KROK PIERWSZY
Nie pamiętam, jak układały się moje dotychczasowe miliony kroków. Pierwszy przeszłam zupełnie nieświadomie, pewnie w kapciach robionych przez babcię szydełkiem z resztek włóczki, w brzydkich peerelowskich trampkach, które farbowały na deszczu, a sina smuga błota bezlitośnie barwiła ich wątpliwą biel, w sandałkach kupionych w sklepie obuwniczym w Wiśle, które obcierały mnie tak bardzo, jakby to była kara za wszystkie grzechy razem wzięte, katolickie i ewangelickie. Płakałam, idąc bulwarem, tym samym, po którym Jerzy Pilch biegł na boisko koło mostu (od razu narzuca się pytanie: w jakich butach?). Skracałam sobie drogę przez mały wodospad na wysokości dworca PKS. Na szczęście zimna woda górskiej rzeki przynosiła ulgę i tamowała krew z pokaleczonych pięt. Kilka skromnych tysięcy zrobiłam zapewne w białych pantofelkach na sprzączkę kupionych na komunię na warszawskim Bazarze Różyckiego razem z sukienką z tiulowym wykończeniem w kropki, która wydawała mi się ósmym cudem świata, choć przesiąkła duszącym zapachem pyz z mięsem i potem tęgiej sprzedawczyni. Ileś tysięcy w kaloszach. W harcerskich pionierkach. W okropnych szkolnych kapciach ze śliską podeszwą. W podróbkach Adidasów. Prawda jest jednak taka, że chodziłam wtedy, i jeszcze długo później, zupełnie nieświadomie. Ot, tak. Byle do przodu. Aż do pandemicznego lata, kiedy to oprócz podzielanych z większością globu koronawirusowych nieszczęść spadły na mnie jeszcze moje własne, prywatne. Byłam nimi przytłoczona, a przez to ociężała, powolna, jakbym zapadła się w sobie i miała już nigdy nie ruszyć z miejsca. Przyjechałam wtedy do Cieszyna, miejsca dziecięcej błogości, do mojego Macondo. Snułam się po nim, ono senne, ja ospała, niepewna, co dalej, przytłoczona stratą. I wtedy moja amerykańska znajoma dała mi radę: "You gotta forrest gump it out of your system", nawiązując do filmu z Tomem Hanksem, którego bohater próbuje, jak najbardziej dosłownie, uciec od bólu. Kiedy opuszcza go ukochana Jenny, Forrest Gump staje zdezorientowany przed domem i po chwili rusza przed siebie, biegiem. Nie zatrzymuje się przez trzy lata, dwa miesiące i szesnaście dni. Nie biegnie dokądś, biegnie od czegoś, a z czasem jego bieg zamienia się w medytację w ruchu.
O ile jednak Forrest Gump jest fikcyjnym bohaterem, o tyle Rysiek Kałaczyński istnieje naprawdę. Jest rolnikiem, hodowcą trzody chlewnej z Wituni. W ciągu dziesięciu lat przebiegł tysiąc maratonów. Co miał do wybiegania? Alkoholizm. Jego ojciec i wuj zapili się na śmierć. W wieku dwudziestu ośmiu lat Kałaczyński też był na dobrej drodze. Zaczynał dzień od dwóch browarów, potem była wódka na rynku, wieczorem bimber. Latami funkcjonował w stanie upojenia, nie zdając sobie z tego sprawy. W końcu któregoś dnia zatrzymała go policja. Jechał na rowerze, we własnym mniemaniu prosto, równo. Funkcjonariusze byli innego zdania. Alkomat pokazał dwa promile we krwi. Kałaczyński nie chciał wierzyć, czuł się zupełnie normalnie. I to go przeraziło. Jeśli przy dwóch promilach nic nie czuje, na pewno skończy jak jego bliscy - na cmentarzu. Wtedy przyszło opamiętanie. Pewnego letniego dnia w 2014 roku Rysiek nakarmił świnie i ruszył przed siebie. Wcześniej, jako młody chłopak, biegał rekreacyjnie. Teraz biegł po życie. I od razu postawił przed sobą nie lada wyzwanie. Postanowił biec jeden maraton dziennie. Tak jak każdego dnia pił, tak każdego dnia chciał trenować i tym samym przebiec trzysta sześćdziesiąt pięć maratonów rocznie. Że to ponad siły? Że niemożliwe? Szalone? Nikt Kałaczyńskiemu tego nie powiedział. Nie było też nikogo, kto mógłby go zatrzymać. Biegał więc codziennie w skwarze, deszczu, śniegu, z kontuzjami, chory, zmęczony. Każdego dnia najpierw oporządzał zwierzęta, a miał wtedy siedemnaście macior i kilkadziesiąt prosiąt, a potem ruszał przed siebie, zawsze tą samą trasą. Chudy, żylasty, o twarzy przeoranej trudami, małomówny, zacięty. Biegał bez trenera, specjalistycznych odżywek, programu treningowego. Na otarcia i urazy stosował maść tranową i drugą, której nazwy nie pamięta, stosowaną u krów przy zapaleniu wymion. Dobrze chłodzi, zmniejsza obrzęki. Z czasem zrobiło się głośno o wiejskim maratończyku. Z całego świata przyjeżdżali ludzie, żeby mu towarzyszyć, podobnie jak to było w przypadku filmowego Forresta Gumpa. Coś sobie chcieli tym załatwić, z czymś się uporać, ale Kałaczyński o nic ich nie pytał, niczego od nich nie chciał. Po prostu biegli razem. Ludzie po przejściach, zagubiona młodzież, podobno jakaś japońska nauczycielka, liczni trzeźwiejący alkoholicy, samotnicy, ludzie po stracie. Rozmaici. 15 sierpnia 2015 roku Rysiek przebiegł ostatni maraton. Wciąż trzeźwy. Wybiegał wszystko, co złe. Zwolnił tempo, przez kolejne lata biegał tylko kilkadziesiąt maratonów rocznie. Tym samym dziesięć lat później miał ich na koncie tysiąc, więcej niż jakikolwiek Polak przed nim. W ostatnim, tysięcznym maratonie towarzyszyło mu stu sześćdziesięciu biegaczy. Na metę dotarł tego samego dnia, którego wyruszył - 15 sierpnia, w święto Matki Boskiej Zielnej. Teraz Kałaczyński jest na emeryturze, skończył, jak sam mówi, klepanie maratonów.
Daleko mi do maratończyka z powiatu sępoleńskiego. Nie mam jego wytrwałości i dyscypliny. Nie dałabym rady przebiec nawet dwudziestu kilometrów, a co dopiero czterdziestu dwóch. Poza tym jest jeszcze jeden szkopuł: nie lubię biegać. W bieganiu chodzi o kontrolę oddechu, pracy mięśni, o tempo, rytm, wynik. Bieganie jest o bieganiu, nie bierze jeńców, nie wybacza przestojów i zmiany zdania. Inaczej z chodzeniem. W chodzeniu jest więcej wyrozumiałości. Można bezkarnie przystanąć i zacząć się patrzeć w niebo. Nawet jeśli liczysz kroki, to raczej nie musisz się zmieścić w określonym, zadanym z góry czasie. Chodzenie jest dla takich jak ja, co lubią skręcić w bok, zatrzymać się, zagapić. Dlatego moje trudy postanowiłam wychodzić. Zupełnym przypadkiem na pierwszy spacer, który miał mi pomóc forrestgumpnąć z siebie wszystko, co złe, ruszyłam tego samego dnia, co Kałaczyński. Nie dlatego, że obchodzę święta maryjne, ale dlatego, że tego popołudnia, w złotej godzinie, sierpniowe cienie drzew kładły się wyjątkowo pięknie na ścieżkę nad Olzą. Byłam sama i poczułam, że już czas. Najwyższy czas wszystko wychodzić. Nie liczyłam na żaden konkret, żadne cudowne ozdrowienie, błysk z jasnego nieba. Po prostu szłam jak bohater opowiadania Roberta Walsera Przechadzka, którego narrator, idąc, niejako rozpuszcza się w otaczającej go rzeczywistości. Jego spacer nie prowadzi do żadnego celu, sam jest celem. Idący jednak uważnie obserwuje szczegóły, przygląda się pracy krawca, urzędnika, podziwia pejzaż. To jeden z najbardziej znanych utworów tego autora. Powstał w 1917 roku, w czasie, kiedy Walser uciekł od zgiełku literackiego Berlina na szwajcarską prowincję (uważa się, że miasteczko opisane w Przechadzce, choć niewymienione z nazwy, to Biel, gdzie pisarz wtedy mieszkał). Jego twórczość stała się bardziej rozproszona, fragmentaryczna, mniej podporządkowana fabule. Pisał tak, jak chodził, meandrując, bez wyznaczania celu, do którego należałoby rygorystycznie dążyć. Lubię wracać do tego utworu. Zauważyłam, że podczas jego lektury zaczynam wolniej i głębiej oddychać. Myślę też często o jego autorze, który niespełna piętnaście lat później przestał publikować i pogrążył się w chorobie psychicznej. Zmarł podczas samotnego zimowego spaceru w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1956 roku. Znaleziono go w kopnym śniegu, leżącego na wznak. Ciemna budrysówka zapięta pod szyję. Sznurowane buty do wędrowania, grube spodnie. Jedna ręka pisarza zaciśnięta w pięść, druga odrzucona na bok. Kapelusz tańczy na wietrze. Zdjęcie zrobił lokalny fotograf na prośbę szwajcarskiej policji. Był jednak uważny, nie zadeptał śladów Walsera. Odcinają się wyraźnymi, ciemnymi plamami na białym śniegu. Siedem kroków zatrzymanych w kadrze.
Podobnie jak bohater Przechadzki, nie spieszyłam się na tej pierwszej przechadzce, która miała stać się początkiem leczniczego miliona kroków. Pamiętam ją wyraźnie. Miałam na sobie czerwoną plisowaną spódnicę i białe trampki z gumką, tak zwane czeszki, które były obiektem moich dziecięcych marzeń. Ruszyłam z cieszyńskiego Wzgórza Zamkowego, skręciłam w prawo przed mostem. Szłam pod słońce. Po mojej lewej stronie rzeka, o tej porze roku płytka i leniwa, puszczała świetlne oczka. Na bulwarze, w drewnianych okrągłych konstrukcjach, które służą za ławki, siedzieli młodzi ludzie. W parach, grupach, rozgadani. Ich śmiechy wibrowały w letnim powietrzu. Szłam wolno, równym krokiem, nie oglądając się za siebie. Na wysokości mostu kolejowego, który spina polską i czeską stronę, mój wzrok utkwił w wieżyczce starego domu. Z popękanego parapetu wyrastała delikatna, młodziutka brzoza samosiejka. Uginała się lekko na wietrze, żeby zaraz, dzielna i uparta, choć krucha, wrócić do pionu. Pomyślałam wtedy, że może jeszcze wszystko się jakoś ułoży.
Tamtego popołudnia zaczęłam chodzić na dobre, dla siebie, nie dla kogoś czy po coś. Chodziłam przez resztę lata i duży kawałek pandemicznej jesieni. Zawsze samotnie. Każdego dnia robiłam zdjęcia swoich stóp i podłoża, po którym akurat szłam, w jakiejś niezrozumiałej dla mnie samej manii katalogowania. Powstał z tego wizualny dziennik chodzenia. Oto balerinki z puszkiem przypominającym króliczy ogon i kocie łby na stromej cieszyńskiej uliczce. Oto zielone buty sportowe i leśna ścieżka prowadząca do Mogilnego Mostku. Żółte kalosze kupione w giżyckim sklepie wędkarskim (ależ się w nich fatalnie chodzi) oraz wykładana płytami droga w małym porcie. Sztyblety, warszawski bruk. Białe trampki, żwirowa ścieżka w parku. Bose stopy, zimny piasek sopockiej plaży. Uzbierało się tych spacerów osiemdziesiąt dwa. To mniej więcej milion kroków. Moja wygrana w totka. Nie odebrałam jej w kolekturze, ale w drodze do Jelitkowa. Był koniec października, na plaży nikogo, choć świeciło słońce. Pierwszych kilka kilometrów szłam sama, ale po jakimś czasie dołączył do mnie bezdomny pies, wyżłowaty brzydal z jednym okiem. Plątał się między nogami, szczekał, podgryzał fale. Posuwaliśmy się przed siebie dość szybko mimo zimnego wiatru. W końcu jednak, zmęczona, oparłam się o stary drewniany kuter. Pies położył mi głowę na stopach i spojrzał na mnie swoim jedynym, bursztynowym okiem jakby chciał powiedzieć: "Wystarczy". Miał rację. Zawróciliśmy, zamiast iść dalej pod wiatr. Już mi było lżej. Już wychodziłam to, co złe. Nie byłoby tej książki, gdyby nie tamte przechadzki i gdyby nie moje kłopoty z trzeszczką.
Ludzka stopa jest małym arcydziełem inżynierii, choć na poziomie wizualnym pozostawia wiele do życzenia. Popatrzcie sami - zaczyna się jeszcze jako tako, linia jej obrysu jest poprowadzona sprawnie, ale na końcu rozwidla się na pięć ruchomych części, które przypominają niekształtne kluski albo kawałki plasteliny z przyklejonymi guziczkami. W wersji męskiej częściej porośnięta włosiem, z wiekiem nieuchronnie schnie, a pękająca skóra, którą jest obleczona, przypomina pergamin. Okropieństwo. Że już nie wspomnę nawet o pięcie, którą trzeba szorować i natłuszczać z poświęceniem godnym lepszej sprawy. Prawdę mówiąc, ludzka stopa nigdy nie przyprawiała mnie o zachwyt, choć wiem, że niezliczone są zastępy fetyszystów stóp i oni zapewne mają odmienne zdanie. W moim odczuciu piękna nie jest, ale szczerze podziwiam jej konstrukcję.
W każdej stopie mamy dwadzieścia sześć kości. W całym ciele - dwieście sześć. To znaczy, że prawie jedna czwarta wszystkich kości znajduje się poniżej kostek. To ciekawe, jeśli wziąć pod uwagę, że stopa stanowi tylko półtora procent powierzchni ludzkiego ciała. Kości stopy można podzielić na trzy grupy. Stęp to tylna część stopy złożona z siedmiu kości. Na śródstopie przypada kolejne pięć. Pozostałe czternaście - na paliczki, po trzy na każdy palec i dwie na paluch. Na powierzchni każdej stopy mamy ponad sto tysięcy gruczołów potowych. Nic dziwnego, że pocą się bardziej niż inne części naszego ciała. Na skórze stóp bytuje kilka rodzajów bakterii, między innymi Brevibacterium epidermidis i Corynebacterium, i to ze względu na nie lepiej nie zdejmować butów w pociągu w upalny dzień. Można to jednak wybaczyć ze względu na to, że ludzka stopa jest cudem i dokonuje, razem z łydkami, kolanami, biodrami i pośladkami, niezwykłych sztuczek w dziedzinie przekształcania energii potencjalnej w kinetyczną. Jak to jest możliwe?
Mechanika ludzkiego chodu to w zasadzie ściśle kontrolowany proces utraty równowagi. Idąc, cały czas lekko przewracamy się do przodu, żeby potem, jak wańka-wstańka, powrócić do pionu. Każdy krok to zamknięty cykl utraty równowagi i powrotu do pozycji wyjściowej. Najważniejsza w tym procesie jest pięta. To z niej wybijamy się do niskiego lotu, jakim jest każdy kolejny krok. W pierwszej fazie, która stanowi jakieś sześćdziesiąt procent chodzenia, stopa znajduje się jeszcze na ziemi. Wybijamy się z pięty, która musi mocno i jak największą powierzchnią przylegać do podłoża. Każdy z nas wie, jak trudno jest zrobić pierwszy krok, gdy startuje się z podłoża, które jest miękkie, zapada się, nie stawia oporu. Grząska ścieżka, mokry piach czy bagnista łąka nie sprzyjają pewnym krokom. Chodzi bowiem o to, żeby z mocno podpartej pięty sprawnie przetoczyć stopę na palce, jednocześnie przenosząc powoli ciężar ciała i przesuwając nogę do przodu. Na tym etapie biodro jest już lekko pochylone, a kolano prawie wyprostowane. Meldujemy gotowość. Dalej, do przodu! Pochylamy się lekko, kolano się ugina. W tej fazie, zwanej fachowo "fazą obciążenia", stopa opiera się całą powierzchnią o podłoże. Mięśnie pośladkowe stabilizują miednicę, a piszczelowe kontrolują opadanie stopy. Perfekcyjna amortyzacja. Nasz kręgosłup jest za nią bardzo wdzięczny. Bez tego systemu wsparcia każdy krok byłby dla niego nieprzyjemnym uderzeniem. Ale idźmy dalej, nie ma czasu do stracenia. Nie możemy przecież stanąć w pół kroku. Co dzieje się w kolejnej jego fazie? Goleń przesuwa się do przodu nad stopę jednym płynnym ruchem. Kolano powoli się prostuje, biodro przechodzi nad stopę, a nasz środek ciężkości osiąga najwyższy punkt. W trakcie jednego kroku środek ciężkości przemieszcza się maksymalnie pięć centymetrów na osi góra-dół i tyle też na boki. Tak więc idąc, kreślimy niewidzialne koła i sinusoidalne wzory. Łatwo to zauważyć, jeśli porówna się chód człowieka i robota, który nigdy tych wzorów nie kreśli. Dlatego na przykład sposób, w jaki chodzi C-3PO w Gwiezdnych wojnach, wydaje nam się nieco sztywny. Ten humanoidalny robot, złoty droid, chodził nieco inaczej niż człowiek, minimalnie tylko zginając kolana i kręcąc biodrami. Wracając jednak do kwestii przenoszenia środka ciężkości w trakcie robienia kroku - jeśli chce się doświadczyć momentu, w którym znajduje się on najwyżej, trzeba stanąć przez chwilę na jednej nodze. Ta faza trwa ułamek sekundy. A my już idziemy dalej. Pięta, śródstopie, paluch. Ten niezbyt foremny, zaokrąglony kawałek ciała wykonuje zasadniczą pracę. Większość energii w czasie każdego kroku przechodzi właśnie przez promień palucha. To on jest odpowiedzialny za przeniesienie ciężaru ciała i utrzymanie równowagi. Jeśli go zabraknie, na przykład w wyniku amputacji, stopa traci naturalną dźwignię i nasz chód staje się mniej wydajny. Na szczęście mamy różne mechanizmy kompensacyjne - jednym z nich jest przeniesienie obciążenia na zewnętrzną krawędź stopy i aktywizacja drugiego palca. To trochę tak, jakby awaryjnie zastąpić zawodowego żołnierza z pierwszego szeregu rekrutem z drugiej linii. Nie poradzi sobie tak dobrze, nasz chód stanie się wolniejszy, kroki krótsze, ale nadal będziemy mogli chodzić. Załóżmy jednak, że wszystkie pięć palców mamy na miejscu. W tej fazie chodu to one przejmują pałeczkę. Są ostatnim punktem kontaktu stopy z podłożem. Pięta i łuk stopy są już w górze, palce szykują się do wybicia. Raz, dwa, trzy i do góry! Akcja przyspiesza. Ciężar ciała przenosi się na drugą nogę, kolano - ach, dzięki ci, ewolucjo, za stawy - szybko się zgina, nawet do sześćdziesięciu stopni, a stopa się unosi. Pokaz z biomechaniki trwa. Noga, w fazie zwanej środkowym i końcowym wymachem, przemieszcza się do przodu. Mięśnie przedniej części podudzia unoszą stopę na tyle wysoko, żebyśmy o nic nie zawadzili. Nosek trzewika błyszczy w słońcu. Sznurówki opadają. Obcas szykuje się do pikowania w dół, a pięta do przyjęcia uderzenia. Kolano, znowu w ruchu, ponownie się prostuje, a stopa ustawia się do lądowania. Udało się. Kolejny raz się udało i cały proces, wraz z każdym krokiem, zaczyna się od nowa. Aż trudno uwierzyć, że chodzenie jest serią bardzo małych, niewidocznych, kontrolowanych prawie upadków. Jeden krok to niewielki wydatek energetyczny. Zależnie od tempa i innych czynników, na przykład naszej wagi, noszonych butów czy typu podłoża, jeden krok kosztuje nas od trzech dziesiątych do sześciu dziesiątych kalorii. Niewiele. Oznacza to, że święty graal dziesięciu tysięcy kroków możemy osiągnąć "w cenie" jednego croissanta z masłem.
Ale skąd się w ogóle wzięła koncepcja, że każdego dnia powinniśmy przejść akurat tyle, nie mniej i nie więcej? Historia jest ciekawa i sięga drugiej połowy dwudziestego wieku, a dokładnie igrzysk olimpijskich w Tokio w 1964 roku. Była to pierwsza tak nowoczesna i technologicznie zaawansowana olimpiada. Nie dość, że po raz pierwszy zmagania sportowców dzięki telewizji satelitarnej oglądali w kolorze i na żywo widzowie na innych kontynentach, to jeszcze mogli podziwiać różne cuda japońskiej techniki, takie jak na przykład szybkie pociągi Shinkansen. Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej Japonia pokazała się światu nie jako upadły kolos i zmiażdżona przez broń atomową potęga militarna, lecz jako kraj, który stawia na innowacyjne rozwiązania i przemysł. Co to ma wspólnego z ideą dziesięciu tysięcy kroków dziennie jako przepisu na długie i zdrowe życie? Po igrzyskach, na których po raz pierwszy zastosowano takie urządzenia jak kwarcowe chronometry, fotokomórki, kamery fotofiniszu i cyfrowe stopery kwarcowe, bardzo wzrosło zainteresowanie wykorzystaniem technologii w sporcie. Także w amatorskim. Japończycy potrafili to zmonetyzować. Pierwszy japoński krokomierz o nazwie Man Po Kei został wprowadzony na rynek niespełna rok po igrzyskach przez firmę Yamasa Clock and Instrument Company. Przypominał niewielki, okrągły czerwony zegarek przypinany do paska. Jego nazwa oznacza dokładnie "licznik dziesięciu tysięcy kroków" i wybrano ją dość przypadkowo, bo symbol man w języku japońskim oznacza właśnie dziesięć tysięcy, a sam znak swoim kształtem przypomina idącego człowieka. Po z kolei oznacza kroki, kei - licznik. Tak więc nie było żadnej naukowej podstawy, na której można by opierać przeświadczenie, że taka właśnie, a nie inna liczba kroków będzie dla nas zbawienna. Jak to jednak często bywa, coś, co na początku jest żartem, sloganem reklamowym albo produktem komercyjnym, odrywa się od swojego znaczenia i zaczyna funkcjonować w innym dyskursie i na nowych zasadach. Po latach dowiedziono, że celowe "robienie kroków" jest dla mieszkańców krajów, w których przeważa siedzący tryb życia, a praca nie wiąże się z wysiłkiem fizycznym i ruchem, lecz z siedzeniem przed ekranem, rzeczywiście wskazane z powodów zdrowotnych, ale korzyści pojawiają się już po przejściu czterech czy pięciu tysięcy kroków. Kolejne dwa tysiące wystarczą, żeby zmiany były realnie widoczne i odczuwalne. W społecznej świadomości jednak dziesięć tysięcy kroków zagościło na dobre, podobnie jak zalecenie picia dwóch litrów wody dziennie, które już dawno zostało obalone przez naukowców. Wróćmy jednak do samej idei krokomierza. Jego wczesną koncepcję i pierwszy projekt znajdziemy już u Leonarda da Vinci. Miało to być urządzenie oparte na napędzanym zębatką wahadle, które kołysząc się w tył i w przód przy każdym kroku, mogło z dużą precyzją mierzyć liczbę kroków. Współcześnie uważa się, że ten szkic powstał z myślą o wykorzystaniu go w armii. Urządzenie pozwoliłoby na szacowanie odległości przemaszerowanej przez żołnierzy na podstawie liczby ich kroków. Podobnie jak z innymi wynalazkami geniusza z Toskanii, nie wiadomo, czy krokomierz kiedykolwiek powstał, czy też jego idea pozostała jedynie szkicem.
Pierwszy działający krokomierz zbudował w 1525 roku, prawdopodobnie z mosiądzu lub żelaza, francuski fizyk i geodeta Jean Fernel. Był on nie tylko genialnym wynalazcą, lecz również astronomem i astrologiem. Interesował się także anatomią, a szczególnie rozmaitymi pomiarami i badaniami ludzkiego ciała, co pozwoliło mu, i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady, zażegnać poważny kryzys dynastyczny na ówczesnym dworze francuskim. Otóż po dziesięciu latach pożycia małżeńskiego Katarzyna Medycejska i Henryk II byli pozostawali bezdzietni. Mówiło się o rozwodzie, co prawie na pewno doprowadziłoby do wojny. Czarna Królowa, jak ją wiele lat później złośliwie nazywali Francuzi, a zarazem matka przyszłej królowej Margot była zrozpaczona, zwłaszcza że to ją, jak to zwykle bywa, oskarżano o brak dzieci. W tamtych czasach, a często i dziś, to po stronie kobiety upatruje się przyczyn niepłodności pary. Winna była więc Katarzyna, mimo że Henryk II nie miał dzieci także ze swoją wieloletnią kochanką Dianą de Poitiers. Zrozpaczona królowa wezwała na dwór Jeana Fernela. Po zbadaniu pary uznał on, że Henryk II cierpi na wrodzone spodziectwo, czyli wadę polegającą na tym, że ujście cewki moczowej nie znajduje się tam, gdzie powinno, czyli na czubku żołędzi, ale na spodniej stronie prącia. Co więcej, jak zbadał, czy raczej zmierzył, Fernel, penis władcy był silnie skrzywiony i przygięty w dół, co powodowało, że nasienie nie trafiało do dróg rodnych partnerki. Tym samym nie mogło dojść do zapłodnienia. I tu już zbliżamy się do tego, co łączy królewskie prącie z krokomierzem. Otóż znajomość geometrii pozwoliła Fernelowi wyliczyć, a potem narysować, odpowiednie dla królewskiej pary pozycje seksualne. Było to zadanie skomplikowane, bo wymagało znajomości anatomii, matematyki i fizyki. Nie chodziło wszakże o pozycje statyczne. Interwencja wynalazcy, uzupełniona dla pewności wonnymi naparami na renesansową modłę, okazała się sukcesem. Para doczekała się dziewięciorga dzieci, a Fernel stał się celebrytą na miarę ówczesnego Paryża.
Jean Fernel miał obsesję pomiarów. Po sukcesie na dworze królewskim mógł spokojnie oddać się rozmaitym eksperymentom, których rezultaty potem prezentował na dworskich salonach. Szczególnie ambitnie podszedł do obliczenia obwodu Ziemi, co opisuje w swojej pracy Cosmotheoria z 1528 roku. Wykorzystał do tego zadania krokomierz - pierwsze działające urządzenie do liczenia kroków, o jakim wiemy. Przypominało kieszonkowy zegarek z kilkoma tarczami. Na jego przedniej ścianie znajdowały się cztery małe tarcze ze wskazówkami - odpowiednio dla jednostek, dziesiątek, setek i tysięcy kroków. U dołu obudowy wystawała ruchoma, sprężynowa dźwignia. Krokomierz mocowało się do pasa, od którego biegł sznur przywiązany do prawego kolana osoby dokonującej pomiaru. Gdy człowiek robił krok prawą nogą i unosił kolano, sznurek luzował się, a wewnętrzna sprężyna cofała dźwignię. Gdy noga opadała i prostowała się w tył, sznurek napinał się i gwałtownie pociągał za dźwignię. Każde takie pociągnięcie obracało pierwsze koło zębate wewnątrz "zegarka" dokładnie o jeden ząbek. Gdy pierwsza wskazówka obróciła się od 9 do 0, czyli po dziesięciu krokach, specjalny popychacz przeskakiwał i przesuwał o jeden ząbek tarczę. Upraszczając: każdy krok użytkownika powodował pociągnięcie sznurka, co z kolei obracało tarcze, rejestrując tym samym liczbę kroków. Krokomierz posłużył Fernelowi do obliczenia długości jednego stopnia południka ziemskiego. Widzę go oczami wyobraźni, jak surowy i skupiony - siwiejąca broda ścięta w szpic dodaje mu powagi - z czarnym beretem na głowie, w płaszczu podbitym futrem z norek narzuconym na ramiona, pochyla się, żeby przywiązać sobie do kolana obleczonego w pończochę sznurek od krokomierza. Chodzi po dziedzińcu. Sprawdza odczyt. Wiedział, że aby obliczyć długość jednego stopnia południka ziemskiego, musi poruszać się dokładnie w linii prostej, z południa na północ albo odwrotnie. Trasa z Paryża do Amiens wydaje się idealna. Za pomocą astrolabium Fernel zmierzył wysokość Słońca w zenicie w Paryżu, a następnie zrobił to samo w Amiens. Dzięki tym pomiarom okazało się, że różnica szerokości geograficznej między tymi miastami wynosi niemal dokładnie jeden stopień. Szkopuł w tym, że oba miejsca dzieli nieco ponad sto trzydzieści kilometrów, a więc przy dobrych wiatrach, w dzisiejszych warunkach, pięć dni nieprzerwanego marszu. Biorąc pod uwagę stan traktów i duktów w tamtych czasach, przerwy w wędrówce i niebezpieczeństwa po drodze, piesza podróż trwałaby znacznie dłużej, nawet kilka tygodni, nie mówiąc już o wysiłku związanym z tysiącami kroków, które trzeba by dokładnie zmierzyć.
W szesnastowiecznej Europie odległości często przeliczano na tak zwane kroki geometryczne. Jeden taki passus odpowiadał dwóm zwykłym krokom, czyli pełnemu cyklowi chodu: najpierw jedna, a potem druga noga. Badacze obliczyli, zakładając przeciętny wzrost i długość nóg, że ówczesny średni passus równał się półtora metra. Aby obliczyć długość jednego stopnia południka ziemskiego, Fernel musiałby zrobić jakieś 73 800 kroków geometrycznych w krótkim czasie. Byłoby to niezwykle męczące. Musiał więc znaleźć inny sposób. Skonstruował w tym celu odomierz, który nie mierzył kroków, lecz obroty kół pojazdu. Na wewnętrznej stronie piasty koła zamontowano metalowy, wystający trzpień, a obok niego koło gwieździste z grubymi, rzadko rozstawionymi zębami. Podczas jazdy, z każdym pełnym obrotem kół, metalowy pręt z głośnym stuknięciem uderzał w jeden ząb koła gwieździstego, popychając je o jeden stopień do przodu. Miarowe stuk, stuk, stuk było melodią tego przedsięwzięcia pomiarowego.
Sercem przyrządu była jednak wzmocniona mosiądzem drewniana skrzynka, podwieszona na czterech grubych, wielowarstwowych pasach z wołowej skóry, przyczepionych do specjalnych żelaznych wysięgników umieszczonych nad osiami. Przypominało to nieco hamak i chroniło skrzynkę przed wstrząsami. W jej środku znajdował się bowiem delikatny mechanizm - ręcznie wycinane zębatki o różnych średnicach oraz przekładnie ślimakowe służące do redukcji obrotów. Był to skomplikowany, wielopoziomowy układ, istne cacko myśli inżynieryjnej i zegarmistrzowskiej. Na bocznej ścianie skrzynki Jean Fernel umieścił tarcze z mosiężnymi wskazówkami; na tarczach wygrawerowano rzymskie liczby oznaczające wielokrotności obrotów, kroki geometryczne oraz mile. Wystarczyło już tylko spakować kufer, napoić konie i ruszyć w drogę. I tak się stało pewnego pięknego czerwcowego dnia 1525 roku.
Nie mamy żadnych dowodów na to, jak chodził Fernel. Szybko czy wolno? Sztywno czy kołysząc się na boki? A przecież każdy z nas ma swój, często nieświadomy, styl chodzenia. Dziś rano obserwowałam sąsiadkę, która mieszka w domu obok. Se?ora Fidela, z urodą niczym z filmów Almodovara, chodzi jak kaczka, przetaczając się ciężko z boku na bok. Obie jej córki, z toczonymi łydkami i szerokimi biodrami, chodzą jednak lekko, szybko, manewrując między paczkami w sklepie, który wspólnie prowadzą. Z kolei mój ojciec, bardzo wysoki i z długimi nogami, chodzi płynnie, delikatnie tylko kołysząc się w biodrach. Nawet bez okularów poznam go z daleka po tym, jak idzie. Mama drobi. Starszy syn mocno stawia stopy, napędzany niepodrabialną pewnością siebie i energią młodości. Mocno uderza piętami, tak samo jak jego ojciec. Mój mąż chodzi jak dziki kot, lampart albo pantera. Leniwie, miękko. Co innego moja prababka Stefa, początek i koniec mojego dziecięcego świata, mocno ciosana śląska starka, zawsze w sukience z czeskiej wiskozy. Ona nigdy nigdzie się nie spieszyła. Jako prawdziwa matrona sunęła przed siebie posuwistym, ciężkim, ale pewnym krokiem i żadne rzeczy, ludzkie czy nieludzkie, nie mogły jej zatrzymać. Ja sama stawiam nieduże kroki, ale mój chód jest zamaszysty, jakbym się zawsze dokądś spieszyła. Kiedy przyjeżdżam z Warszawy do Cieszyna, który jest nieco senny w porównaniu ze stolicą, przyjaciółki łapią mnie za łokieć z niemym "zwolnij".
Chód każdego z nas można opisać, choć rzadko kiedy zwracamy na niego uwagę, chyba że jest ku temu szczególny powód - ktoś kuleje, ciągnie stopę za stopą, nietypowo stawia kroki. Wiadomo, że Napoleon drobił i, podobnie jak ja, poruszał się szybko, a jego chód był nerwowy i szarpany. Winston Churchill przeciwnie, chodził wolno, kołysząc się jak stary marynarz, ciężko stawiając kroki. Zupełnie inaczej chodził Joseph Goebbels, który wyraźnie kulał, co starano się ukryć. Minister propagandy miał tak zwaną stopę końsko-szpotawą, a jego prawa noga była krótsza i słabsza od drugiej. Chód Goebbelsa był przez to asymetryczny, lekko sztywny, z wyraźnym utykaniem i charakterystycznym "podciąganiem" chorej nogi. Nosił specjalnie zaprojektowane buty - prawy nieco cięższy i z grubszą podeszwą. Kazał sobie także szyć spodnie z jedną nogawką szerszą, żeby ukryć różnicę między prawą a lewą nogą. Na zdjęciach i filmach propagandowych na jego wyraźne polecenie pokazywano go zazwyczaj od pasa w górę albo ustawiano w taki sposób, by jego niepełnosprawność mniej rzucała się w oczy. Starał się, żeby nigdy go nie sfilmowano u boku masywnie zbudowanego marszałka Rzeszy Hermanna Göringa, o ciężkim i władczym sposobie chodzenia. Krocząc na czele pochodu czy defilady wojskowej, zajmował całą przestrzeń. Goebbels przeciwnie, szczupły i wątły, podczas chodzenia kulił głowę w ramionach i pochylał się do przodu. Zawsze próbował ukryć, że kuleje, bo całe życie cierpiał z powodu swojej niepełnosprawności. Ostatnie kroki Goebbels zrobił w berlińskim bunkrze, tuż przed śmiercią. Czy nawet wtedy próbował maskować, że utyka?
Problemy z chodzeniem miał też wpływowy polityk tego okresu, Franklin Delano Roosevelt. Dawniej uważano, że jego problemy z chodzeniem pojawiły się w wyniku polio, które przeszedł w wieku trzydziestu dziewięciu lat, ale dziś badacze sądzą, że cierpiał raczej z powodu syndromu Guillaina-Barrégo, ostrej, rzadkiej choroby zapalnej o podłożu autoimmunologicznym, która atakuje obwodowy układ nerwowy. W sierpniu 1921 roku, podczas wakacji na kanadyjskiej wyspie Campobello, Roosevelt nagle ciężko zachorował. Choroba objawiała się wysoką gorączką oraz postępującym paraliżem, który ostatecznie odebrał mu władzę w nogach. Nie poddawał się jednak. Każdego dnia zakładał na nogi ciężkie, stalowe ortopedyczne szyny, które blokowały stawy kolanowe w pozycji wyprostowanej. Jedną ręką opierał się na lasce, a drugą na ramieniu swojego syna lub asystenta. Następnie, z pomocą mięśni bioder i tułowia, kołysał całym ciałem i wyrzucał sztywne nogi do przodu. Z boku wyglądało to jak utykanie, ale w rzeczywistości było sportowym wyczynem i wymagało od Roosevelta gigantycznego wysiłku fizycznego. W trakcie jego prezydentury, która trwała dwanaście lat, obowiązywało niepisane porozumienie z mediami. Prasa ze względu na szacunek do urzędu nie fotografowała prezydenta na wózku inwalidzkim ani w momentach, gdy był przenoszony. Wystąpienia publiczne planowano tak, aby Roosevelt przed uruchomieniem kamer siedział już za biurkiem lub stał mocno oparty o mównicę. Przez wiele lat jego niepełnosprawność stanowiła tajemnicę, większość Amerykanów o tej ułomności nie wiedziała.
Dokładnie odwrotnie było w przypadku lorda Byrona, dziewiętnastowiecznego poety, który również utykał ze względu na deformację jednej stopy, ale który zrobił z tej lekkiej niepełnosprawności element swojej romantycznej legendy. Stała się też ona tematem niedokończonego poematu z roku 1822. Jego bohater, Arnold, jest garbatym i zdeformowanym mężczyzną, który został odrzucony i wyśmiany przez własną matkę. Zdesperowany, postanawia popełnić samobójstwo.
Z kolei generał Stanisław Sosabowski powłóczył nogą z dumą - utykanie było pamiątką po ranach odniesionych podczas pierwszej wojny światowej. I nie przeszkodziło mu w zostaniu twórcą i dowódcą pierwszej polskiej brygady spadochronowej.
Wielu aktorów wypracowało charakterystyczny sposób chodzenia, czy to na potrzeby granej postaci, czy w ramach swojego artystycznego emploi. John Wayne chodził na szeroko rozstawionych nogach jak urodzony kowboj, a w każdym razie w sposób, który amerykańskie kino połowy dwudziestego wieku uważało za typowy dla prawdziwego bohatera Dzikiego Zachodu. Własny, charakterystyczny, utrwalony przez popkulturę styl chodzenia stworzył także Charlie Chaplin - jako Charlie włóczęga stawiał małe kroczki, stopy na zewnątrz, kaczkowaty chód i laseczka w dłoni. Nie sposób go pomylić z nikim innym. Idealne zadanie do kalamburów - przejdziesz kilka kroków i nawet bez melonika i wąsów wiadomo, jaką jesteś postacią.
Niektóre postacie filmowe są zbudowane między innymi na charakterystycznych elementach chodu. Jack Nicholson, niezapomniany w roli ekscentrycznego pisarza Melvina Udalla w filmie Lepiej być nie może, porusza się nieco sztywno, jest nienaturalnie wyprostowany i omija szczeliny w chodnikach. Peter Falk jako porucznik Columbo chodził niezdarnie, zawsze lekko zgarbiony, co bardzo pasowało do postaci wiecznie roztargnionego detektywa. Toshiro Mifune w filmach Kurosawy chodzi jak drapieżnik. Ma wysunięte do przodu barki, ręce zwisają mu luźno, a jednocześnie jego sylwetka sugeruje czujność i gotowość do skoku. Widać to szczególnie w filmie Straż przyboczna z 1961 roku, w którym Toshiro Mifune gra wędrownego samuraja. W słynnej scenie pojedynku Sanjuro, grany przez Mifune, kroczy spokojnie w stronę wyraźnie zdenerwowanego przeciwnika, z dwoma mieczami zatkniętymi za pas, a jego powłóczyste kimono rozwiewa wiatr.
Pamiętny Wściekły Byk w interpretacji Roberta de Niro także chodził w specyficzny sposób - ciężko, powoli, jak wielkie zwierzę. Nawet gdy w scenie nie padają żadne słowa, język ciała bohatera, w tym jego sposób poruszania się, mówi o nim wszystko. De Niro, który w trakcie przygotowań do roli legendarnego boksera przeszedł niezwykłą transformację, między innymi przytył dwadzieścia siedem kilo, wypracował też zupełnie inny sposób chodzenia dla młodego i starego Jake'a LaMotty, którego grał. Pierwszy chodzi szybko, sprężyście, wysoko trzyma głowę, a klatkę piersiową wypina do przodu. Drugi jest ociężały, złamany, stawia wolne kroki i kołysze się niepewnie przy chodzeniu, oddycha z trudem.
Sposób chodzenia dla wielu aktorów jest aktem autokreacji. I tak na przykład charakterystyczny sposób poruszania się Marilyn Monroe był świadomie zaprojektowany - aktorka nie tyle stawiała kroki, ile płynęła, nieustannie przerzucając ciężar ciała z jednego boku na drugi. Stopy stawiała miękko, jakby niechętnie dotykała podłoża i w charakterystyczny, przesadny sposób kołysała biodrami. Podobno, choć to może tylko legenda, pomagały jej w tym specjalnie ścięte po bokach obcasy. Tak czy tak, "prywatnie" chodziła inaczej, bez utrwalonej na taśmie maniery. Potrafiła w sekundę przekształcić się z Normy Jean w filmową Marilyn Monroe, ikonę seksapilu. Zupełnie inaczej poruszała się gwiazda poprzedniej epoki - Marlena Dietrich, której chód oddawał sedno jej osobowości i wizerunku: androgyniczność, dystans, chłód i kontrolę. Można powiedzieć, że Dietrich to linie proste, geometria, surowość architektury, a Monroe - płynność i miękkie linie natury. Niemiecka gwiazda miała bardzo długie nogi i obsesyjnie dbała o ich ułożenie na zdjęciach. Zawsze wyprostowana, stawiała pewne, niezbyt duże kroki. Sunęła przed siebie powoli i z elegancją, bez kręcenia biodrami. Równa linia barków tworzyła sztywną ramę jej charakterystycznej postaci.
W świecie artystycznym, nie tylko wśród aktorów, możemy znaleźć wiele przykładów, kiedy chód staje się budulcem wizerunku na równi ze strojem, sposobem wysławiania się czy zachowania. Salvador Dali poruszał się w sposób bardzo nienaturalny i wystudiowany, podpierając się cienką laską, nie mówiąc już o tym, że zdarzało mu się prowadzać na smyczy mrówkojada, choć to ostatnie było raczej elementem wyreżyserowanej akcji artystycznej. Na zdjęciu z 1969 roku elegancko ubrany artysta - poszetka, spinki do mankietów, szykowne oksfordy - wychodzi ze stacji metra w Nowym Jorku, opierając się na laseczce, a uwiązane na sznurku zwierzę ciągnie go do przodu, rozpłaszczając się na chodniku. Najczęściej Dali spacerował jednak ze swoim ocelotem o imieniu Babou, który dotrzymywał mu kroku zarówno podczas zwykłych popołudniowych przechadzek, jak i dalekich podróży. Zachowały się zdjęcia Babou na pokładzie luksusowego transatlantyku SS "France", po którego pokładzie spacerowali obaj - Dali i jego zaprzyjaźniony drapieżnik, kuzyn lamparta.
Często jednak sposób chodzenia nie jest wyborem, a rezultatem straty, wypadku czy choroby. Malarz Henri de Toulouse-Lautrec na skutek choroby genetycznej i tego, że we wczesnej młodości złamał obie nogi, miał tylko metr pięćdziesiąt wzrostu. Legendarny plakacista Moulin Rouge poruszał się w związku z tym z trudem, wspierając się na lasce, co nie przeszkodziło mu jednak podróżować, pracować i osiągnąć sławy. Prowadził też bardzo bujne życie erotyczne, choć od dzieciństwa zmagał się z niepełnosprawnością.
Podobnie było w przypadku meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. Przebyte w dzieciństwie polio i tragiczny wypadek w młodości wpłynęły na jej asymetryczny, wyraźnie nienaturalny chód. Przez wiele lat malarka nosiła szyny i gorsety ortopedyczne. Do śmierci korzystała z laski. A wszystko zaczęło się 17 września 1925 roku, kiedy osiemnastoletnia Kahlo wracała do domu autobusem, który zderzył się z tramwajem. Metalowy pręt wbił się w jej ciało na wysokości biodra i wyszedł przez miednicę. Oprócz innych licznych obrażeń doświadczyła także złamania nogi w kilkunastu miejscach, a jej stopa została zmiażdżona. Po wypadku przez wiele miesięcy nie mogła chodzić, leżała w łóżku, patrząc w zamontowane na suficie lustro. Przez resztę życia kulała, a chodzenie sprawiało jej ból. Blizny po wypadku i licznych operacjach kryła pod sutymi, wzorzystymi spódnicami, które były elementem ukochanego przez nią stroju kobiecego z regionu Tehuantepec. Motywy chodzenia i stóp, zdeformowanego i cierpiącego ciała wielokrotnie powracały w jej malarstwie. Bodaj najsłynniejszym tego przykładem jest surrealistyczny obraz To, co dała mi woda z 1938 roku, który obecnie znajduje się w Muzeum Dolores Olmedo w Meksyku. To bardzo przejmująca praca. Nie widzimy jednak, jak to często bywa w przypadku obrazów Kahlo, twarzy artystki, lecz stopy zanurzone w wannie i powierzchnię wody, na której unoszą się różne osobliwe istoty i obiekty: ludzki szkielet, drapacz chmur, para kochanków, martwe rośliny, dziwne owady i ptaki. Uwagę przykuwają jednak przede wszystkim stopy z pomalowanymi na czerwono paznokciami. Prawa jest wyraźnie zdeformowana, pokaleczona, krwawiąca. Piętnaście lat po powstaniu obrazu z powodu trudnej do zatrzymania gangreny lekarze amputowali Kahlo prawą nogę. Malarka zamówiła specjalną protezę, którą ozdobiła czerwonym butem z haftami i dzwoneczkami. Niedługo przed śmiercią w dzienniku naszkicowała dwie zdrowe stopy. Rysunek podpisała: "Po co mi stopy, skoro mam skrzydła"1.
Innym artystą, którego życie, a tym samym sposób i poruszania się, uległo zmianie w ułamku sekundy na skutek nieszczęśliwego zdarzenia, był Andy Warhol. 3 czerwca 1968 roku malarz wychodził ze swojej nowojorskiej pracowni Factory, kiedy został postrzelony przez Valerie Solanas, sfrustrowaną artystkę, która ubzdurała sobie, że Warhol blokuje jej karierę. Kula uszkodziła płuca i jamę brzuszną Warhola, który przez resztę życia musiał nosić specjalny gorset wspierający tułów. Poruszał się od tego czasu bardzo ostrożnie, z trudem. Przed wypadkiem lubił włóczyć się po nocnym Nowym Jorku, zaglądać w ustronne zakamarki, rozmawiać ze sklepikarzami, robić zdjęcia porzuconym przedmiotom. Po postrzeleniu stał się ostrożniejszy. Lęk nie pozwalał mu już na swobodne przechadzki. Rzadziej wychodził z domu, mało kogo zapraszał do pracowni. Po Nowym Jorku poruszał się samochodem. Z tego czasu pochodzą fotografie bladego, wychudzonego artysty przemieszczającego się wielką czarną limuzyną. Na ostatnim przed śmiercią zdjęciu, zrobionym przez Petera Bellamy'ego w lutym 1987 roku, widzimy pół twarzy artysty, jego białe włosy i okulary. Reszta jest przysłonięta ciemną szybą luksusowego auta opuszczoną do połowy. Historia samego ujęcia jest ciekawa. Bellamy szedł przez Central Park, kiedy zobaczył, że na światłach zatrzymała się limuzyna z Andym Warholem w środku. Fotograf odruchowo nacisnął spust migawki. Zdjęcie jest nie do końca ostre, ale niesamowite. Warhol ma puste, nieobecne spojrzenie, patrzy się przed siebie beznamiętnie, wygląda jak duch. Artysta był wtedy w drodze do szpitala, gdzie mieli mu usunąć woreczek żółciowy. Operacja, która powinna być rutynowym zabiegiem, doprowadziła do jego śmierci. Bellamy opowiadał później w wywiadach, że widział, jak przez otwarte okno auta do środka dostał się anioł śmierci. Bardzo to wszystko poetyckie, ale nieprawdziwe. Zdjęcie zrobiono rok wcześniej, w 1986, kiedy Warhol czekał na Grace Jones, która była spóźniona na sesję z Elliotem Erwittem. Bellamy asystował wtedy znanemu fotografowi i był akurat w studiu. Zobaczył Warhola przez okno i cyknął słynne zdjęcie. Resztę wymyślił już po jego śmierci. Prawdą pozostaje fakt, że w tamtym czasie Andy Warhol bał się chodzić po ulicach Nowego Jorku, a nawet czekać na kogoś na chodniku.
Czasami zdolność swobodnego chodzenia traci się stopniowo, niekiedy latami. Pod koniec życia Muhammad Ali, legendarny sportowiec i mistrz bokserski, zaczął powłóczyć stopami, gdy pogłębiał się parkinsonizm, na który cierpiał od lat. Było to tym bardziej dramatyczne, że choroba odebrała mu dokładnie to, co było jego siłą: szybkość i lekkość kroków. Komentatorzy sportowi wielokrotnie podkreślali, że Ali tańczył na ringu albo się nad nim unosił niczym motyl. Problemy pojawiły się już pod koniec lat siedemdziesiątych, choć bokser został ostatecznie zdiagnozowany dużo później. Z parkinsonem przeżył kolejne trzydzieści lat.
Z kolei ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne, najpierw ograniczyło ruchy i tym samym kroki fizyka Stephena Hawkinga, a w końcu doprowadziło do całkowitego unieruchomienia i śmierci naukowca. Pierwsze objawy pojawiły się, kiedy Hawking miał dwadzieścia jeden lat i studiował w Cambridge. Zawsze szczupły i wysoki, był trochę roztargniony i niezdarny. Zdarzało mu się o coś zawadzić, kogoś niechcący potrącić. Jednak z czasem zaczął się coraz częściej potykać, miał trudności z zawiązaniem sznurowadeł, chodził chwiejnie i niepewnie stawiał kroki. Jako młody chłopak nic sobie z tego nie robił, zajęty życiem na uczelni. Dopiero kiedy spadł ze schodów w rodzinnym domu w czasie przerwy świątecznej w 1963 roku, dostał skierowanie na badania. Szybko otrzymał druzgoczącą diagnozę. ALS powoduje stopniowe obumieranie neuronów sterujących mięśniami i zazwyczaj w ciągu kilku lat prowadzi do śmierci. Pierwszym etapem na tej drodze jest stopniowe ograniczenie zdolności chodzenia. Najpierw utrata równowagi i pewności kroku, następnie spowolnione tempo, potem laska, kule, na końcu wózek inwalidzki i wreszcie całkowity bezruch. A to wszystko w ciągu dwóch, trzech lat. U Hawkinga trwało to jednak pół wieku. Przez pierwsze siedem lat po diagnozie wciąż poruszał się, co prawda wolniej i z trudem, na dwóch nogach. Na zdjęciu ślubnym z 1965 stoi obok żony, Jane Wilde, wsparty na lasce. Wtedy jeszcze chodził dość sprawnie, ale w ciągu kolejnych pięciu lat stracił tę zdolność. Paradoksalnie wcale go to nie zatrzymało - ani w metaforycznym, ani w dosłownym sensie. Wykładał, publikował, podróżował prawie do końca życia. I choć nie mógł chodzić w potocznym tego słowa znaczeniu, spacerował po wszechświecie. I jak wspomina w swojej autobiografii Moja krótka historia były to wspaniałe i dalekie przechadzki2.
Pracując nad tą książką, często zastanawiałam się nad tym, jak chodzą lub chodzili różni ludzie. Nurtował mnie zwłaszcza sposób poruszania się pewnej poetki. Chciałabym wiedzieć, jaki miała rozmiar buta. Wyobrażam sobie, że jej stopy były raczej małe, bo sama była drobna i krucha. Na licznych zdjęciach pozuje w sukienkach bez ramion. Wyraźnie widać węzełki obojczyków, delikatny stelaż, na którym rozpięto jej bladą skórę, spod której prześwitywały fioletowe żyłki. Lubiła się stroić. Kręciła włosy na wałki, robiła kokieteryjne miny przed lustrem. Przez trzynaście lat, od czasu zapalenia wsierdzia, które przeszła w dzieciństwie, poetka Halina Poświatowska nie mogła chodzić szybszym krokiem, biegać, skakać, wspinać się po schodach. Dalsze spacery i piesze wycieczki były dla niej nieosiągalne. Miesiącami leżała w łóżku albo odpoczywała skulona na tapczanie, na leżaku w ogrodzie, zwinięta w hamaku. A jeśli już gdzieś szła pieszo, musiała potem długo odpoczywać. Czekać, aż uspokoi się trzepoczące w piersi serce, aż wyrówna się tętno. Na pierwszy rzut oka jednak nie było widać jej choroby. Była może trochę bledsza niż jej rówieśniczki, trochę bardziej wiotka. Zdradzał ją jednak oddech.
- Czy nie jest pani trochę zmęczona? - pyta poetkę na pierwszym wspólnym spacerze poeta Ireneusz Morawski.
- Skąd, czuję się świetnie - odpowiada Poświatowska.
- Kłamca, kłamca, przecież dyszy pani jak pies - zżyma się Morawski3.
W wieku piętnastu lat chodzi jak staruszka, wolno, małymi krokami. "Najgorsze są szkolne schody - czytamy w jej biografii napisanej przez Kalinę Błażejewską. Wspina się po nich, trzymając się za serce, na każdym półpiętrze przysiada na parapecie. Do klasy przychodzi spóźniona i ciężko opada na krzesło". Wkrótce nie jest w stanie nie tylko wdrapywać się po schodach, ale w ogóle chodzić do szkoły. Serce nie pozwala. Przejmujące są opisy jej młodości, zanim pojechała na operację do Filadelfii, która dodała jej kilka lat życia. To dziennik unieruchomienia, niechodzenia i przywiązania do łóżek, krzeseł, sof, zamkniętych szpitalnych pomieszczeń. Tym tragiczniejszy, że dotyczy dziewczyny, która rwie się do życia - głodna wszystkiego, czego można doświadczyć. Marzy o normalności. Łudzi się, że wszystko może się odmienić z dnia na dzień. W dzienniku z 1949 roku notuje: "Gdyby jeszcze tydzień bez zmiany pogody, wyzdrowiałabym [...]. Mogłabym chodzić, z początku wolno i trochę, potem prędzej i więcej [...], potem zrobiłabym mostek, świecę, biegałabym, chodziła do kina, na spacery [...]. Chcę być zdrowa, zdrowa, zdrowa"4. Nie wie tego wtedy, ale na pierwszy spacer bez zadyszki i duszności poczeka jeszcze ponad czternaście lat.
W krótkich okresach względnej poprawy wybiera się jednak na przechadzki. Lubi spojrzenia mężczyzn. Czuje się dzięki nim piękna. Chodzi więc na pokaz, świadoma każdego kroku. Ma osiemnaście lat i już wie, jakie wrażenie robi na przechodniach. Po żwirowych alejkach uzdrowiska chodzi na spacery w eleganckich butach na obcasie i w sukienkach z rozkloszowanym dołem. Maluje usta. "Pamięta, żeby trzymać się prosto, ze ściągniętymi łopatkami i podniesionym podbródkiem. Stara się stawiać kroki w jednej linii, z naciskiem na palce, żeby jej chód wyglądał jak najlżej - żeby jej nie zdradził", notuje biografka5.
Sześć lat później, już po operacji, Poświatowska będzie spacerować boso po Central Parku z Jerzym Kosińskim. Bez ucisku w piersi. Powinna być szczęśliwa, a jest w niej dużo lęku i melancholii. Nagle ma przed sobą perspektywę długiego życia. A na to nigdy nie liczyła, nie była przygotowana na taki obrót sprawy. Nie wie, jak sobie poradzić. Sama to sobie wyrzuca w liście do matki: "Właściwie powinnam być szczęśliwa, że żyję i że się tak świetnie czuję, że mogę chodzić tak ładnie"6. A nie jest szczęśliwa i boi się sama nie wie czego. "Chodzić tak ładnie" - od razu mnie uderza to zdanie. Zazwyczaj nie myślimy o chodzeniu w kategoriach estetycznych. Własny chód zazwyczaj jest dla nas raczej przezroczysty, rzadko kiedy staje się przedmiotem refleksji. Poświatowska była bardzo świadoma różnych aspektów funkcjonowania własnego ciała, nie tylko chorego serca, czemu wielokrotnie dawała wyraz w wierszach i prozie poetyckiej. Miała także przekonanie, że powinna być wdzięczna za możliwość "ładnego chodzenia". I była, ale czasem to przekonanie jej ciążyło. Z odzyskanej po latach szansy na spacery korzystała jednak z gorliwością. Biografka poetki odnotowuje skrzętnie jej włóczęgi po Manhattanie, przechadzki po Parku Riverside w towarzystwie zakochanego w niej Josepha Margolisa, zimowe wędrówki wśród zasp w college'u w Northampton. Nagle ona, dziewczyna, która po przejściu kilkuset kroków siniała i nie mogła złapać tchu, teraz godzinami oprowadza swojego polskiego kardiologa Juliana Aleksandrowicza po zakamarkach Broadwayu i Harlemu. Chodzenie jest miarą zdrowia i wolności. Bez limitu kroków i oddechów, jak we fragmencie prozy poetyckiej pod tytułem Podsłuchane.
Gdy tak leżą bezczynnie, lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w niekończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi7.
Przeglądam zdjęcia poetki. Zgrabne sandałki, balerinki do czarnych cygaretek, eleganckie proste czółenka. Poświatowska kochała buty i chodzenie. Kiedy, jeszcze przed operacją, niepewna i zalękniona, ociąga się z ułożeniem nowego tomiku, jej matka, Stanisława Mygowa, motywuje ją do pracy obietnicą nowej pary pantofelków na wiosnę. Dzięki uprzejmości siostry poetki Teresy Porębskiej już wiem, jaki miały rozmiar. Trzydzieści osiem!
Siedemdziesiąt lat później chodzę śladami Poświatowskiej po wiosennym Krakowie. Mijam ulicę Dietla, gdzie mieszkali jej przyjaciele, Planty, klinikę, w której uwięziona spędziła wiele miesięcy i nie mogę się opędzić od myśli, że niemożność swobodnego chodzenia musi być torturą. Stawianie kroków, kontakt z podłożem, choćby nawet niepewnym czy grząskim, jest podstawową miarą naszej bytności w świecie, wyznacza pierwotną, niedyskutowalną granicę, daje oparcie. Dzięki niej, dosłownie i metaforycznie, nie spadamy. Nie umiem sobie nawet wyobrazić żałoby po utracie zdolności chodzenia. I nawet bardziej niż straty będącej wynikiem choroby, jak w przypadku poetki, czy urazu boję się tej, która skrada się podstępnie, powoli. Ostatnio przyjaciółka opowiadała mi, że poszła na spacer z chorym ojcem. Nagle on się przewrócił. Nie potknął się o nic, nie zaplątał, nie zrobił fałszywego kroku na żwirowej ścieżce. Wyglądało to raczej, jakby zapomniał, jak się chodzi, jakby jego ciało nie umiało odtworzyć taśmy z mechaniką chodu i przekazać na czas odpowiednich instrukcji. Ojciec mojej koleżanki choruje na alzheimera w zaawansowanym stadium. Jego mózg zapomina po kolei wszystko, co było dawniej oczywiste. Nie wie, kim jest ta jasnowłosa kobieta, która trzyma go za rękę, gdzie jest, co robił wczoraj, a z czasem straci także zdolność wykonywania najprostszych czynności, w tym umiejętność chodzenia. Przejmująco pisze o tym w książce Schron przeciwczasowy jeden z moich ulubionych autorów, Georgi Gospodinow:
Na koniec umysł zapomni, jak się mówi, usta zapomną, jak się przeżuwa, gardło zapomni, jak się przełyka. Nogi zapomną, jak się chodzi, jak to się robiło, do cholery...? Ktoś zamiast nas pamięta, jak się podnosi nogę, jak się ją zgina w kolanie, wykonuje ruch po łuku i stawia przed drugą nogą, potem podnosi się ta, która została z tyłu, nowy łuk stawiasz przed drugą. Najpierw pięta, potem cała stopa, na końcu palce. I znowu podnosisz drugą nogę, która teraz została w tyle, zginasz w kolanie...
Ktoś wyłącza elektryczność w pokojach twojego ciała8.
Przeczytałam słowa Gospodinowa na głos i jednocześnie przeszłam kawałek. Nigdy wcześniej nie koncentrowałam się tak mocno na kolejnych etapach chodzenia. Jeden krok, potem drugi. Szorstkie dechy na podłodze starego domu, w którym mieszkam, bose stopy. Uff. Jeszcze pewnie stawiam kroki. Wciąż bez zawahania. Przyszło mi to bez wysiłku, płynnie, a więc elektryczność w moim ciele pracuje jak trzeba. Ale ile kroków mi jeszcze zostało? Trudno to policzyć dokładnie, choć przyjmuje się, że człowiek średnio zrobi w życiu między sto pięćdziesiąt a dwieście milionów kroków. W wieku czterdziestu ośmiu lat mam już więc z górki. Ile kroków mi zostało? Może pięćdziesiąt milionów? Może sto? Oby jak najwięcej. Z chodzeniem, jak z grą w totka, wszyscy liczymy na miliony, na jak największą wygraną, tyle że - w przeciwieństwie do loterii - w chodzeniu chcemy wypłatę rozciągnąć mocno w czasie.
1 F. Kahlo, The Diary of Frida Kahlo. An Intimate Self-Portrait, New York 1995, s. 294.
2 S. Hawking, Moja krótka historia, przeł. J. Bieroń, Poznań 2024.
3 K. Błażejowska, Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej, Kraków 2026, s. 105.
4 Tamże, s. 111.
5 Tamże, s. 49.
6 Tamże, s. 61
7 H. Poświatowska, Podsłuchane [w:] tejże, Wszystkie wiersze, Kraków 2000, s. 285.
8 G. Gospodinow, Schron przeciwczasowy, przeł. M. Pytlak, Kraków 2022, s. 121.