Ze wszystkich gościńców
wiodących do nowej stolicy, Warszawy, najwięcej z pewnością
ożywionym był ten, który od Litwy i Brześcia prowadził. Handel i
ludzie tędy najczęściej płynęli do starego mazowieckiego grodu,
niedawno uczynionego rezydencyą królewską.
Spełniło się to za Zygmunta III, ale za Augusta już dawało
się nieledwie przeczuwać. Warszawa dogodniejszą była dla Litwy,
leżąc w pośrodku ziem rzeczypospolitej. Poczęto tu sejmy odprawiać
naprzód, królów obierać, a naostatek, po spaleniu Zamku na Wawelu,
i król z rodziną wywędrował nad Wisłę, choć na tutejszym zamku nie
miał zbyt królewskiego pomieszczenia. I tak owi Mazurowie, z
których wymowy i ubóstwa chętnie się naśmiewano, dostąpili tego
zaszczytu, że na ich ziemi tron postawiono. Zmieniły się też czasy
i krakowscy panowie możni, wpływu tego i znaczenia nie mieli, co
dawniej; wolano też od ich nacisku i roszczeń stanąć trochę dalej.
Śmiertelny to był cios zadany Krakowowi, a dla Warszawy
hasło nadzwyczaj szybkiego wzrostu.
Jak dawniej ku Wawelowi zbiegały się wszystkie większe
drogi, płynęło życie, ruch się w nim ogniskował, tak teraz
skierowało się do Warszawy. Most Zygmunta Augusta stawał się
przepowiednią tej przyszłej wielkości.
Na gościńcu od Brześcia, przez lasy i mało zaludnione
okolice się ciągnącym, rzadko teraz bywało pusto, a na
przestrzeniach, którym brakło wiosek i osad dla spoczynku
podróżnych, zaczęły się wznosić gospody, których naówczas niewiele
było jeszcze w innych stronach. Po wsiach ich mniej potrzebowali
podróżni, bo się obyczajem starym wpraszali do wieśniaków, dworu i
probostw, ale na przestrzeni mil kilku, ogołoconej z osad, gospoda
w wielu roku porach stawała się dobrodziejstwem, jakkolwiek nędzną
była.
Nie sami naówczas żydzi rzucili się na te szynki i zajazdy
na pustkowiach, rozmaitego rodzaju ludzie brali je różnemi prawy od
właścicieli ziemi, którzy często małemi się opłatami ograniczali.
Niejeden z tych panów siedzących pod wiechą w lesie miał i duży
gruntu kawał, który uprawiał, dobytek i konie. Jedni na gospodach
dorabiali się bardzo prędko, drudzy dosyć nędzny a pełen niepokoju
żywot wiedli.
W miejscu, o którem mówić mamy, na skraju ziemi należącej do
pana Leśniowolskiego, właśnie się był umieścił żyd Boruch na nowej
gospodzie, której żartobliwy pan nadał imię Zapiecka. A stało się
to tylko na złość i przekorę karczemce pana Gostomskiego nieopodal
erygowanej, która niewiedzieć dlaczego i przez kogo nazwana była
Purchawką.
Granice JMPP. Leśniowolskich i Gostomskich tu się zbiegały;
gościniec przedzielał na znacznej przestrzeni lasy i zarośla
pierwszych od drugich. Naprzód się narodziła tu Purchawka, za
której przykładem idąc przyszedł na świat Zapiecek.
Ten ostatni, o którym pan jego śmiejąc się powiadał, że mu
to imię dał, bo w nim było podróżnym gdyby u Boga za piecem, jak na
owe czasy był wcale wspaniałą gospodą. Wiadomo, jakie tabuny koni
szły naówczas przy każdym znaczniejszym dworze, jak stajnia dla
pomieszczenia ich była ważną rzeczą, i tu więc szopa w słupy, choć
w części płotem tylko opasana, mogła sto kilkadziesiąt pomieścić.
Ludziom stosunkowo mniej wygód było potrzeba, niż ówczesnym
woźnikom, dżanetom, rumakom i niepoliczonym cugom. Człowiek, co
konia nie miał, a w podróży własnych nóg lub pożyczanego wozu
używał, tem samem plebejuszem się stawał, tak jak senator i pan,
jeżeli kolebką jechał, mniej do niej nad sześć woźników nie mógł
zaprządz dla godności swojej.
Mierzono naówczas człowieka liczbą koni, jakie miał i mógł
prowadzić z sobą.
Na jednym koniu jeździli tylko bojarowie z listy, uboga
szlachta, słudzy i czeladź panów.
Zapiecek ze swemi ogromnemi stajniami naturalnie dla
odpoczynku panów był przeznaczony, do Purchawki podjeżdżały wozy i
ci, co na koniu jednym, bez towarzystwa podróżowali.
Purchawka też w szopce nad kilkanaście koni i to z biedą
ulokować nie mogła, ale, mimo tego jej pozoru skromnego, miał się
na niej siedzący Skroba, prosty chłop (jak mówiono), daleko lepiej
od Borucha, i Zapiecek mu zazdrościł.
Skroba bowiem miał do czynienia z ludem pokorniejszym, który
jako tako, ale płacił za to co brał, i nie woził z sobą zapasów,
więc suchy chleb i ladajaki napój brał, a i dla konia wiązki siana
potrzebował. Tymczasem na Zapiecku gdy zajechało pięćdziesiąt koni
i tyluż ludzi, mieli na wozach najczęściej to czego im było
potrzeba, a potem płacili co łaska, lub niekiedy nabiwszy i
złajawszy, nie dali nic.
Od strony Brześcia stała Purchawka pierwsza, nieco dalej
Zapiecek, ale z obu gospód na gościniec wzrok daleko sięgał.
Pięknego dnia jesieni w progu Zapiecka stał sam Boruch, a że
pora była ciepła, nie miał na sobie tylko czarny kaftan bez
rękawów, z pod którego krótkie pludry i pończochy widać było. Na
czarnych włosach jarmułka siedziała na bakier i nadawała jego
butnej fizyognomii wcale pański wyraz. Długą czarną brodę gładził i
ziewał przeraźliwie, a gdy się wyziewał, poczynał ręce wyciągać i
zażywać rodzaju gimnastyki, dowodzącej jak okrutnie się nudził.
Gospoda od dwu dni stała pusta, żeby do niej żywy duch zajrzał.
A u Skroby ciągle ktoś gościł. Boruch na ten rodzaj gości,
jacy zajeżdżali do Purchawki, mało rachował, ale natenczas jużby i
im był rad.
Gdy więc nad wieczór na gościńcu od Litwy pokazał się w dali
jeździec na koniu, choć odległość nie dozwalała jeszcze ocenić go,
a z konia i z rządziku wnieść co zacz był i co w mieszku miał, pan
Boruch zawczasu znaki mu dawać począł, aby zaciągnął do niego.
Skroby w progu nie było.
Jeźdźcowi dopiero gdy się na pół strzelenia z łuku
przysunął, można było się lepiej przypatrzeć.
Ale była to jedna z tych zagadkowych postaci, o których
zawyrokować trudno. Koń pod nim był niezgorszy, zmęczony widocznie
długą drogą, siodło porządne ale stare, rządzik rzemienny niczego,
lecz też dobrze zużyty, spłukany i od pyłu zniszczony.
Za sobą miał troki niewielkie, a za całe uzbrojenie szablę,
sahajdak na plecach w pokrowcu i strzelbę ptasznicę. Domyślać się
tylko godziło, że pod połami lub okryciem siodła gdzieś się może i
pistolety znajdowały.
Twarz była ogorzała, długa, z wąsem szpakowatym,
zawiesistym, obciągnięta skórą ruchomą i pofałdowaną.
Na pierwsze wejrzenie nic na niej oprócz obycia się z życiem
nie można było wyczytać. Mówiła ona, że bywał na wozie i pod wozem
i że się teraz nie lękał niczego, ani też dobijał wielkich rzeczy.
Między nim a koniem była już taka zgoda myśli, że go wcale
prowadzić nie potrzebował i mógł mu cugle na karku położyć. Koń też
brudno kasztanowaty zdawał się drogą, okolicą i tem, co go
otaczało, więcej niż pan zajęty, oglądał się ciekawie. Jeździec
zadumany, przygarbiony nieco z obojętnością znużonego wielce,
myślami gdzieś wędrował. Nie widział też znaków, dawanych mu przez
Borucha, a brudno kasztanowaty skierował się ku Purchawce, zwolnił
kroku i zrównawszy się z drzwiami jej, stanął.
Posłuszny mu pan zsiadł z niego powoli, poklepał po szyi i
zajrzał naprzód do szopy. Tu nie było nikogo, mógł więc sobie dla
kasztana obrać najlepszy żłób. Wtem drzwi izby skrzypnęły, i
okrągły, nizkiego wzrostu, łysy, pyzaty a blady Skroba powitał
podróżnego.
- Niech będzie pochwalony!
Spojrzeli na siebie.
Chociaż podróżny sukni nie miał zbyt pokaźnych, ale z całego
ubioru i pozoru widać było statecznego człeka.
Weszli razem do stajni. Skroba począł od zaręczenia, iż
wszystko w szopie można było bezpiecznie zostawić, dodając razem,
że wódka, piwo, chleb, ser, a choćby i gotowana polewka, krupnik, u
niego się znajdzie.
Gość słuchał milczący. Sam naprzód podłożył rękę pod siodło,
aby się przekonać, czy koń nie był nadto zgrzany, aby go od tego
ciężaru uwolnić można; zajął się nim, wiązkę siana zarzucił i
dopiero kasztana oporządziwszy, sam z gospodarzem wszedł do izby.
Tu się i małżonka Skroby, w fartuchu, z warzechą w ręku przy
garnkach znalazła, i chłopak bosy, jego syn, i blade dziewczę w
koszuli jednej, uczące się około kądzieli. Kury chodziły po izbie,
czując się w domu. Pod jedną z ław leżał pies wilczej barwy,
podniósł głowę nieco i przekonawszy się kto przybył, spał dalej, bo
w nocy nie miał na to czasu, musiał domu pilnować.
Rozmowa, jeźli ją tak nazwać można, w urywanych wyrazach
poczęła się i ciągle długiemi przestankami dzieliła.
Skroba pilno się przypatrywał podróżnemu, który ze swej
strony najmniejszej nie okazywał ciekawości.
Boruch tymczasem zawiedziony w nadziejach, stał pocichu
przeklinając wszystkich "gwiazdochwalców", gdy na tym samym
gościńcu, jakby na pociechę jego, zjawił się jeździec drugi, ale
zamajaczył mu tak daleko, iż nawet wcześniej dawane znaki na nicby
się nie zdały, a zbliżał się tak powoli, jakby na żółwiu jechał.
I ten był sam jeden tylko, a nie wyglądał lepiej od
pierwszego. Sterczał mu tak samo sahajdak, samopał i z tyłu
nawiązane sakwy. Koń stąpał ciężko z głową spuszczoną.
Miał też na sobie szarą opończę i tem się tylko różnił od
poprzednika, iż w ręku trzymał nahajkę, którą bezmyślnie wywijał,
oglądając się dokoła.
Zdawał się wyższego wzrostu i silniejszy, a w stosunku do
konia był nawet za ciężki dla szkapy, która, choć silnie zbudowana,
choć gruba, niewielkiej była miary. Kształty jej też nie odznaczały
się pięknością, a łeb duży i szyja nieforemna, dosyć śmiesznie
wyglądały. Rząd na koniu był grubej roboty jakiejś, a zużyty.
Twarz samą wąsy, broda i włos na policzkach porastający tak
okrywały, że ledwie z nich nos duży garbaty i dwoje czarnych oczu
ogromnych wyglądało. Na głowie siedziała czapka staroświeckiego
kształtu z czubem wyłysiałym.
Nieobiecująca to była postać, a jednak Boruch ją ku sobie
przyzywał, gdy tymczasem koń instynktem zawrócił się do Purchawki,
a jeździec mu się nie sprzeciwił. Stanąwszy pode drzwiami huknął
dziwnym głosem.
- Uhu!
I sam z siebie się rozśmiał, jakby się spostrzegł, że
mimowolny ten wykrzyknik był nie w miejscu.
Skroba stał już w progu i gotów był do szopy prowadzić, ale
zobaczywszy zarosłego gościa i spotkawszy wejrzenie drapieżnych
jego oczów, na chwileczkę się zawahał.
Podróżny już zsiadł, a koń jego nie czekając sam poszedł
żłobu sobie szukać, tak się cały strząsając, że zdawało się iż
terlicę i sakwy zrzuci z siebie. Miał bowiem nie siodło na
grzbiecie, ale tylko starą terlicę, jako tako wymoszczoną.
Wszystko razem zdradzało ubóstwo i miało jakąś cechę
pochodzenia od wschodu. Można było poznać w nim wędrowca kędyś od
kresów.
Wprędce po zabezpieczeniu konia, drugi ten wędrowiec wszedł
do izby. Zmierzyli się oczyma z pierwszym, kiwnęli głowami,
zamruczeli: Czołem - i później przybyły zajął miejsce dosyć daleko,
jakby sobie życzył sam pozostać.
Wychylił kubek wódki, a nie żądając więcej, z torebki dobył
chleba, kawał słoniny, trochę soli, i sparłszy się na stole począł
spokojnie pożywać.
Siadł tak na ustroniu, iż ani gospodarz, ani pierwszy gość
nie śmieli się przybliżać, ani go zaczepiać.
Nie przeszkadzało to wszystkim, nie wyjmując ani dziewczyny
przy kądzieli, ani bosego chłopaka, ani nawet tłustej, osmolonej
Skrobowej, przypatrywać mu się bardzo pilno.
Dla wszystkich on miał w sobie cóś dzikiego, obcego,
pobudzającego ciekawość. Opończa była krojem innym, buty różnym
kształtem od tych, jakie pospolicie noszono, pas, odzież
wyglądająca z pod okrycia, nie przypominały codzień tu widywanych.
Nie śmiano jednak zbyt go prześladować wejrzeniami, bo gdy
się kto spotkał z jego oczyma, wzrokiem odpychał i łajać się
zdawał. Sam jednak równie ciekawie badał siedzącego dalej za stołem
gościa pierwszego, jak ów jemu się przypatrywał.
Milczenie panowało długo.
Podano krupniku jednemu, i drugi go zażądał, ale głosem
takim grobowym, zachrypłym, jakby z jakiejś głębiny wychodził z
wysiłkiem wielkim, a nim mu misę postawiono, raz jeszcze napił się
wódki.
Krupnik swój skończywszy pierwszy podróżny do konia poszedł,
bo czas było i napoić kasztana i obrok mu zasypać. Przy tej
zręczności zdala obejrzał dobrze szkapę i troki towarzysza, kiwając
głową. Koń był w istocie tak szpetny, iż o jeźdzcu wielkiego
wyobrażenia nie dawał, ale szlachcic okiem znawcy dopatrzył się
razem, że bestya była żelazna i rozumna.
Ruszył ramionami z przyjemnością zbliżając się do kasztana,
który przy tamtym arystokratycznie się wydawał.
Do izby powróciwszy zastał brodatego towarzysza, już po
krupniku, nad trzecią czarką wódki, zadumanego głęboko.
Spojrzeli sobie w oczy raz i drugi. Widocznem było, że
chcieli rozpocząć rozmowę, szło o to tylko, kto pierwszy się
odezwie.
Ponieważ brodacz obrosły obcą miał fizyognomię, zdało się
drugiemu, który bardziej się tu czuł w domu, iż powinien był
pierwszy zagadać.
- Z dalekaście to, miłościwy panie bracie? - zagadnął.
Ten głową potrząsł i rękę ku północy podniósłszy.
- Ho! ho! a co myślicie? zblizka? - Z kresów jadę, od
dzikich pól.
Pytający głową też poruszył.
- Kawał drogi - rzekł. - Jam tam nie bywał nigdy, choć na
Podolu dawniej się kręciło. Cóżeście tam porabiali?
- Co? - mruknął spytany. - Człek głupi szczęścia szuka, gdy
go niema, włócząc się, a to darmo. Tak i ja. Służyłem u
Koniecpolskich... at! różnie bywało.
- Wracacie do swoich? - spytał pierwszy.
- Gdzie? - rozśmiał się brodaty - ja tu nikogo nie mam!!
Wracam, bo mi się zatęskniło... za czem? albo ja wiem!
Oczy mu błysnęły dziko, i wychylił czarkę prędko.
- A wy z których stron? - spytał towarzysza.
- Ja mazur jestem - odparł pierwszy gość - ale my mazurowie
po całej rzeczypospolitej się rozłazimy, bo u nas chleba omal, a
gęb dużo. Jestem teraz przy dworze Radziwiłła, jadę też z jego
polecenia do Warszawy. Wy też do niej?
- Trzebać ją zobaczyć - rozśmiał się brodacz.
- A siłaście lat nie widzieli - rzucił drugi pytanie.
Tamten ręce podniósł do góry.
- Z okładem dwadzieścia lat! - zawołał - z okładem.
- O ho! o ho! to jej chyba nie poznacie.
Tu, namyśliwszy się nieco, gość pierwszy uznał stosownem po
imieniu i nazwisku się dać poznać.
- Szczepan Wijurski, podkoniuszy księcia pana.
Brodacz, którego to obowiązywało też do objawienia imienia,
zawahał się nieco i mruknął.
- Lasota Płaza.
I rzekłszy to urwał nagle.
- Tytułu - dodał szydersko - nie mam żadnego teraz.
- Płazów ja i w Krakowskiem zdybywałem - rzekł Wijurski.
- Było ich dosyć - wtrącił Lasota - a w stanie duchownym
nawet i do prelatur się podnieśli; ale jam braci nie miał, a o
rodzinie cale nie wiem, ani się myślę dowiadywać.
Milczeli trochę przypatrując się sobie i Płaza z kolei do
konia poszedł, a gdy się za nim drzwi zamknęły, Skroba uczynił
uwagę, że zbója miał minę.
Obu podróżnym chciało się ciągnąć dalej na nocleg, choć się
już miało ku wieczorowi. Płaza pod okno podchodził i rozglądał się
mrucząc. Wijurski zapowiadał księżyc i rachował na noc jasną.
Gospodarz był tego zdania, iż lepiej się było ichmościom zawczasu
spać położyć, koniom dać wypocząć, a nazajutrz rano, po przekąsce
ruszyć dalej.
Wahali się jeszcze spoglądając po sobie, gdy Skroba, który
był na próg wyszedł, powrócił do izby z oznajmieniem, że wielki
dwór jakiś nadciąga. Podróżni zamiast się przygotowywać do wyjazdu,
poszli wyjrzeć na gościniec co to było.
Na ganku Zapiecka stał już Boruch, ale w czarnym długim
chałacie i pasem podpasany, sposobiąc się zapraszać
przejeżdżających, choć nie było prawdopodobnem, aby się tu takie
wielkie państwo mogło zatrzymać.
Płaza, powracający od kresów, gdzie więcej żołnierza i
włóczęgów niż pańskich dworów mógł widywać, stał zdziwiony, rękę
trzymając nad oczyma, przyglądając się z ciekawością niezmierną
zwolna zbliżającemu się orszakowi.
Tu w środku kraju nie był on żadną osobliwością, i Wijurski,
nawykły do podobnych widoków, patrzał dosyć obojętnie, jakby tylko
chciał poznać po barwie, kto to mógł być.
Łatwo się było domyśleć jednego z najwyższych dygnitarzy
otaczających króla, bo dwór otaczający kolebki nadzwyczaj był
liczny i strojny.
Jechało naprzód kilkunastu hajduków jednako ubranych i
doskonale uzbrojonych, na koniach dzielnych; za nimi strojniejszy
jeszcze koniuszy czy marszałek dworu, którego wierzchowiec bardzo
piękny, w sutym rzędzie srebrem pozłocistym nabijanym, stąpał jak z
partesów, a on sam dumnie pokręcając wąsa oglądał się wkoło; dalej
szły dwie kolebki, bardzo wykwintnie zbudowane, pozłacanemi
balasami, firankami, gałkami u wierzchu przyozdobione, na których
stopniach jechały stojąc pacholęta do usług. Oprócz tego tuż przy
powozach straż z boku postępowała. Firanki w części pozasuwane osób
w środku siedzących widzieć nie dozwalały.
Za kolebkami jechali znowu konni, z których kilku wiozło na
rękach sokoły zakapturzone, przy innych szły psy, niektóre na
sznurach wiedzione, inne wolno. Między niemi widać było charty
ogromne, legawe, ogary i brytany. Dalej jeszcze kryte skórami wozy
postępowały z kuchniami, namiotami, kobiercami i wszystkiem czego
państwo w podróży mogło potrzebować. Były to śpiżarnie i piwnice,
skarbiec i skrzynie z sukniami przewoźne. Na niektórych z tych
wozów czeladź siedziała lub leżała uśpiona. Za temi w kotczach
pośledniejszych widać było fraucymer, a w jednej budce pozłocistą
klatkę z papugą, którą dziewczyna na kolanach trzymała. Nakoniec
prościejsze wozy z pośledniejszą czeladzią i podlejszym sprzętem
postępowały, a tylną straż długo wyciągniętego sznura składało
znowu kilkunastu jeźdźców zbrojnych, jak gdyby w czasie wojny.
Wszystko to wszakże nie dla bezpieczeństwa, ale dla okazałości
nagromadzone było, i oznaczało wysoką godność podróżnego.
Płaza z natężoną uwagą, ciągle się przeciągającym
przypatrywał. Cały tabór pomimo nizkich ukłonów Borucha, który z
jarmułką w ręku wyszedł aż na środek gościńca, przeciągnął nie
zatrzymując się, z czeladzi tylko niektórzy skoczyli z wozów do
studni, aby się świeżą wodą ochłodzić.
Wijurski rzuciwszy okiem tylko na pański ten dwór, powrócił
do izby nazad, a za nim Płaza też wszedł ale nierychło, bo doczekał
aż ostatni pachołek i ostatni wóz zniknął mu z oczów.
- Wielkie jakieś państwo! - rzekł do Wijurskiego.
- Pewnie - odpowiedział pan Szczepan - przecież to pan
marszałek nadworny, choć nie książę żaden, ani z dawnych magnatów,
ale dziś on, z łaski króla, nikomu nie ustąpi, a w Warszawie jego
pałac z królewskim na równi.
Płaza słuchał ciekawie pochylony.
- Marszałek nadworny, hę! - spytał - jak się zowie?
- Nie wiecie? - wtrącił Wijurski.
- Jakże chcecie? my tam na kresach o wszystkiem zapominamy.
Spytajcie nas o hetmana kozaków, albo o carzyków perekopskich...
Dziwnie się począł uśmiechać i urwał nagle.
- Wiecie co - zawołał Wijurski - namby najrozumniej było w
ślad za taborem Kazanowskiego podążyć.
- A! Kazanowski się więc zowie! - mruknął Płaza - alboż tu w
lasach niebezpieczno?
- Zbójów niema, ale na kupę jakich włóczęgów napiłych
natknąć się zdarzy, co szukają przyczepki - odpowiedział Wijurski,
zabierając się do drogi.
Po krótkim namyśle Płaza też ruszył się.
- Pozwolicie mi jechać z sobą? - zapytał.
- Czemu nie? raźniej nam będzie we dwu - rzekł Wijurski.
Panu Szczepanowi na Wijurach Wijurskiemu, podkoniuszemu
księcia Radziwiłła, wcale nawet na rękę było żądanie Płazy. Trzeba
było znać go, aby to sobie wytłumaczyć.
Jak niepozorny wcale i do mnóstwa szlachty swego rodzaju
podobnym był Wijurski, tak - z tysiąca wybranym, wedle słów
piosenki ludowej, nazwać go było można. Był to wcale osobliwy
człowiek, skromny, cichy, niepokaźny, lecz szpakami karmiony -
ciekawy i, choć jako podkoniuszy przy stajniach się liczył, więcej
pono kwalifikował się do kancelaryi, niż do koni.
W Koronie i Litwie, znał on ludzi od najwyższych dygnitarzy,
do najpośledniejszych podstarościch; nie obce mu były przygody,
historye, stosunki skandaliczne, zabiegi dworskie i wszystko co
ówczesny świat zajmowało. Książe wiedział o tem, i gdy mu języka
potrzeba było dostać, albo plotkę jaką sprawdzić, posługiwał się
Wijurskim, zawsze pod pozorem, że mu coś koni i stajen tyczącego
się polecał.
Pan Szczepan zamłodu z jednym z Radziwiłłów za granicę
jeździł jako dworskie pacholę, a otwartą mając głowę korzystał z
tego i języków kilka nauczył się ze słuchania. Zaglądał też chętnie
do książek. Dlaczego mu te zdolności i nabyte wiadomostki nie
wyrobiły lepszego i innego stanowiska na dworze, tego sobie
wytłumaczyć trudno. Ale naprzód Wijurski się nie starał o
krescytywę, przedewszystkiem chciwy będąc nauki i wiadomości,
powtóre pochlebiać i płaszczyć się nie umiał. Nie nadymał się, nie
szukał zwad, ale okupywać lepszego bytu poddaniem się kaprysom
pańskim nie umiał. Co do bytu własnego, małem się zaspokajał.
Na dworze księcia, ba i dalej znano go jako bardzo bystrego
człeka, radzono się go czasami, ale niezawsze Wijurski dawał się
wyzyskać. Gdy mu fantazya przyszła, milczał.
Nazwaliśmy go ciekawym, gdyż ciekawość może stanowiła jeden
z głównych rysów jego charakteru. Starał się ludzi poznawać i
dowiedzieć o wszystkiem; z równem zajęciem siadywał nad książkami i
chodził za nowymi ludźmi, których nie rozumiał.
Na pierwsze wejrzenie, Płaza mocno zaciekawił pana
podkoniuszego; nie rozumiał go, coś w nim czuł podejrzanego,
fałszem podszytego. Niespokojne wejrzenia, niejasne tłumaczenie
się, sama postawa, strój, ruchy, mowa czyniły go zagadkowym.
Sam jeden z kresów aż do Warszawy, dla tęsknoty, gdy tu
rodziny ani znajomych nie miał?
- Coś w tem innego tkwi? - mówił sobie Wijurski. - No, da
się to widzieć.
Szczególniej mowa Płazy, akcent jej, mięszane ruskie
wykrzykniki, zakrój jakiś w wyrażeniach, dziwnemi mu się wydawały.
Języka polskiego jakby się nanowo uczyć i przypominać sobie
potrzebował Płaza, tak czasem mu było ciężko wyraz właściwy
znaleźć.
Bystre oko p. Szczepana dostrzegło też, że ubogi napozór i
jakby umyślnie odziany niepokaźnie Płaza, miał przy sobie na swój
stan za kosztowne rzeczy. Pod opończą na kontuszu pas, umyślnie
osłonięty, błyszczał bardzo bogatem i świeżem szyciem. Z kieszeni
dobył przypadkowo chustę kosztowną, którą zaraz wetknął śpiesznie
nazad. Sama powierzchowność sakiew przy koniu Lasoty kazała się w
nich domyślać pakunku, o którego zachowanie właścicielowi chodziło
wielce.
Wszystko to wreście możeby mniej uderzało, gdyby nie sam
człowiek niespokojny jakiś, oglądający się, badający oczyma,
trzymający się na baczności.
- Ten człek - mówił sobie podkoniuszy - dalipan niedarmo
sunie do Warszawy, a że nie z własnej woli i ochoty, dałbym szyję.
Nic więc nie mogło być dogodniejszem dla ciekawego
Wijurskiego nad wspólną podróż z tym człowiekiem, bo w drodze
najłatwiej się zapoznać, spoufalić i dobyć coś z towarzysza. Nie
uszło to oka p. Szczepana, że Płaza gorzałkę pił ochotnie i dużo,
na to więc także rachował, że ona mu gębę otworzy, choć dotąd kubki
u Skroby wypróżnione najmniejszego nie wywarły skutku... ale i to
wiedział Wijurski, że wódki pod czas kilka kropel upoi, a gdy
człowiek znużony, w ruchu, wcale mu ona do głowy nie idzie.
Rozpłaciwszy się z gospodarzem, podróżni nasi wyciągnęli w
las, jadąc tuż obok siebie, co naprzód spowodowało zapoznanie się
ich koni. Brzydka owa niezgrabna bestya Płazy wyciągnęła łeb ku
brudno-kasztanowatemu, powąchała go, wydała jakiś głos do kwiczenia
podobny i nagle zwróciwszy się tyłem do kasztana, wierzgnęła z
całych sił. Szczęściem, iż Wijurski w czas uskoczył i owe kopyta w
powietrze tylko podniósłszy się, opadły na ziemię. Płaza batogiem
dał naukę i epizod ten skończył się bez szwanku.
- Złą jakąś bestyę macie - rozśmiał się Wijurski - ani się
do niej przybliżyć, i niepiękna też jest, ale musi mieć swe
przymioty?
Płaza podniósł głowę.
- Ba! - zawołał - bez jedzenia może dwa dni iść, a strzecha
przegniła, gdy nic innego niema, także jej smakuje. Bez wody cały
dzień trwa, co trudniej koniowi, bo dla niego woda obrok czasem
zastępuje. Naostatek zielona pasza byle jaka, nażre się aż go
osiodłać trudno, i nic mu. Drugiegoby zdęło i pęknąćby musiał.
Skóra taka, że się nigdy nie zatrze, a spocony czy nie, można go
poić, karmić i oskomy nie zna. Spojrzeć na niego, trzech groszy nie
wart, a jabym za garść dukatów go nie oddał.
- No i to dobrze - dodał śmiejąc się - że złodziej się na
niego nie połakomi.
Wijurski słuchając pochwał tych, rozpatrywał się w koniu,
zżymnął ramionami i rzekł.
- To kozacki koń!
Płaza spojrzał bystro i pod włosami mu wystąpiła czerwoność.
- I ja tak sądzę - rzekł - choć ja go kupiłem od
szlachcica... tatarski albo kozacki być musi.
- Przy naszym teraźniejszym zbytku - dodał Wijurski - gdyż
zwłaszcza za teraźniejszego pana, który wszystko zcudzoziemska lubi
widzieć, dżianety, bachmaty, najprzedniejszej krwie konie u nas po
stajniach, z takim jak wasz pokazać się trudno, ale ba! koń jak
żona, piękna czy nie, gdy poczciwa i wierna, to grunt.
- Zważaliście konie pana Kazanowskiego? - mówił dalej p.
Szczepan. - Ten, co to go prowadzili pod deką, na którym widać było
pokrytą tarczę i sahajdak? Rumak to samego pana, od parady.
- Piękny i dzielny - odparł Płaza - ale co nam po takich. Do
wojny się on nie zda, bo pieszczony, do podróży niewytrzymały. Od
zimna go trzeba nakrywać, bo sierść na nim jak aksamit lub atłas
nie zagrzeje, w gorąco cały w potach, ocieraj go. Trochę zażyjesz,
ochwyci się trochę zmęczysz, nie je. Pański koń.
Ruszył ramionami.
- Ale na oko choć malować - dodał Wijurski.
- Zbytki tu u was widzę we wszystkiem - dodał Płaza -
prawda, żem zdawna w tym, kraju nie bywał, a na kresach życie inne,
obozowe, żołnierskie; ale mi się zda, że przed dwudziestu laty i tu
inaczej wyglądało.
- Być może - odparł Wijurski - nam to nie bije tak w oczy,
bo się odmieniało powoli, a wyście nagle ujrzeli, snadniej różnicę
widzicie. Za każdego panowania u nas odmiennie dwór pański, a za
tym i inne dwory się układają.
Za Stefana Węgra było wszystko zwęgierska a rycersko,
przepychu nie znał, ale ład zaprowadzał; żołnierz był pierwszy...
Za nieboszczyka Zygmunta, który wcale na wojownika się nie sposobił
i więcej z różańcem niż z szablą chodził, dwór się ubierał, mówił i
szwargotał zniemiecka. Okazałości przybyło, nie wiem czy siły... Za
teraźniejszego pana zcudzoziemska też dwór i panowie się noszą.
Wielu nawet się poprzebierało, że ich za polaków poznać
trudno. Capella włochy, malarze flamscy, pod czas i francuza
spotkasz, a niemcy też nie rzadcy i wszystko się świecić musi a
kapać od złota. Nabożeństwa teraz, zwłaszcza po śmierci królowej,
mniej, a no zabawy huczne i stoły suto zastawne, a piwnice pełne...
Wesoło u nas bardzo.
Płaza słuchał z uwagą wielką.
- Dobrzeby to było - zamruczał jakby mimo woli - gdyby na
granicy od tatarów kożuchami i pieniędzmi pokoju nie trzeba
okupywać.
I chwilę jechali milczący.