły fascynować umysł człowieka techniki, lecz dusza gościa z zewnątrz czuła się tak, jakby została uwięziona w grobowcu z doskonałą klimatyzacją. Przyjemnie było pomyśleć, że można się obudzić ze snu, otworzyć drzwi i pójść sobie, na przylądku nie było to jednak możliwe. Jeśli nawet opuszczone wieże startowe i gorący powiew przywodziły na myśl Zachód - nasuwały refleksję, jak wiele najważniejszych wydarzeń z historii Ameryki miało miejsce w pustkowiach, jak gdyby domeną dwudziestego wieku stały się wszelkie rozległe i pustynne terytoria (te Sahary, Syberie i podziemne składy rakiet "Minuteman") - to takie myśli i refleksje musiały ustąpić przed wrażeniem ogromu. Tutaj wszystko działo się na gigantyczną skalę, wszystko miało gargantuiczne rozmiary. O ile Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych w Houston był mózgiem, to Przylądek Kennedy'ego stanowił ciało, a w zespole startowym nr 39, trzydzieści kilometrów na północ od Cocoa Beach i Canaveral, znajdowały się szkielet i mięśnie Kolosa. Samolotami transportowymi, statkami przez Kanał Panamski i barkami przez Zatokę Meksykańską, z Los Angeles i Sacramento, z Huntsville w Alabamie do Michoud w Luizjanie, a z Michoud na przylądek docierały olbrzymie elementy "Saturna V". Tutaj, na terenie zespołu startowego nr 39, montowało się je w gigantycznym prostopadłościanie z przylegającymi do niego mniejszymi pudełkami - budowli zwanej halą montażową statków kosmicznych (Vehicle Assembly Building - VAB), o wysokości stu pięćdziesięciu ośmiu metrów i kubaturze chicagowskiej giełdy towarowej Merchandise Mart oraz Pentagonu razem wziętych. Rozciągająca się na obszarze ponad półtora hektara i licząca trzy miliony sześćset dwanaście tysięcy metrów sześciennych VAB była budowlą bez okien, ozdobioną z zewnątrz ogromnymi koncentrycznymi prostokątami w kolorze zielonoszarym, kremowoszarym i błękitnoszarym; z daleka wyglądało to jak drewniana kostka pomalowana w stylu op-art, ale ponieważ blok liczył ponad pięćdziesiąt pięter, nasuwał raczej myśl o jakimś gargantuicznym supermarkecie. W chwili zakończenia budowy była to największa co do kubatury budowla świata - stercząc teraz z płaskich, bagiennych terenów przylądka, mogła śmiało pretendować także do tytułu najpaskudniejszej budowli świata. Skądkolwiek się ją oglądało, robiła wrażenie straszliwej architektonicznej purchawki.
Kiedy jednak człowiek już raz się znajdzie w środku, gotów jest uznać halę montażową za jedną z najwspanialszych budowli świata. Wystarczająco obszerna, by pomieścić jednocześnie aż cztery rakiety księżycowe "Apollo-Saturn", dzieliła się wewnątrz na cztery ogromne nawy, a każda z nich mieściła rakietę o wysokości trzydziestu sześciu pięter. Ponieważ rakieta stała na ogromnym transporterze, wrota do każdej z naw miały ponad czterdzieści pięter wysokości, były więc tak wysokie i szerokie, że mógłby przez nie przejść gmach ONZ czy Statua Wolności. Mimo takich rozmiarów hala była wewnątrz pozbawiona jakichkolwiek ozdób, przypominała raczej stocznię, wypełniona konstrukcją stalowych dźwigarów, które podtrzymywały obszerne pomosty, podnoszone i opuszczane lub przesuwane tu i tam niczym metalowe półki w nowoczesnym magazynie, tak że każdą rakietę można było otoczyć ze wszystkich stron ruchomymi galeriami do pracy. Ponieważ niektóre z tych pomostów mieściły w sobie po trzy całe piętra, wnętrze VAB było kompleksem budowli wewnątrz budowli, kompleksem konstrukcji, którymi można było manewrować i które można było zawieszać dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści pięter nad ziemią. Ich boki były zazwyczaj otwarte, z galerii widziało się więc inne konstelacje dźwigarów i pomostów i z każdego poziomu można było zobaczyć podłogę hali, czasem aż czterdzieści pięter niżej. Zwróćcie jednak uwagę, że była to cały czas zamknięta przestrzeń i światło, które docierało z zewnątrz przez półprzezroczyste płyty, biegnące od podłogi do stropu, było przyćmione, było tam zatem niewiele jaśniej niż w kościele lub na staroświeckim dworcu kolejowym. W rezultacie człowiek tracił możliwość rozpoznawania czegoś znajomego w otoczeniu - może znajdował się wśród kratownic mostu zbudowanego pod sklepieniem jakiegoś ogromnego, jeszcze nieukończonego podziemnego miasta, a może stał na rusztowaniu wznoszonej właśnie monumentalnej katedry; piękna była w przyćmionym świetle ta przydymiona gmatwanina struktur wewnątrz struktur, o zawrót głowy przyprawiała rozpiętość i ogrom przestrzeni otwierającej się pod stropem, fascynował widok olbrzymich rakiet oplątanych gęstwą pomostów roboczych. Człowiek nie zawsze zdawał sobie sprawę, czy jest na ziemi, na galerii, na mostku, na stałej czy też ruchomej części tej olbrzymiej stalowej konstrukcji dźwigarów i wiszących platform. Czuł się jak za kulisami opery, o równie skomplikowanej architekturze, a mimo to strop był widoczny z samego dołu, tyle że tutaj znajdował się pięćdziesiąt pięter nad głową - pięćdziesiąt, bo ponad rakietami były jeszcze olbrzymie przesuwne dźwigi.
Spojrzeć w dół z wyższych stopni rakiety lub z najwyższego poziomu, na którym znajdowała się załoga, znaczy wysondować czeluście własnego lęku wysokości. W dół, w dół, całą swoją istotą spadasz w dół, aż na dno, czterdzieści pięter w dół. Oddech wraca do piersi z otchłani. A w jednym kącie podłogi, jak znaczek na skraju wielkiej koperty, kwadratowy ring otoczony linami, w nim zaś kilka setek turystów gapiących się na żółte dźwigi i konstrukcje szare jak okręt wojenny.
Aquarius, który wziął na początek udział w wycieczce z przewodnikiem, spędził w tym budynku większą część dnia, a potem jeszcze dwa razy wracał, aby się bliżej zapoznać ze wszystkim i zajrzeć do wnętrza każdego z trzech stopni rakiety oraz członu załogowego i napędowego "Apolla 12", przygotowywanych do listopadowego lotu. Wnętrze rakiety przypominało jamę brzuszną łodzi podwodnej lub wieloryba. Zielone, metalowe ściany, zielone i niebieskie zbiorniki, rury, wyloty rur, szare i czarne szafy instalacji elektrycznych przywodziły na myśl obszary ciszy drzemiącej w sercu maszyn, kształt ciemności w zakamarkach galeonu - taki właśnie obszar ciszy ogarniał tam Aquariusa. Nie śmieszyły go nawet białe zasłony, ssący podmuch odkurzaczy, elektryczne szczotki do butów ani białe fartuchy i czapeczki lekarskie, które goście musieli włożyć, zanim pozwolono im zerknąć przez właz członu załogowego i obejrzeć kabinę astronautów. Szare, stożkowe wnętrze spojrzało ku niemu setkami przycisków i przełączników. Trzy odchylane fotele wywoływały dalekie reminiscencje narzędzi tortur; trzy fotele dentystyczne obok siebie! Tak jest, mógł uważać białe kombinezony, które nosili, za nieco komiczne - skoro trzeba tę machinę chronić przed kurzem, mogą zakładać fartuchy, ale dlaczego białe, czemu służą te białe szpitalne ściany? I przebłysk myśli, że oczywiście zachowują sterylność sali porodowej, bo w istocie w całym tym kosmicznym przedsięwzięciu było coś z atmosfery przygotowań do porodu, jakby ci mężczyźni szykowali się do wydania na świat potomka. Zadaniem techniki jest naśladować naturę, zaś wnętrze hali montażowej stało się łonem nowego dzieła Stworzenia.
A więc to chyba hala montażowa skłoniła Aquariusa, by wypuścił z ręki sznurek balonu i pozwolił swojemu ego ulecieć dokądkolwiek, gdzie zechcą je przyjąć. Nie chodzi o to, że Aquarius nagle postanowił pogodzić się z programem kosmicznym czy nawet po części uznać jego wartość, rzecz raczej w tym, że cokolwiek nas jeszcze czeka, Lewiatan niechybnie wstąpi w niebiosa. On, Aquarius, być może nigdy się nie dowie, czy na dobre, czy na złe, lecz jedno było pewne: oto stał w pierwszej katedrze ery techniki i musiał uznać, że świat będzie się zmieniał, że świat już się zmienił, właśnie wtedy, gdy sądził, że to on go popycha dzięki swojemu potężnemu ego. I to zmienił się w sposób, którego nie chciał uznać, którego nigdy nie przewidywał i którego być może nawet teraz nie był w stanie pojąć. Przemiana wydawała się poważniejsza, niż się spodziewał. Cały majestat rakiety objawił mu się w tym przepaścistym łonie ogromu, w tej machinie przypominającej gigantyczną katedrę, stworzonej po to, by zbudować inną machinę, która poleci do gwiazd. Tak, narodziny okrętu do podróży w eterze są wydarzeniem, którego nie sposób zmierzyć żadną filozofią, jaką byłby w stanie uformować w swoim umyśle.
Tymczasem wszystkie drogowskazy kierujące do hali montażowej głosiły: VAB. Mogła to być nazwa whisky, kosmetyku czy jakiegoś proszku do prania, lecz nie było to stosowne imię dla tego przybytku bogów. Wielkie świątynie stuleci żarliwej wiary noszą godne ich nazwy: Alhambra, Hagia Sophia, Mont Saint-Michel, Chartres, opactwo westminsterskie, Notre Dame. A teraz VAB. Już nic z niczym nie harmonizuje. Sztuka komunikowania się stała się funkcją mechaniczną, maszyna zaś - dziełem sztuki. Co za upadek dla ego prawdziwego artysty. Jakiej wspinaczki potrzeba, by na powrót wynieść język na wyżyny sztuki. Aquariusowi przyszło nagle do głowy, że lęk wysokości musi być przynajmniej po części pochodną ważności ego. A może jest bezpośrednią funkcją tej części własnego "ja", która jest bezużyteczna? Człowiek jest zapewne gotów na wszystko, kiedy jego "ja" znajduje się wreszcie w harmonii z duszą i wszystkie znaki mówią mu: idź. Tak, trzeba stworzyć nową psychologię, aby zrozumieć astronautów. Warto zacząć od nauczenia się prostoty. Nie zdominować intelektem doświadczenia, a raczej wsłuchiwać się w jego najcichszy szept - oto lekcja. Aquarius będzie więc z konieczności akolitą techniki. Cóż za policzek!
Aquarius musiał przyznać, że pracownicy hali montażowej mają cholernie dobry nastrój i niezwykłe morale. Kiedy spotykał ich na korytarzach i w windzie, obserwował w hali montażowej, w zadowoleniu malującym się na ich twarzach dostrzegał świadomość kolektywnego wysiłku, zainteresowanie wykonywaną pracą i radość z bliskiego startu. Nigdy wcześniej nie widział armii tak zadowolonych robotników fabrycznych. Atmosfera przypominała tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Podobnie jak w Ośrodku Kosmicznych Lotów Załogowych, ich stanowisko określała, jak się zdaje, liczba przypiętych do kieszeni plakietek uprawniających do wstępu na poszczególne oddziały. Uśmiechy kwitły najżywiej na twarzach tych, którzy nosili najwięcej plakietek, jak gdyby nie były one etykietkami identyfikującymi, które ich redukowały do roli kółek w maszynie, a raczej kombatanckimi baretkami, baretkami odznaczeń wojennych. Stare związkowe pryki, majstrowie, faceci po pięćdziesiątce o okrągłych twarzach i w okularach z drucianymi oprawkami stąpali z dumną miną starszego sierżanta udzielającego rekrutom trzydniowej przepustki.
I tak Aquarius zaczął żyć bez ego, jako skromny, cichy obserwator. Brał udział w wycieczkach po ośrodku kosmicznym, przeprowadzał wywiady i studiował fachową literaturę, spędzał długie, bezalkoholowe noce w swoim klimatyzowanym pokoju w motelu i rozmyślał, nie o sobie, lecz o ogromie bohaterstwa i skali przedsięwzięcia, jakie widział przed sobą. W noc przed startem już sam znajdował się na orbicie - prostaczek o przyjemnie leniuchującym umyśle. Tak naprawdę jego intelekt bujał w stanie nieważkości w jakiejś niepojętej podróży poprzez pustkę psychicznego kosmosu, gdyż, jak właśnie odkrył, umysł pozbawiony ego jest podobny do ciała bez grawitacji. Był tu teraz jedynie po to, by obserwować, by świadczyć. A dni płynęły spokojnie. Być może spotkamy go w noc przed startem, choć może się to nie udać. Zaczął obserwować, a sam był jakby niewidzialny. To niebezpieczny znak. Tylko bardzo wielcy lub bardzo kiepscy literaci piszą tak, jak gdyby byli niewidzialni.
II
"Saturn V", który miał wystartować z rozległego, płaskiego terenu, obszaru szarozielonych nieużytków i bagien, niezamieszkanego w promieniu sześciu kilometrów, mieścił niemal trzy tysiące ton paliwa, tak że trzeba by dziesięciu tysięcy atletów, żeby go unieść choćby na centymetr. Paliwem dla rakiety był ciekły tlen, ciekły wodór i specjalnego gatunku nafta o nazwie RP-1, zaś paliwem członu napędowego "Apolla" - hydrazyna, niesymetryczna dwumetylohydrazyna i czterotlenek azotu. W rezultacie była to bomba, bomba o średnicy dziesięciu metrów - rozmiar dużego salonu (wyższy urzędnik wielkiej korporacji z pensją w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie mógł zacząć myśleć o salonie dziesięciometrowym). Rakieta miała taką wysokość, jak postawione na krótszym boku boisko do piłki nożnej. Przyrównywano ją do trzydziestosześciopiętrowego wieżowca (po trzy metry na kondygnację), lecz boisko do piłki nożnej stanowi dobrą skalę porównawczą. Taka bomba, o wysokości stu dziesięciu metrów i o średnicy dziesięciu metrów u podstawy, mogłaby wybuchnąć z siłą blisko pół miliona kilogramów TNT (trójnitrotoluenu). Dałoby to takie same skutki jak anachroniczny nalot dywanowy w czasach drugiej wojny światowej - tysiąc bombowców niosących po pół tony bomb każdy. Jeśliby doszło do wybuchu, "Saturn V" zrównałby z ziemią wszystko w okolicy. Z tego powodu kontrola lotu, centrum prasowe i trybuny dla VIP-ów znajdowały się w odległości niemal sześciu kilometrów, oddzielone nagimi pustkowiami, które po usypaniu grobli wśród bagien i płytkich rozlewisk już teraz wyglądały jak po bombardowaniu.
W przeddzień startu "Apolla 11" w sercu hrabstwa Brevard, na tej połaci ziemi, która ciągnie się od Melbourne przez Eau Gallie i Cocoa do Titusville, na nadbrzeżnym pasie od bazy lotniczej Patrick przez Cocoa Beach i przylądek Canaveral do bazy sił lotniczych na Przylądku Kennedy'ego, do ośrodka kosmicznego i wyrzutni nr 39, na całych tych kilkuset kilometrach kwadratowych zabudowań, wody i płaskich, bagnistych, dzikich pustkowi, w wypielęgnowanych tropikalnych ogrodach, na bocznych drogach nad rzekami obrzeżonymi palmami, w wieczornym rozgwarze świerszczy, cykad, żuków, pszczół, moskitów, koników polnych i os, setki tysięcy ludzi zaczęły się gromadzić na wszystkich plażach i dostępnych wysepkach, groblach, mostach i wzgórzach, które z odległości dziesięciu, piętnastu czy dwudziestu kilometrów oferowały widok na miejsce startu. Jutro większość z tych ludzi będzie potrzebowała polowej lornetki, żeby śledzić lot rakiety od płyty startowej, nad morze, ku łańcuchowi wysp Morza Karaibskiego - aż do granic widzialności. Lecz będą mieć dobry widok - tej nocy upewnili się, że uda im się obejrzeć spektakl, jeżeli tylko niebo będzie czyste, bo rozbili obozowiska tylko tam, gdzie nic nie przesłaniało płyty startowej nr 39 na horyzoncie. "Apollo 11" na szczycie "Saturna V" był doskonale widoczny z odległości dziesięciu, dwunastu, piętnastu kilometrów: rakieta była iluminowana. Ze wszystkich stron lały się na statek kosmiczny potoki światła z gigantycznych reflektorów - oprawa jak na hollywoodzkiej premierze w dawnym stylu.
Z szosy nr 1 w Titusville, odległego o siedemnaście kilometrów od Przylądka Kennedy'ego, ponad wyspą Merritt i rzekami Banana i Indian, ponad otwartą przestrzenią wieczornych wód, w zasięgu strzału artyleryjskiego, z odległości dwustu boisk piłki nożnej, ponad obozowiskami turystów z południowej Florydy, z Everglades, Miami, z łańcucha wysepek Keys, z Tampy i Orlando, z Daytony, St. Augustine, Gainesville i Jacksonville, z Fort Myers i Fort Lauderdale, z Sarasoty, St. Petersburga, Lakeland, Ocali i Tallahassee, przybyłych z każdego z miast Georgii i dalej, z północy i z zachodu, ponad biwakami wszystkich amatorów letniej włóczęgi z pięćdziesięciu stanów Ameryki, którzy obozowali w okolicy, ponad głowami turystów zwiezionych czarterowymi lotami na tygodniowy tani urlop na upalnej Florydzie, a teraz wciśniętych w tylne siedzenia wynajętych aut na szosie nr 1 w okolicy Titusville, z koczowisk wszelkich kategorii turystów, ponad lądem i wodą widać było statek kosmiczny, a w powodzi świateł reflektorów wyglądał on jak statua. Jarzył się z oddali dla całego świata niczym jakaś biała kamienna Madonna w górach witająca o zmierzchu strudzonych wędrowców. Być może był to niezamierzony efekt oświetlenia niezbędnego do pracy, lecz Ameryka nie na darmo miała swoje premiery filmowe, fajerwerki w Radio City i pięćdziesiąt milionów frajerów tłukących się każdego roku setki kilometrów do Wielkiego Miasta tylko po to, by zobaczyć spektakl i pognać z powrotem do domu. Skoro już chcecie mieć premierę w hollywoodzkim stylu, z iluminacją, milionową publiką i rakietą, która w rozedrganym wieczornym powietrzu wygląda jak oświetlony posąg Najświętszej Marii Panny przed kościołem w południowym Brooklynie czy Bay Ridge, no to, do licha, możecie mieć taki spektakl równie dobrze na tej premierze wyprawy na Księżyc. Warto puścić jeszcze jeden czy dwa reflektory! A pielgrzymi gapili się poprzez wodę ze swoich biwaków przy szosie nr 1 w Titusville lub siedzieli na brzegach rzeki Indian w półmroku i czekali, aż tropikalna noc złoży władzę nad godzinami.
W ostatnich latach Amerykę ogarnął nowy rodzaj szaleństwa. Po pięciu dekadach filmów grozy i westernów, po przygodzie kilku pokoleń mężczyzn w dwóch wojnach światowych, w Korei i Wietnamie, po szesnastu latach "Playboya" i amerykańskiego kultu dla przeczących prawu ciążenia biustów i dojrzałych na słońcu pośladków, po dziesięciu latach najlepszego na świecie zawodowego futbolu, po przeszło stu latach trwania w przekonaniu, że pogranicze jest wciąż jeszcze przed nami i nigdy się nie skończy, i po dwudziestu jeszcze bardziej zdumiewających latach rozkwitu techniki, kiedy dobrobyt zagościł w kieszeni niemal każdego białego, a technika narzuciła swoje plastiki, swoje autostrady, swoje supermarkety, swoje utensylia, swoje przedmieścia, swój smog i przeświadczenie, że pogranicze jest zamknięte na amen, zamknięte jak królicza nora przez głaz polodowcowy, Ameryka, miotana żądzą przygód i obawą, czy nie nadchodzi ich kres, wybuchła; Ameryka rzygnęła na drogi. Ameryka stała się krajem koczowników, furgonetek kempingowych, dużych i małych przyczep, namiotów na dachu, mikrobusów Volkswagen przerobionych na ruchome sypialnie, jeepów z wbudowanymi z tyłu domkami Chic Sale, land-roverów z podnoszonymi łóżkami, wozów Bronco z podnoszonymi łóżkami. Tak czy inaczej, człowiek może się ruszyć z domu w drogę ze swoimi kumplami, z własną rodziną czy własną babcią i jeśli znajdzie trzy metry na sześć trawki nieogrodzonej, niezajętej i niezbyt błotnistej, może rozłożyć obóz. Wzdłuż i wszerz Ameryki w letnie noce pola biwakowe zapełniają się ludźmi spoczywającymi na nadmuchiwanych materacach, rozłożonych na powleczonej plastikiem podłodze namiotów z powleczonej plastikiem tkaniny - jakiż rozkoszny zapach Zjednoczonego Przemysłu Chemikaliów, jakiż konglomerat szamba i kloaki z balsamicznymi wiejskimi chlorofilami i nektarami natury! Ameryka Higieniczna i Ameryka Pierwotna wybrały się na biwak do lasu, Osobowość Higieniczna i Osobowość Pierwotna tulą się zgodnie do siebie, schizofreniczne bliźnięta w czaszce porządnego, rodzinnie usposobionego Amerykanina.
Tak więc tej nocy coś około miliona ludzi rozłożyło się obozem na nadbrzeżnych terenach hrabstwa Brevard, a na wszystkich szosach i groblach w okolicy tłoczno było od aut i wozów kempingowych, tropik namiotu jednej rodziny niemal zachodził na piknikowy obrus drugiej, rozłożony przed drzwiami sąsiedniego furgonu kempingowego, zaś otwarta pokrywa bagażnika dwunasto- czy piętnastoletniego kabrioletu (zardzewiałego dodge'a z dachem całkiem podartym, oblepionym obłażącą taśmą izolacyjną i brudnym białym przylepcem, który polował na trzepocącą łatę) tuż obok poprzednich dwóch - część rodziny spała w bagażniku, reszta wystawiała brudne nogi przez okna wozu. Znalazła się tu nie tylko klasa średnia Ameryki, lecz przede wszystkim cała ta wielka rodzina, do której należą i ci twardzi robociarze, mięśnie-i-kałdun, wieczory przy piwku, i ci chudzi, żylaści, o czerwonych karkach kumple z knajpianej ferajny, tacy, co to rano z tanią wódką za pazuchą ciągną nad rzekę na ryby. Byli tu turyści i wytworni biwakowicze z podmiejskich dzielnic willowych, tacy, którzy kojarzą się z masłem orzechowym, galaretkami owocowymi, kruchą sałatą i rzeżuchą wodną - lecz w atmosferze oczekiwania był także dynamit i były rodziny biednych Okie6.
Czuło się, że całe Południe jest tej nocy podniecone. Cisi, pobożni baptyści (a jednak bliźni tych o czerwonym karku i biednych Okie - Okie jak Okeechobee! - bliźni owej klasy pracującej) czuwali na gankach swoich domów wzdłuż długiego na półtora tysiąca kilometrów łuku od Przylądka Kennedy'ego przez Florydę, wzdłuż Zatoki Meksykańskiej do Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych w Houston, na całym tym obszarze ortodoksyjnej pobożności i gorących temperamentów, płonących jak sobótkowe ognie wbrew wilgoci bagien, gdzie religia i namiętności toczą ze sobą walkę w tropikalne noce. Tak, całe Południe musiało się modlić, modlić goręcej niż gdzie indziej o bezpieczeństwo tego lotu, astronauci stali się bowiem cząstką owego ładunku uczuć, który biali południowcy potrafią jeszcze dzielić ze sobą w głębi swoich czułych chrześcijańskich serc. Nietrudno wywołać w sobie wizję tych matek i babek wyglądających jak stare panny, okulary z drucianymi oprawkami dla ochrony twojej skóry przed płomiennym wzrokiem ich fanatycznej wiary, indycze korale rysujące się już na szyi. Będą się dziś modlić za Amerykę - kult Ameryki w sercach protestantów jako namiastka serdecznego nabożeństwa dla Matki Boskiej!
I wszędzie tutaj, na terenach biwakowych hrabstwa Brevard, na wszystkich wypalonych przez słońce poboczach i pokrytej smarami trawie dostępnych dróg, pełno było mężczyzn szykujących się, by popić ze swoimi żonami, zielonookich, niemłodych robotników z fabryk Południa, o opalonej piegowatej skórze, rudawych włosach, o stwardniałych od wysiłku mięśniach przedramienia, a ich żony - każda z nich to skłopotana matka, roztyła flądra i dziwa w stylu daj-mi-drinka-a-będę-wrzeszczeć-z-radości. Sumienna praca, przywiązanie do rodziny i swojej własności, tej mizernej własności, niechlujnej własności, szkolny odsiew, ochrypła wrzaskliwość - oto ten rodzaj Południa. Ślub zaraz po szkole, na poły wyszumiali jak trzy czwarte Ameryki po trzydziestce, ich synowie na polowaniu po całym obozowisku na takich samych jak oni, w poszukiwaniu innych chłopaków czy też - niech ich bogowie rozpusty mają w swojej opiece! - dziewczyn bez pasa cnoty w majtkach. Trudno się spodziewać czegoś innego w noc tak wypełnioną upałem, ludzkim mięsem, pulsowaniem lęku, modlitwą łagodną jak miłość i tropikalnym seksem we wszelkich sosach.
Ten robotnik fabryczny o rudych włosach i szarozielonych oczach, spalony na raka, z czerwoną skórą obłażącą na węźlastych ramionach, mógłby być astronautą w następnym wcieleniu. Wyglądał jak starsze wydanie Neila Armstronga, przypominał któregoś z nich, na pewno Gordona Coopera albo Deke'a Slaytona czy Walta Cunninghama z "Apolla 7". Tak, ten robotnik był dziś prawdziwym Amerykaninem - przesiąknięty od stóp do głów dumą i lękiem, i żalem, jego dziki ryk buntu, nieuchronnie cichnący z każdym rokiem, dzisiejszej nocy napełniał przestrzeń lękiem. Pracował całe życie przy maszynach, hołubił samochody, cackał się z autami, aż zaczynały reagować na jego dotknięcie, znał je i sypiał przy nich z taką ufnością, jak gdyby były psami myśliwskimi, wiedział tysiąc rzeczy o współdziałaniu człowieka z maszyną i wiedział, ile się może popsuć. Maszyny - wszystkie maszyny, jakie znał dotychczas - są równie kapryśne jak ludzie. A tutaj, jutro, polecą w przestrzeń trzej ludzie, mógłby być jednym z nich, gdyby a) nie był przez połowę życia zapitym durniem, b) nie ożenił się tak młodo, c) był wykształcony, d) miał dwa razy więcej smykałki, e) miał trochę prawdziwego szczęścia zamiast tego przeklętego szczęścia rodzinnego. Mógłby lecieć razem z nimi w maszynie złożonej z milionów części, w osiemdziesięciu procentach z elektroniki, do której nie przyłożył ręki, żadnych smarów, śrub, kluczy i mięśni w elektronice. Tak jest, mógłby lecieć w tej maszynie, przy której nikt nigdy nie spał, której nie można zaufać, tak, nie można ufać maszynie o milionach części, dziesięć milionów palców pracowało nad nimi - ileż zła, omylności i fałszu w dziesięciu milionach palców? Myślał o swojej żonie, ona sama, pijana i w apogeum lunatycznego obcowania z wszechobecnymi promieniami Księżyca była tysiącem palców zła! I flaki zeń wyłaziły z nabożnego lęku wobec śmiałości jutrzejszego czynu. Spędził całe życie z maszynami, tylko do nich się odnosił z pełnym zaufaniem, bo miał nosa do ich pułapek (lepszego niż do kobiecych), a teraz, już za dwanaście godzin, miał zobaczyć, jak w pełnym świetle godziny dziewiątej trzydzieści rano ten "Apollo-Saturn" wzniesie się w niebo. Miał zobaczyć początek świata, w którym maszyna jest królem, i nie wiedział, czy płakać z dumy, czy z rozpaczliwego bólu, że tak naprawdę to on już nic się nie rozumie na tej nowej maszynerii.
A jego żona, słuchająca tranzystorowego radia, które Red jej kupił, sącząca trunek - zgrzane i stanowczo zbyt strachliwe było jej ciało w tę upalną noc - roztkliwiła się na myśl o heroizmie jutrzejszego męskiego szaleństwa. Marzył się jej, w przypływie klimakterycznego rozżalenia, jakiś odblask tego świętego ognia w jej łonie. Już za późno! I próbując wykrzesać z siebie nieco ciepła dla Reda, ślubnego męża od tych całych dziewiętnastu lat, stanęła dęba na ostrzu urazy. Dana jej była tajemna moc i jej rodzinie była dana tajemna moc, miała w sobie indiańską krew po obu babkach, i siniaki, żale, afronty, i pełne uroku noce zagubione już w odpływających w zapomnienie wahoo tabunów, których nigdy nie zobaczy. Nasza czerwonoszyja Molly w kwiecie wieku na tym biwakowisku rozmyślała o zaklęciu, które mogłaby rzucić, ale nie rzuci, na jutrzejszy start. Bo gdyby "Saturn" miał w ogóle wybuchnąć, oczami wyobraźni widziała już płomień na niebie; na wakacjach wyłaziła z niej wiedźma i suka, a takie obrazy powodowały w niej przypływ spokojniejszych wód. Gdyby zaś umieściła wosk na czubku igły i uwieńczyła zaklęciem, w jej piersi pozostałby martwy ołów. Nie mówiąc już o późniejszych kobiecych kłopotach w jej łonie. Zatknęła butelkę i zerknęła spod oka na Reda - później znajdzie się jakiś pretekst do kłótni.
Mężczyźni i kobiety, zmęczeni pracą i drogą, siedzieli w swoich samochodach albo na składanych krzesłach z aluminiowych rur z plastikową siatką na zewnątrz aut, wachlowali się i patrzyli na odległą statuę. Z okna samochodu wystawała brudna stopa. Wielki palec mierzył prosto w niebo, zupełnie jak "Saturn V".
III
Aquarius mijał takie widoki jak ktoś obcy. W podobnym otoczeniu czuł się w równym stopniu przybyszem z zewnątrz, co Amerykaninem. To był jego kraj, lecz on go jedynie przemierzał. Jego stopy nie zapuszczały korzeni.
Przypatrując się obozowiskom rozłożonym na skraju drogi w tę nabrzmiałą oczekiwaniem noc, wspominał przyjęcie w klubie Royal Oak w Titusville, w którym brał udział. Galowa impreza! W pierwszej części przemawiał Wernher von Braun we własnej osobie. Wernher von Braun przywieziony i odwieziony helikopterem, von Braun, spiritus movens wielkich rakiet! Von Braun sam w sobie był legendą. Jeśli spytalibyście szarego człowieka z ulicy, kto jest szefem NASA, prawdopodobnie nie wiedziałby nawet dokładnie, co to jest NASA. Gdybyście spytali: no dobrze, kto kieruje programem kosmicznym, prawdopodobnie nie powiedziałby wam, że dyrektorem naczelnym NASA od 1961 do 1968 roku był James E. Webb, ani nie miałby pojęcia, że teraz, latem 1969 roku, był nim dr Thomas O. Paine, który ponosił najwyższą odpowiedzialność za wszystkie urzędy i instytuty NASA: centralę w Waszyngtonie, Ames Research Center - Ośrodek Badań nad Lotami Kosmicznymi w Moffett Field (Kalifornia), Ośrodek Badań Elektronicznych w Cambridge, Ośrodek Badań Lotniczych w Edwards (Kalifornia), Goddard Space Flight Center - Ośrodek Satelitów Bezzałogowych w Greenbelt (Maryland), Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie, Langley Research Center w Hampton (Wirginia), Lewis Research Center w Cleveland, Ośrodek Badawczy Rakiet Jądrowych w Jackass Flats (Nevada), KSC Western Test Range Operations Division w Lompoc (Kalifornia), Wallops Station na wyspie Wallops (Wirginia), Biuro NASA w Pasadenie, Ośrodek Lotów Kosmicznych George'a C. Marshalla w Huntsville (Alabama), Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych w Houston oraz Ośrodek Kosmiczny Kennedy'ego na Przylądku Kennedy'ego i wyspie Merritt. Nie, szary człowiek zapewne nawet nie słyszał nazwiska dra Paine'a ani dra George'a E. Muellera, który był szefem programu lotów załogowych, to znaczy władał wszystkim, co dotyczyło rakiet z załogą, w przeciwieństwie do rakiet bez załogi, a zatem podlegali mu dyrektorzy wszystkich ośrodków kosmicznych i wszystkich laboratoriów związanych z lotami załogowymi. Było też mało prawdopodobne, by taki ktoś wiedział, kim jest dr Gilruth albo dr Kurt H. Debus, który był dyrektorem Ośrodka Kosmicznego Kennedy'ego, wobec czego ponosił odpowiedzialność za każdy gigantyczny start, a także za planowanie, projekt, wykonanie i wykorzystanie wszelkich urządzeń startowych. Nie - szary człowiek znał tylko nazwisko von Brauna. Jego oficjalny tytuł brzmiał: dyrektor Ośrodka Lotów Kosmicznych George'a C. Marshalla w Huntsville (Alabama), w hierarchii służbowej stał on zatem na równi z Debusem i Gilruthem, podczas gdy dr Mueller i dr Paine byli niewątpliwie jego zwierzchnikami w strukturze organizacyjnej tych wszystkich stacji, oddziałów, laboratoriów, operacji, instalacji, ośrodków i pionów. W kategoriach hierarchii służbowej w żadnym razie nie był Szefem, niemniej w odczuciu ogółu, w oczach prasy i zespołu pracowników to właśnie on był prawdziwym twórcą Amerykańskiego Programu Kosmicznego, duchowym przywódcą, wynalazcą, siłą napędową, filozofem, geniuszem. Taki był mit von Brauna i zarazem pozytywna strona jego reputacji, wielkiej, ogromnej. Jednak w splendorze, jaki otaczał von Brauna, musiało być coś z niezdrowej fascynacji - jego nazwisko budziło zainteresowanie, a zarazem odruch niechęci, bo przecież trudno zapomnieć, choć na moment, że von Braun pracował nad rakietami V-2 w niemieckim ośrodku badań rakietowych w Peenemünde i podlegał tylko generałowi Dornbergerowi. Z tego tytułu miał nawet możność udzielić wstępnych informacji samemu führerowi w czasie jego wizyty w ośrodku. Hitler stał i patrzył bez słowa, kiedy urządzono dla niego pokaz działania rakiet na stanowiskach próbnych. Spodziewano się, że ze swoim uwielbieniem dla wszystkiego, co kosmiczne, prymitywne i apokaliptyczne, i dla co hałaśliwszych bojów Piekła z Niebiosami, Hitler będzie zachwycony niezwykłym hałasem silników rakietowych. W 1939 roku cała przyszłość programu rakietowego w Peenemünde wręcz zależała od takich czynników jak ekstatyczna reakcja Hitlera. Lecz führer nie wyrzekł ani słowa aż do obiadu, kiedy to oświadczył: Es war doch gewaltig, co można przetłumaczyć jako: "To było jednak wspaniałe" (Göring, który odwiedził Peenemünde tydzień później, był wręcz olśniony. Napęd rakietowy dla lokomotyw, samochodów, samolotów i statków oceanicznych! - oto jaka mu się jawiła przyszłość).
Po audiencji u Hitlera w 1943 roku von Braun otrzymał rangę profesora tytularnego. Tego z jego życiorysu nie da się wymazać, lecz spotkał go także przeciwstawny zaszczyt - z rozkazu samego Heinricha Himmlera został aresztowany i osadzony na dwa tygodnie w więzieniu SS. Oto jeden z zarzutów: von Braun interesował się rakietami nie tyle dla celów wojskowych, ile dla eksploracji kosmosu. Generał Dornberger musiał interweniować u samego Hitlera, żeby wyciągnąć von Brauna ze szczecińskiego więzienia. Bez von Brauna, powiedział Dornberger Hitlerowi, nie będzie V-2. Z drugiej strony w 1945 roku von Braun zdołał z dużą zręcznością przerzucić około pięciu tysięcy pracowników z rodzinami oraz część dokumentów, opracowań naukowych i rysunków w góry Harzu w środkowych Niemczech, gdzie mogły wpaść raczej w ręce Amerykanów niż Rosjan.
W następnych latach von Braun miał na stałe zapewnione miejsce "na górze". Był doradcą, gdy armia amerykańska prowadziła próby rakiet V-2 na poligonie White Sands w stanie Nowy Meksyk. Pięć lat później, kiedy nadal pracował dla armii, kierował budową sterowanych pocisków rakietowych "Redstone" i "Jupiter". Dla NASA stworzył pojazd startowy programu "Apollo", słynną monumentalną, niezrównaną, trzystopniową rakietę "Saturn V" o wysokości stu dziesięciu metrów i średnicy dziesięciu metrów, giganta, którego obejrzeliśmy już w hali montażowej, ową torpedę o wielkości i ciężarze kontrtorpedowca, rakietę o ciągu trzech milionów czterystu tysięcy kG w chwili startu, która miała wynieść - użyjmy tu przenośni w stylu germańskim - swojego małego braciszka, pojazd kosmiczny "Apollo" o wysokości dwudziestu pięciu metrów, uczepiony na jej wierzchołku, na trasę w kierunku Księżyca. Pojazd "Apollo" w skali całości był tylko spiczastą czapką czarownicy włożoną na głowę - człon przyrządowy "Saturna V"!
Skoro więc owe trzy człony pojazdu startowego miały pracować zaledwie osiemnaście minut - cały zapas dwóch milionów siedmiuset tysięcy kilogramów paliwa miał się zużyć w krótkich impulsach, trwających kolejno dwie i pół minuty, sześć i pół minuty, dwie minuty i sześć minut; przeszło dwa tysiące ton paliwa miało się spalić w ciągu pierwszych stu pięćdziesięciu sekund, tymczasem lot członu załogowego był zaplanowany na osiem dni. Ponieważ "Saturn V" w zestawieniu ze złożonością systemów elektronicznych i urządzeń członu załogowego miał konstrukcję stosunkowo prostą, był w istocie rzeczy tylko gigantyczną rakietnicą do wystrzelenia elektrycznego mózgu w przestrzeń. Dlaczego taką czcią otaczano von Brauna, skoro cała zawrotna złożoność wyczynu technicznego, jakim było zaniesienie człowieka na Księżyc i z powrotem, to przede wszystkim wynik pracy i niewyczerpanej pomysłowości całych zastępów elektroników w Ośrodku Kosmicznych Lotów Załogowych, w zakładach North American, Grummana i tylu, tylu innych miejscach? Jeśli zna się morfologię rakiet, odpowiedź, brutalna, lecz nieunikniona, brzmi: człowiek oddaje cześć fallusowi, a nie kropli swojego nasienia. Tak i tylko tak. "Saturn V" to bebechy i smary, energia i siła, kłębowisko przewodów i superrur, Lucyfer czy archanioł ujarzmiony zaworami. "Saturn V" był ogniem piekielnym, ognistym rydwanem, a jego start - wniebowstąpieniem w strumieniach ognia. Zaś "Apollo 11" był Rozkazodawcą i jako taki był niewidzialny. Przemawiał wśród trzasków i szumów, leciał jak wirująca puszka konserw w telewizyjnej reklamówce, pchełka w zoo migocących punkcików.
Zapamiętajmy sobie: elektryczność to wcielenie bóstwa nienawiści, które niesie ból zmysłom, emituje zakłócenia, powoduje migotanie neonów, oślepiający błysk światła, szok, promieniowanie cieplne. Natomiast misterium ognia kojarzy się ze słońcem i królewskim ceremoniałem. Von Braun był właśnie tym żarem, tą życiodajną siłą programu rakietowego. Opinia publiczna uważała go za hitlerowca. To właśnie był stosowny temat do rozważań dla Aquariusa: Ameryka jest dziś potężna, lecz pozbawiona ideologii, nęka ją widmo wojny domowej, a wielu patriotów i wszechmocnych przemysłowców - jakże często są to ci sami ludzie! - uważa wielkie miasta i uniwersytety za wylęgarnię czarnego barbarzyństwa, wielojęzycznej szumowiny mniejszości narodowych, długowłosych nihilistów, hippisów, zboczeńców seksualnych, narkomanów, apologetów swobód i pomyleńców. Przestępczość zrodziła w społeczeństwie amerykańskim tęsknotę za porządkiem, zaś marzenie o porządku musi pociągnąć za sobą pragnienie nowego ładu. Porządek oznacza ograniczenie, lecz nowy ład domaga się potężnego skoku naprzód, wyjątkowego wysiłku, jednoczącej idei. Czyżby podbój kosmosu miał być potencjalnym rydwanem Szatana, szeroką drogą prowadzącą do nowego totalitaryzmu? Aquarius nie był pewien. Być może neohitleryzm i technika są tak naprawdę sobie wrogie, lecz problemu nie wolno tracić z oczu. Skomplikowana sprawa. W tym momencie Aquarius nie miałby nic przeciwko powrotowi swojego "ja".
Teraz jednak mógł sobie poobserwować von Brauna. Ten - a jakże! - przyleciał do Royal Oak Country Club w Titusville specjalnym helikopterem. Drogi były zatłoczone, a tego wieczoru, właśnie tego wieczoru, parę godzin przed najważniejszym startem życia von Brauna, niewątpliwie jego czas był bezcenny dla niego samego i dla innych. Swoją drogą miało się wrażenie, że tak czy owak przyleciałby helikopterem. Helikopter stał się atrybutem tej gwardii pretoriańskiej, która składa się dziś z generałów, admirałów, członków Kongresu z ramienia Partii Republikańskiej z żonami-wystrojonymi-od-święta, gubernatorów i senatorów ze stanów rządzonych mocną ręką, strażników praw i porządku, burmistrzów i funkcjonariuszy policji stanowej, fachowców od likwidowania zatorów drogowych i VIP-ów w czasie urzędowych wizyt w miastach sprawiających kłopoty. Helikopter w takim wypadku oznacza, że na miejsce przybyła czołowa osobistość. Dzięki temu stał się on symbolem statusu społecznego, podobnie jak obecność na balu Junior League. Nie każdy bogaty Amerykanin i nie każdy, kto coś znaczy w Stanach Zjednoczonych, ma od razu ochotę pójść na bal albo się przelecieć w bańce z pleksiglasu, ale też nie każdemu bogatemu i wpływowemu Amerykaninowi dany jest ten przywilej.
Pod czyimi więc auspicjami zstąpił z nieba von Braun? Spróbujmy się domyślić. Wielka spółka wydawnicza od dawna powiązana z programem kosmicznym zaprosiła prezesów zarządów ważniejszych firm na parodniową wycieczkę do Houston, by mogli się spotkać z astronautami, a następnie na Przylądek Kennedy'ego w celu obejrzenia startu. Jednym z punktów programu tej majówki było spotkanie z von Braunem. Wszyscy czekali teraz na niego w sześciokątnej sali bankietowej wyłożonej drewnianą boazerią w różnych odcieniach orzecha, miejscu nader stosownym na zebranie bogów Ameryki i ich pociotków, bo kształt sali pobrzmiewał dalekim echem wiecu szkockich klanów w zalesionej górskiej dolinie. Drewnianą boazerię biegnącą pod sufitem wokół sali zdobiła dekoracja w postaci skomplikowanych symboli magicznych. Natomiast ściany, jakby świadome, że bogowie są bogami amerykańskimi, a ich władza jest władzą korporacji, były w odcieniu pastelowym, by nie budzić uśpionych emocji wodzów biznesu. Tuż obok znajdowało się pole golfowe i część gości, która opuściła bar i oczekiwała przylotu helikoptera na dworze, stała w parnym powietrzu wieczoru na elastycznej florydzkiej trawie o grubych źdźbłach, szybkościowym produkcie supernawozów, sztuki ogrodniczej i tropiku, tak znakomitym, że sprawiał wrażenie plastikowej gąbki pod stopami.
Było to typowo amerykańskie zgromadzenie. Niezależnie od tego, jak wybitni, jak wysoko postawieni są ich uczestnicy, jak daleką drogę niektórzy z nich przebyli od punktu wyjścia, takie spotkania zawsze tchną tą samą, nieswoją, zakłopotaną, starannie wypucowaną atmosferą kółka parafialnego. Amerykanie, którzy chcieliby kiedyś rządzić światem, wystartowali w drogę do gwiazd, a mimo to nie potrafią zapełnić pustki pomiędzy sobą. Wciąż jeszcze są surowi jak nieugotowany ziemniak. Niezależnie od tego, czy są biedni, czy bogaci, kiedy zbiorą się razem, nie wiedzą, o czym ze sobą rozmawiać. To jeden z przejawów dwutorowości w ich życiu, ta nierównomierność rozwoju płatów mózgowych, ogólnonarodowe rozszczepienie osobowości. Ludzie, którzy wykazują w interesach bądź pracy zawodowej godną podziwu znajomość rzeczy i doświadczenie, są mało interesujący na spotkaniach towarzyskich, a przynajmniej tacy byli tutaj, na elastycznej niczym gąbka darni klubu Royal Oak, wyrwani z kręgu codziennego banału. Jest to odbicie powszechnego w Ameryce przekonania, że człowiek, który dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, nie musi umieć dobrze się bawić. Toteż konwersacja utykała co krok, ale nie miało to znaczenia, bo głównym punktem wieczoru było spotkanie z von Braunem - później będą mieli o czym opowiadać. Amerykańska rodzina odwiedza obce kraje i ciekawe okolice, żeby zrobić fotografie i przywieźć je do domu - zdjęcia staną się w przyszłości punktami odniesienia, kryształkami pamięci nadającymi emocjonalny ton doświadczeniu, które pierwotnie było go pozbawione. Te kryształki pamięci dostarczą później ciepła starości. Spotkanie z von Braunem miało być właśnie takim punktem odniesienia, nawet jeśli było nudne. Umysł Aquariusa, pogrążony w tych niezbyt odkrywczych rozważaniach, poruszyła nagle radykalnie nowa idea, że może to jakiś zdrowy instynkt sprawił, iż Ameryka przez te wszystkie dziesięciolecia zachowała niewinność ducha, pozostała prymitywna, nieokrzesana i nie dorobiła się właściwie żadnej kultury - i tym samym doprowadził do tego, że ten naród, ten dziewiczy ugór, zacofany w swojej narodowej psyche, da się jeszcze zelektryzować jakąś prostą ideą. Kultura uodparnia na proste idee, zaś Ameryka jest jak wyposzczony kochanek, wkraczający już w wiek średni, a wciąż jeszcze szukający swojego ideału.
W takie wieczory Aquarius rzucał się na alkohol, jak brytan rzuca się na kość, więc z nosem w drugim już kieliszku ledwie dostrzegł przylot helikoptera. Uczucie obecności czegoś nad głową, przednie i tylne światła migoczące jak świetliki o zmierzchu, furkot rotora w gwałtownym, kładącym zboże podmuchu, i oto stoi już na ziemi, monstrum. Nic tak nie potrafi wzbudzić patriotycznego koktajlu nabożnego lęku, czci i bezinteresownej zawiści, jak widok jednego z pretorianów wyłaniającego się z wielkiej niczym słoń ważki, którą władają oni.
Goście natychmiast weszli do środka. Von Braun w perłowoszarym garniturze, białej koszuli i czarnym krawacie robił dziś większe wrażenie niż poprzedniego dnia na konferencji prasowej. W konferencji brało udział kilkuset korespondentów z kamerami filmowymi i telewizyjnymi, na widowni woźni podsuwali im przenośne mikrofony, by wzmocnić głos i nagrać dla potomności wszelkie pytania, jakie może zadać prasa. Von Braunowi towarzyszyli dr Mueller, dr Debus, dr Gilruth i dyrektor ośrodka w Langley, lecz połowa pytań była skierowana do von Brauna. Ten wydawał się wyczulony na ironiczne aluzje dziennikarzy co do jego przeszłości.
Wśród dziennikarzy krążyła historyjka o tym, jak to pewien korespondent spytał kiedyś: "Niech mi pan powie, doktorze von Braun, jaką możemy mieć gwarancję, że "Saturn V" nie spadnie na Londyn", a von Braun wyszedł po tym z sali. Lecz ta opowieść była niewątpliwie apokryfem; czuło się w niej reporterską żółć. Dziennikarze pozwalają sobie często na nader złośliwe komentarze o VIP-ach, z którymi mają przeprowadzać wywiad, jakby chcieli sobie powetować ugrzeczniony ton powściągliwych pytań, jakie w końcu będą zadawać. Aquarius znalazł się w niewielkiej grupie, która wybierała się na rozmowę z drem Debusem, kierownikiem operacji startowych na Przylądku Kennedy'ego, dawnym kolegą von Brauna. "Wystarczy podnieść rękę w nazistowskim pozdrowieniu, a odwrzaśnie: "Heil Hitler!"", obiecywali sobie nawzajem, lecz Debus, ku ich konsternacji, okazał się sympatycznym dżentelmenem, junkrem z bliznami po pojedynkach na twarzy i z workami pod oczami; z tą arystokratyczną twarzą i uprzejmym, choć poważnym sposobem bycia przypominał nieszczęśliwego księcia z małego niemieckiego państewka. Jak było do przewidzenia, dziennikarze zadawali pytania obłudnie układne, a w późniejszych artykułach prasowych cytowali Debusa z szacunkiem; dostarczył im dobrego materiału. Zapytany, czy planuje uczcić w jakiś sposób pobyt astronautów na Księżycu, uśmiechnął się i lekko odchrząknął. "Nie - odpowiedział - nie mam szampana w lodówce". Debus nie obawiał się prasy, natomiast von Braun był zanadto na świeczniku i choć jego oficjalne stanowisko formalnie nie było wyższe niż Debusa, miał zbyt wiele do stracenia. Konferencja prasowa, niezależnie od tego, ile miał ich już za sobą, zawsze mogła kryć w sobie jakieś pułapki. Toteż gdy odpowiadał na pytania, jego oczy biegały w lewo i w prawo, przeskakiwały uważnie z twarzy na twarz z szybkością oczu kibica śledzącego grę w ping-ponga, usta przerzucały się z linii prostej w uśmiech, lecz uśmiech ten wydawał się jedynie znakiem, prostokątem wypełnionym zębami. Starannie wypowiadane słowa były niczym sygnały flagowe.
Kontrastująca z dykcją tęga, kanciasta bryła ciała, która pozwalała odgadywać w nim metodyczną bezwzględność biurokraty, stosunkowo słaby głos, rozbiegane spojrzenie i ów sygnałowy układ warg budziły przeświadczenie, że von Braun jest pełen wewnętrznych sprzeczności. Wyczuwało się w nim zarazem siłę i miękkość, opanowanie i nadpobudliwość, brutalność i troskę, obojętność i wrażliwość - wyśmienita rola dla tak utalentowanego aktora jak Rod Steiger. Istotnie, w osobowości von Brauna było coś ze Steigera, ta mieszanka siły i słabości, która mówi o poświęceniu i pysze, oddaniu się sprawie i folgowaniu zachciankom, o stali i tłuszczu.
A jednak na tej konferencji nie wypadł źle. Nawet jeśli na początku był nieco nerwowy, później doszło do incydentu, w którym okazał się partnerem godnym przeciwnika. Korespondent z Berlina zadał mu pytanie po niemiecku. Zapadła cisza. Przez chwilę von Braun nie wiedział, co zrobić, rzucił nawet Muellerowi ukradkowe spojrzenie. Agencja NASA była wyczulona na kwestię pochodzenia swoich ludzi - dwaj spośród trzech dyrektorów w samym trzonie programu lotów załogowych to przecież Niemcy i podkreślanie tego faktu było źle widziane, ponieważ ci nieliczni liberalni kongresmeni, którzy popierali potrzeby budżetowe badań kosmicznych, mieliby utrudnione zadanie, gdyby von Braun i Debus byli zbyt wyeksponowani.
Von Braun wybrnął z kłopotliwej sytuacji w następujący sposób: najpierw przetłumaczył pytanie na angielski, następnie długo i wyczerpująco odpowiedział po angielsku (udało mu się znużyć dziennikarzy), a potem przetłumaczył swoją odpowiedź na niemiecki - co zajęło mu równie dużo czasu. W końcu zręcznym manewrem poruszył dość już senną atmosferę, mówiąc: "Muszę uprzedzić stu trzydziestu czterech japońskich korespondentów obecnych na Przylądku Kennedy'ego, że nie mogę zrobić tego samego po japońsku". Ta uwaga wywołała najhuczniejszy tego popołudnia wybuch śmiechu, co przyczyniło się do sukcesu von Brauna. Na konferencji prasowej gra idzie o to, by rzucić zdanie, które zostanie zamieszczone w tytułach korespondencji prasowych. Doktor George Mueller, który bez wątpienia pragnął podkreślić swoje czołowe miejsce i nadrzędną pozycję wśród obecnych dyrektorów, starał się wyjść naprzeciw każdemu pytaniu, podając fakty i liczby i roztaczając perspektywy dalszej działalności. Był kopalnią poprzedzających właściwą informację jednowierszowych tekstów, które nadawały się do nagłówków, podtytułów i tytułów rozdziałów, lecz laury zbierał von Braun. Nawet miał po trosze minę otyłego chłopca, który wciąż zbiera punkty w grze.
Zapytany, jakie znaczenie ma jego zdaniem fakt postawienia przez człowieka stopy na Księżycu, von Braun odpowiedział: "Myślę, że jest to wydarzenie równe temu momentowi ewolucji, kiedy życie wypełzło z wody na ląd". Wywołało to burzę oklasków. Niewątpliwie to zdanie znajdzie się we wszystkich prasowych nagłówkach.
Reagował właściwie, logicznie i szybko, jak żywe srebro. Mimo to nie zrobił wtedy takiego wrażenia jak tu, w klubie Royal Oak. Jak na kogoś o tak masywnej budowie, wystawionego na widok publiczny, za mało było w nim wówczas siły - głos brzmiał zbyt słabo, niemal piskliwie. Tutaj zaś, ściskając dłonie, wydawał się człowiekiem obdarzonym charyzmatycznymi właściwościami. "Musi nam pan pomóc pchnąć naprzód program" - powiedział, witając się z Aquariusem (niemal to samo rzekł na pożegnanie Debus).
Tak, von Braun niewątpliwie różnił się od innych ludzi. Miał zaskakująco przebiegłe spojrzenie, jakby się obawiał, że jego oczy mogą powiedzieć zbyt wiele. Robił wrażenie człowieka, który wkłada cały zasób ostrożności w każdy gest - w końcu w jego zawodzie umieszcza się wielkie ilości ciekłych materiałów wybuchowych w sąsiadujących ze sobą zbiornikach, trzeba więc zapobiegać przeciekom. Czym tak naprawdę jest hydraulika, jeśli nie zabezpieczaniem się przeciwko zdradzie w zamkniętych systemach? Toteż von Braun nigdy nie mówił więcej, niż musiał, lecz tajemnice, które skrywał, napięcia, które musiał wytrzymywać, ów filozoficzny materiał wybuchowy mieszczący się pod tak ogromnym ciśnieniem, sprawiały, że otaczała go czarodziejska aura. Był człowiekiem rakiet. Przez całe życie kierowała nim obsesja zdobycia innych planet. To potężny bodziec. Chwila zastanowienia powie wam, że człowiek, który chce zdobyć ciała niebieskie, musi być narzędziem Boga lub Mefista. Nawiasem mówiąc, von Braun ze swoją przystojną, wypielęgnowaną twarzą, z masywnym zarysem brody, długim i wysoko sklepionym nosem, wykazywał wyraźne podobieństwo do Goethego (aczkolwiek nie było w jego wizerunku nic z delikatnej patyny portretu Mistrza). Pomyślcie nad tym: eksploracja wszechświata wydaje się wypełnieniem woli bożej, robieniem Panu Bogu na złość bądź też - dwoistości natury może dorównać tylko nasze zepsucie - jakimś połączeniem jednego i drugiego. Co się działo w umyśle von Brauna podczas snu?
"Tak - powiedział z uśmiechem - mamy kłopot. Musi nam pan pomóc".
"Kogo pan tu próbuje nabrać? - spytał Aquarius, dobry Amerykanin. - Dostanie pan wszystko, cokolwiek pan zechce".
Czy poufałość była zbyt obcesowa, czy też reakcja von Brauna zbyt wymowna? Z powodu tej uwagi jego oczy zabłysły nagłym przypływem zadowolenia, wcale się nie zmieszał i pospiesznie urwał rozmowę, pozostawiając wypowiedź Aquariusa bez komentarza. Zrobił jakiś niewyraźny gest na pożegnanie, po czym przesunął się szybko dalej. Jeśli potrafił wyczuwać przyjaźń lub wrogość - to rozsądne założenie o człowieku pokroju von Brauna - nie mógł oczywiście uznać Aquariusa za zbyt dobrego przyjaciela.
Na bankiecie podano rostbef, lody i kompoty na deser, a potem kawę. Brzęk łyżeczki o szkło. Rozpoczął przemowę przedstawiciel firmy wydawniczej: "Mamy wielki zaszczyt gościć dziś wśród nas jednego z prawdziwych ojców badań kosmosu, dra Hermana Obertha, który na równi z drem Goddardem i Rosjaninem Ciołkowskim jest jednym z prawdziwych twórców całej koncepcji eksploracji kosmosu". Podniósł się z miejsca człowiek co najmniej siedemdziesięciopięcioletni, o białych włosach i białych krzaczastych wąsach, który odznaczał się ową ptasią próżnością sędziwych ludzi: biały ptak, chytry i próżny, jakby nie tylko był krewniakiem starego kondora, ale też kupił po nim gniazdo. Rozległy się nikłe brawa. Jego nazwisko niewiele mówiło ludziom spoza kręgu specjalistów rakietowych, lecz mówca skorzystał z jego obecności, by zażartować. "Dowiedziałem się dziś, że co najmniej dwaj spośród naszych gości, jeden z nich zabierze głos później, są jego uczniami. W odpowiedzi na moją uwagę, że widocznie był bardzo dobrym nauczycielem, powiedzieli mi, że z drugiej strony oni też nie należeli do "odsiewu". Jednym z nich jest dr von Braun". Rozległ się śmiech. W Ameryce obce wpływy kulturowe nigdy nie były tak silne, by doprowadzić do erozji jej patriotycznego firmamentu. Nigdy - aż do dzisiejszych czasów. Teraz odsiew społeczny stanowił na jego lśniącej powierzchni szpetne wżery. Żart zawierał więc jakby sugestię, że von Braun jest odnowicielem tej błyszczącej powierzchni. I właśnie dlatego zebrani poczuli się nieswojo, gdy kolejny mówca, który przedstawił się jako "wydawca-mecenas", wdał się w nieco zbyt szczegółowe dywagacje historyczne. "W latach trzydziestych von Braun był zatrudniony przez Urząd Uzbrojenia Armii, komórkę niemieckiego rządu, przy pracach nad rakietami na paliwo ciekłe. W czasie drugiej wojny światowej przyczynił się znacznie do postępów niemieckiej techniki rakietowej".
Wśród publiczności złożonej z prezesów firm, wyższych urzędników, astronautów - było ich tam paru - i ich rodzin dało się wyczuć napięcie. Zapanowała pełna zażenowania cisza, całun zakłopotania opadł na słowo nazizm; choć nie rzucono go głośno, zawisło nagle w powietrzu jak ów but, który nie opadł na ziemię. Mówca przeszedł pospiesznie do następnego zdania: "W 1955 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie", które skwitowano bladymi oklaskami. Dopiero gdy podniósł się sam von Braun, nastrój uległ zmianie. Niezwykle serdeczna i entuzjastyczna burza oklasków przerodziła się w owację. Prawie wszyscy wstali z miejsc. Aquarius, który w końcu się zdeklarował, nie zmieniając pozycji siedzącej, czuł presję publiczności, niemal tak, jakby odmówił powstania na dźwięk hymnu narodowego. Tłum z prawdziwie amerykańskim entuzjazmem oświadczył ostatecznie: "Nieważne, że on jest kimś w rodzaju ekshitlerowca, to dobry, lojalny amerykański patriota".
To oczywiste, że von Braun obudził miłość w niektórych spośród przedstawicieli biznesu. Oni go wręcz otaczali czcią. Był najwyższym kapłanem ich kunsztownej sztuki - produkcji. Wprawdzie w ciągu tych powojennych lat amerykańskie wyroby stawały się coraz bardziej tandetne, wprawdzie "zaplanowane wychodzenie z mody" coraz częściej stawało się tylko eufemizmem dla niechlujnej wytwórczości, cynicznego dorabiania się na obniżce kosztów własnych, puchnących budżetów na reklamę, dla nieudolności i ogólnego zobojętnienia, ale przynajmniej w jednym przypadku Ameryka z pewnością mogła być dumna ze swojego produktu. Był wielki jak zamek, a wykonany z większą precyzją niż najlepszy zegarek.
I oto zabrał głos przedstawiciel najprawdziwszej, najpyszniejszej kapitalistycznej śmietanki - sam tłuszczyk, sam kożuszek - i zaczął przemawiać głosem cichym i starannie modulowanym, nie cofając się przed pochlebstwami. Był tu wśród przyjaciół, więc czarował głosem pełnym smaczków i aromatycznych sosików. Ten głos nie był pozbawiony melodyjności, zawierał tony sugerujące anielskie supermożliwości, których skądinąd trudno byłoby się po nim spodziewać. Między nami mówiąc, człowiek ów robił wrażenie gospodarza, który przyjmuje swoich gości w największej piwiarni w niebiosach.
"Szanowni goście, panie i panowie - zaczął von Braun. - Z największym szacunkiem witam was, przywódców i kapitanów głównego nurtu amerykańskiego przemysłu i amerykańskiego życia. Gdyby nie wasze sukcesy w budowaniu i utrwalaniu ekonomicznych podstaw tego kraju, nigdy nie udałoby się zebrać środków na realizację jutrzejszej ekspedycji na Księżyc... Jutrzejszy historyczny start należy do was i do tych wszystkich mężczyzn i kobiet siedzących za biurkami i kierujących działalnością waszych firm, do ludzi, którzy zamiatają podłogi w waszych biurach i do każdego Amerykanina, który chodzi ulicami tego pracowitego kraju. To jest triumf Ameryki. Wielokrotnie dziękowałem Bogu za to, że pozwolił mi wnieść swoją cząstkę do Historii, która tworzy się tutaj, dziś i jutro, i w ciągu kilku najbliższych dni. Teraz chciałbym wyrazić swoją wdzięczność wam i wszystkim Amerykanom, którzy stworzyli ten postępowy naród". Później mówił o kosmosie, który jest kluczem do naszej przyszłości na Ziemi, a echa jego wizji niosły się przez duszne, tropikalne powietrze sali bankietowej, być może czynił aluzje do niezgody i nihilizmu, które wędrują w zbójeckich bandach przez świat. "Myślę, że z tego sformułowania wynika w sposób oczywisty, że wyprawa "Apolla 11" na Księżyc od samego początku nie była zamierzona jako jednorazowa wycieczka i że nie skończy się na osiągnięciach tej jednej podróży. Gdyby naszym zamiarem było jedynie przywieźć z powrotem garść pyłu i kamieni z powierzchni Księżyca i zapomnieć potem o wszystkim - mówił niemal ze wzgardą o ubogich zasobach tego globu - bylibyśmy niewątpliwie największymi głupcami w historii. Lecz nie to jest naszym zamiarem, i nigdy nie będzie. W jutrzejszej wyprawie szukamy właśnie owego klucza do naszej przyszłości na Ziemi. My rozszerzamy horyzonty umysłowe człowieka. Poszerzamy do najdalszych granic możliwości danego nam przez Boga umysłu i danych przez Boga rąk, i dzięki temu przyniesiemy korzyść całej ludzkości. Cała ludzkość będzie zbierać żniwo... Tym, co osiągniemy, kiedy Neil Armstrong postawi stopę na Księżycu, będzie nowy krok w ewolucji człowieka. - To zdanie parę dni później kazało Aquariusowi zastanowić się nad źródłem pierwszych słów Armstronga na Księżycu. - Dzięki temu na naszej dobrej Ziemi pojawi się nowy element i zawładnie myślami wszystkich ludzi".
Von Braun kończył już swoją oficjalną wypowiedź. Cichym głosem, który wydobywał się z wnętrza ogromnej bryły jego ciała, oferował cuda. Zdradzał znajomość Ameryki, nie najgorszą znajomość. Dobrobyt zadowala ludzi mających bogaty dorobek kulturalny, lecz w kraju, w którym naród, podobnie jak geografia, jest pełen białych plam, wiara w cuda jest głównym tworzywem przyszłości.
"Każdy człowiek osiąga wielkość, wykraczając poza własny wymiar, i podobnie rzecz ma się z narodami. Kiedy naród wierzy w siebie, jak Ateńczycy w Złotym Wieku czy Włosi w epoce Odrodzenia, może wtedy dokonywać cudów. Naród jest kimś dla innych narodów, jeśli tylko jest kimś dla siebie samego. Naprawdę stoimy dziś w obliczu najbardziej świetlanych perspektyw ze wszystkich epok ludzkości. Świadomi tego, możemy śledzić jutrzejszy start w nowym wymiarze nadziei. Witamy początek nowej epoki odkryć i nowych osiągnięć, które skracają odległości w kosmosie i wiodą nas ku niebiosom".
Przemówienie to, choć podnoszące na duchu, nie mogło nie pozostawić w duszach słuchaczy przygnębiającego osadu. Byli ociężali od nadmiaru jadła, a orkiestra czy też grająca szafa grzmiała w dużym pomieszczeniu przylegającym do sali bankietowej. Parki z Titusville i hrabstwa Brevard bawiły się obok w najlepsze, lecz Aquariusowi wydało się, że uwagi von Brauna skierowały zbiorową myśl bossów wielkich korporacji z powrotem na ich własne problemy.
Tak, rozmyślał Aquarius, Amerykanom zależy na wielkich ideach, im większe, tym lepsze, lecz jakąż cenę musieliśmy za to zapłacić! Producenci i klientela gonią dziś gorączkowo za modą. Nieważne, że wykonanie jest tandetne i byle jakie. Stereofoniczny odbiornik z wyprzedaży nie przetrwa nawet miesiąca, a pralka z plastikową obudową rozleci się po tygodniu - to, co zostało nabyte, to tylko idea. Coś się dzieje z Amerykanami. Są zgrają grzeszników, ich winą są nowe wizje, nowe swobody, świętokradztwo, cynizm, złe intencje. W rezultacie stale się uganiają za czymś nowym. Kiedy ludzie nie chcą więcej umierać za dawną ideę, rzucają się na jakąś inną. Tkwią w poczuciu winy po nos, po uszy, nie mają nawet energii, by obciążać odpowiedzialnością fałszerzy, bo sami są winni. Każdy został tak wiele razy oszukany i każdy sam oszukał innych tak wiele razy. Nie sposób żywić długo gniewu z powodu tego, że się zostało oszukanym.
Trudno nawet wpaść w złość. Tak to trawienie jadła i napojów ściągnęło myśli ludzi obecnych w sali z doskonałości osiągnięć von Brauna do poziomu ich własnej tandety.
Gdy jednak nadszedł czas zadawania pytań, całe zgromadzenie ożywiło się ponownie. Von Braun zaczął mówić o łazikach księżycowych i obniżeniu kosztów wypraw kosmicznych dzięki temu, że poszczególne stopnie rakiety będzie można po wielokroć wykorzystywać podczas podróży pomiędzy Ziemią i załogowymi laboratoriami na orbitach okołoziemskich. Chwilę później roztoczył wizję rakiet z napędem jądrowym, rakiet o wielkości krążownika, które będzie można montować na orbicie okołoziemskiej, a następnie wysyłać na Marsa. Kiedy rozprawiał o innych planetach, atmosfera w sali wyraźnie się ociepliła. Tylko od Księżyca wionęło chłodem.
Oklaski zamilkły i jeden z wydawców zawołał wesołym głosem: "Mam pytanie. Czy wyleją pana z posady, jeśli nie wsiądzie pan do helikoptera i nie powita pan tych wszystkich senatorów i członków rządu, którzy na pana czekają?". Von Braun uznał za właściwe odpowiedzieć na jeszcze dwa pytania i dopiero wtedy opuścił zgromadzenie. Warkot helikoptera wypełnił salę.
Aquarius uznałby wieczór za zakończony, lecz przekonał się, że nigdy nie potrafi zrozumieć swoich rodaków. Wstał kolejny mówca, przedstawiciel amerykańskiego biznesu, i w żartobliwy sposób przedstawił człowieka przypominającego Lyndona Johnsona masywną budową i powolnym sposobem mówienia, który zaczął opowiadać dowcipy, przeciągając nielitościwie sylaby. Publiczność wydawała się nimi uszczęśliwiona. "Niedawno na lotnisku usiadłem koło kobiety palącej cygaro. Zapytałem, od jak dawna pali cygara. Odpowiedziała: od kiedy mąż wrócił do domu i znalazł niedopałek w popielniczce w mojej sypialni".
Małżeństwo siedzące na wprost Aquariusa, młodzi ludzie, szczupli, dobrze ubrani i bardzo na miejscu, chichotali wesoło. Mąż spojrzał kwaśno na żonę, po czym zauważył z rodzajem filozoficznego humoru: "Na twoim miejscu nie śmiałbym się z tego żartu". "Dlaczego nie? - odparła żona tonem spokojnej rzeczowości. - Ja nigdy niczego takiego nie zrobiłam".
Tak, oni wszyscy są porządnymi Amerykanami. Będą słuchać dowcipów i będą się czuć swobodniej teraz, kiedy von Braun już ich opuścił (choć będą bardzo cenić to przeżycie). W miarę jak sypały się coraz to nowe dowcipy, Aquarius zajął się ponownie swoim drinkiem i zadumał się nad wypowiedziami von Brauna. Von Braun stwierdził, że zdobycie Księżyca będzie największym wydarzeniem w historii od chwili, kiedy życie wypełzło z wody na ląd. Jakie śmiałe zdanie! Prześlizgnął się przecież bez wahania nad narodzinami i śmiercią Chrystusa. Tak naprawdę w wywiadzie prasowym von Braun powiedział nawet więcej: "Przez bliższe spojrzenie na dzieło Stworzenia powinniśmy zyskać lepszą wiedzę o Stwórcy". Człowiek udawał się w podróż ku innym planetom, by szukać Boga. A co, jeśli po to, żeby Go zniszczyć?
Oczywiście w wywiadzie von Braun przez ostrożność dodał: "Bardzo możliwe, że Pan zechce... wysłać swojego Syna do innych światów, by zaniósł im Słowo. Wierzę, że dobry Bóg jest pełen tak ogromnego miłosierdzia, iż poczyni niezbędne kroki, by zanieść prawdę swojemu Stworzeniu". Chociaż Aquarius sądził zawsze, że miłosierdzie nie stąpa krok za krokiem, lecz raczej pozwala cierpiącym skąpać się w bezmiarze łaski, to jednak pobożność von Brauna nie była zwykłej miary. Być może von Braun był szczery. Ale jakiż to był świetny chwyt wobec misjonarskich skłonności żywionych skrycie przez każdego Waspa! Gdyby nawet von Braun wrzucił swoje prywatne odkrycia co do amerykańskiej świadomości religijnej do komputera i wycisnął zeń odpowiedź, sformułowania nie mogłyby wypaść lepiej. Z drugiej strony Aquarius przez całe lata wierzył w idee nie całkiem odległe. Raz nawet pozwolił sobie niezobowiązująco na wątpliwą odwagę, by podać w wywiadzie, co myśli o Bogu. Bóg, ośmielił się sugerować Aquarius, jest koncepcją wojowniczą. Bóg stworzył człowieka po to, by ten zrealizował Jego koncepcję, lecz boski zamysł przyszłości jest na stopie wojennej z innymi koncepcjami bytu we wszechświecie. Niektóre z tych innych projektów realizują się nie tylko gdzieś w gwiazdach, w galaktykach, ale i tutaj, blisko, na Ziemi. Bóg jest na przykład w stanie wojny z Szatanem. Niewątpliwie Szatan ma szczegółową wizję bytu, całkowicie przeciwstawną boskiej. Ta wojna toczy się od tak dawna, że prawie wszystko, co ludzkie, zostało w nią nierozerwalnie uwikłane. Heroizm współżyje z techniką. Czy program kosmiczny zasługuje na podziw czy na nienawiść? To Bóg wyrusza w podróż dla NASA czy też Szatan kieruje nasz wzrok ku gwiazdom?
Skrót NASA wywodzi się od NACA - National Advisory Committee for Aeronautics (Państwowej Komisji Doradczej do spraw Aeronautyki), która zmieniła się w National Aeronautics and Space Administration (Państwową Administrację Aeronautyki i Badań Kosmosu), i brzmi niezbyt szczęśliwie. Wyobraźcie sobie na przykład NASA-izm. Agencja ta nie ma żadnego świadomego powiązania z nazizmem, lecz nie bez powodu jesteśmy narodem schizofrenicznym. Głęboko w podświadomości, gdzie każde słowo pobrzmiewa szeptem, dopóki nie stanie się rykiem, kojarzą się niepowiązane dotąd ze sobą pojęcia, więc NASA musi coś oznaczać. Możemy się założyć.
Słuchając dowcipów, Aquarius wciąż jeszcze dumał nad nazizmem. Ta filozofia Volku, którą mierziła cywilizacja i która głosiła pochwałę tego, co prymitywne, sprawiła, że wymordowano miliony ludzi w znakomicie zorganizowany sposób, przy użyciu wszelkich zdobyczy techniki. Nazizm mieścił w sobie nie jedną filozofię, lecz dwie - i to całkowicie przeciwstawne. Był prymitywny, a zarazem nowoczesny, aż do zawrotu głowy. Dawał uczciwym ludziom złudzenie szlachetności serca - i był w najwyższym stopniu bez serca. Mówił o czystej przyszłości, a pogrążył Niemcy (na pewien czas!) w rzygowinach, szlamie i pomyjach. A teraz jego widmo przechadzało się po blankach każdego ocalałego zamku, teraz jego duchy musowały w probówkach każdego laboratorium, rozżarzały przewody elektryczne. Nazizm to zamach na cały wszechświat - stwierdźmy to bez ogródek. Zjawiał się jak widmo w tle wszelkich przedsięwzięć cywilizacji, bo głosił, że cywilizacja zadusi człowieka, jeśli nie przeniesie się on na nowe obszary. Czyżby program kosmiczny był jego amputowaną kończyną, jego filozofią na orbicie?
Kolejny dowcip mówił o mieszkańcu Teksasu, który znalazłszy się na Alasce, poplątał swoje role wobec kobiety i niedźwiedzia. Widownia wybuchnęła gromkim śmiechem. Tymczasem na plażach, groblach i brzegach rzek inna publiczność oczekiwała na start. Ameryka niczym leniwa bestia czekała w upale i ciemnościach na sygnał wśród odgłosów nocy. Pytania zalewały Aquariusa niepowstrzymaną falą. Znalazł się w łóżku o drugiej w nocy i miał wstać o czwartej nad ranem. Wczesny wyjazd był koniecznością, gdyż na szosie prowadzącej do trybun prasowych będzie ogromny ruch.
IV
Te dwie godziny snu były godne raczej Atlasa niż Aquariusa, bo w snach dźwigał on na swoich barkach całą Florydę. Aquarius zbierał materiały do książki o locie na Księżyc od 1 lipca - a był już 16. Dwa tygodnie w motelu stanowiły jedną z łagodniejszych form czyśćca.
Wszyscy wokół się żalili, że napięcie towarzyszące przygotowaniom do lotu "Apolla 11" jest mniejsze niż przy poprzednich startach. Samo Cocoa Beach uległo zmianie. Dawno minęły czasy mordęgi na skrawkach szos, czasy rakiet grożących wyoraniem bruzdy w poprzek plaży. Napłynęły pieniądze, pojawił się przemysł, a wraz z nim specjaliści i ich rodziny, wyrosły supermarkety, motele, kościoły i osiedla. W restauracjach głośniki psuły nastrój posiłku pilnymi wezwaniami do telefonu. Papierowe serwetki pod talerzami głosiły: AMERYKAŃSKI PROGRAM KOSMICZNY PRZYNOSI KORZYŚĆ CAŁEJ LUDZKOŚCI. Pamiątka z lądowania "Apolla 11" na Księżycu. Lepsza Kolorowa Telewizja. Niższe Koszty Oczyszczania Wody. Nowe Farby i Plastiki. Wózek Księżycowy dla Inwalidów. Chirurgia Laserowa. Energia Słoneczna. I tak dalej. Cocoa Beach było kiedyś jednym z pięciu miejsc na wybrzeżu atlantyckim, które zasługiwały na miano "Dzikiego Zachodu Wschodniego Wybrzeża", lecz przestało już na nie zasługiwać. Jak głosiły serwetki, zostało objęte programem Rady Rozwoju Ekonomicznego Hrabstwa Brevard. Aż do ostatnich dni, zanim reporterzy zaczęli zjeżdżać setkami i tysiącami, w monotonii godzin zdarzały się chwile, kiedy człowiek z trudem sobie uświadamiał, że za niecały tydzień trzech mężczyzn wyruszy w podróż na Księżyc.
Dopiero tego mrocznego ranka 16 lipca, w ciemnej godzinie przedświtu, w nocnym powietrzu tchnącym wilgotną czeluścią lasu, wreszcie zaczynałeś się bać. To było jak przebudzenie się na okręcie, parę godzin przed inwazją na obcy brzeg, przebudzenie w ciemnościach, które człowiek zapamięta na zawsze, bo coś takiego zdarza się tylko parę razy w życiu. Gdzieś niedaleko stąd budzili się również astronauci. I duchy dawnych Indian.
W tej minionej epoce stepowych przestrzeni, kiedy wiatr był posłańcem Ameryki, Indianie żyli w blasku Księżyca, obcowali z Księżycem bliżej niż jakikolwiek Europejczyk. Ktoś mógłby powiedzieć, że szaleńczy galop Indianina z whisky w żyłach był pożogą wieści zrodzonych z milczenia Księżyca. Czy tej nocy nie przebudziły się w preriach i na bagnach duchy dawnych Indian? Czy echa wiatru w opuszczonych wieżach startowych na przylądku nie wywołują poprzez półtora tysiąca kilometrów rezonansu w spichrzach zbożowych stojących wzdłuż linii kolejowych w ponurych pustkowiach Zachodu? Ten kraj był niegdyś dziewiczy, pusty kontynent o skałach zielono i rdzawo żyłkowanych, różowych zorzach na niebie i błękitnej mgiełce w głębokiej zieleni lasów - a teraz, po niespełna czterech stuleciach, wyginęli Indianie i bizony, osuszono bagna, powietrze cuchnie wszelakimi wyziewami człowieka i maszyny. Przez cały ten czas, kiedy komponowaliśmy pieśni do Księżyca i zapędzaliśmy Indian do rezerwatów, czyż nie sposobiliśmy się do podróży na Księżyc, mając świadomość, że zniszczyliśmy już ten nerw, który dawał życie Ziemi? A przecież Księżyc, jak wszystko na to wskazuje, wie chyba o chorobie i jej emanacji więcej niż najstarszy trędowaty na ziemi. "Cóż wam przychodzi do głowy? - mówi Księżyc. - Jestem sponiewierany ponad wszelkie pojęcie, a wy chcecie zakłócić mój spokój?".
W czasie tej nocnej jazdy, kiedy Aquarius ponownie mijał koczujące rodziny i turystów, oczekujących ranka na skrajach grobli, pokazywał przepustkę prasową wartownikom przy bramie i był przepuszczany w jakimś konspiracyjnym milczeniu, odczuwał niemal namacalnie równoległy bieg czasu; milionooki obserwator zmierzał teraz ku punktowi, gdzie przestrzeń przetnie się z czasem i gdzie naród kieruje swój wzrok, by stać się świadkiem tego wydarzenia, świadkiem - przez telewizję. To będzie przeżycie. To tak, jakby zostać poczętym w probówce!
Z trybuny prasowej widać było "Saturna V" oddalonego o pięć i pół kilometra. Była to najmniejsza odległość, na jaką Aquarius zbliżył się do rakiety w ciągu tej długiej nocy, i najmniejszy dystans, na jaki w ogóle ktokolwiek, oprócz trzech astronautów i zespołu startowego, mógł do niej podejść. "Apollo-Saturn", sterczący ponad laguną w odległości pięciu i pół kilometra, oglądany z niewielkiego podwyższenia, które zostało zbudowane dla prasy, dobrze widoczny w szczegółach, mniej przypominał posąg, lecz tym bardziej narzucał swoją obecność. Rakietę oświetlała cała bateria reflektorów, a ich rozproszone delikatną nocną mgiełką światło tworzyło na niebie wachlarz oddzielnych smug, sięgający aż do powierzchni laguny; gra promieni świetlnych załamujących się i odbitych w wodzie przypominała refleksy brylantu oglądanego w zwierciadle. Błyskawice przecinały wilgotną czerń nocy, gdzieś poza światłami reflektorów błyskały w równych odstępach czasu, tak regularnie, że można je było wziąć za światło latarni morskiej - to Morze Karaibskie gdzieś za horyzontem przemawiało w odpowiedzi potęgą nawałnicy. Dalekie, przeciągłe werble grzmotów.
Aquarius przez dłuższy czas nie mógł oderwać wzroku od rakiety. Lornetka wydawała się go wciągać we współdziałanie z "Saturnem V", zaś rakieta jakąś tajemną mocą przyciskała mu lornetkę do nosa, jakby Aquariusa i "Saturna V" związała idea misji, jakby ta jedna noc mogła wycisnąć na nim nieprzewidziane piętno. Cóż to za wehikuł ten statek kosmiczny! Planetarny podróżnik, potężny jak niszczyciel, delikatny jak srebrna strzała. W chwili odrywania się od Ziemi będzie zużywał tyle tlenu, ile w jednym oddechu wciąga w płuca pół miliarda ludzi - dwa razy tyle, nie, więcej niż dwa razy tyle co ludność Ameryki! Jakże głęboki oddech został skondensowany w ciekłym tlenie, który w tej chwili przepompowują do zbiorników, ciekłym tlenie o temperaturze minus stu osiemdziesięciu trzech stopni Celsjusza, zamieniającej powietrze w obłok pary przy najlżejszym zetknięciu z rurami, które z kolei biegną wewnątrz innych rur, grubych na przeszło pół metra dla izolacji cieplnej paliwa. Olbrzym ludożerca, kręte pępowiny wszelkich grubości, kable, liny i przewody, węże grube jak pień drzewa, które biegną pęczkami z obrotowych wysięgników i pomostów wieży startowej i wnikają w cienką skórę ścian rakiety; głowa Meduzy w oplocie węży pompujących paliwo, ładujących baterie, sprawdzających obwody; cała złożoność połączeń między wieżą startową a rakietą, tak uproszczona dzięki ruchomym wysięgnikom, że nie odnosiło się wrażenia chaosu, lecz ładu i spokoju. "Apollo-Saturn" na swojej platformie wyglądał niczym srebrzystobiały okręt ustawiony pionowo obok żelaznego drzewa o dziewięciu poziomych gałęziach. Dokoła nich pojawiały się białe kłębuszki, całe sznurki małych, gęstych obłoczków, odrywały się prostopadle od rakiety wszędzie tam, gdzie odłączono pępowinę rury, która doprowadzała tlen; obłoczki nadawały "Saturnowi V" wygląd filozofa pogrążonego w kontemplacji. Tak, obłok pasował do "Saturna V", tulił się do niego - obłok zrodzony przed niewielu godzinami. A światło reflektorów odbijało się od białej lodowatej powłoki. Błogosławiony Lewiatan, okręt kosmosu, pielgrzym planetarny!
Lecz oto reporterzy zaczęli się ładować do autobusów, by rzucić ostatnie spojrzenie na astronautów, niewidzianych od jedenastu dni. To był nonsens opuszczać teraz trybunę prasową, przerywać jedyną w swoim rodzaju rozkosz obcowania w ciemności, poprzez lustro wód, z tym klejnotem techniki na horyzoncie; nonsens - upychać się do autobusów, pocić w upale nocy i wspinać poza plecami fotografów, by rzucić okiem na twarze astronautów - lecz mimo to Aquarius wsiadł do autobusu ze wszystkimi i tłukł się osiem kilometrów przez mrok po autostradach ośrodka kosmicznego, a następnie dał się zaprowadzić przed główne wejście budynku lotów załogowych, kilkupiętrowej, podłużnej, białej i zimnej budowli, bezosobowej niczym biurowiec zakładów przemysłowych, tak pozbawionej wyrazu i indywidualności, jak jej założenie architektoniczne (wywodzące się z ducha tej architektury, która przede wszystkim musi się zmieścić w przypadającej na nią części wielomilionowego budżetu).
Dziennikarski ładunek autobusu został następnie poprowadzony przez długie, wąskie korytarze pomalowane na urzędową zieleń, obok urządzeń klimatyzacyjnych i automatów z napojami i papierosami, przez dalsze korytarze, obok pustych sal i pokojów, i został wreszcie wypuszczony na dziedziniec. Tuż nad głowami, piętro wyżej, biegło kryte, wąskie przejście z gmachu, który dopiero co opuścili, do budynku, z którego mieli wyjść astronauci.
Pod tym przejściem czekała na astronautów biała furgonetka. Mieli zejść dwadzieścia stopni w dół, chronieni przez barierki i policjantów przed naporem podekscytowanych reporterów, i przejechać furgonetką piętnaście kilometrów do "Apolla 11", gdzie winda w wieży startowej wyniesie ich na dziewiąty ruchomy wysięgnik, skąd po żelaznym pomoście dostaną się na swoje miejsca. Tam będą oczekiwać odliczania i chwili startu.
Cała czereda reporterów - bo uwzględniając zespół telewizji i kroniki filmowej, musiało tam być kilkuset ludzi, wspinających się na palce i kłębiących się w beznadziejnym poszukiwaniu jakiegoś lepszego punktu obserwacyjnego - miała tak tkwić ponad godzinę, by przez krótką chwilę mogła popatrzeć na astronautów, a jak się w końcu okazało, zobaczyć niewiele więcej niż przelotny gest ręki. Czar poprzedniej nocy przemijał w przedłużającym się oczekiwaniu. Szarość poranka przygasiła podniosłość nastroju, zanim się pojawił choćby cień astronauty. A jednak nikt nie zrezygnował. Mężczyźni i kobiety stali na ogrodzeniu, na wszelkich występach, balustradach i słupkach, na które można było się wspiąć, a całe tuziny gramoliły się na płaski dach specjalnego wozu telewizji tylko po to, by je stamtąd spędziły specjalne oddziały policji. Fotoreporterzy wdrapywali się na ogrodzenie z siatki, inni, utrzymując równowagę, wklinowani w załomy budynku, wyczekiwali, skurczeni jak alpiniści w kominie - przez dwadzieścia, trzydzieści minut, wreszcie godzinę. Dla każdego z obecnych nakazem chwili było rzucić choćby jedno spojrzenie na ludzi, którzy mieli się pokazać w tych drzwiach, jakby byli co najmniej kawałkiem samego Księżyca. Wydawało się, że aura autentyczności stanowi jakąś mistyczną zdobycz. Reporterzy pchali się do przodu, byli gotowi, kiedy nadejdzie czas, rzucić się z pazurami jeden na drugiego za jeden fakt, jedną fotografię, jeden szczegół, jakby wartość astronautów objawiła bezmierną wartość człowieka skazanego na śmierć. Oto ci ludzie szli na ich oczach na ewentualną egzekucję w kosmosie i jak wszyscy skazańcy stali się kategorią bytu o szczególnej wartości, jak gdyby ci, którzy mają spotkać śmierć lub choćby doświadczyć jej bliskości, zyskiwali jakąś niewymierną doskonałość. Tak już jest, że najzyskowniejsze przedsięwzięcia ocierają się o śmierć, toteż moment, kiedy astronauci przechodzili obok, był niczym uderzenie prądem. Księżyc. Oto ci, którzy dotkną Księżyca! To dlatego na dziedzińcu była taka atmosfera jak w więzieniu tuż przed egzekucją.
A od czasu do czasu - noc już bladła i świt zaczął się wkradać w ten ciemny dziedziniec zapełniony czekającym tłumem - w oddali pojawiały się zygzaki błyskawic, które dla wyostrzonego podnieceniem wzroku Aquariusa wyglądały niczym realne pęknięcia firmamentu, jak gdyby elektryczność ujawniała się właśnie jako ubytek w fakturze nieba.
Kiedy pojawili się astronauci, tłum urządził im owację. Różni funkcjonariusze, technicy i strażnicy od czasu do czasu spoglądali w głąb hallu, sygnalizowali sobie coś lub zdawali się przejawiać nagłe ożywienie, więc reporterzy dziesiątki razy podnosili alarm, że astronauci już nadchodzą. W końcu faktycznie nadeszli i tłum wpadł w ekstazę. "Fenomenalne, fenomenalne, fenomenalne!" - powtarzała młoda Włoszka z kamerą, jak gdyby nie mogła się powstrzymać, a pracownik budynku lotów załogowych krzyknął: "Dawajcie ich!" - cel nareszcie się objawił; Księżyc, jak każdy obcy element, był wrogiem, bezpośrednim rywalem. Armstrong, który dźwigał swój układ zabezpieczenia życia połączony wężem z białym kombinezonem kosmicznym, białym i błyszczącym jak "Saturn V", tam, na płycie, zatrzymał się tylko na chwilę, żeby skinąć dłonią. Jego ukryta w hełmie kosmicznym twarz wydawała się równie bezrzęsa jak pyszczek nowo narodzonego kociaka, jeszcze w błonie płodowej. Jeszcze nigdy nie prezentował się tak znakomicie. Wsiadł do furgonetki, inni też pomachali rękami i wsiedli za nim, zamknięto drzwi. Policjanci, jak zwykle przy podobnych okazjach w stanie superodpowiedzialności - jakież pogwarki o ewentualnych zamachach musiały towarzyszyć dzisiejszemu śniadaniu? - spychali wszystkich do tyłu, jak gdyby nawet odjazd furgonetki był zagrożony, po czym pojazd z astronautami ruszył w piętnastokilometrową drogę.
To było wszystko, co dziennikarzom udało się zobaczyć, ku ich wielkiemu rozczarowaniu. Na domiar złego mieli fatalną drogę powrotną. Minęło wpół do siódmej, do startu zostały niespełna trzy godziny i natłok samochodów, którego uniknęli dzięki wczesnej pobudce, teraz zablokował ostatnie kilometry drogi do trybuny prasowej. Noc była gorąca, ale poranny upał wydawał się wręcz nie do zniesienia - a przebycie ośmiu kilometrów trwało godzinę.
Reporterów wieziono autobusami szkolnymi, wypożyczonymi na tę okazję przez ośrodek kosmiczny. Jak wszystkie stare maszyny, pojazd, którym się zabrał Aquarius, manifestował własną osobowość. Pracował ciężko, już niemal sparaliżowany, lecz mimo to kapryśny. Obciążenie było nadmierne dla grata nawykłego do wożenia dzieci.
Wysocy, szczupli korespondenci szwedzcy tłoczyli się obok niskich, przysadzistych reporterów brytyjskich i południowoamerykańskich, wszystkie miejsca były zajęte, przejścia okupowali pisarze i fotoreporterzy, których zarzucało za każdym razem, kiedy autobus stawał lub ruszał z miejsca, to znaczy co każde dziesięć metrów, zaś dyferencjał zgrzytał i łomotał, jakby się miał lada moment rozlecieć. Autobus po prostu nie był przyzwyczajony do tak ciężkiej pracy. Wszyscy ociekali potem. W tym autobusie nie było nigdy nawet śladu klimatyzacji.
To pierwsza i jedyna niedogodność, jaką dziennikarze musieli ścierpieć przy tym zajęciu. W ośrodku prasowym byli traktowani nader uprzejmie, oprowadzano ich, umożliwiono przeprowadzenie w małych grupkach wywiadów z dyrektorami i niemal wszystkimi wyższymi funkcjonariuszami na Przylądku Kennedy'ego, dostarczano im nawet stenogramy wszystkich większych konferencji prasowych, tak że nie trzeba było notować wypowiedzi, chyba że ktoś chciał pisać artykuł na bieżąco, a w takich przypadkach dziennikarze zwykle posługiwali się magnetofonem. A jednak, mimo wszelkich zawodowych ułatwień, dominującym wśród reporterów stanem była frustracja, ponieważ czuli, że ich relacja ma się tak do złożonej prawdy tego lotu jak szkolny autobus do "Saturna V".
Jednym z przeklętych koszmarów dwudziestego wieku, coraz bardziej trapiącym dziennikarzy, jest fakt, że stają się przeżytkiem. Wydarzenia zmieniają się w treści i formie w taki sposób, że pisanie o nich staje się niemożliwością. Nawet jeśli reporter odrobił lekcję z kosmonautyki, to znaczy wrócił w przenośni do szkoły, zabrał się do dawno zapomnianej fizyki i przyswoił sobie terminy techniczne niemal niemożliwe do wymówienia, nie mógł przecież używać tego języka w artykułach przeznaczonych dla masowego czytelnika. Jeśli natomiast próbował wprowadzić do reportaży o programie kosmicznym element ludzki, napotykał znaną nam trudność: wyglądało na to, że punktem honoru inżynierów pracujących dla NASA było prezentowanie na zewnątrz osobowości możliwie bezosobowych i wymienialnych między sobą. Zachodziły procesy zbyt złożone, by przelotny obserwator mógł je zrelacjonować w codziennych nowinkach prasowych, wobec czego w ramach samych tych procesów zaczęto produkować informacje dla prasy. Rola dziennikarzy ograniczyła się do przepisywania oficjalnych komunikatów. Kiedy przeprowadzali wywiad z jakąś osobistością z programu kosmicznego, posługiwała się ona cytatami brzmiącymi jak oficjalne komunikaty, z tą różnicą, że komunikaty, uniezależnione od zawodowej łączności między mózgiem a językiem, były bardziej precyzyjne i lepiej nadawały się do cytowania. Ich reportaże mogły być redagowane przez komputer.
Oczywiście zdarza się to wszędzie, to znak czasu. Wkrótce gazety będą kompetentne jedynie w sprawach mody, teatru, zbrodni, filmów, ślubów i rozwodów. Cóż to za upokorzenie dla tych wszystkich wysokich Szwedów i krępych Brytyjczyków, tych ciężko pracujących Japończyków - wybrać się tak daleko, a potem powiedzieć tak mało! Nic dziwnego, że poderwali te swoje zużyte reporterskie cielska, zniszczone przez kiepski wikt, zarwane noce, nadmiar whisky i brak seksu, podskakiwali, przepychali się jeden przez drugiego, by choć zerknąć na astronautów. Pisać o ludziach, nie zobaczywszy ich nawet, to jakby tworzyć reportaż po obejrzeniu transmisji telewizyjnej - można to zrobić, lecz ciepło, którego nie ma z braku osobistego kontaktu, trzeba wycisnąć z własnej wątroby. Mimo to Aquarius doszedł do wniosku, że w tym przypadku nie jest to ważne. Kiedy ma się do czynienia z ludźmi niezwykle skomplikowanymi lub takimi, których namiętności są ukryte głęboko pod zainteresowaniami zawodowymi, wywiad może być zwodniczy. Aquarius powiedział sobie, że kiedy przyjdzie czas, będzie miał dość materiału, bo jaki byłby z niego detektyw, gdyby nie umiał przeniknąć charakteru astronautów dzięki głębi własnego doświadczenia i garści poszlak, które wyłuskał z wyważonych wywiadów publicznych? Niemniej pragnął równie gorąco jak pozostali rzucić okiem na ich twarze i był więcej niż zadowolony, zobaczywszy bezrzęsego Armstronga, który przypominał nowo narodzone kocię w pęcherzu płodowym. Była to niewątpliwa rekompensata za niekończącą się udrękę pełznięcia autobusem w tempie półtora kilometra na godzinę. Tak, kiedy nadejdzie pora pisania o Armstrongu, Aquariusowi będzie go łatwiej zrekonstruować z tych paru śladów niż dinozaura z jednej skamieniałej, wykopaliskowej kości.
Do trybuny prasowej dotarli o siódmej trzydzieści. Słońce stało już wysoko i paliło mimo mgiełki. "Saturn V" oglądany z oddali przez lornetkę - był szary szarością niemal białą, szary konkret wtopiony w szarość. Wszystko wydawało się szare: platforma startowa, wieża, statek kosmiczny, niebo. Rakieta wyglądała tak, jakby już była na Księżycu. Tylko słońce obwodziło platynową obwódką zarys "Saturna" i kriogenicznych obłoczków.
Wciąż dumając o astronautach, Aquarius doszedł do ponurego wniosku, że nawet gdyby się przeniknęło ich charakter (nabrało zdecydowanego przekonania, że w gruncie rzeczy są to porządni, zacni ludzie, pełni odwagi, choć niepozbawieni złośliwości), nadal nie można będzie orzec kategorycznie, przynajmniej w duchu, czy program kosmiczny niesie ze sobą dobro czy zło, ponieważ Historia często wykorzystuje najszlachetniejszych ludzi do najgorszych celów i pozbywa się ich, kiedy gotowa jest już maszyneria do realizacji nowych zamierzeń. Równie często Historia wysługuje się diabłami w ludzkiej skórze, by skierować chorą epokę na nowe tory. Lecz podobnie jak zgłębianie snów, zapuszczanie się w gąszcz takich problemów otwierało tylko wciąż nowe otchłanie wątpliwości. Prażąc się w upale wczesnego ranka, Aquarius miał niejasne przeczucie, że zanim wszystko się skończy, te pytania rozpełzną się po nieobjętym mapami kontynencie nieświadomego swoich pragnień serca Ameryki.
V
Tego ranka, mimo perspektywy dwugodzinnego oczekiwania na start, Aquarius zrezygnował z wyprawy innym autobusem - dość autobusów na dziś! - aż poza halę montażową VAB, gdzie na otwartej trybunie miały zasiąść VIP-y. Zdawał sobie sprawę, że czekałby go tam obfity połów: dwie setki członków Kongresu, Sargent Shriver, James E. Webb z małżonką, William W. Scranton, Jack Benny, kardynał Cooke, Daniel Patrick Moynihan, Johnny Carson, Gianni Agnelli, senator Javits, Leon Schacter ze Zjednoczonego Związku Pracowników Rzeźni, książę Napoleon z Paryża, czterystu zagranicznych ministrów, attaché i przedstawicieli lotnictwa wojskowego, dwieście siedemdziesiąt pięć czołowych postaci świata przemysłu i handlu, wiceprezydent Agnew, lady Bird i były prezydent Lyndon B. Johnson plus Barry Goldwater w portkach i czerwonej sportowej koszulce. Dwaj ostatni, zanim cały spektakl się skończył, przed kamerami uścisnęli sobie dłonie - kosmos okazał się większy od nich obu. Głos obowiązku mówił Aquariusowi, że powinien tam być, by ich obserwować, zanotować ich reakcje, dołożyć własny komentarz do tego rozdziału historii, który oni kształtują, i określić ich stosunek do tego rozdziału historii, który się właśnie rozpoczyna, lecz po prostu nie pozwalała mu na to wątroba. Przyszedł tu, by zobaczyć, jak rakieta będzie się wznosić do nieba, a nie po to, żeby stać, obserwować VIP-y i ociekając potem w lepkim upale, zapisywać w notesie swoje spostrzeżenia. Jakieś szczególne pragnienie, by przestawać z rakietą, kontemplować jej wniebowstąpienie, jakaś wyraźna potrzeba odosobnienia się w tłumie, a także zwykła próżność - był świadom, jak niechlujnie wygląda, i czuł się przez to nieswojo - kazały mu zostać wśród swoich: spoconych jak on sam gryzipiórków, reporterów i fotoreporterów zebranych na trybunie prasowej i na niewielkim poletku nad brzegiem laguny, w bezpiecznej odległości od "Saturna V". W dodatku nie cierpiał VIP-ów, każdego z nich z osobna, a jeszcze bardziej w masie, tej dygnitarskiej mafii, tego hierarchicznego rojowiska. Był wciąż na tyle wyznawcą manicheizmu, by wierzyć, że jeśli coś zakłóciłoby start "Saturna V", to z winy gości. Tak, na trybunie honorowej zebrała się czereda błaznów tego świata, pokojówek i sykofantów oraz kilku najambitniejszych i najnikczemniejszych ludzi na świecie. Jeśli ta parada chciwości, nieczystych sumień, nikczemności i psychicznego blichtru nie potrafiła sprowadzić "Saturna V" z kursu, to widać zło było dziś bezsilne. A może zło zgromadziło się na trybunie dla widzów, by pozdrowić zło w jego locie? Gdziekolwiek by się dziś zwrócił umysł reportera, nie znajdował nic, oprócz bezowocnych pytań. Aquarius uprzytomnił sobie, że chce mu się pić.
Zamiast więc pojechać autobusem i sporządzać notatki o szacownych gościach, przez następną godzinę stał w kolejce po coś zimnego do picia. Za trybuną prasową stało przeszło sto wozów radiowych i telewizyjnych, jeden za drugim w rzędach i kolumnach, jak ogromne białe przeżuwacze, najświętsze krowy amerykańskiej techniki. Był natomiast tylko jeden barobus. Aquariusowi zrobiło się ciepło na sercu od tego odkrycia - odkrycia kolejnego przykładu kiepskiego planowania w precyzyjnej skądinąd maszynerii programu kosmicznego - nic dziwnego, że chodziło tu o tak banalną ludzką potrzebę jak pożywienie. Barobus był za mały, by zaspokoić potrzeby dziennikarzy; ponad setka oczekiwała w kolejce, ponad setka odeszła zniechęcona. Kolejka posuwała się mniej więcej w tempie przypływu zalewającego plażę. Wnętrze barobusu mieściło rząd automatów do sprzedaży hamburgerów, chiliburgerów, pasztecików i kanapek, tymczasem wszyscy chcieli wyłącznie zimnych napojów. Kolejka pełzła więc powoli, bo klienci cisnęli się do tego samego automatu. O wpół do dziesiątej rano nikt nie miał ochoty na chiliburgery, natomiast przeciążony automat z napojami z lodem psuł się ustawicznie. Dwaj mechanicy tkwili przy nim stale i naprawiali mechanizm. A jednak trwało to wieki. Automat musiał połknąć bilon, wydać resztę, ustawić kubki, wrzucić trochę pokruszonego lodu, nalać soku, a potem wody sodowej. Tylko jeden automat. Był to typowy przejaw amerykańskiego obłędu: tandetna technika - najgorszy rodzaj amerykańskiej tandety - zastępuje ludzi automatami, które pracują mniej sprawnie niż oni. Dwóch barmanów w kiosku z napojami orzeźwiającymi na zabawie w parku obsłużyłoby tę setkę spragnionych reporterów w trzy minuty, lecz stajemy się ofiarami perfidnej potrzeby zastępowania wszędzie pracowników absurdalnymi maszynami, źle zaprojektowanymi i byle jak skleconymi. Tak, ten olbrzymi barobus był tak naprawdę odpowiednikiem tych filistrów, tych zadowolonych z siebie VIP-ów na trybunie, kilkaset metrów stąd. Właśnie to, a nie statek kosmiczny, był ich światem, światem, który stworzyli. Oni nie wiedzieli nic o rakiecie, znali tylko jej wartość w oczach świata i to było wszystko, czego potrzebowali. Zautomatyzowany barobus - to było ich prawdziwie dzieło. Kiedy wyrzucali z siebie porcję retoryki, kiedy przemawiali, z ich ust wylewał się czysty klajster, a gdy mówili o problemie nędzy i możliwości jego rozwiązania za pomocą tych samych metod i dzięki tej samej dyscyplinie i wysiłkowi, jaki poświęcono kosmosowi, Aquarius miałby ochotę rzucić im: rozwiążcie najpierw problem waszych automatów do sprzedaży kanapek! Rozwiążcie problem waszych tandetnych urządzeń, waszego zaplanowanego wychodzenia z mody! Dopiero wtedy będziecie mogli spróbować zaatakować problem nędzy innych. Wściekał się na nich, kiedy z zarozumialstwem wyrażali przekonanie, że potrafią rozwiązać kwestię ubóstwa. Jego ulubieniec Lyndon Johnson mówił Walterowi Cronkite'owi przed kamerami telewizji: "Na świecie jest jeszcze tyle do zrobienia - głód, choroby. Musimy użyć części tych wielkich zasobów talentu, które wykorzystaliśmy w programie kosmicznym, do rozwiązania tych problemów". Tak, z jego ust wylewał się czysty klajster.
Pewnego razu Aquarius wybrał się - w rewanżu za zawodową przysługę, a więc wbrew woli - na wystawę w Muzeum Żydowskim w Nowym Jorku. Przez całe lata fotografik nazwiskiem Clayton fotografował nędzarzy, prawdziwych nędzarzy, twarze czarnych z Południa, żyjących w takiej biedzie, że aż dręczonych przez głód. Ze ścian patrzyły na niego twarze, których niepodobna zapomnieć, twarze świętych i potworów, twarze wygłodzonych aniołów i czarnych demonów, męczenników, mumii, filozofów i skąpców; dzieci o oczach podstarzałej diwy, dzieci o twarzach karzełków i wiedźm, dzieci o oczach, z których wyzierało cierpienie baranka. Lecz były to wszystko twarze ludzi, którzy przeszli jakiś obrządek wtajemniczenia, jakiś rytuał oczyszczenia tego, co w nich dobre, jakiś proces wykrystalizowania pozostałego w nich zła - na ile lojalne może być zło wobec ludzi tak biednych? Aquarius opuścił wystawę, doznawszy uzdrawiającego wstrząsu - ci nędzarze, którym jak każda szanująca się dama ze średnio zamożnej klasy wolnych zawodów od czasu do czasu dawał jałmużnę (a przynajmniej towarzystwom dobroczynnym), żyli na płaszczyźnie egzystencji dręczącej ich ciała, a przy tym wydobywającej na światło dzienne jakąś wewnętrzną treść ich natury, dającej ich twarzom rys, który nigdy się nie pojawia na twarzach ludzi żyjących w zbytku. Oni przeżyli - i rzeczywiście wyglądali tak, jakby przeszli pod jednym z czterech rogów całunu, którym spowija się zmarłych, i wiedzieli przez to więcej, niż on sam będzie kiedykolwiek wiedział. Patrzyły na niego niezwykłe twarze, piękniejsze niż kiedykolwiek będzie jego twarz, twarz Lyndona Johnsona czy długa, gładka gęba Barry'ego Goldwatera. "Tak - powiedział ciepło Aquarius o tych nędzarzach - oni są piękniejsi niż większość moich przyjaciół".
Ci biedacy nie byli ludzką masą, którą można by zgarnąć spychaczem i ubić, ugnieść, wysterylizować, a potem wepchnąć w plastikowe ubrania odpowiednie do noszenia w subsydiowanych przez NASA Nowych Osiedlach dla Ubogich. Nie, oni raczej stanowili resztkę zasobów tego duchowo anemicznego kontynentu, toteż ich ekonomiczny rodowód był tajemnicą, która nie potrafiła jeszcze dać się we znaki owym specjalistom od uzdrawiania społeczeństwa, od pierwszego do ostatniego. Rzecz w tym, że ich twarze były lepsze niż jakże sympatyczne, a nawet godne twarze trzech astronautów.
Z głośników umieszczonych na podwyższeniu dla mówców na trawniku naprzeciwko trybuny rozległ się głos rzecznika prasowego: "Tu startowy ośrodek kontrolny "Apollo-Saturna". T minus sześćdziesiąt jeden minut i odliczanie trwa. Jeszcze sześćdziesiąt jeden minut do startu "Apolla 11", wszystkie elementy w porządku. Astronauta Neil Armstrong zakończył właśnie serię prób silnika sterującego zespołem napędowym umieszczonym w dolnej części trzonu rakiety. Chcieliśmy się upewnić przed startem, że silnik ten reaguje na rozkazy z wnętrza pojazdu kosmicznego. Kiedy Neil Armstrong poruszał obrotowym drążkiem sterowym, przekonaliśmy się, że urządzenie posłusznie wykonuje odpowiednie ruchy i odchyla się w żądanych kierunkach".
Aquarius czuł się jak przepuszczony przez wyżymaczkę. Kolejka do samoobsługowego dystrybutora, kazanie Lyndona Johnsona, pot zalewający oczy, poskramiana wściekłość, odrealnione doświadczenie retrospekcji - owe twarze czarnych na fotografiach były oazą spokoju, jakże daleką od twarzy kolegów po piórze zgromadzonych na pomalowanej na biało trybunie prasowej - a teraz jeszcze ten głos z radiowęzła przekazujący dziennikarzom z całego świata drobiazgowy opis przygotowań do startu. Tam, w oddali, odbywał się gigantyczny poród, a doktorzy nie szczędzili szczegółów wydarzenia.
"Sprawdzimy też działanie radiolatarni w członie przyrządowym, który w czasie silnikowej fazy lotu pełni funkcję systemu sterowania "Saturna V". Jeszcze pięćdziesiąt dziewięć minut i czterdzieści osiem sekund odliczania".
Tak, Aquarius miał mózg przepuszczony przez wyżymaczkę, jakby się obudził z kacem (którego w rzeczywistości nie miał) i od rana tylko pił kawę i palił bez przerwy, co było dalekie od prawdy, bo papierosa nie miał w ustach od lat, a kawę pijał tylko wieczorami.
"Kierownik prób przedstartowych Bill Schick uprzedził wszystkich w ośrodku kontrolnym oraz kontrolerów pojazdu, że za trzydzieści sekund wielki obrotowy wysięgnik połączony dotychczas z pojazdem kosmicznym zostanie odsunięty do pozycji pośredniej, odległej o około półtora metra od statku. Już za pięć sekund ramię się cofnie. Teraz. Wysięgnik odsuwa się od pojazdu. Odliczanie nadal przebiega pomyślnie".
Głos dawał się zrozumieć tylko przy znacznym natężeniu uwagi. Aquarius próbował wyobrazić sobie scenerię ośrodka kontroli startu - setki ludzi obserwujących setki przyrządów i ekranów komputerów - lecz nie wywołał w sobie większego zainteresowania. Wybrał się więc na przechadzkę po terenie. Między trybuną a laguną rozciągała się przestrzeń o wielkości terenów baseballowych Little League, na brzegu zalewu zgromadzili się wszyscy fotoreporterzy, wystawiając w jednym kierunku teleobiektywy ustawionych na statywach kamer. Od tyłu wyglądali jak oddział geodetów wojskowych w czasie ćwiczeń. A obiekt ich zainteresowania, "Apollo-Saturn", wydawał się szary i niewyraźny w rozedrganym od upału powietrzu nad laguną.
"Na środkowym fotelu astronauta Buzz Aldrin. Wspólnie z głównym kontrolerem pojazdu kosmicznego zajęty jest właściwym ustawieniem przełączników przed rozpoczęciem sprężania w systemie rakietowych silniczków sterujących. Chodzi o te rakietki po bokach członu napędowego. Jest ich razem szesnaście, rozmieszczono je w czterech kwadrantach wokół członu napędowego. Używane są do manewrowania pojazdem w kosmosie".
Na prawo od fotoreporterów rozciągał się niewielki obszar prawdziwej dżungli. Aquariusowi przypomniał się przemarsz plutonu przez dżunglę, wyrąbywanie maczetami ścieżki. Plątanina wspomnień. Spodziewał się, że będzie zaabsorbowany tym, co się dzieje na wyrzutni, w ośrodku kontrolnym, w członie załogowym, zamierzał opisywać wnętrzności rakiety, napełnianie jej paliwem, ale czuł się źle, bolała go głowa, pozwalał, by czas przeciekał mu między palcami. Był rozczarowany brakiem doznań. Wiele razy mówiono mu, że widok wznoszącej się ku niebu ogromnej rakiety stanowi niezapomniane przeżycie, że rozlegnie się straszliwy grzmot, a ziemia będzie drżeć pod nogami. Z opinii tych powstało wyobrażenie doświadczenia równie tajemniczego i przenikającego do głębi, jak świat doznań płciowych z młodzieńczych wyobrażeń, doznań niepodobnych do niczego, co ty i ja robiliśmy dotychczas. Zabawne, ale podobnie jak młody chłopak pragnie, by jego pierwsze prawdziwe przeżycie seksualne co najmniej dorównywało uformowanej w wyobraźni scenie, tak Aquarius był na skraju histerii na myśl, że nie jest psychicznie przygotowany na emocje, jakie mu obiecywano. Nawet ci cholerni astronauci nie wydawali mu się realni. Nie potrafił się wczuć w pełen wewnętrznej mobilizacji stan psychiczny tych trzech na ostrej linii horyzontu. Po prostu szary kształt w oddali.
"Zbliża się moment zasadniczej próby dla grupy kierującej startem, tutaj, w centrali operacji startowych. Chodzi o ostateczne sprawdzenie urządzeń niszczących, zainstalowanych we wszystkich stopniach pojazdu startowego "Saturna V". Jeśli w czasie lotu silnikowego rakieta gwałtownie zboczy z właściwego kursu, pracownik odpowiedzialny za bezpieczeństwo może ją zniszczyć w powietrzu, oczywiście po odłączeniu się od uszkodzonego pojazdu wieży awaryjnej wraz z kabiną i astronautami".
Aquarius przypomniał sobie pytania, jakie zadawał w hali montażowej. W jaki sposób w razie awarii rakieta zostanie zniszczona? Zespół ładunków wybuchowych ułożonych wzdłuż wszystkich trzech stopni, jakby wzdłuż szwu puszki od konserw, miał rozerwać powłoki. Brzuch rakiety otworzyłby się niczym przy cesarskim cięciu, a w niebo wystrzeliłby strumień płonącego paliwa.
"Tu ośrodek kontroli startu "Apollo-Saturna". Już tylko jedenaście minut do startu. T minus dziesięć minut i pięćdziesiąt cztery sekundy dla "Apolla 11"".
Zaczął się rozglądać za dogodnym miejscem do obserwacji. Trybuna nakryta była dachem, który zasłoni widok, kiedy rakieta wzniesie się wyżej. Na otwartej przestrzeni wydawało mu się zbyt nisko, więc w końcu pieczołowicie wybrał miejsce na stopniach bocznej, otwartej trybuny. Nadal nie czuł się gotowy na to widowisko. Tak, przyszłość obiecywała rodzajowi ludzkiemu dietę z pigułek, a ucztę tylko przy wielkich okazjach; dla mocniejszych wrażeń człowiek będzie musiał przemierzać świat w poszukiwaniu niezwykłych, podniecających widowisk. Być może będzie nawet patrzeć na zdjęcia owych głodujących czarnych, by wykrzesać z siebie głębsze uczucia.
Wreszcie zrozumiał, dlaczego drażni go to wszystko i dlaczego nie jest w stanie przejąć się chwilą. Była to zwykła męska zazdrość. On też chciałby, jak tamci, wznieść się w tym ptaku.
"Tu ośrodek kontroli startu "Apolla". W odliczaniu przekroczyliśmy szóstą minutę. Pięć minut i pięćdziesiąt dwie sekundy do startu. Odliczanie trwa. Skip Chauvin, szef kontroli pojazdu kosmicznego, zakończył przegląd stanowisk w pomieszczeniu kontrolnym. Wszyscy kontrolerzy zameldowali gotowość swoich układów. Kierownik operacji startowych Paul Donnelly melduje gotowość urządzeń startowych. Dyrektor startu Rocco Petrone daje zgodę na start. Jeszcze pięć minut i dwadzieścia sekund odliczania. Obejrzeliśmy "Orła" dokładnie: wszystko jest w porządku. Szef kontroli pojazdu księżycowego melduje, że "Orzeł" jest okay. Wysięgnik obrotowy cofa się całkowicie. T minus cztery minuty i pięćdziesiąt sekund. Skip Chauvin informuje astronautów o odsuwaniu się wysięgnika".
Prawie nikt się nie odzywał. Gdyby coś się nie powiodło, wszyscy byliby współwinni. Któż zdołałby dociec, skąd wzięło się zło, które wniknęło w ten gotowy już twór techniki kosmicznej? Aquarius uprzytomnił sobie, że jest zdenerwowany, gardło miał suche.
"Jeszcze cztery minuty i trzydzieści sekund. Odliczanie trwa. Nadal wszystko w porządku. Cztery minuty i piętnaście sekund. Inspektor prób przedstartowych poinformował Norma Carlsona, szefa kontroli pojazdu startowego: nadal wszystko okay. Zbliża się czwarta minuta. Cztery minuty i odliczanie trwa. Jest GO dla "Apolla 11". Trzy minuty i siedem sekund przed startem rozpocznie się automatyczna sekwencja czynności. Jeszcze trzy minuty i czterdzieści pięć sekund odliczania. Przed chwilą, po zakończeniu sprawdzania układów awaryjnych przez szefów poszczególnych zespołów kontrolnych i astronautów, kierownik operacji startowych, Paul Donnelly, w imieniu całego zespołu życzył astronautom "powodzenia i szczęśliwej drogi". Trzy minuty i dwadzieścia pięć sekund i odliczanie trwa. Nadal wszystko okay. Automatyczna sekwencja rozpoczyna się za dziesięć czy piętnaście sekund. Nadal jest GO. W odpowiedzi na życzenia Neil Armstrong powiedział: "Dziękujemy bardzo. Jesteśmy pewni, że to będzie udany lot". Seria rozkazów poprzedzających odpalenie. Przeszliśmy na automatyczną sekwencję czynności. Zbliża się trzecia minuta. T minus trzy minuty. T minus trzy i wszystkie elementy są sprawne".
Aquarius przyłożył lornetkę do oczu. Jakąś cząstką swojej psyche czuł się niczym pokutnik, który po szesnastu dniach modlitwy na pustkowiu oczekuje znaku. Czy ów znak objawi mu wiele, czy prawie nic?
"Według naszej aparatury kontrolnej stan urządzeń jest nadal GO. Dwie minuty i dziesięć sekund i odliczanie trwa. Cel dla astronautów "Apolla 11" - Księżyc. W chwili startu jest odległy o dwieście osiemnaście tysięcy dziewięćdziesiąt sześć mil. Mija druga minuta. T minus jedna minuta i pięćdziesiąt cztery sekundy odliczania. Przyrządy wskazują, że osiągnięte zostało ciśnienie w zbiornikach utleniacza drugiego i trzeciego stopnia. We wszystkich trzech stopniach ciśnienie podtrzymywane jest nadal w tej ostatniej minucie przygotowań do startu. T minus jedna minuta i trzydzieści pięć sekund dla misji "Apollo", która ma przenieść pierwszego człowieka na Księżyc. W ośrodku kontrolnym wszystko nadal okay. Jedna minuta i dwadzieścia pięć sekund i odliczanie trwa. Nasze przyrządy wskazują, że ciśnienie we wszystkich zbiornikach trzeciego stopnia osiągnęło przewidzianą wartość. Jeszcze osiemdziesiąt sekund. Przełączenie na zasilanie wewnętrzne rakiety nastąpi w pięćdziesiątej sekundzie odliczania. System sterowania przełączy się na wewnętrzny w siedemnastej sekundzie, a osiem i dziewięć dziesiątych sekundy przed startem rozpocznie się odpalanie. Zbliża się sześćdziesiąta sekunda. Pięćdziesiąt pięć sekund, odliczanie trwa. Neil Armstrong stwierdził przed chwilą: "Odliczanie idzie naprawdę gładko". Minęła pięćdziesiąta sekunda. Start "Apolla 11" za czterdzieści sekund. Wszystkie zbiorniki drugiego stopnia pod ciśnieniem. Trzydzieści pięć sekund, odliczanie trwa. "Apollo 11" ma wciąż GO. Jeszcze trzydzieści sekund. Astronauci meldują: "Wygląda na to, że wszystko gra". T minus dwadzieścia pięć sekund. Dwadzieścia sekund, odliczanie trwa. T minus piętnaście sekund, sterowanie wewnętrzne, dwanaście, jedenaście, dziesięć, dziewięć, początek odpalania, sześć, pięć, cztery, trzy, dwie, jedna, zero, wszystkie silniki pracują. START. Jest start, trzydzieści dwie minuty po dziewiątej. "Apollo 11" wystartował".
Ale w centrum prasowym nikt z obserwatorów nie słyszał ostatnich słów, bo osiem i dziewięć dziesiątych sekundy przed startem zapłonęły silniki "Apollo-Saturna" i dwie strugi pomarańczowych płomieni wyskoczyły jak duchy u podstawy rakiety. Aquarius przestał się martwić, czy spektakl będzie odpowiadał jego oczekiwaniom. Ze względu na odległość dźwięk silników dotarł do centrum prasowego dopiero po piętnastu sekundach. Aż do osiągnięcia pełnego ciągu silników, to jest przez dziewięć sekund, rakieta była przytrzymywana na wyrzutni, lecz w ciągu następnych sześciu sekund zdążyła się już wznieść nieco w górę i dopiero wtedy dał się słyszeć huk silników. Start wydawał się więc zakrawać na cud, a nie na zjawisko z dziedziny mechaniki, jakby ów olbrzymi "Saturn" zaczął nagle lewitować w ciszy, wlokąc za sobą ogon płomieni.
Nie, to było bardziej dramatyczne. Płomienie wydawały się gigantyczne. Człowiek nie mógł się tego spodziewać. Gejzery ognia strzelały ku wierzchołkowi osłony, rwały dwiema podziemnymi rzekami blasku w dwie strony wewnątrz poziomych betonowych kanałów, by kilkadziesiąt metrów dalej ponownie wytrysnąć w powietrze i rozprzestrzenić się na wszystkie strony. Dwie potężne żagwie jak skrzydła ognistego ptaka rozpostarły się nad ziemią, pokrywając ją złotym, płomienistym kwieciem, a w samym środku tej scenerii biały jak zjawa, biały białością Moby Dicka, biały jak figura Madonny w połowie kościołów świata, smukły, anielski, mistyczny statek dźwignął się bezdźwięcznie na ognistym słupie i począł się wznosić z wolna ku niebu, tak jak mógłby się poruszać lewiatan Melville'a, jakbyśmy my, nurkując we śnie, wypływali z wolna ku powierzchni. I wciąż cisza.
Wreszcie nadleciał dźwięk, zrazu jak trzask łamanych gałęzi, nadbiegł ostrym, gwałtownym trzeszczeniem milionów kropel palącej się ropy, kakofonią tonów coraz głośniejszych i głośniejszych, w miarę jak "Apollo-Saturn" unosił się ponad wieżę startową w akompaniamencie owacji tłumu, która równie dobrze mogła być krzykiem niepokoju; trzask przeszedł w rozdzierający uszy werbel tysiąca strzelających jednocześnie karabinów maszynowych. Aquarius zadrżał rażony gwałtownością ataku, grzmiącym łoskotem Niagary ognia, huczącego głośniej niż najstraszliwsze pioruny, jakie kiedykolwiek słyszał, a ziemia zatrzęsła się pod stopami i drżała, wciąż drżała, czuł jej drżenie poprzez deski trybuny, apokaliptyczną furię huku przywodzącą na myśl głos śmierci w chwili konania, koszmar ryku. Uświadomił sobie nagle, że powtarza jakimś nieswoim głosem: "O Boże! Boże! Boże! Boże! Boże! Boże!", jak włoska dziewczyna swoje "Fenomenalne". Ryk silników mieszał mu się w uszach z pulsowaniem krwi, a uszy paliły od powstającego żaru, jak gdyby znalazł się w diabelskim kotle rozpalonego powietrza. We wniebowstąpieniu rakiety trawione było całe niebo tlenu, a do tego zawrót głowy na myśl, że w tym momencie człowiek posiadł narzędzie dialogu z Bogiem. Płomień był biały niczym pochodnia, długi jak sama rakieta, ognisty tren, twarz, tak, teraz rakieta upodobniła się do wąskiej, wydłużonej spiczastej czapki wiedźmy z bajki, a płomienie tryskające u jej podstawy były świecącymi oczami czarownicy. Postrzępiona na kształt zębów piły krawędź płomienia drgała w soczewkach lornetki. W górę! Kiedy rakieta wzleciała wyżej, przechyliła się i znalazła nad morzem, nie można już było zobaczyć jej samej, a tylko ogień wylatujący z dysz. Teraz już było widać tylko oddalającą się kulę, drugie Słońce wznoszące się na nieboskłonie, lecący w górę płomień.
Na wysokości paru tysięcy metrów rakieta weszła w mgliste obłoczki i zwichrzyła je pieszczotliwie długim, pierzastym znakiem, delikatnym jak ślad młodego łososia na płytkiej wodzie. Warkocze smug kondensacyjnych rozchylały się niczym wargi w pocałunku. Wtem rakieta z nagłym okrucieństwem przeszyła jakiś gęściejszy obłok. A potem pojawiły się dwie długie, pieniste smugi jak po dwóch dużych rybach płynących w ślad za pierwszą rybką - serce zamierało na moment przy każdej zmianie obrazu. "Aaa", zawodził tłum z zachwytu, "aaa", jak przy najwspanialszych fajerwerkach. Niebo żyło. Przed chwilą spokojne jak staw, teraz było łonem coraz to nowych wydarzeń. "Ach!", jęczał tłum, "ach!".
Nagle z megafonów zabrzmiał głos Armstronga rozmawiającego z kontrolą startu. Armstrong był bardziej opanowany niż ktokolwiek tutaj na dole. "Rozłączenie systemów" - powiedział spokojnym tonem.
Daleko, daleko, niemal poza zasięgiem wzroku, prawie przezroczysta ryba rozpadła się nagle na głowę i ogon: pierwszy stopień rakiety oddzielił się od reszty, odłączył się, nagle niepozorny, i wyglądał teraz jak drobna postać ludzka, skoczek spadochronowy. Odpaliły silniki drugiego stopnia, daleki błysk nowo narodzonego ognia, bladego jak smuga wody. Niepotrzebny, pusty, pierwszy stopień rakiety zaczął opadać, biegacz w sztafecie po oddaniu pałeczki, który zostaje w tyle, coraz bardziej w tyle. Teraz zaczął koziołkować, powoli, ze swoistym dostojeństwem, niczym cienki kawałek mydła, który wyślizgnąwszy się z ręki, chybocząc się i tnąc wodę, szybując i pogrążając się, opada z wolna na dno wanny. Wreszcie potężny pierwszy stopień "Saturna", opróżniony z paliwa, wypalony, wyrzucił z siebie obłoczek pary, po czym rozpłynął się za chmurami. A "Apollo 11" z dwoma pozostałymi stopniami "Saturna V" zniknął ostatecznie z oczu w drodze na orbitę okołoziemską. Aquarius pozostał z innymi, by słuchać przez megafony głosów astronautów i Capcoma.
Rzecznik prasowy: "Trzy minuty od startu, odległość siedemdziesiąt mil, wysokość czterdzieści trzy mile, prędkość dziewięć tysięcy trzysta stóp na sekundę".
Armstrong: "Zrzuciliśmy spódniczkę"7.
Capcom: "Roger8, potwierdzamy. Spódniczka zdjęta".
Armstrong: "Wieża odrzucona".
Capcom: "Roger, wieża".
Rzecznik prasowy: "Armstrong potwierdza oddzielenie osłon i odrzucenie wieży awaryjnej".
Armstrong: "Houston, informujemy, że widzialność jest dziś doskonała".
W drodze powrotnej do Cocoa Beach Aquarius natknął się na gigantyczny zator drogowy, miał więc czas, by się przyjrzeć różnym obiektom przy drodze. Stała tam przyczepa z czterometrową, nadmuchiwaną, gumową rakietą - wyglądała jak ogromna prezerwatywa z pomalowanym czubkiem. Przez całą jej długość biegł napis:
POWODZENIA
A
P
O
L
L
O
11
Montg.
Ala.
W samochodzie grało radio. Fred Jakiś-tam z Izby Handlowej w Titusville tokował: "A kiedy ci, którzy przyjechali obejrzeć start, wrócą do domu, niech opowiedzą wszystkim, jak piękny był widok stąd, z Titusville".
"Proszę państwa - ogłosił spiker - zapraszamy na wyprzedaż z okazji startu "Apolla 11"". Radio nie marnowało czasu.
Ameryka - jego ojczyzna. Kraj bez sensu, kraj cudów. Aquarius sam nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje. Całe popołudnie był we wspaniałym nastroju i po raz pierwszy w życiu spróbował surfingu. Nie zepsuł mu przyjemności nawet fakt, że utrzymanie równowagi na desce pędzonej przez przybój było trudniejsze, niż się spodziewał.
Wieczorem poleciał z Cocoa Beach z powrotem do Houston, skąd miał śledzić cały przebieg lotu na Księżyc. W samolocie wszyscy byli pijani, a stewardesy w szampańskich humorach; może same łyknęły trochę. Biznesmeni z Południa promienieli.
W wieczornych wydaniach gazet, które wziął ze sobą, przeczytał, że pastor Abernathy z kilkoma ubogimi rodzinami obserwował start z miejsc przeznaczonych dla VIP-ów, wyprosiwszy u dra Thomasa O. Paine'a, naczelnego dyrektora NASA, specjalne przepustki. "Gdybyśmy mogli rozwiązać problemy, którym się pan poświęcił, rezygnując jutro z naciśnięcia tego guzika, nie nacisnęlibyśmy go" - oświadczył dr Paine.
I rzekł mu pastor Abernathy po starcie: "Zaprawdę ta ziemia jest ziemią uświęconą. A byłaby jeszcze bardziej święta, gdybyśmy nakarmili głodnych, zaopiekowali się chorymi i zapewnili dach nad głową tym, którzy są go pozbawieni".
Aquarius niejeden raz dumał o tym, jak potężnym objawieniem musiał być "Apollo-Saturn" dla przywódcy Krucjaty Biednych. On sam pewnie też poczuł, jak ziemia mu drży pod stopami. A jednak Aquarius nie mógłby nazwać tej ziemi uświęconą. Dla niego "Apollo-Saturn" wciąż jeszcze mógł być dziecięciem Szatana. Gdyby jednak tak było, niech spłoną wszyscy filozofowie na orbicie, Szatan jest naprawdę piękny. A może raczej jest tak piękny, ponieważ wszyscy oni: Johnsonowie, Goldwaterowie, Paine'owie, Abernathy i prasowe gryzipiórki z niechlujnym Aquariusem na czele sami są ni mniej, ni więcej tylko dziećmi Szatana. Gdyż przekonanie, że człowiek wyruszył w tę podróż, by wypełnić bożą wolę, jest istotą objawienia bądź bluźnierstwem względem tego prawdziwego anioła w niebiosach, które on zbezcześci ogniem owego wniebowstąpienia. A płomienisty okręt był w drodze na Księżyc.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 White Anglo-Saxon Protestants - biali protestanci pochodzenia anglosaskiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy).
2 Silny wiatr równoleżnikowy, substratosferyczny.
3 Olśnienie, jasność umysłu - termin z religii zen.
4 Gra słów: tenderfoot - nowicjusz, tender foot - odciski.
5 Sztuka napisana przez Mailera.
6 Wędrowni robotnicy rolni, niegdyś zubożali farmerzy z Oklahomy, którzy stracili ziemię lub musieli ją porzucić z powodu klęsk żywiołowych.
7 Chodzi o oddzielenie osłony termicznej członu załogowego.