Rozdział I
Był ranek pierwszego dnia wojny. Z okrętu-hulku "Bałtyk", dawnego
krążownika pozbawionego głównego uzbrojenia, rozległ się dźwięk dzwonu
wzywający kolejną wachtę. Potem odezwały się gwizdki bosmanów. Nic nie
mąciło ustalonego rytmu pracy portu wojennego na Oksywiu.
Nagle z dala rozległ się potężniejący z każdą chwilą warkot silników
samolotowych. Wciąż narastał, aż wreszcie zmienił się w monotonny groźny
dźwięk. Spadły pierwsze bomby. Rozległy się głuche detonacje wybuchów.
- Nalot! - krzyknął ktoś ostro na pokładzie.
Bezładny tupot nóg biegnących marynarzy, okrzyki zmieszane z szumem
nadlatujących maszyn. Było ich około trzydziestu. Nowy wybuch, tym razem
bliższy.
Z pokładu ORP "Bałtyk" odezwały się karabiny przeciwlotnicze. Załoga
starała się wyłapywać szybko sunące cele. Od strony Oksywia odezwał się
ostry terkot kaemów; pojedynczymi, anemicznymi strzałami wtórowała im
ukryta gdzieś na wysokim brzegu artyleria przeciwlotnicza.
W środku basenu portowego wytrysnęła wysoka fontanna wody. Obok niej
pokazały się następne. Jedna z bomb trafiła w prawą nadbudówkę rufową
"Bałtyku". Znajdowała się tam centrala szkoleniowa.
Najbardziej podczas tego nalotu ucierpiały "Nurek" i "Mazur". Okręt
artyleryjski "Mazur", dowodzony przez kapitana marynarki Tadeusza
Rutkowskiego, został trafiony dwiema bombami i zatopiony. Wielu
marynarzy zginęło od eksplozji bomb, inni od pocisków z broni
maszynowej, zaś najgorszy był los tych, którzy znajdowali się akurat pod
pokładem i utonęli wraz z okrętem.
"Nurek", mały okręt baza nurków, uzbrojony zaledwie w dwa cekaemy, był
właściwie bezbronny. Trafiony bombą w sam komin, szybko zatonął, a wraz
z nim trzy czwarte załogi.
Jeszcze w czasie nalotu stojące w porcie jednostki otrzymały rozkaz
wyjścia na redę. Dawny statek żeglugi przybrzeżnej "Gdynia", dowodzony
przez kapitana Stanisława Koskę, szybko skierował się na wody zatoki.
Już z dala marynarze widzieli, jak z tyłu, za słupami awanportu, w pobliżu stojącego przy nabrzeżu statku s/s "Toruń" i stateczku żeglugi
przybrzeżnej "Gdańsk" wytrysnęły gejzery wody, wzbijanej eksplozjami
bomb.
Podczas nalotu, przeprowadzonego przez Niemców na Gdynię w pierwszym
dniu wojny, nie poniosła strat żadna ze znajdujących się tam jednostek
marynarki handlowej. Pozostało ich zresztą niewiele.
Postępujące od wiosny 1939 roku zaostrzenie sytuacji międzynarodowej
sprawiło, że Departament Morski Ministerstwa Przemysłu i Handlu, któremu
podlegała flota handlowa, opracował założenia planu jej działań na czas
wojny. Liczyła ona wówczas 42 statki o łącznym tonażu około 120 000 BRT,
stanowiąc potencjał stosunkowo niewielki, ale zarazem cenny, z perspektywą dalszego rozwoju. Ich właścicielami byli armatorzy z pięciu
towarzystw żeglugowych: GAL, "Żegluga Polska", "Polbryt", "Polskarob" i Bałtycka Spółka Okrętowa, z tego dwa pierwsze należały do największych
pod względem tonażu i liczby jednostek. W budowie znajdowały się ponadto
dwa duże frachtowce, "Łódź" i "Bielsko", zamówione w stoczni Gdańska,
oraz trzy dalsze statki: w Belgii - "Lewant II" i "Lewant III", w Holandii - "Warszawa II", już opłacone, ale jeszcze na pochylniach bądź
w próbach. Trwała też budowa pierwszego statku w Gdyni pod nazwą "Olza",
który do wybuchu wojny nie został zwodowany.
Wszystkie czynne jednostki floty handlowej były z reguły w ruchu,
zatrzymując się w macierzystym porcie tylko w celu zabrania pasażerów
bądź załadunku czy rozładunku. Niektóre stały dłużej, poddawane zabiegom
konserwacyjno-remontowym. Nie ulegało wątpliwości, że w razie wybuchu
wojny los unieruchomionych w Gdyni statków będzie przesądzony. Niemcy
mogli je zatopić atakami z powietrza bądź zagarnąć i wcielić do własnej
floty.
Aby uniknąć takich strat i ocalić dorobek armatorów, wysunięto postulat
ewakuacji marynarki handlowej. Jej pierwszą fazą miało być stopniowe
przesunięcie personelu towarzystw żeglugowych do Warszawy, a stamtąd do
Francji i Wielkiej Brytanii w celu utworzenia przedstawicielstw z zadaniem nadzoru nad polskimi statkami i ich załogami. Marynarka Wojenna
miała przejąć do własnej dyspozycji sześć małych jednostek floty
przybrzeżnej. Na tej liście znalazły się: "Gdynia", "Gdańsk", "Jadwiga",
"Wanda", "Jaś" i "Małgosia". Wszystkie były statkami parowymi, dobrze
znanymi z wycieczkowych rejsów na wodach Bałtyku w latach pokoju.
Jednostki pełnomorskie zamierzano skierować do portów francuskich i brytyjskich, dzięki czemu mogły uniknąć zagłady i przyłączyć się do
wojennego wysiłku aliantów pod własną banderą.
Realizacja tego planu rozpoczęła się w sierpniu 1939 roku, przebiegając
na ogół sprawnie. Statki wykonujące dalekie rejsy zostały zobowiązane do
skorzystania z portów sojuszniczych, co nie nastręczało żadnych
kłopotów. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, kiedy Niemcy uderzą, ale
mnożące się incydenty graniczne, łącznie z naruszaniem obszaru
powietrznego - także nad Helem i Gdynią - świadczyły o tym, że atak może
nastąpić w ciągu najbliższych dni. Przyspieszono więc wyjście w morze
statków, które nadal pozostawały w macierzystym porcie, narażone na
poważne niebezpieczeństwo. W szkolny rejs po Bałtyku udał się "Dar
Pomorza" z docelowym portem w Szwecji, gdyby, jak tego oczekiwano,
sytuacja uległa nagłej zmianie. Do Kanady i Stanów Zjednoczonych
wyruszył "Batory", do Wielkiej Brytanii - "Pułaski", a po nim
"Kościuszko". Dwa ostatnie statki, zaliczane do weteranów floty
pasażerskiej, miały już być wycofane ze służby. Zmieniono jednak
decyzję, wstrzymano demontaż maszyn i urządzeń i po skompletowaniu
improwizowanej załogi wysłano je do dyspozycji zachodniego sojusznika,
gdzie mogły jeszcze odegrać określoną rolę w transporcie morskim.
Pod koniec sierpnia plan ewakuacji był już prawie wykonany, życie w ruchliwym porcie zamarło, w porze nocnej wisiał nad nim mrok bez
świateł. Podnosiły kotwice i wychodziły w morze ostatnie statki. Do
Rotterdamu wypłynął "Puck", do Antwerpii - "Oksywie" i "Cieszyn".
Doczekały się swojej kolejki "Ro-bur IV" i "Kromań", w przeddzień
hitlerowskiej agresji opuściły Gdynię prawie równocześnie statki:
"Wisła", "Wilno", "Narocz", "Chorzów" i "Lida". Niektóre z nich - jak
zakładano - miały być wykorzystane do przewozu materiałów wojennych,
dostarczanych tranzytem przez Szwecję i Finlandię, ale ten plan upadł,
podobnie jak próba uruchomienia takiej drogi przez Morze Śródziemne i Rumunię. Państwa skandynawskie ogłosiły neutralność, rząd w Bukareszcie
odmówił przyjmowania dostaw dla Polski, wycofując się z sojuszniczych
zobowiązań.
W opustoszałej Gdyni pozostał "Toruń", przejęty przez dowództwo floty w roli ruchomej bazy węglowej. Zatrzymano również statek "Tczew", stojący
w stoczni remontowej, przewidując jego użycie do zablokowania głównego
wejścia do portu między falochronami. Doszły do tego zmilitaryzowane
statki żeglugi przybrzeżnej, kutry i jednostki pomocnicze, a także
okręty wojenne, które miały stanąć do walki z wrogiem. W przeciwieństwie
do floty handlowej ewakuacja objęła tylko trzy niszczyciele. Zgodnie z wcześniejszym porozumieniem skierowano do Wielkiej Brytanii
"Błyskawicę", "Groma" i "Burzę", pozostałym jednostkom przypadło zadanie
obrony polskiego wybrzeża w warunkach przygniatającej przewagi
nieprzyjaciela na morzu i w powietrzu.
Koncepcja ocalenia prawie wszystkich statków okazała się posunięciem
nader słusznym. Krajowi armatorzy zachowali tabor pływający, choć nie
obeszło się bez komplikacji. Przedwczesna i zaskakująca kapitulacja
Francji sprawiła, że niedawny sojusznik zmienił twarz, oddając władzę
reżimowi Vichy z marszałkiem Pétainem na czele, który opowiadał się za
zbliżeniem z hitlerowską Rzeszą. Polskie statki i załogi, które znalazły
się w afrykańskich posiadłościach Francji, stanęły w obliczu niewoli,
skazane na bezczynność. Tylko pomysłowości i brawurze oficerów i marynarzy należy zawdzięczać fakt, że ten przymusowy postój nie potrwał
zbyt długo, o czym piszemy na dalszych stronach niniejszego tomiku.
W dniu 8 września oddziały polskie opuściły Wejherowo, wycofując się na
Kępę Oksywską. Działania wojenne coraz bardziej zbliżały się do Gdyni.
Chociaż krążyły uporczywe pogłoski o tym, że flota angielska przeszła
przez cieśniny duńskie i że lada chwila rozpocznie ostrzeliwanie z morza
oddziałów niemieckich, władze miejskie zdawały już sobie sprawę z tragicznego położenia.
Baseny portowe całkiem opustoszały. Jako ostatni, korzystając z nocy i swojej neutralności, opuścił port statek norweski "Nurgiez". Komendant
Obrony Miasta wydał rozkaz zablokowania wejść do portu.
Szyper holownika "Ursus", Kępczyński, dostał rozkaz wyholowania i zatopienia u wejścia statku s/s "Toruń" oraz pływającej stacji bunkrowej
Polskarobu. W wejściu południowym zatopiono stojący już od dłuższego
czasu w porcie statek grecki "Caritas".
Kapitan żeglugi wielkiej Jerzy Lewandowski pełnił służbę w Kapitanacie
Portu wraz z kapitanem Władysławem Grabowskim - pilotem, oraz kapitanem
Leśniewskim, kapitanem Godeckim, kapitanem Rusieckim i pilotem portowym
Bergiem.
Właściwie nie było już wiele do roboty w opustoszałym porcie. Służba
ograniczała się do pilnowania porządku, kontroli przestrzegania
zaciemnienia lub ewentualnego uniemożliwienia działań dywersantów.
O szóstej rano zaterkotał telekom.
- Wszyscy piloci i oficerowie służbowi stawią się w gabinecie kapitana
portu.
Kiedy weszli do pokoju, zobaczyli stojącego za biurkiem kapitana
Mohuczego - wojskowego dowódcę portu, a obok niego radcę prawnego
Reclawa i szefa portu kapitana Kleina.
- Proszę panów - odezwał się radca prawny - jestem upoważniony do
zakomunikowania panom, że wszelkie stosunki służbowe zostają z tym
momentem rozwiązane. Miasto będzie poddane bez walki. Panowie są
wolni...
Kapitan Lewandowski wrócił jeszcze do swego pokoju służbowego, aby
sprawdzić, czy poprzedni rozkaz zniszczenia wszystkich dokumentów został
w pełni wykonany. Wzrok jego padł na wiszącą na ścianie mapę Bałtyku.
Żyletką wyciął ją z ramy i schował do kieszeni.
Już od kilku dni nosił się z myślą podjęcia próby ucieczki. Rozmawiał
nawet na ten temat z pilotem Grabowskim, ale póki trwała walka w obronie
Gdyni, trzymało go w mieście poczucie obowiązku... Teraz, gdy miał wolną
rękę, plan ów odżył na nowo.
Wymknięcie się z portu możliwe było tylko morzem. Postanowił przejść się
do przystani jachtowej. Był starym żeglarzem i nieraz wypuszczał się w dalekie rejsy. Czuł, że to jedyna szansa wyrwania się na wolność.
W pobliżu basenu jachtowego spotkał kilku ludzi. Stolarz Przepiórkowski
ze stoczni jachtowej i jego kolega traser dźwigali jakieś skrzynki.
- Panie kapitanie, wiejemy. Nasze jachty stoją w basenie opuszczone.
Tylko brać.
Lewandowski nie zastanawiał się już dłużej.
- Płynę z wami - zadecydował. - Muszę tylko skoczyć do domu po rzeczy.
Umówili się na wieczór. Wyjście w nocy było bezpieczniejsze.
Lewandowski szybko przemierzał puste ulice. Na zakręcie wpadł na
kapitana Grabowskiego. Wystarczyło parę słów, by się porozumieli.
Postanowili jeszcze dobrać kolegę - mechanika Brunona Wyględacza.
Rozmawiali właśnie w jego mieszkaniu, gdy nagle ktoś wyjrzał przez okno.
Mimo zapadającego zmroku można było wyraźnie rozróżnić sylwetki
kręcących się między drzewami żołnierzy.
- To Niemcy. Mamy odciętą drogę przez ulicę.
- Chodźcie - odezwał się gospodarz - wyprowadzę was przez piwnicę. Tył
domu wychodzi na opłotki. Mam dwa rowery. To ostatnia szansa.
Szybko przedostali się pustymi ulicami do basenu jachtowego. Kręciło się
już tutaj kilka osób - takich jak oni amatorów ucieczki. Grupa
robotników portowych przygotowywała motorówkę.
Od morza nadciągała słaba mżawka, przechodząca stopniowo w mgłę.
Wymarzony czas na ucieczkę.
Sprawdzili stan osprzętu. Okazało się, że brakuje zapasowego żagla i kompasu, na szczęście jednak w magazynie znaleźli wszystko, czego
potrzebowali.
Wreszcie około godziny 22 kapitan Lewandowski, który objął kierownictwo
wyprawy, ocenił, że wszystko gotowe.
- Odbijamy.
Piątka ludzi podprowadziła ostrożnie jacht do wyjścia z basenu, które na
nieszczęście było zablokowane przez zatopione berlinki. Należało więc
ostrożnie przesuwać się jak najbliżej betonowego mola, tak aby nie
uszkodzić żaglowca o wystające zręby łodzi. Rękami przytrzymywali się
betonowych ścian. Byle bliżej, byle tylko szczęśliwie przedostać się na
morze. Nareszcie! Są wolni...
Mżawka przechodziła teraz w coraz silniejszy deszcz, niesiony sztormowym
wiatrem. Pogoda sprzyjająca ich przedsięwzięciu, ale też niebezpieczna
dla żeglarzy. Jacht miotany falami kładzie się na burtę. Dzielą się na
dwie wachty, pierwsza przypada kapitanowi Lewandowskiemu. Pozostali idą
spać, aby nabrać sił przed następną czekającą ich zmianą.
Gdzieś z daleka, od strony Kamiennej Góry, przez deszczowe smugi widać
rakiety. Niemcy?
Sztorm trwał przez kilka dni. Wiatr i silna fala szarpały małym jachtem.
Pomimo kompasu tracili prawie całkiem orientację. Mapa, która obejmowała
jedynie odcinek Bałtyku do Utklipan, "skończyła się" już drugiego dnia.
Płynęli teraz, kierując się na północny zachód do latarni Utklipan.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki