Na ostrym ogniu - Elizabeth Acevedo

Reflow text when sidebars are open.
Impresje
Mam dla was dwa ogłoszenia - zaczyna pani Fuentes.
- Proszę pani? - woła Amir, nawet nie podnosząc dłoni. - Lepiej, żeby pani nie odchodziła.
- Nie, nie, nic z tych rzeczy, panie Robinson - odpowiada kobieta, a my wszyscy z ulgą opadamy na krzesła. - Pierwsze dotyczy małych zmian w waszych planach zajęć. W sierpniu zatrudniono kilku nauczycieli, więc chyba nie muszę dodawać, że to nieco wpłynęło na nasz rozkład zajęć. Dla uczniów ostatnich klas przygotowano nowe zajęcia fakultatywne, dlatego zaraz dostaniecie ode mnie ich listę. Drugie ogłoszenie dotyczy tego, że dołączy do nas nowy uczeń.
Wszyscy jęczymy. Prawie na wszystkich przedmiotach, jakie kiedykolwiek miałam, pojawiali się nowi uczniowie, jakoś przeżywali rok szkolny i nikt się nimi nie przejmował, ale zajęcia doradcze to zupełnie inna bajka. Nikt nie chce swobodnie gadać przy nowych, skoro i tak nie zostaną z nami na dłużej.
- Wiem, wiem. Walczyłam zawzięcie z radą szkoły, bo też wolałabym, żeby zajęcia doradcze były dla małej i tej samej grupy uczniów, ale w żadnej innej klasie nie ma już wolnych miejsc. Spotkałam się z tym nowym uczniem i myślę, że idealnie się tutaj wpasuje. Dzisiaj dopiero rejestruje się w sekretariacie, ale oczekuję, że jutro, kiedy już do nas dołączy, wszyscy będziecie się odpowiednio zachowywać. Chciałam was po prostu uprzedzić. A teraz porozmawiajmy o fakultetach.
Pani Fuentes posyła nam uśmiech i zaczyna rozdawać kartki, po jednej na każdą ławkę.
- Przyjrzyjcie się uważnie tej liście, pomyślcie, które zajęcia będą wam najbardziej odpowiadały i dajcie mi znać jutro.
Gdy rozlega się dzwonek, zbieramy swoje torby. Wychodząc, macham do pani Fuentes, nie odrywając wzroku od długiej listy opcji. Nadal królują na niej dawni ulubieńcy: zajęcia z fotografii, z kreatywnego pisania, majsterkowanie, warsztaty taneczne. Moją uwagę przykuwa jednak pozycja, na samym koniuszku listy:
Sztuka kulinarna: hiszpańskie impresje.
Nazwa zajęć niczym balon szybuje ponad wszystkimi innymi, rozrasta się przed moimi oczami, aż widzę już tylko ją. Podczas całej mojej przygody z Schomburg Charter nie mieliśmy do wyboru żadnego fakultetu związanego z gotowaniem, mimo że w szkole znajduje się specjalnie do tego przygotowana sala i od dawna nieużywana przez nikogo mała kawiarnia. Podejrzewam, że miejsca na tych zajęciach rozejdą się jak ciepłe bułeczki.
Przez krótką chwilę wypełnia mnie bulgoczące jak garnek na wolnym ogniu podekscytowanie. W końcu mogę zapisać się na prawdziwe zajęcia z gotowania, i to na dodatek takie, które skupiają się na kuchni z konkretnego regionu. A później przypominam sobie, że to jednak ostatni rok. Najlepiej byłoby pozostać przy aktualnym planie lekcji i zostawić sobie w nim godzinę na samodzielną naukę. Żadnych dodatkowych zajęć czy obowiązków. Duszę w sobie ekscytację tak długo, aż kompletnie wygasa.
Dwie lekcje później spotykam się z Angelicą przed wejściem na stołówkę. Przyjaciółka omiata wzrokiem kolejkę, jakby starała się znaleźć kogoś, przed kogo możemy się wcisnąć.
- Widziałaś kurs projektowania graficznego? Powinnyśmy się razem na niego zapisać!
Potrząsam głową, ona doskonale wie, że cholera - cholewka! - nie będę niczego projektować.
- Angelica, przecież obydwie wiemy, że nie potrafię narysować nawet człowieczka z prostych linii.
Przestaje zapuszczać żurawia i wracamy na koniec kolejki. Zaczynam przekopywać się przez swoją torbę.
- Przestań być wobec siebie taka krytyczna, twoje ludki są prześliczne. No ale tak, w końcu żadne zajęcia nie mogą konkurować z tymi ze sztuki kulinarnej, co? Stworzyli ten fakultet specjalnie dla ciebie.
Kiedy widzi, że wyciągam telefon, natychmiast chwyta moją rękę, nakrywając ją swoją.
- Laska, co ty wyrabiasz? Letnie słońce chyba usmażyło ci mózg. Wiesz, że ochroniarz zabierze ci komórkę, jeśli tylko zobaczy, że ją wyciągasz. Przecież ich cieszą takie gówniane akcje.
- Bunia ma wizytę u lekarza o 16:30, a ja mogę nie zdążyć później sprawdzić, czy wszystko okej. Chciałam tylko wysłać szybką wiadomość, żeby się dowiedzieć, czy udało się spokojnie zostawić Dziecinkę w żłobku.
Angelica staje po mojej drugiej stronie, żeby ukryć mnie trochę przed bacznym spojrzeniem ochroniarzy albo nauczycieli. Panie ze stołówki widzą wszystko, ale interesuje je tylko nakładanie porcji i poruszająca się do przodu kolejka. Upewniam się, że nikt ze żłobka jeszcze do mnie nie dzwonił, szybko wysyłam wiadomość do Buni i chowam telefon z powrotem do torby.
- Dzięki, że mnie kryjesz.
- Zrobisz dla mnie to samo, kiedy będę chciała wysłać Laurze gorącą fotkę.
Potrząsam głową z uśmiechem. Płacimy za obiad i ruszamy w kierunku stolika przy oknach. Mała ciekawostka o Angelice: kiedy uczepi się jakiegoś pomysłu, wgryza się w niego jak pitbull. Gdy tylko zajmujemy miejsca, wraca do rozmowy o fakultetach.
- Emoni, znowu to robisz.
Wydaję z siebie jęk i biorę gryza kanapki. Planuję zostawić sobie pyszny soczek jabłkowy na sam koniec.
- Niby co? - pytam z ustami pełnymi indyka.
Gdyby tak dodali na wierzch chleba odrobinę sosu chutney albo chociaż szczyptę granulowanego czosnku i delikatnie opiekli całość, ta kanapka byłaby hitem. Palce aż mnie świerzbią, żeby wyciągnąć telefon i spisać pomysł na nowy przepis.
- Męczennicę z siebie, kiedy czegoś pragniesz, ale próbujesz przekonać samą siebie, że nie możesz ze względu na Dziecinkę albo Bunię.
Przełykam i zaczynam się zastanawiać, czy ma rację. Naprawdę tak robię? Czasami twoja najlepsza przyjaciółka potrafi dostrzec więcej niż ktokolwiek inny.
- Chciałabym ogarniać wszystko tak jak ty, Gelly. Dziewczynę, marzenia o akademii sztuk pięknych, oceny.
W odpowiedzi celuje we mnie widelcem.
- Jesteś twardsza niż ktokolwiek, kogo znam, Emoni Santiago. To ostatnia klasa, ostatni rok, kiedy możemy być tylko nastolatkami. Jeśli teraz nie spróbujesz czegoś nowego, to niby kiedy?
- Sama nie wiem. Może. Chciałabym nauczyć się przygotowywania hiszpańskich dań.
Widzę, jak Angelica szeroko otwiera oczy za swoimi okularami.
- Laska, a wiesz, że na tych zajęciach nie tylko nauczysz się gotować hiszpańskie potrawy, ale i nauczysz się gotować je w Hiszpanii? Moja wychowawczyni wspominała, że w ramach zajęć jest też przewidziany wyjazd w trakcie przerwy wiosennej.
Schomburg oferował już wcześniej przedmioty, w ramach których uczniowie podróżowali w różne miejsca. Uczestnicy zajęć z prekolumbijskiej historii pojechali na wykopaliska do Meksyku, z kolei tych z projektowania ubrań zabrano do starych zakładów włókienniczych w Nowej Anglii. Nigdy wcześniej żadne zajęcia nie przypadły mi do gustu ani też nie było mnie stać na żadne wycieczki.
Po co zapisywać się na taki przedmiot, skoro można wykorzystać tę godzinę na samodzielną naukę? A poza tym i tak nie stać cię na taki wyjazd, Emoni...
Nic z tego nie mówię jednak na głos przy Angelice. Po prostu wgryzam się w kanapkę, zamykam oczy i delektuję się smakiem, bo nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby sprawić, żeby moje życie stało choć trochę podobne do tego, jakie chciałabym wieść, mam za to setki pomysłów, jak udoskonalić tę kanapkę. Czasami lepiej skupić się na tym, co można kontrolować, bo to jedyny sposób na uśmierzenie bólu w piersi, który przychodzi, kiedy się myśli o sprawach, na które nie ma się wpływu.
Rozmowy przy kuchennym stole
Dziecinko! Wyglądasz, jakbyś nieco podrosła! - Podnoszę córeczkę i zaczynam wirować z nią w ramionach po całym salonie.
Bunia klepie mnie w tyłek ściereczką do kurzu.
- Aj, Emoni, przestań! Dopiero co zjadła krakersy.
Już na samą myśl o wymiotach wolę przestać. Sadzam sobie Dziecinkę na biodrze; mała robi się coraz cięższa, a mnie nie przybywa.
- Dużo się dzisiaj nauczyłaś? - Emma kiwa głową i wtula się w moją szyję, w rączkach ściskając kubeczek na sok. Przesuwam palcami po jej pulchniutkim policzku. Mam taką swoją ulubioną zabawę, o której nikt nie wie: w twarzy córeczki staram się odnaleźć rysy typowe dla naszej rodziny. Po mnie odziedziczyła duże brązowe oczy i długie rzęsy. Bunia ma takie same. Usta są po ojcu. Ciocia Sarah wysłała mi kilka zdjęć mamy jako małej dziewczynki i lubię myśleć, że widzę podobieństwo do niej w maleńkim nosku w kształcie guzika i uszkach jak muszelki. Są też elementy charakterystyczne wyłącznie dla Dziecinki.
Nagle córeczka odrywa się od mojej szyi i opuszcza rączkę, w której trzyma kubeczek.
- Szu-szu, czu-czu, jedzie pociąg! - woła.
Posyłam Buni spojrzenie spod uniesionych brwi.
- W żłobku czytali dzisiaj książeczkę o pociągach. Mama Clara wspominała, że Emmie bardzo się spodobała.
Kiwam głową do Dziecinki, kiedy po swojemu streszcza książeczkę o pociągu szu-szu, czu-czu, a przynajmniej domyślam się, że o to właśnie jej chodzi.
- Nie masz przypadkiem wizyty u lekarza? - pytam Bunię, kiedy opowieść Dziecinki dobiega końca. - Myślałam, że miniemy się w drzwiach. Co tym razem?
Bunia wyciera ramki z rodzinnymi zdjęciami, stojące na kominku.
- Wizyta przesunęła się o 15 minut, więc mam jeszcze chwilę.
Nie umyka mi, że pominęła część pytania, ale w przeciwieństwie do Angeliki wiem, kiedy odpuścić. Pewnie chodzi o ginekologa czy coś i mimo że zwykle nie mamy przed sobą tajemnic, to jednak nie chciałabym słuchać o jej waginie.
- To świetnie. Dziecinko, Bunia albo ja poczytamy ci dzisiaj przed snem. Wydaje mi się, że mamy gdzieś książkę o tym pociągu. - Odstawiam córeczkę na ziemię.
- O nie, nie Bunia. Dzisiaj gram w bingo w centrum rekreacji. To zadanie dla ciebie, mamusiu.
Podchodzę bliżej i otaczam ją ramieniem.
- Lecisz podrywać przystojnych graczy?
Strąca moją rękę i szturcha mnie w żebro.
- Tylko chłopaki ci w głowie - stwierdza i w sumie nie jestem pewna, czy mówi poważnie, czy nie, choć obydwie wiemy, że wcale tak nie jest.
Staram się zignorować sztywność, która natychmiast zajmuje całe moje ciało. Mimo że Bunia nigdy nie próbowała mnie zawstydzić, cały czas zastanawiam się, czy myśli, że się pospieszyłam. Czy w duchu potępia mnie za Dziecinkę.
Najwyraźniej dostrzega mój bezruch, bo wyraz jej twarzy staje się łagodniejszy.
- Co planujesz na obiad?
Na samą myśl o gotowaniu pozbywam się z głowy wszystkich mieszanych uczuć.
- Słowo daję, trzymasz mnie tu tylko dla mojej kuchni.
Bunia potakuje.
- Oczywiście, że to jedyny powód. Dobrze, że w końcu się zorientowałaś. - Sekundę później chwyta mnie za dłoń. - Spójrz no, jak wyrosłaś - oznajmia. - Dużo się dzisiaj nauczyłaś?
Cała Bunia - prosto do sedna, jak to tylko Portorykanie potrafią.
- Wiesz, że to ostatnia klasa... Chcą nas już tylko przepchnąć dalej. Najciekawszy dzisiaj był wybór nowych zajęć fakultatywnych.
Włączam telewizor i przełączam na jeden z lokalnych kanałów, po czym sadzam Dziecinkę na kanapie z kilkoma zabawkami i książeczkami obrazkowymi. Zrzucam buty i ruszam do kuchni. Bunia musiała zrobić zakupy zaraz po tym, jak rano odprowadziła Dziecinkę, bo lodówka jest wypełniona po brzegi. Mamy sałatę lodową (fuj), paprykę (mniam), mieloną wołowinę i cebulę. W głowie zaczyna rodzić mi się pomysł. Wyciągam składniki, których potrzebuję, i opłukuję deskę do krojenia.
Bunia wchodzi do kuchni i kładzie zdrową dłoń na blacie, dzięki czemu zajmuje idealną pozycję, by jednocześnie obserwować, jak gotuję, i mieć na oku Dziecinkę, bawiącą się w salonie.
- To na jakie zajęcia postanowiłaś się zapisać? - pyta.
Zerkam na nią, nieco zaalarmowana tonem jej głosu. Wygląda bardzo ładnie w zielonym swetrze z logo Eaglesów, kremowych dresach i klapkach. Gładkie włosy miękko okalają śniady podbródek. Ciemne oczy, takie same jak u mnie i Dziecinki, są teraz pełne troski.
Opłukuję swój ulubiony nóż.
- Hmm, sama jeszcze nie wiem. Wpisałam się na dodatkową godzinę nauki własnej, żeby móc wtedy odrabiać lekcje, bo przez nową pracę i całą resztę trudno mi będzie w weekend znaleźć na to wolną chwilę.
Odkrawam górną część papryki i odkładam ją na bok, po czym przechodzę do krojenia cebuli.
- Rozsądnie. Co u pani Fuentes?
- W porządku. - Powinnam odpuścić sobie temat fakultetów, skoro Bunia mówi już o czym innym, ale nagle słowa wyskakują mi z ust: - Chociaż są jedne zajęcia, nad którymi się zastanawiam. Ze sztuki gotowania.
Bunia wyciąga rękę w moją stronę i zabiera mi nóż z ręki.
- Przekaż jej ode mnie pozdrowienia. Zabierz się za mięso, a ja pokroję za ciebie cebulę.
- W kostkę, proszę, o taką - nakazuję, pokazując palcami odległość około trzech centymetrów.
- To co, chciałabyś się zapisać na te zajęcia z gotowania? - pyta, krojąc warzywo na pół. Odsuwam się na bok, ale cały czas obserwuję ją kątem oka.
Przerywa i unosi nóż do góry.
- Muchacha, potrafię posiekać cebulę. Me vas a mirar przez cały czas, gdy to będę robić?
Unoszę ręce w geście poddania. Wspominałam już, że moja sous chef ma niezły temperament?
- Pokroić w kostkę, a nie posiekać, Buniu. Proszę, mają być tej samej wielkości. I nie, nie wiem jeszcze, co z tymi zajęciami, ale wyglądają ciekawie, no i słyszałam, że w planach jest też wycieczka do Hiszpanii.
Posyłam jej szybkie spojrzenie. Staram się nie patrzeć bezpośrednio, bo myślę, że nie zawahałaby się jeszcze raz pogrozić mi nożem za zbyt uważną obserwację. Nie wiem też, co ma do powiedzenia.
Ostrożnie, a zarazem szybko kroi cebulę. Moja babcia to kobieta, która nie boi się ani łez, ani ostrych przedmiotów.
- Kiedyś chciałaś pójść do szkoły kulinarnej, prawda? Teraz już na to trochę za późno.
Waham się przez moment, bo nie wiem, co ma na myśli, mówiąc "trochę za późno", i nie jestem pewna, czy chcę w ogóle wiedzieć.
- Taaa, chyba tak. Zresztą to było dawno temu. Teraz nieszczególnie mam ochotę, żeby ktokolwiek studził moją kreatywność.
Oregano, czosnek granulowany, pieprz cayenne. Słowa odbijają się echem w mojej głowie i choć wcześniej tego nie planowałam, chwytam świeży imbir, który Bunia zwykle dodaje sobie do herbaty. Z szuflady na dodatki do fastfoodów wyciągam kilka torebek sosu sojowego.
- Podsmaż cebulę na oliwie z oliwek, Bunia.
- Zrobisz sofrito? - dopytuje.
- Tym razem coś innego.
Przesypuje cebulę na patelnię, po czym obiera i miażdży w tłuczku czosnek i dorzuca go do innych składników.
- Bueno. Myślę, że powinnaś zapisać się na takie zajęcia, na jakie masz ochotę, pod warunkiem że nie będą odciągały cię od szkoły i pracy. Co do tej wycieczki za granicę, to zwykle uczniowie sami za takie płacą, co, nena? Wyjazd będzie obowiązkowy, żeby zaliczyć zajęcia? - Podchodzi do zlewu, żeby obmyć ręce.
Wzruszam ramionami, mimo że stoi do mnie tyłem.
Oliwa pryska z patelni i parzy mnie w dłoń. Orientuję się, że trzymałam naczynie na palniku już zbyt długo. Unoszę rękę do ust i przysysam się do miejsca, w którym czuję delikatne pieczenie.
Bunia posyła mi delikatny uśmiech, po czym zerka na zegarek.
- Okej, pogadamy o tym później. Lecę do doktora Burke'a. Nie wiem, jak to się stało, miałam tyle czasu, a teraz jestem prawie spóźniona! Gdzie się podziały te wszystkie minuty? Wrócę przed wyjściem na bingo. Me guardas obiad.
Szefem kuchni być
Odkąd tylko sięgam pamięcią, wyobrażałam sobie, że pewnego dnia zostanę szefem kuchni. Podczas gdy inne dzieci w sobotnie poranki oglądały kreskówki albo teledyski na YouTubie, ja pochłaniałam Iron Chefa, brytyjską edycję Bake Off albo stare programy Anthony'ego Bourdaina i robiłam notatki. Serio, prawdziwe notatki w aplikacji na telefonie. Mam w zanadrzu przedługie listy pełne pomysłów na przepisy, które sama mogłabym ulepszyć albo zupełnie przerobić. Na te narzucone przez siebie zajęcia zawsze byłam perfekcyjnie przygotowana.
Swoją zabawę z gotowaniem zaczęłam od produktów, które zawsze były pod ręką: ryżu, fasoli, bananów oraz kurczaka. Z czasem Bunia pozwoliła mi zabrać się za inne dania, które widziałam w telewizji: suflety, zapiekanki z mielonego mięsa i ziemniaków, gulasze z żołądków. Kiedy inne dzieciaki odkładały przeznaczone na lunch drobniaki na nowe jordany, ja zbierałam na lepszej jakości składniki. Rybę, o której nigdy w życiu nie słyszeliśmy i którą musiałam zdobyć na konkretnym targu przy Penn's Landing. Kiełbaski, które, jak widziałam na własne oczy, robiły ręcznie włoskie babunie z południowej części miasta. Kiedyś nawet, jeszcze w siódmej klasie, udało mi się zaoszczędzić kieszonkowe z całego miesiąca, żebym przygotować polędwicę na urodzinowy obiad dla Buni.
Na dwunaste urodziny babcia kupiła mi zestaw noży - i to nie byle jaki, dwunastoczęściowy zestaw noży z prawdziwego zdarzenia - który raczej nie nadawał się do użytku dla dzieci, ale obejrzałam już tyle filmików na YouTubie, że nauczyłam się nimi posługiwać, jak na profesjonalistkę przystało.
Dlatego też, kiedy w ósmej klasie zaczęliśmy składać podania do liceów i pani pedagog w gimnazjum spytała, co lubię robić, odpowiedziałam, że kiedyś chciałabym zostać szefem kuchni. Oczekiwałam, że wspomni coś o szkole z najbardziej prestiżowym programem kulinarnym w całym mieście. Byłam przygotowana, bo przesiadując w bibliotece, poszperałam trochę w internecie i wiedziałam, że to najlepsza placówka w okolicy, ze specjalnymi zajęciami z zarządzania restauracją i gastronomią oraz mnóstwem innych ekstrawaganckich przedmiotów. I rzeczywiście, pani pedagog wspomniała o tej szkole, tylko że użyła jej jako przykładu miejsca, do którego może i mogłabym się dostać, gdybym miała lepsze oceny. Od razu założyła, że nie mam szans. Zamiast tego zapisała mnie na loterię o miejsce w Schomburg Charter, mimo że w tamtym czasie mało kto słyszał o ich zajęciach kulinarnych albo może nawet jeszcze ich wtedy nie było. Dodała też, że loteria to dla mnie jedyna szansa na dostanie się później na jakąś sensowną uczelnię.
Bunia przez wiele tygodni modliła się, bym wygrała to miejsce. Nazwiska setek dzieci z całego miasta zostały wrzucone do jednej puli, a w nowej klasie było mniej niż pięćdziesiąt wolnych miejsc. Ze wszystkich dzieciaków z mojego gimnazjum i sąsiedztwa dostałyśmy się tylko we trzy: śliczna Leslie Peterson z Lehigh Avenue, Angelica oraz ja.
To nie tak, że źle się uczę, po prostu nie jestem wybitna. Czasem czuję, że aby coś pojąć, muszę pozwolić przejąć kontrolę dłoniom. Całkiem nieźle sobie radzę na zajęciach w laboratorium albo kiedy praca na lekcji opiera się na zdolnościach manualnych, ale kompletnie odpadam, gdy chodzi o zapamiętywanie albo przypominanie sobie suchych faktów. Nawet, kiedy dostaję dodatkowy czas, nie zawsze dobrze wypadam na egzaminach. Na szczęście nauczyciele w Schomburgu pracują ze mną nad dodatkowymi zadaniami, dzięki którym mogę im udowodnić, że coś rozumiem, ale prawda jest taka, że szkoła to nie moja bajka.
I w taki właśnie sposób najbliżej do bycia szefem kuchni jest mi wtedy, kiedy przygotowuję dla Buni mięsne tacos albo przewracam burgery w Burger Joincie. Jedyny przedmiot, na jaki chciałam się zapisać, wcześniej nawet nie majaczył na horyzoncie.
Aż do teraz.
Nowy
Klaso, poznajcie Malachia Johnsona. Właśnie przeniósł się do nas z Newark.
Amir siedzący z tyłu strzela z knykci i kątem oka widzę, jak kilku innych chłopaków garbi się na swoich miejscach. Żaden facet nie lubi, kiedy ktoś psuje atmosferę, a już na pewno nie ktoś z innego miasta. A dziewczyny? My od razu się prostujemy. No, może nie ja. Mnie kompletnie Malachi, Mala-cham, Mala-nikt nie interesuje. Zauważam jednak jego ciemną skórę i wysoki wzrost, co najmniej metr dziewięćdziesiąt. Już z samego sposobu, w jaki się porusza, wiem, że to gracz, i to w podwójnym tego słowa znaczeniu. Buja się, a jego myśli zapewne nie skaziła inteligencja. Zerkam na swój plan lekcji. Nadal głowię się nad wyborem fakultetu, a do końca lekcji muszę przekazać pani Fuentes swoją decyzję.
Nauczycielka odchrząkuje, więc zerkam na nią znad listy. Wskazuje na Malachia, jakby była prezenterką w Kole Fortuny.
- Panie Johnson, może zechciałby pan nam coś o sobie powiedzieć?
Malachi posyła jej rozbawione spojrzenie, kiedy nazywa go "panem", i odwzajemnia jej uśmiech. Angelica stwierdziłaby pewnie, że ten kompletnie zmienia wyraz jego twarzy. Wygląda teraz na mniej niż siedemnaście lat, słodko, niewinnie, jakby szykował się do jakiegoś wygłupu. Z pewnością zauroczy tym jakąś dziewczynę, wróć - osobę (Angelica cały czas wypomina mi, żebym nie była "taka cholernie hetero"). Już to widzę.
Uderza jedną dłonią w drugą, a później wzrusza ramionami,
- Hej... Dzięki, że mogę tu być. Słyszałem, że na zajęciach doradczych zwykle nie ma wolnych miejsc, więc naprawdę to doceniam. - A niech to. Kompletnie źle wszystko zinterpretowałam. Po jego gadce widać, że tak naprawdę to nerd. Gdzieś z tyłu słyszę chichot Cynthii. I tak oto zajęcia doradcze stały się o wiele ciekawsze.
Pani Fuentes rozpromienia się na słowa Malachia.
- Świetnie. Usiądź, gdzie chcesz. Reszta klasy, wróćcie proszę do pracy nad waszymi esejami. Za moment podejdę do każdego, żeby przedyskutować wasze plany zajęć.
Kończę wypełniać deklarację przedmiotową, po czym skupiam się na zarysie eseju, który zadała dziś nauczycielka. Mam na niego kilka pomysłów: mogłabym napisać o ciąży i decyzji, by Dziecinka została ze mną. Może o tym, jak to jest być wychowywaną tylko przez babcię, bo zabrakło rodziców. Albo o uczuciu, którego doświadczam w kuchni podczas gotowania, gdy skupiam się tak bardzo, że świat dookoła przestaje istnieć. Pani Fuentes stwierdziła, że temat powinien "przykuwać uwagę", ale z drugiej strony, skąd ja mam niby wiedzieć, co przykuje uwagę osoby odpowiedzialnej za rekrutację na studia?
- Panno Santiago, cieszę się, że wybrała pani zajęcia ze sztuki kulinarnej. Idealnie się tam pani wpasuje. - Pani Fuentes porusza się niczym nindża, nie usłyszałam nawet, jak zbliża się do mojej ławki, choć pewnie powinnam była ją wyczuć. Perfumy, których używa, mają delikatną nutę cytrynowej werbeny. Uwielbiam tę roślinę. W głowie widzę już kuchenny blat i składniki, które same zaczynają się na nim układać. Prawie czuję na języku smak puddingu kokosowego z przepisu Buni lekko zmodyfikowanego przez Emoni.
- Słyszała już pani pewnie, że w ramach zajęć będzie możliwość wyjazdu za granicę, co? Prowadzący, szef Ayden, planował go przez całe wakacje.
Wyrywam się z kokosowo-puddingowego zamyślenia.
- Tak, słyszałam. - Nie chcę mówić nauczycielce, że razem z Bunią martwimy się o koszty takiej podróży.
Kobieta podchodzi bliżej.
- Tyle razy wspominała pani, jak bardzo uwielbia gotować. Myślę, że te zajęcia i wycieczka za granicę będą dla pani niesamowitym przeżyciem.
Rozglądam się po klasie. Większość dzieciaków siedzi ze spuszczoną głową, ale wiem, że podsłuchują, wyjątek stanowi ten nowy. On nie ma nawet na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że nie obchodzi go, o czym rozmawiamy. Zajął puste miejsce, na które padają promienie słońca, i nie spuszczając ze mnie wzroku, stuka ołówkiem o blat. Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, posyła mi nieśmiały uśmiech, ale nie przerywa kontaktu wzrokowego.
Robię to za niego, ale wcześniej mierzę go wściekłym spojrzeniem.
- Racja, też mam nadzieję, że zajęcia będą super, pani Fuentes. Jak pani myśli, na który z tych tematów powinnam napisać pracę?
Przez dłuższą chwilę patrzy mi prosto w oczy, po czym delikatnie potrząsa głową i zsuwa okulary, by spojrzeć w dół na mój zarys.
- Myślę, że powinnaś wykorzystać ten, który najbardziej cię przeraża. Podejmowanie ryzyka i decyzji pomimo strachu... Właśnie to fascynuje w historii naszego życia.
I znowu te słowa. Nauczycielka odchodzi, a ja odnoszę wrażenie, że jej rada wcale nie odnosiła się do zarysu eseju.
Na przegranej pozycji
Tyrone to śliczny chłopiec. Szczupły, o długich rzęsach i włosach ściętych w iście filadelfijskim stylu. Poznaliśmy się w czyjejś piwnicy, na imprezie z okazji nowego roku szkolnego, tuż rzed tym, jak zaczęłam liceum. Mimo że chodził do szkoły w Mount Airy, po drugiej stronie miasta, gdzie mieszkał, kilkoro jego znajomych z gimnazjum wylądowało w Schomburgu, przez co na imprezie znalazła się mieszanina osób z dwóch różnych szkół. Wiedząc to, co wiem teraz, naprawdę dziwię się, że ktokolwiek mnie zaprosił, skoro praktycznie nie było tam żadnych pierwszoklasistów. Wydaje mi się, że znalazłam się tam dlatego, że jeden z kumpli Tyrone'a ze szkoły próbował poderwać Angelicę. Tyrone jest starszy o rok i potrafi idealnie dobierać słowa. Zwykle nie zawracam sobie głowy ładnymi chłopcami, a już zwłaszcza takimi, którzy oczekują, że będzie się całowało ziemię pod ich stopami, dlatego olewałam go przez całą imprezę. To musiało nieźle go ruszyć, bo już na następnej imprezie na początku października praktycznie wychodził z siebie, żeby przyciągnąć moją uwagę.
Piękniś Tyrone z tymi jego pięknymi słówkami na naszą pierwszą randkę zabrał mnie do centrum. Obejrzeliśmy komedię romantyczną, która wydała mi się dosyć zabawna, on jednak strasznie narzekał, że była strasznie ckliwa. Później spacerowaliśmy alejkami w Parku Zakochanych, wśród drzew i innych par. Pamiętam, że tamtego wieczora skłamałam Buni, że wybieram się do Gelly.
Do tej pory nie wiem, dlaczego akurat Tyrone. Może przez to, że tak naprawdę nie spodziewałam się, że mnie wybierze. Chłopcy nie zwracali uwagi na moje płaskie, chude ciało, bo byli zainteresowani dziewczynami o krągłych tyłkach. A może kupiło mnie to, że kiedy upiekłam dla niego babeczkę, stwierdził, że jest zbyt ładna, by ją zjeść, i czekał tydzień, aż zrobi się sucha. A później już po jednym gryzie uznał, że to wciąż najlepsza przekąska, jaką kiedykolwiek jadł. Powiedział, że przywołuje wspomnienie najlepszych urodzin, jakie miał. Że chce, żebym była jego.
"To" wydawało mi się wtedy czymś, co robią wszyscy, więc dlaczego nie spróbować z Tyrone'em? Niczego mu nie brakowało, był starszy i zazwyczaj miły, a przynajmniej tak sobie wmawiałam. I co najważniejsze - chciał mnie. Mógł uprawiać seks z każdą inną dziewczyną, a jednak to mnie pragnął. Nawet teraz, na samą myśl o tym, lekko skręca mnie w żołądku. W ten oto sposób decyzja o seksie miała więcej wspólnego z tym, że ktoś mnie wybrał, niż z rzeczywistym pożądaniem.
Tamtego dnia, gdy straciłam dziewictwo, miałam skrócone lekcje, a Tyrone zerwał się ze swoich, żeby się ze mną spotkać. Tak bardzo obawiałam się, że wścibska sąsiadka zobaczy, że przyprowadzam do domu chłopca, że koniec końców przeszliśmy kawał drogi do jego domu w Mount Airy. Jego rodziców nie było.
Moje pierwsze wrażenie? Seks okazał się o wiele bardziej techniczny, niż się spodziewałam. Tyrone cały czas majstrował przy gumce, ja się śmiałam, bo byłam zdenerwowana, a on był strasznie nieporadny. Najwyraźniej śmiech w takiej sytuacji nie jest wskazany, bo chłopak zacisnął mocno usta i zrobił się jeszcze bardziej niezdarny. A podobno miał w tym już doświadczenie!
Kiedy w końcu we mnie wszedł, zabolało. Przez chwilę nie wiedziałam, czy chcę go z siebie wypchnąć, czy przyciągnąć bliżej. Nagle zaczął sapać, pocić się prosto na moją pierś i przepraszać. Cały czas powtarzałam, że wszystko w porządku, bo myślałam, że przeprasza za to, że mnie skrzywdził, aż uświadomiłam sobie, że to dlatego, że już po wszystkim. Nawet nie zdjęłam stanika. To nie trwało nawet tyle, ile jedna The Weeknda, lecąca w tle. Gdzieś wewnątrz mnie zagnieździło się uczucie zawodu, sama nie wiem, czy powstrzymywałam śmiech, łzy czy też jakieś inne uczucie, którego nawet nie potrafiłam nazwać. W głowie miałam tylko to, że w chwili, w której najbardziej tego potrzebowałam, Tyrone nie uraczył mnie ani jednym miłym słowem. Powycierałam się sama, założyłam spodnie i wyszłam. Nawet się nie pożegnał.
Gdy tamtego popołudnia wróciłam do domu, sięgnęłam po brązowego banana. Po ciemnej jak noc skórce poznałam, jaki będzie słodki. Pokroiłam go na tuzin plasterków, które później wrzuciłam na rozgrzaną patelnię i smażyłam, aż się prawie spaliły. Cukier zamienił się w gorycz. Wrzuciłam je na talerz bez żadnych dodatków, a później jadłam i jadłam, aż nie zostało nic prócz resztek oleju.
Zrobiło mi się od tego niedobrze.
Aż po dziś dzień, kiedy tylko gotuję komuś maduros, kończy się to płaczem jedzącego. Łzy ciekną mu na talerz bez wyraźnego powodu, a ja też nie potrafię zjeść tego dania bez szlochania i fantomowego bólu między nogami.
Od czasu Tyrone'a już nawet nie rozmawiam z chłopcami. Są w takim wieku, że potrafią wcisnąć dziewczynie cokolwiek, byle tylko dostać to, czego pragną, a ja nauczyłam się jeszcze mniej ufać pięknym słowom niż pięknym twarzom.
Pożegnania
Pierwsze dwa dni szkoły minęły jak z bicza strzelił i nim się oglądam, nadchodzi sobota. A sobota oznacza czas odwiedzin.
Przez pierwsze dwa lata życia Dziecinki rodzice Tyrone'a starali się nakłonić go do zrobienia testu na ojcostwo. Doskonale jednak wiedział, że był moim jedynym, i nigdy nie wątpił w to, że Emma jest jego córką. Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie, przynajmniej dopóki nadal mieszka ze swoimi rodzicami. Mógł przychodzić do mnie i widywać się z nią tutaj, i robił to kilka razy w miesiącu, odkąd przyszła na świat. Dopiero niedawno dostał pozwolenie, żeby zabrać ją do siebie. Wygląda na to, że ostatnie zdjęcia Dziecinki przekonały jego rodziców, że jest podobna do ich rodziny. Od połowy wakacji Tyrone przejmuje opiekę nad córeczką w co drugi weekend i powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. Ona z kolei oswaja się z tymi wycieczkami, ale póki co dla mnie to żadna frajda.
Tyrone'owi można wiele zarzucić, ale przynajmniej nadal jest obecny w jej życiu. I mimo że spóźniał się na każdą naszą randkę, to w weekendy, gdy odbiera Dziecinkę, pojawia się punktualnie jak w zegarku. Dlatego właśnie nie jestem zdziwiona, kiedy w sobotę zjawia się równo o jedenastej.
- Cześć, Emmo - wita się i przykuca z rozłożonymi ramionami.
- Tatuś! - Dziecinka podbiega do niego i przytula się. Chłopak podnosi ją do góry i podrzuca w powietrze.
- Urosłaś, odkąd widzieliśmy się dwa tygodnie temu! Co ty na to, żeby zobaczyć się z babcią? - Przytula ją do siebie, a ona potakuje. Świeżo zapleciony warkoczyk podskakuje razem z nią.
Mama Tyrone'a akceptuje Dziecinkę, tylko jeśli wygląda idealnie, jak z obrazka. Nastroszone kucyki albo mało eleganckie ubranka nie wystarczą. Mała zawsze musi mieć na sobie perfekcyjny, odświętny strój i nieskazitelnie zaplecione włosy. Patrzy na ojca, jakby był promieniem słońca, wpadającym przez okno w pochmurny dzień. Wcale nie jestem zazdrosna o to spojrzenie. Ani trochę.
Tyrone odwraca się w moją stronę i odbiera ode mnie dużą dziecięcą torbę.
- Odwiozę ją jutro o siódmej wieczorem. Powinienem o czymś wiedzieć?
Potrząsam głową i pochylam się, żeby cmoknąć Dziecinkę w policzek. Owiewa mnie zapach wody kolońskiej i aż muszę się powstrzymać przed nabraniem głębokiego oddechu. Cholera, Tyrone nadal pachnie tak zaje... fajnie. Kurde.
Cofam się o krok i przestaję dyskretnie go obwąchiwać.
- Spakowałam jej kilka przekąsek. I ulubioną książeczkę. W razie czego pisz. Po południu będę w pracy, ale odpiszę w przerwie. Bunia jest w domu przez cały dzień, więc możesz też zadzwonić - trochę bełkoczę, mając nadzieję, że tego nie zauważa.
Tyrone kiwa głową i poprawia sobie Dziecinkę na piersi.
- Bełkoczesz, Emoni. Przecież wiesz, że mamy w domu jej ulubione przekąski, co nie? Nie musisz ciągle pakować soczków. I wiem, jak się z wami obydwiema skontaktować. - Jeszcze raz podrzuca Dziecinkę, a ona piszczy, wtulając twarz w jego szyję. Przełykam gulę w gardle.
Bunia staje w kuchennych drzwiach i zaczyna bawić się obrączką na palcu.
- Dzień dobry, pani Santiago. Co u pani słychać? - Tyrone rusza w kierunku drzwi.
- W porządku, Tyrone, dziękuję, że pytasz.
Bunia opuszcza sprawną dłoń i podchodzi do drzwi.
- Przyprowadź nam z powrotem małą Emmę w jednym kawałku - mówi i wyciąga dłonie ku prawnuczce. Tyrone podaje jej ją bez słowa sprzeciwu, a ona przytula dziewczynkę, po czym wkłada ją w ramiona ojca. - A ty masz być grzeczna u tatusia, dobrze?
- Sí, Buniu. - Dziecinka potakuje z powagą. Ja jednak dobrze wiem, na co się zanosi.
Wszyscy się uśmiechamy. Otwieram drzwi. Tyrone wychodzi i już ma je za sobą zamknąć, kiedy Dziecinka orientuje się, co się dzieje. Ona wyjeżdża, a ja i Bunia zostajemy.
Marszczy śliczną buzię i nagle zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy. Jestem pewna, że wszyscy sąsiedzi po obydwu stronach ulicy słyszą ją doskonale pomimo grubych ścian. Aż ciągnie mnie, by wyrwać ją Tyrone'owi z ramion i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Zapewnić córeczkę, że nikomu nie pozwolę jej sobie odebrać. Ale z całych sił staram się zostać na miejscu. Tak było za każdym z czterech razów, kiedy po nią przyjechał. Tyrone zerka na mnie i zaciska usta. Szepcze coś cicho do córeczki. Z pierwszej ręki wiem, że słodka gadka Tyrone'a działa na dziewczyny i potrafi ukoić ich płacz, a jednak jego własna córka zdaje się być całkowicie odporna na jego wpływ.
Dziecinka nie przestaje wyrywać się z ramion ojca, on jednak cały czas oddala się od drzwi i szepcze uspokajające słowa. Poprawia sobie torbę na ramieniu i pędzi po schodach. Obserwuję, jak zapina małą w foteliku na tylnym siedzeniu drogiego lexusa matki. Gdy zatrzaskuje drzwi, już nie dociera do mnie płacz Emmy. Słyszę, jak stojąca obok Bunia cicho wzdycha. Obydwie patrzymy, jak samochód odjeżdża i znika nam z oczu.
- Nic jej nie będzie, wiesz? - mówię do niej.
Potakuje i przytula mnie do siebie.
- Nic jej nie będzie - powtarza.
Zaciągam się zapachem jej waniliowych perfum i zaczynam odliczać czas do dziewiętnastej w niedzielę. Jeszcze tylko trzydzieści dwie godziny.
Prostuję się i mrugam kilka razy, by pozbyć się łez z oczu. Zamykam drzwi.
- Co ty na to, żebym zrobiła pudding? Myślałam o zmieszaniu kokosu z werbeną cytrynową... i może jeszcze wanilią. Zaczynam zmianę dopiero za kilka godzin.
Objęte wchodzimy do kuchni.
Mama
Dziwnie jest zostać matką, kiedy własna nie dawała nam przykładu. Nie to, że nie uważam Buni za rodzica, i wiem, że wychowała mnie w inny sposób niż mojego ojca. Sądzi, że w jego przypadku zawiodła i chce mieć pewność, że ze mną to się nie zdarzy. Jest zmęczona i choć kocha Dziecinkę, pragnie, żebym miała łatwiejsze życie. Żebyśmy obie miały.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie mam miliona pytań, które chciałabym zadać mojej mamie. Cały czas łapię się na tym, że zastanawiam się, czy byłaby ze mnie dumna. Czy gdyby była w pobliżu, też zaszłabym w ciążę i urodziła Dziecinkę? Czy gdyby żyła, ojciec nadal mieszkałby w Filadelfii?
Z rodziny ze strony mamy utrzymuję kontakt tylko z jej najstarszą siostrą, ciocią Sarah. Mieszka w Karolinie Północnej i spotkałam się z nią tylko raz, gdy byłam zbyt mała, żeby to zapamiętać: na pogrzebie mamy. Kiedyś miałyśmy w zwyczaju rozmawiać przez telefon przy okazji różnych świąt, ale odkąd kilka lat temu sprawiła sobie smartfona, zaczęłyśmy pisać do siebie maile raz czy dwa razy w miesiącu. Gdy ma wolną chwilę, przepisuje i wysyła mi różne rodzinne przepisy, a później ja odsyłam ich własną wersję, by mogła sprawdzić, jak jej siostrzenica je zmodyfikowała. Już kilka razy zapraszała mnie na wakacje na południe, ale latem zwykle odwiedza mnie Julio, a od kiedy urodziła się Dziecinka, nie wyobrażam sobie tak dalekiej podróży z nią czy też bez niej. Tak czy siak, utrzymuję z ciocią kontakt, bo Julio nigdy nie rozmawia ze mną o mamie, a Bunia po prostu nie znała jej na tyle dobrze, by powiedzieć mi cokolwiek więcej. Czasami w wiadomościach z przepisami ciocia Sarah wspomina o mamie i o tym, jak próbowała coś stworzyć z tych składników.
Mama miała na imię Nya. Przez jakiś czas chciałam dać tak Dziecince na drugie imię, ale chyba dziwnie bym się z tym czuła, skoro nigdy mamy nie poznałam. Nie wiem, jaką przyszłość zgotowałabym swojej córce, nadając jej imię z przeszłości. Jeśli o tego typu sprawy chodzi, Bunia wychowała mnie na przesądną osobę.
Czy można tęsknić za kimś, kogo nigdy się nie poznało? Oczywiście. Kiedyś wymyśliłam sobie historię o tym, kim była moja mama, i to właśnie za tą osobą tęsknię, nieważne, kim okazałaby się w rzeczywistości. Wyobrażam sobie, że była osobą cierpliwą, ale też surową. Osobą, z którą malowałabym paznokcie, prostowała włosy, która szukałaby ze mną sukienki na bal, ale też wymagała dobrych ocen i chodziła na każdą wywiadówkę. Nie powiedziałaby mi, że smakują jej moje dania, gdyby tak nie było, i w razie czego konstruktywnie by je skrytykowała.
Trzymam przy łóżku ramkę ze zdjęciem, na którym moi rodzice trzymają się za ręce. Tata ma na sobie sportową koszulkę z nazwiskiem Iversona, a mama jeansowe rurki i jasnoniebieską koszulkę z uśmiechniętą buzią, rozciągniętą na zaokrąglonym brzuchu. To zaokrąglenie to właśnie ja. Mam tylko takie zdjęcie całej naszej trójki: zakochani, uśmiechnięci rodzice trzymający się za ręce i ja, całkowicie rozwinięta w jej brzuchu, pukająca do drzwi ze skóry. Wyrywająca się na świat, zanim wszyscy z niego odejdą.
Forma sztuki
Kiedy po raz pierwszy stawiam stopę w kuchni, która wygląda jak rodem z reklamy telewizyjnej, z całych sił staram powstrzymać się od płaczu. Profesjonalne pomieszczenie kuchenne widziałam do tej pory wyłącznie w telewizji i choć to może i nie jest hipernowoczesne, to i tak wygląda ładniej niż jakakolwiek inna kuchnia, w której byłam. Przy przeciwległej ścianie umieszczono dwa podwójne zlewy i ogromne metalowe kosze z miskami, szczypcami, dużymi drewnianymi łyżkami oraz sprzętem do serwowania dań. Po mojej prawej ulokowano dwa duże piekarniki gazowe oraz palniki, a po lewej trzy ogromne lodówki otoczone kredensami, zapewne pełnymi składników. Z sufitu zwisają garnki oraz patelnie, podwieszone niczym stalowe żyrandole. Pośrodku pomieszczenia pięć metalowych stołów, ustawionych w podkowę, otacza jeden samotny blat.
Nigdy w życiu nie byłam w operze, ale tak pewnie czuje się dyrygent, kiedy wychodzi przed orkiestrę, widzi oświetloną scenę i zasuniętą kurtynę i od razu wie, że to dzięki niemu muzyka zaraz odbije się echem od ścian.
Nasz prowadzący (szef Ayden, sądząc po opinającym elegancko jego pulchne kształty fartuchu oraz wyglądających na wygodne spodniach w kratę) wychodzi ze swojej kanciapy po drugiej stronie pomieszczenia dokładnie w chwili, gdy Malachi wpada do klasy. Przez krótką chwilę patrzą na siebie, a cała reszta z nas zerka na nich. Szef Ayden nie należy do wysokich ludzi, ma wolną od wszelkich niedoskonałości ciemną karnację, przez co jego twarz wygląda, jakby była wypolerowana. Malachi zajmuje jedyne wolne miejsce obok Ślicznej Leslie. Przez sekundę zastanawiam się, czy szef Ayden wykopie go od razu za spóźnienie. Rany, ten chłopak będzie chodził ze mną na zajęcia. Sama nie wiem, czemu tak bardzo mnie to irytuje.
- To nie jest kolejna zwykła lekcja. Tutaj znajdujecie się w prawdziwej kuchni. Mamy prawdziwe noże, prawdziwe jedzenie i prawdziwy zegar na ścianie, który odmierza wszystko, czego możemy dokonać podczas tych zajęć. Niektórzy z was pewnie już słyszeli, że wiosną planujemy też wyjazd. Jeśli nie poradzicie sobie z pojawianiem się na zajęciach o czasie, ani mi się śni zabierać was za granicę. Nie znalazłem się tutaj, bo zamarzyło mi się zostać nauczycielem. Jestem tu, ponieważ uwielbiam gotować, wy wszyscy się zgłosiliście na te zajęcia, a ja potrafię prowadzić kuchnię. To nie szkolna sala, to przede wszystkim kuchnia i tak będziecie to miejsce postrzegać, zrozumiano?
Przerywa i staje się dla nas jasne, że czeka na odpowiedź. Niektórzy z nas mamroczą pod nosem, inni tylko potakują. Tak bardzo chciałabym być tutaj sama, żeby móc przyjrzeć się bliżej nożom, palnikom i szufladzie z przyprawami.
Szef rozgląda się po klasie i z każdym nawiązuje kontakt wzrokowy, po czym kontynuuje:
- Gotowanie to przede wszystkim szacunek. Szacunek do jedzenia, przestrzeni, współpracowników oraz ludzi, dla których gotujecie. Szef lekceważący te zasady nie jest prawdziwym szefem. Jeśli macie problem z szacunkiem, te zajęcia nie są dla was. Wystarczy, że dacie mi znać, a podpiszę dla was formularz wypisu z fakultetu. - Znów rozgląda się po sali, ale wszyscy ani drgną. Spogląda na mnie, a ja wytrzymuję jego wzrok.
- Po pierwsze: do końca tego tygodnia będziecie musieli wypełnić wniosek o wypożyczenie fartucha oraz czapki kucharskiej. Kiedy przestępujecie próg tej sali, przestajecie być uczniami Schomburg Charter - stajecie się personelem kuchennym na szkoleniu.
Odnoszę wrażenie, że ten facet lubi dawać wykłady i nie zamierza się powstrzymywać, ale muszę przyznać, że spodobało mi się to, co powiedział o szacunku.
- Dzisiaj nawet nie zbliżycie się do jedzenia. - Zaczyna machać w powietrzu trzymanym w ręce przedmiotem. - Dzisiaj nauczycie się, jak poprawnie trzymać w dłoni nóż do masła.
Staram się powstrzymać westchnienie, które mogłoby się równać z jednym z tych, jakie zwykle wydaje z siebie Angelica, ale i tak wyrywa mi się ono z piersi, a oczy szefa Aydena automatycznie kierują się w moją stronę.
Przez chwilę, kiedy mówił, pomyślałam, że pewnie wie, jak to jest żyć w miejscach, z których pochodzimy. Wydawało się, że rozumie, jak to jest pochodzić z takiej dzielnicy jak moja, ale z drugiej strony, patrząc na trzymany przez niego nóż do masła, stwierdziłam, że jednak musi pochodzić z innego świata. Przecież większość osób w tej sali prawdopodobnie gotuje i używa noży, odkąd tylko pamięta, nie mówiąc już o tym, że nieraz widzieliśmy, jak inni używają ich na sobie.
Wszyscy muszą czuć się podobnie, bo kilka osób przestępuje z nogi na nogę i w końcu Śliczna Leslie odchrząkuje ze swojego miejsca przy przeciwległym stole.
- Eee, szefie, nie chcę być niegrzeczna, ale wydawało mi się, że to zajęcia z gotowania. Myślę, że większość z nas wie już, jak trzymać nóż. - O proszę. Nawet ona mnie rozumie, a jesteśmy od siebie tak różne, jak to tylko możliwe.
- Zajęcia z gotowania? Nie. To są zajęcia ze sztuki gotowania. Tak jak to bywa w przypadku kreatywności, nauki i pasji - są one formą sztuki. Każdy artysta rozpoczyna pracę nad dziełem poprzez zrozumienie swoich narzędzi oraz środków. Byle amator może nauczyć was, jak gotować, wystarczy wyguglować sobie przepis. Jeśli jednak chcecie nauczyć się, jak tworzyć sztukę, zostańcie na moich zajęciach.
Śliczna Leslie odrzuca włosy i wzrusza ramionami, ale nie wychodzi.
Ja też nie.
Malachi
Hej, Santiago! - słyszę za sobą głos.
Oglądam się przez ramię i widzę Malachia. Truchta w moim kierunku, z trudem omijając piłkarzy. Nawet nie zwraca uwagi na to, jak piorunują go wzrokiem.
- Cześć. Malachi, prawda? - odpowiadam. - Wiesz, że możesz mówić do mnie Emoni? Tylko pani Fuentes zwraca się do mnie po nazwisku.
Staram się iść cały czas tym samym tempem. Nie chcę, żeby ten chłopak myślał, że ma w ogóle jakikolwiek powód do rozmowy ze mną.
Niestety, w przeciwieństwie do mnie ma całkiem długie nogi i niewiele czasu mu potrzeba, żeby się ze mną zrównać.
- Chyba nie słyszałem wcześniej twojego imienia. Podoba mi się. Imani to nie jest przypadkiem jeden z tych dni, które świętujecie podczas Kwanzaa1? Nie sądziłem, że rzeczywiście jesteś Afro.
Nie mogę się powstrzymać, by nie wywrócić oczami. No, to jazda.
- A cóż, drogi Malachi, sprawiło, że nie sądziłeś, że rzeczywiście jestem Afro?
- Po pierwsze, masz na nazwisko Santiago, dość jasną karnację i dziko kręcone włosy. Założyłem, że jesteś Hiszpanką - stwierdza, ciągnąc mnie za kosmyk. Od razu odpycham jego dłoń.
- Nie dotykaj mnie, chłopcze - ostrzegam. - Mój ojciec jest Portorykaninem i ma ciemniejszą karnację niż miała moja mama, a cała jej rodzina to ciemnoskórzy z Karoliny. I to po mamie mam kręcone włosy. Nie wszystkie czarnoskóre kobiety czy latynoski wyglądają tak samo.
Unosi dłonie do góry w geście poddania.
- Mój błąd. Nie chciałem cię obrazić. Chciałem po prostu wiedzieć, skąd jesteś, skoro nie wyglądasz na typową Afroamerykankę.
Biorę głęboki oddech i odpowiadam, ale tylko dlatego, że nie miał nic złego na myśli.
- Czaję. I tak, jestem ciemnoskóra po obydwojgu rodzicach, z tym że portorykańska strona mówi po hiszpańsku, a amerykańska po angielsku.
- Doceniam wykład o rasach.
Jak nic stara się mnie oczarować, a ja nie zamierzam się na to złapać.
- Potrzebujesz czegoś ode mnie? - pytam, skręcając za róg. Niby czemu on myśli, że będę marnować dla niego czas? Albo słowa?
I wtedy się uśmiecha, przez co w obydwu policzkach robią mu się dołeczki. Są jak billboardy reklamujące radość i aż potykam się o własne stopy. Jasna cholera, przed tym uśmiechem powinno pojawić się wyraźne ostrzeżenie. Bo... blao! Wycelował nim prosto w moje uczucia. Przez niego przeklęłam i choć tylko w myślach, to jednak obiecałam sobie wcześniej, że nad tym popracuję. Teraz naprawdę się wkurzyłam.
- Niee, Santiago. Chciałem się tylko przywitać. Cieszę się, że chodzimy razem na ten fakultet. Nie mogę się doczekać, aż spróbuję czegoś od ciebie.
Mrużę oczy, nie spuszczając z niego wzroku.
- Czy w tym był jakiś podtekst?
Otwiera oczy ze zdumienia i parska śmiechem.
- Oż ty! Ja tylko starałem się być miły, to ty masz kosmate myśli!
- Och, no cóż, pewnie degustacja będzie częścią zajęć. - Zatrzymuję się przed klasą do angielskiego. Angelica siedzi przy drzwiach i widzę, że już zaczęła robić jakieś notatki. - To moja sala - rzucam, po czym, tylko dlatego że Bunia dobrze mnie wychowała, dodaję: - Dzięki za odprowadzenie mnie do klasy.
- Żaden problem, Santi.
Kwanzaa - święto obchodzone przez diasporę afrykańską, upamiętniające dziedzictwo afrykańskie w kulturze amerykańskiej. Opiera się ono na ośmiu zasadach, z czego jedną jest właśnie Imani, czyli wiara (przyp. tłum.). [wróć]
Czarna jak ja
Odkąd tylko pamiętam, ludzie nie potrafią rozpoznać, do jakiej rasy należę. No, może niekoniecznie znajomi z osiedla, z którymi dorastałam. W dzielnicy Fairhill mieszkają głównie hiszpańskojęzyczni Karaibowie albo wychowani w Filadelfii Afroamerykanie o południowych korzeniach. Oznacza to mniej więcej tyle, że w mojej okolicy wszyscy rodzice czy pradziadkowie mówią z różnymi akcentami i żaden z nich nie brzmi jak filadelfijski. Kiedy jednak ludzie z innych dzielnic spotykają mnie po raz pierwszy, od razu zastanawiają się, dlaczego nie pasuję do żadnego schematu. Latynoamerykańskie staruszki w sklepie Papiego cmokają z dezaprobatą, gdy zadają mi pytanie po hiszpańsku, a ja odpowiadam, łamiąc sobie język, albo jeszcze gorzej - po angielsku. Nie znam hiszpańskiego na tyle, by powiedzieć im, że Bunia nieczęsto mówi w domu w tym języku. Dzięki niej rozumiem całkiem sporo, ale w szkole oraz dzięki oglądaniu telewizji nauczyłam się angielskiego i przez większość czasu to właśnie nim posługuje się nasza rodzina. Nie krępuje mnie, że słabo znam hiszpański, ale czasami mam wrażenie, że to automatycznie sprawia, że zła ze mnie boricua. Że zapominam o swoich korzeniach.
Z drugiej strony ludzie zastanawiają się, czy aby nie jestem Afroamerykanką. Zupełnie jakby moje portorykańskie korzenie wymazywały ze mnie całą czarnoskórość, chociaż jeśli rzeczywiście kolor skóry jest jedynym wyznacznikiem rasy, moja portorykańska część jest tak samo czarna, jak i afroamerykańska. Nie mówiąc już o tym, że Juliowi można wiele zarzucić, ale z pewnością nie to, że nie jest dumny ze swoich afrykańskich korzeni. To on cały czas sprawdza, czy nie zapominam o naszej historii. Bunia też nie wstydzi się swojej "czarności", nawet jeśli nie mówi o tym tak głośno jak Julio. Nie potrafię zliczyć, ile razy ktoś spytał ją na ulicy o wskazówkę, a kiedy tylko słyszał jej akcent, ze zdumieniem dodawał: "Och, jest pani Hiszpanką?".
Notorycznie muszę uczyć ludzi geografii i historii. Opowiadać o tym, że w rodzinnym mieście mojej babci sześćdziesiąt pięć procent mieszkańców to Afro-Portorykańczycy, jak i o tym, że większość niewolników porzucono na Wyspach Karaibskich i w Ameryce Łacińskiej, albo o tym, że kolor idzie w parze z tańcem bomba i z potrawą mofongo, co nie znaczy, że nie jest ważna. Mam wrażenie, że ciągle bronię tych części siebie, które odziedziczyłam po mojej mamie: korzeni pochodzących z tego kraju, faktów, które ciocia Sarah opowiedziała mi o naszej rodzinie z obszaru Raleigh, drobnych powiedzonek, które przewijają się w wiadomościach od niej, a które z kolei ma po swojej mamie, a tamta po swojej i tak dalej, aż do pierwszej afrykańskiej matki, która postawiła stopę na tej ziemi. Tę samą mądrość od czasu do czasu przekazuję szeptem Dziecince - drobne przypomnienie o tym, kim jesteśmy i skąd pochodzimy.
To wszystko jest dosyć skomplikowane. Zupełnie jakbym była jakimś nierozwikłanym problemem, który inni ludzie starają się rozłożyć na części pierwsze i kompletnie nie słuchają, kiedy mówię, że - halo - ja się nie dzielę. W całości jestem czarna. A całość mnie to po prostu całość mnie.
Zirytowana
Witamy w Burger Joint. Co mogę pani podać?
Hmm, a którego burgera pani poleca?
Mój przełożony, Steve, staje mi za plecami i natychmiast zaczyna mleć ozorem.
- Droga pani, wszystkie nasze burgery są przepyszne, ale być może chciałaby pani spróbować Joint Special z dodatkowym bekonem oraz serem.
Myślę, że powinnam dostać dodatkowe punkty za utrzymywanie pokerowej miny. Steve zawsze próbuje zachęcać klientów i dokleja się do kasjerów. Cały czas czuję na swojej szyi jego gorący oddech i z całych sił powstrzymuję się od rzucenia mu megaagresywnego spojrzenia. Po pierwsze, to zamrożone paskudztwo nasączone karmelowym roztworem nawet nie leżało obok bekonu. Po drugie, kompletnie nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek chciałby w swojej kanapce masakrycznie kaloryczny ser o smaku kartonu. Po trzecie, skoro chce odwalać za mnie całą robotę, po co mnie tutaj w ogóle zatrudnił?
Kobieta potakuje, po czym spogląda mi prosto w oczy. Wygląda na wykładowcę. Okulary spoczywają jej nisko na nosie i roztacza wokół siebie aurę osoby, która sprawia, że bierze się ją za kogoś, kto domaga się uwagi w sali wykładowej.
- A ty, młoda damo? Co najbardziej lubisz? - Nie spuszcza ze mnie wzroku, który jasno daje do zrozumienia, że nie przyjmie żadnej ściemy.
Zmuszam usta do czegoś, co jak mam nadzieję, ujdzie jako wiarygodny uśmiech.
- Polecam shake'a waniliowego, robimy go z prawdziwych lodów. I szóstka to dosyć... um... popularny wybór? - Nie byłam przygotowana na ściemnianie.
Klientka potakuje.
- Dzięki, skarbie. W sumie sama nie wiem, czy mam w ogóle ochotę na burgera.
Po tych słowach wychodzi, a do środka wpada chłopak, którego kojarzę ze szkoły. Nie jestem zdziwiona, widząc znajomą twarz, w końcu Schomburg jest dość niedaleko. Przyjmuję zamówienie i kiedy odwracam się, żeby nałożyć dla niego frytki, wpadam prosto na Steve'a.
- Przepraszam - mamroczę, ale on idzie za mną do strefy przygotowywania zamówienia.
- Czemu mi wcześniej nie pomogłaś, Emoni? Straciliśmy pieniądze, bo klientka zrezygnowała.
- Chciałam po prostu dać tej pani większy wybór, Steve. - Wrzucam trochę frytek do kartonowego pojemnika. Kryształki soli lśnią na nich niczym raperski, wysadzany diamentami łańcuch.
Steve nie odpuszcza tak łatwo.
- Sabotowałaś sprzedaż. Nawet nie odpowiedziałaś jej na pytanie.
Wzruszam delikatnie ramionami i posyłam mu coś na kształt przepraszającego uśmiechu. Kładę na tacy frytki oraz szarlotkę, po czym podchodzę do maszyny do shake'ów. Steve nie przestaje deptać mi po piętach.
- Jaki jest twój ulubiony burger, Emoni?
Ojoj. Rany, nie jadam tu burgerów. Mam problem ze zjedzeniem czegokolwiek, co mogłabym przygotować tysiąc razy lepiej we własnej kuchni, ale potrzebuję tej pracy, więc szybko przełykam ślinę i odpowiadam:
- No... Wszyscy chyba lubią numer sześć, prawda?
Steve mruży oczy.
- Emoni, chyba będziesz musiała nauczyć się grać drużynowo. A może po prostu to nie jest drużyna dla ciebie.
Z tymi słowami Steve wparowuje do swojego gabineciku. Jego stosunek do mnie jest równie suchy i nieświeży jak serwowane przez niego frytki.
Hiserie i okropne dwulatki
"Zjedz marchewkę", powiedziała mama zajączka. Koniec.
Zamykam książeczkę z obrazkami i cmokam Dziecinkę w czółko. Wtula się we mnie z kciukiem w buzi.
- Dziecinko, musisz przestać ssać kciuka. To bardzo zły nawyk - mówię, po czym chwytam ją za rączkę, by nie wkładała jej do ust.
Gdy puszczam, czeka jakąś sekundkę, po czym znowu robi to samo.
- Pseczytaj jesce raz, mamusiu - prosi z palcem w buzi. Szybko i delikatnie wyciągam go po raz kolejny.
- Nie dziś, kochanie. Czas do łóżeczka. Mamusia musi jeszcze odrobić lekcje. - Nasi nauczyciele w weekend chyba upadli na głowy, bo teraz zadanie domowe z każdego przedmiotu zajmuje mi co najmniej godzinę i wiem, że czeka mnie długa noc. Otaczam się nóżkami Dziecinki w pasie i wychodzę po schodach do naszego pokoju.
- Chcę jesce raz! - piszczy. Jak nic przeszkodzi Buni w oglądaniu meczu Eaglesów. To pierwszy tydzień rozgrywek w sezonie i Bunia robi się prawdziwą marudą, jeśli nie może obejrzeć swojej ulubionej drużyny.
- Emmo Santiago - zaczynam, używając jej pełnego imienia i nazwiska, bo tylko w taki sposób mogę poradzić sobie z jej histeriami. - Krzykiem niczego nie wskórasz. Wiem, że chcesz, żebym ci przeczytała książeczkę jeszcze raz, ale zrobiłyśmy to już trzy razy i musisz się nauczyć, że nie zawsze dostaje się to, czego się chce.
Czasami mam wrażenie, że Dziecinka to stara dusza, i wyobrażam sobie, że kiedy była jeszcze w moim brzuchu, medytowała i uprawiała jogę. Ostatnio coraz rzadziej tak myślę, mniej więcej odkąd zaczęła spędzać więcej czasu ze swoim ojcem. Nie wiem, czy jej tam przypadkiem nie rozpieszczają, a może mają po prostu inne zwyczaje, ale zdecydowanie widzę różnicę, gdy po weekendzie poza domem wraca do Santiagów i naszych przyzwyczajeń. Dlatego kiedy zaczyna zawodzić, płakać i wyrzucać swoje maskotki z łóżeczka, jedyne, co robię to wzdycham i zaczynam odliczać pod nosem.
- Byłaś taka sama, wiesz? Kiedy czegoś chciałaś, cały świat musiał o tym wiedzieć.
Nie odwracam się do Buni, stojącej w progu. Nie wchodzi do środka. Daje mi szansę uspokojenia furii małej na własną rękę. Z początku się na nią wściekałam, bo co ja, do cholery, wiem o uciszaniu dziecka? W końcu zaczęłam jednak doceniać to jej niewtrącanie się. Pozwala mi być mamą.
- Dziecinko - zaczynam znowu, podchodząc do łóżeczka. - Przeczytamy bajeczkę jutro choćby cztery razy. Cieszę się, że lubisz czytanie, naprawdę, ale teraz czas spać.
W odpowiedzi rzuca we mnie lalką.
- Koniec tego, Emmo - mówię poważnie. Zwykle nie używam tak poważnego tonu, ale teraz czas zrobić z niego użytek. - To, że jesteś zła, nie znaczy, że możesz rzucać przedmiotami w innych ludzi.
Zwija się w kłębek i nadal głośno płacze, ale w jej głosie słychać zmęczenie. Malutkie ciałko drży od szlochu i wszystko we mnie aż wyrywa się, by pogłaskać ją po głowie albo po prostu jeszcze raz przeczytać tę nieszczęsną bajkę. Dać jej to, czego potrzebuje, żeby nie cierpiała. Stoję jednak nieruchomo, dopóki Emma się nie uspokaja i nie zaczyna ciężej oddychać. Kiedy już śpi, zbieram maskotki z podłogi i układam przy jej stópkach, po czym ocieram łzy z jej policzków. Włączam lampkę nocną i zamykam drzwi do naszego pokoju. Pół godziny zmarnowane, a to wszystko wina zajączka.
Bunia schodzi ze mną do salonu, gdzie zamieniam książeczkę z bajką na Matematykę stosowaną: Równania w prawdziwym świecie.
- Przykro mi, że przeszkodziłyśmy ci w oglądaniu meczu - mówię, siadając na kanapie.
- Akurat była przerwa, nena. I póki co radzimy sobie tragicznie, mam nadzieję, że moi chłopcy szybko wezmą się w garść. - Siada obok i zabiera mi książki z rąk. Z westchnieniem kładę jej głowę na ramieniu. Poklepuje mnie po twarzy, przez co wtulam się w nią jeszcze mocniej.
- Chcesz, żebym ci poczytała?
- Wątpię, że będziesz mogła poćwiczyć udawanie głosów, czytając podręcznik do matematyki stosowanej - stwierdzam, przymykając oczy.
Bunia zmienia nieco pozycję i słyszę, jak bierze książkę do ręki.
- "Dawno, dawno temu żył sobie zajączek, któremu marzyło się uciec..."
Kapryśne ojcostwo
Ojciec od zawsze uwielbiał mi czytać. Mogę mu wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że dzwoni do mnie z San Juan albo próbuje zaszczepić we mnie miłości do nauki. W najstarszych wspomnieniach słyszę jego głos, jak czyta mi fragment którejś ze swoich książek. Julio nie uznawał bajeczek dla dzieci. Uważał, że powinien czytać mi to, co akurat sam czyta. Żadnych bajek, tylko historie, które rzadko były przeznaczone dla dzieci, a jednak uwielbiałam go słuchać.
Teraz już mi nie czyta, gdy mnie odwiedza. Przyjeżdża zawsze o tej samej porze roku, na początku lipca, zwykle z milionem planów. Zeszłego lata zatrudnił się w męskim salonie fryzjerskim i co rano obcinał włosy kilku klientom, popołudnia spędzał jako wolontariusz w domu kultury, a dodatkowo zapisywał się na letnie wykłady i odczyty, obojętnie jaki uniwersytet je prowadził.
Codziennie namawiał mnie, bym towarzyszyła mu podczas jego popołudniowych wypadów, ale nieszczególnie interesują mnie wykłady, a poza tym nasza relacja jest dosyć skomplikowana. Nie wspominając już o tym, że nowa praca nie pozwalała mi na to, żebym mogła się w niej nie pojawić, kiedy on sobie tego zażyczy.
Wieczorami jednak był gościem idealnym.
Pomagał zmywać naczynia, mimo że zawsze spóźniał się na kolację. Odbierał leki babci z apteki i biegał na zakupy do spożywczaka, kiedy tylko czegoś potrzebowałyśmy. Bawił się z Dziecinką i udawał, że zamierza obciąć ją na łyso, aż zaczynała piszczeć ze śmiechu i próbowała zabrać mu maszynkę. Był jedną z nielicznych osób, którym udawało się ją uspokoić, kiedy dostawała napadu złości. To właśnie dlatego czasem widziałam w nim ojca, którym mógłby być, gdyby mama żyła.
Gdyby zdecydował się zostać.
Ale Julio to Julio, nigdy nie zagrzewa miejsca i zawsze znika bez uprzedzenia. Gdy tylko zaczyna się sierpień, ucieka na lotnisko i wraca do Portoryko.
Tego roku wyjechał już pod koniec lipca. Kiedy razem z Bunią wróciłyśmy z supermarketu, wszystkie jego rzeczy zniknęły z salonu. W kącie nie było walizki. Koc leżał schludnie poskładany na kanapie. Nigdzie nie było torby z przyborami do strzyżenia. Dziecinka spędzała weekend u Tyrone'a, więc nie tylko nie pożegnał się z nami, ale nawet z nią. A zdążyła już przywyknąć do nazywania go "dzia-dzia".
I nagle puf. Wypisz, wymaluj Houdini. A raczej nindża; pojawiam się i znikam. Nie zostawił żadnego liściku, nie wysłał pożegnalnego SMS-a. Zadzwonił tydzień później, jak gdyby nigdy nic, i zapytał, czy mogłabym mu wysłać hasło do konta Angeliki na Netfliksie, bo chciałby obejrzeć sobie dokument o partii Młodych Lordów.
Chyba dlatego, że ciężko przychodzi mi uczenie się na błędach, przez te wszystkie lata nie nauczyłam się jeszcze, że ojcu takiemu jak mój nie można robić zbyt wiele miejsca w swoim życiu. To jedna z tych osób, która będzie rozpychać się łokciami, zajmie ogromną przestrzeń, a kiedy odejdzie, pozostawi po sobie przejmującą pustkę. Dziurę w sercu właśnie tam, gdzie powinien być rodzic.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pierwszy dzień
Dziecinka ani piśnie, gdy, przygryzając wargę, po raz czwarty rozplatam jej warkoczyk. Prawdę mówiąc, to raczej ja jestem na granicy płaczu, bo jeśli się nie pospieszę, obydwie się spóźnimy.
- Przepraszam, Dziecinko, wiem, że cię to boli. Mamusia po prostu nie chce, żebyś miała chaos na głowie.
Wygląda na niewzruszoną moimi przeprosinami, prawdopodobnie dlatego, że a) nie splatam warkocza na tyle ciasno, by rzeczywiście sprawiać jej ból (i właśnie przez to włoski sterczą jej we wszystkich kierunkach!); b) ogląda Vaianę, a uwielbia tę bajkę. Dopóki może ją oglądać, pozwoli mi bawić się swoimi włosami aż do końca świata. Dzięki niebiosom, że Angelica dała mi dostęp do swojego konta na Netfliksie. Pochylam się nieco bardziej w kierunku krawędzi sofy, by móc zebrać wszystkie krótkie włoski na czubku jej głowy. To najtrudniejsza część, bo jeśli chcę, żeby warkoczyk wyszedł jak należy, muszę zacząć zaplatać go naprawdę ciasno.
- Emoni, vete. Czas na ciebie, ja ją uczeszę.
Nawet nie zerkam na Bunię, która stoi przy schodach prowadzących do dwóch sypialni na piętrze.
- Dam sobie radę, Buniu. Już prawie skończyłam.
- Spóźnisz się do szkoły.
- Wiem, ale... - Urywam, bo jednak okazuje się, że nie muszę mówić nic więcej. Bunia, jak to ona, zawsze doskonale rozumie.
Podchodzi bliżej i podnosi szczotkę, którą chwilę wcześniej położyłam na sofie.
- Wiem, że chciałabyś ją sama odprowadzić.
Kiwam głową, przygryzając dolną wargę. Tyle się natrudziłam, żeby załatwić Dziecince miejsce w dobrym żłobku. Mimo długiej listy rezerwowej ciągle tam wydzwaniałam i nachodziłam Mamę Clarę, kobietę, która prowadzi to miejsce, aż w końcu zgodziła się przyjąć ją na pierwsze zwolnione miejsce. No a teraz zaczynam świrować, bo nadszedł czas na pierwszy dzień Dziecinki. Przez całe swoje dwa lata przeżyte na tym świecie ani razu nie rozstawała się ze swoją rodziną. Zaplatam warkoczyk aż po same końcówki włosków. Splot jest prosty, kończę go różową kokardką, która pasuje do stroju Dziecinki: białej bluzeczki z kołnierzykiem i różowego sweterka. Wygląda przeuroczo. Nie stać mnie było na więcej niż trzy nowe ubranka do żłobka, ale cieszę się, że szarpnęłam się choć na to.
Okręcam krzesło, na którym siedzi córeczka tak, żebyśmy znalazły się twarzą w twarz. Nie umyka mi jednak, że kątem oka nadal stara się zerkać na Vaianę. Chichoczę mimo ciężaru w piersi. Może i wciąż jest malutka, ale powoli uczy się, jak radzić sobie w życiu.
- Dziecinko, mamusia musi iść do szkoły. Bądź miła dla innych dzieci i uważnie słuchaj Mamy Clary, to wiele się nauczysz, dobrze?
Dziecinka potakuje, jakbym właśnie zaserwowała jej najlepszą mowę dopingującą w stylu Jady Pinkett Smith. Przytulam dziewczynkę do siebie, upewniając się przy tym, że nie ściskam jej zbyt mocno i nie niszczę warkoczyka, na który straciłam aż godzinę życia. Cmokam ją w czółko po raz ostatni, biorę głęboki wdech i podnoszę z sofy torbę z książkami. Przesuwam dłonią po plastikowej narzucie, bo nie chcę, żeby Bunia się na mnie wściekała.
- Buniu, nie zapomnij spakować jej przekąsek. Mama Clara mówiła, że rodzice codziennie mają coś dzieciom przygotowywać. O, i soczek! Wiesz, że bez niego będzie marudzić. - Przechodząc obok Buni, nachylam się, by szepnąć: - Spakowałam też buteleczkę wody. Wiem, że nieszczególnie za nią przepada, ale nie chcę, żeby piła same słodkie napoje.
Bunia wygląda, jakby powstrzymywała uśmiech. Kładzie mi dłoń na plecach i popycha mnie w kierunku drzwi.
- Popatrz no, próbujesz mnie tu pouczać, nena, tak jakbym cię nie wychowała! I twojego ojca. - Ściska mnie delikatnie i poprawia mi kucyk, upięty wysoko na głowie. - Nic jej nie będzie, Emoni. Lepiej sama postaraj się mieć udany pierwszy dzień w szkole. Bądź miła dla innych dzieci. Dużo się naucz.
Przysuwam się do niej na ułamek sekundy, wdychając charakterystyczny zapach wanilii.
- Bendición, Buniu.
- Que Dios te bendiga, nena.
Klepie mnie po pupie, po czym otwiera drzwi i natychmiast witają mnie odgłosy West Allegheny Avenue: klaksony samochodów, pisk hamulców autobusów, zatrzymujących się na przystankach, szybkie powitania, wykrzykiwane w charakterystycznej mieszance hiszpańskiego i angielskiego oraz wołanie z okien matek wydających swoim dzieciom ostatnie polecenia. Drzwi zamykają mi się za plecami i przez moment, wraz ze szczękiem klucza w zamku, przestaję oddychać. Cała miłość w moim życiu znajduje się za tymi drewnianymi drzwiami. Dociskam do nich ucho i słyszę klaskanie w dłonie, a zaraz po nim wysoki, radosny głos Buni:
- Okej, mała Emmo! Od dzisiaj będziesz dużą dziewczynką!
Ściskam mocniej ramiączka plecaka i zbiegając ze schodów, strzelam sobie taką samą motywacyjną gadkę: "Okej, Emoni. Od dzisiaj będziesz dużą dziewczynką".
Siostry-przyjaciółki
Angelica czeka na mnie tuż za rogiem. Robi tak od czasów podstawówki. Długie, ciemne włosy ma poprzetykane pasemkami w odcieniu wściekłej czerwieni, takim samym, jak i jej szminka. Przestępuje z nogi na nogę w najbardziej obcisłych legginsach, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.
Zatrzymuję się wpół kroku i udaję, że ją obczajam.
- Laaaska, chłopaki zwariują na twój widok! A to dopiero pierwszy dzień - stwierdzam, gdy otacza mnie ramieniem i razem ruszamy w kierunku przystanku.
- Przecież wiesz, że mam ich gdzieś. Za to panienki? Stalkowałam je w internecie i słuchaj, przez lato zaszły jakieś cuda!
Wybucham śmiechem, potrząsając głową.
- Laura w ogóle ma pojęcie, w co się wpakowała?
Angelica posyła mi uśmiech i nagle wygląda jak aniołek, od którego otrzymała swoje imię.
- Oj, mój koteczek wie, że mnie się tylko ogląda, nie dotyka. Ale chcę, żeby wiedziała, że w każdej chwili mogę się ulotnić. Mam ogromny wybór!
W zeszłym roku Angelica zaliczyła swój oficjalny coming out i od czasu, gdy wyszła z szafy, nawet nie spojrzała za siebie. Kilka miesięcy po tym, jak przyznała się wszystkim w domu i w szkole, na warsztatach graficznych dla młodzieży w filadelfijskim Muzeum Sztuki poznała Laurę. Ta dziewczyna jest zbudowana jak wiking, zresztą ma ponoć nordyckie pochodzenie: wysoka, szeroka w ramionach, ale o delikatnych dłoniach artystki. Patrząc na nie, wiem, że dobrze zaopiekuje się sercem mojej najlepszej przyjaciółki.
- Dobra, nieważne. Widziałam wszystkie twoje posty o Laurze. Jeśli strzelicie sobie jeszcze jedno całuśne zdjęcie, to przysięgam, usunę swoje konto na Instagramie. Albo jeszcze lepiej, zrobię ci włam na twoje i sama je usunę!
- Nie hejtuj, Emoni. Tyrone nadal zachowuje się jak fiut?
Klepię ją po ramieniu.
- I właśnie dlatego nie pozwalam ci się widywać z Dziecinką, masz niewyparzoną buzię.
- A ty niby nie? - Zaciska usta i posyła mi jedno z tych swoich spojrzeń.
- Tak, ale nauczyłam się tego od ciebie. I cały czas nad sobą pracuję. - Kilka tygodni temu wymsknęło mi się coś przy Dziecince i prawie padłam na zawał, kiedy usłyszałam, jak mała powtarza: "gó... gó... gó...", jakby próbowała nauczyć się kolejnego słowa. Od tamtej pory rzuciłam przeklinanie.
- A właśnie, jak się ma moja siostrzenica? Nie widziałam jej od... w sumie? Od soboty?
Parskamy śmiechem. Mimo niewyparzonej buzi, Angelica świetnie daje sobie radę z Dziecinką i zawsze mogę na nią liczyć, kiedy ja i Bunia nie możemy się zająć moją córeczką. A teraz, odkąd Dziecinka skończyła dwa latka, babcia nalega, żebym przejęła pałeczkę w jej wychowywaniu. Nie mam nic przeciwko, bo Dziecinka to najfajniejszy dzieciak w okolicy. Po prostu trudno mi żonglować pracą, opieką nad nią i teraz jeszcze szkołą bez tak dużej pomocy, jak przez ostatnie dwa lata. I nie muszę głośno mówić, że Tyrone nadal zachowuje się jak fiut - dupek - ćwok. Ktoś w ogóle używa jeszcze słowa "ćwok"?
- Halo, Emoni, słuchasz mnie w ogóle? - Angelica pstryka mi palcami przed nosem.
- Sorki... Odpłynęłam na moment. Co mówiłaś?
Wzdycha teatralnie. Za każdym razem, kiedy wzdycha, robi to teatralnie.
- Ostatnio w ogóle mnie nie słuchasz.
Zabieram rękę z jej ramion.
- Skończ już. Nic innego nie robię, tylko cię słucham.
- Pytałam o obiad, który nam zostawiłaś, gdy ostatnio zostałam z Dziecinką. Jak nazwałaś to danie?
- Pollo guisado, duszony kurczak. Smakował ci?
Angelica jada w moim domu, odkąd jeszcze byłyśmy małymi dziewczynkami, ale od kiedy zaczęłam podrasowywać wszystko, co gotuję, żadne danie nie smakuje dwa razy tak samo. - Myślałam, że trochę schrzaniłam, bo na koniec dodałam kapustę, a nie było jej w przepisie.
- Był pyyyszny. Zastanawiałam się, czy nie mogłabyś zrobić go jeszcze raz dla mnie i Laury. Za miesiąc będziemy świętować pół roku bycia razem! Pomyślałam, że mogłybyśmy zjeść u mnie w domu romantyczną kolację, skoro mamy nie będzie.
- Kolacja w domu nie brzmi zbyt romantycznie, Gelly - stwierdzam.
Podjeżdża autobus i wsiadamy do niego razem z pozostałymi pasażerami, którzy tak jak i my jadą do szkoły, albo pracują w pobliżu Yorktown i Fairmount, a może i nawet dalej na południe w kierunku Center City.
- Kolacja w domu będzie romantyczna, jeśli ty ją przygotujesz!
Znajdujemy sobie trochę przestrzeni i łapiemy uchwyty nad głowami, kiedy autobus rusza swoją wyboistą, dziesięciominutową trasą.
- Od kiedy to zajmuję się cateringiem? Masz szczęście, że cię kocham.
- Nie, mam szczęście, że kochasz gotowanie i nigdy nie darowałabyś sobie okazji do pichcenia dla przyjaciół i poeksperymentowania przy okazji. Proszę państwa, szefowa Emoni Santiago, kolejna zwyciężczyni programu Posiekani!
Parskam śmiechem i wyciągam telefon, żeby stworzyć notatkę na temat kolacji dla Gelly.
Magia
Gdyby spytać o to Bunię, zawsze zaczyna tę opowieść w ten sam sposób.
Byłam niewiele starsza od Dziecinki i zawsze dreptałam za Bunią do kuchni. Siadałam przy kuchennym stole, po kryjomu chrupałam cheeriosy, ryż i generalnie cokolwiek, co byłam w stanie podkraść małymi paluszkami i wcisnąć sobie do ust, podczas gdy babcia głośno nastawiała El Gran Combo, Celię Cruz albo La Lupe na swoim starodawnym radio i zaczynała poruszać biodrami w rytm muzyki, równocześnie mieszając coś w garnku. Nie pamięta już, co sprawiło, że tamten konkretny dzień był inny niż wszystkie. Może chodziło o to, że mój papcio, Julio, spóźniał się ze swoim corocznym przyjazdem z San Juan albo dostała w pracy naganę za to, że zbyt długo zdejmowała z kogoś miarę... W każdym razie tamtego dnia nie włączyła radia, a gotując, kompletnie nie była sobą. W pewnej chwili zapomniała chyba nawet, że jestem tuż obok, bo nagle cisnęła ścierkę na podłogę i wyszła. Tak po prostu wyszła z kuchni, minęła salon, otworzyła frontowe drzwi i tyle ją widziałam.
Nie zgadzamy się co do tego, jaką potrawę wtedy gotowała. Ona twierdzi, że to była potrawka, czyli nic, co by się szybko przypaliło, mnie jednak wydaje się, choć moje dziecięce wspomnienia nieco się zamazały, że to był garnek pełen ryżu i fasolki, mieszanki w kolorze moro, która zdecydowanie wchłaniała wodę. Bunia mówi, że wyszła na ganek na dosłownie dziesięć minut, by nieco oczyścić umysł, a kiedy wróciła, ja już zdążyłam przystawić sobie stołek do kuchenki i ustawić na blacie różne przyprawy. Wisiałam nad garnkiem z ręką zanurzoną w jego czeluściach i mieszałam zawartość.
Chyba nie muszę tłumaczyć, że Bunia wpadła w szał na samą myśl o tym, że mogłam się poparzyć albo spalić obiad czy, co gorsza, cały dom. (Bunia nie zgodziłaby się z taką kolejnością. Na pewno by się przejęła, gdybym zrobiła sobie krzywdę, ale gdybym puściła z dymem nasze lokum? O raaany, ale by się działo). Tak czy inaczej, niczego nie zwęgliłam. Kiedy Bunia spróbowała mojego dzieła (czymkolwiek ono było), stwierdziła, że to najsmaczniejsze danie, jakie w życiu jadła, i że dzięki niemu jej dzień od razu stał się lepszy. Słodszy. Stwierdziła, że poczuła się, jakby wspomnienie Portoryko, o którym już tak dawno nie myślała, ogarnęło ją, otoczyło niczym plażowy hamak i mocno do siebie przytuliło. Pamiętam, że tamtego wieczora płakała nad talerzem. I tak oto, w wieku czterech lat, dowiedziałam się, że szczęśliwe wspomnienie może wycisnąć z oczu łzy.
Od tamtej pory Bunia wierzy, że mam dłonie cudotwórcy, jeśli chodzi o gotowanie. Nie wiem, czy rzeczywiście jestem jakoś szczególnie uzdolniona, czy może po prostu całe życie to powtarzała, robiąc mi w ten sposób pranie mózgu. Wiem natomiast, że w kuchni jestem szczęśliwsza niż gdziekolwiek indziej na ziemi. To jedyne miejsce, w którym mogę być sobą i skupiać się tylko na podstawach: smaku, węchu, konsystencji, połączeniu i pięknie.
I coś rzeczywiście się dzieje, gdy gotuję. Zupełnie jakbym potrafiła wyobrazić sobie w głowie danie i po prostu wiedziała, że jeśli dorzucę tego, zagram tamtym albo dodam mieszanki przypraw sazón, stworzę danie, na które jeszcze nikt wcześniej nie wpadł. Angelica uważa, że przez to, że mieszkamy na przedmieściach, nie mamy dostępu do odpowiednich składników, dlatego musimy radzić sobie inaczej. Moja ciocia Sarah twierdzi, że mamy to we krwi - jakąś wewnętrzną potrzebę opowiadania historii za pomocą jedzenia. Bunia uważa, że to błogosławieństwo, magia. Że moje dania nie tylko dobrze smakują, ale i są dobrem - czystym zapuszkowanym dobrem, które potrafi rozgrzać serce i sprawić, że życie staje się lepsze. Ja z kolei myślę, że wiem po prostu, iż połączenie danego zioła z tym warzywem i tamtym mięskiem i jeszcze szczyptą czegoś będzie super smakować.
A jeśli się nie uda, to przecież kilka kropel soku z limonki i butelka ostrego sosu jeszcze nikomu nie zrobiły krzywdy.
Twórcy
No dobra, laska, widzimy się na obiedzie? - pyta Angelica, kiedy zatrzymujemy się przed salą, w której mam zajęcia doradcze, co tak naprawdę jest wymyślonym przez Schomburg fikuśnym określeniem lekcji wychowawczej.
- Jasne. Jeśli będziesz pierwsza, zajmij mi miejsce pod oknami. O, i weź mi jeszcze...
- Sok jabłkowy, jeśli będzie mi się wydawało, że już się kończą. Wiem, Emoni. - Angelica rzuca mi krzywy uśmiech, po czym odchodzi. Rzeczywiście, naprawdę mnie zna. Uwielbiam szkolny sok jabłkowy, dodają do niego cynamon.
Pani Fuentes to moja wychowawczyni, odkąd po raz pierwszy przeszłam przez próg Schomburg Charter. Jej sala zawsze wygląda tak samo, a nad drzwiami cały czas wisi motywacyjny cytat: "Tworzysz historię własnego życia". My, szczęśliwa dwudziestka uczniów na zajęciach doradczych, widzimy ten napis, odkąd postawiliśmy tu swoje świeżackie stópki. I mimo że nie wywracam już na jego widok oczami, wciąż uważam, że jest strasznie oklepany. Tak czy siak, te pół godziny to moja ulubiona, a także najkrótsza, część zajęć w ciągu dnia. To na niej właśnie pani Fuentes sprawdza obecność, odczytuje ogłoszenia, serwuje nam motywującą gadkę co do wyboru uczelni i przydziela zadania, mające na celu "budowanie charakteru". A co najważniejsze - to jedyna lekcja, na której skład klasy nie zmienił się od pierwszego dnia w liceum, dzięki czemu tutaj możemy swobodnie ze sobą rozmawiać, a nie tak, jak na innych zajęciach.
Pani Fuentes odwraca wzrok od żaluzji na oknach i skupia go na mnie, wpatrzonej w motywujący cytat.
- Panno Santiago, jak pani minęły wakacje? - rzuca, poprawiając żaluzje tak, by wpuszczały nieco więcej światła.
Ma w zwyczaju zwracać się do nas per "panie" i "panno". Robi tak od pierwszego dnia, w którym jako czternastolatkowie przekroczyliśmy próg jej sali. Zajmuję swoją ławkę w drugim rzędzie, najbliżej drzwi. To miejsce było dla mnie zbawieniem podczas ciąży, kiedy musiałam biegać do łazienki dosłownie co pięć minut. Nie zmieniłam go po urodzeniu Dziecinki.
Wzruszam ramionami i odpowiadam:
- Dobrze. Znalazłam pracę. A co u pani?
Nauczycielka przerywa na moment walkę z żaluzjami, by posłać mi krzywe spojrzenie.
- Gadatliwa jak zwykle. Rozmowa z uczniami używającymi czegoś więcej niż monosylab to naprawdę miła odmiana.
Odwzajemniam jej uśmiech.
- Ooo, widzę, że przez wakacje ćwiczyła pani sarkazm. Jest w nim pani coraz lepsza.
Nauczycielka daje sobie spokój z oknem, podchodzi bliżej mojej ławki i pyta delikatnym głosem:
- Co u Emmy? Gdzie znalazłaś pracę?
- Emma ma się naprawdę dobrze, pani Fuentes. A ja pracuję w Burger Joincie. - I choć nazwa tego miejsca jest taka elegancka, nadal mówię o nim "burgerownia". Właściciele myślą sobie, że skoro obszar Temple trochę się zmienił, to i oni powinni stać się bardziej wyrafinowani, ale prawda jest taka, że burgerownia to wciąż burgerownia, nieważne, jak się ją nazwie. - Zna pani ich lokal tuż przy uniwersytecie? Pracuję tam po szkole przez dwa dni w tygodniu i cztery godziny w weekendy.
Kobieta stuka zadbanymi paznokciami o blat mojego biurka. Wyobrażam sobie, że przesuwa palcem po wyimaginowanej mapie północnej Filadelfii.
- Tak, wydaje mi się, że przechodziłam kiedyś obok. Poradzisz sobie, jeśli dodatkowo będziesz miała pracę na głowie?
Wbijam wzrok w ławkę.
- Powinno być okej. Nie mam aż tylu godzin.
- Rozumiem... Wiem, że ostatnia klasa potrafi nieźle dać w kość. Postaraj się nie brać na siebie zbyt dużo.
Sama nie wiem, co odpowiedzieć. To niewiele godzin i prawdę powiedziawszy, chętnie wzięłabym ich więcej. Dzięki wypłacie mogę dorzucić się do zakupów, wydatków na Dziecinkę i wszystkiego innego, czego nie pokrywa renta inwalidzka Buni.
Pani Fuentes wydaje się nieporuszona moim milczeniem.
- Mam dla ciebie pewną niespodziankę, ale musimy poczekać do dzwonka. To nowe zajęcia, które z pewnością przypadną ci do gustu.
Delikatnie ściska mnie za ramię, po czym zwraca uwagę na Amira Robinsona z okolic Strawberry Mansion.
- Witam z powrotem, panie Robinson. Słodki Jezu, ależ wyrosłeś przez te wakacje! - Pani Fuentes rusza przez salę i woła: - Panno Connor, specjalnie dla pani starłam kurz z pani ulubionej ławki w ostatnim rzędzie...
Ta dziewczyna
O tak. To właśnie ja byłam "tą dziewczyną", przed zadawaniem się z którą ostrzegają mamy. I straszą pójściem w jej ślady. Jeszcze dobrze nie skończyłam pierwszej liceum, a już dorobiłam się brzucha, zasłaniającego palce u stóp. Dobrze, że Dziecinka urodziła się w sierpniu, bo gdybym musiała chodzić do szkoły w ostatnim miesiącu ciąży, pewnie zawaliłabym rok. Gdy jest się nastolatką w ciąży, zmienia się nie tylko ciało. I nie chodzi już tylko o to, że cały czas chciało mi się siku albo bolały mnie plecy czy stopy. Ani nawet o to, że gotowałam najdziwniejsze potrawy (które nadal smakowały na tyle dobrze, że miało się ochotę zatańczyć, ale zdecydowanie były od czapy, na przykład burgery jalape?o z makaronem i tacos z karaibską szarpaną jagnięciną).
Największe zmiany nie miały niczego wspólnego z ciałem.
Problem polegał na tym, że Bunia musiała przyjąć więcej zamówień na przeróbki krawieckie, by mieć jakiś dodatkowy dochód oprócz renty inwalidzkiej. Że viejos, grający w domino po drugiej stronie ulicy, kręcili głowami, kiedy przechodziłam obok. Że faceci w metrze szczerzyli się na widok moich opuchniętych piersi, ale żaden z nich nawet nie myślał ustąpić mi miejsca. Że musiałam napisać miliony dodatkowych kartkówek za nieobecności w dniach, w których biegałam na wizyty do lekarza, albo z powodu porannych mdłości nie byłam w stanie pójść do szkoły.
Kiedy odkryłam, że jestem w ciąży, dyrektor Holderness i szkolna pedagog zorganizowali nadzwyczajne spotkanie, w którym musiały uczestniczyć też Bunia oraz pani Fuentes. Zaproponowano przeniesienie mnie do innego liceum, z programem dla młodocianych matek, jednak moja wychowawczyni stanowczo zaprotestowała. Stwierdziła, że trudno byłoby mi się dostosować do nowego otoczenia w trakcie roku szkolnego, a poza tym przez uproszczony program nauczania ukończyłabym liceum później. Wiem, że przed spotkaniem zadzwoniła do Buni, by o tym porozmawiać, i że wspólnie wymyśliły jakiś plan, bo babcia bardzo szybko wtrąciła się w dyskusję, twierdząc, że dalsza nauka w Schomburg Charter będzie "kluczowa dla mojego wykształcenia i późniejszego aplikowania do szkół wyższych". To zdanie zabrzmiało wtedy, jakby ćwiczyła je przed lustrem miliony razy, by upewnić się, że dobrze wypowiada każde słowo. Mam świadomość, że pani Fuentes wyjaśniła Buni, czego się spodziewać po tym spotkaniu. Ja sama nawet nie wiedziałam wtedy, co te słowa oznaczają, ale teraz wiem, że nauczycielka walczyła o to, bym jak najdłużej pozostała zwyczajnym dzieciakiem.
Od zawsze byłam malutka, drobniutka fizycznie, przez co ludzie uważali, że jestem też cichą myszką. I nagle stałam się chodzącą kampanią społeczną: nastolatką z dużym brzuchem, która zajmuje zbyt wiele miejsca i przyciąga zbyt wiele uwagi.