ZROBIŁEŚ TO. KURWA, STARY, ZROBIŁEŚ TO.
Ktoś uderza mnie w kask. Ktoś klepie po plecach. Szybkie uściski wyrażają zdumienie i ekscytację.
Mrugam, by odpędzić napływające łzy, i pozwalam sobie nasycić się tą chwilą.
Zrobiłem to.
Naprawdę to, kurwa, zrobiłem.
Z emocji zaciska mi się gardło, a pierś rozpiera duma.
Trzeci wyścig w Formule 1 - i staję, kurwa, na podium.
Właśnie tak. Jestem pieprzonym Navarro. Właśnie dowiodłem tym wszystkim, którzy myśleli, że jadę na nazwisku, jak bardzo się mylili.
A sobie udowodniłem, że miałem rację.
Wokół moja ekipa świętuje, prowadzi mnie w stronę strefy przygotowań do ceremonii wręczania nagród, ale ja szukam w tłumie tylko jednego spojrzenia.
Jednego mężczyzny.
Olbrzyma, którego aprobaty szukałem całe życie.
A kiedy go widzę - kiedy nasze spojrzenia się spotykają - mój uśmiech zastyga... i powoli gaśnie.
Potrząsa nieznacznie głową i rusza w moją stronę.
- Trzecie? - syczy pod nosem, a w jego tonie pobrzmiewają zawód i pogarda. - Tylko tyle dałeś radę osiągnąć, mając tyle przestrzeni? Jesteś Navarro. Zachowuj się jak Navarro.
Sekundę później na jego twarzy znów pojawia się uśmiech pod publiczkę. Dominic Navarro ponownie zakłada swoją maskę. Ściska dłonie. Przyjmuje gratulacje w moim imieniu. Pokazuje ludziom jedyną wersję siebie, którą znają.
A kiedy stoję na podium i przez szczypiącą w oczy pianę szampana wypatruję go w tłumie, nigdzie go nie widzę. Nie stoi z moją ekipą. Nie stoi z rodzinami pozostałych kierowców z podium. Nie ma go nawet z tyłu tłumu.
"Jesteś Navarro. Zachowuj się jak Navarro".
To mój trzeci wyścig w Formule 1, ty pieprzony dupku.
Jestem Navarro. Jestem na dobrej drodze, by dorównać mojemu dziadkowi. A po drodze?
Zamierzam przebić twój każdy pieprzony rekord.
Ja się dopiero rozkręcam.
Jeśli już teraz zazdrościsz mi talentu - to po prostu, kurwa, poczekaj.