Na ostrzu noża. Ruchomy Chaos - Patrick Ness

Kup ebooka

32.00 zł
24.64 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Dziura w Szumie

1Dziura w Szumie

PIERWSZE, CO ODKRYWASZ, jak twój pies się nauczy mówić, to że psy niemają za wiele do powiedzenia. O niczym.

- Chce mi się kupę, Todd.

- Zamknij pysk, Manczi.

- Kupę. Kupę, Todd.

- Powiedziałem, zamknij pysk.

Idziemy przez zarośnięte chwastami pola na południowy wschód od osady,te, co to opadają ku rzece i dalej, ku bagnom. Ben mnie wysłał, żebym munarwał trochę bagiennych jabłek, i kazał mi zabrać Mancziego, choćwszyscy wiemy, że Cillian kupił go tylko po to, żeby się podlizaćburmistrzowi Prentissowi i dlatego, bach, na urodziny w zeszłym rokudostałem psa, chociaż nigdy nie mówiłem, że chcę psa. Mówiłem, żenajbardziej to chcę, żeby Cillian wreszcie naprawił turbocykl, żebym niemusiał się tłuc na piechotę w każdy przeklęty kąt w tej głupiej dziurze,ale nie, wszystkiego najlepszego, Todd, masz tu szczeniaczka, Todd, i chociaż go nie chcesz, chociaż nigdy o niego nie prosiłeś, zgadnij, ktomusi go karmić i tresować, i kąpać, i wyprowadzać, i słuchać, jak paple,teraz, kiedy jest już wystarczająco duży, by zarazek gadania działał najego japę. Zgadnij, kto?

- Kupa. - Manczi szczeka cicho do siebie. - Kupa, kupa, kupa.

- Po prostu zrób tę durną kupę i przestań o niej mleć ozorem.

Zrywam łodygę trawy rosnącej obok ścieżki i zamierzam się na niego. Nietrafiam, nie mam zamiaru go trafić, ale on tylko wydaje swój krótkiszczekający śmiech i biegnie dalej. Idę za nim, uderzając trawy rosnącepo obu stronach łodygą, którą trzymam w ręku, mrużąc oczy od słońca,próbując o niczym nie myśleć.

Tak naprawdę nie potrzebujemy tych jabłek z bagien. Ben może je kupić w sklepie pana Phelpsa, jeśli naprawdę chce. Wiadomo też, że pójście nabagna, żeby zerwać parę jabłek, to nie robota dla mężczyzny, bomężczyźnie nigdy nie wolno się tak obijać. No cóż, ja oficjalnie stanęsię mężczyzną dopiero za trzydzieści dni. Przeżyłem dwanaście lat,liczących po trzynaście długich miesięcy i do tego jeszcze dwanaściemiesięcy, i to wszystko oznacza, że od wielkich urodzin dzieli mniejeszcze cały miesiąc. Tworzą się plany, trwają przygotowania, będzieniezłe przyjęcie, jak sądzę, choć zaczynam wyłapywać związane z nimdziwne obrazy, całe ciemne i jednocześnie zbyt jaskrawe, ale w każdymrazie stanę się mężczyzną, a zrywanie jabłek na bagnach to nie robotadla mężczyzny, ani nawet dla prawie mężczyzny.

Ale Ben wie, że może mnie poprosić, żebym tam poszedł, i wie, że powiem:dobrze, pójdę, bo bagna to jedyne miejsce w pobliżu Prentisstown, gdziemożesz zyskać chwilę wytchnienia od całego tego Szumu, co się wylewa z ludzi, całego zgiełku i jazgotu, co nigdy nie cichnie, nawet kiedy śpią,mężczyźni i te myśli, o których sami nie wiedzą, że je mają, nawet kiedywszyscy je słyszą. Mężczyźni i ich Szum. Nie wiem, jak oni to robią, żesą w stanie wytrzymać jedni z drugimi. Mężczyźni robią wokół siebiemnóstwo Szumu.

- Wiewiórka! - woła Manczi i już leci, zbaczając ze ścieżki, nie dbająco moje krzyki, więc ja też muszę za nim pobiec przez (rozglądam się,żeby mieć pewność, że jestem sam) cholerne pola, bo Cilliana szlagtrafi, jeśli Manczi wpakuje się w jakąś cholerną wężową dziurę, i oczywiście to będzie moja cholerna wina, nawet jeśli ja w ogóle niechciałem dostać tego cholernego psa, do jasnej cholery.

- Manczi! Wracaj tu!

- Wiewiórka!

Przedzieram się przez trawę. Pędrakulki przylepiają mi się do podeszew.Gdy próbuję się ich pozbyć, jedna się rozwala, zostawiając na buciezieloną smugę, której - jak wiem z doświadczenia - już się nie wywabi.

- Manczi! - wściekam się.

- Wiewiórka! Wiewiórka! Wiewiórka!

Ujada wokół drzewa, a wiewiórka biega tam i z powrotem po pniu, drażniącsię z nim. No chodź, młyniecki psie -mówi jej Szum. - Chodź złap, chodź złap.Młyniec, młyniec, młyniec.

- Wiewiórka, Todd! Wiewiórka!

Kuźwa, ale durne te zwierzaki.

Łapię Mancziego za obrożę i daję mu solidnego klapsa w tylne łapy.

- Au, Todd? Au? - Walę go znowu. I znowu. - Au? Todd?

- Chodź - mówię, a mój własny rozwścieczony Szum huczy tak głośno, żeledwo słyszę własne myśli, czego zaraz pożałuję, poczekajcie tylko.

Młyniecki chłopak, młyniecki chłopak -myśli o mnie wiewiórka. Chodź złap, młynieckichłopaku.

- Ty też się odwal - odpowiadam, ale nie mówię "odwal", tylko deczkomniej grzecznie.

I naprawdę, naprawdę powinienem był się jeszcze raz rozejrzeć.

Bo znikąd zjawia się Aaron, znienacka podrywa się z trawy, podrywa się i wali mnie z liścia w twarz, rozcinając mi wargę swoim wielkimpierścieniem, a potem zaciska dłoń w pięść i wymierza drugi cios naodlew, trafiając w kość policzkową, ale przynajmniej nie w nos, bo jużupadam w trawę, próbując uciec przed jego sierpowym, i puszczam obrożęMancziego, a on pędzi z powrotem ku wiewiórce, szczekając jak najęty,zdrajca jeden, i ląduję na czworakach w trawie, zasyfiając sobiepędrakulkami całe ciuchy.

I zostaję tak, na ziemi, dysząc.

Aaron staje nade mną, jego Szum zasypuje mnie fragmentami Biblii i jegonastępnego kazania i pojedynczych myśli: Język, młodyToddzie i znalezienie ofiary, i święty wybiera swą drogę i Bógsłyszy, a do tego ta powódź obrazów, która jest w każdym Szumie,znajomych rzeczy oraz przelotnych migawek...

Co? Co u diaska?

Ale głośny kawałek jego kazania zagłusza to coś, a ja spoglądam w górę,w jego oczy i nagle nie chcę wiedzieć. Czuję już smak krwi z wargi,którą mi rozciął swoim pierścieniem i nie chcę wiedzieć. On nigdy tunie przychodzi, mężczyźni nigdy tego nie robią, mają swoje powody, jakto mężczyźni, tylko ja i mój pies tu bywamy, ale teraz on tu jest i niechcę, nie chcę, nie chcę wiedzieć dlaczego.

Aaron uśmiecha się zza tej swojej brody, patrząc w dół, uśmiecha się,patrząc na mnie, leżącego w trawie.

Uśmiechnięta pięść.

- Język, młody Toddzie - mówi - wiąże nas jak więźniów na łańcuchu. Czyniczego się nie nauczyłeś w kościele, chłopcze? - A potem mówi to, conajczęściej powtarza z ambony. - Jeśli jeden z nas upada, wszyscyupadamy.

"Tak, Aaronie" - myślę.

- Ustami, Todd.

- Tak, Aaronie - mówię.

- A cholery? - nie odpuszcza. - A kuźwy? Nie myśl, że ich też niesłyszałem. Twój Szum cię zdradza. Zdradza nas wszystkich.

"Nie do końca" - myślę, ale równocześnie odpowiadam:

- Przepraszam, Aaronie.

Nachyla się nade mną, zbliżając wargi do mojej twarzy, i czuję zapachoddechu wydobywającego się z jego ust, czuję ten smród, jak ciężar,jakby to były palce sięgające ku mnie.

- Bóg słyszy - szepcze. - Bóg słyszy.

I znów podnosi rękę, uchylam się odruchowo, on parska śmiechem, a potemjuż go nie ma, tak po prostu. Odchodzi z powrotem w kierunku osady,zabierając swój Szum ze sobą.

Cały się trzęsę od napięcia po tym, jak mnie walnął, trzęsę się przezto, że jestem tak nakręcony i zaskoczony, i wściekły, i tak bardzonienawidzę tej osady oraz mieszkających w niej mężczyzn, że mija dłuższachwila, nim jestem w stanie wstać i znowu złapać mojego psa. "Co on tu,do kuźwy nędzy, robił?" - myślę i jestem tak wkurzony, wciąż taknabuzowany złością i nienawiścią (i strachem, tak, strachem, zamknijciesię), że nawet się nie odwracam, żeby sprawdzić, czy Aaron usłyszał mójSzum. Nie odwracam się. Nie odwracam się.

A potem jednak się odwracam i idę po mojego psa.

- Aaron, Todd? Aaron?

- Nie powtarzaj więcej tego imienia, Manczi.

- Krwawisz, Todd. Todd? Todd? Todd? Krwawisz?

- Wiem. Zamknij się.

- Młyniec - mówi, jakby to nic nie znaczyło. Łeb ma pusty jak niebo.

Wymierzam mu klapsa w tyłek.

- Tego też nie powtarzaj.

- Au? Todd?

Idziemy dalej, trzymając się w bezpiecznej odległości od rzeki, którąmamy po lewej. Rzeka płynie w dół przez serię kanionów na wschód odosady; bierze swój początek daleko na północy, za naszą farmą, mijaosadę i rozlewa się szerzej, tworząc podmokły obszar, który przechodzi w bagniska. Lepiej trzymać się z dala od rzeki, a zwłaszcza od tegopodmokłego odcinka przed linią bagiennych drzew, bo żyją tam kroksy,wystarczająco duże, żeby załatwić prawie mężczyznę i jego psa. Płetwy naich grzbietach wyglądają zupełnie jak trzciny, a jeśli podejdziesz zablisko, WUUM! - wylatują z wody, rzucają się na ciebie z wyciągniętymiszponami i kłapiącą paszczą, i w zasadzie nie masz już wtedy szans.

Omijamy podmokły odcinek i staram się chłonąć przybliżającą się ciszębagien. Nie ma tu już nic ciekawego do oglądania tak naprawdę, i todlatego mężczyźni tu nie przychodzą. A także przez zapach. Nie udaję, żego nie ma, ale też wcale nie śmierdzi tu tak strasznie, jak powiadająmężczyźni. Czują smród swoich wspomnień, nie ten zapach, który teraz tujest; czują zapach tego, co było kiedyś. Wszystkich martwych stworzeń.Szpakusy i ludzie mieli odmienne zdanie na temat grzebania zwłok.Szpakusy po prostu wykorzystywały bagno, wrzucały swoich zmarłych dowody, pozwalając im zatonąć, i nie było żadnego problemu, pewniedlatego, że ich ciała dobrze się do tego nadawały. Tak powiada Ben.Woda, muł i szpakusowa skóra dobrze się ze sobą łączyły, zwłoki niezatruwały bagna, tylko je użyźniały, tak jak mężczyźni użyźniają ziemię.

A potem nagle, rzecz jasna, było o wiele więcej szpakusów do pogrzebanianiż normalnie, zbyt wiele, żeby mogło ich połknąć nawet tak wielkiebagno jak to, mimo że jest naprawdę pioruńsko wielkie. I nie było jużżadnych żywych szpakusów, co nie? Tylko sterty szpakusowych trupów,gromadzące się w bagnisku, gnijące i cuchnące, i musiało minąć mnóstwoczasu, nim bagna stały się z powrotem bagnami, a nie paskudnym syfempełnym much i smrodu, i kto wie, jakich zarazków, które tamci zachowalispecjalnie dla nas.

Urodziłem się w tamtym czasie, w całym tamtym syfie, gdy bagna byłyprzepełnione, cmentarz był przepełniony, a w osadzie zostało za małoludzi, no więc nic nie pamiętam, nie pamiętam świata bez Szumu. Mójtatko zachorował i zmarł, zanim się urodziłem, a potem oczywiście zmarłateż mama, jakżeby inaczej. Ben i Cillian mnie przygarnęli, wychowalimnie. Ben powiada, że moja mama była ostatnią z kobiet, ale wszyscy tomówią o wszystkich mamach. Może i Ben nie kłamie, on sądzi, że toprawda, ale kto wie?

Tak czy owak jestem najmłodszy z całej osady. Kiedyś wychodziłem rzucaćkamieniami w polne wrony razem z Regiem Oliverem (starszym o siedemmiesięcy i osiem dni), Liamem Smithem (starszym o cztery miesiące i dwadzieścia dziewięć dni) i Sebem Mundym, który był najmłodszy po mnie,starszy o trzy miesiące i jeden dzień, ale teraz już nawet on się domnie nie odzywa, po tym jak stał się mężczyzną.

Chłopcy nigdy tego nie robią, gdy już skończą trzynaście lat.

Tak to już jest w Prentisstown. Chłopcy stają się mężczyznami, którzychodzą na swoje spotkania tylko-dla-mężczyzn, żeby tam gadać piorun wieo czym. Chłopcy zdecydowanie nie mają tam wstępu, a jeśli jesteśostatnim chłopcem w osadzie, musisz po prostu czekać, całkiem sam.

No, ty i pies, którego nie chcesz.

Ale mniejsza o to; przed nami już bagna i włazimy tam, trzymając sięścieżek, które prowadzą nas wokół miejsc, gdzie stoi najwięcej wody,okrążając wielkie, cebulaste drzewa, co wyrastają z trzęsawiska i pnąsię w górę, w górę, a ich gałęzie tworzą iglasty okap wiele metrówwyżej. Powietrze jest tu parne, panuje mrok i duchota, ale nie jest toprzerażający rodzaj parności, mroku i duchoty. Wszystko tu tętni życiem,mnóstwem życia, totalnie ignorującego osadę - ptaki i zielone węże, i żaby, i kiwity, i oba gatunki wiewiórek, i (przysięgam wam) jeden czydwa kassory, i oczywiście trzeba uważać na czerwone węże, ale choć jestciemnawo, to przez szczeliny między gałęziami sączy się światło i jeślichcecie znać moje zdanie, a nie musicie chcieć, dla mnie bagna są jakjeden wielki, wygodny, prawie pozbawiony Szumu pokój. Mroczny, ale pełenżycia. Pełen życia, ale przyjazny. Przyjazny, ale nienachalnie.

Manczi zadziera łapę praktycznie na każdym kroku, aż chyba zaczyna mujuż brakować siuśków, po czym kieruje się w krzaki, gaworząc cicho dosiebie. Pewnie szuka miejsca, gdzie będzie mógł załatwić grubsząpotrzebę.

Ale bagnu to nie przeszkadza. Bo i czemu? Wszystko to jest po prostużycie, które wciąż się powtarza, wraca po własnych śladach, zataczakręgi i zjada samo siebie, żeby ponownie wyrosnąć. Znaczy się, nie żebytu nie było Szumu. Jasne, że jest, nie da się uciec od Szumu, nie masposobu, żeby się od niego uwolnić, ale tu jest ciszej niż w osadzie.Tutejsze głośno to inne głośno, bo bagienne głośno to tylko ciekawość,różne stwory próbują dociec, coś ty za jeden i czy stanowisz zagrożenie.Osada zaś wie o tobie wszystko i chce się dowiedzieć więcej, i chce cidowalić tym, co już wie, i jak w tym wszystkim zachować choćby kawaląteksiebie?

Ale Szum bagien, Szum bagien to tylko małe, zaaferowane ptasie myślitrzepoczące w małych ptasich móżdżkach. Gdziejedzenie? Gdzie gniazdo? Gdzie będzie bezpiecznie? I woskowewiewiórki, to wszystko małe łobuzy - jak cię zobaczą, to cię zaczepiają,a jak cię nie widzą, to dokuczają sobie nawzajem, i rdzawe wiewiórki,które są jak głupkowate dzieciaki. I czasem pojawiają się jeszczebagienne lisy przyczajone wśród liści - można podsłuchać, jak naśladująSzum wiewiórek, na które polują, a jeszcze rzadziej trafiają się maruki,co śpiewają swe dziwne marucze pieśni, a raz to przysięgam, że widziałemkassora uciekającego na dwóch długich nogach, ale Ben powiada, że toniemożliwe, że wszystkie kassory dawno zniknęły z bagien.

Nie wiem. Wierzę sobie.

Manczi wyłazi z krzaków i siada obok mnie, bo zatrzymałem się pośrodkuścieżki. Ogląda się, żeby zobaczyć, na co patrzę, po czym zagaduje:

- Fajna kupa, Todd.

- Wierzę ci na słowo, Manczi.

Lepiej, żebym na następne urodziny nie dostał następnego durnego psa. W tym roku chcę dostać myśliwski nóż, taki jak ten, który Ben nosi przypasku. To jest porządny prezent dla mężczyzny.

- Kupa - mówi cicho Manczi.

Idziemy dalej. Główna kępa jabłoni rośnie nieco głębiej, trzeba przejśćkilka ścieżek i przeleźć przez zwaloną kłodę, przy której Manczi zawszepotrzebuje pomocy. Gdy docieramy w to miejsce, łapię go za brzuch,podnoszę i stawiam na górze. Choć wie, co robię, i tak kopie łapami, jakspadający pająk, robiąc zamieszanie, nie wiadomo o co.

- Nie ruszaj się, głupku!

- Postaw, postaw, postaw! - skowyczy, próbując się złapać powietrza.

- Durny pies.

Stawiam go na szczycie kłody i sam włażę. Obaj zeskakujemy po drugiejstronie. Manczi szczeka przy tym: - Skok! - a potem odbiega, nadalszczekając: - Skok!

Za tą kłodą tak naprawdę zaczyna się mrok bagien i pierwszą rzeczą, jakąsię tam widzi, są stare budynki Szpakli, wychylające się z cieni.Wyglądają jak topiące się kleksy lodów karmelowych, tyle że są wielkościchat. Nikt nie wie ani nie pamięta, do czego miały służyć, ale Benzgaduje - zgadywanie jest tak jakby jego specjalnością - że miały cośwspólnego z grzebaniem zmarłych. Może nawet było tu coś w stylukościoła, choć szpakusy nie wyznawały niczego, co osadnikom z Prentisstown kojarzyłoby się z jakąkolwiek religią.

Omijam je z daleka i wchodzę w mały zagajnik dzikich jabłoni. Jabłka sądojrzałe, niemal czarne, prawie jadalne, jak powiedziałby Cillian.Zrywam jedno z pnia i odgryzam kawałek. Sok cieknie mi po brodzie.

- Todd?

- Co, Manczi? - Wyciągam plastikowy worek, który przyniosłem tu,złożony, w tylnej kieszeni, i zaczynam go napełniać jabłkami.

- Todd? - szczeka znowu i tym razem łapię, że coś tu nie gra. Odwracamsię, a on stoi pyskiem do szpakusowych chałup i całą sierść wzdłużgrzbietu ma zjeżoną, a uszami strzyże jak nie wiem co.

Prostuję się.

- Co tam jest, piesku?

Teraz warczy, odsłaniając zęby. Znów czuję, jak narasta we mnienapięcie.

- Czy to kroks? - pytam.

- Cicho, Todd - warczy Manczi.

- Ale co tam jest?

- Jest cicho, Todd. - Wydaje ciche szczeknięcie, prawdziweszczeknięcie, prawdziwe psie szczeknięcie, które znaczy tylko "Hau!" i napięcie w moim ciele jeszcze się nasila, jakby z mojej skóry miały sięzaraz sypnąć iskry. - Słuchaj - warczy.

No więc słucham. I słucham.

Potem przekrzywiam głowę i nasłuchuję dalej.

W Szumie jest dziura.

A to niemożliwe.

Jest dziwna jak piorun, kryje się gdzieś tam wśród drzew, gdzie niesposób sięgnąć wzrokiem. Miejsce, gdzie - jak mówią mi uszy i umysł -nie ma Szumu. Jest jak kształt, którego nie widzisz, widzisz tylko jegozarys, tam, gdzie styka się ze wszystkim, co go otacza. Jak woda mającakształt szklanki, ale bez szklanki. To dziura i wszystko, co w niąwpada, przestaje być Szumem, przestaje być czymkolwiek, po prostuznika. To nie cisza bagien, która nigdy nie jest tak naprawdę ciszą,po prostu zawiera mniej Szumu. Ale to jest kształt, kształt niczego,dziura, gdzie urywa się wszelki Szum.

Co jest niemożliwe.

W tym świecie nie ma niczego prócz Szumu, niczego prócz nieprzerwanychmyśli mężczyzn i stworzeń, które cię atakują i atakują, i atakują, odkądszpakusy rozpyliły zarazek Szumu w czasie wojny, ten zarazek, któryzabił połowę mężczyzn i wszystkie kobiety co do jednej, nie wyłączającmojej mamy; zarazek, który doprowadził resztę mężczyzn do szaleństwa,który oznaczał koniec wszystkich Szpakli, kiedy szaleństwo mężczyznsięgnęło po broń.

- Todd? - Manczi ma cykora, poznaję to z jego tonu. - Co to, Todd? Coto, Todd?

- Czujesz coś?

- Czuję tylko cicho, Todd - szczeka, a potem zaczyna szczekać głośniej:- Cicho! Cicho!

A potem, gdzieś tam za szpakusowymi budynkami, cisza zaczyna sięruszać.

Napięcie w mojej krwi skacze tak, że prawie się przewracam. Manczi biegawokół mnie, skowycząc, szczekając i szczekając, przez co mam dwa razywiększego stracha, więc znów daję mu klapsa w tyłek ("Au, Todd?"), żebysię uspokoić.

- Nie ma czegoś takiego jak dziury - mówię. - Nie ma czegoś takiego jaknic. Więc coś tam musi być, co nie?

- Coś, Todd - szczeka Manczi.

- Słyszałeś, dokąd poszło?

- Jest cicho, Todd.

- Wiesz, co mam na myśli.

Manczi węszy, po czym robi krok, potem drugi, i rusza w stronęszpakusowych chałup. Czyli chyba szukamy tego czegoś. Zaczynam powolipodchodzić w stronę największego kleksa roztopionych lodów. Trzymam siępoza zasięgiem czegokolwiek, co mogłoby wyglądać z małego otworudrzwiowego, przypominającego pogięty trójkąt. Manczi obwąchuje framugę,ale nie warczy, więc biorę głęboki oddech i zaglądam do środka.

Wewnątrz jest pusto. Sufit wznosi się aż do punktu położonego na tylewysoko nad moją głową, że zmieściłby się tam jeszcze drugi ja. Zamiastpodłogi jest ubita ziemia, teraz porastają ją bagienne rośliny, pnącza i takie tam, ale nic więcej tu nie ma. Znaczy się, żadnego prawdziwegonic, żadnej dziury, i nie sposób poznać, co się tu kryło wcześniej.

To głupie, ale muszę to powiedzieć.

Zastanawiam się, czy Szpakle wróciły. Ale to niemożliwe.

Ale dziura w Szumie też jest niemożliwa. Czyli coś niemożliwego musi byćprawdą.

Słyszę, jak Manczi znów węszy na zewnątrz, więc wyłażę i idę do drugiegokleksa lodów. Ten ma na zewnętrznej ścianie napis, jedyne zapisane słowaw szpakusowym języku, jakie ktokolwiek kiedykolwiek widział. Jedynesłowa, jakie kiedykolwiek uznali za stosowne zapisać, jak przypuszczam.Litery to szpakusowe litery, ale Ben mówi, że czyta się je jako"es'Paqili" czy jakoś tak. Es'Paqili, Szpakle, "szpakusy", jeśli chceszwypluć to słowo, jak robią to wszyscy, odkąd stało się to, co się stało.To znaczy "Lud".

W drugim lodzie też nic nie ma. Wychodzę z powrotem na bagnisko i znównasłuchuję. Pochylam głowę i nasłuchuję, i wytężam te części mózgu, cosą od słyszenia i nimi też nasłuchuję, nasłuchuję i nasłuchuję.

Nasłuchuję.

- Cicho! Cicho! - szczeka Manczi jak szalony, dwa razy, po czym rzucasię biegiem w stronę ostatniego kleksa lodów. Ruszam za nim i teżbiegnę, napięcie narasta w mojej krwi, bo to tam, tam jest ta dziura w Szumie.

Słyszę ją.

No dobra, nie słyszę jej, w tym właśnie sęk, ale gdy biegnę w jejstronę, ta pustka dotyka mojej piersi i jej bezruch mnie ciągnie, i jestw niej tyle ciszy, nie, nie ciszy, milczenia, tyle niewiarygodnegomilczenia, że zaczynam się czuć naprawdę rozdarty, jakbym miał zarazstracić najcenniejszą rzecz, jaka istnieje. To milczenie jest jakśmierć, biegnę i łzy mi ciekną z oczu, coś mnie ściska za gardło, niktnie widzi, ale i tak mi z tym źle, i moje oczy zaczynają płakać,zaczynają płakać, zaczynają, do kuźwy nędzy, płakać i zatrzymuję sięna minutę, pochylam się i Chryste pieprzony, nic mi nie mówcie, alemarnuję całą durną minutę, całą śmierdzącą, durną minutę, stojąc tampochylony, a przez ten czas, oczywiście, dziura się oddala, już zdążyłasię oddalić, zniknęła.

Manczi nie może się zdecydować, czy pogonić za nią, czy wrócić do mnie,ale w końcu wraca do mnie.

- Płaczesz, Todd?

- Zamknij się - mówię i wymierzam mu kopniaka. Nie trafiam i tak właśniemiało być.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki