Na pewno? - Paweł Leśniak

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Noc le­ni­wie ustę­po­wała dniu. Było cie­pło, lecz nie duszno. Na nie­bie za­miast gra­na­to­wej czerni, za ko­ro­nami drzew wy­kwi­tła czer­wona smuga, za­czy­nało się prze­ja­śniać. W ciem­nym, gę­sto splą­ta­nym le­sie nie było nic wi­dać, istna ściana omsza­łych ko­na­rów, po­mię­dzy któ­rymi wi­siała mgła, przez co po­wie­trze miało wil­gotny po­smak. Tu­taj wciąż było ciemno, gdzieś w za­ro­ślach skro­bały i chro­bo­tały małe gry­zo­nie, mię­dzy drze­wami bez­sze­lest­nie prze­la­ty­wały po­lu­jące na owady nie­to­pe­rze.

Tym, co nie na­le­żało do od­gło­sów noc­nej na­tury, były szyb­kie, prze­peł­nione stre­sem od­de­chy kilku męż­czyzn.

Sztych ło­paty wsu­nął się w ubitą zie­mię tylko do po­łowy. Ścięty na je­żyka około trzy­dzie­sto­letni męż­czy­zna w roz­pię­tej ciem­nej ko­szuli z krót­kim rę­ka­wem kop­nął na­rzę­dzie bu­tem, ale usły­szał je­dy­nie szorstki dźwięk twar­dej bla­chy ry­su­ją­cej na­tra­fiony ka­mień. Po­wtó­rzył za­mach jesz­cze dwa razy, ale twarda gleba nie chciała pu­ścić. Wi­docz­nie w ziemi mu­siał znaj­do­wać się więk­szy głaz, a tego nie bę­dzie w sta­nie omi­nąć. Wy­cią­gnął sztych, a łyżka syp­nęła zie­mią na jego buty, co wy­raź­nie go zde­ner­wo­wało. Pod­niósł z trawy la­tarkę, któ­rej świa­tło było skie­ro­wane bez­po­śred­nio na ko­pany rów. Trzep­nął nogą kil­ka­krot­nie, by zrzu­cić z obu­wia nad­miar ziemi.

- Co ro­bisz?! - upo­mniał go drugi męż­czy­zna, sto­jący z nim w tej sa­mej dziu­rze. Miał ogo­loną głowę, był wy­soki i do­brze zbu­do­wany, co wy­raź­nie pod­kre­ślała jego ob­ci­sła, biała ko­szulka, za­po­cona już pod pa­chami. Na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nał ki­bola. - Kop, nie ma czasu - rzu­cił i spoj­rzał nie­pew­nie w kie­runku li­nii drzew, jakby się oba­wiał, że ktoś miałby stam­tąd wyjść.

- Cze­kaj, całe buty mam uje­bane - od­parł tam­ten, zde­ner­wo­wany, i na­dal otrze­py­wał ubru­dzony but.

Łysy męż­czy­zna, sto­jąc w dziu­rze wy­ko­pa­nej do wy­so­ko­ści po­łowy uda, ma­chał ło­patą raz za ra­zem i wy­sy­py­wał zie­mię na usy­paną już kupę. Jemu ro­bota szła płyn­nie. Ten w roz­pię­tej ko­szuli nie prze­sta­wał ma­chać nogą, jakby chciał zrzu­cić z niej na­zbyt pod­nie­co­nego psa. Syp­nął zie­mią na spodnie ki­bola.

- Patrz, kurwa, co ro­bisz! - wark­nął ki­bol i od­wró­cił się w jego stronę, uno­sząc pięść nad głowę.

- Sorry, sorry.

- Po­spiesz się, bo bę­dziemy mieli prze­je­bane. - Znów po­wiódł wzro­kiem w to samo ciemne miej­sce.

- Nie mu­sisz mi mó­wić. - Krótko ob­cięty wbił ło­patę w in­nym miej­scu, tym ra­zem we­szła bez trudu. - On to po­wi­nien ko­pać, nie my - sap­nął.

Skie­ro­wał tar­czę świa­tła na dwa me­try od nich wy­soką trawę. Le­żał tam, na pra­wym boku, męż­czy­zna. Jego ręce i nogi zwią­zano gru­bymi sznu­rami, na głowę za­rzu­cono czarny ma­te­riał, który prze­wią­zano wo­kół szyi. Miał na so­bie spla­miony krwią pod­ko­szu­lek, a na skó­rze ślady przy­pa­leń, sińce i krwiaki. Jego dło­nie, owi­nięte w czer­wone od na­siąk­nię­tej krwi ban­daże, po­zba­wione były pal­ców. To wszystko było do­wo­dem tor­tur, ja­kich do­świad­czał przez ostatni czas. Le­żał nie­ru­chomo po­mimo gry­zą­cych go ko­ma­rów i stada bzy­czą­cych nad głową much. Trząsł się jed­nak ze stra­chu, jakby za­ma­rzał.

- Spójrz na niego, wy­gląda ci na ko­goś, kto byłby w sta­nie wy­ko­pać rów? Chłop le­dwo od­dy­cha. - Ki­bol wbił ło­patę w zie­mię i wró­cił do ro­boty. - Kop.

Fa­cet z roz­piętą ko­szulą prze­tarł spo­cone czoło i przy­świe­cił la­tarką na trze­ciego z jego to­wa­rzy­szy, który cho­dził tam i z po­wro­tem, pró­bu­jąc się gdzieś do­dzwo­nić.

- I co? - zwró­cił się do niego z py­ta­niem.

Jed­nak chudy męż­czy­zna w za du­żej blu­zie i za­ło­żo­nym na głowę kap­tu­rze nie zwró­cił na niego uwagi. Na zmianę przy­kła­dał te­le­fon do ucha i zer­kał na wy­świe­tlacz. Miał prze­krwione oczy, sze­ro­kie te­raz ze stresu jak pię­cio­zło­tówki. W końcu po­ło­żył dłoń na gło­wie i się za­trzy­mał, zer­ka­jąc ner­wowo w las, do­kład­nie w tym sa­mym kie­runku, w któ­rym pa­trzył przed mo­men­tem ki­bol. Obaj upew­niali się, czy ni­kogo tam nie ma. Czy nikt za nimi nie szedł.

- I co? - po­no­wił py­ta­nie pierw­szy z męż­czyzn.

- Jajco! Nie wi­dzisz, że nikt nie od­biera?! - wy­buch­nął. - Nie wkur­wiaj mnie!

- Se­rio nikt nie ode­brał? Ani razu? - do­cie­kał. - Za­wsze od­bie­rają.

- Nikt - od­parł chu­dzie­lec i wziął głę­boki wdech. Ze stra­chu był blady jak duch. - Mamy prze­je­bane, kurwa, no... prze­je­bane. Trzeba było go zo­sta­wić. Kurwa. To miała być pro­sta ro­bota... - Kop­nął ro­snące nie­opo­dal po­krzywy.

- To może go wy­pu­śćmy?

Łysy i chudy spoj­rzeli na niego jed­no­cze­śnie.

- Po­je­bało cię? Pój­dzie na psy i wszystko po­wie. Ro­bimy, co było ga­dane - rzu­cił ogo­lony na łyso mię­śniak i wró­cił do ko­pa­nia.

- Prze­cież nic nie wi­dzi przez ten wór. Stary, po­myśl, je­żeli...

- Ty może prze­stań już my­śleć, co? Kop i się za­mknij - syk­nął ten z te­le­fo­nem. - Typ jest pro­ble­mem, trzeba się go po­zbyć. Trupa nie da się prze­słu­chać. Za­ko­piemy go i spier­da­lamy stąd jak naj­da­lej, za­nim tu przyjdą. Moja noga ni­gdy wię­cej nie po­sta­nie w tym mie­ście - mó­wił szybko, nie­wy­raź­nie. - Po­każ­cie, ile wy­ko­pa­li­ście. - Pod­szedł bli­żej rowu i po­świe­cił la­tarką. - Chuj - skon­klu­do­wał. - Musi wy­star­czyć.

- Jest za płytko - od­parł łysy. - Dziki go wy­ko­pią...

- Mam to w du­pie. Nie mamy czasu. - Skie­ro­wał się do le­żą­cego na tra­wie chło­paka. - Wsta­waj.

Szar­piąc go za rękę, zmu­sił do tego, by usiadł. Po­rwany za­czął się mo­dlić. Po­zo­stała dwójka wy­szła z rowu i otrze­pała ubra­nia z ziemi. Chudy w kap­tu­rze prze­ła­do­wał pi­sto­let i przy­ło­żył lufę do czoła ofiary.

Wtedy usły­szeli po­dej­rzany trzask ga­łęzi gdzieś w mroku lasu. Do­cho­dziło z miej­sca, na które co chwila zer­kali ze stra­chem w oczach. Wszy­scy kuc­nęli i wy­ce­lo­wali w kie­runku, skąd do­szedł od­głos, jed­nak w ciem­nej gę­stwi­nie ni­czego nie mo­gli do­strzec. Cze­kali. Na­słu­chi­wali sze­le­stu po­ru­sza­nych przez wiatr li­ści, łza­wego po­cią­ga­nia no­sem prze­ra­żo­nego do szpiku zwią­za­nego męż­czy­zny, gdzieś w po­bliżu o swej obec­no­ści przy­po­mi­nała sowa.

Męż­czy­zna z roz­piętą ko­szulą po­woli, bez agre­syw­nych ru­chów się­gnął po la­tarkę, która na­dal oświe­tlała rów. Po­pa­trzyli po so­bie spo­ceni i ze­stre­so­wani do gra­nic, przy­tak­nęli na znak go­to­wo­ści.

Wy­ce­lo­wał świa­tłem w li­nię drzew, ale to, co uj­rzeli w ni­kłej po­świa­cie la­tarki, spra­wiło, że na uła­mek se­kundy wstrzy­mali od­de­chy...

ROZ­DZIAŁ 1

Su­mie­nie

Nie po­win­nam była tego ro­bić, to był błąd" - pro­wa­dząca sa­mo­chód dziew­czyna o czar­nych jak noc wło­sach się­ga­ją­cych jej ra­mion nie mo­gła uspo­koić my­śli, które te­raz, roz­wrzesz­czane i prze­ska­ku­jące jedna przez drugą jak stado my­szy w zbyt cia­snej no­rze, nie po­zwa­lały jej się wy­ci­szyć. Je­chała Drogą Kró­lew­ską w kie­runku Pusz­czy Nie­po­ło­mic­kiej, od­da­la­jąc się po­woli od Kra­kowa. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta druga, było ciemno, a roz­pę­dzony sa­mo­chód mi­nął ostat­nie świe­cące la­tar­nie i za­nu­rzył się w mroku lasu, który, miała wra­że­nie, chciał po­chło­nąć ją na za­wsze. Może to i le­piej? Może wła­śnie na to so­bie za­słu­żyła? Spoj­rzała na lu­sterko wsteczne - ostat­nie świa­tła mia­sta od­da­lały się od niej, a czerń za­le­wała wszystko ni­czym po­wódź.

Re­flek­tory sa­mo­chodu rzu­cały żółty blask, roz­świe­tla­jąc ulicę po­ro­śniętą z obu stron so­sno­wym la­sem. Prawa lampa była słab­sza i mo­men­tami mru­gała. Agata nie włą­czyła ra­dia, nie miała ochoty ni­czego słu­chać, roz­ko­ja­rzy­łoby ją to. Nocna at­mos­fera za­chę­cała do za­głę­bie­nia się we wła­snych my­ślach, pod­czas gdy pod­świa­do­mość szep­tała jej do ucha ko­lejne ne­ga­tywne ko­men­ta­rze i kry­ty­ko­wała za de­cy­zję, którą mu­siała pod­jąć. Tym ra­zem jed­nak nie po­tra­fiła się z nią spie­rać. Nie po tym, co zro­biła. Koła po­jazdu wyły głu­cho, sil­nik die­sla ter­ko­tał ci­cho, a mi­jane krzaki szu­miały, pchane po­dmu­chem wia­tru.

Na­gły, ośle­pia­jący blask oraz wy­cie klak­sonu nad­jeż­dża­ją­cego z na­prze­ciwka SUV-a prze­ra­ziły dziew­czynę, gwał­tow­nie wy­trą­ca­jąc ją z za­my­śle­nia. Ener­gicz­nie od­biła kie­row­nicą w prawo, wra­ca­jąc na swoją stronę jezdni. Czuła, jak lekko za­rzu­ciło tylną osią jej sa­mo­chodu, ale szybko od­zy­skała kon­trolę. Serce za­biło jej moc­niej, dło­nią prze­tarła pot z czoła. Jed­nak jej re­ak­cja nie była spo­wo­do­wana unik­nię­ciem czo­ło­wego zde­rze­nia czy spoj­rze­niem kie­rowcy, który wwier­cał w nią roz­złosz­czony wzrok, gdy się mi­jali. Nie dzi­wiła mu się, za­re­ago­wa­łaby tak samo. Choć po tym, czego przed chwilą się do­pu­ściła, nie była już pewna, czy zna sie­bie tak do­brze, jak się jej wy­da­wało.

Wy­jazd z Kra­kowa był trudny. Trudno wska­zać ja­ki­kol­wiek mo­ment, w któ­rym po­ru­sza­nie się sa­mo­cho­dem w tym mie­ście na­le­ża­łoby do przy­jem­no­ści. To miała już jed­nak już za sobą. Nie je­chała szybko, zwol­niła na­wet odro­binę, roz­glą­da­jąc się uważ­nie, bo od strony po­bo­cza w każ­dej chwili mo­gło wy­sko­czyć ja­kieś zwie­rzę. Ko­rony drzew za­ko­ły­sały się lekko, po­ru­szane wia­trem. Miej­sce, do któ­rego się kie­ro­wała, od­wie­dziła już dwa razy, jed­nak za­wsze do­cie­rała tam w dzień i nie chciała w ciem­no­ści prze­ga­pić zjazdu. Z na­prze­ciwka, zza łuku, nad­je­chał ko­lejny sa­mo­chód, ale przez zbyt wy­soko usta­wione świa­tła, które ra­ziły ją w oczy, nie umiała roz­po­znać jego marki. Od­wró­ciła de­li­kat­nie głowę w prawą stronę, tak by mi­ja­jący kie­rowca jej nie za­pa­mię­tał. Każdy świa­dek był dla niej za­gro­że­niem. Gdy po­jazd prze­je­chał obok, od­pro­wa­dziła go wzro­kiem w lu­sterku.

Po­czuła, że znów zbiera się jej na wy­mioty. Stres i po­czu­cie winy były nie­mal nie do znie­sie­nia, a chęć, by się za­trzy­mać, za­wró­cić i za­prze­stać tego wa­riac­twa, na­ra­stała. Jej twarz ro­biła się cie­pła i zimna na zmianę, siły opusz­czały jej ręce, które i tak już drgały, jakby stała bez kurtki na siar­czy­stym mro­zie. Po­now­nie zer­k­nęła w lu­sterko - nikt jej nie śle­dził, jed­nak mu­siała mieć pew­ność. Wska­zówka pręd­ko­ścio­mie­rza w czar­nym Audi A4 wska­zy­wała sto dwa­dzie­ścia na go­dzinę, na­ci­snęła więc pe­dał ha­mulca, by zwol­nić.

Chwy­ciła moc­niej kie­row­nicę i zer­k­nęła do pod­ło­kiet­nika, gdzie znaj­do­wał się pi­sto­let, który ku­piła nie­le­gal­nie wła­śnie do ta­kich ak­cji jak ta. Wie­działa, że się z tego nie wy­wi­nie, że od­po­wie za wszystko, czego dziś się do­pu­ściła. Nie­spo­dzie­wa­nie za­dzwo­nił te­le­fon, ode­brała go trzę­sącą się dło­nią.

- Już do­jeż­dżam. Tak. Tak jak się uma­wia­li­śmy.

Roz­mówca roz­łą­czył się bez po­że­gna­nia, a ona odło­żyła ko­mórkę.

Las był mo­no­tonny, wręcz nudny, re­flek­tory po­jazdu oświe­tlały cza­jące się na po­bo­czu gry­zo­nie, które bły­skały roz­ja­rzo­nymi srebr­nymi oczami. Ko­lejny owad trza­snął w przed­nią szybę, roz­bry­zgu­jąc się w zie­loną maź. Wtedy za­uwa­żyła zjazd i ta­bliczkę "Te­ren pry­watny". Zwol­niła i skrę­ciła w prawo. Ła­twiej roz­po­znała tę drogę, niż na po­czątku są­dziła. Mi­ja­jąc wy­so­kie so­sny, nie wci­skała mocno pe­dału gazu, choć po­winna przy­je­chać jak naj­szyb­ciej. Wie­działa, że już na nią cze­kają. Serce i żo­łą­dek, które po­de­szły jej do gar­dła, były jed­nak in­nego zda­nia. Nie łu­dziła się, że to uczu­cie kie­dy­kol­wiek mi­nie, była ra­czej prze­ko­nana, że bę­dzie jej to­wa­rzy­szyło za każ­dym ra­zem, gdy zbliży się do tego miej­sca.

Wy­je­chała zza li­nii drzew i uj­rzała ogromny dom sto­jący w od­dali na ogrom­nej działce, która ze swym roz­mia­rem spo­koj­nie mo­głaby być grun­tem rol­nym; i pew­nie nim była, w końcu wła­ści­ciel nic so­bie nie ro­bił z prze­pi­sów. Przy­spie­szyła, a ża­ło­sny dźwięk sła­bego die­sla za­wył i pchnął ma­szynę do przodu. Dwu­pię­trowa willa, z kil­koma za­okrą­gle­niami na ro­gach i wy­so­kimi spi­cza­stymi da­chami, oświe­tlona była przez wiele punk­to­wych lamp, które wy­ce­lo­wano w jej ściany. Wy­glą­dała ni­czym mu­zeum albo inny ważny dla tu­ry­stów bu­dy­nek. Świa­tła pa­liły się nie­mal w każ­dym oknie, a na po­se­sji stały już dwa inne po­jazdy. Z tej od­le­gło­ści przy­po­mi­nała ob­raz pi­ja­nego ar­ty­sty ma­lu­ją­cego mia­sto nocą na czar­nym płót­nie. Tylko co ar­chi­tekt miał na my­śli?

Agata wje­chała na dzie­dzi­niec przez otwartą już bramę, która z gło­śnym, me­ta­licz­nym zgrzy­tem au­to­ma­tycz­nie za­częła się za­my­kać; kle­kot pra­cu­ją­cej zę­batki do­cie­rał na­wet do sa­mo­chodu. Wy­ło­żony kostką pod­jazd oświe­tlony był ni­czym pas star­towy, lampki ogro­dowe, wy­sta­jące tuż nad zie­mią, świe­ciły punk­towo do środka. Try­ska­jące zra­sza­cze, krę­cąc się do­okoła wła­snej osi, na­wad­niały ide­al­nie przy­strzy­żoną trawę. W ślad za ich de­li­katną mgiełką szedł przy­jemny, rześki za­pach wody i mo­krej trawy. Przed pło­tem po­sa­dzono tuje, które ro­sły pro­sto ni­czym sto­jący na bacz­ność, ra­mię w ra­mię, woj­skowi we­te­rani, i nie po­zwa­lały zo­ba­czyć ni­czego, co się dzieje na po­se­sji. Ob­je­chała małą fon­tannę znaj­du­jącą się na środku pod­jazdu i za­trzy­mała się na wy­so­ko­ści drzwi wej­ścio­wych.

Nie zga­siła sil­nika, tylko wyj­rzała przez brudną od za­bi­tych owa­dów szybę. Żółć po­de­szła jej do gar­dła, a dło­nie ner­wowo za­ci­skały kie­row­nicę. Gdy ze­brała się w so­bie, by wy­siąść, w drzwiach wej­ścio­wych willi po­ja­wił się ni­ski, młody męż­czy­zna, wy­ta­tu­owany od nad­garst­ków aż po szyję. Spo­tkała go już wcze­śniej, ale jesz­cze wię­cej o nim sły­szała i były to rze­czy naj­gor­sze. Chło­pak spo­glą­dał na nią z cwa­niac­kim uśmie­chem. No­sił grzywkę przy­ciętą do po­łowy czoła jak od garnka i złoty kol­czyk w no­sie. Przy­po­mi­nał nie­do­szłego ame­ry­kań­skiego ra­pera.

Kry­stian był sy­nem szefa. Roz­pusz­czony chło­pak z prze­ro­śnię­tym ego, które nie znaj­do­wało po­twier­dze­nia w jego do­ko­na­niach czy umie­jęt­no­ściach, lecz było je­dy­nie pu­stym po­czu­ciem wyż­szo­ści i wła­dzy nad in­nymi, któ­rzy mu­sieli go słu­chać ze względu na po­zy­cję jego ojca. Ubrany był w sze­roką, ja­sną ko­szulkę i szer­sze dżinsy, które wsu­nął w buty się­ga­jące nad kostkę. Z jego szyi zwi­sały cien­kie, złote łań­cuszki. Mach­nął do niej ręką, na­ka­zu­jąc, by zo­stała w sa­mo­cho­dzie. Był ostat­nią osobą, którą Agata miała ochotę dzi­siaj spo­tkać.

Przy drzwiach stał rów­nież wy­soki i do­brze zbu­do­wany ochro­niarz, ubrany w czarne spodnie i czarny pod­ko­szu­lek opi­na­jący jego sze­roki bi­ceps ob­sy­pany prysz­czami od nad­miaru ste­ry­dów w or­ga­ni­zmie. Minę miał po­ważną pod­kre­śloną przez kwa­dra­tową szczękę. Od­pro­wa­dził Kry­stiana, nie wcho­dząc przy tym na kostkę pod­jazdu, po któ­rej za­zwy­czaj po­ru­szały się auta, a ten po­chy­lił głowę, by się przyj­rzeć dziew­czy­nie i upew­nić, czy jest tą, za którą się po­daje.

Agata była dziew­czyną o du­żych, zie­lo­nych, oko­lo­nych gę­stymi na­tu­ral­nymi rzę­sami oczach i wą­skim no­sie upstrzo­nym kil­koma le­dwo wi­docz­nymi pie­gami. Gdy opu­ściła szybę, po­czuła rześki za­pach do­cho­dzący od strony ogro­do­wych zra­sza­czy, ale tę woń szybko stłu­miły słod­kie per­fumy wy­ta­tu­owa­nego męż­czy­zny, który oparł się o drzwi kie­rowcy i na­chy­lił w jej kie­runku. Zer­k­nął na tylne sie­dze­nie, ale ni­kogo tam nie do­strzegł. Agata pa­trzyła przed sie­bie jak ma­ne­kin. Sta­rała się nie przy­glą­dać jego ta­tu­ażom, wśród któ­rych można było zna­leźć je­dy­nie czaszki i zwią­zane sznu­rami po­ra­nione, na­gie ko­biety w ob­le­śnych sek­su­al­nych po­zy­cjach.

- Masz? - spy­tał, po­chy­la­jąc się głę­biej.

- Mam - od­po­wie­działa krótko.

Spoj­rzał na jej kar­mi­nowe usta. Gdy mó­wiła, na jej po­licz­kach two­rzyły się atrak­cyjne do­łeczki. Kiw­nął głową do ochro­nia­rza.

- Ja­kiś pro­blem? - rzu­ciła.

- A co? Lu­bisz pro­blemy? - Pu­ścił do niej oczko, zer­ka­jąc wul­gar­nie na usta. Po­cią­gnął za klamkę w drzwiach, pod­no­sząc za­mek. - Po­jadę z tobą.

- Do­kądś je­dziemy? Mia­łam przy­je­chać tu­taj.

- Zo­ba­czysz. - Ob­szedł auto i wsiadł na fo­tel pa­sa­żera. Uśmiech­nął się do niej pełną gębą. Jego czarna grzywka się za­ko­ły­sała, a złote łań­cu­chy i bran­so­letki za­brzę­czały, gdy się­gał do drzwi, by je za­mknąć. Zaj­rzał jesz­cze za fo­tele, po czym usiadł pro­sto i wcią­gnął po­wie­trze no­sem, po­cie­ra­jąc go pię­ścią, i wy­pchnął po­li­czek ję­zy­kiem. Nie­trudno było za­uwa­żyć, że był pod wpły­wem ja­kiejś psy­cho­ak­tyw­nej sub­stan­cji. - Kurwa... - rzu­cił na­gle pod no­sem. Wy­cią­gnął pi­sto­let, który go uwie­rał, i po­ło­żył na de­sce roz­dziel­czej.

Agata od­wró­ciła głowę, igno­ru­jąc jego za­cho­wa­nie. Wie­działa, z kim ma do czy­nie­nia. Każdy miał czarną prze­szłość, dla szefa pra­co­wali naj­gorsi, ja­kich ten mógł zna­leźć, ale Kry­stian był naj­okrut­niej­szy z nich, sa­dy­styczny i nie­obli­czalny. Za­wsze spra­wiał kło­poty, więc nikt nie lu­bił z nim pra­co­wać. Sie­działa sztywno, nie chciała pro­wo­ko­wać nie­przy­jem­nych sy­tu­acji.

Po­ło­żył dłoń na jej udzie i za­ci­snął lekko.

- Ob­jedź fon­tannę i kie­ruj się za dom - po­wie­dział z uśmie­chem.

- Nie po­my­li­łeś mnie z któ­rąś ze swo­ich dzi­wek? - żach­nęła się. - Za­bie­raj rękę. - Spoj­rzała na niego zło­wrogo i za­częła od­dy­chać gło­śniej i szyb­ciej.

Kry­stian par­sk­nął i za­brał dłoń. Trzy­mał ją przez chwilę unie­sioną i z sze­roko otwar­tymi oczami wpa­try­wał się w Agatę. Sa­pał przez nos jak byk. Serce dziew­czyny przy­spie­szyło, nie wie­działa, czy ten czło­wiek znów znęca się nad nią psy­chicz­nie, czy też ma za­miar ją ude­rzyć. On jed­nak usiadł w końcu pro­sto, jak gdyby nic się nie wy­da­rzyło.

- No jedź. Na chuj tu sto­isz - prych­nął, jakby to był żart.

Dziew­czyna zwol­niła ha­mu­lec ręczny, wrzu­ciła bieg i ru­szyła. Ob­je­chała fon­tannę i skrę­ciła w wą­ską drogę wy­ło­żoną kostką, po bo­kach któ­rej ro­sły przy­strzy­żone ży­wo­płoty się­ga­jące na wy­so­kość bio­dra do­ro­słego męż­czy­zny. Pół­łu­kiem ob­je­chała willę, po czym prze­je­chała pod szpa­le­rem wy­so­kich krze­wów, łą­czą­cych się na gó­rze i two­rzą­cych tu­nel. Zna­la­zła się przed czte­rema ga­ra­żami, obok któ­rych stało dwóch ko­lej­nych mię­śnia­ków. Wszy­scy ubrani byli tak samo i byli rów­nie bar­czy­ści, co ochro­niarz sprzed głów­nego wej­ścia.

- Tam. - Kry­stian wska­zał pal­cem na otwarte drzwi ga­ra­żowe, dru­gie od pra­wej.

Agata wje­chała do środka i za­par­ko­wała obok czar­nego Po­rsche Car­rera 911 oraz li­mu­zyny Mer­ce­desa w tym sa­mym ko­lo­rze. Za­trzy­mali się, a dziew­czyna cze­kała na dal­sze in­struk­cje.

- No gaś to auto, bo za­raz bę­dzie je­bać w ca­łym domu - burk­nął z wy­rzu­tem.

Wy­szedł z audi i trza­snął mocno drzwiami, aż nim za­trzę­sło. Krzyk­nął coś na przy­wi­ta­nie do ko­lej­nego pra­cow­nika cze­ka­ją­cego przy drzwiach do domu. Agata wy­szła z sa­mo­chodu i do­strze­gła jesz­cze je­den po­jazd sto­jący za mer­ce­de­sem, zie­lony SUV, któ­rego marki nie umiała roz­po­znać. Wy­glą­dał na bar­dziej przy­sto­so­wany do jazdy w te­re­nie niż po mie­ście. Wi­działa ślady krwi na zde­rzaku, za­raz za tyl­nym ko­łem. Nie było ich dużo, kilka kro­pel i ście­żek spły­wa­ją­cych w dół, ale wy­star­cza­jąco, by wie­dzieć, na co się pa­trzy.

- Za­uwa­ży­łaś coś, co ci się po­doba, sło­neczko? - rzu­cił Kry­stian. - Nie ma zwie­dza­nia. Ro­bota czeka. - Kla­snął.

- Ej! - Zza jego ple­ców uniósł się ni­ski ton, jakby pit­bull prze­mó­wił ludz­kim gło­sem. - Nie klaszcz z klamką w dłoni, bo wy­strzeli. Myśl tro­chę.

Kry­stian uniósł ręce w ra­mach prze­pro­sin, po czym ukło­nił się jak po za­koń­czo­nym spek­ta­klu. Agata się­gnęła za ba­gaż­nik. Tym, który go skar­cił, był Mi­rek, prawa ręka szefa. Je­dyna osoba poza Oj­cem, któ­rej Kry­stian zmu­szony był się słu­chać. Fa­cet był przed pięć­dzie­siątką, śred­niego wzro­stu, miał na so­bie czarną ma­ry­narkę i czarny pod­ko­szu­lek, spod któ­rego wy­sta­wał mu mię­sień piwny. Zgo­lony na je­żyka, miał też dużą na­rośl na gór­nej war­dze.

- Cze­kaj! Do­kąd to?! - syk­nął Kry­stian, zwra­ca­jąc się do Agaty jak do gów­niary, a w tym sa­mym mo­men­cie drzwi ga­ra­żowe strze­liły i za­częły się za­my­kać au­to­ma­tycz­nie. Gdy się za­trza­snęły, wy­ta­tu­owany chło­pak uśmiech­nął się jak psy­chol i kiw­nął do niej głową, by kon­ty­nu­owała. Otwo­rzyła ba­gaż­nik, a w środku uj­rzeli dzie­więt­na­sto­let­niego chło­paka. Nogi i ręce zwią­zane miał szarą ta­śmą, na gło­wie za­ło­żony czarny wo­rek, i dy­go­tał z prze­ra­że­nia. Ubrany był w dżinsy i ciemny pod­ko­szu­lek, po­pi­ski­wał głu­cho, a jego szyb­kie od­de­chy no­sem sły­chać było na­wet przez ma­te­riał, który po­ru­szał się w rytm wy­py­cha­nego z ust po­wie­trza.

- Twoja prze­syłka. Ty dźwi­gaj. - Kry­stian uprze­dził jej myśl.

Na­chy­liła się i zła­pała po­rwa­nego za rękę, ale ten się wy­rwał i pi­snął ze stra­chu.

- Nie utrud­niaj. Oni nie są tak mili jak ja - szep­nęła.

Wy­grze­bała go z ba­gaż­nika i po­pro­wa­dziła w kie­runku wej­ścia do domu. Chło­pak, mimo iż był po­słuszny, krę­cił głową prze­cząco i mam­ro­tał przez skle­jone ta­śmą usta. Strach ha­mo­wał wszyst­kie bodźce do­cie­ra­jące do mó­zgu, które wo­łały, by ucie­kał. Wy­obraź­nia, pra­cu­jąca te­raz na naj­wyż­szych ob­ro­tach i na­pę­dzana ad­re­na­liną, pod­rzu­cała mu wi­zje naj­gor­szych kar, ja­kie go cze­kały za próbę ucieczki. Prze­szli przez ko­ry­tarz wy­ło­żony mar­mu­ro­wymi płyt­kami, wzdłuż któ­rego stały do­su­nięte do ściany za­mknięte szafy z prze­suw­nymi drzwiami, śmier­działo w nim gumą i pla­sti­kiem. Mi­nęli ko­tłow­nię, aż do­tarli do miej­sca, które przy­po­mi­nało sa­lon; uno­sił się tam in­ten­sywny za­pach sma­żo­nego kur­czaka.

Czarna, skó­rzana ka­napa w kształ­cie li­tery "L", znaj­du­jąca się na środku po­miesz­cze­nia, mo­gła po­mie­ścić sześć osób. Na­prze­ciwko drew­nia­nego sto­lika ka­wo­wego usta­wiona była druga, dwu­oso­bowa, z tego sa­mego kom­pletu. Za ka­na­pami ocze­ki­wało dwóch ochro­nia­rzy. W rogu sa­lonu znaj­do­wał się jesz­cze mały ba­rek z wy­su­nię­tym bla­tem do wy­da­wa­nia na­po­jów, oprócz niego za­uwa­żyć można było te­le­wi­zor za­wie­szony na ścia­nie, drew­niany ba­rek i dwoje za­mknię­tych drzwi. Miej­sce przy­po­mi­nało luk­su­sowe miesz­ka­nie z dwoma sy­pial­niami. Agata się do­my­ślała, że drzwi pro­wa­dziły do sy­pialni i ła­zienki. Miej­sce wy­glą­dało jak przy­go­to­wane dla go­ści, roz­świe­tlone przy­tłu­mio­nym, cie­płym świa­tłem z lamp za­wie­szo­nych na ścia­nach, mi­go­tli­wych jak pło­myki świec.

Na ka­na­pie sie­działo dwóch męż­czyzn, obaj byli w wieku około sześć­dzie­się­ciu lat. Ta­de­usz Wy­żeł o pseu­do­ni­mie "Oj­ciec", star­szy i za­ra­zem naj­waż­niej­szy, ob­gry­zał udko z kur­czaka nad pla­sti­ko­wym opa­ko­wa­niem, w któ­rym do­star­czono mu je­dze­nie na wy­nos. Męż­czy­zna miał na so­bie czarne spodnie od gar­ni­turu i luźną białą ko­szulę, któ­rej gu­ziki z wiel­kim wy­sił­kiem utrzy­my­wały jego duży brzuch. Jej rę­kawy były w tej chwili pod­wi­nięte, a roz­pięte pod szyją trzy gu­ziki od­sła­niały owło­sioną klatkę pier­siową. Na tłu­stym palcu wska­zu­ją­cym no­sił ma­sywny złoty sy­gnet z ciem­nym ka­mie­niem, prze­su­wał po nim od­ru­chowo kciu­kiem w przód i w tył. Krót­kie i szare jak po­piół włosy, w które wci­nały się wy­raźne za­kola, ustę­po­wały ły­si­nie na czubku głowy. Na po­marsz­czo­nej twa­rzy ry­so­wała się cała ciężka i mroczna hi­sto­ria jego ży­cia. Oczy miał ciemne i zmę­czone, skóra pod nimi wręcz wi­siała jak małe wo­reczki. Był gładko ogo­lony, a cha­rak­te­ry­styczna, duża dolna warga za­cho­dziła mu na górną, przez wy­su­niętą żu­chwę.

Drugi z męż­czyzn to był nar­cy­styczny i am­bitny Igor Wa­si­lew­ski o pseu­do­ni­mie "Kie­row­nik", i to wła­śnie jego Agata znała ze swych zle­ceń. Roz­ma­wiali głów­nie przez te­le­fon. Miał bar­dzo re­gu­larne rysy twa­rzy, przez co wy­glą­dał jak ma­ne­kin - prze­ni­kliwy wzrok, gę­ste brwi i wą­ski, ko­biecy nos. Przez dłu­gie, spięte w kitkę czarne włosy i sta­ran­nie przy­strzy­żony za­rost wy­glą­dał, jakby miał hisz­pań­skie ko­rze­nie. Spod czar­nej, dro­giej ko­szuli wi­dać było mie­dzia­no­brą­zową skórę, opa­loną na so­la­rium, która kon­tra­sto­wała z bia­łymi jak cu­kier zę­bami. Czer­wone wy­pieki na twa­rzy zdra­dzały jego za­mi­ło­wa­nie do al­ko­holu i uży­wek, dzie­lone na równi z za­mi­ło­wa­niem do płci prze­ciw­nej, co każ­dego dnia ce­le­bro­wał od­wie­dzi­nami kilku pro­sty­tu­tek; na­wet w ta­kiej gru­pie jak ta czło­wiek nie uciek­nie od plo­tek. W le­wej brwi no­sił kol­czyk, a na le­wym nad­garstku cią­żył mu wi­szący luźno złoty ro­lex, który wy­da­wał się zbyt duży na jego chudą rękę. Oglą­dał wła­śnie mecz Wi­sły Kra­ków z Gór­ni­kiem Za­brze, trans­mi­to­wany na żywo w te­le­wi­zji. Przy­pa­dał ostatni ty­dzień sierp­nia, nowy se­zon nie­dawno się za­czął.

Po­ja­wie­nie się w sa­lo­nie no­wych osób nie spra­wiło, że któ­ry­kol­wiek z nich za­prze­stał swo­ich czyn­no­ści. Oj­ciec jadł da­lej, a Kie­row­nik z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem to­nął w wy­da­rze­niach na bo­isku. Ude­rzył dło­nią w ka­napę po nie­uda­nym strzale jed­nego z na­past­ni­ków Wi­sły i za­klął pod no­sem, po czym za­cze­sał włosy do tyłu i po­pra­wił koł­nie­rzyk ko­szuli.

Agata po­sa­dziła chło­paka na ka­na­pie przed męż­czy­znami i sta­nęła obok, cze­ka­jąc na ciąg dal­szy. Nie mo­gła zlek­ce­wa­żyć za­pa­chu ty­sięcy wy­pa­lo­nych w tym miej­scu fa­jek, który jak już wsiąk­nął w ka­napę i w ściany, tak za nic nie da­wał się po­zbyć.

Ta­de­usz Wy­żeł, prze­żu­wa­jąc mięso, wska­zał tłu­stym pal­cem na po­rwa­nego. Kry­stian, jego syn, który za­cho­wy­wał się przy ojcu, jakby był zu­peł­nie inną osobą, wy­cią­gnął po­słusz­nie nóż i z po­wagą roz­ciął chło­pa­kowi wią­za­nia na nad­garst­kach, zdjął wo­rek z głowy, a na­stęp­nie od­kleił ta­śmę z ust. Cof­nął się o dwa kroki i spoj­rzał na ciem­no­włosą dziew­czynę, która w ostat­niej chwili od­wró­ciła wzrok, mimo to za­uwa­żył, że mu się przy­glą­dała.

- Głodny? - spy­tał Oj­ciec i uniósł zmę­czony, po­zba­wiony ja­kich­kol­wiek emo­cji wzrok na prze­stra­szo­nego chło­paka, który pa­trzył w pod­łogę. Rzu­cił w niego ob­gry­zioną kostką z kur­czaka, by mu od­po­wie­dział. Ten wzdry­gnął się, prze­stra­szony, i w szar­pa­nych, krót­kich ru­chach drżał, ocze­ku­jąc ko­lej­nego do­tyku. - Py­tam, czy je­steś głodny? - po­wtó­rzył. - To nie jest trudne py­ta­nie.

- Nie, nie... nie je­stem, prze pana... - od­parł, ale drga­jąca żu­chwa znie­kształ­cała jego słowa. - Pro­szę... ja nie chcę... ja nie wiem...

- Nie chcesz? Nie chcesz czego? - Oj­ciec uniósł py­ta­jąco brwi, a na jego czole po­ja­wiły się głę­bo­kie zmarszczki. - Nie chcesz ze mną ga­dać? Czy może nie chcesz jeść? - Rzu­cił drugą kostką, tra­fia­jąc go w głowę. - Jesz­cze bę­dziesz pro­sił o żar­cie.

Chło­pak po­krę­cił głową prze­cząco i od­dy­chał gło­śno przez nos. Trząsł się, jakby ko­nał z zimna, i marsz­cząc twarz, za­ci­skał po­wieki, by nie otwo­rzyć oczu. Nie był Po­la­kiem, z wy­glądu przy­po­mi­nał Hin­dusa. Był chudy, a z czar­nymi, tłu­stymi wło­sami i ciemną skórą nie przy­po­mi­nał osoby z za­moż­nej ro­dziny.

- Nie otwie­rasz oczu, by nie wi­dzieć mo­jej twa­rzy? - par­sk­nął Oj­ciec i zer­k­nął na wspól­nika, który uniósł je­dy­nie ką­cik ust. - Każdy pies w tym mie­ście wie, jak wy­glą­dam, a kilku zna mnie oso­bi­ście. Nikt nie bę­dzie cię py­tał o ry­so­pis. Mo­żesz na mnie spoj­rzeć.

Jed­nak chło­pak wciąż miał za­mknięte oczy, a jego klatka pier­siowa pod­ska­ki­wała jak pod­czas sprintu.

- Otwórz, kurwa, te oczy, bo każę ci je wy­dłu­bać - wark­nął.

Chło­pak pod­niósł po­wieki w ułamku se­kundy i spo­tkał się wzro­kiem z sze­fem grupy.

Oj­ciec spra­wiał wra­że­nie spo­koj­nego i elo­kwent­nego star­szego pana, jed­nak za tą fa­sadą kryły się straszne czyny, po­nie­waż em­pa­tia wo­bec dru­giego czło­wieka była mu obca. Ję­zy­kiem prze­je­chał po du­żej, dol­nej war­dze, by oczy­ścić ją z tłusz­czu.

- No. - Po­ki­wał głową. - Od razu le­piej - do­dał ła­god­niej­szym już to­nem i kciu­kiem po­ru­szył sy­gnet, ob­ra­ca­jąc go lekko wo­kół palca. Siwy męż­czy­zna lu­bił ten prze­siąk­nięty prze­ra­że­niem wzrok u po­rwa­nych ofiar, które wie­działy, że ich los jest w jego rę­kach. "Nic dziw­nego, że jego syn wy­rósł na sa­dy­stę, skoro miał taki wzo­rzec" - po­my­ślała Agata.

- Ja prze­pra­szać, ale... to po­myłka... - wy­du­sił z sie­bie Hin­dus. Mó­wił po pol­sku, ale miał spe­cy­ficzny ak­cent. - Ja pana nie znam. Ja ni­gdy nie wi­dział...

- Nie. Nie znasz nas, za to my bar­dzo do­brze znamy cie­bie i two­ich ro­dzi­ców. - Wska­zał na niego ob­gry­zioną ko­ścią. - Ob­ser­wu­jemy was już od dłuż­szego czasu.

- Przy­się­gam...

- Na pewno nie je­steś głodny? - prze­rwał mu. - Mamy jesz­cze frytki. Pepsi? - Prze­su­nął po stole pla­sti­kową bu­telkę wy­peł­nioną czar­nym pły­nem, sy­cze­nie ulat­nia­ją­cego się z niej gazu w obec­nej ci­szy nio­sło się jak grze­chot­nik.

- Nie... nie, dzię­kuję... - od­po­wie­dział chło­pak. - Pro­szę... chcę iść wolno...

- Nie masz ochoty - sko­men­to­wał Ta­de­usz, wy­mie­nia­jąc się spoj­rze­niem z Kie­row­ni­kiem, który przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie, mimo iż spra­wiał wra­że­nie po­chło­nię­tego me­czem. - To ja zjem za cie­bie. Nie lu­bię, gdy je­dze­nie się mar­nuje. Kiedy by­łem w twoim wieku - wgryzł się w mięso, po czym mó­wił da­lej, lekko plu­jąc - nie mo­głem so­bie po­zwo­lić na taki obiad. Nie było mnie na to stać. W domu bra­ko­wało pie­nię­dzy, oj­ciec pił, matka... matka w za­sa­dzie też. Ale mniej. Więk­szość czasu spę­dzi­łem na ulicy, ja­dłem u kum­pli, je­żeli mnie za­pro­sili, bo wiesz, chleb był drogi, ale parę zło­tych na flaszkę za­wsze się zna­la­zło. Po­tem po­sze­dłem do ro­boty, za­ro­bi­łem tro­chę pie­nię­dzy i je za­in­we­sto­wa­łem, otwo­rzy­łem biz­nes. Naj­pierw je­den, po­tem drugi. W końcu mo­głem tak jeść co­dzien­nie. - Uniósł nóżkę do ust. - Można? Można. Je­śli się chce. Że­byś je­dząc cie­pły po­si­łek, nie mu­siał się za­sta­na­wiać, kiedy znów bę­dziesz miał taką oka­zję.

- Prze­pra­szać, ale ja nie wiem, co... ja tu nic... ten... - Chło­pak chciał coś po­wie­dzieć, ale stres utrud­niał mu mó­wie­nie po pol­sku.

- Nie ro­zu­miesz, po co cię tu za­pro­si­łem? - Oj­ciec wy­tarł dło­nie w chu­s­teczkę, po czym ją zgniótł w kulkę i wrzu­cił do je­dze­nia. Agata czuła, że at­mos­fera się za­gęsz­cza, zmie­niała się jak niebo tuż przed bu­rzą. Gang­ster się na­chy­lił i oparł łok­cie na ko­la­nach. - Twoi ro­dzice po­cho­dzą z In­dii i są bar­dzo ma­jętni. Po­dasz mi te­raz do nich nu­mer. Je­żeli za cie­bie za­płacą, wy­pu­ścimy cię, je­żeli nie... wła­śnie prze­ga­pi­łeś swój ostatni po­si­łek.

- My nie mamy pie­niądz... nie stać nas... - wy­stę­kał prze­stra­szony i zbladł, krę­cąc głową.

- Wi­dzisz, znowu źle my­ślisz. Bo py­ta­nie, ja­kie twoi ro­dzice po­winni so­bie za­dać, nie brzmi: "czy stać nas na to, żeby za­pła­cić?" - cmok­nął gło­śno - pra­wi­dłowe py­ta­nie to: "czy stać nas na to, by tego nie zro­bić?". - Twarz si­wego męż­czy­zny spo­waż­niała, się­gnął po no­kię. Otwo­rzył klapkę i za­czął na­ci­skać strzałkę, aż w końcu był go­towy. - Pa­mię­tasz nu­mer do swo­jego ojca?

Chło­pak przy­tak­nął. Strach, który trzy­mał jego wnętrz­no­ści w sil­nym skur­czu, spra­wiał, że miał pro­blemy z od­dy­cha­niem.

- Ej, ej... spo­koj­nie, je­żeli będą współ­pra­co­wać, nikt ci nic nie zrobi. - W bez­tro­skim z po­zoru to­nie szefa cza­iło się coś zło­wro­giego. - Nu­mer.

Po­rwany wy­cią­gnął drżący pa­lec i wy­stu­kał na kla­wia­tu­rze kil­ka­na­ście cyfr, a ze­brani wsłu­chi­wali się w pisz­czące dźwięki, różne dla każ­dego przy­ci­sku. Szef za­dzwo­nił i oparł się o ka­napę, wy­dłu­bu­jąc pa­znok­ciem ma­łego palca resztki je­dze­nia spo­mię­dzy zę­bów. Po­pa­trzył na czar­no­włosą dziew­czynę i zmie­rzył ją od góry do dołu.

- Ja mó­wię pierw­szy. - Wró­cił spoj­rze­niem do ob­co­kra­jowca. - Do­piero kiedy skoń­czę, bę­dzie twoja ko­lej. Ro­zu­miesz? - za­py­tał.

Chło­pak przy­tak­nął i po­pra­wił się na ka­na­pie, przy­su­wa­jąc do sto­lika. Zer­k­nął w bok na wredną gębę ubra­nego na czarno ochro­nia­rza i uciekł wzro­kiem. Każdy wsłu­chi­wał się uważ­nie w na­stę­pu­jące po so­bie sy­gnały. Młody Hin­dus zda­wał so­bie sprawę, że ro­dzic nie od­bie­rze o tej po­rze po­łą­cze­nia z ob­cego nu­meru, i za­ła­many opu­ścił głowę. Gdy włą­czyła się poczta gło­sowa, wzdry­gnął się i wy­krzyk­nął na całe gar­dło słowa w ob­cym ję­zyku, któ­rego nikt w po­miesz­cze­niu nie ro­zu­miał.

- Pół mi­liona do­la­rów albo za­biję ci syna. Dwa dni. Cze­kaj na te­le­fon - po­wie­dział su­cho gang­ster. Za­mknął klapkę z hu­kiem i znów po­ru­szył sy­gne­tem. Spoj­rzał pu­stym wzro­kiem na chło­paka, który od­wró­cił głowę, uni­ka­jąc kon­taktu.

- Mia­łeś jedno za­da­nie. Ale nie dziwi mnie to, nie je­steś Po­la­kiem, nie masz jaj.

- Za­brać go? - spy­tał Kry­stian.

- Cze­kaj. - Oj­ciec uniósł rękę, sto­pu­jąc syna, i spoj­rzał na Agatę. - Ty je­steś ta nowa?

Przy­tak­nęła.

- Wiesz, jak dzia­łamy?

- Pra­cuję dla pana już od dzie­wię­ciu mie­sięcy - wy­ja­śniła. - Wiem.

- I chcesz się zaj­mo­wać bar­dziej am­bit­nymi zle­ce­niami?

Przy­tak­nęła po­now­nie.

Siwy zer­k­nął na wspól­nika, który po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

- Za­tem... - pod­jął nie­wzru­sze­nie Oj­ciec i się­gnął po ma­te­riał za­wi­nięty w ru­lon, po czym po­ło­żył go na stole.

Agata go nie za­uwa­żyła, mimo że le­żał obok niego przez cały ten czas. Męż­czy­zna roz­wi­nął go, a po po­miesz­cze­niu roz­szedł się me­ta­lowy dźwięk. Chło­pak za­wył prze­ra­ża­jąco i od­sko­czył ner­wowo, a je­den z mię­śnia­ków zła­pał go za kark i do­ci­snął do ka­napy.

- Nie, pro­szę... pro­szę...! - krzy­czał, bła­ga­jąc o li­tość.

- Siedź pro­sto, bo ci przy­pier­dolę - za­gro­ził mu ochro­niarz, ale chło­pak wy­glą­dał, jakby nic do niego nie do­cie­rało.

- Ty to zro­bisz. - Oj­ciec spoj­rzał na Agatę.

- Bła­gam! - za­wo­łał Hin­dus, a ro­sły fa­cet trza­snął go w tył głowy.

- Siedź, kurwa, po­wie­dzia­łem.

Czar­no­włosa dziew­czyna spoj­rzała na se­ka­tor i na prze­stra­szo­nego chło­paka. Serce przy­spie­szyło jej na­gle, a nogi stały się mięk­kie. Znów po­czuła, że żo­łą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła.

- Mia­łam go tu tylko przy­pro­wa­dzić, nie je­stem od... - za­częła się tłu­ma­czyć.

- Tak szybko pę­kasz? - Ta­de­usz Wy­żeł zwró­cił się do wspól­nika: - Kiero, mó­wi­łeś, że ona się na­daje. Jak ty lu­dzi re­kru­tu­jesz?

Męż­czy­zna z za­cze­sa­nymi do tyłu wło­sami prze­rwał oglą­da­nie me­czu i wy­łą­czył te­le­wi­zor. Usiadł pro­sto, oparł łok­cie na ko­la­nach, po czym ode­zwał się do Agaty, pa­trząc na nią z byka:

- Spła­ci­łem twoje długi. Sama chcia­łaś tę ro­botę. No to ją masz. Je­steś od tego, by za­bez­pie­czać na­sze in­te­resy, a to jest za­bez­pie­cze­nie in­te­resu. - Wska­zał na sto­lik. - Bierz se­ka­tor i tnij.

- Może od­ro­bić ina­czej. - Kry­stian nie wy­trzy­mał i sko­men­to­wał, uśmie­cha­jąc się idio­tycz­nie. Jed­nak na­tych­miast spo­waż­niał, wi­dząc kar­cący wzrok ojca i jego wspól­nika. Nie byli w na­stroju do żar­tów.

- Nie mu­szę po­su­wać się tak da­leko, by­ście wie­dzieli, że je­stem lo­jalna - cią­gnęła upar­cie dziew­czyna.

- Wszy­scy są lo­jalni, do­póki pro­ku­ra­tor nie za­pro­po­nuje im do­ży­wo­cia. Wtedy czę­sto na­cho­dzą ich wąt­pli­wo­ści. Na­to­miast je­żeli ko­goś za­bi­jesz albo po­peł­nisz cięż­kie prze­stęp­stwo, nie mo­żesz otrzy­mać sta­tusu świadka ko­ron­nego. Wtedy, na­wet gdy­byś chciała, nie pójdą z tobą na układ. Tak jak mó­wi­łem... za­bez­pie­cze­nie in­te­resu. - Uniósł se­ka­tor i trza­snął nim o stół. - Tnij!

- Niech zrobi to ktoś inny. Mogę pro­wa­dzić ne­go­cja­cje lub do­star­czyć prze­syłkę, je­żeli... - wy­rzę­ziła, ale nie zdą­żyła do­koń­czyć.

- Kurwa. Nie wiesz na­wet do­kąd. - Kie­row­nik wszedł jej w słowo i wy­raź­nie się de­ner­wo­wał. - I nie po­wiem ci ni­czego, do­póki nie będę wie­dział, czy mogę ci za­ufać. Dla­tego młody przy­je­chał naj­pierw tu­taj, a nie od razu do po­zo­sta­łych.

Dziew­czyna stała jak wryta. Nie miała po­ję­cia, jak po­winna się za­cho­wać, gdy ze­brani spo­glą­dali na nią ni­czym sępy cze­ka­jące na jej ostatni od­dech. Zbie­rała my­śli, jed­nak cier­pli­wość męż­czyzn wy­pa­ro­wała jak po­ranna mgła.

- Za­bierz­cie ją - rzu­cił gang­ster w bia­łej ko­szuli, miał dość.

Ochro­nia­rze po­de­szli do dziew­czyny, żeby ją od­pro­wa­dzić.

- Zro­bię to - po­sta­no­wiła pew­nie i z tru­dem prze­łknęła ślinę.

- Nie! Bła­gam! Tata za­płaci! Po­ży­czy pie­niądz...!

Trzy­mali go moc­niej, te­raz już we dwóch. Agata za­cze­sała włosy za uszy i po­de­szła do sto­lika, a po­tem zła­pała za na­rzę­dzie. Gu­mowe rączki były grube, a sam se­ka­tor był ciężki, prze­zna­czony do cię­cia naj­tward­szych ga­łęzi. Od­blo­ko­wała kciu­kiem za­bez­pie­cze­nie i otwo­rzył się ze zgrzy­tem ocie­ra­ją­cych się o sie­bie ostrzy.

- Trzy­maj­cie go - roz­ka­zał Kie­row­nik.

Ochro­nia­rze szarp­nęli dzie­więt­na­sto­let­nim ob­co­kra­jow­cem, rzu­cili go na sto­lik i do­ci­snęli do me­bla jego klatkę pier­siową. Po czym pod­ło­żyli pod rękę chło­paka ma­te­riał, cały czas trzy­ma­jąc za nad­gar­stek.

- Tata za­płaci! Za­płaci! Za­dzwoń do niego...! Jesz­cze raz za­dzwoń!

- Nie martw się - po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem szef grupy, ob­ra­ca­jąc kciu­kiem sy­gnet na palcu. - Wszy­scy płacą.

Agata wsu­nęła mały pa­lec ofiary po­mię­dzy ostrza se­ka­tora, a chło­pak roz­sze­rzył oczy w prze­ra­że­niu. Mię­śniak wsa­dził mu ma­te­riał do ust, by nie prze­gryzł so­bie ję­zyka z bólu. Dziew­czyna wzięła wdech, zda­wała so­bie sprawę z tego, że nie jest mniej prze­ra­żona od ofiary, po­czuła jed­nak na­gły skok ad­re­na­liny, która prze­kie­ro­wała całą jej siłę do dłoni. Od­dech nie zwal­niał. Za­mknęła oczy, marsz­cząc twarz, go­towa do cię­cia. Kry­stian roz­sze­rzył gębę w uśmie­chu i z pod­nie­ce­nia za­ci­skał i roz­luź­niał pię­ści.

- Bła­gam! Bła­gam! - wrza­snął przez szmatę przy­trzy­my­wany na­sto­la­tek.

Wtedy za­dzwo­nił te­le­fon, prze­ry­wa­jąc całe zda­rze­nie.

Wszy­scy spoj­rzeli na wi­bru­jącą na stole ko­mórkę. Ta­de­usz uniósł te­le­fon i za­uwa­żył na wy­świe­tla­czu nu­mer ojca chło­paka, który od­dzwa­niał po od­słu­cha­niu wia­do­mo­ści. Hin­dus i Agata ode­tchnęli z ulgą, oboje li­czyli na to, że chwi­lowo są ura­to­wani. Siwy męż­czy­zna od­wró­cił te­le­fon ty­łem, otwo­rzył pla­sti­kową obu­dowę i wy­jął ba­te­rię oraz kartę, którą na­stęp­nie zła­mał w pal­cach. Po­ło­żył wszystko na sto­liku i wska­zał na dziew­czynę, by kon­ty­nu­owała. Chło­pak otwo­rzył sze­roko oczy, sze­fo­wie nie mieli za­miaru od­pu­ścić.

Agata prze­stała roz­my­ślać i po­go­dziła się z tym, czego miała się do­pu­ścić. Nie było wyj­ścia - gdyby od­mó­wiła, naj­praw­do­po­dob­niej skoń­czy­łaby jak on. Za­ak­cep­to­wała to, że bę­dzie mu­siała prze­kro­czyć gra­nice swo­jej mo­ral­no­ści, czego obie­cała so­bie ni­gdy nie ro­bić. Za­częła in­ten­syw­nie od­dy­chać, sta­ra­jąc się wznie­cić w so­bie siłę woli.

- Od­suń się - po­wie­dział na­gle Mi­rek, jako je­dyny ma­jący na so­bie ma­ry­narkę, po czym za­brał jej z rąk na­rzę­dzie. Zła­pał nad­gar­stek chło­paka, bez mru­gnię­cia okiem szyb­kim, pew­nym ru­chem za­mknął se­ka­tor i od­ciął mu pa­lec tuż przy na­sa­dzie.

Wrzask bólu opu­ścił gar­dło po­rwa­nego i roz­ciął ci­szę pa­nu­jącą w po­koju. Ob­co­kra­jo­wiec się rzu­cał, tłu­kąc ko­la­nami i ręką o blat i od­su­wa­jąc no­gami ka­napę. Wy­da­wał z sie­bie okropne, stłu­mione szmatą zwie­rzęce ryki. Oj­ciec roz­ło­żył sze­roko ręce, zde­ner­wo­wało go, że jego naj­bar­dziej za­ufany czło­wiek po­mógł dziew­czy­nie. Agata spoj­rzała na swoją dłoń, na którą chlap­nęła cie­pła krew. Bry­znęła sze­roko i lała się z od­cię­tego palca, ście­ka­jąc ze sto­lika i pla­miąc dy­wan. Ochro­niarz za­wi­nął dłoń chło­paka szmatką, a po­zo­stali po­sa­dzili go na od­su­nię­tej ka­na­pie. Sku­lony mło­dzie­niec nie prze­sta­wał rzę­zić, do­ci­ska­jąc ranną koń­czynę do piersi.

- Za­bierz­cie go do po­zo­sta­łych. Tylko za­kne­bluj­cie mu ryj, niech się nie drze - roz­ka­zał Kie­row­nik.

Męż­czyźni za­le­pili mu usta ta­śmą, za­rzu­cili czarny wo­rek na głowę, za­brali do po­koju obok i za­mknęli za sobą drzwi. Oj­ciec w py­ta­ją­cym ge­ście roz­ło­żył ręce i spoj­rzał na Mirka. Wśród grupy cho­dziły plotki, że we trzech, ra­zem z Igo­rem, wy­cho­wy­wali się w tym jed­nym sa­mym bloku, byli nie­roz­łączni i da­rzyli się peł­nym za­ufa­niem. To on re­ali­zo­wał naj­bru­tal­niej­sze zle­ce­nia, ja­kie wpa­dały do głowy Ta­de­uszowi.

- Bez prze­sady - tłu­ma­czył, wy­cie­ra­jąc se­ka­tor. - Nie każmy ko­bie­tom, by wy­ko­ny­wały za nas brudną ro­botę. Dziew­czyna go tu przy­wio­zła. Swoje zro­biła.

Siwy przy­tak­nął bez emo­cji i po­ru­szył sy­gne­tem na palcu.

- Tylko nie za­po­mnij­cie go zszyć! - krzyk­nął przez ra­mię Kie­row­nik. - Bo mi całą pod­łogę upier­doli! Do­piero co za­pła­ci­łem fir­mie dwa­dzie­ścia koła za do­kładne my­cie. Przy­go­tuj­cie paczkę - zwró­cił się do Mirka, a po­tem wstał i wło­żył na sie­bie skó­rzaną ma­ry­narkę.

Je­den z ochro­nia­rzy się­gnął po od­cięty pa­lec i chwy­cił go przez ser­wetkę, by nie zo­sta­wić śla­dów. Na­stęp­nie wsa­dził do pla­sti­ko­wego wo­reczka, który do­dat­kowo wło­żył do pu­dełka. Wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na szefa.

- Kto ma go za­wieźć? - spy­tał główny ochro­niarz.

- Ty jedź. I daj mi znać, jak bę­dzie już za­ła­twione. Nie za­po­mnij tego. - Pod­su­nął mu kartkę z za­pi­sa­nym wcze­śniej nu­me­rem.

Dziew­czyna, blada jak ściana, stała sztywno obok ka­napy i cze­kała na dal­sze po­le­ce­nia. Za­pach kur­czaka i smród spa­lo­nych pa­pie­ro­sów mie­sza­jące się z me­ta­liczną wo­nią świe­żej krwi spra­wiały, że wal­czyła ze sobą, by nie zwy­mio­to­wać.

Igor Wa­si­lew­ski na­chy­lił się nad star­szym wspól­ni­kiem i wy­szep­tał mu coś do ucha, a ten przy­tak­nął.

- Leć, leć - od­po­wie­dział. - Tylko to po­twierdź. Mu­simy wie­dzieć na pewno.

Kie­row­nik ru­szył do ga­rażu, a mi­ja­jąc śmier­tel­nie bladą dziew­czynę, na­chy­lił się do niej i szep­nął:

- Po­niż mnie tak jesz­cze raz, a bę­dziesz bła­gać, byś mo­gła skoń­czyć tak jak on.

Gdy od­szedł, po kilku se­kun­dach, zwró­ciła się do szefa sła­bym gło­sem:

- Czy je­stem jesz­cze po­trzebna?

- Chcia­łaś po­waż­niej­szej ro­boty, to ją do­sta­niesz. Ten cia­paty jest na two­jej gło­wie, do­pil­nu­jesz in­te­resu. Od tego bę­dzie za­le­żeć twoja przy­szłość w tej fir­mie. I uwierz mi, nie chcesz tego zje­bać - do­dał. - Idź już i cze­kaj na te­le­fon, otrzy­masz nowe in­struk­cje. - Wstał, a duży brzuch wy­eks­po­no­wał się przez białą ko­szulę jesz­cze wy­raź­niej.

Od­głosy od­pa­la­nej car­rery i bu­cze­nia sil­nika sa­mo­chodu do­tarły aż do sa­lonu, jed­nak na­wet po­rsche nie było w sta­nie za­głu­szyć krzy­ków do­cho­dzą­cych zza drzwi, mimo że zo­stały mocno wy­głu­szone. Agata nie chciała so­bie na­wet wy­obra­żać chło­paka, któ­remu na żywca zszy­wano ranę po od­cię­tym palcu. Szef bez słowa prze­szedł do głów­nej czę­ści domu i za­mknął za sobą drzwi. Do­piero wtedy dziew­czyna się od­wró­ciła i eskor­to­wana przez Mirka ru­szyła do ga­rażu. Kry­stian coś jesz­cze do niej po­wie­dział, ale na­wet go nie sły­szała. Wró­ciła do swo­jego sa­mo­chodu. Bez słowa usia­dła za kie­row­nicą, kiedy główny ochro­niarz na­chy­lił się do niej przez otwarte okno.

- To, co by­łaś go­towa zro­bić... masz jaja - rzu­cił z apro­batą.

- Dzięki.

- Je­stem Mi­rek - przed­sta­wił się.

- Agata.

- Za­mknę ci ba­gaż­nik.

Od­wró­ciła wzrok i od­pa­liła sa­mo­chód. Mi­rek, chcąc za­trza­snąć ba­gaż­nik, chwy­cił za klapę, lecz za­trzy­mał się na se­kundę, gdy do­strzegł coś w jego środku. Się­gnął po to, po czym za­mknął klapę i od­su­nął się od auta, kiedy brama ga­ra­żowa za­częła się otwie­rać. Ob­ser­wo­wał, jak dziew­czyna wy­jeż­dża z ga­rażu, w tym cza­sie Kry­stian po­ma­chał jej z uśmie­chem, po­ru­sza­jąc przy tym pal­cami dłoni jak ja­poń­ska po­stać anime. Mi­rek skie­ro­wał się do wyj­ścia, mi­nął syna wła­ści­ciela bez słowa i udał się w kie­runku, w któ­rym wcze­śniej od­da­lił się szef.

Chwilę póź­niej za­pu­kał do dro­gich drew­nia­nych drzwi i wszedł do ga­bi­netu, gdzie pa­liła się je­dy­nie lampka sto­jąca na du­żym, dę­bo­wym biurku, za któ­rym sie­dział Ta­de­usz Wy­żeł. Koń­czył na­le­wać so­bie whi­sky do dro­giej, zdo­bio­nej szklanki z dwoma kost­kami lodu.

- Co tam? - spy­tał Oj­ciec.

- Ta­dek, cho­dzi o dziew­czynę. My­ślę, że...

- Mi­rek - prze­rwał mu. - Nie mam te­raz na to czasu.

- Co jest?

- Co? To­war miał do­trzeć na przy­stań dziś rano, a da­lej ich nie ma. Ser­giej, oczy­wi­ście, nie od­biera te­le­fo­nów, a ja mam tam uto­pione kilka ba­niek - ton jego głosu wy­raź­nie się pod­no­sił - więc do­póki tego nie ogarnę, to mnie nie ma. Cze­go­kol­wiek po­trze­bu­jesz, ogar­nij to sam.

- Ja­sne - przy­tak­nął. - A co z to­wa­rem? Psy?

- Nie­eee... - Wy­żeł upił łyk al­ko­holu. - Nie są tak od­ważni. Wie­dzą, czym to grozi.

- Ru­sek?

- Tego się boję... Chuj, nie teo­re­ty­zujmy. Trzeba chwilę po­cze­kać. - Wtedy jego ko­mórka za­częła dzwo­nić. Wziął ko­lejny łyk trunku i osta­wił szklankę na biurku. - Do­bra. Leć już.

Ochro­niarz za­trza­snął za sobą drzwi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki