Postacie fikcyjne
Aelfgar -?anglosaski mnich, wychowawca i nauczyciel Matyldy
Andreas -?ksiądz z kapeli na dworze jarla Guttorma
Bernard (Benno) -?saski rycerz, siostrzeniec margrabiego Gerona II,
walczący po stronie Polaków
Bożejka -?córka Srogosza
Burzysław -?połabski książę z dynastii stodorańskiej, syn księcia
Tęgobira, władcy Księstwa Kopanika
Chaszczol -?polski zdrajca wysługujący się w Merseburgu biskupowi i Niemcom
Chwalimir -?władca Spędowa, członek dynastii stodorańskiej
Czambor -?polski rycerz z Gdańska, syn Stęgniewa
Dobiegniew -?wielmoża rański
Dunmar -?książę Ranów na Rugii
Glabunka -?siostra Czambora
Gniewosz -?najmłodszy brat Czambora
Gromosław (Gromo) -?polski rycerz z Lubusza, syn komesa Wodzisława
Guttorm -?jarl na wyspie M?n
Halldórr -?syn jarla Ubbe na wyspie ?r?
Haranza -?najwyższy rangą kapłan świątyni Rujewita w Charenzie na Rugii
Jaczel -?najstarszy syn Przypora
Krut -?dowódca oddziału Ranów w bitwie pod grodziskiem Ciemne Bagna
Lubisza -?żona Wodzisława, matka Gromosława
Matylda -?połabska księżniczka z dynastii stodorańskiej, córka księcia
Tęgobira
Pakosz -?najwyższy rangą kapłan w Radogoszczy, przewodzący radzie żerców
Przemir -?polski rycerz z Krakowa
Przyboj -?polski rycerz, doradca Chrobrego
Przypor -?wysoki urzędnik piastowski, namiestnik podatkowy Gdańska i Pomorza Wschodniego
Radanka -?wojowniczka z plemienia Wkrzanów
Randulf -?longobardzki książę, syn księcia Pandulfa II z Benewentu
Reginold Ullfred -?duński zbrojmistrz i kowal w Haithabu
Rościmir -?polski rycerz z Sandomierza
Sławigost -?połabski książę z dynastii stodorańskiej, niezależny władca
Brenny, ojciec Stodora
Śmiałodarz -?piastowski rycerz dowodzący obroną Niemczy
Srogosz -?wysłużony piastowski wojownik pochodzący z Gniezna, opiekun
włóczni św. Maurycego
Stęgniew -?ojciec Czambora, zarządca gdańskiego podgrodzia
Tęgobir -?połabski książę z dynastii stodorańskiej, władca Księstwa
Kopanika, wierny lennik Polski
Turgel -?rański wojownik
Unisław i Unibo -?połabscy książęta Hobolina z dynastii stodorańskiej
Wisław -?brat Czambora
Wodzisław -?polski komes grodu Lubusz, ojciec Gromosława
Wojomir -?połabski wojownik, wódz z plemienia Wkrzanów
Ziemutz (Siemysł) -?wódz południowopołabskiego plemienia Koledziców,
lennik arcybiskupa Magdeburga
Zwodzisława -?siostra Gromosława
Żdaniec -?polski rycerz z Kalisza
Merseburg
Przeglądał pobieżnie pergaminy, których
zapisanie zajęło mu ostatnie kilka tygodni przymusowego pobytu w Merseburgu. Nie miał cierpliwości do utrzymania porządku i ładu, czas
jednak poganiał, każdej chwili spodziewał się nadejścia gońców cesarza
wzywającego na wojnę. Najwyższa pora na uporządkowanie sterty pergaminów
zaścielających obszerny stół. Przysunąwszy bliżej trzyramienny świecznik
zastanawiał się przez dłuższą chwilę, nadal niepewny jak zatytułować
swoje dzieło, Królestwo Wieletów? Dzieje Stodorani? Wpadający przez
okno podmuch lekkiego wietrzyku chwiał delikatnie płomykami świec, wątłe
cienie tańczyły po pieczołowicie wykaligrafowanych literach. A może po
prostu Kronika, wzorując się na księdze Thietmara? Niee, to za
beznamiętnie... suchawe, nie oddaje emocji jakie zawarł w opisie historii
swojego ludu... Kronika Połabia brzmi lepiej... Popiwszy czerwonego
przedniego wina z biskupiej piwnicy zagłębił się w treść przedmowy:
Jesteśmy mężnym, walecznym, dumnym i podniosłym ludem. Jesteśmy liczni
i potężni, na lądzie i morzu. Miasta rozległe i przebogate
pobudowaliśmy, grody warowne dla wrogów niezdobyte wznieśliśmy,
świątynie mocą bogów naokół promieniujące postawiliśmy. Jesteśmy ludem
wielu plemion, ale tej samej tradycji, wiary, języka i korzenia.
Jesteśmy Słowianami, różnie przez sąsiednie potęgi zwanymi: połabscy,
nadłabscy, Stodoranie, Wieleci, Obodryci, Lutycy, Łużyczanie.
Jesteśmy głupim i naiwnym ludem. Łasi na srebro nieprzyjaciół,
przekupni i podstępni. Tępi i głusi na przestrogi i przepowiednie.
Mordujemy się nawzajem, zdradzamy obopólnie, dla uciechy i korzyści
innych. Ulegamy chytrości okrutnych sąsiadów, depczemy wiarę przodków
ulegając przed nowym, obcym bogiem.
Wytępiamy się na nasze własne życzenie, z własnej woli. Bo nie
potrafimy się zjednoczyć...
Pominąwszy dalsze zdania zatrzymał się dłużej na zakończeniu:
Ja, Stodor, książęcy potomek prastarej wieleckiej dynastii, syn władcy
Brenny i córki najwyższego kapłana Radogoszczy, zapisałem historię
naszego ludu dla utrwalenia pamięci sławnej przeszłości a przyszłym
pokoleniom ku przestrodze.
Odetchnął głęboko. Odłożywszy pergamin z wstępem zabrał się do czytania
pierwszego rozdziału kroniki:
W zamierzchłej przeszłości przewrotni bogowie obdarzyli Europę
czarodziejskim powabem, skazując ją na wieczne wielbicieli obleganie.
Zaczęło się od Zeusa, rozpieranego niespokojnymi żądzami. W desperacji
przybrał postać byka, by ją porwać i uwieść. Wielu próbowało ją później
posiąść, używać jej wdzięków, ba, zapanować nad nią. Opętane zmysły
kolejnych zalotników rozprzestrzeniły powaby Europy w najdalsze zakątki
świata, od oceanu na zachodzie po dzikie stepy na wschodzie, od lodów
północy po włoskie morze na południu. Królestwa powstawały i upadały,
imperia pęczniały, by rozpłynąć się w niebycie. Władcy nie szczędzili
oręża i ofiar dla uszczknięcia z jej wdzięków, niebaczni tego, że miłość
mieczem i okrucieństwem wymuszona, a nieodwzajemniona, pogrąży ich w bezdennym szaleństwie. Z biegiem czasu plemiona i ludy w wojennych
zmaganiach nowe królestwa pozakładały, ponownie dzieląc Europę. Niektóre
na tlących się zgliszczach odchodzącej przeszłości, inne na ziemiach
dotychczas barbarzyńskich. Władców poróżnionych zażartymi konfliktami
łączyła w duchu wiara głoszona w imię umęczonego na krzyżu Chrystusa.
Jeszcze tylko serce Europy, słowiańskie ziemie pomiędzy rzekami Łabą a Odrą zwane Połabiem, pulsują w najlepsze prastarą wiarą przodków,
odrzucając z zacięciem narzucanie obcej wiary. Osiadłe tu plemiona, od
wieków skłócone, z okrutnym uporem niszczą się nawzajem. A z jeszcze
większą zażartością walczyły i walczą z zakusami obcych potęg...
Upił ponownie wina, przebiegając pobieżnie oczyma kolejne zdania, przy
niektórych zatrzymując uwagę na dłużej, inne pomijając:
Przejdę teraz do opisu Połabia i tutejszych ludów, zacząwszy od
ojczyźnianej mi Stodoranii. W kraju tym, rozłożonym w dorzeczach Szprewy
i Haweli aż po Łabę, usadowiło się Księstwo Stodorańskie ze stolicą w Brennie, zwanej niegdyś Braniborem. Na północy Stodorania styka się z mocarnym księstwem Obodrytów walczących na morzach i lądzie. Mają oni
bitną jazdę ciężkozbrojną, ale potrafią też na łodziach bojowych wyspy
duńskie najeżdżać... Na północnym wschodzie graniczymy z Wieletami zwanymi
teraz Lutykami, zrzeszającymi wiele tamtejszych plemion, między innymi
Tolężan, Chyżan, Czrezpienian. Rej wśród nich wodzą najsilniejsi i obnoszący się dumnie Redarowie ze stolicą w tajemniczej Radogoszczy,
gdzie świątynia przeogromna z potężnym bóstwem Swarożycem na ludy
wszystkie promieniuje. Potrafią wyprowadzić do boju wiele tysięcy mężnej
piechoty, najlepszej w tej części Europy, celują w łucznictwie, ale za
to końmi gardzą. Powyżej Lutyków na wielkiej wyspie w morzu, zwanej
przeróżnie: Rugią, Roją, Raną, panują Ranowie, plemię morskich
rozbójników. Z nikim paktów nie zawierają, chyba że ich złotem i srebrem
przekupić. Okrutnymi najazdami strach i zniszczenie sieją naokoło. Mają
na cyplu Arkona owianą opowieściami i spływającą bogac twem świątynię
Świętowita, który znaczeniem Swarożycowi Lutyków nie ustępuje... Na
południe od nas mieszkają następne ludy słowiańskie podzielone na
pomniejsze plemiona...
Stodor przerwał czytanie, zastygł w bezruchu ze wzrokiem wlepionym w ostatnie zdanie i zachmurzył się. Po dłuższym namyśle powstał z niewygodnego krzesła. Natarł palcami skronie, podszedł do okna, chcąc
odpędzić znużenie. Uchyliwszy drewnianej zasłony, zaciągnął się
kilkakrotnie głęboko świeżym nocnym powietrzem. Gdy po czasie pobudzona
krew dotarła do ociężałej głowy i zdrętwiałych od siedzenia nóg, wrócił
do dalszego czytania:
... Stodoranie i Lutycy z jednego pnia się wywodzą, kiedyś stanowili
wielki związek wielu plemion zwanych wspólnie Wieletami. Władzę nad nimi
sprawowała dynastia królewska ze stolicą we wspomnianej już Brennie.
Przed ponad stu trzydziestu laty doszło do krwawego rozłamu, gdy król
Liub, dążąc do umocnienia władzy, próbował stworzyć królestwo na wzór
mocarnych Franków zza Łaby. Przyjął od nich na poły potajemnie przed
własnym ludem religię chrześcijańską, w ślad za nim poszli możni z jego
otoczenia -?w zamian za pomoc militarną, potrzebną mu dla zgniecenia
oporu wszechpotężnej kasty kapłanów i żerców strzegących wiary naszych
przodków. W odpowiedzi kapłani wzniecili powstanie. Toczono straszliwe
boje i serce Europy ponownie zalały strugi krwi. Po stronie Liuba
opowiedziało się plemię niejakich Polan władane przez goplańską dynastię
ze stolicą w dalekiej Mietlicy, których książę złasił się na cenne
podarki. Zawiodło jednak wsparcie samych Franków, których jazda
ciężkozbrojna skręciła w ostatniej chwili na Wielkie Morawy, ponieważ
tamtejszy władca Świętopełk straszne im klęski zadawał. Kapłani
Radogoszczy pociągnęli za sobą niemal cały wielecki lud i część możnych.
Dodatkowo uzyskali niespodziewanie poparcie Obodrytów, z którymi
przecież Wieleci od niepamiętnych czasów byli śmiertelnie skłóceni.
Gdy siły się zebrały, stoczono straszliwą bitwę pod grodem Lubusz
niedaleko Odry, założonym niegdyś przez samego Liuba na owianych
prastarą tajemnicą zgliszczach. Zacięty bój trwał z przerwami cztery dni
i trzy noce. Okolice grodu zaległy tysiące poległych po obu stronach.
Piątego dnia padł w boju Liub, roztrzaskany toporem obodryckiego
wojownika. W zażartej walce wokół ciała księcia rozsiekani zostali
wszyscy jego synowie, większość sprzyjających mu możnych i cała
przyboczna drużyna. Resztki królewskiej armii poszły w rozsypkę, oddając
pole walki zbuntowanym. Jedynie nadworny opiekun królewskiego potomstwa
przedarł się z grupą jeźdźców na wschód do polskich szczepów, unosząc ze
sobą córkę Liuba, siedemnastoletnie dziewczę imieniem Świętana,
ostatniego żywego potomka stodorańskiej dynastii w linii prostej.
Trafili tam jednak w piekło kolejnej wojny domowej. Niewielkie, lecz
okrutnie bitne plemię Polan znad Warty wykorzystało nieobecność
goplańskich sił zbrojnych wysłanych na pomoc Liubowi i roznieciło
rebelię przeciwko hegemonii Goplan. Uciekinierzy ze Stodoranii przyjęci
zostali gościnnie przez ród Piastów władających z Giecza Polanami i wzięli udział w walkach. Piastowie pokonali Goplan, zabili ich księcia,
zniszczyli Kruszwicę i sami poczęli roztaczać panowanie nad okolicznymi
plemionami. Piastowski książę imieniem Siemowit pojął za żonę Świętanę.
Z racji tego książęcy ród przeklętych Piastów rości sobie odtąd
niewzruszone prawo dziedzictwa do ziem wieleckich. Do naszych, moich
ziem.
Królestwo Wieletów upadło, podzielone na księstwo Stodoranii ze stolicą
w Brennie i federację Lutyków władającą z Radogoszczy. Obie strony
wykrwawione w pamiętnej bitwie przez długie lata nie były w stanie
wszcząć kolejnej wojny, jeżąc się tylko nawzajem w pogranicznych
utarczkach.
Do czasu, aż na Połabie spadły dwie nawały z zewnątrz -?Sasi od zachodu
i Polacy od wschodu, pragnący podzielić między siebie ziemie między Łabą
a Odrą. Wielki król niemiecki Otton zjednoczył plemiona germańskie od
mórz na północy po Alpy, zajął Lotaryngię i połowę Włoch, rozgromił
doszczętnie mężnych Madziarów. Przez cały ten czas umacniał swe władztwo
między Łabą a Odrą. W swej ekspansji na wschód trafili jednak Niemcy na
konkurencję. Zarówno w ciężkich bojach o Łużyce i Milsko na południu
Połabia, jak i w zaciekłych walkach z Wkrzanami (plemię na zachód od
Szczecina) starli się Sasi z idącą od wschodu nawałą -?drapieżną
dynastią Piastów. Od pamiętnej bitwy pod Lubuszem Piastowie dokonali
niebywałych rzeczy. Jednocząc kolejne plemiona po tamtej stronie Odry,
stworzyli w przeciągu trzech pokoleń silne państwo zwane Polską. Po czym
przekroczyli Odrę, by upomnieć się o nasze ziemie i odebrać nam wolność
-?powołując się na wspólny język i tradycję oraz z racji wspomnianego
już powyżej prawa dziedzictwa. Naprzód zajęli gród Lubusz i ziemie wokół
niego, następnie przeciągnęli na swoją stronę południowe odłamy
plemienia Wkrzanów. Tym samym wbili się potężnym klinem w ziemie
wieleckie, na co Lutycy odpowiedzieli kontruderzeniem, pomimo że
jednocześnie walczyli z naporem Niemców od zachodu. Niemcy i Polacy,
starając się nie wchodzić sobie w drogę, prowadzili, każdy na swoich
odcinkach, podbój połabskich ziem. Wtedy też polski władca Mieszko I sprzymierzył się z Czechami, przyjął chrześcijaństwo, pokonał Lutyków w okrutnej bitwie i zajął przebogaty Wolin. Naciskana z dwóch stron
dynastia moich przodków zachowała nominalną władzę, lecz jako zniewoleni
poddani cesarza. W 983 roku Stodoranie zerwali się wespół z Lutykami i Obodrytami do ogólnego powstania i wyparli cesarstwo poza Łabę.
Chrześcijańskim kapłanom rozpruto brzuchy, spopielono ich świątynie i wybito wszystkie saskie garnizony. Brenna i Hobolin wróciły pod berło
naszej dynastii. Od tej pory władcy Stodoranii współpracowali ściśle z Lutykami.
Lecz cesarstwo nie pogodziło się z porażką. Dla ponownego ujarzmienia
nas zbratali się z Piastami. A wszystko za sprawą diablicy Theophanu,
regentki na cesarskim tronie. Kobiecą dyplomacją i greckimi czarami
opętała Mieszka, księcia Polaków, i przeciągnęła go na swoją stronę. Od
tego czasu armie niemieckie i polskie szalały wespół po naszej krainie,
oblegając wielokrotnie Brennę. W trakcie tych bojów prący niestrudzenie
na zachód Piastowie wyrwali spod naszego władztwa plemię Szprewian,
zająwszy ichniejszą warownię Kopanik. Pochód Piastów zatrzymała dopiero
nasza twierdza w Spędowie (zwana przez Sasów Spandau) i nieustanne
kontrataki Lutyków...
Przeleciał kolejne zdania skupiwszy uwagę dopiero na pergaminie
opisującym wydarzenia z jego udziałem:
... Wtedy, w 984 roku, na tronie Stodoranii zasiadł mój ojciec,
Sławigost. Początkowo kontynuował współpracę z Lutykami dla wspólnego
odpierania niemieckich i polskich ataków. W celu zacieśnienia sojuszu
pojął za żonę jedyną córkę Pakosza, najwyższego kapłana Radogoszczy, z którego to związku ja się zrodziłem. Lecz po jakimś czasie Sławigost
uległ przebiegłym zabiegom Polaków. Przyjął chrześcijaństwo i rozpoczął
z nimi potajemne paktowanie godząc się z utratą Kopanika. Jednocześnie
wszedł w konszachty z Niemcami. W zamian za obietnicę zachowania
suwerennej władzy nad Brenną wyparł się sojuszu z Lutykami i wygnał moją
matkę. Ożenił się z córką saskiego margrabiego Hodona i spłodził z nią
trzech synów. Rok w rok na świat przychodził kolejny brat przyrodni.
Nienawidziłem ich od małego dziecka. Za poduszczeniem macochy, saskiej
wiedźmy, ojciec lękając się o jej pomiot zgodził się na wydalenie mnie z Brenny i oddał do Magdeburga, niby na nauki, pod kontrolę Sasów, mocno
wtedy z Polakami zaprzyjaźnionych. Tak naprawdę macocha dążyła do
odsunięcia mnie od brenneńskiego dworu, chcąc zapewnić swoim synom, moim
zaplutym braciom przyrodnim, dziedziczenie tronu Stodoranii. Zaślepiony
i opętany jej czarami ojciec zgodził się na wszystko. Z racji mojej
królewskiej krwi ojciec zobowiązał się pisemnie, że będzie łożył na moje
utrzymanie, wysyłając do Magdeburga dwa razy w roku wielkie ilości
srebra.
Tak spędziłem dzieciństwo i młodość w Magdeburgu, ucząc się arkanów
czytania i pisania, łaciny i nauk pożytecznych. Ochrzczono mnie pod
przymusem i trzymano z dala od Brenny, wierząc, że stanę się potulną
owieczką. Planowano przeznaczyć mnie do wyższej kariery duchownej,
przygotowując na biskupa albo opata. Lecz wygnana matka i żercy z Radogoszczy nie zapomnieli o mnie. Dzięki potajemnym kontaktom
podtrzymywali we mnie ducha walki, nienawiść do Niemców i Polaków oraz
żar zemsty na Sławigoście. Z czasem dojrzała we mnie myśl, przekorna
wszystkim planom. Postanowiłem za wszelką cenę zdobyć władzę nad
Stodoranią, i nie tylko. Zapragnąłem zapanować nad wszystkimi ziemiami
Wieletów, tak jak ongiś w przeszłości moi przodkowie. Przerwałem karierę
duchowną i rzuciłem się w wir życia cesarskiego dworu. Poświęciłem się
intensywnym ćwiczeniom umiejętności wojennych i studiowaniu starodawnych
dzieł o sztuce militarnej. Jednocześnie skrywałem przed wszystkimi swoje
prawdziwe zamiary. Niemcy uważali mnie za przychylnego im słowiańskiego
księcia. Najpierw cesarzowa Theophanu, a później jej syn Otton Trzeci
dopuszczali mnie do narad, brałem też udział w wyprawach młodego cesarza
do Włoch. Trzymałem ich świadomie w tej ułudzie. Z kolei żercy i matka
wierzyli, że hodują we mnie zatwardziałego obrońcę wiary przodków, który
w przyszłości stanie na czele antychrześcijańskiego powstania, odzyska
Brennę i przekaże pod kontrolę Radogoszczy. Ich też zwodziłem umiejętnie
potulnym posłuszeństwem. Lecz ja ułożyłem własne zamierzenia i czekałem
na nadarzającą się okazję. W roku tysięcznym towarzyszyłem cesarskiemu
orszakowi w pielgrzymce do Gniezna. Poznałem wtedy dokładnie Polaków.
Ich potęgę militarną i przerażający pęd do podbojów...
... Lata biegły. Na początku tysiąc drugiego roku w Magdeburgu zjechali
na narady możni sascy i polscy. Nie zabrakło również Sławigosta z moimi
przyrodnimi braćmi, którym ojciec, w obecności mojej i wszystkich
zebranych wielmożów, przekazał uroczyście dziedzictwo stodorańskiego
tronu. Wtedy siła ogarniającego mnie gniewu zaślepiła mi rozum i zrzuciłem udawaną potulność. Następnego dnia popołudnia w pełni
uzbrojony wtargnąłem niepostrzeżenie do kapliczki, gdzie wszyscy czterej
bezbronni i na klęczkach cienkimi głosami śpiewom się oddawali. Jednego
brata trzasnąłem od tyłu toporem w głowę i nie mogłem go już wyszarpnąć.
Drugiemu przekłułem włócznią szyję i przygwoździłem do drewnianej ławy.
Trzeciemu wbiłem miecz w płuca, gdy się na mnie podnosił i uwolniłem
ostrze, odkopując martwe ciało. Na ten czas ojciec, miotający się po
kaplicy niczym piskliwy szczur, przedarł się do wyjścia. Rzuciłem się za
nim i zdążyłem ciąć mieczem, ale zaledwie bark mu nadszarpnąłem, tak że
umknął poraniony, sącząc tryskającą z rany posoką krwi. Gdy wyskoczyłem
za nim na zewnątrz, zewsząd zebrała się już gromada zbrojnych, wojownicy
z drużyny Sławigosta i mnóstwo zbrojnych Sasów. Któryś dźgnął mnie
włócznią nad kolanem, inny trzasnął ciężką tarczą po głowie, po czym
rzucili się na mnie, związali i uwięzili w wieży. Niechybnie zgładzono
by mnie okrutnie, lecz z wydaniem i wykonaniem wyroku czekano na powrót
młodego cesarza Ottona z dalekich Włoch.
Stało się jednak inaczej. Otton zmarł gdzieś pod Rzymem i Niemcy
pogrążyli się w zmaganiach o władzę. Gdy na tronie Ottonów zasiadł
Henryk Drugi, były książę Bawarii, polski władca Bolesław, zwany ze
względu na ponadludzką waleczność i hart ducha Chrobrym, sam z cesarska
się obnoszący, zajął błyskawicznie Łużyce i Milsko, przyłączając je do
Polski. Na krótko zdobył również Miśnię. W odpowiedzi Henryk, układy
markując, dokonał nań nieudanego zamachu w Merseburgu. Skutkiem tego
przyjaźń cesarstwa z Polakami obróciła się gwałtownie w bezdenną
wrogość. Wybuchła trwająca do dziś wojna, która wszystkim w głowach
pomieszała. Aż nie sposób tego opisać, ale spróbuję. Łużyce i Milsko
stanęły twardo po stronie Polski, uznając w Bolesławie prawowitego
władcę. Mało tego, większość tamtejszych garnizonów saskich złożyła mu
hołd poddańczy, sascy rycerze stali się dobrowolnie jego lennikami.
Natomiast Miśnia w większości opowiedziała się po stronie Henryka,
niewielu tamtejszych Słowian sprzyjało Bolesławowi. W samej Saksonii
część możnych i rycerstwa poparła Bolesława, niektórzy jawnie walcząc w polskich szeregach, inni potajemnie -?spiskując na cesarskim dworze. A i w odległej Bawarii miał Bolesław swych zauszników. Reszta Saksonii i pozostałych prowincji cesarstwa, a w szczególności Kościół niemiecki
wojskiem licznym dysponujący, stanęła twardo po stronie Henryka. Poza
tym cesarz umiejętnie przeciągnął Czechów na swoją stronę, pomimo że ich
książęta z Piastami więzami rodzinnymi spowinowaceni byli. Zaś
Stodorania zacieśniła paktowanie z Polakami, układając przez posłów
tajne plany z Bolesławem. Sławigost postawił siły zbrojne w stan
pogotowia, lecz nie ważył się na oficjalne przystąpienie do wojny. Na to
był za słaby. Miał jedynie trzymać w szachu cesarskie garnizony nad
Łabą. W tej sytuacji przebiegły Henryk poważył się na krok, który
wielkie oburzenie w chrześcijańskim świecie wywołał, ale dał mu przewagę
strategiczną nad Bolesławem. Na Wielkanoc tysiąc trzeciego roku zawarł
ścisły sojusz wojskowy z Lutykami, hodującymi nieustannie w sercach
nienawiść zarówno do Piastów, jak i Sławigosta. Nałożył przez to
skutecznie okowy na mojego ojca. W każdej chwili tysiące lutyckich
wojowników groziło pogrążeniem Stodoranii w zamęcie zniszczenia. Żercom
z Radogoszczy łatwo byłoby lud do rebelii w imię wiary przodków
podburzyć, o tyle łatwiej, że w Stodoranii jedynie Sławigost i część
możnych z dworskiego otoczenia obce ludowi chrześcijaństwo przyjęła... W Brennie nie było nawet kościoła z prawdziwego zdarzenia, jedynie skromna
kaplica w książęcym zamku, a na górze naprzeciwko książęcego kasztelu
nadal górował wyniosły posąg Trzygława. Niemieckolutycki sojusz
zniweczył początkową przewagę Bolesława, ponieważ ciągłe zagrożenie ze
strony Lutyków związało na stałe część polskich sił zbrojnych zmuszonych
na okrągło strzec grodów granicznych na linii KopanikLubuszKrosnoSantok
i dalej wzdłuż Odry do ujścia rzeki. Poza tym Polacy zmuszeni zostali do
trzymania dodatkowych odwodów na wypadek, gdyby Lutycy ruszyli na
Brennę.
Przy zawieraniu układu w Magdeburgu Lutycy zażądali od Henryka, by mnie
uwolnił, na co cesarz ochoczo przystał. Musiałem tylko paść przed nim
krzyżem na kamiennej posadzce i całując śmierdzące obuwie, przysiąc
posłuszeństwo. Po czym ruszyłem na wojnę. Najpierw dowodziłem częścią
lutyckich oddziałów w wyprawie na Pomorze po tym, jak żercy podburzyli
tam lud przeciwko chrześcijaństwu. Rozbiliśmy siły panów pomorskich
wiernych Piastom, zniszczyliśmy garnizony polskie, spaliliśmy kościoły i wygnaliśmy biskupa Reinberna z Kołobrzegu. Bolesław był bezsilny wobec
naszej nawały, związany walkami z cesarzem na Łużycach i w Czechach.
Pewnie poszlibyśmy dalej, na Gdańsk jak do tego namawiałem, jednak
wodzowie skierowali siły przeciwko Lubuszowi, Kopanikowi i Brennie. Lecz
Henryk zażądał obecności całej lutyckiej armii w kolejnych kampaniach
przeciwko Polsce. Dwa razy zatem brałem udział w bitwach na Odrze.
Na początku lipca tysiąc piętnastego roku roku Henryk ruszył na Polskę,
uderzając jednocześnie z trzech kierunków. Od południa ciągnęła armia
Czechów zjednoczona z rycerstwem Bawarii. Północą sunęły siły Sasów i Lutyków pod wspólnym dowództwem księcia Bernarda. Cesarz kroczył
środkiem Połabia, prowadząc osobiście potęgę militarną, jakiej Polacy
jeszcze nie widzieli. Trzy armie miały się złączyć po stronie polskiej
po rozbiciu linii obrony na Odrze i podążyć w kierunku Poznania. Tym
razem wszyscy byli przekonani, że Bolesław zostanie w końcu zmiażdżony,
a ja pewny, że ponownie wezmę udział w wyprawie na czele lutyckich
zastępów. Stało się jednak inaczej, a związane to było z dalszą częścią
przebiegłego planu Henryka. Po przewidywanym zniszczeniu wojsk polskich
nad Odrą i połączeniu trzech wspomnianych armii, z Merseburga miało
wyjść uderzenie na Stodoranię, a następnie na polskie Kopanik i Lubusz,
pozbawione w tej sytuacji jakiegokolwiek wsparcia ze strony Bolesława.
Zebrane w tym celu pod Merseburgiem siły składały się w niewielkiej
części z rycerstwa saskiego, w większości zaś z oddziałów Słowian
połabskich służących pod Niemcami. Mnie przydzielono dowodzenie operacją
i dlatego już w połowie czerwca oddelegowany zostałem wraz z przyboczną
i wierną mi drużyną do Merseburga pod "opiekuńcze" skrzydła biskupa
Thietmara, w oczekiwaniu na wieści z frontu. Spędzam więc czas na
przeglądaniu biblioteki biskupa, prowadzę z nim przewlekłe dysputy,
uczony on niepomiernie, rozpocząłem pisanie niniejszej kroniki i czekam,
aż nadejdzie mój czas...
Na zewnątrz, z otulonego nocną ciszą Merseburga dobiegł stukot kopyt i poszczękiwanie oręża. Stodor, wyjrzawszy przez okno na rozświetlony
żagwiami dziedziniec, cofnął szybko głowę, rozpoznawszy w grupce
zdrożonych jazdą zbrojnych żółte barwy cesarskie. Niedługo świt
nastanie, z czym o tej porze przysyłał Henryk zbrojnych do biskupa? Na
zwykłych posłańców nie wyglądają, zbytnio żelazem obleczeni. Spacerując
w zamyśleniu po komnacie, rozważał wszelakie możliwości. Czyżby
faktycznie cesarz rozbił Bolesława? A teraz na niego kolej zgodnie z planem ruszać na Stodoranię, Kopanik i Lubusz? Miotał się po komnacie,
czując narastające podniecenie. W roztargnieniu bezwiednie przypasał do
bioder miecz w pochwie pokrytej pięknymi ozdobami, nie zważając, że
nadal paraduje w długawej nocnej koszuli. Raptem ciszę za murem komnaty
przerwały dźwięki powolnego klapania chodaków i stukot laski. Klap,
klap, stuk. Niechybnie ten przebiegły skorpion Thietmar nadchodził z nowinami. Spoza drzwi dobiegły odgłosy ożywionej sprzeczki. Dobre,
wierne psy, pomyślał Stodor o dwóch wojownikach z własnej drużyny,
strzegących dzień i noc jego bezpieczeństwa. Niech się Thietmar z nimi
pomęczy. Zasiadłszy pospiesznie przed zawalonym księgami i stosem
pergaminów stołem, krzyknął donośnie:
-?Wpuście go!
Do komnaty zajrzał jeden z jego ludzi.
-?Ale, wodzu...
-?Co jest, biskupa od nocnej bestii nie odróżniasz?
-?Tyle że kapłan przyprowadził zbrojnego, szamocze się...
-?To pod pachy go i wprowadzać.
Drzwi rozwarły się na oścież, ukazując podświetloną świecami z korytarza
karykaturalną postać Thietmara. Niewielkiego wzrostu, zgarbiony na prawą
stronę, z wykrzywionym nosem. Na głowie wielka nocna czapa. Dwóch
służących po obu stronach unosiło mu nad barkami ciężkie, wyleniałe
niedźwiedzie futro. Stodor powstał, gdy za biskupem do komnaty wkroczyli
jego ludzie trzymający w żelaznym uścisku ziejącego potem rycerza w bogatej, lecz pokrytej brudem kolczudze. Saski możny, znaczący jakiś.
Thietmar zamachał ręką.
-?Uspokój się, Stodorze, to posłaniec od samego cesarza, burgrabia
Winifred ze Strzały. Ze wspaniałymi wieściami przybywa, a i dla ciebie
radosne nowiny przynosi. Wybacz to nagłe wtargnięcie... Ale co ja widzę? -
zapytał, zlustrowawszy Stodora przenikliwym spojrzeniem. -?Jakieś wasze
barbarzyńskie sposoby na umartwianie się? Sypiasz z mieczem przypasanym
do nocnej koszuli? -?Po czym, nie czekając na odpowiedź, dorzucił
ironicznie: -?Ziół przednich naparzyć każę, dobry wywar może skutecznie
nocne niepokoje ułagodzić. Słowiańskie czarownice z mojej diecezji
przednią medycynę wywarzać potrafią, zaklęciami wzmocnioną.
Stodor wzruszył jedynie ramionami, lecz nie odpowiedział, obserwując
czujnie Winifreda. Po chwili nakazał swoim:
-?Puśćcie go wolno.
Uwolniony burgrabia Winifred opadł na ławę pod ścianą.
-?Mam ruszać wedle planu na Stodoranię? Bolesław pobity? -?Stodor
wypytywał Winifreda bez ogródek, przywdziewając szybko ubranie.
-?Nie... tak, masz ruszać, ale cesarzowi naprzeciw. -?odparł Winifred.
Zdziwiony Stodor przysiadł obok niego.
-?Syn Bolesława -?ciągnął zmęczonym głosem Winifred -?zdradliwy młody
Mieszko, przyrzeczenie złamał i niezwyciężony pochód naszej armii chciał
pod Krosnem nad Odrą zatrzymać, lecz cesarz pobił go sromotnie, wielu
Polaków padło tam w boju, a z naszych niewielu. Cesarz chciał ruszyć
dalej na Poznań, lecz z przyczyn, które wymagają jeszcze dokładnego
zbadania, zawiodły oba skrzydła mające doń dołączyć. Sunący północą
kontyngent wycofał się z linii dolnej Odry. Bolesław na czele jazdy
drogę im zastawiał, lecz ze strachu nie poważył się na starcie. Dziwne
zatem, że Bernard i Lutycy zawrócili, miast do cesarza dołączyć. Trzeba
sprawie się przyjrzeć i zdrajców wyłuskać. Zawiódł również czeski książę
Oldrzych prący od południa. Zdobył na Milczanach Busnic i łupów bogatych
w grodzie nabrawszy, wycofał się niespodziewanie na Czechy. Cesarz
postanowił zatem przerwać zwycięską kampanię i ruszył za Oldrzychem,
chcąc niechybnie tego zuchwałego złodzieja za samowolę ukarać.
-?Czyli najazd na Stodoranię odwołany? -?dopytywał Stodor.
-?Na razie tak, ale to bez znaczenia.
-?Gdzie zatem znajduje się armia? -?nalegał nieustępliwie Stodor.
-?Podążyła naprzód na południe wzdłuż prawego brzegu Odry, zmierzając w kierunku śląskich grodów, by jak początkowo planowano, wkroczyć do
Czech.
-?Planowano?
-?Wczoraj przybyli do Strzały gońcy prosto z frontu. Cesarz zmienił
ponownie zamiar i postanowił powrócić do kraju najkrótszą, bezpośrednią
drogą. -?Burgrabia odsapnął, zarzucony gwałtownymi pytaniami.
Thietmar dotarł do stołu, rzucając łapczywe spojrzenie na porozrzucane
pergaminy. Nie skrywając zainteresowania, pochylił się nad zapiskami
Stodora i wykorzystując, że nikt nie zwraca na niego uwagi, począł je
skwapliwie przeglądać.
-?Zapytam raz jeszcze, gdzie jest teraz armia? -?nastawał Stodor.
Winifred zlustrował go nie skrywając zniechęcenia. Wyjaśniał umęczonym
głosem:
- Po tym jak Bolesław jazdę z armią syna połączył, nabrali Polacy
pewności siebie. Poczęli obsadzać wszystkie brody na Odrze, by nie
przepuścić naszych na tę stronę rzeki. Zuchwalcy, zamierzali naszych w potrzasku zamknąć, otoczyć i do walki wyzwać. Gdzieś w po łowie drogi
między Krosnem a Głogowem nasi zwiadowcy odkryli w leśnej dziczy
niestrzeżone przejście, dzięki któremu cesarz wraz armią przystąpią
niebawem do przeprawy przez Odrę. Stamtąd podążą prosto na zachód, jak
donieśli przybyli do Strzały gońcy, którzy jako pierwsi sforsowali
rzekę.
-?Cesarz zamierza poprowadzić armię pomiędzy Łużyca mi a Milskiem do
Strzały, a stamtąd na Merseburg -?ocenił Stodor. -?Znam Połabie lepiej
niż wy wszyscy Sasi razem wzięci -?dodał, uprzedzając dalsze wyjaśnienia
Winifreda. -?Polskie grody na Łużycach nie poważą się na wypad przeciwko
kilkunastotysięcznej armii, ale zanim wojsko dotrze na Łużyce, musi się
przebić przez bagna i lasy ziemi Dziadoszan nad środkowym Bobrem. A Bolesław z całym polskim wojskiem depcze mu po piętach.
-?Dokładnie tak. Dlatego masz natychmiast podążyć naprzeciwko cesarzowi,
by znajomością terenu mu posłużyć.
-?Ze wszystkimi zebranymi tu siłami?
-?Nie, zabierzesz jedynie własną drużynę. Reszta ma wzmocnić obronę na
Łabie na wypadek, gdyby Polacy poważyli się na kontruderzenie. Oddziały
słowiańskie udadzą się do Miśni, a Sasów zabieram ze sobą do Strzały. I jeszcze jedno -?uzupełnił Winifred -?przygotuj się na to, że cesarz
zażąda wyjaśnień co do opieszałości Lutyków i ich odstąpienia od linii
Odry.
-?Jestem tylko jednym z dowódców -?odparł Stodor -?i nic mi do
rozporządzeń Radogoszczy.
W komnacie zapadła cisza, przerywana jedynie mamrotaniem Thietmara
zagłębionego w czytaniu.
-?Biskupie, każ wina przynieść i mięsiwa -?warknął Winifred zmęczonym
głosem. -?Posilić się muszę, zanim w powrotną drogę wyruszę.
-?Zejdź na dół do auli, tam już pozostałym jadło i napitek podają -
rzekł Thietmar, nie oderwawszy wzroku od pergaminów. Burgrabia opuścił
komnatę skinąwszy jedynie biskupowi na pożegnanie głową.
Thietmar przerwał czytanie, doczłapał do wygodnej ławy i spoczął w miejscu zajętym uprzednio przez burgrabiego. Służący otulili go futrem i wycofali się w zacieniony kąt komnaty.
-?Taak -?zagaił po chwili Thietmar -?zacząłeś pisać. -?Biskup wpatrywał
się uważnie w zastygłe w rozmyślaniach oblicze Stodora. Nie czekając na
odpowiedź, ciągnął dalej: -?Ale nieporadnie i chaotycznie. Na
Makrobiusza się wysilasz, a tu trzeba na wzór Lukana, to znaczy
treściwie, zrozumiale. Na cóż te nieskładne tony, górnolotne alegorie?
Na cóż ten patos? Pogański Zeus? Serce Europy?
-?Cała kraina między Łabą a Odrą leży pośrodku Europy.
-?Środkiem Europy jest moja ojczyzna Saksonia, a nie dzikością opętane
słowiańskie ziemie, bez wiary w Boga, targane kłótniami plemiennych
królików. Z Saksonii aura cesarska na Europę promieniuje.
-?W Brennie dynastia królewska już na tronie zasiadała i z samym Karolem
Wielkim się układała, gdy u was w Saksonii nierozumni barbarzyńcy w śmierdzące skóry obleczeni po lasach biegali -?odparł z narastającą
zaciętością Stodor.
-?Nieprawda, mnich z Korbei wspomina w kronice, że w starodawnych
czasach legiony Aleksandra Wielkiego w Saksonii osiadły. Z nich nasza
siła i waleczność powstała -?zacietrzewił się Thietmar.
-?Myśl, co chcesz, biskupie. Zazdrość przez ciebie przemawia, że prawdę
o przeszłości ujawniam i na piśmie utrwalam.
-?Prawdę jedynie Bóg objawia, a Kościół i cesarz wśród śmiertelnych ją
utrwalają -?rzekł spiesznie Thietmar z naganą w głosie. Przez dłuższą
chwilę milczeli obaj, taksując się nawzajem wzrokiem.
-?Duma przez ciebie przemawia -?podjął na nowo Thietmar, lecz bardziej
ugodowym tonem. -?Oczytany jesteś, bez wątpienia uczony w dziełach
starodawnych, lecz daleko ci jeszcze do pisarstwa. Wyjaw mi, proszę,
jakaż motywacja, causa scribendi, kieruje twym zamiarem?
-?Wiesz dobrze, stary lisie, po tym, co przeczytałeś, że rozpocząłem
opisywanie dziejów dynastii, z której się wywodzę, na tle losów mojej
ojczyzny. A właściwie kontynuację Księgi Stodoranii, która spoczywa
bezpiecznie w Brennie -?odparł Stodor. -?Czytałem, coś dotychczas
zapisał w swoim Chroniconie. Ty się chełpisz Saksonią i Henrykiem, a ja utrwalam dumę Stodoranii i Połabia.
-?Tam zaraz utrwalasz! Jeden starodawny filozof rzekł, że postarzający
się mężczyźni zaczynają pisać, by niespełnione marzenia i żale do całego
świata na piśmie uwiecznić.
-?Pasuje do ciebie, z każdej strony Chronicona przebija rozpacz o jakieś utracone wsie i dobra twojej diecezji, wściekasz się na
słowiański lud, którym zarządzasz, bo nie dają się ograbić...
-?Bo to prawda, dary i srebro potajemnie do Radogoszczy ślą! Do kościoła
schodzą dla chichotów, a po chatach nadal czarcie bożki strugają! -
Biskup nie krył oburzenia.
-?Złodzieju! Rozkraczyłeś się na zagrabionej ziemi i kradniesz, co nie
twoje, w imię drewnianego krzyża. A co byś zrobił, gdyby Henryk
zlikwidował merseburskie biskupstwo? Tak jak niegdyś Otto zwany Drugim?
Całą Kronikę musiałbyś podrzeć i od nowa rozpocząć, Henryka z dobrodzieja zamieniłbyś w biesa przeklętego, ot taka twoja inspiracja
dla panegiryków na cześć cesarza. Powiem ci więcej, bo mnie akurat
fantazje nachodzą: gdyby Bolesław zajął tutejsze ziemie i powiększył
twoje biskupstwo, a może zrobiłby cię nawet arcybiskupem, to co wtedy?
Chronicon na nowo trzeba by pisać, Thietmar, na nowo... Bolesławowi
smoczy ogon byś odjął i w zamian skrzydeł anielskich przydał, ty
obłudniku.
Nie zważając na oburzenie Thietmara, Stodor podniósł się z ławy i podszedł do stołu.
-?Coś jeszcze? -?zapytał, zwijając pergaminy i manuskrypty. Pakował je
do wora z grubej skóry z przytroczonym rzemieniem na ramię. -?Chyba nie
przyszedłeś, by o historiach rozważać i twoim zdzierstwie gawędzić. Czas
mi w drogę, twój ukochany Henryk czeka.
-?A właśnie -?słodkim głosem Thietmar zmienił temat -?wspomniałeś ową
Księgę Stodoranii. Zdobądź ją dla mnie, a wynagrodzę srebrem sowicie.
-?Nie przekupisz mnie.
-?Każdego Słowianina można przekupić. Tak było zawsze i nie zmieni się
nigdy.
Stodor, zajęty pakowaniem, zbył milczeniem ostatnie słowa biskupa.
Dopiero gdy już przygotował wszystko do drogi, stanął przed nim i zagadnął:
-?Równie dobrze każdego Niemca można przekupić, czy to srebrem i złotem,
czy to innymi podarkami lub przywilejami. Nie czyni tego Bolesław z twoimi Sasami? Sam przecież o tym piszesz w swojej kronice często i gęsto. Nie przekupisz mnie srebrem, ale mam dla ciebie inną propozycję.
Zapewne niedługo wojna się skończy, jeszcze jedna bitwa, dwie, może
kolejna nieudana wyprawa na Polskę i w końcu Henryk zaprosi Bolesława na
układy do Merseburga. Zrobisz wtedy tak: Bolesławowi podasz truciznę, a jak pocznie nocą konać w boleściach, zakradniesz się do sypialni Henryka
niby dla odebrania spowiedzi, owiniesz mu różaniec naokoło szyi i zadusisz. Na tyle sił ci jeszcze starczy. Gdy merseburskie dzwony wybiją
radosne dla Połabia nowiny, moi ludzie przekażą ci księgę. No jak,
zawieramy układ?
Thietmar powstał z ławy, odczekał, aż służący mu nad plecami futro z niedźwiedzia uchwycą i skierował się do wyjścia. Stojąc już w otwartych
drzwiach, rzekł, odwracając na wpół głowę:
-?Więcej w tobie zła niż w całej hordzie diabłów, będzie jeszcze Henryk
żałował układania się z Lutykami i z tobą, oj będzie. Wory srebra wam
nieustannie wysyła, a jak do tej pory żadnej z tego korzyści. Własnymi
drogami chadzacie, na zgrupowania się spóźniacie, w walkach zawodzicie.
Sztandary czarcie nad głowami prowadzicie. Już raz nad Odrą pochód
niepokonanej armii opóźniliście, teraz zaś uciekliście, planu nie
dotrzymawszy. A tobie przewiduję marny koniec. Mogłeś zostać biskupem
jak ja, ale wybrałeś wojaczkę. Podejrzewam, że zamiary wielkie skrywasz,
wszystkim nam nieprzyjazne, nieszczęsny synu ginących plemion. Wiedzę,
posiadasz i siłę, przebiegłość i odwagę, lecz ponad tym wszystkim góruje
okrucieństwo i zaślepienie zemstą. Powtarzam, zginiesz marnie i nic nie
zmienisz. -?Po czym, nie pożegnawszy się, opuścił komnatę.
Stodor udał, że ignoruje ostatnie słowa biskupa, w duchu jednak
dziękował wszelkiej opatrzności, że Thietmar nie zdążył doczytać do
niebezpiecznych fragmentów kroniki, zdradzających jego zamiary. Nie
miałby wyjścia jak ubić biskupa na miejscu i salwować się ucieczką z Merseburga. Podszedł do skrzyni i zajął się zbieraniem oręża. Ale w głowie mu kołatało. Toczona od trzynastu lat roku wojna pomiędzy
Bolesławem a Henrykiem o wpływy na Połabiu nie zapowiadała rychłego
końca. Dwaj przywódcy, podobni przebiegłym lisom, kąsali się nawzajem,
obchodzili z chytrością i zastawiali przemyślne pułapki. W licznych
zapasach wyostrzyli do mistrzostwa przebiegłość dyplomacji i geniusz
wojenny. Bez rezultatu. Gdy cesarz przekraczał Odrę, prąc w kierunku
Poznania, to wnet Chrobry najeżdżał saskie domeny nad Łabą i podchodził
pod Magdeburg. Kampanie, bitwy, potyczki, oblężenia. Tak na zmianę.
Chrobry umocnił się na zajętych Łużycach i nie krył apetytu na dalsze
zdobycze. Za długo ta wojna trwała. Z jednej strony dobrze, że wybuchła,
dobrze, że uszedł spod katowskiego miecza, że Henryk zawarł pakt z Lutykami, że żercy przyjęli go w grono dowódców. Niech się Polacy i Niemcy nawzajem wybijają, niech się wykrwawiają, aż im siły stopnieją.
Pilnował, by powierzone mu lutyckie oddziały jak najmniejszych strat
doznawały. Tam, gdzie trzeba, tłukł Polaków, tam, gdzie mógł, wprowadzał
sprytnie Niemców w zasadzki Bolesława lub opóźniał ich marsze.
Przykładowo przed dziesięciu laty, gdy Niemcy nadeszli wielką armią wraz
z Lutykami i toczyli w okolicach Krosna ciężkie boje o przeprawy na
Odrze. Siódmego dnia ich zwiadowcy odkryli niebroniony bród daleko
poniżej grodu i bez przeszkód przeprawili na drugi brzeg sześć tysięcy
wojska dla zabezpieczenia przyczółku. Rozciągnięci na długiej linii
rzeki Polacy wpadli w panikę i poczęli w bezładzie wycofywać oddziały w głąb Wielkopolski. Cesarz, wtedy jeszcze tylko król, nakazał szybkie
przerzucenie pozostałych wojsk na drugą stronę Odry i błyskawiczny atak
na zdezorientowanych Polaków. Zapowiadał się przepiękny sukces
niemieckiego oręża. Poznań i Gniezno padłyby niechybnie. I wtedy Stodor,
dowodzący lutycką piechotą, sprawił, że przeprawa przeciągała się w nieskończoność. Oczywiście na tyle umiejętnie, że nikt nie mógł go o cokolwiek oskarżyć. Ale pochód Niemców został zatrzymany i ostatecznie
cała kampania zakończyła się odwrotem. Czyli ten przechera biskup swoimi
domysłami krążył niebezpiecznie blisko prawdy. Jednak za długo to
wszystko się przeciągało i bez wymiernego rezultatu dla jego zamierzeń.
Bolesław i Henryk mogli tak jeszcze latami się zmagać, nowe wojska do
boju wystawiać. A jemu coraz gwałtowniej czas uciekał, przekroczył już
trzydziestkę.
Teraz nadarzała się wyśmienita okazja, by wszystko przyspieszyć. Armia
cesarska praktycznie w odwrocie, znękana i zniszczona dotychczasowymi
bojami. W nieznanym terenie, goniona przez żądnych walki Polaków. Niech
się zetrą, już jego w tym głowa, żeby do bitwy doprowadzić, niech się
wytracą. Może sam cesarz zginie, może Bolesław również. Wtedy, gdy będą
lizać rany, sięgnie po Połabie. Najpierw Kopanik i Lubusz, potem Brenna.
Nikt mu w tym nie przeszkodzi. A gdy pociągnie za sobą wszystkie
plemiona wieleckie, rozprawi się z żercami. Z nikim nie będzie dzielił
władzy.
Z dziedzińca skąpanego blaskiem poranka dobiegły odgłosy głośnej
krzątaniny. Winifred posilił się i zabierał właśnie Sasów do Strzały.
Pewnie na podgrodziu Słowianie służący Niemcom też już ruszali w drogę
na Miśnię. Stodor rozejrzał się po komnacie. Wszystko spakowane,
pomyślał.
-?Wydrąb! -?zawołał donośnie. Do komnaty zaglądnął jeden z jego ludzi. -
Ruszamy w drogę, zbieraj mi spiesznie drużynę.
-?Już siodłają konie. A dokąd?
-?Do kraju Dziadoszan na zachodzie Śląska. Czekaj -?zawołał za nim
Stodor. -?Ty nie, dla ciebie mam inne zadanie. Wyznaczysz oprócz siebie
jeszcze siedmiu doświadczonych ludzi. Każdy z was pogna oddzielnie w kierunku podległych mi lutyckich oddziałów. Który z was pierwszy dotrze
do tych, co teraz przyczaili się gdzieś na północ od Lubusza, ma
przekazać ustnie rozkaz: zbierać siły nieopodal Kopanika i czekać na
sygnał ode mnie. W drogę!
Stodor rzucił z progu ostatnie spojrzenie po komnacie. Jeszcze tu wróci,
może niebawem. Wtedy biada Thietmarowi i całemu Merseburgowi. Biada
Sasom, Polakom, Sławigostowi i żercom. Biada im wszystkim!
Las Dziadoszan
Kilkunastotysięczna armia cesarska po
brawurowym zwycięstwie pod Krosnem zagnała się w pogoni za uciekającym
Mieszkiem w nadodrzańskie rozlewiska i wsiąkła w beznadziejne położenie.
Zwycięski pochód w kierunku Poznania zamienił się raptownie w sytuację
bez wyjścia. Mieszko ustępował, lecz powoli. Cofał się na kilkanaście
mil, po czym ustawiał zebrane oddziały piechoty do następnego starcia.
Niemcy parli uparcie naprzód, niepomni doznawanych strat, których nijak
nie mogli uzupełnić. Do Mieszka zaś nieustannie ściągały kolejne zastępy
wojowników. Rezerwy z Giecza i Gniezna. A także oddziały z odleglejszych
prowincji: Kujaw, Mazowsza, Pomorza Gdańskiego, wysłane uprzednio na
koncentrację wojsk pod Krosnem. Ze względu na szmat drogi nadchodziły
dopiero teraz, uzupełniając sukcesywnie polskie szeregi. Siły
piastowskiego lwiątka rosły z dnia na dzień, a niemieckie topniały.
Wtedy spadł na Henryka szereg niepomyślnych wieści. Oldrzych zawrócił z wojskiem na Czechy, książę Bernard do Saksonii, a Lutycy poszli własnymi
ścieżkami, prawdopodobnie na prywatne rozboje. I jak tu wyjść z matni?
Na wschodzie i południowym wschodzie trzęsawiska Obry z brodami
obłożonymi zasiekami, najeżonymi dziesiątkami polskich łuczników. Od
północy Bolesław z całą jazdą ciężkozbrojną, uwolniony od obowiązku
powstrzymywania Bernarda i Lutyków. Lada dzień połączy się z piechotą i konnymi syna, o ile już tego nie dokonał. Wtedy pocznie ich okrążać. A gdy zaciśnie pętlę, wyda walną bitwę. Widmo straszliwej zagłady zawisło
nad Henrykiem. Cesarz zrozumiał, że inicjatywa strategiczna przeszła w ręce Polaków, a on sam z łowczego zamienił się w ściganą zwierzynę.
Postanowił przerwać kampanię i wycofać armię z Polski.
Przy czym przechytrzył Bolesława, udowadniając, że talent dowodzenia
objawia się nie tylko wygraniem bitwy, lecz także umiejętnym jej
uniknięciem. Początkowo wszyscy byli przekonani, że Henryk obierze ten
sam szlak, którym przybył do Polski -?przez Krosno, zgliszcza Lubuszy na
błotach lasu Szprewy i Białą Górę na Magdeburg. Wszyscy, zarówno
pospolite rycerstwo w niemieckim obozie, jak i całe dowództwo polskich
sił zbrojnych. Wprowadzony w błąd Bolesław nakazał wzmocnienie przejść
na Odrze w okolicach Krosna i skierował tam wszystkie oddziały.
Tymczasem cesarz skręcił raptem na południe, udając, że podąża przez
Śląsk na Czechy, by stamtąd powrócić do Merseburga. Zanim Bolesław
połapał się w tym i wysłał oddziały dla zablokowania przejść wzdłuż Odry
na południe od Krosna, było już za późno. Niemcy sforsowali rzekę na
północ od Głogowa i wkroczyli na Śląsk. Bolesław rzucił się za nimi,
przedsięwziąwszy jednocześnie środki, aby odciąć szlaki wiodące na
Czechy. Niepotrzebnie, ponieważ Henryk ponownie wyprowadził go w pole.
Na terenie Śląska do obozu cesarskiego zawitał z trzydziestoosobową
drużyną stodorański odszczepieniec książęcej krwi imieniem Stodor, od
początku wojny dowodzący jednym z większych lutyckich oddziałów. Po
krótkiej naradzie z Stodorem cesarz ogłosił ponowną zmianę planu.
Zamiast na Czechy armia wykonała gwałtowny zwrot na zachód i zagłębiła
się w dziki i niezbadany kraj plemienia Dziadoszan. Stodor miał
poprowadzić Niemców nieprzebytymi puszczami środkowego Bobru i Szprotawy, a następnie przez Łużyce prosto na Strzałę nad Łabą.
* * *
Na zachód od Bytomia Odrzańskiego armia polska zatrzymała się na
kilkugodzinny postój. W wielkim książęcym namiocie od wczesnego świtu
trwała ożywiona dyskusja. Bolesław Chrobry wraz z synem Mieszkiem,
doradcami, duchownymi i sztabem dowódców debatowali nad skutecznym
dopadnięciem Henryka.
-?Nie do wiary! -?Bolesław trzasnął pięścią w ławę zastawioną jadłem i napitkiem, aż gęste sosy z mis na zebranych wokół chlapnęły. -?Ślizga mi
się między palcami niczym ślimak czy glista. Cesarz wyblakły, ale
przebiegły zeń dowódca.
-?Opanuj się, władco. -?Opat Antonius, zwany potocznie Tunim, wycierał
zwisający mu na piersiach pokaźnych rozmiarów krzyż. -?Chrystusa mi
grzybami oblepiłeś. Niesłusznie Henryka do ślimaka przyrównujesz.
Prędzej on do mureny podobny.
-?Nie znam, zwierz jakiś? -?zdziwił się władca.
-?Ryba drapieżna grubości dwóch ramion i długa na nogawicę spodni -
wyjaśniał opat. -?W mojej ojczyźnie w morzach italskich, które wy
Słowianie włoskimi zwiecie, przy dnie grasuje, pożera wszystko wokół,
ale gdy trzeba, potrafi się najwęższą szparą między kamieniami
prześliznąć, tak gibka i śliska.
-?Tak jak nasze węgorze -?zauważył palatyn Stoigniew.
-?Węgorz to zajęczy bobek przy murenie. -?Tuni sięgnął ręką po pęto
kiełbasy.
Przez uchyloną połę namiotu zaglądnął gwardzista Bolesława.
-?Książę, gońcy ze śląskich warowni przybyli. Zaprowadziliśmy ich do
ognisk, by się posilili. Przed chwilą też straże z zachodniego krańca
obozu doniosły o jakimś niemieckim rycerzu. Twierdzi, że wyrwał się z cesarskiego obozu z pilnymi wieściami dla ciebie, Panie.
-?To jeden z moich saskich szpiegów. -?Książę ożywił się, powstał i skinął na Mieszka. -?Idziemy, synu. Przepytamy ich osobiście.
Po wyjściu władców zebrani rzucili się na strawy, przeczuwając, że
wkrótce nastąpi ogólny wymarsz. Nie pomylili się. Przepytywanie śląskich
posłańców i saskiego uciekiniera nie trwało długo. Na Śląsku doszło do
spontanicznej mobilizacji ludności rozwścieczonej brutalnym zniszczeniem
Bieżuńca (zwanego przez niektórych Busnic) na granicy z Milskiem i wyrżnięciem całej załogi przez armię Czechów. Garnizony w Zgorzelcu,
Wrocławiu i Niemczy nie mogły powstrzymać wzburzenia ludności, a mówiąc
szczerze, było im to nawet na rękę. Gdy zagony Oldrzycha po masakrze w Bieżuńcu pojawiły się na przedpolach Zgorzelca, zostały bezpardonowo
zaatakowane przez rozszalałe zastępy prostych wojów. Przerażony Oldrzych
uciekł z powrotem na Czechy. Oznaczało to, że Henryk na pewno nie
poszedł na południe przez Śląsk. Obrał najbardziej ryzykowną opcję. Jak
potwierdził saski rycerz, cesarz zagłębił się wczoraj z całą armią w kraj Dziadoszan. Kierują się prosto na zachód, na brody Bobru i Szprotawy. Podobno drogę wskazuje im jakaś niewielka grupka słowiańskich
wojowników, która niedawno do nich zawitała.
-?A to oznacza, że muszą przejść lasem Dziadoszańskim -?zakończył
Bolesław relację. -?I już nam nie umkną. Rozległa i gęsta to puszcza,
najeżona mokradłami. Prowadzi przez nią jeden tylko szlak, wąski i rzadko używany, niezdatny dla szybkiego pochodu tysięcy ciężkozbrojnych
wojsk. Na kilka kilometrów przed rozlewiskiem Bobru lasy rozwidlają się
na szereg polan i łąk, za nimi nieprzebyte bagna. Dla ich ominięcia
droga urywa się tam gwałtownie i rozdziela na dwie ścieżynki. Jedna wije
się na północny zachód w kierunku Łużyc, druga na południowy zachód w kierunku Milska. -?Chrobry odczekał chwilę, by informacje dotarły do
zebranych. -?Mieszko, zacznij objaśniać nasz plan.
Ten nie zwlekał ani chwili:
-?Piesze oddziały prostych wojowników zebrane spośród Dziadoszan,
Bobrzan i pozostałych śląskich plemion wyruszyły już w drogę, tyle że po
obu stronach przez lasy, równolegle do szlaku i kroczącej nim armii
cesarskiej. Lud to bitny i zacięty, ale lekkozbrojny, mało który żelazem
obleczony. Dlatego pomimo braku koni będą szybciej się poruszać niż
ciężkozbrojni Niemcy, nieobeznani w terenie. Niewielu ich co prawda,
około jednego tysiąca, ale mają jedynie niepostrzeżenie towarzyszyć
nieprzyjacielskiemu pochodowi i szpiegować ich ruchy, a do ataku ruszą
wtedy, gdy my nadejdziemy. Ja wyruszę zaraz na czele siedmiu legionów
jazdy w kierunku Budziszyna, a stamtąd na Miśnię. Mam związać siły
niemieckie na wypadek, gdyby z lasu Dziadoszan poszli na południe i próbowali przebić się do Miśni. Jeśli Niemcy nie pojawią się na
południu, to zaatakuję Miśnię. A jeśli wyjdą z lasu Dziadoszan na
północ, trafią na zebrane w armię oddziały złożone z łużyckich
garnizonów, do których już pognał goniec. Resztę wojsk, całą jazdę
ciężkozbrojną oraz piechotę i łuczników na koniach poprowadzi mój
ojciec, kierując się bezpośrednio tropem umykających. Jeśli ich
dopadnie, zanim opuszczą główny szlak, wyda im walną bitwę, wzmocniony
wspomnianymi Dziadoszanami i Bobrzanami. A jak nie, to dopadnie ich, gdy
będą walczyć ze mną lub z Łużyczanami. Jednym słowem, mamy ich, pytanie
tylko, gdzie ich dorwiemy. Z taktycznego punktu widzenia najlepiej
jeszcze na głównym szlaku, w środku lasów. Problem w tym, że mają dwa
dni przewagi i trzeba ich jakoś spowolnić, przytrzymać na miejscu.
-?W tym celu -?głos zabrał ponownie Bolesław -?wyślemy za nimi
poselstwo. Pojedzie Tuni z niewielką eskortą: trzech, czterech wybranych
rycerzy. Niby z propozycją układów. Mają dopaść Henryka i pod pozorem
nawiązania rozmów przytrzymać go na miejscu, dając mi czas na dojście z wojskiem. Tuni obeznany jest z dworem cesarskim, ma tam licznych
znajomych i zauszników, a owiewająca go aura kościelnej rangi doda
poselstwu powagi i znaczenia. Mnisi z kancelarii przygotowują właśnie
odpowiedni dokument do okazania Henrykowi, zawierający pustosłowia i obiecanki z mojej strony. Ważne, by cesarz wstrzymał ucieczkę. -
Bolesław spojrzał na opata. -?Wierzę w twoją lisią chytrość, że wykonasz
zadanie. Ruszasz natychmiast, dobierz sobie tylko rycerzy.
-?Wcale nie jestem zaskoczony -?Tuni rozłożył dłonie -?tym, że obarczasz
mnie najcięższymi zadaniami, czcigodny Bolesławie. Taka już dola
obcokrajowca w kraju nieokrzesanych barbarzyńców. Za nic macie mój
prastary rzymski rodowód -?ciągnął z udawaną powagą. -?Ale osłody dodaje
kropla pochwały z twych ust, władco Słowiańszczyzny. Lisia chytrość, ha!
To większe uznanie niżbyś ot tak, spontanicznie trzy wsie z lasami
klasztorowi w Międzyrzeczu podarował...
-?Na żarty i ironie będzie czas po bitwie, również na nagrody -?przerwał
mu zniecierpliwiony książę. -?Dobieraj sobie towarzystwo.
-?Zabrałbym chętnie Randulfa, longobardzkiego rycerza z Włoch, o którym
słyszałem, ale nie miałem jeszcze okazji osobiście poznać. Zna go
otoczenie Henryka, a po drodze raźniej z rodakiem po włosku się
poprzekomarzać.
-?Randulf należy do grona przyjaciół Gromosława, syna komesa na Lubuszu
i przyległych grodów -?wtrącił Mieszko. -?Gromosław służy w mojej
drużynie od tysiąc siódmego roku. Przez te lata walk zebrał wokół siebie
dobrane towarzystwo młodzieży, sami synowie wielmożów z różnych
prowincji państwa, jak Czambor, Żdaniec czy Rościmir, a i zza granicy
paru, jak chociażby wspomniany Randulf czy Bernard, zwany Benno,
siostrzeniec margrafa Gerona Drugiego z marchii Łużyckiej. Rozprawiają
już o nich przy ogniskach polowych, wieloma bitewnymi czynami się
wsławili. Nie sposób ich rozdzielić, dlatego -?zwrócił się do Tuniego -
będziesz musiał chyba całe to towarzystwo zabrać.
-?Cieszy mnie, że ludzi sobie odpowiednich dobierasz. -?Bolesław
podszedł do syna i objął go z czułością ramieniem. -?Pamiętaj, na nich
władzę oprzesz, gdy rządy po mnie przejmiesz. Ale to nie wycieczka po
przygody -?dodał po chwili -?lecz zadanie niezwykłej wagi i pójdzie
tylu, ilu wyznaczę. Czterech wystarczy, niech sobie Randulf i Gromosław
dobiorą jeszcze dwóch. Oprócz tego -?obrócił się w stronę Tuniego -?będą
wam towarzyszyć zwiadowcy Dziadoszan na zwinnych koniach. Raz, by was
uchronić przed zasadzką swoich, dwa, by drogę wam wskazać w nieznanym
terenie. I jeszcze jedno -?przytrzymał wzrok na Srogoszu.
Zasłużony wojownik ze względu na zaawansowany wiek powinien był już
zakończyć służbę i przejść na spoczynek. Ale od kilkunastu lat obarczony
był szczególnym zadaniem: został strażnikiem włóczni świętego Maurycego,
to znaczy jej kopii, podarowanej Bolesławowi w 1000 roku przez cesarza
Ottona Trzeciego. Nosił ją wszędzie przy sobie, owiniętą w skórzaną
pochwę i złożoną w drewniany futerał. Stąd towarzyszył polskiemu władcy
na każdym kroku. Czyścił ją, doglądał, przed każdą bitwą wręczał
Bolesławowi do ręki.
-?Srogosz, wypoleruj włócznię na połysk, szczególnie ostrze, pozłacanie
ma się mienić blaskiem jak słońce odbite od lodowej góry. Samemu
cesarzowi moje imię na piersiach będziemy wyrzynać.
Zebrani, rechocząc głośno, poczęli zbierać się do wyjścia.
Koniec biesiadowania, czas do boju.
* * *
W prastarej podmokłej kniei zazdrośnie strzegącej mrocznych głębi łatwo
się zagubić. Ledwie uchwytny wąski trakt wijący się leśną głuszą nie
wzbudzał zaufania pomimo niemrawych promyków poświtania z mozołem
przebijających przez korony drzew. Kilka nieopatrznych kroków wiodło na
wieczne błąkanie po lasach lub groziło wciągnięciem przez upiorne
grzęzawiska. Napierające zewsząd gęste palisady drzew otulonych
skłębionymi chaszczami i targające wyobraźnią tajemnicze dźwięki nie
napawały otuchą.
Już drugi dzień od wczorajszego ranka Tuni wraz z czterema rycerzami -
Gromosławem, Randulfem, Czamborem i Bernardem -?gnali bez opamiętania w pogoni za umykającą armią cesarza Henryka. Towarzyszyli im zwiadowcy
Dziadoszan na gibkich koniach, świetnie obeznani z własnym terenem.
Dwóch nieco przed nimi, trzech daleko w przodzie. Za dnia trop był
wyraźny, skopana tysiącami końskich kopyt droga nie pozostawiała
wątpliwości. Dopiero nocą ogarnęła ich panika. W smolistej ciemności
tańczące płomienie żagwi zmieszały wzajem wszystkie odblaski i cienie.
Musieliby zejść z koni i poruszać się pieszo bardzo powoli, z oczyma i pochodniami niemal przy ziemi, by nie pobłądzić ze szlaku i nie stracić
tropu. W ten sposób mogliby gonić Niemców do samego Magdeburga. Na
szczęście prowadzili ich Dziadoszanie, którzy również nocą poruszali się
po lesie jak we własnej izbie. Dzięki nim nie tracili czasu i być może
do południa dogonią Niemców.
Gdy poranek już na dobre rozświetlił świat, jeden ze zwiadowców
zatrzymał się i odczekał, aż Tuni zrówna z nim konia.
-?Przed nami wkrótce rozległe trzęsawiska. Pewnie opary gęste nad
bagnami uniosło, stąd stęchłe powietrze z wiatrem już tutaj dochodzić
poczyna.
-?Tak niedaleko do bagien? -?Tuni nie krył zaniepokojenia. -?Przecież
jeszcze na koniec drogi nie trafiliśmy. Czyżby Niemcy uszli w któreś z rozwidleń?
-?Trudno powiedzieć, wielebny opacie, niebawem się przekonamy. A nawet
gdyby... -?Dziadoszanin rozejrzał się wkoło z namysłem. -?Do bagien ze
cztery mile, ale chyba nie są na tyle szaleni, by się tam przebijać
lasem, zresztą co dalej? W rozgałęzieniach drogi muszą zwolnić, tam trzy
konie obok siebie nie... -?Raptem zamilkł.
Z daleka w przodzie sześć razy z rzędu dobiegło ochrypłe "kraaa". Tuni i rycerze wpatrywali się w zwiadowcę w napięciu, oczekując dalszych
wyjaśnień.
-?Co jest? -?spytał Gromosław.
-?Zwiadowca przed nami ostrzega wronim sygnałem, że wrogowie, znaczy
Sasi, nadciągają. Nic tu po nas, dalej musicie sobie sami radzić -?rzekł
spiesznie i ku zdumieniu wszystkich zarówno on, jak i pozostali
Dziadoszanie wsiąkli błyskawicznie w ścianę lasu.
-?Krucyfiks! -?mamrocząc nerwowo Tuni wyplątał z rzemieni przypasany do
końskiego boku drewniany krzyż pokaźnych rozmiarów. -?A wy co? -?rzucił
pozostałym. -?Miecze odwrócone na wysokość dzierżyć! Zanim nas Sasi
strzałami naszpikują. -?Jednocześnie lewą ręką wyjął zwinięty w rulon
dokument od Bolesława.
-?Sasi rzadko używają łuków. Ty, Benno -?Gromosław spojrzał na
przyjaciela -?chowaj miecz do pochwy i zmykaj z powrotem do Bolesława,
tak jak się umawialiśmy. Przekaż księciu, że dopadliśmy tylne straże
Niemców jeszcze przed rozwidleniem szlaku. Poselstwo poselstwem -
wyjaśnił spiesznie pozostałym -?ale jak wiecie, Benno u niektórych Sasów
uchodzi za zdrajcę i w zaperzeniu mogą go ubić. Dogoń Dziadoszan, będzie
ci raźniej! -?krzyknął jeszcze Gromosław za Bernardem popędzającym
konia.
-?Ja bym pomyślał, że to prawdziwa wrona kracze, a nie człowiek -
obruszył się Czambor, gdy już Bernard zniknął za zakrętem drogi, którą
przybyli. -?Randulf, mądralo, wyczułeś naśladowanie?
-?Nie wyczułem, tylko wiedziałem. Prawdziwa wrona może maksymalnie
cztery razy pod rząd kraknąć.
-?Magia, tfu -?splunął na bok gdańszczanin.
Randulf przybrał pewny siebie wyraz twarzy: -?Nauka o liczbach,
Czamborze. Przed laty w walkach z Arabami na południu Włoch ojciec wziął
do niewoli znanego na cały Kalifat mędrca, ibn-Musufa. Zabrał go do
Benewentu i zrobił moim nauczycielem, między innymi algebry. Od niego to
wiem. Ich uczeni, szukając związków natury z liczbami, próbowali ustalić
mądrość zwierząt. Musuf pokazał mi przykład z wronami. Pewna wrona uwiła
sobie gniazdo w niszy okiennej na samym szczycie jednej z naszych
zamkowych wież. Do wieży prowadziło jedno jedyne wejście, doskonale
widoczne z gniazda. Gdy do wieży wszedł strażnik i wystraszył
cholernicę, ta przysiadła na koronie pobliskiego drzewa, wlepiając
ślepia w drzwi. Zaledwie strażnik opuścił wieżę, natychmiast powróciła
do gniazda. Po jakimś czasie do wieży weszło dwóch strażników. Wrona
ponownie odleciała na drzewo. Gdy pierwszy strażnik opuścił wieżę,
pozostała bez ruchu na gałęzi, strosząc jedynie pióra. Dopiero gdy drugi
strażnik wyszedł, pofrunęła natychmiast do jaj. Powtórzyliśmy sytuację z trzema, a następnie z czterema strażnikami. Za każdym razem ptaszysko
nie dało się zwieść i doskonale potrafiło policzyć, ilu strażników
wchodzi, a ilu wychodzi. Ale gdy do wieży weszło pięciu strażników,
wrona straciła rozeznanie. Jej ptasi łeb umiał liczyć tylko do czterech.
Eksperyment powtórzyliśmy kilkakrotnie, dla pewności również z innymi
wronami, za każdym razem z tym samym wynikiem.
-?Jeżeli dwie siedzące obok siebie wrony zakraczą jednocześnie, jedna
zaraz po drugiej, to można i do sześciu albo więcej policzyć. A jak
wtedy Dziadoszanie odróżnią, że to dwa ptaszyska? Bo żaden arabski
uczony tu nie pomoże. -?Czambor nie dawał za wygraną.
-?Mądrość ludowa wynikająca z obserwacji natury -?odparł wyniośle Włoch.
Czambor prychnął lekceważąco: -?Według mojej pomorskiej mądrości ludowej
zapomnij arabskie sztuczki z liczbami.
-?Nie myśl sobie, Randulfie -?włączył się Gromosław -?że my Arabów nie
znamy. Jeszcze za Mieszka, ojca Bolesława, kupcy szlakiem handlowym z krajów arabskich przez Kijów, Przemyśl, Czerwień i Kraków na Pragę, i dalej na zachód ciągnęli. Dzięki nim dobra rzadkie i niespotykane do
Gniezna napływały, zanim nam Rusy Przemyśla i Czerwienia nie zajęli.
Pewnego razu stary książę uwięził całą karawanę, gdy go przebiegłe Araby
na sprzedaży wielbłądów haniebnie oszukać chciały. Dopiero po latach
puścił ich na wolność. A jednego z tych wielbłądów podarował
małoletniemu cesarzowi Ottonowi, by się, dzieckiem wtedy jeszcze będąc,
stworem nacieszył.
Z pomiędzy drzew skrywających wijącą się przed nimi drogę dobiegł tętent
kopyt. Niebawem z lekkiej kurzawy wzniesionego piachu wyłonili się
jeźdźcy, co najmniej trzydziestu. Nie jacyś pachołkowie czy zwykli
zwiadowcy, lecz świetnie uzbrojone ciężkozbrojne rycerstwo saskie w połyskujących kolczugach, przykrytych długimi żółtoszarymi płaszczami
naznaczonymi czarnymi orłami dynastii Ottonów.
Okrągłe tarcze przerzucone na plecy, pochwy z mieczami u boków. Gwardia
cesarska. Szybko ich dojrzeli. Z wyciągniętymi do przodu włóczniami
otoczyli koliście trwającą w bezruchu grupkę Tuniego z rycerzami.
Dziwne, pomyślał Gromosław, Henryk wysyła przyboczną elitę na zwiady?
-?Poselstwo od księcia Polski Bolesława do cesarza. Z propozycją układów
pokojowych. -?Tuni opuścił wprawdzie krzyż, ale tym energiczniej
pomachiwał rolką pergaminu.
Po krótkiej dyskusji Sasi odebrali im broń i zabrali pod eskortą w kierunku, z którego przybyli, w stronę domniemanych bagien. Gdy zbliżali
się do tyle razy omawianego rozwidlenia drogi, ich spojrzenia
skrzyżowały się, pełne zdziwienia i niepokoju. Brak śladów kopyt zarówno
na szlaku na północ, jak i na południe. Za to stratowana ziemia i połamane drzewa na wprost. Właśnie tam poprowadzili ich gwardziści. A jednak Niemcy poszli przez las prosto na zachód, w kierunku bagien.
Ledwie zagłębili się między drzewa, do ich uszu doszły odgłosy
narastającego harmideru: pokrzykiwania, huki rąbanych pni, wrzawa.
Niebawem las, czy też raczej to, co z niego pozostało, urywał się
raptownie i przed posłami otwarł się niesamowity widok. Linia lasu
otaczała okręgiem wielką otwartą przestrzeń porośniętą wysokimi trawami
i urozmaiconą kilkoma nieśmiałymi zagajnikami. Niczym gigantyczna
podkowa stykająca około trzy mile w przodzie swą podstawą do rozległych
bagien i trzęsawisk ciągnących się aż po horyzont. Niemal cała wolna
przestrzeń wypełniona była namiotami, ludźmi i końmi. Mrowie ludzi,
większość zajęta układaniem szerokiego drewnianego pomostu prowadzącego
przez mokradła. Wyjaśniło się, dlaczego przechwycili ich gwardziści, a nie zwykli zwiadowcy, zapędzeni najwyraźniej do robót. Stało się również
jasne, co zamierzał cesarz: pokonać bagna pomostem i pognać prosto na
zachód.
Pewnie szeregi zamykające kolumnę armii zniszczą za sobą pomost po
przejściu nim na drugą stronę. Zanim Bolesław tu nadejdzie, Henryk
będzie już niemal w bezpiecznych dla niego okolicach. Zresztą, gdy
Bolesław nadejdzie, stanie wobec niemożliwości dalszej gonitwy. Bagien
nie sposób szybko obejść, zajęłoby to kilkanaście dni. Obojętnie, w którym kierunku podąży, na północ czy południe. A na wprost... musiałby
wybudować nowy pomost. Wszystkie opcje oznaczały zbyt dużą stratę czasu,
by marzyć o dopadnięciu Henryka. Chyba że Tuniemu uda się pod
płaszczykiem rokowań przytrzymać cesarza na miejscu. Półtora do dwóch
dni wystarczyłoby. Poza tym spieszący równolegle lasami lekkozbrojni
Mieszka i okolicznych plemion musieli już razem z Niemcami tutaj
dotrzeć. Zapewne przyczaili się na obu krańcach puszczy stykającej do
bagien.
-?Niesamowita okolica, rozległe łąki w środku dziewiczej kniei,
doskonałe miejsce na warowny obóz, a nawet gród -?rozważał głośno
Gromosław.
-?Zaś te bagna -?wtrącił Randulf -?mogły przed wielu laty być wielkim
jeziorem lub korytem rzeki. Strategicznie świetna lokalizacja. Nie
zdziwiłbym się, gdyby nasze rzymskie legiony przed stuleciami tędy
maszerowały, przez Śląsk w kierunku Bałtyku. Do ciebie, Czamborze, po
bursztyn.
-?Twoje legiony? -?Tuni się roześmiał. -?Twoje? Ty longobardzki
parweniuszu, gdyście przed pięcioma wiekami do Włoch wtargnęli, to nasze
legiony, powtarzam nasze, już nie istniały.
Tymczasem dotarli do obozu, gdzie zaprowadzono ich do silnie strzeżonego
namiotu. Niespodziewanie szybko zawitał do nich obleczony bojowym
uzbrojeniem arcybiskup magdeburski Gero w towarzystwie kilku rycerzy.
Bez kurtuazji Gero przeszedł do rzeczy:
-?Gdzie jest Bolesław z wojskiem?
-?Jesteśmy posłami, a nie więźniami na przesłuchaniu -?obruszył się
Tuni. -?Zwyczaj nakazuje...
-?Jesteście więźniami, opacie. Możesz sobie to zachować. -?Gero rzucił
Tuniemu odebrane uprzednio pismo od Bolesława. -?Znamy się nie od dziś,
ty stara liszko, chytrością obleczona. Cesarz nie wierzy ani jednemu
słowu twojego władcy i nie ma zamiaru cię wysłuchiwać. Zostaniecie pod
strażą, dopóki armia nie pokona bagien. Spętać! -?zakrzyknął do
strażników.
Sprawnie owinięto ich sznurami od stóp po ramiona i rzucono pojedynczo
na ziemię. Dodatkowo przymocowano każdego łańcuchem do powbijanych w namiocie masywnych kołków, wykluczając możliwość przetaczania się i zbliżenia nawzajem.
-?Tośmy się spisali -?wysapał Czambor, gdy zostali sami. -?Uciekną,
zanim nasi tu dotrą. A jeszcze łby nam zetną lub nas na gałęziach
powieszą.
-?Do południa jeszcze daleko, od dwóch dni i nocy gnamy nieustannie za
Niemcami. -?Randulf zawiesił głos. -?Na dobrą sprawę, to od bitwy pod
Krosnem nie było czasu na porządne wyspanie się, ciągle w drodze,
ucieczka, potyczki, gonitwa... Radzę wszystkim przymknąć oka i wypocząć. Z nadejściem nocy może wiele się zmienić.
-?Masz jakiś plan? -?spytał Gromosław.
-?Nie mam, ale przecież po lasach wokół czatują miejscowi razem z wysłanymi przodem wojownikami Mieszka. Benno też zapewne o nas doniósł.
Bez dalszych dyskusji wszyscy niebawem pozapadali w głęboki sen. Bardzo
głęboki, pomimo więzów i niewygody, i tyleż pokrzepiający. I pewnie
pospaliby do następnego dnia, gdyby nie nagłe ożywienie w niemieckim
obozie, powstałe zanim jeszcze dzień począł na dobre chylić się ku
końcowi.
Harmider niesłychany, okrzyki rozkazów i ponagleń zmieszane z rżeniem
koni wybiły ich ze snu. Jak się okazało, niespodziewane poruszenie
Niemców wywołały przygotowania do wieczornej uczty. Uroczystej, dla
całego wojska. Cesarz nakazał, by przy żadnym ognisku nie zabrakło jadła
i napitku. Gromosław nie musiał nawet zbytnio molestować stojących na
zewnątrz strażników, by wywiedzieć się przyczyny radosnego nastroju w obozie. Budowa pomostu dobiegła końca i nic nie stało na przeszkodzie,
by za dzień, góra dwa armia rozpoczęła forsowanie bagien suchą nogą.
Nareszcie opuszczą niegościnną, wrogą polską ziemię, pełną czyhających
zewsząd niebezpieczeństw. Powrócą do ojczyzny, co prawda bez łupów, ale
niepobici. Czyż to nie wspaniały powód do świętowania? Wygrali przecież
wielką bitwę pod Krosnem i wygraliby całą kampanię, gdyby oba skrzydła
nie zawiodły. Z każdym wypitym trunkiem i kawałem pochłoniętego mięsiwa
nastroje biesiadujących nabierały rozmachu, deprymując siłą rzeczy
uwięzioną grupę Tuniego. Gdzieś w pobliżu ich namiotu rozbrzmiał
ochrypły śpiew, podchwycony zaraz następnymi głosami:
Miecze, włócznie i topory,
Bolesławie, szykuj się,
nauczymy cię pokory
i zniszczymy plemię twe.
Bohaterski saski oręż
kroczy naprzód w polskiej krwi.
Zdobędziemy Poznań, Gniezno,
policzone Piastów dni...1
-?Ale mają odwagę, gbury! -?wykrzyknął Tuni. -?Typowe dla Sasów, typowe.
Nie róbcie mi tu przygnębionych grymasów i nie szamotać się w więzach. -
Rozejrzał się po pozostałych. -?Otuchy sobie dodają po klęsce kampanii.
A poza tym wasze przyśpiewki nie lepsze, a nawet jeszcze bardziej butne,
a na dokładkę w większości pogańskie.
-?Gdyby Bolesław na czas doszedł, toby im nastroje jeszcze bardziej
poprawił. A tak... śpiewają sobie bezkarnie, obżerają się i spijają...
Jeszcze im przypomnimy bezczelne słowa -?obruszył się Gromosław.
-?Przygnębienie nic tu nie pomoże, Gromosławie. Randulf dobrze radził
odczekać do nocy, to i zobaczymy, co się wydarzy. Opowiedzcie coś o sobie i pozostałych. Nie miałem dotąd zbyt licznych okazji na pogawędki
z rycerzami Mieszka, a zaciekawiło mnie, jak was w namiocie wychwalał. -
Tuni najwyraźniej próbował odpędzić złe nastroje.
Tym sposobem dla zabicia czasu, oderwania myśli od gwaru przy ogniskach
i dla zaspokojenia ciekawości opata zagłębili się w wynurzeniach.
Rozpoczął Gromosław, sięgając opowieścią w czasy, gdy Polska wspólnie z Niemcami najeżdżała Połabie. Jego ród pochodził spod Poznania. Ojciec
Wodzisław służył jeszcze w przybocznej drużynie Mieszka Pierwszego, ojca
Bolesława, i brał wielokrotnie udział w wyprawach zbrojnych,
kilkakrotnie na Połabie czy przy odbijaniu Śląska i Krakowa z rąk
czeskich. Odznaczył się w zdobywaniu Kopanika w 991 roku. W tym samym
roku zasłonił własnym ciałem słaniającego się ze starości księcia, gdy w trakcie oblężenia Brenny podstępni Lutycy zasypali ich gradem strzał z wysokości wałów. Któryś z pocisków nadszarpnął szyję Mieszka, okrutnie
go raniąc, ale na szczęście nie okazał się zatruty. Reszta strzał
utkwiła w Wodzisławie, głównie w tarczy i grubym skórzanym kaftanie
nabijanym żelaznymi płytkami. Niestety, jedna przebiła mu dłoń dzierżącą
miecz i rozorała ją straszliwie. Gdy w impulsie bólu spiął konia i zakręcił nim, trafił go celnie miotnięty oszczep, który po przebiciu uda
przykuł go do boku oszalałego zwierzęcia. Mieszko nie zapomniał o ofiarnym poświęceniu ciężko rannego drużynnika i jeszcze w trakcie
odwrotu spod Brenny, gdy dotarli do Lubusza, mianował go namiestnikiem
rzeczonego grodu i włodarzem przyległych ziem plemienia Lubuszan.
Zasługi zasługami, ale w samym wywyższeniu Wodzisława dopomógł zbieg
trzech pomyślnych okoliczności. Pierwszą była niedawna śmierć
dotychczasowego pana na Lubuszu, Stępora, notabene dalekiego kuzyna
Mieszka. Stępor nie pozostawił potomków oprócz córki w dorodnym wieku,
imieniem Lubisza. Co okazało się drugą z nadmienionych okoliczności:
zaledwie po jednym dniu i nocy pobytu w grodzie Wodzisław i Lubisza
zakochali się w sobie bezgranicznie. Tym samym przypieczętowali plan
Mieszka. Po ich ślubie Wodzisław objął powierzone mu stanowisko. Już
niebawem z ich właśnie związku na początku 992 roku zrodził się
Gromosław. Ostatnim przyczynkiem sprzyjającym takiemu obrotowi wydarzeń
były zmiany zachodzące od jakiegoś czasu w wewnętrznych strukturach
politycznych monarchii piastowskiej. Za bezpośrednich przodków Mieszka,
od pradziada do ojca, wszystkie stanowiska zarządu grodami, terytoriami
i ziemiami rozdzielane były jedynie i wyłącznie w obrębie licznego
piastowskiego rodu, którego obfitość nie powinna dziwić: pradziad
Mieszka miał dwadzieścia cztery żony lub nałożnice, dziad dwadzieścia
siedem, ojciec dwanaście. Sam Mieszko, zanim przyjął chrzest, współżył z siedmioma pogańskimi kobietami. Rzeczone żony zdobywali sobie jurni
Piastowie, poślubiając księżniczki podbijanych kolejno plemion i córki
władców poszczególnych zdobywanych grodów. Łatwo sobie zatem wyobrazić,
jak w szybkim tempie dynastia obrodziła mrowiem synów, współbraci, wujów
i kuzynów. A ponieważ prawem ustanowionym już przez Siemowita w każdej
generacji wyłącznie jeden jedyny potomek był wyznaczony na dziedziczenie
tronu władczego nad całym państwem, siłą rzeczy pozostałą piastowską
hordę umieszczano na wspomnianych stanowiskach. Przykładem Czcibor, brat
Mieszka, piastujący namiestnictwo nad grodem i ziemiami wokół Cedyni.
Cała ta skutecznie spleciona siatka piastowskich zarządców poczęła się
gwałtownie rwać po 965 roku, z chwilą, gdy Mieszko poślubił pierwszą
chrześcijańską żonę, Dobrawę z Pragi. Nowa małżonka w bezlitosny sposób
wygnała pogańskie konkurentki i przerwała raz na zawsze dotychczasowy
piastowski tryb bujnego rozmnażania się. A po ponad dwudziestu pięciu
latach od tej zmiany szeregi piastowskiego rodu przerzedziły się, i to
znacznie. Naturalna śmierć, a głównie liczne boje zrobiły swoje. I raptem poczęło stopniowo brakować uzupełnienia wywodzącego się z piastowskiej krwi. Oczywiście struktura władzy książęcej, dynastycznej,
nie była tym rozwojem sytuacji naruszona, Bolesław dziedziczył po ojcu,
po nim tron obejmie Mieszko młodszy, zwany Drugim. Ale w strukturach
administracyjnych następowała gwałtowna przemiana. Już Mieszko Pierwszy
w drugim okresie swych rządów, a teraz Bolesław zmuszeni byli do
powierzania naczelnictwa grodów czy namiestnictwa prowincji wybranym
polskim rycerzom lub lojalnym wielmożom.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki