Prolog: Kijow, przed poltora rokiem
W połowie grudnia 1016 roku Kijów z przyległymi ziemiami ścisnęły okowy bezlitosnej zimy. Dmące dźwiękiem
potężnych piszczał lodowate zamiecie rozhulały się wokół, wzniecając
wysoko perzyny śnieżnych kurzaw. Siarczyste mrozy tamowały oddech i zmrażały krew w żyłach. Przez cały niemal ostatni tydzień gruby całun
ciemnoołowianych chmur, oddzieliwszy szczelnie niebo od ziemi, otulał
wszystko wokół nieprzeniknioną dla wzroku szarością przetykaną gęstym
mrowiem bielących płatków opadającego śniegu. Po kilku dniach ustały
opady i zamiecie. Chmury rozpłynęły się, przepuszczając światło słońca
za dnia, a księżyca i gwiazd nocą. Pozostał mróz i ziemia pokryta
zwałami skrzącego śniegu, który owinął Kijów od północnej strony
szczelną bielą puszystego nasypu o stromym zboczu, miejscami sięgającego
nieregularną granią jednej trzeciej wysokości murów.
Ustanie wichrów i zamieci ułatwiło wartownikom patrolującym wzdłuż
chodnika na koronie umocnień wypatrywanie w północnym kierunku, tam
gdzie w oddali majaczył niewyraźny zarys linii lasu.
A mieli czego wypatrywać -?gdzie podział się ich książę z licznymi
zastępami?
Od opuszczenia Kijowa przez armię Światopełka minęły prawie trzy
miesiące, pełne wyczekiwania dla mieszkańców miasta. Martwiono się o przebieg i wynik wyprawy wojennej ich księcia. Wyruszył wczesną jesienią
na czele potężnych oddziałów, niemal sześć tysięcy wojska, zebranych z Kijowa i z grodów południowej Rusi, wzmocnionych prawie dwoma tysiącami
konnicy Pieczyngów. Poszli na północ, w kierunku na Nowogród, z zamiarem
pokonania Jarosława, przyrodniego brata Światopełka. Poszli i... słuch o nich zaginął. Do Kijowa nie nadchodziły żadne wieści, straż na murach na
próżno wypatrywała powracających wojowników. Z rozkazu Wierzysławy
trzykrotnie wysyłano na północ konne oddziały zwiadowcze. I nic. Nikt
nie powrócił. Niepokój rosnący z każdym upływającym dniem ogarnął
wszystkich, od możnych świeckich i duchownych, poprzez stany kupieckie i rzemieślnicze, po liczne masy pospólstwa tej bogatej i rozrosłej,
wielotysięcznej metropolii. Przybierał on tu i ówdzie znamiona strachu i paniki. A co, jeżeli książę został pokonany? Co stanie się z nimi, gdy
zwycięski Jarosław podejdzie pod miasto i rzuci wojsko do szturmu? Gdy
nie okaże łaski i zarządzi rzeź popleczników Światopełka? Kto ma ich
bronić? Na placach zauważono już obłąkańców, rozsiewających wśród
zebranej gawiedzi straszliwe wizje -?Jarosław powbija wszystkich
dorosłych mężczyzn na pale, ciągnie ze sobą w tym celu setki wozów z obciosanymi sosnami, dzieci powrzuca w ogień, natomiast część kobiet dla
lubieżności zniewoli, a część odsprzeda okrutnym Pieczyngom i jeszcze
okrutniejszym ludom nieznanej nazwy z dalekich azjatyckich stepów.
Wszystko to wina Światopełka, który łacińskiemu obrządkowi przychylny i z czarownicą Pieczyngów niecny związek prowadzi z pogardą dla tradycji i zwyczajów. I wina jego żony Wierzysławy, bo na to zezwala, a zresztą ona
z tych bezlitosnych, owianych okrucieństwem Piastów się wywodzi...
Księżna nie odczuwała zmęczenia, mimo że od wielu dni kojącego
wypoczynku nie zaznała, nękana niespokojnościami sennych koszmarów.
Jeszcze dzisiejszego wieczora przewodziła obradom, które przeciągnęły
się niemal do północy. Zebrali się wszyscy: głowy Cerkwi bojarzy,
dowódcy garnizonu, przedstawiciele gmin kupiecko-osadniczych, w tym
żydowskiej, polskiej i chazarskiej. W napiętej atmosferze przekrzykiwano
się, oskarżano nawzajem, doszło nawet do szamotaniny. Wierzysława
nakazała zachowanie spokoju i powrót do wypełniania codziennych
obowiązków. Wtedy na środek komnaty wyszedł wojewoda Budy, bogaty i wpływowy możny, znaczeniem i liczbą podległych mu wojowników
potężniejszy od zwyczajnych bojarów.
-?Mamy się słuchać tej kobiety?! -?zakrzyknął buńczucznie, wskazując
lewą ręką na Wierzysławę. -?Nawet Światopełk łoża z nią nie dzieli! -
nawoływał dalej urągliwie.
Zawrzało. Podniosły się krzyki, za Budym ustawiło się kilku jego
stronników, ochoczo go wspierając. Od ławy z duchowieństwem poderwał się
Iłarion, duchowny z książęcej cerkwi, znany z nieskrywanej nienawiści do
Wierzysławy. Nim zdążył coś zawołać, siedzący obok na podwyższonym
stolcu patriarcha Jan zdzielił go pastorałem po barku. Krzywiąc się z bólu, Iłarion opadł z powrotem na ławę. Zanosiło się na tumult. Zanim
straż zamkowa zdążyła zareagować, na znak Wierzysławy do komnaty
wkroczyło trzydziestu ciężkozbrojnych z jej osobistej drużyny. Otoczyli
szczelnym kordonem grupę Budego z wystawionymi do przodu mieczami.
Raptownie zapadła cisza.
Wierzysława powstała z tronu i pewnym krokiem skierowała się w stronę
wielmoży. Po bokach kroczył nieodstępujący na krok księżnej Wojdzierz i Radywoj, dwaj najbardziej zaufani ruscy wojownicy wodzowskiej krwi.
Drużynnicy odstąpili, czyniąc przejście. Wierzysława podeszła śmiało do
Budego. Wojewoda, nie bacząc na wystawione nań wokół miecze, nie utracił
wyzywającej hardości spojrzenia. Wierzysława, ustępująca mu nieco
wzrostem, przystanęła pół kroku przed nim.
-?Śmiało, wojewodo -?rzekła posępnie mocnym głosem. -?Bez obaw.
Budy otwierał już usta, lecz zanim zdążył cokolwiek wypowiedzieć, twarz
zamarła mu w niemej konsternacji. Księżna podeszła jeszcze bliżej,
błyskawicznym ruchem wysupłała spod kaftana prawą ręką sztylet i przyłożywszy wojewodzie do krocza, nacisnęła mocno czubkiem sztychu.
Lewą ręką złapała mocno klamrę pasa wojewody. Z ław zerwało się
gwałtownie kilku zbrojnych z drużyny Budego z dłońmi zaciśniętymi na
rękojeściach mieczy. Opadli niezwłocznie zmrożeni okrutnym spojrzeniem
Radywoja.
-?Rozpruję ci ten nędzny woreczek z zeschniętymi pestkami -?syczała
Wierzysława Budemu do ucha, niedosłyszalnie dla pozostałych zebranych. -
Aż proszek ulotni się jak z purchawki. I z czym poleziesz na zbereźne
hulanki? -?dodała. Na głos zaś rzekła: -?Wojewoda chce jeszcze coś
dodać!
Budy nie krył przerażenia. Ze spuszczoną twarzą wpatrywał się w sztylet.
Taka jego odwaga -?przelotna myśl przemknęła jej przez głowę.
-?No. -?Księżna zwiększyła nieco nacisk sztyletu na krocze. -?Mowę ci
odebrało? Czyżbym usłyszała psss... z woreczka?
-?Cofam moje obraźliwe słowa! -?krzyknął Budy piskliwie. -?O wybaczenie
mojej buty proszę, księżno nad nami wszystkimi, pani nad Rusią potężna i małżonko władcy nam jedynego!
-?Już lepiej, ale bez przesady, obłudniku -?szepnęła mu Wierzysława
ponownie do ucha. Odjęła sztylet od krocza wojewody i rozkazała mu
władczo: -?Wracajcie na swoje miejsce, wojewodo, i milczcie pokornie,
dopóki wam głosu nie użyczę.
Nikt już nie zakłócił dalszego przebiegu obrad.
Pozostano przy poprzednich ustaleniach, zebrani rozeszli się w atmosferze przesiąkniętej posępnym zatroskaniem. Ale i też nic mądrego
ani nowego nie uradzili. Wzmocnione straże na murach i wałach. Ciągła
gotowość bojowa wszystkich zbrojnych w mieście. Nieustanne wysyłanie
podjazdów dla gromadzenia zapasów żywności i paszy. Zbieranie machin
miotających zdatnych do nękania wrogiego sprzętu oblężniczego,
dozbrajanie zapasami z arsenału chętnych do obrony miasta mieszkańców.
Miasto z potrójną linią wałów i murów, z grodem książęcym wewnątrz na
wzniesieniu o własnych wysokich murach. Tysiąc wojowników garnizonu,
niemal czterystu z drużyn i pocztów rycerstwa bojarskiego. Oddziały
dozbrojonej ludności spośród mieszkańców i gmin kupieckich. Nawet
niektórzy mnisi i popi chwycili za broń, zamieniając domy Boże w warownie. Kijów mógł się bronić długo. Dopóki obrońców nie zwycięży
strach przed Jarosławem lub nie pokona zdrada.
Wierzysława zdawała sobie z tego doskonale sprawę. Lud tutejszy ponad
wszelką wątpliwość bojowy. Ale i podatny na szybką zmianę. Wojownicy z drużyn bojarskich łasi na przekupstwa. Część, a może nawet potajemnie
większość możnych mocno jej nieprzychylna. Pośród duchowieństwa też ma
niewielu sprzymierzeńców. Iskra może wystarczyć; gdyby Jarosław podszedł
z armią pod Kijów, a rzucą mu ją związaną pod jego stopy. Nie wiadomo,
czy żywą, może przedtem zatłuką z przyjemnością. Budy pierwszy by ją z chęcią zabił wespół z tym odrażającym Iłarionem. Tylu miała wrogów. Że
ona z Piastów, że wyznania łacińskiego, że Światopełkowi w małżeńskim
łożu nie dogodziła należycie, dlatego kochankę od Pieczyngów nad
wszystko przedkłada, że drużyną okrutną się otacza, że, że... no właśnie,
że kobietą jest, a obnosi się niczym wódz i władca jakowyś... A może ich
strach przed Światopełkiem większy niż przed Jarosławem? Hmm, pełno
niewiadomych. Trzeba się zdać na los. Grodu nie podda... prędzej w boju
zginie. Nie tylko dlatego, że przyrzekła wyruszającemu na wyprawę mężowi
bronić Kijowa za wszelką cenę. Z Bolesława zrodzona jestem-pomyślała
dumnie-?z największego wodza wszechczasów, najpotężniejszego polskiego
władcy, i z Emnildy, pani ukochanej przez ludy Połabia i Polski. Nie
zawiodę mojego rodu, mojej dynastii, nie zawiodę piastowskiej, polskiej
krwi. Odegnała dręczące rozterki. Co tam, może na nic te obawy? Może
Światopełk pokonał Jarosława i pomaszerował dalej na Nowogród? W oblężenie długie się wdał, stąd żadnych wieści nadal. Nieważne. Ważne,
że nakazał jej bronić Kijowa, gdyby przegrał bitwę. Pod jego nieobecność
włada Kijowem, a gdyby poległ, to i całej Rusi. Niech Jarosław spróbuje
jej to odebrać. Ach, żeby tak mój ojciec nadszedł z pomocą -?przemknęło
jej jeszcze przez myśl.
Podniosła pokrywę misy na stole, sięgnęła po kawałki zimnej pieczeni.
Nalała trunku do pucharu. Przeżuwała powoli jedzenie, popijając ciemnym
winem. Nastrój jej się poprawił.
-?Zobaczysz, pójdzie ci w sadło to ciągłe obżeranie się nocami, pójdzie.
To opijanie się również -?pomrukiwała sama do siebie. -?Zniknie powab i piękność pod zwałami tłuszczu i tyle z zalotnych spojrzeń dworaków.
Po chwili powstała. Przywdziewając lekką zbroję i zimowy płaszcz,
uderzyła pięścią w drzwi komnaty. Czujny drużynnik pojawił się niemal
natychmiast.
-?Powiadom Radywoja i Wojdzierza, idziemy na obchód.
* * *
U szczytu krętych schodów baszty, prowadzących do wyjścia na mury,
postępujący przed księżną Wojdzierz, nie szczędząc wysiłku, naparł na
drzwi i przepadł w czeluściach mroku. Wybiegła za nim na chodnik korony
muru obronnego, prosto w objęcia czerni nocy, opuszczając przyjazne
ciepło i światło łuczyw. Mróz smagnął ją bezlitośnie po twarzy,
zacisnęła odruchowo poły futrzanego kaptura. Z tyłu doleciały ją
niezrozumiałe utyskiwania Radywoja. Dojrzała Wojdzierza, oczekiwał pod
wystającą osłoną dachu kryjącego zbitą prowizorycznie z dech budkę
przystawioną do blanki muru. Przystanęła obok niego, niebawem dołączył
do nich Radywoj. Wojdzierz, bębniąc pięścią w ścianę budki,
zapowiedział, nie skrywając rozbawienia:
-?Spłoszymy wartownika, pewnie przysypia jak borsuk w przytulnym
ścielisku.
Wartownik wcale nie spał, ale wystraszył się, rozpoznawszy Wierzysławę.
-?Pani przesławna -?wyjąkał bojaźliwie, uderzając tulejkowatą szpicą
hełmu w niską polepę zadaszenia. -?Po czemu nachodzicie mnie książęcą
osobą pośrodku mrocznej nocy?
-?Uspokój się, dzielny wojowniku. -?Klepnęła go gestem ukojenia po
ramieniu. -?Nikt ci nie odejmuje sumienności. Żadnych wieści, żadnych
wojsk na widnokręgu?
-?Żadnych -?odparł wartownik. -?Martwota aż po lasy.
-?W ciemnościach tak daleko wzrokiem sięgasz? -?zdziwił się Wojdzierz.
-?Co rusz podjazdy wysyłamy. -?Wartownik wzruszył ramionami. -?Po las i dalej.
-?I nic -?rzekła na głos Wierzysława, w zamyśleniu wpatrzona w głębię
nocy.
-?Za dnia -?podjął po chwili wartownik -?trop wykryli, ale to musieli
być nasi... -?zaciął się wystraszony, zmiarkowawszy, że wszyscy go
obserwują -?...bo ślad koni prowadził od miasta okrężną drogą pomiędzy
drzewa.
-?Skoro nasi, to musiano ich z murów dojrzeć. Przecież pachołkowie tylko
spod tutejszej bramy drogę odśnieżyli -?stwierdził Wojdzierz.
-?Trop wykryto dopiero pod lasem -?oparł wartownik. -?Nasz podjazd
zawrócił jego śladem pod wschodnią bramę, wykrył, że grzbietem
wzniesienia między polami łatwo koniem przejść, śniegu tam mniej
nasypało.
Wierzysława powstrzymała ruchem głowy otwierającego już usta Radywoja.
Pożegnali wojownika.
Dopiero na schodach baszty odezwała się: -?Ktoś z miasta wysyła
potajemnie konnych. Potajemnie, czyli z wrogich nam zamiarów.
-?Wyślijmy z rana podjazd, niech podążą dalej w las tym śladem -
zaproponował Radywoj.
-?Tak zrobimy. Dopilnujcie tego -?rzuciła im na pożegnanie.
Dotarłszy do komnaty, zastanawiała się nad wyborem: spanie czy jednak
jeszcze jeden pucharek wina. Za chwilę okazało się, że ani jedno, ani
drugie, a wydany uprzednio rozkaz wysłania podjazdu poszedł w zapomnienie. Drzwiami zatrząsało natarczywe bębnienie. Nim zdążyła
zareagować, z zewnątrz doleciało nawoływanie:
-?Pani, bardzo pilny...
Bez namysłu uniosła żelazny hebel blokady, uskakując instynktownie pod
naporem gwałtownie uchylonych drzwi. Do komnaty wkroczyli Wojdzierz,
Radywoj z na wpół uniesionymi dłońmi w geście przeprosin, kilku
wojowników i... Oniemiała, ujrzawszy Burzywiła, słaniającego się ze
zmęczenia, z głową owiniętą brudnymi szmatami, nabrzmiałą szramą wzdłuż
lewego policzka, w postrzępionej kolczudze pokrytej plamami zeschłej
krwi. Z wrażenia przysiadła na krześle, głowę rozsadzały jej rozkołatane
myśli i cisnące się pytania.
Burzywił, wielmoża na włościach wokół Poznania, znamienity polski rycerz
wsławiony wieloma czynami bojowymi, biegły w misjach dyplomatycznych.
Zaufany Bolesława z rady przybocznej pomimo młodego wieku. Od roku, gdy
po śmierci Włodzimierza uwolniła się wraz z mężem z więzienia, z nadania
Chrobrego w roli przedstawiciela Polski na dworze Światopełka. Przed
trzema miesiącami wyruszył w szeregach armii jej męża na Nowogród.
Wojownicy usadowili ostrożnie Burzywiła na ławie pod ścianą. Podano mu
dzban z wodą.
-?My już wiemy o klęsce Światopełka -?zagaił Wojdzierz, gładząc dłonią
po sumiastych wąsach. -?Ale on sam -?wskazał niedbałym gestem na
Burzywiła -?wam wszystko opowie. Aha, na mieście nikt jeszcze nic nie
wie, lecz długo to nie potrwa. Trzeba podjazdy wysłać, panika może
wybuchnąć.
-?Opuśćcie komnatę! -?odparła bezwiednie.
-?Księżno, przysłać medyka? -?zapytał Radywoj na odchodnym, spoglądając
bacznie na Wierzysławę.
-?Po co? -?wtrącił Wojdzierz. -?Rany śmiertelnej nie doznał.
-?Tak, taak... nie, poczekajcie. Dam wam znać.
Gdy zostali sami, przysiadła natychmiast do Burzywiła. Przytuliła jego
głowę do ramienia, gładziła czule po plecach.
-?Mów, co się stało? -?szepnęła.
Opowiedział.
Oddziały Światopełka sunęły na północ dwoma równoległymi kolumnami.
Liczniejsza pod wodzą samego księcia i mniejsza złożona z jazdy
dowodzonej przez Turacha, wodza pieczyńskiego plemienia Jabdiertim. W pierwszych dniach września pod grodem Lubecz nad Dnieprem, na ponad sto
mil przed Nowogrodem, oczekiwały na nich w bojowej gotowości siły
zebrane przez Jarosława. Książę Nowogrodu zdołał zgromadzić kilka
tysięcy wojowników z grodów północnej Rusi, oprócz tego około dwóch
tysięcy wareskich najemników przybyłych od Swewów. Tysiąc Waregów z powodzeniem dorównywało dwóm tysiącom Pieczyngów. Siły były zatem mniej
więcej wyrównane. Z tych względów kierowani ostrożnością obaj wodzowie
nie palili się zbytnio do rozpoczęcia bitwy, której wyniku nie można
było z góry zdecydowanie przewidzieć. Rozłożyli się obozami po obu
stronach Dniepru. Trawili czas na narady, podjazdy, wzajemne szarpanie
oddziałów służebnych, wyzwiska i szyderstwa rzucane przez rozdzielającą
ich rzekę. Nawet popi obkładali się z obu brzegów nawzajem klątwami. Na
tym zbiegły niemal trzy miesiące. Światopełk przedłużał czas rozpoczęcia
bitwy z wiadomego mu powodu. Jeszcze przed opuszczeniem Kijowa wysłał
pilnych gońców do teścia w dalekim Poznaniu z prośbą o przysłanie
posiłków. Dlatego zwlekał z atakiem, licząc na nadejście przedtem
polskiego wsparcia. W pierwszych dniach grudnia zima poczęła gwałtownie
przybierać na ostrości. Wody Dniestru i okolicznych jezior poczęły
przymarzać, pokrywając się warstwą cienkiego zrazu lodu. Wtedy Jarosław
niespodziewanie rzucił spieszone wojsko do ataku. Bez obciążenia końmi
łacniej im było przejść po niepewnym lodzie. Rozgorzała bitwa.
Światopełk znalazł się od razu w niekorzystnej sytuacji. Obozujący po
drugiej stronie jeziora Pieczyngowie nie byli w stanie dołączyć do
walki. Cienki lód pękł, pierwsze szeregi ich konnicy pochłonęły wody
jeziora. Pozostała jazda ruszyła okrężną drogą wokół wód, czasochłonną i bez rozpoznania. Tymczasem na polu bitwy wrzał okrutny, zacięty bój. Z czasem oddziały Jarosława, wykorzystując liczebną przewagę, poczęły
spychać przeciwnika w kierunku jednego z jezior, odcinając mu wszelkie
drogi ucieczki. Walka nad brzegiem pokrytego wątłą warstwą lodu jeziora
przemieniła się z wolna w bezpardonową rzeź Światopełkowych oddziałów.
Pomimo ich bohaterskiej waleczności wojownicy spychani nieubłagalnie na
popękany lód, ginęli w wodach jeziora. Wybito cały podległy Burzywiłowi
oddział dwudziestu polskich drużynników. On sam, ciężko poraniony na
całym ciele, w poszarpanej zbroi, zdołał wyrwać się z okrążenia na
jakimś zdobycznym koniu. Kilka mil od pola bitwy natknął się na
Światopełka z dwunastoma wojownikami, którym także udało się umknąć.
Oprócz nich z całej armii Kijowa nie uratował się chyba nikt więcej -
wszyscy zginęli na polu bitwy, potonęli w jeziorze lub dostali się do
niewoli. Nie mniej okrutny los spotkał Pieczyngów. Bez ruskich
przewodników w obcym im terenie zatoczyli niemal koło i wpadli niedaleko
obozu nowogrodzian w zasadzkę bez wyjścia. Z pogromu uratował się
jedynie wódz Turach z czterystoma konnymi. Pociągnęli okrężną drogą,
wschodnimi szlakami, do ich ojczyzny.
-?Ojciec nie mógł przysłać wam posiłków -?wyjaśniała Wierzysława po
wysłuchaniu wszystkiego. -?Wiem to z listu od niego, jaki dotarł do mnie
przed dziesięcioma dniami. Nic w nim nie wspominał o gońcach od
Światopełka, znakiem czego nie dotarli do Polski. Poza tym z treści
listu wynika, że ojciec gromadzi siły przed kolejnym prawdopodobnym
najazdem cesarza. Na pewno nie uszczupliłby ich. Dopiero na początek
następnego roku ojciec i Henryk zaplanowali rokowania rozejmowe na
zjeździe w Allstedt. Jeżeli by się powiodły, wtedy Polska mogłaby nam
przyjść z pomocą. Ale -?uchwyciła w dłonie głowę Burzywiła -?gdzie
Światopełk? Skoro tobie udało się dotrzeć...
Burzywił, wpatrując się w nią z uwielbieniem, westchnął głęboko.
-?Wiedząc, że podążam do Kijowa, nakazał przekazać ci jedno -
powiedział. -?Byś broniła miasta przed Jarosławem, on sam zaś pognał w kierunku Polski z zamiarem ściągnięcia odsieczy.
* * *
W przestronnej komnacie przylegającej do książęcej zbrojowni dwie
postacie w skąpym światle kaganków trwały w posępnym pochyleniu nad
czarkami przedniego miodu. Wojdzierz bębnił miarowo palcami lewej dłoni
po stole.
-?Przestań! -?nie wytrzymał Radywoj. -?Starcza dolegliwość cię dopada?
Może jeszcze głową zaczniesz bujać i wargami trzepotać?
-?Daleko mi do starczości, druhu -?odparł zagadnięty. -?Jeszcze mnie,
tak jak ciebie, więcej niż połowa życia czeka. Czekam niecierpliwie, co
mądrego rzekniesz.
-?Do przeżycia to nam może tylko kilka dni pozostało -?obruszył się
Radywoj. -?Jak myślisz, ile czasu wstrzymamy napór Jarosława na miasto?
-?To zależy -?odparł Wojdzierz. -?Zawsze możemy umknąć, ratując przy tym
koniecznie księżnę.
-?Na to nam pewnie przyjdzie -?skwitował po namyśle ponuro słowa druha
Radywoj. -?Niemal cały kijowski kler przeciwko niej obrócony, a on ma
wielki posłuch. Z drugiej strony Kijowianie to dumny lud, nienawidzą
nowogrodzian nad wszystkie inne plagi, nawet Pieczyngowie im milsi.
-?Dumny i waleczny lud -?potwierdził Wojdzierz. -?Ale czy wybaczą
Światopełkowi, że do Polski uszedł, zamiast przejąć obronę? Że
dowodzenie żonie przekazał, którą wielu tu nieprzychylnie postrzega?
-?Wierzysława wspaniała władczyni -?podjął Radywoj. -?Równie wielu ją
miłuje i szanuje. Wszystkim naraz nie dogodzi.
-?Teraz dogadza Burzywiłowi -?nie wytrzymał Wojdzierz.
-?A w tym tkwi twoja udręka, przyjacielu. -?Radywoj nie skrywał
urągliwej ironii. -?Ileż razy o tym rozmawialiśmy? Nic nam do miłostek
księżnej.
-?Tak jakbyś sam się w niej nie durzył -?odparował Wojdzierz.
-?Za Wierzysławą w ogień bym skoczył, ale nie w tym rzecz. Nie w tym. -
Głos Radywoja spoważniał. -?Ileż ona wycierpiała w niewoli u teścia? -
dodał po namyśle. -?Iluż usiłowało ją zgwałcić, łącznie z Jarosławem?
Ileż drwin i upokorzeń znosi z racji związku Światopełka z Tugorkaną?
Mnie trapią inne rozterki. -?Przerwał na chwilę, wpatrując się uważnie w Wojdzierza. -?Od czasu wyruszenia księcia na Nowogród w naszej pani
przeróżne zmiany zachodzą. Zacięła się w sobie, spoważniała na twarzy.
Nie wysiaduje tyle co dotąd przy swoich zwierzętach, roślinach,
przestała na ulice wychodzić między kramy i cechy. Zawsze tak się
interesowała codziennością zwykłego ludu, chłonęła opowieści rozmaite o dalekich stronach. A teraz? Od dwóch miesięcy uparła się, byśmy ją w umiejętnościach niewiaście nieprzystojnych przyuczali i ćwiczyli. Walka
mieczem, włócznią, łukiem. Jak zrobić z niej wojowniczkę, kiedy sił jej
zdatnych nie starcza? Sam widziałeś, ledwie tarczę w lewicy udzierży, a prawica już z ciężarem miecza się zmaga.
-?To był twój pomysł -?wtrącił Wojdzierz. -?Żeby tarczę odrzuciła i miecz oburącz chwyciła. Całkiem raźnie jej to idzie, cięciami ostrza z góry coraz grubsze kloce rozczepia. Włócznię też pewnie prowadzi. Będzie
z niej wojowniczka. Zresztą taka słaba to ona nie jest, tyle że jeszcze
swojej siły nie zna.
-?Upatrujesz w niej wojowniczkę? -?nie ustępował Radywoj. -?Chcesz tego?
Przecież znamy ją... zupełnie inną. A jeszcze ostatnio -?jakby sobie coś
przypomniał -?pytała mnie o sekretne trucizny, na pokrycie sztyletu
zdatne, w następnym zaś oddechu obruszyła się okrutnie, wzmiankując
Tugorkanę...
-?Nasunąłeś mi pomysł -?wpadł mu w słowo Wojdzierz. -?Wyślijmy
skrytobójców do wieży, niech zaduszą Tugorkanę i bękartów od
Światopełka...
-?Do wieży nikt się nie przeciśnie... pilnowana przez stu jabdiertimskich
Pieczyngów.
-?Teraz, gdy Wierzysława w imieniu księcia obroną Kijowa kieruje, a on
nie wiadomo, jak skończy...
-?Wiem, jak ty skończysz. -?Radywoj udał, że zamachuje się ręką na
przyjaciela.
Wojdzierz uchylił się, tracąc równowagę. Zydel pod jego ciężarem
przechylił się, a on sam zwalił się na ziemię.
-?To nic, nic -?tłumaczył się Wojdzierz uczepiony dłońmi o krawędź
stołu. -?To nie miód...
-?Idziemy spać. -?Radywoj powstał. -?Niebawem czeka nas śmiertelna
walka, być może już jutro.
* * *
O świtaniu pod Kijów podeszła wielka armia, rozciągnięta na całej
długości północnych murów. Jarosław przyprowadził nieprzeliczone rzesze
wojowników i setki wozów. Powiewające na wietrze liczne sztandary
dziesiątków grodów północnej Rusi -?największe Nowogrodu, Biełozierska,
Ładogi, Pskowa, Izborska, Muroma. Pośród nich ogromna flaga udzielnego
Księstwa Smoleńskiego. Z prawej strony lasu wyłaniały się pogańskie
proporce ludów z dalekiej, mroźnej północy: Wepsów, Karelów i innych. Na
lewej flance bujające się na poprzecznych żerdziach znaki bojowe niemal
dwóch tysięcy skandynawskich najemników. Dwa kontyngenty osławionej w bojach piechoty wareskiej: jeden w sile tysiąca wojowników pod wodzą
Einara, jarla od Swewów, drugi, liczący sześciuset wojowników, dowodzony
przez norweskiego konunga Ragmundara. Na przedpolach, z dala od zasięgu
łuków i katapult, rozkładali obóz. Od czoła usypali niewielki wał
ziemny, za którym wkrótce wykwitło mrowie namiotów. Powietrze
rozdzierała wrzawa okrzyków, rozkazów, rżenie koni, huk narzędzi.
Krzątanina wokół budowy i montażu machin oblężniczych. Nieskazitelna
jeszcze wczoraj biel grubej warstwy śniegu zdeptana w błoto brudnej
szarości.
Pertraktacje były krótkie. Mają poddać miasto. Bezwarunkowo. W przeciwnym razie pan całej Rusi Jarosław zrówna Kijów z ziemią. Trzech
posłów zawróciło konie, poganiając je w stronę obozu, nie doczekawszy
odpowiedzi.
Obserwowali z wysokości murów nieprzyjaciela szykującego się do walki.
Do obradującej z dowódcami Wierzysławy podbiegali co rusz wojownicy z pilnymi meldunkami. Wojewoda Budy opuścił nocą wraz z drużyną Kijów.
Księżna wzruszyła na to jedynie ramionami. Spodziewała się tego, zdrajca
uszedł zapewne do Jarosława. Nieprzyjaciel rozłożył się tylko od
północnej strony grodu, pozostałe bramy jeszcze niezablokowane od
zewnątrz.
Z obozu ponownie wychynął nieliczny zbrojny oddział, kierując się w stronę muru. Obok białego znaku powiewała chorągiew Nowogrodu.
-?Jarosław osobiście -?stwierdziła głośno wytężająca wzrok Wierzysława.
-?Radywoj, Wojdzierz! Zebrać dziesięciu z drużyny, wychodzimy przed
bramę! -?rozkazała, spiesząc w kierunku zejścia z chodnika korony muru.
-?I nakażcie cerkwiom, by zaprzestały w końcu bicia w dzwony!
-?Księżno, a wasz hełm? -?spytał niepewnie Radywoj.
Nie odpowiedziała, lekko jedynie wstrząsnąwszy płowymi włosami.
Rozwarto bramę wewnętrzną, zazgrzytały łańcuchy wciągające do góry
ciężką kratownicę, po chwili uporano się z grubą na pół ręki bramą
zewnętrzną pokrytą z obu stron żelaznymi wzmocnieniami. W odległości stu
kroków oczekiwał konny orszak Jarosława.
Wierzysława poklepała konia uspokajająco po szyi.
-?Łucznicy na koronie w pogotowiu? -?rzuciła przed siebie, zwracając się
Radywoja i Wojdzierza po jej bokach. -?Nie dowierzam nowogrodzkiemu
wężowi chytrością przesiąkniętemu -?dodała, nie czekając na odpowiedź.
Popędzili wolno konie do przodu, za nimi oddziałek drużynników z chorągwią Kijowa i godłem Ruryków -?złotym trójzębem na niebieskim tle.
Pomiędzy nimi Burzywił. Na trzydzieści kroków przed nowogrodzianami
zatrzymali się.
Jarosław zdjął czubiasty hełm. Ze względu na długi kolczy kaptur
doczepiony do jego krawędzi uniósł go wysoko w górę, po czym przekazał
zbrojnemu obok. Potrząsnął głową, rozsypując na ramiona długie fale
ciemnych włosów. Skierował konia w stronę kijowian, naprzeciwko
zdążającej ku niemu Wierzysławie, przybierając na twarzy półuśmiech.
Spotkali się w połowie drogi.
-?Prześliczna i dumna jak zawsze -?powitał ją Jarosław. -?I walecznością
promieniująca, prawdziwa władczyni.
Wierzysława, poruszając głową, udała, że lustruje uważnie obóz Jarosława
za jego plecami, usiany tysiącami namiotów.
-?Wielu biesiadników na zaloty przyprowadziliście, książę -?rzekła. -
Odpowiedzi udzieli wam broń podarowana mi przez mego ojca. -?Oparła dłoń
na głowicy miecza.
-?Moje zaloty wyłącznie do Kijowa wzdychają. -?Jarosław spoważniał. -
Przekażcie mi miasto bez walki. Oszczędzicie życia tylu poddanym, ludowi
mojej Rusi. Sami zaś możecie z całym majątkiem i wiernym wam orszakiem
powrócić do Polski.
-?Twojej Rusi?! -?Prychnęła pogardliwie. -?Władcą Rusi jest Światopełk,
wasz brat przyrodni, a mój małżonek. Najstarszy syn Włodzimierza.
Cieszcie się władztwem nad Nowogrodem.
Jarosław podjechał koniem nieco bliżej. Wierzysława uniosła lewą rękę w uspokajającym geście dla drużynników z tyłu.
-?Ten wasz małżonek -?rozpoczął zjadliwie książę -?ten pomiot greckiej
nałożnicy zaadoptowany przez mojego ojca przegrał sromotnie bitwę pod
Lubeczem. Wybiłem całą jego armię, łącznie z tymi przeklętymi
Pieczyngami. Światopełk zdołał uciec w kierunku Polski. Ale przecież
wieści o tym dotarły już do was, nieprawdaż? Za niego nastawiacie oręża?
Za tego tchórza, co naszych najmłodszych braci skrytobójczo wymordował?
Który związek z córką pieczyńskiego wodza ponad małżeński obowiązek do
was przedkłada, do najpiękniejszej księżnej, jaka po naszej ziemi
chadzała?
-?Co do Borysa, i Gleba a i być może Światosława, wiemy tu, w Kijowie,
że za ich mordem stały wasze machinacje, nie zwalajcie bratobójstwa na
Światopełka -?odparła.
-?Nieprawda! -?zaoponował Jarosław.
-?Prawda! -?zaprzeczyła mu Wierzysława. -?Borys ślub poddaństwa przed
Światopełkiem złożył! To wasze ręce splamione są bratnią krwią!
-?W sprawie Borysa i Gleba Cerkiew stoi po mojej stronie -?uparł się
Jarosław. -?Światopełk jest przeklęty po wsze czasy za bratobójstwo.
-?Niecała Cerkiew -?sprzeciwiła się. -?Są dowody na jego niewinność.
-?A nawet gdyby. -?Jarosław nie tracił pewności siebie. -?On jest na
zawsze przeklęty. A wy? Na cóż wasz upór?
-?Wiecie, co oznacza ten znak? -?Wierzysława wskazała prawą dłonią na
metalowy puklerz na piersi, umocowany do kolczugi. -?Biały orzeł nad
krwią wrogów Polski, mojej ojczyzny. Jestem córką Bolesława, przed
którym wszyscy truchlejecie ze strachu. Jestem z krwi i kości piastowską
księżną. Pierwej ostrze mego miecza wasz łeb rozpłata, niż ustąpię.
Jarosław pokręcił głową, cmokając przez rozchylone usta. Podjechał
koniem nieco bliżej.
-?Księżno -?pochylił się nieco w siodle -?nie interesują mnie wasze
piastowskie znaki, bo nie ma dla nich miejsca na mojej Rusi. Natomiast
godło Ruryka -?wskazał ręką na sztandar z trójzębem powiewający z tyłu
nad oddziałkiem Wierzysławy -?należy do mnie. Po tom tu przyszedł.
-?Ruryk również Światopełka przodkiem, na równi jak waszym. -?Księżna
odgarnęła dłonią włosy za prawe ucho.
-?Udał wam się małżonek! -?Jarosław zmienił zjadliwie temat. -?Cała Ruś
wie, że Światopełk Tugorkanie duszę zaprzedał! Więcej on kagan
Pieczyngów niż ruski książę! Żadna z was para małżeńska, Cerkiew i lud
to potępiają.
-?Mój ojciec roztoczył nad nim protekcję -?odparła, udając, że ignoruje
bolesną drwinę pod swoim adresem. -?A wy na okrągło o tym samym
smucicie.
Jarosław, dźgnąwszy lekko ostrogą konia, zbliżył się do Wierzysławy na
kilka kroków. Głos mu spoważniał.
-?Waszemu ojcu sławy i majestatu nie ujmuję. Lecz nic mu do spraw Rusi.
Niech Bolesław wprzódy swój kraj przed potężnym cesarzem obroni.
-?Wprzódy wy zdobądźcie Kijów -?wyrzekła hardo.
-?Zdobędę -?zripostował szybko. -?Z ziemią zrównam, jak trzeba będzie,
wszystkich opornych w pień wytnę. Jam jest pan i władca Rusi. Was rzucę
między nałożnice, jeżeli na czas nie uciekniecie.
-?Już raz gwałtu na mnie próbowaliście -?wyrzekła cierpko, dodając
zjadliwie. -?Szrama na twarzy nie piecze? Zapomnieliście o waszym bracie
Mścisławie? Jak was batem ode mnie odpędził?
Jarosław przejechał mimowolnie ręką po krótkim zaroście na policzku,
przykrywającym podłużną bliznę. Doskonale o tym pamiętał. Przed czterema
laty zakradł się do komnaty Wierzysławy zamienionej przez Włodzimierza
na celę więzienną, rzucił bezbronną dziewczynę na łoże i już w nią
niemal wniknął. Natenczas nadszedł Mścisław, odkopnął go na ziemię,
smagnął batem po twarzy i wyrzucił z komnaty. O nie, nie zapomniał o tym.
-?Na Mścisława też przyjdzie czas. Po tym, jak stłamszę bękarta greckiej
nałożnicy, co waszym mężem się mieni.
-?Tak po kolei wszystkich braci wymordujesz? Jak Borysa, Gleba i Światosława? Mścisławowi nigdy nie dorównasz.
Niespodziewanie Jarosław odzyskał pewność siebie. Roześmiał się
rozlewnie.
-?Jakaż ironia opatrzności! Dwóch największych wojowników naszych
czasów, obaj zawołaniem Chrobry się mieniący, a żaden nie jest w stanie
uratować szlachetnej księżnej przed Jarosławem! Bolesław wykrwawia się
pod naciskiem potęgi mocarnego Henryka, natomiast Mścisław w dalekim
Tutmarkaniu walczy o przetrwanie pod naporem Pieczyngów, Połowców,
Chazarów, Kłobuków i kto wie, jakich jeszcze okrutnych plemion. -?Zniżył
nieco głos. -?Księżno, gdzie są wasi sławetni obrońcy?
Wierzysława chciała już odpowiedzieć, lecz w porę się wstrzymała,
zezłoszczona w duchu na samą siebie. O mało się nie zdradziła przed nim
z podjętych potajemnie działań. Nie bez przyczyny mawiają, że chytrość i przebiegłość Jarosława mądrości dorównuje.
-?Sama chcecie za miecz chwycić? -?Słodycz tonacji głosu księcia
wzbogaciła szczypta kpiny. -?Przecież ani w użyciu broni was nie
ćwiczono, ani w arkanach wojowania nie kształcono. Jaki posłuch będziesz
mieć u nich? -?Wskazał ręką na wały Kijowa.
Zawróciła koniem, sygnalizując zakończenie rozmowy. Już w odwrocie
rzuciła głośno za siebie: -?Poznacie jeszcze miecze Bolesława i Mścisława! -?nie zdając sobie sprawy z proroctwa wypowiedzianej groźby.
* * *
Jeszcze tego samego dnia oblegający przeprowadzili pierwszy szturm na
wały.
Powietrzem wstrząsnęły ogłuszające dźwięki trąb, piszczał i rogów. Z obozu nieprzyjaciela wyłaniały się chmary piechoty obładowanej sprzętem
szturmowym, drabinami, sznurami zaczepnymi. Sunęli około czterdziestoma
kolumnami szybkim pochodem w kierunku pierwszej, zewnętrznej linii
obronnej Kijowa, złożonej z mieszanych na przemian odcinków-?z muru na
ziemnym nasypie i wału z palisadą na słowiańską modłę. Gdy dotarli w pole ostrzału, nad ich głowami pojawił się szczelny kobierzec tarcz
chroniących na ile się dało opadające z góry strzały, oszczepy i kamienie. Mieli o tyle ułatwione zadanie, że grube warstwy udeptanego z ziemią śniegu zniwelowały rów obronny mający utrudnić dostęp. Na całej
linii obrońcy przystąpili do ostrzału, lecz atakujący, nie zważając na
padające po drodze trupy towarzyszy, parli nieubłaganie do przodu.
Niebawem dziesiątki drabin poruszanych mocarnymi dłońmi, zataczając w powietrzu łuki, opadało do przodu, przytykając pod niewielkim kątem do
płaszczyzny fortyfikacji. Z rutyną właściwą doświadczonym w szturmach
wojowników oblegający sprawiali, że drabiny opadały tak, by ich szczyty
nie wystawały ponad krawędź palisady czy muru, ale nieco poniżej.
Obrońcy nie mogli wówczas odeprzeć drabin do tyłu napieraniem na nie
długimi belkami. Jednocześnie w górę leciały setki grubych lin
zaczepnych, splecionych z kilku solidnych wiązek. Na końcu każda lina
rozczapierzona była na trzy oddzielne sznury, każdy długości pięciu
łokci, otulony skórzaną tuleją oplecioną żelazną siatką podobną misiurce
i zakończony trójzębną żelazną kotwicą. Tuleje dodatkowo chroniły sznur
przed zbyt szybkim i łatwym przecięciem. Na całej długości liny
splecione były co trzy łokcie węzły umożliwiające i ułatwiające
wspinanie się.
Wierzysława obserwowała w napięciu początek natarcia z wysokości pomostu
nadbudówki wznoszącej się pośrodku chodnika korony muru. Wokół niej
zgromadzili się najważniejsi wojownicy z jej drużyny: Burzywił, wojski
Mszałyd dowodzący garnizonem na czas nieobecności księcia, metropolita
Jan z dwoma duchownymi i kilkunastu najznamienitszych przedstawicieli
miasta. Kategorycznie odrzuciła uprzednie błagania Burzywiła, Mszałyda i innych, że nie ma dla niej miejsca w zgiełku walki, gdzie tyle
przeróżnych i niespodziewanych niebezpieczeństw. Że lada jaka strzała
lub oszczep trafić mogą, że wróg się przedrze w każdej chwili, że
pociski z katapult opadać poczną. Osobą i godnością -?ucięła perswazje -
reprezentuje władcę Kijowa, dlatego jej miejsce tutaj, pośród
walczących. Jedynie sędziwy Jan poklepał ją czule po ramieniu, szepcząc:
-?Bóg widzi twą odwagę, córuchno.
Na głos zaś orzekł, że walczącemu ludowi obecność księżniczki niechybnie
odwagi i animuszu doda. Radywoj i Wojdzierz z trudem namówili ją, by
jednak ukryła głowę pod hełmem.
Pierwsze, wstępne niejako natarcie, przeprowadzone zaledwie znikomą
cząstką wojsk oblegających, unaoczniło obrońcom, co ich czeka, gdy do
szturmu, wspomaganego ostrzałem machin miotających, ruszy falami cała
Jarosławowa potęga. Już teraz na wielu odcinkach walczono zażarcie
przeciwko wojownikom wdzierającym się po drabinach i linach. Jan z duchownymi opuścili pomost nadbudówki, spiesząc do katedry. Reszta
pobiegła na chodnik korony, wspierając obronę. Pozostała jedynie księżna
i na krok jej nie opuszczający Wojdzierz z Radywojem.
Burzywił wmieszał się w szereg wojowników nacinających toporami sznury z kotwicami zaczepionymi o krawędzie muru. Rąbał zamaszyście mieczem po
skórzanej tulei jednego z trzech sznurów. Obok niego rosły kijowianin,
uporawszy się zamaszystymi uderzeniami potężnego topora z pierwszym
sznurem, dołączył do niego. Wspólnym wysiłkiem przecięli naprężoną
tuleję i natychmiast zabrali się do ostatniego sznura. Po chwili
przerąbali ostatni element, akurat w momencie, gdy ponad koroną
wychynęła głowa wspinającego się wojownika z twarzą nabrzmiałą od
wysiłku czerwonością. Przecięty sznur wystrzelił w powietrze siłą
naprężenia, zrywając Burzywiłowi hełm z głowy. Główna lina, utraciwszy
ostatni z trzech zaczepów, przepadła za murem, pochłaniając w głębinie
uczepionych niej oblegających. Kierowany ciekawością Burzywił wychylił
się instynktownie poza koronę. Nad głową przeleciała mu rzucona od dołu
potrójna wiązka kotwic kolejnej liny. Nie zdążył uskoczyć przed
błyskawicznie powracającymi w jego kierunku naprężonymi sznurami. Na
szczęście dla niego dwie kotwice utkwiły po jego bokach, zgrzytliwie
zaczepiając o krawędź muru. O wiele mniej szczęścia miał stojący przed
nim wojownik, z którym razem rąbali poprzednią linę. Trzecia kotwica
wbiła mu się ostrzami w plecy na wysokości barków, pociągając go
potężnym naprężeniem liny w kierunku muru. Martwy wojownik przyparł
Burzywiła masą ciała do blanki, z szyi wystawało mu zakrwawione masywne
ostrze kotwicy. Burzywił z przeogromnym wysiłkiem zdołał przecisnąć się
przed zgniatającym go trupem i opaść na kolana. Przetoczył się na bok,
podniósł upadły miecz i zerwał się na nogi. Niewiele brakowało -
pomyślał. Rozglądał się szybko wzdłuż chodnika. Bój wrzał na całej
długości. W gąszczu walczących dojrzał spieszącą w jego kierunku
Wierzysławę z obnażonym mieczem.
Księżnej nie uszła scena, w której potajemny kochanek omal nie stracił
życia. Bez wahania zbiegła z nadbudówki, przebijając się w jego kierunku
z nieodłącznymi Wojdzierzem i Radywojem po bokach. Raptem między
blankami zaroiło się od napastników zeskakujących na chodnik. Pewnie
przystawili kilka drabin obok siebie, których obrońcy nie zdołali
zniszczyć. Wprawdzie wielu wspinających się zginęło od strzał i oszczepów, mimo to spora grupa zdołała tutaj dotrzeć do szczytu muru -
najpierw kilku, po chwili już niemal dwudziestu. Obrońcy przeważali
liczebnie, dali się jednak na ten moment zaskoczyć. Rozpętała się
okrutna walka, napastnicy nie mieli nic do stracenia. Nasza trójka
znalazła się w samym środku zaciętego boju, z tyłu, z przodu, pomiędzy
nimi byli walczący wojownicy. Wojdzierz z wysuniętym mieczem torował
księżnej drogę, podążając przodem, Radywoj osłaniał ją z boku, dzierżąc
w lewej ręce dużą tarczę piechoty, w prawej włócznię. Uderzenie
ciężkiego topora zatrzęsło nim, masywne ostrze wryło się do połowy w tarczę, swobodnie rozczapierzając jej żelazne okucie. Napastnik
pociągnął obiema rękoma stylisko topora. Nie zdążywszy uwolnić ręki,
Radywoj porwany został ciężarem ciągniętej przez napastnika tarczy i utracił równowagę, upadając na lewą stronę. Mimo to zdołał dźgnąć
włócznią do przed siebie, trafiając z na wpół leżącej pozycji pod
obrzeże krótkiego kaftana nabijanego ćwiekami. Podłużne ostrze przeszło
miękko przez warstwy koszul, zagłębiając się całkowicie we
wnętrznościach podbrzusza. Radywoj uwolnił w końcu lewą rękę z zapięć
tarczy, uchwycił oburącz drzewce włóczni, zakręcił nim parokrotnie w obie strony i wyszarpnął gwałtownie. Zdołał zerwać się na nogi, szykując
się do zadania kolejnego ciosu -?niepotrzebnie. Przeciwnik jęknął
boleśnie i padł martwy do przodu. Radywoj, poszukawszy szybko wzrokiem
księżnej, zauważył ją kilkanaście kroków przed sobą. Przed nią Wojdzierz
odpierał ciosy topora wroga. Tymczasem przed Wierzysławą wyrósł
niespodziewanie krępy wojownik z długimi strąkami rudej czupryny
powiewającymi spod hełmu. Rudzielec, zmiarkowawszy przed sobą kobietę w zbroi, roześmiał się. Przesunął rzemień tarczy na plecy, stanął przed
nią na szeroko rozstawionych nogach, rozczapierzył obie ręce, z mieczem
w prawej dłoni, i wrzasnął triumfalnie. Wierzysława zareagowała szybko i instynktownie, działając niczym w transie. Tak jak jej wpoili Radywoj i Wojdzierz, uchwyciła trzon miecza w obie dłonie, wykonała szeroki zamach
poza plecy do tyłu i cięła z wszystkich sił z góry w kierunku wojownika.
Trafiła w spojenie szyi z głową. Skórzany kaptur przypięty do obrzeża
hełmu zniwelował nieco siłę uderzenia, ale nie zatrzymał ostrza, które
przebiło się aż po obojczyk. Z rany trysnęła fontanna krwi. Księżna
wyszarpnęła ostrze. Wojownik mimo ciężkiej rany, jakby nie odczuwając
bólu, nadal obleśnie się uśmiechał. Machinalnie uczynił krok w jej
kierunku, choć ciało już odmawiało mu posłuszeństwa. Wierzysława
wysunęła prawą nogę nieco do przodu i wbiła mu czubek sztychu miecza
pomiędzy otwarte usta obrośnięte kłębami brody. Na ten czas Wojdzierz,
uporawszy się z własnym przeciwnikiem, znalazł się już przy niej.
Przytrzymując rękę księżnej pomógł jej wyszarpnąć miecz z gardzieli
trupa, po czym odkopnął ciało do tyłu. Z lewej strony doszedł do nich
Radywoj, spoglądający ze zdumieniem na rozegraną scenę. Nie wytrzymał,
by nie zakrzyknąć:
-?Księżno, ubiłaś okrutnego wojownika!
-?Pierwszy, którego nasza pani własnoręcznie mieczem pokonała! -
zawtórował mu głośno Wojdzierz.
Jako że grupa napastników, która przedarła się przez mury, została już z powodzeniem odparta, wokół nich zbierali się pozostali obrońcy, wspólnie
wiwatując na jej cześć. Ona sama przysiadła pod ścianą chodnika, ciężko
sapiąc, z leżącym obok na ziemi mieczem, ale nadal zaciśniętym w prawej
dłoni. Wszystko wokół niej docierało jakby zza mgły, nie potrafiła
pozbierać rozkołatanych myśli. Zabiła człowieka, zabiła człowieka-
pulsowało jej nieustannie w głowie. Burzywił przyklęknął obok niej na
jedno kolano, odebrał jej miecz, z trudem powstrzymywał się przed
okazaniem publicznie rozpierającej go troskliwej czułości. Nie mógł
zezwolić na kompromitację księżnej, obojętne, ile lud szemra o ich
romansie. Zerwał się na nogi, podszedł do Wojdzierza i Radywoja, wdając
się z nimi w gwałtowną sprzeczkę. Po chwili dołączyła do nich
Wierzysława sprawiająca wrażenie opanowanej, przynajmniej
powierzchownie.
-?Nasi łucznicy powinni się lepiej wysilić -?orzekła.
-?Łucznicy robią, co mogą -?odparł Burzywił. -?A ty, pani, ryzykujesz
własną osobą...
-?O moich łucznikach mowa? -?Obok pojawił się Mszałyd.
-?Nie znam się na arkanach wojowania. -?Wierzysława, zdjąwszy hełm,
otarła rękawem kaftana pot z czoła. -?Czemu tylu naszych wojowników,
rażąc strzałami i oszczepami z wysokości muru, nie powstrzyma wrogów
wspinających się po drabinach i linach?
-?To lepiej, jakbyście... -?Mszałyd zaciął się z oburzenia, szukając słów.
Burzywił trącił go łokciem w bok, czyniąc ruchem głowy znak ostrzeżenia.
-?Znaczy, szlachetna księżno -?podjął Mszałyd opanowanym głosem -?wyście
nad nami wszystkimi godnością i majestatem, ale zdajcie się, proszę, na
nasze umiejętności wojowania. Ja tylko z nadania księcia obowiązki
wojskiego nad garnizonem Kijowa pełnię. Walczę tym, co mi pozostawiono.
Książę poszedł na bitwę, zabierając najlepsze wojsko, pozostawiając mi
do obrony wysłużonych weteranów, co już konia dosiąść nie podołają, i młodzież z piórek nieoskubaną, która prawdziwego boju dotąd nie zaznała.
Radywoj i Wojdzierz spuścili głowy, udając zainteresowanie własnymi
butami. Burzywił zamierzał już wtrącić, że oprócz garnizonu Kijowa
bronią jeszcze zastępy drużyn bojarów, ale księżna uprzedziła go.
Podeszła do wojskiego, zionąc bliskością piękna, młodości i bitewnego
oparu. Położyła mu rękę na ramieniu w uspokajającym geście.
-?Szlachetny Mszałydzie -?rzekła pojednawczo. -?Ja też uczę się
wojowania, czy tego chcę, czy nie, jak ta młodzież pod waszą komendą.
Mimo, żem niewiasta. Nie bierzcie mych słów za obrazę, lepszego od was
wojskiego nie było nad żadnym grodem Rusi. Czyńcie waszą powinność, jak
najlepiej zdołacie.
Mszałydowi opadły ze zmieszania ramiona.
-?Zezwólcie, łaskawa pani, że do moich obowiązków powrócę -?zdołał
jedynie wystękać.
Walka trwała nadal, aczkolwiek impet szturmu osłabł. Atakujący stracili
do tej pory ponad czterdziestu wojowników, wielu z nich wiło się
wrzaskliwie od odniesionych ran u podnóża muru. Po stronie obrońców
poległo siedemnastu, nie wliczając w to poranionych.
-?To dopiero początek -?zauważył któryś z bojarów. -Prawdziwe piekło
rozpęta się od jutra, a najpóźniej pojutrze. Wtedy do natarcia ruszą
wszystkie siły oblegających. Jarosław pocznie wprowadzać do akcji
kolejne machiny miotające. Niechybnie podprowadzą pod mury wieże
oblężnicze i rozpoczną taranowanie bramy.
-?Czy ja dobrze widzę?! -?zakrzyknął z przejęciem Mszałyd, wskazując
ręką na przedpole.
Od początku szturmu za tylnymi szeregami nacierających usadowiły się w regularnych odstępach grupy łuczników, chronione zniesionymi płotami
piechotnymi, chroniącymi ich przed ostrzałem obrońców. Mszałyd wskazywał
poza linię nieprzyjacielskich łuczników. Na przedpole wyroiło się z obozu osiem ciasno zbitych oddziałów, obładowanych przeróżnym sprzętem i materiałem budowlanym. Grupy rozsunęły się na szerokość przedpola.
Sprawnie zajmowały pozycje bezpośrednio za łucznikami, przystępując do
robót. W ruch poszły łopaty wznoszące nasypy, nad którymi montowano
ciężkie dachy ochronne -?pale powiązane wikliną i pokryte kilkoma
warstwami surowych skór, na które dodatkowo sypano ziemię.
-?Te wineje -?orzekł Mszałyd, używając greckiej nazwy dla konstrukcji
dachowych. -?Są odporne na działanie smoły, wrzącego oleju i innych
płynów palących. A że są zbyt blisko muru, nie trafi ich żadna nasza
katapulta, choćby nie wiadomo jak jej skrócić skręcenie sznura. W najlepszym razie pociski wylądują kilkanaście kroków za nimi.
-?To cofnijmy katapulty nieco do tyłu -?wtrącił ktoś z zebranych. -
Przesuniemy wtedy bliżej pole rażenia.
-?Nie da rady -?zaprotestował szybko Mszałyd. -?Katapulty stoją na samej
krawędzi pierwszych zabudowań, musielibyśmy całe rzędy domostw wyburzyć.
-?Zburzmy domy, obrona grodu ważniejsza -?podsunął zjadliwie stojący
obok wojskiego sędziwy wiekiem wojownik.
-?Ale na co im te głębokie doły dachem chronione? -?dorzucił ktoś.
-?Na co? -?Mszałyd nie krył irytacji. -?Podkopy będą grzebać pod sam
mur, a wtedy... -?nie dokończył, ale obrazowo pomachał dłońmi.
-?Gdzie jest Nurados?! -?Wierzysława usiłowała przekrzyczeć głośną
dyskusję. -?Gdzie jest konstruktor?!
Zamaszyście trzasnęła mieczem w metalowe umbo tarczy przyczepionej do
pleców leżącego u jej stóp trupa któregoś z napastników. Huk uderzenia
sprawił, że co poniektórzy z zebranych zwrócili na nią uwagę.
-?Nurados w warsztatach zbrojeniowych, przegląda kołowroty do balist,
jakieś usprawnienia chce wprowadzić -?wyjaśnił księżnej Radywoj.
-?Zawezwijcie go, natychmiast! -?rozkazała.
-?Nic go nie oderwie od... -?próbował oponować Mszałyd.
Nie słuchając dalej, Wierzysława bez namysłu opuściła zgromadzonych na
koronie muru, rzucając na odchodnym.
-?Sama go sprowadzę. Może geniusz wynalazcy coś tu zaradzi.
Radywoj i Wojdzierz pospieszyli za nią.
Zaledwie postać księżnej zniknęła za załomem wnęki muru kryjącej zejście
z korony, Burzywił oznajmił pozostałym:
-?Poprowadzę wypad, czterdziestu wojowników na koniach powinno
wystarczyć.
Nie czekając na reakcję, pobiegł chodnikiem do innego zejścia, w przeciwnym niż Wierzysława kierunku.
* * *
Nurados, Grek sędziwego wieku pochodzący z arystokratycznego rodu z Konstantynopola, zawdzięczał księżnej życie. Przez wiele lat cieszył się
w stolicy Bizancjum sławą genialnego matematyka, konstruktora i wynalazcy. Usprawniał urządzenia i machiny wojenne, wprowadzał nowe
udoskonalenia, pogłębiał tajniki chemii i fizyki, przekładając je na
coraz przemyślniejsze rozwiązania, do czasu, aż w Bizancjum wybuchła
rewolta możnych rodów przeciwko frakcji cesarskiej. Podczas krwawych
bojów i zamieszek, do których doszło w stolicy, ledwo uszedł z życiem
przed siepaczami Bazylego Bułgarobójcy, przystając w przebraniu do grupy
skandynawskich wojowników powracających z walk na Bałkanach w rodzinne
strony szlakiem Waregów. W Kijowie wielki książę Włodzimierz udzielił mu
azylu, przyjmując na służbę w roli nadwornego budowniczego i wynalazcy.
Przez kilka następnych lat rosły jego sława i zawołanie, do czasu
kolejnych zmagań Włodzimierza z Pieczyngami. Nurados przygotował księciu
kilkanaście pękatych beczek wypełnionych tajemniczą cieczą, zwaną przez
wtajemniczonych greckim ogniem. Straszliwa, niszcząca siła tej
substancji polegała na tym, że raz rozlana nie dała się ugasić, lecz -
co gorsza -?im więcej polewano płonącą powierzchnię wodą z zamiarem
ugaszenia, tym większym ogniem ziała. W opinii kijowian był to diabelski
wynalazek, wzbudzający przestrach i trwogę. I stało się najgorsze. Armia
Włodzimierza po przekroczeniu linii grodów obronnych na południe od
Kijowa i dojściu na obszary lasostepów rozłożyła się obozem.
Naprzeciwko, po drugiej stronie płytkiej rzeczki, oczekiwały tysiące
rwących się do walki pieczyńskich wojowników. Nocą szwendające się po
ruskim obozie zapijaczone grupy wojowników przez nieuwagę rozbiły dwie
beczki z greckim ogniem. Rozlewająca się ciecz dotarła do pobliskich
licznych ognisk. Wybuchł straszliwy pożar. Zdezorientowani wojownicy,
nieświadomi niebezpieczeństwa, usiłowali zagasić rozszerzającą się na
namioty pożogę wiadrami wody. Wtedy nastąpiła prawdziwa katastrofa. W mgnieniu oka pożar rozprzestrzenił się na niemal połowę ruskiego obozu,
smażąc w płomieniach dziesiątki spanikowanych wojowników. Włodzimierz z trudem opanował chaos i rozgardiasz i z resztkami armii musiał czym
prędzej wycofać się do Kijowa. Na kogoś trzeba było zrzucić winę,
chociażby dla uratowania zawołania i majestatu Włodzimierza. Nuradosa
oskarżono o zdradę, działanie na korzyść wrogów i celowe spowodowanie
śmierci wielu Rusów, w tym niejednego pochodzącego z wpływowych
bojarskich rodów. Książę nie miał wyboru. Pechowego Greka wrzucono do
lochów, skazując na śmierć przez rozerwanie końmi. Wtedy Wierzysława,
młoda jeszcze dziewczyna świeżo poślubiona Światopełkowi, wstawiła się
przed teściem i... dopięła swego. Nurados zamieszkał nieopodal komnat
księżnej, pozbawiony wszelkich funkcji i dochodów. Ale zachował życie,
będąc odtąd na utrzymaniu swej wybawicielki. Niedługo potem nastąpił
burzliwy okres, synowie wielkiego księcia wszczęli bunt przeciwko ojcu.
Splot wydarzeń spowodował, że Włodzimierz wszystkich wtrącił do
więziennych cel: Wierzysławę, jej męża, a swego przybranego syna
Światopełka, Nuradosa i biskupa Rainberna, kapelana księżnej. Wkrótce
Włodzimierz zmarł w trakcie wyprawy karnej przeciwko Jarosławowi i ponownie wszystko się zmieniło. Światopełk i Wierzysława zapanowali nad
Kijowem, Nurados powrócił do łask...
Księżna stąpała ostrożnie po schodach prowadzących na chodnik korony
muru. Podtrzymywała Greka pod łokciem, objaśniając mu po drodze
wydarzenia na przedpolu i zaniepokojenie działaniami oblegających. Gdy
dotarli do grupy dowodzących i wyjrzała przez wyłom blanki muru, mogła
już tylko bezczynnie obserwować szaloną eskapadę jej umiłowanego.
Szturm praktycznie dobiegł końca. Rzesze luźnych gromad wojowników
wycofywały się bezładnie w stronę obozu, ciągnąc ze sobą poranionych
towarzyszy. Podnóże muru zalegały szczątki drabin, zwoje skłębionych
lin, żałosne szczątki pozostałego zniszczonego sprzętu i uzbrojenia,
wymieszane z ciałami poległych. Zajęci własnym losem uciekający nie
zwracali uwagi na kijowską grupę wypadową.
Burzywił na czele czterdziestu trzech wojowników zbliżał się szybkim
galopem dojednego z siedmiu podejrzanych wykopów. Na trzydzieści kroków
przed celem wysunięci z przodu jeźdźcy miotnęli włóczniami. Czterech
zajętych na zewnątrz pracą wojowników padło trupem, przebitych kilkoma
ostrzami naraz. Jeźdźcy zaryli konie, wzniecając tumany białoszarej
kurzawy. Zeskakiwali na ziemię, zamierzając pieszo zaatakować
nieprzyjaciół skupionych wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w wykopie,
pod narzuconym nań dachem.
Wierzysława zacisnęła z napięcia palce na grani muru, wstrzymując niemal
oddech.
Niespodziewanie na obrzeżu szerokiego wykopu zaroiło się od wychylonych
hełmów z wystawionymi łukami. Po chwili chmara strzał pokryła grupę
Burzywiła. Za pierwszą salwą poszły druga i trzecia. Zanim
zdezorientowani kijowianie zdążyli zareagować, większość z nich leżała
trupem lub wiła się w agonii, nafaszerowana strzałami. Burzywił i kilku
pozostałych, którzy jeszcze mogli utrzymać się na nogach pomimo trafień,
usiłowali dobiec do wierzchowców. Na próżno. Czwarta salwa z łuków
dokończyła dzieła. Z wykopu wypełzali wojownicy. Jedni zajęli się
okiełznaniem wystraszonych koni, inni mieczami i toporami dobijali
rannych kijowian. Tak zginął Burzywił.
* * *
Piętnastego dnia oblężenia ryjący pod ziemią tunele nowogrodzianie
dopięli swego. Przekopali się pod mur. W mozolnie wydrążone kanały w ławie podstawy muru upakowali łatwopalne materiały i ciecze. Po
podpaleniu wszystkiego nawet nie zdążyli umknąć. Ogień strawił drewniane
konstrukcje, w powstałe luki poczęły zapadać się zaprawy i kamienie
podstawy. Około czterdziestu kroków na prawo od bramy fragment muru
zatrząsnął się potężnie, zrzucając na dół kilkunastu obrońców, po czym
zapadł się niemal do połowy w ziemię. Z podnóża, niczym z podziemi,
wypełzły kłęby gęstych dymów, spowijając wszystko ciemną opoką zmieszaną
z tumanami wzniesionego kurzu. Zanim opadły na dobre, murem ponownie
wstrząsnęły konwulsyjne drgania. W ogłuszającym grzmocie odpadających z zapraw kamieni resztki muru rozszczepiły się pośrodku, tworząc szeroką
na dwa kroki szczelinę wypełnioną u spodu hałdami gruzu, kamieni, drewna
i ciał poległych.
Jarosław rzucił w stronę wyłomu trzymane dotąd w rezerwie oddziały
skandynawskich najemników, za nimi sześć setek nowogrodzkiej piechoty.
Jednocześnie wzmógł nacisk ataku na bramę i ostrzał z katapult.
Kijowianie nie zdzierżyli ataku na wyłom. Pomimo bohaterskiej obrony do
wnętrza grodu wlewały się kolejne fale nacierających. W mieście wybuchła
panika. Mszałyd nie zdołał zaprowadzić porządku pośród obrońców. W bezładnej bieganinie zmieszanych nawzajem walczących i tłumów ludności
cywilnej nikt już nie troszczył się o bramy prowadzące do dwóch
pozostałych pierścieni obronnych. Niebawem oddziały oblegających
wtoczyły się już do wewnętrznego kręgu grodu.
Wierzysława z mieczem w dłoni pobiegła w południowym kierunku, do
dzielnicy żydowskich kupców, gdzie wznosiła się wieża z ukrytą
Tugorkaną. W panującym chaosie i zgiełkunie dosłyszała nawoływań
Radywoja, Wojdzierza i pozostałych drużynników usiłujących dotrzymać jej
kroku. Co rusz drogę zastawiały im grupki walczących. Księżna niczym w transie parła do przodu, kilkakrotnie ścinając mieczem zastawiających
jej drogę wojowników Jarosława.
Na przedpolu wieży toczył się zacięty bój. W stłoczonej kotłowaninie
wojowników Pieczyngowie bronili się mężnie przed naporem Waregów i nowogrodzian. Cofali się na całej linii w kierunku schodów wejściowych,
padając pokotem pod naciskiem furii atakujących. Oceniwszy szybko
sytuację, Wierzysława pobiegła w kierunku przylegającego do wieży
drewnianego domu, pociągając za sobą drużynę. Wbiegli po schodach na
drugą kondygnację, wybili pokrywę w polepie, wydostając się na dach.
-?Tam! -?krzyknęła księżna, wskazując mieczem okno wieży zabite klapą na
wysokości półczłowieka od dachu domostwa.
Podważona klapa odpadła z trzaskiem. Wdzierali się do środka wieży,
zeskakując z parapetu okna w połowie szerokich schodów prowadzących na
najwyższe piętro. Prosto w środek toczącej się walki. Warescy wojownicy
zdołali od dołu dotrzeć aż tutaj, niektórych dojrzeć można było już na
obszernej galerii u szczytu schodów w zaciekłym zmaganiu z pieczyńskimi
wojownikami. W zamęcie, zgiełku i wrzawie mało kto zwrócił uwagę na
pojawienie się intruzów z uzbrojoną w miecz kobietą. Wierzysława uparcie
parła w górę schodów. Radywoj i Wojdzierz torowali jej przejście,
ścinając mieczami każdego, kto świadomie czy nie zastawił im drogę.
Reszta drużyny asekurowała księżnę od tyłu, powstrzymując napór zarówno
Waregów, jak i Pieczyngów.
Księżna, dotarłszy do galerii, bez namysłu skierowała się w kierunku
ostatnich drzwi na lewo. Przez szpiegów wiedziała doskonale, gdzie
przebywa nałożnica Światopełka. Przeskoczyła przez leżącego trupa, cios
toporem, na szczęście tępą stroną, trafił ją w ramię, wytrącając z ręki
miecz. Siła uderzenia rzuciła nią o ścianę. Nie tracąc przytomności i nie zważając na tępy ból w ramieniu, skierowała się w stronę leżącego
miecza. Radywoj odrąbał wojownikowi rękę z toporem, rzucając go na
kolana. Poprawił zamachem z góry, przepoławiając głowę powyżej ucha.
Wojdzierz przyskoczył do księżnej z wysuniętym w prawicy mieczem,
rozglądając się szybko na wszystkie strony. Jakiś Pieczyng rzucił w niego nożem. Wojdzierz instynktownie zdołał się uchylić, wyskoczył do
przodu i wbił mu czubek broni w gardło. Tymczasem Wierzysława porwała
miecz i wtargnęła do komnaty.
Dwa kroki za progiem omal, nie potknęła się o leżące martwe ciało. Mały,
może pięcioletni chłopiec z toporem wbitym pośrodku piersi. Musi to być
bękart Światopełka i tej wiedźmy -?przemknęło jej przez myśl.
Pod przeciwległą ścianą dwóch Waregów zmagało się z nałożeniem pęt
krzyczącej i wijącej się Tugorkanie. Jeden, oparty o grubą drewnianą
kolumnę, trzymał ją w żelaznym uścisku ramion, drugi szykował się do
nałożenia sznura.
Pierwsza dojrzała ją Tugorkana. Krzyk przeszedł w dziki wrzask. Stojący
plecami do Wierzysławy wojownik nawet nie zdążył odwrócić głowy -?z karkiem przeszytym sztychem miecza począł opadać bezwiednie na kolana.
Drugi puścił mimowolnie miotającą się kobietę, która odskoczyła na bok,
w stronę stołu. Wierzysława zamachem miecza z prawej strony głowy
zamierzała ciąć go wskroś twarzy. Nieopatrznie brzeszczot utkwił w drewnie belki. Mocowała się z wyrwaniem broni, spozierając w ułamku
chwili na wykwitający na twarzy wojownika uśmiech. Sięgał ręką po miecz
u pasa.
-?Padaj! -?zabrzmiało donośnie po polsku.
Instynktownie przygarbiła się, rzuciła na prawe ramię i przetoczyła.
Podążający za nią drużynnik wbił Waregowi topór w spojenie kolczugi na
piersi, rzucając go na kolana. Przysiadł na nim okrakiem i poderżnął
nożem gardło.
Wierzysława zerwała się na nogi dwa kroki przed stołem. Tugorkana
wyszarpniętym skądś długim nożem o zakrzywionym ostrzu machnęła w poprzek, celując w jej twarz, zadrapała ją jedynie płytko na czole.
Księżna, zebrawszy się w sobie, chwyciła machinalnie za pieczyngowski
oszczep wiszący na ścianie obok stołu, zrywając go z umocowań. Zanim się
odwróciła, Tugorkana biegła już w stronę wyjścia. Wierzysława miotnęła
oszczepem, przykuwając ją do drewna kolumny na wysokości brzucha.
Podeszła do wiotczejącej w konaniu Tugorkany.
-?Odchodź do waszych wyrodnych piekieł, czarownico -?powiedziała.
Podanym przez Radywoja mieczem przebiła jej pierś.
-?Uciekamy! Księżno! -?nawoływał Wojdzierz. -?Zaraz wtargną Waregowie i pozostali Pieczyngowie!
Wierzysława miotała się nerwowo po komnacie, rozpatrując na wszystkie
strony.
-?Pani, za czym szukacie? -?Zdenerwowanie udzielało się Radywojowi.
Pozostali z drużyny wyglądali na galerię i schody, gdzie nadal trwał
bój.
-?Nasi wojownicy cofają się do góry, Pieczyngowie i Waregowie chyba
pomiarkowali naszą obecność! -?doleciało z krawędzi galerii.
-?Mam! -?zakrzyknęła Wierzysława.
Zza ciężkiej skrzyni wydobyła pieczyngowską krótką dzidę z nabitym u podstawy ostrza końskim łbem. Prawdziwy koński łeb, spreparowany i zasuszony, z rozwartymi ślepiami i wyszczerzonymi białymi zębami. Między
włosy wplecione były sznury z kolorowymi szmatkami i klejnotami.
-?Zawijajcie w szmaty! Zabieramy ze sobą! -?nawoływała.
-?Teraz to już się na dół do okna nie przebijemy -?zawyrokował Radywoj.
-?Drugie okno jest za alkową! Tam, za parawanem! Będziemy skakać na
dach! Szybko!
Po drodze Wierzysława zerwała spod szaty martwej Tugorkany bogato
zdobiony cienki pas z pochwą. Wsadziwszy do pochwy dziwaczny sztylet
wielkości niemal pół miecza, którym zabita wyryła jej uprzednio rysę na
czole, pobiegła w stronę zasłony do alkowy.
-?To też zabieram! -?krzyknęła.
Zdołali ujść z wieży, skacząc na dach przylegającego budynku. Na
zewnątrz nadal trwał okrutny bój. Rozglądali się możliwościami
przedarcia się na południe, w stronę bram. Wierzysława nakazała, by
łapali konie. Bez szans. Wszędzie tłok i walki. Starli się z grupami
kijowskich wojowników pędzących w przeciwnym kierunku.
-?Nie ma drogi ucieczki! -?krzyczał ktoś przerażonym głosem. -?Wojsko
Jarosława zablokowało wszystkie ulice! Rzeź!
-?Na co nam konie?! -?Wojdzierz złapał księżnę za ramię. -?Nie
przedrzemy się!
Wierzysława w namyśle masowała się ręką po czole, rozmazując
zakrwawienie rany.
-?Do katedry! -?nakazała. -?Nawet Jarosław nie poważy się na
zbezczeszczenie bożego domu. Patriarcha udzieli nam tymczasowego azylu.
-?Dalej nie przejdziemy! -?zakrzyczał Radywoj, gdy dobiegli w pobliże
katedry stojącej na lekkim wzniesieniu. -?Wszędzie mnóstwo nowogrodzian!
-?Tam. -?Wierzysława wskazała boczną uliczkę. -?Obejdziemy od tyłu, jest
boczne wejście do kruchty między wnękami filarów.
Dotarcie na tyły katedry okazało się niebezpiecznym przedsięwzięciem.
Wszędzie wokół pożary. Płonące niczym stogi siana budynki, szczątki
drewnianych konstrukcji walące się na wąskie uliczki. Na teren musiało
spaść dużo pocisków zapalających rzucanych na miasto przez katapulty.
Wejście zawalały spiętrzone drewniane belki, jeszcze mieniące się żarem.
Przeciskali się szczeliną do środka, dusząc się z braku powietrza. Przed
nimi otworzył się ginący w ciemnościach wąski korytarz o kamiennych
ścianach.
-?Za nami wejście się zawala! -?doleciały z tyłu rozpaczliwe okrzyki.
Widocznie któryś z pobliskich domów zapadł się całkowicie w kierunku
filarów. W ogłuszającym grzmocie i trzasku wojownicy na końcu kolumny
pchali panicznie pozostałych do przodu, usiłując ujść przed walącymi się
fragmentami korytarza. Po trzydziestu krokach grupa dotarła do
niewielkiej komnaty przylegającej do kruchty. Na wpół uchylone drzwi
ukazywały majaczące w oddali wnętrze katedry od strony prezbiterium,
rozświetlone nikłymi płomykami kilkunastu świec.
-?Pusto -?stwierdził Radywoj, rozglądnąwszy się. -?Oprócz wielebnego
Jana przy ołtarzu. Gdzieś od przodu zgiełk potężny dolatuje, patriarcha
tam wpatrzony, modły intonuje.
-?Do środka! -?nakazała Wierzysława, energicznie popychając kolejnych
wojowników. -?Czekaj! -?złapała jednego z ostatnich za ramię. -
Pilnujesz tego, jakbyś mojego życia strzegł. -?Podała mu dzidę z zatkniętym końskim łbem owiniętym pledem. -?Szybko, za nimi! -?popędziła
stojącego za nią Wojdzierza.
-?O nie, księżno, ktoś musi osłaniać was od tyłu.
-?Od tyłu śmierć nadchodzi! -?krzyknęła, łapiąc go silnie za zwisającą z hełmu kolczą misiurkę i pociągając w swoją stronę.
Korytarz, którym przybyli zawalił się całkowicie, zapadła się połowa
dachu kruchty, pomieszczenie wypełnił stos spiętrzonego gruzu, kamieni i drewna. Spomiędzy szczelin wypełzały kłęby dymu i zapierające dech
smrody spalenizny.
Zbierali się przy ołtarzu, nieco w oddali od Jana. Wierzysława
przeliczyła szybko oddział: ona sama, Wojdzierz, Radywoj i jeszcze
szesnastu polskich rycerzy. Ostatnich szesnastu z jej przybocznej
drużyny.
-?Odcięło nam jedyną drogę -?marudził Wojdzierz.
-?Ma rację, spójrzcie, księżno, wzdłuż nawy -?wskazał jej Radywoj.
Przy rozwartych połowach wrót toczyła się walka.
A jednak Jarosław poważył się na zaatakowanie katedry lub wojownicy
dokonali tego samowolnie, bez jego wiedzy. Zaledwie trzech zbrojnych z kijowskiego garnizonu uparcie broniło się przed naporem przeważającej
masy. Długie przejście między rzędami ław zawalały trupy odciągnięte
spod wrót.
Patriarcha, zaprzestawszy modlitw, wpatrywał się w nich z przerażeniem.
Rozpoznawszy Wierzysławę, uchwycił się obiema rękoma kamiennej krawędzi
stołu ofiarnego, ponownie mamrocząc modlitwy. Księżna złapała go silnie
za ramiona, potrząsając nimi:
-?Dlaczego?! Dlaczego atakują dom boży?!
-?Nie wiem, córuchno -?wystękał Jan. -?To nie ludzie Jarosława, to biesy
jakoweś, dzicz z piekielnych otchłani na wschód od Nowogrodu, z maskami
zwierząt na głowach...
-?Do boju! -?Księżna, wyszarpnąwszy miecz z pochwy, ruszyła do przodu. -
Wyprzeć wroga poza wrota!
Natarcie świeżych sił zmieniło obraz walki. Zaskoczeni napastnicy dali
się wyprzeć na zewnątrz. Natychmiast przystąpiono do zawierania wrót,
odsuwając trupy między ławy. Jan trącił Wierzysławę ślimakowato
zwiniętym zakończeniem pastorału.
-?Wychodzę na zewnątrz -?orzekł zdecydowanym tonem. -?Nie powstrzymasz
mnie! -?zaoponował, gwałtownie otrząsając się z uchwytu księżnej. -?Nie
poważą się na majestat metropolity! Zatrzymam ich na tyle, byście wrota
od wewnątrz zawrzeć zdołali.
Zamknęli za nim obie połowy, nasunęli poprzecznie grubą kłodę na żelazne
uchwyty. Pozsuwali resztę trupów na przejście między ławami, robiąc
wolne miejsce. Ściąganymi na sztorc ławami podpierali na ukos wrota.
-?Długo im zejdzie, zanim się przerąbią -?zauważył ktoś z drużyny. -?Dla
nas to żaden ratunek, jesteśmy zagnani w pułapkę.
-?Z każdej pułapki jest wyjście -?odparła bezwiednie Wierzysława,
rozglądając się po wnętrzu katedry.
Jedno z górnych wąskich okien rozpękło się z trzaskiem. Do wnętrza
wpadły zajęte ogniem kule zbitego siana. Za nimi poleciały trzy gliniane
dzbany. Roztrzaskały się w połowie lewego rzędu ław, rozlewając wokół
gęste ciecze. Natychmiast w górę strzeliły wysokie płomienie, liżąc
łapczywie zeschłe drewna.
-?Spalą nas! -?rozległy się okrzyki.
-?Pod ołtarz!
Pozostałymi oknami do środka wpadały kolejne dzbany z cieczami, zapalone
łuczywa i kule siana. Jęzory szybko rozprzestrzeniającego się ognia
sięgały już miejscami szczytów spojenia ścian nawy z dachem. Niebawem z góry poczęły opadać z hukiem części dachowej konstrukcji, roztrzaskując
się na ziemi w kłębach ognia i dymu.
Jarosław w otoczeniu kilkuset wojowników i przybocznej drużyny dotarł
pod katedrę. Budynek stał już niemal całkowicie w płomieniach, z wysokości niewielkiego wzniesienia dojrzeć możny było przepastną dziurę
po zapadłym dachu.
Drużynnicy księcia odgonili włóczniami skłębione przed wejściem gromady
wojowników. Jarosław przyklęknął przy sponiewieranym Janie. Zarzucił mu
własny płaszcz obszyty futrami na obdarte z szat plecy, dopomagając
powstać.
-?Łapać dzicz! -?nawoływał Jarosław. -?Obatożyć, co dziesiątego na pal!
Ojcze świątobliwy -?zwrócił się czule do patriarchy.
-?Spójrz, co żeś na nas zesłał. -?Łkając, patriarcha wpatrywał się
przepełnionym bólem wzrokiem w gorzejącą katedrę.
-?Nigdy bym na to nie zezwolił! Samowola...
-?Nasienia diabła tu wpuściłeś.
Jarosław zżymał się wewnętrznie, tłumiąc narastające wzburzenie.
-?To tylko wojownicy z mroźnych ostępów, mieli zakaz...
-?Przez ciebie zginęła księżna.
Jarosław zdrętwiał.
-?Biedula, tam w zgliszczach spopielona. -?Jan skinął głową.
-?Wierzysława? -?zdołał jedynie wystękać Jarosław.
-?Córka Bolesława...
Jarosław pozostawił go, podchodząc do stojącego za plecami Rogniewa,
zaufanego doradcy.
-?Słyszałeś, to koniec-?powiedział.
-?Gorzej. Przed chwilą doniesiono mi, że ciało Tugorkany zwisa na
oszczepie przybitym do kolumny komnaty.
-?Dwie ważne ptasznice uleciały mi z ręki... nakaż dokładne przeszukanie
zgliszczy katedry, niech sprowadzą tutaj Budego.
Rozbito rozżarzoną czerwienią bramę. Na zewnątrz buchnęła spowita masa
dymu i płomieni, uderzając żarem gorąca przyczajonych przed wejściem
wojowników. Dwaj z przodu ze spopielałymi twarzami padli na ziemię,
konając w konwulsjach.
-?Tam jak w wielgachnym piecu, panie -?doniesiono stojącemu w rozkroku
nad klęczącym Budym Jarosławowi. -?Wszystko zamienione w tlące ogniami i żarem popielisko. Smród spalonych ciał...
-?Dość! -?przerwał książę. -?Budy, najchętniej wrzuciłbym cię do środka
za twą głupotę i niespełnienie rozkazu.
-?Natych...
-?Miałeś dwoma oddziałami przebić się do księżnej i Tugorkany, pojmać je
i uchronić przed zdziczałymi hordami! Chełpiłeś się, że znasz miasto jak
nikt inny!
-?Za późno, panie łaskawy...
-?Zejdź mi z oczu! Rogniew -?zwrócił się do doradcy, gdy zostali sami. -
Służ mądrą radą... Wierzysława miała być poręką układów z jej szalonym
ojcem...
-?O Tugorkanie zapomnijmy. -?Rogniew rozglądał się z namysłem. -
Przebita oszczepem i z rozoraną przez miecz piersią... nie odwrócimy tego,
bo wielu naocznie widziało. Ale z księżną... w pogorzelisku spopielonych
resztek ciał nie odróżnisz... Możemy na czasie zyskać.
-?Jak?
-?Sprytnym oszustwem. Omamimy wszystkich tu zebranych łącznie z patriarchą.
-?Zajmij się omamianiem, ja wysyłam natychmiast podjazdy na południe od Kijowa. Jeżeli Wierzysława jakimś cudem się wydostała żywa, mogła tylko próbować ucieczki na południowy wschód od Dniepru.