Budziszyn
Słowiańskie plemię Milczan zasiedlało
południowo-wschodni zakątek Połabia, u źródeł Szprewy. Od południa
sąsiadowali z Czechami, od zachodu z Głomaczami, od północy z Łużyczanami, od wschodu z plemionami polskimi. Mową i obyczajami
najbardziej z plemionami czeskimi spokrewnieni. Ich głównym ośrodkiem
grodowym był Budziszyn, rozłożony na skalistym płaskowyżu urozmaiconym
falistymi wzniesieniami. Płaskowyż od zachodu i północy graniczył z wartką wodą Szprewy. Mury miasta schodziły tam bezpośrednio nad brzeg
rzeki. Miasto składało się z obszernego grodu chronionego wysokimi
wałami obronnymi i położonego wewnątrz kompleksu zamkowego otoczonego
własnym murem. Na zewnątrz wałów obronnych, po wschodniej i południowej
stronie, rozciągały się zabudowania kilku podgrodzi. Od niedawna
powstawały także nowe podgrodzia na zachodzie, po drugiej stronie
Szprewy, dla których wybudowano kilka mostów ułatwiających codzienny
ruch.
Na terenie zamkowym dominował wielki kasztel określany przez Milczan
mianem Hród, z wysoką, narożną wieżą zwaną Wieżą Rzeczną, z racji tego,
że wbudowana była w mur obronny wcinający się w tym miejscu w nurt
Szprewy oblewającej wieżę z trzech stron. Na dziedzińcu, naprzeciwko
kasztelu, wznosiła się niewielka, ale pojemna rotunda kościelna pod
wezwaniem Najświętszej Marii Panny.
Podgrodzie pokryte było licznymi ciasno pobudowanymi domami,
poprzecinane krętymi uliczkami wijącymi się w górę i w dół pagórkowatym
terenem. Na najwyższym wzniesieniu podgrodzia, zwanym Górą Pomyłek,
znajdował się targ mięsny i kościół pod wezwaniem świętego Piotra,
wybudowany z inicjatywy miśnieńskiego biskupa Idziego. Za kościołem
rozłożony był kolejny plac targowy, największy w Budziszynie, stąd zwany
Głównym. Place targowe, kościoły i mnogość domostw świadczyły o dobrobycie i zamożności mieszkańców, które brały się bez wątpienia z sąsiedztwa z największym traktem kupieckim ówczesnej Europy, którego
początki sięgają drogi budowanej w starożytnych czasach przez legiony
rzymskie. Trakt ów, zwany przez Rzymian Via Regia, ciągnął się od
Hiszpanii, poprzez królestwa Franków Zachodnich, cesarstwo niemieckie i tutejsze Połabie, dalej przez polskie: Zgorzelec, Wrocław i Kraków aż do
Kijowa u Rusów. Niedaleko na zachód od Budziszyna Via Regia przecinał
inny prastary trakt kupiecki, sięgający od Szczecina do Rzymu, zwany Via
Imperii.
Nie dziwi zatem, skąd brało się bogactwo mieszkańców Budziszyna. Nie
dziwi również, dlaczego sąsiedzi uparcie dążyli do zapanowania nad
ziemią Milczan i Budziszynem. Któż by zrezygnował z kontroli ośrodka
przynoszącego niebagatelne dochody?
Przed kilkoma wiekami Milczanie znosili cierpliwie wędrujące po ich
ziemi rozmaite plemiona germańskie, które kierowane niezrozumiałymi
emocjami i dążeniami przesuwały się raz tu, raz tam, po czym znikały i życie Milczan toczyło się dalej utartym trybem. Znosili czas jakiś
również wojownicze armie Węgrów, przechodzących przez ich ziemie w trakcie licznych najazdów na tereny niemieckie. Ba, zaprzyjaźnili się
nawet z Węgrami, użyczając im gościny. Przed stu laty na Połabie
wkroczył król niemiecki Henryk Ptasznik i wolność Milczan poszła w zapomnienie. Później do podbojowych zapędów Niemców dołączyły najazdy
Czechów i Polaków. Ostatni udzielny władca Milczan panujący na
Budziszynie, Dobromir, nie był nawet rodowitym Milczaninem -?pochodził
ze stodorańskiej dynastii w Brennie. Dobromir, pan szlachetny i czcigodny, jak o nim mawiano, zapewnił sobie spokój, wydając córki za
ościennych władców: Emnildę za polskiego Bolesława, inną za niemieckiego
Guncelina, margrabiego Miśni.
W Budziszynie wszystko się zaczęło, w Budziszynie wszystko się zakończy.
Siedemnaście lat trwającej z przerwami wojny pomiędzy Bolesławem a Henrykiem, pomiędzy władcą Polski a niemieckim władcą cesarstwa.
Działania zbrojne rozpoczął Bolesław, zajmując miasto w 1002 roku. Wojnę
zakończy pokój, którego podpisanie pomiędzy Bolesławem a najwyższymi
rangą przedstawicielami cesarstwa zaplanowano na piątek trzydziestego
stycznia 1018 roku w Budziszynie. Jak zapisał przysłany z Merseburga
mnich, mający dla potrzeb kroniki tamtejszego biskupa Thietmara
zanotować przebieg zawierania układów: In civitas Budusin: Ad initium
belli -?Finis belli. Koniec wojny między Polską i Niemcami. Koniec
wojny zwycięskiej dla Polski.
Budziszyn przygotowywał się na wielkie uroczystości i przyjęcie
wspaniałych gości. Bolesław pojawił się w mieście przed kilkoma dniami
wraz z synami Mieszkiem i Ottonem, półtorarocznym wnukiem Kazimierzem
Karolem oraz elitą świeckich i duchownych możnych państwa. Wśród nich
znajdował się arcybiskup Gniezna Radzim, brat przyrodni świętego
Wojciecha.
Miasto pękało w szwach od przybyłych gości. Wielu przyjezdnych rycerzy
opłaciło kwatery u mieszkańców. Sam Bolesław z rodziną i najważniejsi
znaczeniem możni rozgościli się w zamku. Przedpola miasta usiały liczne
namioty pocztów, giermków i służących. Dodatkowo pod Budziszynem
obozowały niewielkie kontyngenty oddziałów reprezentujących plemiona
Połabia włączone w granice Polski: Łużyczanie, Milczanie, Szprewianie,
południowi Wkrzanie. Nie zabrakło również skromnego oddziału jazdy
sojusznika Polski na Połabiu -?Stodoranii. Bolesław zamierzał ich
wszystkich, razem z oddziałami polskimi, ustawić w paradzie wojskowej
przed wjazdem do miasta -?dla zaimponowania cesarskiej delegacji.
Dwa dni przed terminem podpisywania pokoju, środowego poranka
dwudziestego ósmego stycznia roku Pańskiego 1018, na podgrodziu w Budziszynie wybuchła wielka bijatyka pomiędzy piastowskimi tarczownikami
a miejscowymi wietnikami, czyli wywodzącymi się z połabskich kmieci
wojownikami zawodowymi, rekrutującymi się z podgrodzi i okolicznych
osad. Na szczęście nie sięgnięto po oręż, ale i tak krwi mnóstwo
upłynęło z połamanych nosów i wybitych zębów. Jak do tego doszło?
Bolesław rozdzielił pomiędzy zebrane wojska jeńców wojennych -?ale
jedynie lutyckich wojowników -?których nazbierało się w Budziszynie
przez tyle lat wojny. Każdy, od rycerza do zwykłego tarczownika,
otrzymał jeńca. Wtorkowego wieczora wyszynki i karczmy miasta pękały od
nadmiaru ucztujących. Nie inaczej działo się w największej karczmie
Budziszyna, położonej po zachodniej stronie podgrodzia, którą
przepełniali wymieszanymi nawzajem tarczownicy i wietnicy. Przyśpiewki,
hulanki, świętowanie. Braterstwo między plemionami, Polacy i Połabianie,
nadzwyczaj przyjazna atmosfera.
Przy którejś ławie dwaj młodzieńcy, tarczownik i wietnik, gdy już im na
dobre zamąciło w głowach od trunków, prowokowali się nawzajem
przechwałkami. Poszło o spór, że niby który z lutyckich jeńców, w których posiadanie weszli, lepszy, ten od wietnika, czy ten od
tarczownika. Od słowa do słowa, coraz buńczuczniej się przekomarzając,
postanowili zmierzyć jeńców w pojedynku. Wnet do zakładu dołączyli
kolejni kompani. Postanowiono ostatecznie, że dziesięciu jeńców od
wietników zmierzy się z dziesięcioma jeńcami od tarczowników. Głupota
udzieliła się wszystkim i w całej karczmie zawierano zakłady, kto wygra.
Tym sposobem, pomimo uprzedniego bratania się nawzajem, tarczownicy i wietnicy podzieli się na dwa obozy. O pojedynku na oręż nie było mowy,
chociaż wszyscy porządnie trunkami spojeni, żaden nie poważyłby się
pogwałcić rozporządzenia Bolesława, że podczas uroczystości pokojowych w Budziszynie burdy z bronią w ręku śmiercią będą karane. Postanowili, że
jeńcy będą się ścigać po chodniku za blankami na zwieńczeniu murów
łączących dwie baszty po zachodniej stronie. Szerokim na dziesięć kroków
i długim na ponad sto pięćdziesiąt kroków. Biegać mieli parami,
każdorazowo jeden od wietników i jeden od tarczowników. Chodnik na
zwieńczeniu muru wysoko, stąd mniemano, że jeńcy nie mają możliwości
ucieczki. Zresztą wyjść z baszt strzegli strażnicy.
Prosto z karczmy, przehulawszy całą noc i poranek, udali się wszyscy
tłumnie w kierunku murów. Zebrali się u podnóża, od strony placu
targowego. Szczęście mieli, że w kościele po drugiej stronie placu
rozpoczęło się już nabożeństwo i nikt z możnych, łącznie z Bolesławem,
nie dojrzał ich zamiarów. Jedynie otaczający kościół gwardziści
Bolesława zwani Krwawymi Skrzydłami spozierali na ich krzątaninę, ale
bez większego zainteresowania. Przyprowadzono wybranych jeńców i rozpoczął się pojedynek. Pierwsza para -?wygrał jeniec wietnika. Druga
para -?ponowna wygrana wietnikowego jeńca. To samo w trzeciej, czwartej,
piątej i szóstej parze. Wtedy mocno niezadowoleni tarczownicy nabrali
nieokreślonych podejrzeń. Doszło do pierwszych sprzeczek. Któryś z basztowych strażników, zanosząc się śmiechem, zakrzyknął, że tarczownicy
dali się nabrać jak stare, ślepe osły, bo im wietnicy do ścigania
Biegaczy wystawili.
Od słowa do słowa, usłużni strażnicy wyjaśnili tarczownikom, kim są
Biegacze. Biegacz to specjalność niektórych plemion Połabia. Zostać
Biegaczem to marzenie wielu młodzieńców, ale niewielu przechodzi z powodzeniem okres szkolenia. Gdy już któryś spełni wszystkie próby,
zostaje Biegaczem. Wtedy zajmuje szczególne, znaczące stanowisko w obrębie osady, grodu, plemienia. Na obszarach środkowego Połabia, tam,
gdzie bagienne lasy Szprewy, gęste puszcze Wkrzanów, Redarów, Tolężan,
Morzyczan, topieliska nad Odrą -?tam nie ma gońców czy posłańców na
koniach, są za to Biegacze. Tamtędy nie przedrze się żaden jeździec, w przeciwieństwie do Biegacza. Ten bardzo szybko dotrze do punktu
docelowego, pokona wszystkie przeszkody terenu. Ominie zasieki,
przeciśnie się przez leśne gęstwiny, po tajemnych groblach przebędzie
bagna i trzęsawiska, przepłynie rzeki i jeziora. Cały czas w biegu. W czasach pokoju Biegacze utrzymują łączność między osadami, w czasie
wojennym roznoszą meldunki między oddziałami.
Milczanie w Budziszynie służący w oddziałach wietników, jako rodowici
Połabianie, wiedzieli doskonale, kim są Biegacze, a polscy tarczownicy
nie mieli o tym żadnego po jęcia. Poczuli się oszukani. W zmieszanym
tłumie zebranych tarczowników i wietników wybuchły pierwsze przepychanki
i wyzwiska. W międzyczasie pobiegły ostatnie pary, do dziesiątej.
Wygrali oczywiście Biegacze. Tarczownicy zarzucili wietnikom oszustwo,
tu i ówdzie dochodziło do wzajemnej szarpaniny. Wtedy stało się
najgorsze. Zgromadzeni na murze przy baszcie jeńcy biorący udział w wyścigu wykorzystali powstały zamęt i nieuwagę strażników i powyskakiwali przez otwory między blankami na drugą stronę muru, na
zewnątrz miasta. Lutycy zauważyli, że na zewnątrz do podnóża murów
przylegają zbite w długi szereg chałupy pokryte grubą warstwą słomianych
dachów, więc zaryzykowali skoki na miękką słomę. Strażnicy podnieśli
alarm. Tymczasem okazało się, że chaty pod murem skrywały domy
nierządnic. Lutycy spadli na dachy, lądując na słomie i wpadając do
środka. Z chat wyskoczyły gołe dziewuchy i chłopy, wrzeszcząc z przestrachu. Między rozbieganą grupą gołych nierządnic i ich klientów
Lutycy przedzierali się w kierunku rzeki, po czym wskoczyli do wody,
przepłynęli na drugą stronę Szprawy i umknęli z szybkością chyżych
jeleni w stronę lasów.
Niektórzy wietnicy i tarczownicy zaprzestali chwilowo szarpania się
nawzajem i rzucili się do bramy, by wyłapać uciekinierów. Wszystko na
nic. Kłótnia na placu przemieniła się w masową bójkę, tarczowników
ogarnął szał i rzucili się gromadnie na wietników. Postawiony w stan
alarmu garnizon grodu trudził się z przywracaniem porządku, z mozołem
rozszczepiając skłębione w zacietrzewieniu ciała. Na którejś z baszt
wbudowanych w okalające Budziszyn mury puściły strażnikom nerwy.
Uwiesili się wszyscy na sznurze ostrzegawczego dzwonu, wprawiając go w oszalałe trzepotanie.
Wrzawa, harmider i przeraźliwe bicie basztowego dzwonu dotarły do
pobliskiego kościoła stojącego na wzniesieniu we wschodnim rogu
rozległego placu targowego podgrodzia i wypełnionego po ostatni zakątek
uczestnikami mszy. Wśród nich książę Bolesław z rodziną, świecka i duchowna elita państwa, przedstawiciele ważnych rodów, najmożniejsi
wasale, kilku gości z zagranicy. Natychmiast przerwano poranne
nabożeństwo, drzwi kościoła rozwarły się gwałtownie, wypuszczając na
zewnątrz zdezorientowany tłum wiernych. To nie żarty! W kościele wszyscy
bezbronni, prawo nakazywało broń przed kościołem składować. A tu na
alarm biją, zdradziecki najazd, zamach na władcę! Jak najszybciej za
miecze chwytać! Gdzieś ktoś zakrzyknął, że pokój zerwany, cesarz na
czele potężnej armii pod miasto podchodzi. Podobno widziano też
nieprzeliczone zastępy Lutyków z powiewającymi pogańskimi sztandarami.
Zauważono również czeską jazdę...
Krwawe Skrzydła, osławiona gwardia Bolesława będąca niejako elitarną
drużyną księcia, otoczyli wysypujących się z kościoła ludzi szczelnym,
głębokim na trzy szeregi ochronnym kordonem sczepionych tarcz i obnażonych mieczy.
-?Na placu wielka bijatyka -?meldował Bolesławowi nadbiegły gwardzista,
łapiąc haustami powietrze. -?Rzucili się na siebie niczym opętane złym
miodem niedźwiedzie, zwykłe woje, połabskie i nasze. Wojownicy
garnizonowi usiłują opanować sytuację.
Jednak nic nie wskazywało na rychłe zakończenie bójki, pomimo ofiarnego
trudu garnizonowej straży. Na szczęście wśród zebranych pod kościołem
opadła początkowa panika. Żaden najazd, żadna zdrada. Tu i ówdzie
pobrzmiewały już pierwsze żartobliwe przycinki.
W bezpośrednim otoczeniu władcy Polski panowało poważne milczenie. Nikt
nie śmiał pofolgować odprężeniu. Czekali na reakcję Bolesława, chociaż
niektórym pobłyskiwały w oczach ogniki wesołości. Już z samego rana
mieli sporo uciechy po nieudanym polowaniu władcy.
Bolesław tymczasem objął ramionami stojących po jego bokach synów,
Mieszka i Ottona.
-?Pojutrze zjedzie cesarska delegacja -?wyrzekł, obserwując nadal w skupieniu rozgardiasz na placu. -?Najznamienitsi niemieccy możnowładcy,
arcybiskupi i książęta, palatyni i margrabiowie, nie wspominając już
pomniejszych w znaczeniu. I jak myślicie... -?przerwał i spojrzał kolejno
na Mieszka i Ottona, po czym zwiększając siłę głosu, kontynuował: -?...co
oni sobie pomyślą o waszym ojcu, gdy się o tym dowiedzą? Pomyślą:
Bolesław, wielki władca Słowian, Połabia mu się zachciewa, a zwykły
połabski lud wojenny łby polskim tarczownikom rozbija. W czasie pokoju?
A może ten Bolesław niezdolny do władania Połabiem? -?Rozejrzał się
wokół po zebranych. Głos jego zabrzmiał tubalnie. -?Jak mnie zwiecie?
Chrobry? Wielki? Wspaniały? To kim ja jestem dla tych warchołów tam? -
Wskazał prawicą w stronę bijatyki.
Na te słowa nikt nie ważył się odezwać. Zdrętwieli w oczekiwaniu. Boże
najłaskawszy, spraw, przeleciało przez głowę opatowi Tuniemu, żeby on
rzezi na tych prostych wojownikach nie nakazał.
-?Są zabici? -?spytał gwardzistę Bolesław, przerywając ciszę.
-?Nie ma, za broń nie chwycili, ale wielu poharatanych na ciele, medyków
w Budziszynie zabraknie...
-?Dość. -?Przerwał mu książę, po czym wydał rozkaz dowódcy Krwawych
Skrzydeł: -?Mają natychmiast przywrócić porządek, wyłuskać sprawców i przyprowadzić ich przed jego oblicze.
-?Zostajemy tutaj? -?wtrącił Stoigniew. -?Co rozkazujecie, książę?
-?Moja gwardia rozprawi się szybko z tumultem, palatynie -?odparł
Bolesław. -?Pytasz znienacka, jakbyś ich nie znał. Przecież
niejednokrotnie do boju ich prowadziłeś.
-?Pytam, bo przecież pojutrze delegacja cesarska zjedzie...
-?Na przyjęcie delegacji wszystko przygotowane -?odrzekł Bolesław.
Wskazując ręką na zajęte bijatyką tłumy, ciągnął: -?A ci tam, mieli
szpaler długi na dwie mile wzdłuż drogi na przedpolach Budziszyna
ustawić. Dla przywitania cesarskich gości. Połabianie po lewej stronie,
tarczownicy po prawej. Odświętnie w wypolerowane zbroje przywdziani,
tarcze świeżą farbą pokryte. I co teraz? Posiniaczeni i pokrwawieni mają
stawać? Gęby im miodem ciemnym smarować i mąką przysypać? A może
tarczami twarze zasłaniać? Nie dość im wczorajszych krotochwil z malowaniem tarcz? Teraz jeszcze to. -?Bolesław uśmiechnął się, po raz
pierwszy od momentu opuszczenia kościoła. -?Znieść tutaj stoły i ławy,
popatrzymy na moich gwardzistów. I przesłuchamy prowodyrów zajścia.
Wywarów grzanych przynieść, ta zima dziwna ponad miarę, niby koniec
stycznia, a śniegu brak i wody nie przymarzły, niby słońce przygrzewa,
ale ziąb po kościach się rozchodzi.
Weterani Krwawych Skrzydeł ruszyli spełnić rozkaz. Przeklinali między
sobą siarczyście, że ledwo wojna się skończyła, to teraz przyjdzie im
pospólstwo nadzorować. Tymczasem Bolesław wraz z otoczeniem rozsiedli
się na zestawionych naprędce ławach, przyglądając się z zainteresowaniem
rozgrywanym na placu scenom. Interwencja Krwawych Skrzydeł nie potrwała
długo. Niebawem rozpędzono skłębione w bijatyce gromady. Przed oblicze
Bolesława przyprowadzono dwóch winnych całego zamieszania. Tak
przynajmniej twierdzili gwardziści.
Dwóch młodzieńców. Zwykły połabski wojownik z budziszyńskiego
podgrodzia, wietnik, i szeregowy polski tarczownik. Obaj mocno
posiniaczeni na twarzach. Polak ze zwisającą na brodzie płachtą
naderwanej wargi, Połabianin z prawym okiem całkowicie skrytym za
napuchniętym nabrzmieniem.
Medyk nałożył im opatrunki.
-?Możesz mówić? -?zapytał Polaka Bolesław.
-?Mo... hę, panie, władco potężny i chrobry. Ale rana piecze okrutnie i przeszkadza -?dodał, wskazując ręką opatrunek owinięty wokół brody i szyi.
-?Skąd jesteś?
-?On spod Krakowa, książę -?wtrącił siedzący wśród zebranych gości
Przemir. -?To jeden z moich tarczowników.
-?A ty? -?Bolesław skierował pytanie do Połabianina.
-?Ja tutejszy, Milczanin. W Budziszynie urodzony.
-?On mnie okrutnie oszukał. -?Tarczownik wskazał z wyrzutem na wietnika.
-?Nie oszukałem, tylko przechytrzyłem -?odparł wietnik.
Bolesław splótł ręce na piersiach:
-?Teraz opowiedzcie nam, jakie szaleństwo wam rozum odebrało. Jak przed
księdzem na spowiedzi albo przed katem na torturach, wybierajcie sami.
Po kolei i prawdę.
* * *
Jak ten czas szybko minął od zakończenia ich wspólnych przygód. Cztery
miesiące upłynęły od zakończenia oblężenia Niemczy i niemal dwuletnich
przygód w pogoni za włócznią świętego Maurycego. Raz spotkali się na
krótko znowu wszyscy razem w Lubuszu w październiku tamtego roku z okazji ślubu Gromosława z Matyldą. Kilkakrotnie za to odwiedził go
Bernard, mający niedaleko z Dobrego Ługu. Za każdym razem wpadał na
krótkie, dwudniowe odwiedziny. Z każdą kolejną wizytą Gromosław nabierał
podejrzeń -?czy aby Bernard nie zakochał się w jego siostrze,
Zwodzisławie? Niby odwiedziny u przyjaciela, ale coraz więcej czasu
Bernard i Zwodzisława spędzali we dwoje na konnych przejażdżkach. No
cóż, Zwodzisławie idzie osiemnasty rok, dziewczyna piękna i mądra.
Wiadomo, teraz się zacznie z wielbicielami -?tak przewidywał... Zaczęło
się jednak prędzej niż się tego spodziewał.
Niebawem w Lubuszu pojawił się Wszędobór z Wrocławia, stary druh
Gromosława z czasów, gdy wspólnie walczyli w drużynie Mieszka. Z przyjacielskimi odwiedzinami. Mimo że z Wrocławia do Lubusza porządny
kawał drogi, Wszędobór odwiedzał go jeszcze dwa razy. Gromosław nabrał
podejrzeń, że Wszędobór też zakochał się w Zwodzisławie. Będą z tego
jeszcze niemałe kłopoty, myślał Gromosław, Bernard i Wszędobór
jednocześnie w zaloty do Zwodzisławy... Będą kłopoty... Siostra wyjawiła mu
niedawno, że miłuje Bernarda...
Los ponownie złączył całą kompanię w Budziszynie. Przygotowania do
wielkich uroczystości trwały, Bolesław zawierał pokój z Henrykiem.
Gromosław wyszedł na werandę, oparł ręce na balustradzie i ziewnął
szeroko. Tak dobrze mu się spało, głęboko, nareszcie bez ciągłego
zrywania się do płaczących dzieci... a tu nagle jakieś krzyki, harmider...
Budziszyn... wynajęte domostwo na wzniesieniu podgrodzia. Pojutrze
przecież wielki dzień, książę układy pokojowe z cesarstwem zawiera...
koniec wojny. Patrząc zmrużonymi od zaspania i oślepiającego zimowego
słońca oczyma, próbował wrócić do rzeczywistości. Głowę opuszczały już
senne majaki, a do świadomości przebijały się coraz bardziej trzeźwe
myśli. Zaraz, to przecież już pojutrze, układy pokojowe... Dzień w pełni,
a on w pieleszach jeszcze! Gdzie są jego przyjaciele? Co to za
zamieszanie tam w dole na placu podgrodzia?
Przed kościołem służba zajęta uprzątaniem terenu zabierała ławy i stoły.
Po co je tam wystawiono? Wśród zgromadzonych przed kościołem Gromosław
dojrzał Bolesława z rodziną, doradców, duchownych, rozpoznał kilku
możnych, Stoigniewa i Przyboja. Kierowali się w stronę zamku. W przeciwległym końcu placu kręcili się drużynnicy Bolesława zmieszani z gromadami prostych wojowników. Teren sprawiał wrażenie pobojowiska. To
pewnie stamtąd doleciały te hałasy, ze snu go wyrywając. Wzrok, oswojony
już z jasnością dnia, odzyskiwał ostrość spojrzenia.
Lustrując teren, Gromosław dojrzał swych przyjaciół. Nadchodzili od
strony kościoła. Bez wątpienia to oni, ich wyglądu i sylwetek niepodobna
pomylić z kimkolwiek innym. Z tej odległości i z wysokości domu na
wzniesieniu wyglądali jak skrzaty z połabskich opowieści, no, Czambor
nieco większy skrzat. Gdańszczanin niemal o głowę przewyższający
pozostałych, Bernard z charakterystyczną dlań brodą, Randulf w eleganckich szatach, Wojomir w czapie obszytej bobrowym futrem... Trzech
pozostałych osób idących z nimi nie potrafił początkowo rozpoznać.
Pewnie to nasi druhowie z czasów, gdy wspólnie wojowaliśmy w drużynie
Mieszka, zastanawiał się, może Przemir i Rościmir? Ah, ten nieco
mniejszy od Czambora to przecież jego najmłodszy brat, Gniewosz.
Podążająca pnącą się w górę wzniesienia uliczką grupa dojrzała go
również. Poczęli wskazywać nań rękoma, z rozbawieniem o czymś
dyskutując. Do Gromosława do leciały salwy śmiechów. Znowu żarty sobie
ze mnie stroją, pomyślał z rezygnacją. Od kilku dni, od czasu jak
wspólnie zjechali do Budziszyna, nieustannie wystawiony był na docinki
przyjaciół. Że przesypia każdy dzień, wylegując się w łożu do południa.
Tłumaczył im, każdemu z osobna, że od narodzenia dzieci, czyli od dwóch
miesięcy, po raz pierwszy może się nareszcie wyspać. Dotarło do nich?
Gdzie tam. Jeszcze bardziej się podśmiewali. Tacy przyjaciele. Bo żona
Gromosława, Matylda, niecały miesiąc po ich ślubie, urodziła na początku
grudnia tamtego roku bliźniaczki. Chłopca i dziewczynkę, którym nadali
imiona Budzisław (po dziadku Gromosława) i Stodomira (po babce Matyldy).
Wtedy Matylda zaczęła wprowadzać własne porządki, wprawiając Gromosława
w nieme osłupienie. Między innymi nakazała cieślom wybić w ścianie
przejście do niewielkiej komnaty przylegającej do ich sypialni i tam
ustawiła kołyski, orzekając mu:
-?Za dnia niemowlęta przeważnie pod moją opieką, bo przecież ty za
wielkimi i ważnymi sprawami po Lubuszu i okolicy się uganiasz, to nocą
mnie wyręczysz.
Zszokowany Gromosław próbował oponować:
-?Przecież to nie w zwyczaju, przecież od tego są niańki... Ty też możesz
za dnia niańkami się wyręczyć...
-?Dzieci są nasze, a nie nianiek. -?Przerwała mu zdecydowanie Matylda. -
Twoim zadaniem dopilnować w nocy, gdyby sen miały niespokojny albo
czegoś potrzebowały.
Dłużej dyskutować było niepodobna. Od tej pory Gromosław przemienił się
w nocnego opiekuna. Sławetny Gromosław, bohater wielu bitew,
nieustraszony wojownik, o którego czynach opowiadano w Polsce, Danii,
Czechach, cesarstwie i na Połabiu. A że niemowlęta za nic nocą nie
chciały spać spokojnie, ba, praktycznie jakby się uparły, żeby nie spać
w ogóle, więc i Gromosław zapomniał, co znaczy spocząć snem zasłużonym
po dziennych trudach. Na każdy odgłos kwilenia, płaczu, zrywał się z łoża, odrywając od ukochanej Matyldy i biegł do komnaty obok sypialni.
Niekiedy przytulona do niego Matylda, niby zatopiona w słodkim śnie,
mamrotała za nim:
-?Kochanie, nasze niemowlaczki...
Też nie spała. Kiedyś ją o to zapytał, ważąc się ostrożnie na wyrzut. Że
tak naprawdę to oni oboje nie śpią. Nie odpowiedziała, ale pewnego razu,
gdy pośrodku nocy siedział w komnacie niemowląt, trzymając je na obu
rękach i usiłując lekkim kołysaniem uspokoić, Matylda przyszła za nim.
Usiadła obok, przytuliła się do niego czule. Gładząc go pieszczotliwie
po ramieniu, szeptała:
-?Zobacz, jakie niewiniątka, jak się pewnie i bezpiecznie czują w twoich
mocarnych ramionach...
-?Zasnęły właśnie -?odrzekł Gromosław wymęczonym szeptem przepełnionym
rezygnacją. -?Te nasze niewiniątka...
Matylda pocałowała go w policzek.
-?Gromo, mój najukochańszy -?szeptała dalej. -?Twoje wielkie dłonie ilu
wojownikom życie odebrały? Ile razy miecz wznosiłeś do śmiertelnego
uderzenia? A tu, popatrz, te dłonie mogą i powinny również opiekę i ochronę zapewnić... Naszym dzieciom, twoim dzieciom... One czują twoją
bliskość, nasiąkają tobą, właśnie teraz, od początku, mimo że jeszcze
nierozumne, cieszą się twoją miłością...
O tych szczegółach, rzecz jasna, nie opowiadał przyjaciołom. Jedynie, że
po nocach niańczy dzieci. A oni sobie używali na nim. Ledwo zaczęli się
schodzić do izby, Randulf orzekł fachowo:
-?Gromo ma podkrążone oczy. Naokoło czerwone obwódki, lekko nabrzmiałe.
-?Czerwone i nabrzmiałe? -?Bernard podszedł do Gromosława, lustrując go
uważnie. -?To u dziewczyn normalne, gdy sobie popłaczą...
-?Przecież Gromo to mąż dorosły. -?Czambor przysiadł do długiego stołu
zastawionego zimnymi przekąskami. -?Może to od niewyspania?
-?Ależ oczywiście, że od niewyspania -?zawyrokował Wojomir. -?Spanie do
południa to o wiele za mało jak na komesowego syna.
Gromosław siedział u szczytu stołu, nie reagując na docinki. Na twarzy
przybrał wyraz rezygnacji. Do izby weszli Przemir, Rościmir i Gniewosz.
Przywitali się, zasiedli do stołu i przysłuchiwali się milcząco.
-?Ale tu nie ma dzieci, Gromo przecież może spokojnie się wyspać -
kontynuował Bernard.
-?Akurat ty znasz się na dzieciach -?pokpiwał Czambor.
-?A już szczególnie ty znasz się na dzieciach -?odgryzł się Saksończyk.
-?Odczep się od Czambora. -?Randulf włączył się do dyskusji.
-?Od kiedy ty za Czambora mówisz? -?odparł Randulfowi Bernard.
-?Mówiłem, że połabskie księżniczki szczególnej krwi są... -?oświadczył
zadziornie Wojomir.
-?Czambor ma małą siostrzenicę... -?kontynuował Randulf w kierunku
Bernarda.
-?Którą raz w życiu widział -?odpowiedział mu Bernard.
-?Wiedziałem, że Matylda pokaże, jak zadziorne są Połabianki... -?Wojomir
nie dawał za wygraną.
-?Co z tego, że tylko raz widziałem? -?Obruszył się na zaczepki Bernarda
Czambor. -?Na ręku ją trzymałem, to znam się na małych dzieciach, a ty?
-?zwrócił się do Wojomira. -?Nie wyjeżdżaj na nowo z tym twoim Połabiem.
Matylda sama twierdzi, że żadna z niej księżniczka...
-?No właśnie, coś ty Czambor, z Randulfem krew naciętą wymieniłeś? -
Wojomir zmienił temat. -?Jacyś tacy z was przyjaciele serdeczni nagle
się zrobili... od czasu jak Randulf w Gdańsku gości.
-?Randulf uczy Czambora sztuki pisania i czytania... -?oznajmił mu
Bernard.
-?Co w tym złego, Bolesław i Mieszko nieraz napominają, byśmy się uczyli
-?wyjaśniał Czambor. -?Arcybiskup Radzim wczoraj na mszy też grzmiał na
cały kościół, żeśmy wszyscy warchoły, tylko za bójkami, srebrem i uciechami się uganiamy, zamiast naukami pożytecznymi się zająć...
-?I co? Potrafisz już własne imię napisać? -?W głosie Bernarda
pobrzmiewała ironia.
-?A żebyś wiedział, że potrafi -?odpowiedział za Czambora Randulf.
-?Przestańcie! -?Wtrącił się Gromosław. -?Spójrzcie na Przemira,
Rościmira i Gniewosza, siedzą, niczym ogłupiali, jakby między pierdzące
na łące barany wdepnęli.
-?Co nam do waszych przekomarzań -?rzekł Przemir. -?My się nie mieszamy,
wy przecież słynna drużyna... znamienita drużyna, ulubieńcy księcia...
-?Czambor wielki wojownik, bo wcześniej z domu w świat poszedł -
zauważył z przekąsem Gniewosz.
-?Ty na brata?... Śledziu bez... -?naskoczył na Gniewosza Czambor.
-?Dalej! Bierzcie się za czuby! Bracia gdańszczanie! -?Wojomir
przyklasnął zamaszyście, nie kryjąc zadowolenia.
Gromosław śmiał się w duchu, ważne, że odczepili się od niego. Głośno
zapytał:
-?Co tam się dzisiaj działo na placu targowym? Może mi w końcu
opowiecie?
Opowiedzieli. Jeden przez drugiego, nawzajem sobie przerywając. O wspólnej biesiadzie wietników i tarczowników, o zakładzie na wyścigi
między jeńcami, o Biegaczach, o rozpętanej bijatyce, jej zakończeniu i o reakcji Bolesława.
-?Każdy z nas otrzymał jednego jeńca? Ja też? -?spytał Gromosław po
wysłuchaniu relacji przyjaciół. -?Muszę sprawdzić czy mój nie jest
Biegaczem, zanim go odeślę do Lubusza. A ty? -?zapytał Wojomira. -?Co
żeś zrobił ze swoim?
-?No też odesłałem. -?Wojomir wzruszył ramionami. -?Przyda się na
wkrzańskim grodzie, który mi Bolesław pod zarząd powierzył.
-?Ja swojego na razie przytrzymałem -?oświadczył Czambor.
-?Ja odmówiłem -?rzekł Randulf. -?Na co mi jakiś lutycki wojownik?
-?Budziszanie i tak pognają swoich jeńców do Pragi na sprzedaż -
zauważył Wojomir.
-?Nie sprzedaje się jeńców na targach niewolników -?odpowiedział mu
Czambor. -?U nas obowiązuje surowy zakaz tych praktyk, wydany jeszcze za
Mieszka, ojca Bolesława, ponieważ niezgodne to z nakazami Bożymi i nauką
Kościoła. Jeńców wojennych się wymienia lub osiedla w dalekich rejonach
kraju.
-?Jednak u Czechów w Pradze -?zaprzeczył Czamborowi Przemir -?niektórzy
możni nadal sprzedają ludzi na targach niewolników. Wiem, bo z Krakowa
mam niedaleko do Pragi i często tam gościłem.
-?Czy ten zakaz sprzedawania nie dotyczy wyłącznie chrześcijan? -
wtrącił zjadliwym tonem Wojomir.
-?To też -?potwierdził mu Przemir. -?Tyle że na targach w Pradze
tamtejsi możni sprzedają wszystkich ludzi, bez względu na wiarę. Nawet
swoich poddanych, gdy im srebra zabraknie.
-?I dlatego święty Wojciech -?zaperzył się Czambor -?patron naszego
kraju, co mnie do chrztu wodą obmywał, musiał opuścić Pragę, mimo że był
tam biskupem. Bo praktyki niegodne czeskich możnych zwalczał!
-?W grodach obodryckich, pomimo że oni też kościoły i klasztory
pobudowali, nadal sprzedaje się jeńców -?dodał Wojomir. -?Na Rugii
zresztą też, przecież byliśmy tam, to sami widzieliście.
-?Wracając jeszcze do dzisiejszej bójki. -?Gromosław usiłował zmienić
temat. -?Ukarano sprawców przykładnie?
-?Gdzieee tam. Bolesław po wysłuchaniu historii z Biegaczami nie mógł
powstrzymać rozbawienia, śmiał się jedynie, a wraz z nim my wszyscy
wokół zebrani -?odparł Randulf.
-?Czyli nikogo nie ukarał? -?dopytywał Gromosław.
-?Tarczownikom wytknął, że sami sobie winni, bo dali się przechytrzyć. A wietników pochwalił. Za przebiegłość, ma się rozumieć, nie za burdę i rozbite łby. Dobry nastrój władcy udzielił się pozostałym. -?Randulf
odsapnął głęboko. -?Aleśmy się naśmiali.
-?Taka wielka miłość i przyjaźń między Milczanami a Polakami -?podjął na
nowo zgryźliwym tonem Wojomir. -?Wzruszające całonocne bratanie się, tak
paskudnie w bijatykę przemienione...
-?Nudzisz, Wojomirze, nieustannym narzekaniem. -?Przerwał mu zaczepnie
Czambor.
-?Mówię, co widzę.
-?Żale i zgorzknienie widzenie ci przesłania -?zawyrokował Czambor.
-?Doświadczenie życiowe -?odrzekł Wojomir. -?Połabie to nie Polska.
-?Ale będzie polskie! -?zawołał gorliwie Czambor. -?Łużyce i Milsko już
należą do Polski.
-?Co tam. -?Wojomir machnął ręką. -?Milczanie znosili już Czechów,
Węgrów, Niemców, to i do was przywykną.
-?Co znaczy "przywykną"? -?Zaperzał się Czambor. -?Sam widziałeś, jak
radośnie witali nasze wojska, tu, w Budziszynie, i na Łużycach, w Chociebużu też.
-?Ślepi jesteście... witają Bolesława, a nie Polaków -?odparł Wojomir. -
Dla nas, Połabian, wasz Bolesław jest bohaterem, wyśpiewanym w pieśniach, wysławianym w opowieściach... niczym legendarny słowiański
król, co z grobu z mieczem powstał, by wolność i świetność utraconą nam
przywrócić... Ach, co wy tam wiecie...
-?Uważasz, że my, Polacy, nie kochamy Bolesława? -?spytał Czambor.
-?Na Pomorzu też tak Polaków kochają, tak jak tutaj na Połabiu? -
odpowiedział pytaniem Wojomir. -?No, pytam o twoje Pomorze, Gdańskie, bo
o Pomorzu w ujściach Odry to wolę nie napomykać...
-?Pomorze to Polska -?odparł dumnie Czambor.
-?Pomorze to Pomorze -?rzucił buńczucznie Gniewosz.
Czambor spojrzał na brata z twarzą zachodzącą czerwienią złości.
Randulf przytrzymał siłą za ramiona zrywającego się do powstania
Czambora, mówiąc:
-?Książę wpadł w dobry nastrój, bo wydarzenie z Biegaczami przyćmiło
niepomyślny przebieg porannego polowania.
-?To jeszcze coś się wydarzyło dzisiaj? -?spytał skonfundowany
Gromosław.
-?Gromo, najważniejsze przesypiasz. -?Randulf się roześmiał.
-?Bolesław postanowił wczesnym świtem -?rozpoczął opowieść Bernard,
powstrzymując gestem otwierającego już usta Rościmira -?jeszcze przed
poranną mszą, udać się na polowanie.
-?Chciał na niedźwiedzia -?wtrącił Czambor. -?Ale Milczanie orzekli
łowczemu, że przed kilkoma dniami, jak tylko Bolesław zawitał do
Budziszyna, wszystkie niedźwiedzie z okolicy uciekły gromadnie do Czech,
w tamtejsze zalesione wzgórza.
-?Mądre niedźwiedzie -?oświadczył Bernard.
-?Wojomir dodałby, że mądre, bo połabskie -?rzucił zgryźliwie Czambor.
-?Więc Bolesław zdecydował się na żubra -?kontynuował opowieść Bernard.
-?Tropiciele wykryli stado chadzające po dużych łąkach między lasami.
Zimową porą żubry odważniej wychodzą na odkryte pola, bo w lasach ciężko
o pokarm.
-?A na żubra, jak zresztą sam wiesz, jest tylko jeden sposób -?ciągnął
Czambor. -?Podczołgać się jak najbliżej i stanąć naprzeciw do boju
uzbrojonym jedynie w oszczepy, topór i nóż. Myśliwemu na polowaniu
łowieckim nie przystoi inaczej, każdy inny sposób sławy nie przyniesie,
a żubrowi odbierze majestat. No i żubr musi być samcem, najlepiej
największym w stadzie. Chyba że poluje się dla mięsa, wtedy co innego.
-?Stado wykryto, w nim zauważono wielkiego byka -?podjął Bernard. -?I Bolesław poszedł z wybraną drużyną na polowanie. Ale wynikł problem.
Książę nie jest w stanie się czołgać. Sami widzicie, jak wygląda.
Wielki, zwalisty mąż, większy chyba od niedźwiedzia, to może dlatego te
tutejsze ze strachu pouciekały. Przekroczył już pięćdziesiątkę,
pogrubiały w brzuchu, koń się pod nim ugina. No siłę i wigor to on nadal
posiada, ale sapie potężnie, gdy się wysili, a co tu dopiero wymagać, by
się czołgał. Jak tu podejść zabójczego byka? Miejscowi pomocnicy wpadli
na pomysł. Sklecono z chaszczy, chrustu, traw i siana wielkie, większe
od człowieka kuliste kłęby. Wielkie i gęste, ale lekkie w wadze.
Sczepiono razem w koło kilka kłębów, pośrodku Bolesław z dwoma
drużynnikami i kilkoma pomocnikami. Kłęby polano jeszcze smrodami z naniesionej wiadrami gnojówki, żeby ludzki zapach nie dotarł do nozdrzy
żubrów, i ruszono powoli w stronę pasącego się stada, pchając przed sobą
tę masę kłębów. W odpowiedniej chwili Bolesław miał wyskoczyć spoza
zasłony i zmierzyć się z bykiem. Zanim zbliżyli się do ofiary, od stada
oddzieliła się żubrzyca, widocznie brzemienna. Przystanęła zaciekawiona
przy kłębach, poskubała nieco trawy, poczęła węszyć smród, odwróciła
się, wepchnęła dupsko w gąszcz i zaczęła srać. Strumieniem, prosto na
ukrytych za kłębami Bolesława i jego ludzi. Na tym zakończyło się
polowanie. Bolesław nakazał szybki odwrót, kąpieli przed mszą zażyć...
Bernard już nie dokończył, gdyż izbą targnęły salwy śmiechu.
Postanowili, że teraz każdy na resztę dnia uda się do własnych zajęć, a przed wieczorem zejdą się w wynajętym na nocleg domostwie i po wieczerzy
pójdą wcześniej niż zwykle spać. Pojutrze wielki dzień, lepiej porządnie
wypocząć.
Wyszli wszyscy na zewnątrz, gromadząc się przy balustradzie tarasu.
Piękny widok na miasto roztaczał się z wysokości wzgórza. Wzniesienia
poryte krętymi uliczkami, pokryte ciasno pobudowanymi domostwami, place,
kościoły, w oddali mury zamku. Po południowej stronie podgrodzia
wydzielone kwatery z warsztatami wszelakiego rzemiosła. Na placach
stragany z mnóstwem krzątających się ludzi. Randulf, Czambor, Bernard,
Wojomir i Gniewosz, opierając się o balustradę, żywo coś sobie nawzajem
objaśniali, wskazując rękoma na szczegóły miasta. Nieco na uboczu stali
Przemir i Rościmir zagłębieni w ożywionej rozmowie. Gromosław podszedł
do Wojomira, dając mu znak, by odszedł z nim na drugi koniec tarasu. Gdy
znaleźli się sami, Gromosław zapytał:
-?Druhu serdeczny, co słychać u twoich dzieciaków, u Bożejki i Srogosza?
Stary wojak nie chciał razem z tobą przybyć do Budziszyna?
-?Srogosz? Gdzie tam. On już w rozleniwienie wpada. Oręż na dobre
odłożył, całą uwagę wnukom poświęca albo swoim obrazkom.
-?Dalej rysuje zapamiętale?
-?Oczywiście. Już mu zbrojnego przydałem, by na jego bezpieczeństwo
zważał. Teść się starzeje, kilka razy polazł samotnie w lasy w poszukiwaniu odpowiedniej kory na malunki. -?Podkreślił nie bez
złośliwości koniec zdania Wojomir. -?Strachu się wszyscy najedliśmy w poszukiwaniu za nim.
-?Ale szczęśliwy jesteś? Układa ci się życie we wkrzańskim grodzie?
-?Jak najbardziej! Bożejkę i dzieci kocham ponad wszystko. Dlaczego
podpytujesz?
-?Bo dzisiaj przyganiałeś Czamborowi o Połabiu i Polsce, i w ogóle... jak
za starych czasów, gdy wspólnie ganialiśmy za włócznią.
Wojomir objął Gromosława lewą ręką za ramiona i lekko potrząsnął nim,
mówiąc:
-?Gromo, to z przyzwyczajenia. Przecież tylko marudzę. Czambor
przyjacielem mi najdroższym, tak jak ty, Bernard i Randulf. W ogień bym
za wami wskoczył, bo wiem, że wy za mną też. -?Roześmiał się lekko. -?A Bolesława miłuję na równi z wami. Dobrze, że tu teraz Polska. Mam tylko
nadzieję, że tak już pozostanie.
-?Idziesz razem z nami do zbrojmistrzów? -?zapytał Gromosław. -?Musimy
przecież na pojutrze się wypucować.
-?Czemu nie, słyszałem, że tutejsi fachowcy od wyrobu łuków mają kilka
węgierskich egzemplarzy, chętnie się przyjrzę tym cudom. Muszę tylko
najpierw zajść jeszcze do szewców.
-?Spotkajmy się u zbrojmistrzów -?zgodził się Gromosław.
Gromada, nacieszywszy się widokami i świeżym powietrzem, ruszyła w kierunku warsztatów rzemieślniczych. Jedynie Czambor nie poszedł ze
wszystkimi. Zawrócił do izby, napchał w tobołek jedzenia z mis stojących
na stole i poszedł na drugi koniec podgrodzia, gdzie w miejskich
stajniach trzymali konie. Czambor trzymał tam również swojego jeńca,
lutyckiego wojownika, jednego z tych, którymi obdarował ich przed trzema
dniami Bolesław. Czambor opłacił sowicie koniuszego i dwóch jego
pomocników. W zamian opróżniono miejsce obok jego konia, w narożniku
stajni, wymoszczono grubo słomą i przykuto tam Lutyka łańcuchem do
ściany. Pomocnicy dbali, by jeniec otrzymywał regularnie wodę i dwa razy
dziennie posiłek, odprowadzali go za potrzebą poza stajnię, raz dziennie
prowadzili do końskiego wodopoju, by się obmył w rynnie.
Czambor wszedł do boksu, pogłaskał konia i przysiadł na odwróconym
wiadrze naprzeciwko jeńca. Nieco młodszy ode mnie, dumał, około
dwudziestki. Hardy jest, nawet na mnie nie spojrzał. Czambor wyjął z tobołka pęto kiełbasy, przełamał, połowę podał jeńcowi.
-?Masz, zjedz coś porządnego. Tutejsza, kupiona z rana na bazarze,
dobrze przyprawiona.
Czas jakiś przeżuwali obaj w milczeniu, obserwując się nawzajem.
-?Jesteś Biegaczem? -?Gdańszczanin przerwał ciszę niespodziewanym
pytaniem.
Po raz pierwszy na twarzy jeńca pojawił się przelotny uśmiech.
-?Nie jestem -?odpowiedział. -?Tak samo jak nie jestem Lutykiem.
-?To kim jesteś? -?Czambor nie krył zdziwienia.
-?Chyżaninem, z Roztocza, zwą mnie Chyżon.
-?Walczyłeś w szeregach Lutyków?
-?Wręcz odwrotnie, walczyłem przeciwko nim. Pokonali nas w bitwie pod
Dyminem, dostałem się do ich niewoli. Później Lutycy przegrali bitwę z jazdą z Lubusza, Polacy wzięli nas wszystkich do niewoli, nie pytając,
kto Lutyk, a kto nie i odstawili do Budziszyna. -?Chyżon wypowiedział to
wszystko niemal jednym tchem.
-?Z Roztocza powiadasz? Znad morza?
-?Gdybyś wychował się nad morzem jak ja, tobyś się poznał, że mówię
prawdę. Ludzie znad Morza Słowiańskiego zawsze się rozpoznają, obojętnie
z jakiego krańca pochodzą.
Na uwagę Chyżona Czamborowi o mało nie utknął w gardle kęs kiełbasy.
Zaczął się krztusić, oczy wyszły mu z orbit, w końcu przełknął.
Wpatrywał się w zaniepokojonego Chyżona, zbierając myśli.
-?Obojętnie z jakiego krańca Morza Słowiańskiego pochodzą, powiadasz?
-?Żebyś wiedział -?potwierdził pewnym, niemal pouczającym głosem Chyżon.
-?Ty oszuście! -?wrzasnął raptem Czambor. -?Wcale nie jesteś znad morza,
skoro rodowitego gdańszczanina nie rozpoznajesz! Co, nie obiło ci się o uszy imię Czambora, rycerza z Gdańska?
Chyżon zbladł. Spoglądał na Polaka z przestrachem. W tym momencie do
stajni wpadł zdyszany giermek z orszaku Bolesława. Oparł się rękoma o przegrodę i łapiąc haustami powietrze, oznajmił Czamborowi:
-?Książę wzywa, Czamborze... Natychmiast masz się... stawić na zamku. Twoi
przyjaciele i pozostali już tam się schodzą.
* * *
-?Jacy pozostali? -?zastanawiał się Czambor po drodze.
Przed wejściem do sali obrad pojawił się jako ostatni. W grupie oprócz
przyjaciół rozpoznał również Przemira, Rościmira i Żdańca. Czekali na
niego, okazując lekkie zniecierpliwienie przeradzające się w podenerwowanie. Po cóż to nagłe wezwanie? Gdy weszli już do środka, po
krótkim przywitaniu, Bolesław przeszedł od razu do rzeczy:
-?Przygotowania do podpisania pokoju w toku, a co rusz kolejne trudności
powstają. -?Bolesław wstał zza stołu i począł przechadzać się po
pomieszczeniu. Nagle przystanął, spojrzał uważnie na Randulfa i zapytał:
-?Zaraz, zaraz... Czy ty, książę, nie miałeś wracać do Włoch? Przecież po
Niemczy tamtego roku przekazano ci listy z rodzinnych stron. Nie stało w nich, że czekają na ciebie w Rzymie?
-?Wręcz odwrotnie, władco Polski -?odparł Randulf. -?W listach stało, że
mam się strzec powrotu. W Benewencie zamieszki ludności przeciwko
naszemu rodowi, a jednocześnie w Apulii gorzeje w najlepsze powstanie
Melesa z Bari przeciwko bizantyjskiemu zwierzchnictwu. Melesa wspierają
papież, nasze longobardzkie księstwa i najemnicy z Normandii. Ojciec i brat nie wiedzą, jak siły dzielić, tu zamieszki, tam pomoc powstańcom.
-?Rozumiem -?stwierdził Bolesław. -?To co ja mam z tobą zrobić, gdybyś
dłużej u nas pozostać musiał? Przecież nie mogę księcia jak zwykłego
poddanego traktować. A może chcesz wrócić do Magdeburga? Wkrótce
oficjalny pokój między mną a Henrykiem.
-?Za pozwoleniem, sławetny władco, ale wolę zostać tutaj, między
przyjaciółmi.
-?Środki na utrzymanie posiadasz?
-?Aż w nadmiarze -?oświadczył Randulf.
Bolesław przysiadł ponownie. Zastanawiał się, bębniąc palcami prawicy po
stole. Lewą ręką drapał za uchem ulubionego psa rozłożonego u jego nóg -
olbrzymią, ale łagodną bestię, pokrytą sierścią frędzlowatych kudłów.
Bolesław lustrował uważnie twarze zebranych. W końcu oznajmił:
-?Mam dla was dwa zadania do spełnienia.
Odpowiedziała mu usłużna cisza. To na pewno nic ważnego, pomyślał z nadzieją Gromosław, przecież za dwa dni musimy być przy podpisywaniu
pokoju w Budziszynie. Wreszcie odważył się zapytać:
-?Dla nas wszystkich tu zebranych razem?
-?Starczy was -?odparł Bolesław z ognikami wesołości w oczach. -
Pierwsze zadanie jest dla grupy złożonej z Przemira, Rościmira i Żdańca.
Podążycie do Miśni, do mojego zięcia, margrabiego Hermana. Musicie
zdążyć przed dzisiejszym wieczorem. Herman wyrusza jutro rano w kierunku
Budziszyna na układy i podpisanie ze mną pokoju. Postanowiliśmy wymienić
jeńców. Sprawdzicie, czy wśród jeńców, których zabierze na wymianę
Herman, nie znajdują się oszuści podszywający się za Polaków. Natomiast
wy... -?Tu Bolesław zwrócił się do Gromosława, Bernarda, Czambora,
Randulfa i Wojomira -?...musicie natychmiast wyruszyć w okolice lasów
Szprewy. Gromo dowódcą. Za kilka dni, co warunkiem jest ustaleń
pokojowych, możni saksońscy przywiozą mi nową żonę, niejaką Odę, siostrę
mojego zięcia Hermana... -?przerwał nagle Bolesław, jakby się nad czymś
zadumał. Uśmiechnął się i oznajmił wszystkim niespodziewanie: -?A czy
wiecie, że przez ślub ze mną Oda stanie się niejako teściową Hermana,
jej brata? -?Rozglądał się po twarzach zebranych. Ponieważ nikt nie
podjął tematu, machnął jedynie ręką i wrócił do przerwanego uprzednio
wątku. -?Moja delegacja ma odebrać Odę w grodzie Ciani. Problem w tym,
że raporty zwiadowców donoszą o niebezpiecznych bandach grasujących w lasach Szprewy, gdzieś na północnym obszarze między Cianią a Chociebużem. Jak to po wojnie często bywa, na całym pograniczu
potworzyły się zbójeckie grupy przeróżnych uciekinierów, dezerterów i tym podobnych. Garnizony z Ciani i Chociebuża nic nie wskórały, nie
wiem, może wśród bandytów mają krewnych lub rodaków, nieważne.
Wytropicie zbójeckie gniazda i wytępicie. Zanim Oda odebrana będzie w Ciani. Nie przystoi, by nowa żona strachu się najadła, jeszcze zanim
mnie ujrzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki