Na łasce wroga - Weronika Ilska

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Lilianna

24 grudnia 1952 roku

Jest Wigilia.

Z pewnością czasami sięgacie pamięcią świąt, podczas których magią było dosłownie wszystko. Począwszy od matki, która uwijała się jak w ukropie, lepiąc uszka do barszczu. Przeganiała nas brudną ścierą, bo przeszkadzaliśmy jej w przygotowaniach. Na wypatrywaniu pierwszej gwiazdy kończąc, choć w zasadzie ona nigdy pierwszą nie była. A także rozpakowywaniu tego jednego, jedynego prezentu, w którym często było tyle, co nic, a ten, kto znalazł pod choinką nowe buty, okazał się prawdziwym szczęściarzem. Dla mnie wtedy był to niezwykły czas. Teraz patrzę na to zgoła inaczej, w zasadzie zupełnie inaczej.

Teraz dostrzegam tamto zmęczenie na twarzy rodzicielki, które wówczas uznawałam za pośpiech. Widzę, jak krzyczy, jak próbuje wszystkim dogodzić, zapominając o sobie. Widzę to, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Krótkie do ramion blond włosy, lekko pokręcone na końcach. Spinam je z tyłu głowy. Wolałabym je puścić wolno, ale nie ode mnie zależy, jak będę dzisiaj wyglądała. Niebieskie oczy - piękne. Przynajmniej kiedyś. Teraz spowite są mgłą. Nie mgłą zmęczenia. Tą znacznie gorszą, której nikt nie chce zauważyć, tłumacząc, że to przygotowania do tych radosnych świąt tak mnie wykończyły.

Na sobie mam prostą, czarną sukienkę. Wybrałabym inną, może czerwoną, ale jak już się domyślacie - nie ode mnie to zależy. Dotykam policzka. Pali jeszcze. Zasłaniam mankietem sukienki odkryty nadgarstek. Nikt nie powinien zobaczyć. Szczypię palcami oba policzki. Teraz są soczyście czerwone i pasują do reszty skóry twarzy.

Wdech i wydech. Jeszcze jeden. Dajcie mi moment. Jedyna chwila, gdy mogę pobyć sama. Sama z własnym wnętrzem, z oczami pełnymi bólu i śladami, które muszę zasłonić.

- Lilianno!

Słyszę jego głos z oddali. Nie lubię, jak wybrzmiewa moje imię w jego ustach. Od dziesięciu lat nie przywiązuję do niego wagi, pamiętając jedynie przydomek, jakim ktoś mnie niegdyś nazwał. To z nim się utożsamiam. Przebiega mnie dreszcz. Jego tembr głosu jest zbyt łagodny, jak na to, co wydarzyło się rankiem. Wiem, że dla mnie to oznacza kłopoty. Mój dramat zacznie się dokładnie wtedy, gdy ostatni goście opuszczą nasz dom.

Pewnie zastanawiacie się, jaki on jest. Jaki jest mój mąż, Kazimierz Malewski. Otóż gdybyście spotkali go na ulicy, z pewnością uznalibyście go za człowieka zasad. Panie odwróciłyby za nim ukradkowo głowy, uśmiechając się pod nosem. Był przystojny, miałam tego świadomość. Mogę nawet przyznać, że cholernie przystojny i zbyt miły, jak na funkcję, jaką pełnił. Jednak taki był dla otoczenia - dowcipny, wygadany, z wyuczonymi podstawami manier i szarmancki. Wobec mnie zachowywał się tak tylko wtedy, gdy ktoś inny był w pobliżu. Kiedy zamek w wejściowych drzwiach zazgrzytał, gdy drzwi sypialni się zamykały - wtedy zdejmował maskę lojalnego i poddanego wobec nowej władzy człowieka. Wówczas zamieniał się w nieokiełznaną bestię.

Z początku próbowałam z tym walczyć, nawet jeśli taktyką walki była kapitulacja, później zrozumiałam, że nawet nie robiąc nic, rozwścieczam go jeszcze bardziej.

Bił tak, by nie było widać. Klasyka u mężczyzn, którzy piastują wysokie stanowiska. Lecz nie ból fizyczny był najgorszy. Najgorsze było to, jak z każdym dniem gasłam, jak z każdym kolejnym wieczorem traciłam zmysły. W końcu zaczęłam wierzyć. Zaczęłam wierzyć, że na to zasługuję, że zawiniłam, że nie jestem jego godna.

Nadal mnie woła. Nie może krzyknąć, przecież przy stole już zasiedli goście. Teatr Kazimierza czas zacząć. Słyszę jego ciężkie kroki, podchodzi do drzwi łazienki i puka w nie lekko.

- Lilianno, wyjdź, kochanie. Goście już są. - Jego głos jest tak słodki, że aż piskliwy.

Wykrzywiam usta w grymasie. Patrzę na nadgarstki i raz jeszcze naciągam na nie mankiety sukienki.

- Kochanie, nie każ mi wyważać drzwi. - Krótki gardłowy śmiech.

Goście w salonie śmieją się razem z nim, ale ja wiem, że to było ostrzeżenie. Takie, które tylko ja mogę pojąć. Dla nich był głową domu. Perfekcyjnym mężczyzną, który powstał wprost na wzór biblijnego Adama. Gdyby dowiedzieli się prawdy - nie uwierzyliby. A ty uwierzyłbyś, gdybym ci jej nie powiedziała?

Naciskam klamkę, ale zanim pchnę drzwi, jeszcze raz się zatrzymuję. To była moja ostatnia chwila w samotności, taka, z której przynajmniej na razie nie muszę się tłumaczyć.

- Już jestem - szepczę, spuszczając głowę.

Nie dotyka mnie. Nie ten czas. Patrzy oczami, które przypominają źrenice węża, wprost na mnie. Raz odwzajemniam spojrzenie, raz nie. Nie wiem, co mi wolno. Chwyta mnie za podbródek i unosi go. Patrzy długo, tak długo, dopóki głos Alfonsa nie przecina ciszy między nami. Zaciska palce na mojej skórze. Tylko na moment, taki, bym zrozumiała, i taki, by nikt inny nie mógł zauważyć.

Obejmuje mnie w pasie i zaciskając palce na boku sukienki, prowadzi mnie równym krokiem do stołu. Nie ma opłatka, nie ma modlitwy, nie ma kolęd. Wszystko jest nie takie od lat. Inne, zakazane, niewłaściwe. Święta, które pamiętam jako mała dziewczynka, są teraz jak za mgłą. Wtedy nie było dużo lepiej. Nie miałam magii świąt, którą wspominały moje miastowe koleżanki. Tak naprawdę całe dzieciństwo miałyśmy inne i dopiero, gdy zagłębiłam się w ich historię, zrozumiałam, jak wiele mi los odebrał.

Wówczas myślałam, że tak wygląda życie każdej z nas. Każda doi krowy na polu i pomaga ile sił w rękach. Że każda z nas wyczekuje nowych butów, a starymi dzieli się z rodzeństwem. Wtedy uznawałam uczęszczanie do szkoły jako przywilej, bo niewiele dziewcząt z naszej wsi do niej chodziło. Teraz jestem za to wdzięczna po stokroć, choć nie wiem, czy mnie to uratowało, czy pogrążyło. Może gdybym nie wyjechała do Warszawy na przekór ojcu, a jedynie z cichą aprobatą matki, teraz miałabym męża i dzieci, kilka morgów pól, chatę, kury, krowy i gęsi? I może, choć to niepewne życzenie, może mój mąż by mnie nie tłukł. A może by tłukł, ale rzadziej?

- Lilianno, przynieś, kochanie, wódkę z kuchni. Stoi na blacie. - Kazimierz się uśmiechnął.

Powiedział to dokładnie wtedy, gdy usiadłam na krześle. Przytaknęłam cicho, napotykając wzrok Heleny - żony Alfonsa.

W kuchni panował półmrok. Na zewnątrz padał śnieg. Coś ścisnęło mnie za gardło. Może wspomnienia, a może zwyczajna nostalgia za życiem, które mogłabym prowadzić, gdybym nie wybrała właśnie jego.

- Pomogę ci, kochanie! - Usłyszałam jego głos z oddali.

Pochwyciłam naprędce zakorkowaną przezroczystą butelkę i już miałam wychodzić, gdy stanął przede mną.

- Co ty wyprawiasz? - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Kino sobie urządzasz? Rusz się. - Szarpnął butelką, wyrywając ją z mojej dłoni.

Helena weszła po cichu. Dokładnie tak, jakby nie chciała zostać zauważona.

- Przyszłam tylko po śledzie - odezwała się nagle.

Kazimierz odwrócił się jak poparzony. Na jego twarzy zagościł uśmiech numer pięć.

- Naturalnie, Helenko. - Dotknął mojego ramienia. - To wy sobie poplotkujcie, zapalcie. Mam nowy tytoń. - Wskazał dłonią na blat stolika, na którym leżała nieotwarta paczka papierosów. Zapewne z jego przydziału. - A ja już się gośćmi zajmę. - Zbliżył się, a ja poczułam jego lepkie usta na policzku.

Wyszedł, poprawiając przy szyi wiązanie zgniłozielonego krawata. Ten kolor przyprawiał mnie o mdłości. Nienawidziłam go. Kojarzył mi się z czasami, których nie chciałam pamiętać, a które wracały uporczywie. Bo prócz wojny i obranej wtedy ścieżki, były jeszcze chwile, gdy naprawdę wierzyłam w życie.

- Zaniosę im te śledzie i już do ciebie wracam - odezwała się Helena, gdy śmiech panów rozlał się po przestronnym salonie.

Skinęłam głową, choć nie chciałam, by wracała. Nie chciałam plotkować, palić ani udawać, że mogę pozwolić sobie na chwilę normalności. Wiedziałam, że będzie mnie ona kosztowała zbyt drogo. I to jeszcze dziś wieczorem.

- Zapal. - Podała mi gruby papieros w otwartą dłoń.

Włożyłam go między usta, a ona sykiem z zapalniczki podpaliła mi jego końcówkę.

- Dobrze, że przyszliście - odezwałam się dopiero po chwili.

- Daj spokój. - Machnęła ręką, rozbijając kłęby dymu. Biżuteria na jej nadgarstku zabrzęczała głośno. - Co rusz to samo. Biesiadowanie, picie. I prowadzenie pijanego Alfonsa pod rękę do domu.

Przytaknęłam, udając, że jej współczuję. Milczałyśmy, patrząc przez otwarte na oścież okno. Po chwili znowu Helena otworzyła usta.

- Między tobą a Kazikiem wszystko w porządku? - Spojrzała na mnie, wypuszczając z ust siwy dym.

- Tak! - Uśmiechnęłam się szeroko, dotykając jej przedramienia.

- Mój Alfons też czasami bywa nerwowy - odpowiedziała, jakby wcale nie usłyszała mojej odpowiedzi. - Wiesz... - Zgasiła niedopałek o brzeg popielniczki. - Ciągle ich trzymają po nocach.

- Dużo roboty? - zagaiłam, zaciągając się ostatni raz dymem.

- A jak? - Wzruszyła ramionami. - Znowu ktoś nie chciał się ujawnić.

Pokiwałam głową, zduszając koniec papierosa w popielniczce.

Helena wróciła do salonu, a ja zostałam. Wpatrywałam się w oszronione okno, wiedząc, że kiedyś może przyjść moja kolej.

* * *

Helena i Alfons szykowali się już do wyjścia, wkładając ciężkie płaszcze. W salonie zostali tylko Nikodem, przez wszystkich nazywany Nikolasem, i jego narzeczona Halina. Kiedy zbierałam ze stołu pierwsze puste naczynia, spojrzałyśmy na siebie ukradkiem.

- Zostaw - powiedział chłodno Kazimierz, chwytając za mój nadgarstek. - Zostaw, kochanie - powtórzył już spokojniej. - Nikolas i Halinka jeszcze zostaną - dodał po chwili z cieniem uśmiechu.

Odstawiłam brudną srebrną paterę i wygładzając tył sukienki, usiadłam obok niego.

- Do zobaczenia, Lilianno. - Poczułam lepkie od szminki usta Heleny na swoim policzku.

Zacisnęła dłonie na moich ramionach tylko przez chwilę, po czym uśmiechnęła się do wszystkich i pognała za ledwo trzymającym się futryny Alfonsem.

- Rusz się, Alfonsie - rozległ się głos Heleny z wnęki korytarza. - Boże, jaki wstyd! Zawsze to samo! - dodała, a my usłyszeliśmy tylko trzaśnięcie drzwiami.

Kazimierz zaśmiał się krótko, odpalając grubego papierosa. Nienawidziłam tego zapachu, pomimo że czasami sama sięgałam po kawałek tytoniu. Bardziej z przyzwyczajenia niż sentymentu.

- Bo pić to trzeba umieć. - Rozpostarł ręce, bardzo z siebie dumny.

Nikolas zaśmiał się gardłowo, sięgając po ostatni kawałek ryby.

- Kriłow byłby zadowolony - powiedział z pełnymi ustami.

Kazimierz spojrzał na niego posępnie. Halina tymczasem sięgnęła po kieliszek i jednym haustem wypiła wódkę do dna. Nie spodziewałam się tego po niej, a jednak rozumiałyśmy się lepiej, niż sądziłam. Ona również miała dość tego "świątecznego" biesiadowania.

- Pułkownik Iwan Kriłow nie lubi, gdy jego podwładni tracą czujność. - Kazimierz zaciągnął się głęboko papierosem, obserwując w skupieniu twarz kolegi.

- Daj spokój, Kazik - odezwał się Nikolas. - Nie jesteśmy teraz w bezpiece.

Kazimierz strzepał popiół nad kanciastą popielniczką. Widziałam jego powolne ruchy. Nikt nie mógł dostrzec tego tak wyraźnie jak ja. Wiedziałam, co to oznacza. Był wściekły. Dawał sobie czas. Ten cholernie potrzebny czas, by opanować przypływ niekontrolowanej złości.

- Obywatelu poruczniku, wróg nie znika tylko dlatego, że my pijemy wódkę - odparł w końcu przez ściśnięte gardło.

Nikolas znów się zaśmiał. Tym razem nawet nie spojrzał na Kazimierza. Grzebał palcami w rybie, oddzielając mięso od ości. Kazik zacisnął szczękę tak mocno, że widziałam, jak pracują żyły na jego szyi. Patrzyłam na jego profil i nie mogłam pojąć, jak może nazywać wrogami ludzi, którzy walczyli za nasz kraj. Oczywiście to były tylko moje przemyślenia. Nie mogłam powiedzieć tego głośno. Nie mogłam dać po sobie poznać tego w niczym - w mimice, w napięciu mięśni, w spojrzeniu, które błądzi gdzieś po ścianach. Tak więc, za każdym razem, gdy nachodziły mnie owe myśli, wmawiałam sobie, że tak trzeba, że to jest norma tego świata. Z jednego zła przechodzimy w kolejne.

- Jeśli wróg czai się pod twoim stołem, to powiedz to od razu - odpowiedział Nikolas, uśmiechając się półgębkiem i odsuwając na krześle.

- A propos wroga... - zaczął Kazimierz, sięgając po kolejnego papierosa. Zanim odpalił, poczęstował każdego. W tejże kolejności: Nikolas, Halina i na końcu ja. Przyjęłam. Oczywiście. - Jak idą przesłuchania tego AK-owca z Poznania? - Syk z zapalniczki zadźwięczał przy jego twarzy.

Nikolas zaciągnął się dymem tak głęboko, że policzki wklęsły do nienaturalnych kształtów.

- Stefana Karewicza? - spytał po chwili.

Spojrzałyśmy na siebie z Haliną, jakbyśmy obie usłyszały coś, czego nie powinniśmy. Kobieta trzymała papierosa między palcami wysoko i choć dłoń jej lekko zadrżała, nie zmieniła wyrazu twarzy.

- Mnie pytasz? - burknął Kazik. - Aresztowaliście go, to chyba wiecie, kogo trzymacie? - Zaśmiał się kpiąco.

Kazimierz właśnie taki był. Za najdrobniejszą uszczypliwość nie pozostawał dłużny.

- Kapitanie - powiedział Nikolas zbyt poważnie. Całe jego ciało nagle się spięło, jakby to jedno sformułowanie wystarczyło, by przeniósł się z domu Malewskiego do urzędu bezpieki. - Przesłuchiwany nazywa się Karewicz. Jestem tego pewien - rzekł już spokojniej, a dym z papierosa na chwilę przesłonił mu twarz

- Dobrze - przytaknął Kazik. - Twardy jest? - Spojrzał na przyjaciela z ukosa, wciskając niedopałek w rant szklanej popielniczki.

- Niestety... - Nikolas Kostrzyński skrzywił się. - Dlatego to trwa - usprawiedliwił się. - Jednak... nawet na takich znajdzie się sposób. W końcu pęknie. - Uśmiechnął się pogardliwie.

Nie mogłam tego słuchać. Zacisnęłam powieki tak mocno, że poczułam ból. Wcisnęłam papierosa między niedopałki zalegające w popielnicy i wstałam od stołu.

- Halinko, pomożesz mi? - zwróciłam się do tej pięknej kobiety o ciemnych włosach i eleganckiej sukience sięgającej kolan.

Kazik spojrzał na mnie pytająco. Po chwili jednak machnął ręką, jakby tym gestem pozwalał mi odejść. Halina tylko przytaknęła, zabierając ze sobą kilka pustych talerzy.

- Dziękuję ci - szepnęłam do niej, gdy razem szłyśmy w stronę kuchni.

- Pójdę po resztę - odparła z uśmiechem, gdy odstawiła talerze na blat.

Skinęłam głową w milczeniu, wpatrując się w brudne naczynia. Chyba się modliłam. Tak, to był ten moment.

- To już wszystko - powiedziała ciepło Halina, wstawiając do zlewu ostatnią miskę.

Musiałam tak stać długo. Długo na tyle, by Halina posprzątała cały stół. Zostały na nim tylko butelka wódki, cztery kieliszki i paczki papierosów, które walały się po moim idealnie wyprasowanym, białym obrusie. Pomyślałam, że będę musiała się naprawdę wysilić, by sprać zapach tytoniu z jego delikatnej powłoki. Był mój. W całości. Pewnie pomyślicie, że to tylko obrus - nic takiego. Ale kiedy to jest jedyna rzecz, która naprawdę jest twoja - dbasz o nią zawzięcie, jakby ktoś ci ją mógł zaraz odebrać. Wszystko prócz niego było Kazimierza. Mieszkanie, pieniądze, ubrania, domowe sprzęty. Wszystko. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy po ślubie. Kazimierz Malewski to człowiek, który ma władzę, ponieważ przyjaźni się ze swoim pułkownikiem Iwanem Kriłowem.

- Znasz tego Karewicza? - szepnęła Halina, gdy stanęłyśmy przy otwartym oknie. Z ust kłębiła się nie tylko para, a przede wszystkim dym tytoniu. Znowu po niego sięgnęłam. Tym razem z sentymentu.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

- Ja też nie - odezwała się, zbliżając do mnie twarz.

Mogłam się jej przyjrzeć. Nieskazitelna cera, długie rzęsy, pełne usta. I ta biżuteria... która brzęczała za każdym razem, gdy wyciągała w górę dłoń.

- Mówiłaś, że byłaś w Poznaniu przez jakiś czas - dodała.

Przyjaźniłyśmy się. Znała moją przeszłość. Tak naprawdę znała każdą tajemnicę, a w szczególności te, których nie znał mój mąż.

- Byłam na ulicy Rybaki, nie spacerowałam po całym mieście - żachnęłam się na samo wspomnienie.

Halina przytaknęła, wiedząc, że ten temat nigdy we mnie nie umrze.

- Może jest tam ktoś, kogo należałoby ostrzec? - Halina znowu się nade mną pochyliła. Niemal bezwiednie odgarnęłam jej ciemne włosy, które musnęły mój policzek.

- Nawet nie próbuj, "Hanka" - powiedziałam zbyt głośno i nim się zorientowałam, użyłam pseudonimu, który teraz nawet we śnie nie powinien się był pojawić.

Halina otworzyła szerzej oczy i zerknęła w bok, wypatrując choćby cienia naszych mężczyzn. Dopiero gdy z sąsiedniego pokoju dobiegł ich nader rozkoszny, przepity wódką śmiech, odetchnęła z ulgą.

- Przepraszam... - Potrząsnęłam głową, opierając dłoń o czoło.

Halina pogłaskała moje ramię. Krótko, acz zdecydowanie.

- Karewicz... - Spojrzała w okno, podpierając rękę o biodro. - Coś mi mówi to nazwisko...

- Oczywiście, że ci mówi! - wysyczałam cicho, nadal wyglądając na ciemny korytarz. - Był AK-owcem. Może miałaś z nim styczność. - Wzruszyłam ramionami. - Ja z pewnością nie. - Znowu się zaśmiałam. To był gorzki śmiech.

- Nie daje mi to spokoju - odparła, wypuszczając z czerwonych ust strużkę dymu.

- Dobrze ci radzę: odpuść. - Zbliżyłam się do niej. - On już tam jest. Po drugiej stronie. - Wymusiłam na niej, by na mnie spojrzała. - Nic z tym nie zrobisz. Nic - dodałam dobitnie.

Halina spuściła wzrok i dotknęła srebrnej kolii, która błyszczała pod wpływem delikatnego oświetlenia w kuchni.

- Lepiej się módl, żeby nigdy... Powtarzam... - Zawiesiłam głos. - Nigdy nie powiązali nas z podziemiem.

Halina aż się spięła, zaciskając palce na błyszczącej biżuterii.

- Jesteśmy czyste - powiedziała szeptem, choć w jej głosie brzmiała wątpliwość.

- Dlatego się nie wychylaj - odparłam twardo.

Śmiech w salonie ucichł. Spojrzałyśmy na siebie jednocześnie. Po chwili w progu pojawili się nasi mężczyźni, wciąż pochłonięci rozmową.

- Halinko! - krzyknął uradowany Nikolas. - Wracamy! - dodał, zerkając na nią krótko i wracając do żywej rozmowy z Kazikiem.

Poszłyśmy w ich stronę. Halina skręciła w zaułek korytarza, po czym ściągnęła z wieszaka płaszcz z lisiego futra, kapelusz i torebkę, która kolorem iście współgrała z całą stylizacją. Nikolas podbiegł do niej w popłochu, odebrał futro i pomógł Halince go włożyć. Ona z gracją wsunęła go na ramiona, spoglądając przy tym czule na pochylonego nad jej policzkiem Nikolasa.

- Dziękujemy za przybycie, poruczniku Kostrzyński - powiedział z nikłym uśmiechem Kazimierz. Zupełnie, jakby ten wieczór nie był przepełniony wyborną zabawą, alkoholem, dowcipami i śmiechem tak głośnym, że więdły mi uszy. - Pani porucznikowo. - Spojrzał na Halinę.

- Och, jeszcze nie porucznikowo, kapitanie! - Machnęła ręką z szerokim uśmiechem.

- Ale to nieuchronne i już niebawem nastanie - odpowiedział twardo Kazimierz.

Halina tylko przytaknęła, zerkając na mnie przelotem. Z moim mężem się nie dyskutowało. On miał ostatnie słowo i gdyby jakiemuś śmiałkowi przyszło na myśl podważenie jego zdania - skończyłby marnie. Albo wyśmiany przez całe towarzystwo, albo tak zręcznie zapędzony w kozi róg, że sam zaczynał wątpić w swoje słowa. Wiem, co mówię. Kiedyś wydawało mi się, że mnie to nie spotka. Że takie małżeństwo i wybór takiego mężczyzny są wprost niemożliwe po tym, co przeszłam. Sądziłam, że męską naturę poznałam na tyle, by zauważyć każdy najmniejszy szczegół w zachowaniu. Pierwszy sygnał. Pierwszy sztuczny uśmiech. Cokolwiek, co sprawi, że w mojej głowie zapali się czerwona lampka. Nic z tego. Kazimierz był wprost idealny. Na początku, rzecz jasna. Teraz jednak głowię się, czy mogłam coś zauważyć. Czy też nie chciałam tego dostrzegać.

Drzwi zamknęły się cicho. Na klatce schodowej słyszałam jeszcze śmiech Nikolasa i cichy chichot Haliny. Później tylko stukot jej obcasów, które cichły wraz z każdym pokonywanym stopniem. Zacisnęłam powieki. Zostaliśmy sami. Poczułam jego dłoń na swoim ramieniu. Zacisnął. Poluzował. I tak kilka razy, naprzemiennie. Wiedział, że się bałam. Wiedział znacznie więcej. Że wystarczy, iż pochyli się nad moim uchem. Nad policzkiem. Chwilę zaczeka. Nie długą. Nie krótką. To jest ten moment, kiedy nie wiesz, czy za chwilę pchnie cię w drzwi, czy weźmie w ramiona i z dbałością o każdy niuans twojego ciała położy na łóżko jak królową. Bywały takie momenty. Bywały. I były tak samo straszne jak te, w których podnosił na mnie rękę.

- Dobrze się dzisiaj spisałaś - wycharczał nad moim uchem.

Dłoń, którą trzymał na ramieniu, zaczęła sunąć coraz niżej. Zatrzymała się na pośladkach.

- Posprzątam ze stołu. - Oderwałam się z jego uścisku, minęłam jego napiętą sylwetkę i szybkim krokiem udałam się do salonu.

Jego śmiech dźwięczał mi w uszach. Naprawdę byłabym gotowa go zabić. Ale on jest tym cholernym ubekiem, który trzyma w szachu całe miasto i jeszcze więcej. Jego śmierć nie przeszłaby bez echa. Może by mi współczuli, może nie podejrzewali...

Jeszcze jesteś mi potrzebny, Kazimierzu - syknęłam do siebie w myślach. - Póki mam ciebie, nikt mnie nie podejrzewa.

Nie musiałam długo czekać. Wszedł do salonu szybkim krokiem, zdejmując po drodze marynarkę i rozpinając pierwsze guziki koszuli. Zrzucił ze stołu papierosy i popielnicę z niedopałkami, które jeszcze gdzieniegdzie się tliły. Tylko butelkę wódki odstawił z pietyzmem na blat komody, jakby trzymał w dłoniach relikt. Pochwycił mnie w górę i usadowił na stole.

- Tylko nie obrus - wyszeptałam do niego, choć on nawet mnie nie słyszał, całując wgłębienie mojej szyi.

Ściągałam mój biały skrawek świętości przerywanym ruchem i wyswobodziłam materiał spod moich pośladków. Nim się zorientowałam, leżałam plecami na drewnianym blacie. W oczach Kazimierza widziałam obłęd. Ten sam, który pojawiał się zawsze, gdy sprawy szły po jego myśli. Gdy w pracy osiągał sukcesy. Wtedy naprawdę się o mnie troszczył, obsypywał prezentami i całował tak, jak kiedyś. To były tylko dni, czasami miesiąc. Wystarczyło, że Kriłow go skrytykował lub przesłuchany zmarł w celi szybciej, niż zamierzali. Wtedy to ja stawałam się celem.

Wyszłam z sypialni na palcach. Mój mąż spał błogo w czystej pościeli, a na szafce przy łóżku leżała książka Serce Edmondo De Amicis. O ironio. Kazimierz, który nie miał go w sobie ani odrobiny.

Nie chcąc go obudzić, otworzyłam drzwi delikatnie, by nie wydały się z siebie charakterystycznego skrzypnięcia, którego tak nienawidził Kazimierz. Pamiętam pierwszą awanturę. Pierwszą po tym, jak wzięłam z nim ślub. Szłam w nocy do toalety. Drzwi zaskrzypiały, budząc Kazika. Wstał jak poparzony i cisnął mną o ścianę. To był pierwszy raz. Ten pierwszy moment, kiedy wiesz, że to się powtórzy, ale próbujesz racjonalizować. "Że zmęczony", "że dużo pracy", "że bezpieka jest wykańczająca". Jak się domyślacie, później było tylko gorzej.

Usiadłam na podłodze z przyzwyczajenia. Plecy miałam oparte o kanapę, a kolana podwinięte do brody. Teraz już wiem, że pewne rytuały zostają w człowieku, nawet jeśli nie chcemy. Spojrzałam na kanapę i chwyciłam jej brzeg, rozkładając ją na szerokość. Sięgnęłam po koc, który leżał przewieszony przez oparcie, i przykryłam się nim po samą szyję. Plecy miałam przyciśnięte do ściany. Dokładnie jak wtedy. Otworzyłam oczy. Kogoś brakowało. Uśmiechnęłam się odruchowo, po chwili przestałam.

Nienawidziłam mężczyzn. To było oczywiste po tym, co mnie spotkało. Jednak do jednego wracam uparcie i zbyt często. Przychodził tam tylko po to, żeby porozmawiać.

ROZDZIAŁ 2

Nazwisko

Lublin, 2 stycznia 1953 roku

Wstałam wcześniej, jak co dzień rano, kiedy Kazimierz miał wolne. W zasadzie kiedy nie miał - niewiele się to różniło. Miał osobliwy talent do wyciągania mnie z łóżka o nieludzkiej porze, święcie przekonany, że przyzwoita kobieta powinna witać dzień skoro świt. Poszłam do kuchni wolnym krokiem, zdejmując po drodze z krzesła długi peniuar. Owinęłam się nim w pasie i nim zdążyłam zrobić cokolwiek, już usłyszałam pierwsze żądanie.

- Przynieś mi kawę do łóżka! - dobiegł mnie stłumiony głos Kazika z sypialni.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego całą swoją złość wyładowałam na przypadkowych naczyniach, stukając nimi o siebie i wydając charakterystyczny metalowy dźwięk.

- Nie można ciszej?! - ryknął Kazimierz zza ściany.

Można. Oczywiście, że można. Tak samo jak ty możesz wstać z łóżka i samemu przyrządzić śniadanie. Chociaż raz - pomyślałam szybko w duchu.

Czajnik zagwizdał cichym sykiem. Zapach kawy zbożowej unosił się parującą smugą z dwóch identycznych filiżanek. W międzyczasie smażyłam jajka na patelni, kroiłam jego ulubioną kiełbasę, którą dostawał ze swojego ubeckiego przydziału. Do tego ogórki kiszone, trochę chleba i margaryna pokrojona w kostkę. Odkąd Kazimierz spędził kilka dni w Lubliniance przy Krakowskim Przedmieściu, zaczął wymagać w domu nowych porządków.

- W restauracji podają margarynę pokrojoną w równą kostkę - oznajmił pewnego ranka, odkładając gazetę na stół. - Nie w tej twojej rozmemłanej misce.

Podeszłam do stojącego na kredensie starego radia, przekręciłam gałkę, aż szum fal przebił wyraźny głos spikera: "Tu Polskie Radio. Witamy Państwa w pierwszych dniach nowego tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku i zapraszamy na poranny program informacyjny". Ściszyłam je naprędce, nie chcąc zatruwać od rana głowy propagandą.

- Proszę, twoja kawa. - Stanęłam przed Kazikiem, który nadal wylegiwał się w łóżku.

Przewrócił stronę książkę powoli, jakby napawał się moim widokiem. Uśmiechnął się krzywo, po czym rzekł:

- Spóźniłaś się, Lilianno. - Uśmiechnął się, smakując każde słowo. - Rozdział skończył się szybciej niż twoja kawa. - Zamknął książkę z hukiem.

Łóżko zaskrzypiało pod jego naporem. Minął mnie bez słowa, udając się do łazienki.

- Co to jest? - spytał, gdy w jeszcze wilgotnych włosach usiadł przy stole.

- Twoja kawa. - Odwróciłam się do niego przodem, w dłoni trzymając żeliwną patelnię.

Zaśmiał się. Najpierw gardłowo, głośno. Później cicho i bez radości. Spoważniał.

- Chcesz mi podać zimną kawę? - spytał po chwili, wwiercając we mnie ostre spojrzenie.

Przełknęłam gorycz upokorzenia i zbliżyłam się, by nałożyć na jego talerz jajka, które tak lubił. Jednak on zatrzymał patelnię dłonią.

- Najpierw kawa - powiedział twardo. - Jeśli śniadanie będzie zimne, zrobisz je od nowa - dodał nieprzyjemnym tonem.

Odwróciłam się do niego plecami, by raz jeszcze zagotować wodę.

- Gdzie moja gazeta? - spytał, wyciągając z kieszeni zgniecioną paczkę Sportów i stuknął nią o blat stołu.

- Jest w przedsionku. - Zacisnęłam dłonie na blacie.

- Powinna być na stole. - Zaszeleścił, wyjmując jednego papierosa.

Czajnik zasyczał. Woda wypełniła kubek. Postawiłam go przed jego twarzą, odstawiając ciut głośniej, niż zamierzałam. Po chwili na jego talerzu wylądowało całe misternie przygotowane śniadanie, a jajka, które powinny być zimne, podgrzałam na małym ogniu, gdy nie widział. Zadowolony, pokiwał głową. Nie jadł. Nie pił. Dopiero gdy wróciłam ze "Sztandarem Ludu" i położyłam go przed nim, rozpościerając gazetę na całej długości, upił pierwszy łyk.

- "W pierwszym dniu Nowego Roku Przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki przyjął Korpus Dyplomatyczny". - Kazimierz wolno przeczytał nagłówek gazety.

Usiadłam naprzeciw niego ociężale. Czułam się zmęczona, zbyt zmęczona, by móc spędzić z nim cały długi dzień. Modliłam się w duchu, by Kriłow go wezwał do urzędu. Byłam dzisiaj umówiona z Haliną. Miałam ją odwiedzić w jej nowym mieszkaniu, które załatwił jej Nikolas z przydziału. Nie sądziłam jednak, że Kazimierz weźmie wolne. Nigdy tego nie robił. Nie opuszczał ani dnia na służbie. Tym razem musiało się coś wydarzyć.

Zamyśliłam się w swoich dywagacjach. Odpłynęłam. Na moment. Kogoś brakowało. Na stole stały dwa identyczne kubki, ale wstałam, by sięgnąć po kolejny. Uśmiechnęłam się i położyłam go na stole. Kazimierz oderwał wzrok od gazety.

- Znowu to robisz? - spytał, marszcząc brwi.

Zacisnęłam zęby. Boże, znowu to samo. Przestań. Przestań wracać - zaklinałam w duchu.

- Przepraszam, kochanie, zawsze mi się myli... - Udałam zmartwioną, odstawiając kubek z powrotem do szafki.

Kazimierz złożył gazetę, by przyjrzeć mi się dokładniej, po czym ujął moją dłoń i pocałował jej wierzch.

- Nie martw się - odparł łagodnie, odrywając usta od mojej skóry. - W końcu dasz mi syna.

Jego współczucie zniknęło tak szybko, jak szybko się pojawiło. Gazeta znowu zaszeleściła, zasłaniając jego twarz. Noga podrygiwała w powietrzu, a odłożony papieros tlił się wolno w szklanej popielniczce.

- Słyszałaś? - zaczął po chwili. - "Pałac Kultury i Nauki najbardziej zmechanizowaną budową w Polsce" - żachnął się i upił łyk kawy. W drugiej dłoni tlił się papieros. - Budowniczowie radzieccy dają przykład nie tylko mechanizowania procesów budowlanych, są oni również przykładem dla naszych pracowników budownictwa, jak należy racjonalnie wykorzystywać posiadany sprzęt - dokończył z uśmiechem.

- To doprawdy imponujące. - Przełknęłam kęs chleba.

Pokiwał głową, zaciągając się papierosem. Uniósł palec, chcąc mnie uciszyć, choć nie powiedziałam już niczego więcej. Strzepnął gazetę, rozkładając ją szeroko przed sobą.

- Popatrz tylko. - Odwrócił prasę w moją stronę. - "Nowe Zbrodnie Amerykanów". - Zaśmiał się cicho. - A to oni podobno bronią wolności. - Zaciągnął się papierosem tak mocno, że aż policzki mu wklęsły.

Wstałam od stołu po skończonym śniadaniu. Zbierałam talerze, spoglądając w stronę zanurzonego w lekturze Kazimierza, gdy telefon w przedpokoju zadzwonił nagle ostrym, metalicznym dźwiękiem. Kazik poderwał się z krzesła, zmierzając w stronę aparatu, który stał na małym stoliku.

- Tak, słucham. - Podniósł słuchawkę z widełek. Przez chwilę stał w milczeniu. - Co?

Zesztywniałam. Znałam ten ton zbyt dobrze. Zimny i twardy jak stal.

- Jak to: nie mówi? - dopytał po chwili.

Słyszałam tylko jego głos, ale wyczuwałam każde jego napięcie. Niemal czułam jego przyspieszony oddech na karku.

- Dwa tygodnie przesłuchań i dalej nic? - syknął. - To po co wy tam w ogóle jesteście?! - ryknął do słuchawki.

Palce zacisnęłam na drucianej gąbce. Szorowałam ten sam talerz, choć był czysty na błysk.

- Karewicz... tak? - zapytał powoli. - Ten Poznaniak? - dodał.

Znowu cisza. Nie powinnam była się bać. Nie o moją osobę chodziło, a jednak miałam wrażenie, że przeszłość chce mnie dosięgnąć. Poznań. A, co jeśli ten Karewicz mnie znał? Co, jeśli wszystko się wyda? Talerz upadł do metalowego zlewu, pękając na pół. W popłochu wyrzuciłam go do śmieci, przykrywając innymi odpadami. Kazimierz milczał, choć miałam wrażenie, że przez chwilę słucha tylko tego, co robię w kuchni.

- Nie interesuje mnie, że milczy - syknął lodowato do rozmówcy po drugiej stronie. Uderzył w wyłożoną na ścianach boazerię tak, że usłyszałam suchy trzask. - Ja to załatwię - powiedział po chwili twardo. - Będę za kwadrans. - Rzucił słuchawką o metalowe widełki.

Zesztywniałam. Jego złość wyczuwałam niemal z drugiego końca mieszkania. Wszedł do kuchni i bez słowa dopił zimną kawę, która nagle była w sam raz. To wystarczyło. Coś znowu poszło nie po jego myśli. Stanął przy oknie i długo patrzył na ulicę, oddychając ciężej niż zwykle.

- Banda nieudaczników - mruknął do siebie. - Karewicz nadal milczy... - Zamyślił się. Pochwycił paczkę papierosów. - To się zmieni. Jeszcze dzisiaj.

Pobiegłam za nim do przedpokoju.

- Przygotuję ci drugie śniadanie. Zaczekaj! - powiedziałam szybko, gdy on już zarzucał na ramiona długi płaszcz.

Nie odpowiedział. Pochwycił skórzany neseser i kapelusz z szerokim rondem.

- Nie czekaj z kolacją - powiedział sucho, zatrzaskując drzwi.

* * *

Mieszkaliśmy na Placu Zamkowym, stąd też do Haliny miałam zaledwie kilka minut spacerem. Cieszyłam się, że Nikolas wybrał mieszkanie z widokiem na Rynek, chociaż słowo "wybrał" nie jest najwłaściwszym. Nie wiedziałyśmy, kto tam mieszkał wcześniej, tak jak nie miałam pojęcia, kto był właścicielem mojego obecnego lokum. Mógł to być każdy: od niewygodnej inteligencji, po niemieckich funkcjonariuszy i wrogów ludu.

Na Krakowskim było tłoczno, jak zwykle. Ktoś coś sprzedawał, inny nawoływał z drugiego końca ulicy. Wybrałam okrężną drogę. Chciałam nacieszyć oczy życiem mieszkańców. Z witryn kawiarni dostrzegałam uśmiechnięte twarze i dzieci zajadające deser z bitą śmietaną. Nie zastanawiałam się, kim są, że mogą tu być. Że ich stać. Po prostu patrzyłam. Jakiś chłopak z czarnym neseserem pod pachą przebiegł koło mnie, szturchając moje ramię. Zaraz się odwrócił, unosząc kapelusz.

- Przepraszam! - krzyknął.

Uśmiechnęłam się do niego z daleka. Biegł tak szybko, że patrzyłam, by tylko nie poślizgnął się na oblodzonym chodniku. Obserwowałam go tak długo, aż dojrzałam kobietę w długim płaszczu. Przyspieszyłam kroku. Mój wzrok był skupiony na niej. Słuch na choćby jednym dźwięku, który wyda. Może się zaśmieje, może coś powie. Stukot obcasów odbijał się echem. Zaczęłam biec - wolno i z gracją podtrzymując dłonią poły futra, a gdy się zatrzymałam, poczułam na policzkach szczypiące ślady mrozu.

- Nie - powiedziałam do siebie na głos. - To nie może być ona.

Spojrzałam w zachmurzone niebo i raz jeszcze nabrałam powietrza w płuca. To nie może być ona. Zawróciłam i ruszyłam inną drogą. Dość tego spacerowania. Nogi same poniosły mnie pod znajomy adres. Nim zdążyłam zmienić zdanie, wdrapałam się już na trzecie piętro. Na drzwiach nadal połyskiwała tabliczka po byłych lokatorach. Przechyliłam głowę, próbując odczytać nazwisko, kiedy drzwi niespodziewanie się otworzyły. Stała w nich Halina.

- Jesteś nareszcie! - Odetchnęła z ulgą.

- Przepraszam cię - powiedziałam, całując ją w oba policzki. - Nie mogłam zadzwonić, a Kazimierz dzisiaj miał wolne. Nie wiedziałam o tym wcześniej. - Wzruszyłam ramionami.

Halina gestem zaprosiła mnie do środka. Wyglądała, jakby dopiero wstała. W dłoni trzymała filiżankę parującej herbaty, a na sobie miała długi, sięgający podłogi peniuar. Na stopach z kolei swoje ulubione pierzaste domowe pantofle na niewielkim obcasie.

- Jak to: miał? - Uniosła brew, patrząc, jak pozbywam się kolejnych warstw garderoby.

- Wezwali go - odpowiedziałam, odwieszając futro na przytwierdzony do ściany wieszak.

Halina pokiwała porozumiewawczo głową. Udałam się za nią do przestronnego salonu, którego okna wychodziły na opustoszały rynek. Omiotłam wzrokiem wnętrze, gdzieniegdzie nadal niemal namacalnie wyczuwałam czyjegoś ducha. Podeszłam do regału z książkami i chwyciłam jedną za brzeg.

- Reymont? - Odwróciłam się przodem do Haliny. Po chwili przeczytałam inne nazwiska autorów. - Mackiewicz? Biblia? - dopytałam niemal z wyrzutem.

Halina rozsiadła się na kanapie, jednak zanim to uczyniła, postawiła na stoliku tacę z herbatą i cukrem.

- Jeszcze tego nie ruszaliśmy - odpowiedziała spokojnie.

Spojrzałam raz jeszcze na półkę.

- Przecież to... - Zawiesiłam wzrok na Mackiewiczu. - Zakazane... - Przełknęłam ślinę z trudem.

- Wiem - skwitowała cicho.

- Nikolas tego nie widział? - spytałam, siadając obok niej na kanapie w kolorze oliwki.

- Widział, ale nie kazał mi na razie się tym przejmować. - Uśmiechnęła się blado.

Spojrzałam na jej profil.

- To już wiem, dlaczego Nikolas nie zaprosił tu jeszcze Kazimierza. - Pochwyciłam między dłonie filiżankę.

Halina uśmiechnęła się krzywo.

- Powiedział, że książki jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiły.

- A jednak pracuje dla władzy. - Zamoczyłam usta w cierpkim napoju.

- Mówi, że wierzy, że ludziom będzie się żyło lepiej. Lucy... - Chwyciła mnie za dłoń. - On chyba... wątpi - szepnęła.

Zmarszczyłam brwi.

- Przestań - przerwałam ostro. - Chcesz widzieć w nim człowieka, którym nie jest. - Skrzywiłam się.

Halina wyprostowała się dumnie.

- Może i tak. Ale z pewnością nie jest taki jak Kazik. - Zmrużyła oczy.

- Przekonamy się po ślubie, Halino. - Uniosłam filiżankę, dając jej tym samym do zrozumienia, że nie wierzę w to ani odrobinę.

Halina podniosła się i poprawiwszy peniuar, podeszła do drewnianej skrzynki. Nie zwróciłam na to większej uwagi, dopóki ciszy nie przerwało ciche trzaskanie, a później znajomy męski głos.

- Kiepura... - Uśmiechnęłam się bardziej do siebie niż do niej.

- Co wiesz o tym Karewiczu? - dopytała, gdy z powrotem usiadła obok mnie.

- Halino... - przeciągnęłam jej imię z irytacją. - Miałaś dać sobie z nim spokój! - Niemal krzyknęłam.

Pokręciła się nerwowo na kanapie.

- Mówiłam ci, że skądś go kojarzę. To chyba on wykonał wtedy wyrok na tej kobiecie z Poznania... - Zamyśliła się. - Było o tym głośno w całej organizacji. Szeptaliśmy o tym, że dowódca pozwolił mu ją sprzątnąć.

- Jakiej kobiecie? - Zdziwiłam się.

- Apolonii. Zdradziła naszych - podsumowała bez emocji.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.

- To nie ma znaczenia, Halino. - Odstawiłam filiżankę na blat. - Ten cały Karewicz... jest przesłuchiwany i właśnie w tej sprawie wezwano Kazimierza do UB. - Przerwałam na moment. - A wiesz, że jeśli Kazik weźmie sobie na cel złamanie kogoś...

- To tak się stanie - dokończyła.

Popijałyśmy herbatę w ciszy, jakby każda z nas wróciła do czasów, które teraz nie znaczyły nic, a może znaczyły wszystko, dlatego próbowali nas wszystkich wyłapać. Halina, podobnie jak i ja, zmieniła nazwisko zaraz po wojnie. Ona musiała. Jej pseudonim i prawdziwa tożsamość widniały w aktach. Z kolei ja... nie figurowałam nigdzie - w żadnej ewidencji. Takie jak ja były anonimowe, niechciane, przemilczane, a po wojnie... ścigane przez swoich. Golono im głowy, szydzono z nich, wyśmiewano je publicznie. Otrząsnęłam się na samo wspomnienie.

- Myślisz, że dobrze zrobiłam, że zostałam z Kazimierzem? - spytałam, gdy Halina odprowadzała mnie do drzwi, czule głaszcząc po ramieniu.

- Nie masz wyjścia - odpowiedziała cicho. - Gdybyś odeszła... Poruszyłby niebo i ziemię... A nawet sam sfałszował akta. - Spuściłam wzrok. - Wiesz o tym... - Uniosła mój podbródek.

- To może ucieknę? - spytałam z entuzjazmem. - Do Francji? Do Ameryki? - Ścisnęłam rączkę torebki.

Halina uśmiechnęła się ciepło. Objęła mnie czule, po czym oderwała się i spojrzawszy mi w oczy, odpowiedziała:

- Nawet gdyby ci się udało... - Zawahała się. - Jakimś cudem... przez zieloną granicę... Kazimierz i tak by cię znalazł. - Nabrała powietrza. - Wszędzie.

Zacisnęłam szczękę. Palce niemal wbiły się w skórzaną powłokę torebki. Wiedziałam, że Halina ma rację. Ucieczka była praktycznie niemożliwa, a już z pewnością śmiertelnie niebezpieczna. Paszport wydany przez milicję był jakąś szansą, lecz Kazimierz natychmiast by się o nim dowiedział. Ktoś by mu doniósł, zapytał, czy wie i dokąd się wybieramy. Zimny dreszcz przebiegł mi po karku. Na samą myśl, w jaką furię wpadłby mój mąż - mdliło mnie.

Ucałowałam Halinę na pożegnanie, myśląc przy tym, że może Nikolas Kostrzyński nie jest wcale taki zły i być może, choć to odważne marzenie - Halina będzie z nim szczęśliwa... i bezpieczna.

* * *

Wróciłam do domu później, niż zamierzałam, lecz nie na tyle, by zastać w nim mojego męża. Marzyłam tylko o tym, żeby zrzucić buty i położyć się do łóżka, lecz kiedy sięgnęłam po klucz, drzwi ustąpiły same pod naciskiem dłoni. Znieruchomiałam. Z salonu padała wąska smuga światła, przecinając ciemny korytarz i zatrzymując się tuż u moich stóp. Nie, to niemożliwe. Nie mógł wrócić wcześniej - przemknęło mi przez myśl.

Odłożyłam torebkę, później płaszcz. Podłoga pode mną zaskrzypiała, a ja nagle pożałowałam, że wróciłam do domu. Nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka, ale ciało najwyraźniej zrozumiało wcześniej ode mnie, że powinnam była odejść.

- Lilianno! - dobiegł głos z oddali.

Przymknęłam powieki na sekundę, po czym ruszyłam w jego stronę z najszerszym uśmiechem, jaki umiałam przed nim odegrać. I jaki on mógł łyknąć. Siedział na fotelu, obok niego na niewielkim stoliku stała kloszowa lampa. Na kolanach trzymał poranną prasę, a między palcami dogaszający się papieros. Spojrzałam na stojącą obok popielnicę - była pełna.

- Słucham, kochanie? - Nie pozwoliłam, by napięcie w policzkach choć na moment opadło.

Kazimierz spokojnie złożył gazetę i odłożył ją na stolik przy fotelu. Jego wzrok przesunął się po mnie od stóp do głów, zatrzymując się tu i ówdzie odrobinę za długo. Znałam to spojrzenie aż nazbyt. Szukał czegoś, co da mu powód. Zaciągnął się papierosem i milczał, jakby chciał, żebym sama odgadła, co tym razem zrobiłam nie tak.

- Gdzie byłaś? - Dym zawirował wokół jego ust.

Przełknęłam ślinę. To było silniejsze ode mnie, nagle brakowało mi słów, a dłonie same się zaciskały.

- Gdzie byłaś? - powtórzył, zakładając nogę na nogę.

- U Haliny - odparłam na jednym wydechu.

Zaciągnął się papierosem, a jego policzki wklęsły, uwypuklając surową linię szczęki. Pokiwał głową, jakby rozumiał. Tak naprawdę nie rozumiał.

- Nie lubię wracać do pustego domu. - Rozpostarł dłonie.

- Gdybym wiedziała, że wrócisz wcześniej... - Nie zdążyłam dokończyć.

Wstał, jakbym powiedziała coś, co go uraziło. Podszedł do mnie tak blisko, że czułam, jak dyszy nad moich uchem. Minęła chwila, zanim złapał kurczowo moje nadgarstki. Wykręcił je, zmuszając, bym stanęła do niego plecami. Drugą dłonią zaś objął moją szyję i zacisnął na niej palce.

- Twoje miejsce jest w domu, Lilianno - wysyczał nad moim uchem. - Nie u Haliny i nie w rejonach, o których wolałbym nie wiedzieć.

Puścił mnie, a ja złapałam łapczywie powietrze. Stałam nadal do niego tyłem - gotowa na kolejny cios. Nie umiałam biec, ruszyć się ani cokolwiek powiedzieć. Stałam, godząc się na to, że może zrobić ze mną wszystko. Naprawdę wszystko.

- Masz zajmować się domem. - Odwrócił mnie przodem do siebie, chwytając za ramiona. - Domem, mną i... dzieckiem, które niedługo się pojawi. - Spojrzał na mnie łagodniej. - Dla kobiety nie ma innego zajęcia. Rozumiesz? - Zbliżył się. - Nie ma. I nie myśl, że to się zmieni.

Minął mnie i zniknął gdzieś w korytarzu. Nie wiem, dokąd poszedł, czy do sypialni, czy do kuchni, czy trzasnął drzwiami i wyszedł z domu. Dudniło mi w uszach i żadne dźwięki do mnie nie docierały.

Dziecko... - powtarzałam to słowo w głowie, wiedząc, że w moim życiu nie było dla niego miejsca.

Na jeden moment wrócił do mnie obraz małego gabinetu i unoszącego się w powietrzu zapachu lekarstw.

- Przykro mi... - powiedział wtedy mężczyzna w białym kitlu, nie patrząc mi w oczy. - Pani organizm... został poważnie uszkodzony. Nie będzie pani miała dzieci.

* * *

Był wieczór. Wieczór, który nie różnił się niczym szczególnym, nie licząc dzisiejszego spotkania z całą świtą w Lubliniance. Szykowałam się do tego niewątpliwie ważnego przyjęcia w zaciszu własnej sypialni, kiedy do środka wszedł Kazimierz. Odruchowo zatrzymałam dłoń na zamku sukienki, jakby sama jego obecność mnie paraliżowała.

- Mam coś dla ciebie - odparł, czule dotykając mojego ramienia.

Odwróciłam się do niego niechętnie.

- Nie możesz iść na dancing w starej sukience. - Uśmiechnął się. - Proszę. - Wręczył mi pakunek.

Otworzyłam wieko po chwili, a w moich dłoniach zaszeleścił granatowy materiał sukni.

- Dziękuję, choć to niepotrzebny gest... - Uśmiechnęłam się ledwie. Spochmurniał. - Nie lubisz dancingów, a ja nie zwykłam cię do nich zmuszać - wytłumaczyłam się, patrząc na niego łagodnie.

Kazimierz cofnął się o krok.

- Zamierzasz mnie karać? - Zmarszczył brwi. - Dąsać się? - powtórzył. - Ja tylko się o ciebie martwię, Lilianno. - Zbliżył się i ujął moją dłoń. - A ty... jak zwykle tego nie doceniasz - westchnął. - Wiesz, ile kobiet chciałoby być na twoim miejscu? - Dotknął mojego policzka.

Zacisnęłam zęby. Ten dotyk palił, jakby ktoś przykładał mi ogień do skóry.

- Kochanie... - Pogłaskał kciukiem polik. - Czy to źle, że chcę, byś była bezpieczna? - Uśmiechnął się. - Czasami... Mam wrażenie, że robisz wszystko, żeby ze mnie zrobić tego złego.

Pokiwał bezradnie głową i z czymś, co przypominało smutek, wyszedł z sypialni. To był ten moment, kiedy myślałam, że wariuję. Zaczynałam wątpić we wszystko - w poranny spektakl władzy, popołudniową awanturę. Nagle wszystko wydawało mi się jak za mgłą, jakby tylko było w mojej wyobraźni i nigdy się nie wydarzyło. Przecież nikt nie widział, jak mnie bije, jak wrzeszczy mi nad uchem, aż całe moje ciało zaczyna się trząść. Jak bierze mnie siłą, nawet kiedy nie chcę, a właściwie wtedy najchętniej. Może to tylko moja wyobraźnia? Może on jest inny? Może to ja jestem ta zła?

* * *

Do restauracji Lublinianka szliśmy spacerem. Znajdowała się ona na Krakowskim Przedmieściu nieopodal naszego nowego mieszkania. Wyglądaliśmy jak para z przedwojennego żurnala. Ja w długim futrze, spiętych blond włosach i nowej sukience, która zasłaniała wszystko, co powinna. Mankiety wyglądały, jakby ktoś je skroił pode mnie, zasłaniając całkowicie nadgarstki. Kazimierz szedł obok wyprostowany, a ludzie tak po prostu schodzili mu z drogi. Cała jego postawa, od sztywnych ramion, prostych pleców, po surową twarz - zdradzała, że oto idzie ktoś ważny.

Mijani przechodnie pokonywali Krakowskie z dziwnym zapałem albo strachem. Gdzieś przemknął trolejbus, jeden z pierwszych, jakie pojawiły się w mieście, dalej ciężkie, drewniane sanie, które sunęły po świeżym śniegu zaprzęgnięte w siwe klacze. Nie widziałam paniki. Za to dostrzegałam ten sam cień niepokoju, który pojawiał się na twarzach ludzi w czasie wojny. Tylko teraz to była inna władza. Władza, która miała chronić, zapewnić lepszy byt. Jednak w zamian dostaliśmy kolejne zniewolenie, tylko że lepiej opakowane.

- Halino - odezwałam się w stronę przyjaciółki, która nadeszła z naprzeciwka, pod rękę z Nikolasem. - Towarzyszu Kostrzyński. - Skinęłam w jego stronę, przystając przed lokalem.

Mężczyźni uścisnęli sobie krótko dłonie, ale ja odniosłam wrażenie, że w ich spojrzeniu błysnął cień czegoś, co wydarzyło się w ubeckiej katowni.

Weszliśmy do restauracji, by zająć przygotowany przez obsługę stolik. Musieli przysunąć jeszcze jeden i dostawić krzesła. Stało się to dokładnie po suchej reprymendzie mojego małżonka. Młoda dziewczyna o jasnej karnacji w popłochu robiła dokładnie to, co nakazał jej Kazimierz.

- Heleno - zwróciłam się do siedzącej obok Alfonsa kobiety. - Towarzyszu Grabkowski - powiedziałam, omiatając szybko jego twarz.

Zadziwiające było, jak bardzo niewidzialne byłyśmy dla swoich mężów. Może prócz Haliny, której Nikolas od wejścia nadskakiwał.

Pułkownik Iwan Kriłow wszedł do restauracji, jakby cała przestrzeń należała do niego. Przystanął w wejściu, omiatając spojrzeniem salę, czekając na aplauz albo zatrzęsienie, które w jego odczuciu miało się pojawić na twarzach gości. I tak się stało. Kilka osób odwróciło głowy, rozmowy przycichły, gdy dostrzeżono ciemnozielony mundur i czerwone patki na kołnierzu. Rosjanin. Odniosłam wrażenie, że to jedno słowo buzowało w myślach wszystkich, jakby czapka z czerwoną gwiazdą była wystarczająca, jakby nie musiał robić nic więcej.

Mężczyźni poderwali się od stolika, choć najchętniej uczynił to Kazimierz. Wyszedł naprzeciw pułkownika z szerokim uśmiechem, który doprawdy rzadko u niego gościł na co dzień. Kriłow podał mu dłoń z opóźnieniem, upewniając się, czy Kazimierz na to zasłużył. Alfonsowi i Nikolasowi musiało wystarczyć niewielkie, wręcz niewidoczne skinienie głowy. Iwan Kriłow zatrzymał spojrzenie na każdej z nas o ułamek sekundy dłużej. Każda z nas uczyniła to, co należało, podnosząc się delikatnie z siedziska i obdarowując go uśmiechem, na który tak czekał.

- Proszę, pułkowniku. - Kazimierz odsunął drewniane krzesło, zachęcając gestem dłoni do spoczynku.

Pomachał w stronę młodej kelnerki, wskazując palcem na pusty stolik. Dziewczyna przytaknęła nerwowo.

- No, towarzysze, widzę, że dobrze się bawicie - żachnął się Kriłow, patrząc uporczywie na twarz Haliny. Nikolas instynktownie dotknął jej dłoni.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej