Na krawędzi Cienia. Trylogia Anioła Nocy. Tom 2 - Brent Weeks

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (42,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Mamy dla cie­bie zle­ce­nie - powie­działa Mama K.

Jak zawsze roz­sia­dła się niczym kró­lowa, wypro­sto­wana, we wspa­nia­łej, ide­al­nie leżą­cej sukni, z nie­na­gan­nie uło­żo­nymi wło­sami, cho­ciaż już siwie­ją­cymi przy skó­rze. Dziś rano miała pod oczami ciemne sińce. Kylar domy­ślał się, że żaden z przy­wód­ców Sa'kagé - z tych nie­licz­nych, któ­rzy prze­żyli - nie spał za wiele od czasu kha­li­dor­skiej napa­ści.

- Dzień dobry, też życzę ci miłego dnia - odpo­wie­dział Kylar, sado­wiąc się w głę­bo­kim fotelu w gabi­ne­cie.

Mama K nie odwró­ciła się, tylko dalej wyglą­dała przez okno. Zeszłej nocy desz­cze zga­siły więk­szość poża­rów w mie­ście, ale na­dal wiele domów tliło się i mia­sto było ską­pane w szkar­łat­nym świ­cie. Plith, która oddzie­lała bogatą, wschod­nią Cena­rię od Nor, wyglą­dała jak rzeka krwi. Kylar nie był pewien, czy tylko z powodu prze­sło­nię­tego dymem słońca. W ciągu tygo­dnia od prze­wrotu kha­li­dor­scy najeźdźcy wyrżnęli tysięce ludzi.

- Szko­puł w tym, że tru­posz wie, co się kroi.

- Skąd?

Zwy­kle Sa'kagé dzia­łało o wiele spraw­niej.

- Powie­dzie­li­śmy mu.

Kylar potarł skro­nie. Sa'kagé uprze­dzi­łoby tru­po­sza tylko po to, żeby w razie nie­uda­nego zama­chu nikt nie podej­rze­wał orga­ni­za­cji. To ozna­czało, że tru­po­szem mógł być tylko jeden czło­wiek: zdo­bywca Cena­rii, Król-Bóg Kha­li­doru, Garoth Ursuul.

- Ja tylko przy­sze­dłem po swoje pie­nią­dze - powie­dział Kylar. - Wszyst­kie kry­jówki Durzo... wszyst­kie moje kry­jówki spło­nęły. Potrze­buję pie­nię­dzy na łapówkę dla straży przy bra­mie miej­skiej.

Od zawsze sys­te­ma­tycz­nie odda­wał Mamie K część zarob­ków, żeby je inwe­sto­wała w jego imie­niu. Powinna mieć dość pie­nię­dzy nawet na kilka łapó­wek.

Mama K w mil­cze­niu prze­rzu­cała kartki ryżo­wego papieru leżące na biurku. W końcu podała jedną Kyla­rowi. W pierw­szej chwili cyfry go oszo­ło­miły. Inwe­sto­wał w nie­le­galny import ziela lubież­nicy i kilku innych uza­leż­nia­ją­cych roślin, miał konia wyści­go­wego, udziały w bro­wa­rze i paru innych inte­re­sach, poży­czał pie­nią­dze na lichwę, był współ­wła­ści­cie­lem ładun­ków, mię­dzy innymi z jedwa­biem i klej­no­tami - z cał­kiem legal­nymi towa­rami, jeśli pomi­nąć fakt, że Sa'kagé pła­ciło za nie dwa­dzie­ścia pro­cent w for­mie łapó­wek zamiast pięć­dzie­się­ciu według taryfy cel­nej. Już sama liczba infor­ma­cji zawar­tych na tej stro­nicy przy­pra­wiała o zawrót głowy. A połowy z nich w ogóle nie rozu­miał.

- Mam dom? - zdzi­wił się Kylar.

- Mia­łeś. W tej kolum­nie zazna­czono towary stra­cone w wyniku poża­rów i łupieży. - Krzy­żyki znaj­do­wały się przy wszyst­kich pozy­cjach poza jedną wysyłką po jedwab i jedną po lubież­nicę. Stra­cił w zasa­dzie wszystko, co miał. - Żadna z tych dwóch wypraw nie wróci w ciągu naj­bliż­szych mie­sięcy, o ile w ogóle ma szansę. Jeśli Król-Bóg na­dal będzie prze­chwy­ty­wał statki cywilne, możesz o nich zapo­mnieć. Oczy­wi­ście, gdyby nie żył...

Widział, do czego to zmie­rza.

- Według tych rachun­ków moja część na­dal jest warta dzie­sięć do pięt­na­stu tysięcy. Sprze­dam ci je za tysięc. Tylko tyle potrze­buję.

Zigno­ro­wała go.

- Potrze­buję trze­ciego sie­pa­cza, żeby robota na pewno wypa­liła. Pięt­na­ście tysięcy gun­de­rów za jedną śmierć. Mając tyle, możesz zabrać Elene i Uly, dokąd zechcesz. Wyświad­czysz światu przy­sługę i ni­gdy wię­cej nie będziesz musiał pra­co­wać. To naprawdę ostat­nia robota.

Wahał się tylko chwilę.

- Zawsze tak się mówi. Już z tym skoń­czy­łem.

- To z powodu Elene, prawda? - zapy­tała Mama K.

- Myślisz, że czło­wiek może się zmie­nić?

Spoj­rzała na niego z głę­bo­kim smut­kiem.

- Nie. I osta­tecz­nie znie­na­wi­dzi wszyst­kich, któ­rzy go o to pro­szą.

Kylar wstał i wyszedł. W kory­ta­rzu wpadł na Jarla. Przy­ja­ciel szcze­rzył zęby, jak kie­dyś, gdy byli dzie­cia­kami dora­sta­ją­cymi na ulicy i zamie­rzał wykrę­cić jakiś numer. Był ubrany według naj­now­szej mody: w długą tunikę z prze­sad­nie pod­kre­ślo­nymi ramio­nami, a do tego w wąskie spodnie wpusz­czone w wyso­kie buty. Pre­zen­to­wał się nieco z kha­li­dor­ska. Włosy miał zaple­cione w cie­niut­kie war­ko­czyki ze zło­tymi pacior­kami, które pod­kre­ślały jego ciemną kar­na­cję.

- Mam dla cie­bie ide­alną robotę - powie­dział ści­szo­nym gło­sem Jarl, wcale nie wsty­dząc się tego, że pod­słu­chi­wał.

- Bez zabi­ja­nia?

- Nie cał­kiem.

***

- Wasza Świą­to­bli­wość, tchó­rze są gotowi zma­zać swoją winę - ogło­sił Vürdmeister Neph Dada gło­sem nio­są­cym się ponad tłu­mem.

Był sta­rym czło­wie­kiem, żyla­stym, o skó­rze pokry­tej star­czymi pla­mami, zgar­bio­nym i śmier­dzą­cym śmier­cią, którą trzy­mał na dystans za pomocą magii. Oddech grał mu w piersi po wysiłku, jakim było wspi­na­nie się na plat­formę na głów­nym dzie­dzińcu Zamku Cena­ria. Dwa­na­ście sznu­rów z węzłami zwi­sało mu z ramion okry­tych czar­nymi sza­tami, na znak dwu­na­stu shu'ra, które opa­no­wał. Neph z tru­dem ukląkł i podał garść sło­mek Kró­lowi-Bogu.

Król-Bóg Garoth Ursuul stał na plat­for­mie i prze­pro­wa­dzał inspek­cję wojsk. Z przodu, na środku stało bli­sko dwu­stu gra­avar­skich górali - wyso­kich, bar­czy­stych błę­kit­no­okich dzi­ku­sów, z krót­kimi ciem­nymi wło­sami i dłu­gimi wąsami. Po obu ich stro­nach stały rekru­tu­jące się z innych gór­skich ple­mion eli­tarne oddziały, które zajęły zamek. Za nimi cze­kała reszta wojsk, które wma­sze­ro­wały do Cena­rii już po jej wyzwo­le­niu.

Znad Plith, opły­wa­ją­cej zamek z obu stron, pod­no­siła się mgła i prze­są­czała pod zardze­wia­łymi kra­tami w bra­mach, przy­no­sząc ze sobą chłód. Gra­ava­ro­wie zostali podzie­leni na pięt­na­ście grup po trzy­na­stu. Tylko oni nie mieli żad­nej broni, zbroi czy choćby tunik. Stali w samych spodniach, z nie­ru­cho­mymi, bla­dymi twa­rzami, ale zamiast drżeć w chło­dzie jesien­nego poranka, pocili się.

Kiedy Król-Bóg doko­ny­wał inspek­cji wojsk, ni­gdy nie było przy tym wrzawy, ale dzi­siaj - cho­ciaż zgro­ma­dziły się tysięce gapiów - pano­wała taka cisza, że aż dzwo­niło w uszach. Garoth zebrał wszyst­kich żoł­nie­rzy i pozwo­lił przy­glą­dać się inspek­cji także cena­ryj­skim słu­żą­cym, ary­sto­kra­tom i pospól­stwu. Meiste­ro­wie w czarno-czer­wo­nych krót­kich pele­ry­nach stali ramię w ramię z Vürdmeisterami w dłu­gich sza­tach, żoł­nie­rzami, wie­śnia­kami, bed­na­rzami, ary­sto­kra­tami, parob­kami, poko­jów­kami, żegla­rzami i cena­ryj­skimi szpie­gami.

Król-Bóg miał na sobie sze­roki biały płaszcz obszyty gro­no­sta­jami, w któ­rym jego sze­rokie ramiona wyda­wały się wręcz ogromne. Pod spodem nosił białą tunikę bez ręka­wów i sze­rokie białe spodnie. W bia­łym stroju jego blada, kha­li­dor­ska cera wyda­wała się wręcz wid­mowa, a ponadto biel przy­cią­gała wzrok gapiów do virów wiją­cych się na jego skó­rze. Czarne pędy mocy wypły­nęły na powierzch­nię rąk Ursu­ula. Potężne węzły wno­siły się i opa­dały; sploty obrę­bione cier­niami poru­szały się nie tylko w przód i w tył, ale też w górę i w dół, jak fale, prze­ci­ska­jąc się przez skórę - jakby od środka szar­pały ją szpony. Viry nie ogra­ni­czały się tylko do rąk. Oka­lały twarz Króla-Boga. Wspięły się na jego łysą czaszkę i prze­biły skórę, two­rząc cier­ni­stą, drżącą czarną koronę. Garo­thowi krew spły­wała po skro­niach.

Wielu Cena­ryj­czy­ków dziś po raz pierw­szy zoba­czyło Króla-Boga. Roz­dzia­wili usta. Drżeli, kiedy padał na nich jego wzrok. Dokład­nie taki był jego zamiar.

Wresz­cie Garoth wziął jedną słomkę od Nepha Dady i prze­ła­mał ją. Odrzu­cił jedną połówkę i wziął pozo­stałe dwa­na­ście całych sło­mek.

- Niech więc Khali prze­mówi - powie­dział gło­sem buzu­ją­cym mocą.

Dał znać Gra­ava­rom, żeby weszli na pod­wyż­sze­nie. Pod­czas akcji wyzwo­le­nia dostali roz­kaz utrzy­ma­nia tego dzie­dzińca razem z uwię­zio­nymi na nim cena­ryj­skimi ary­sto­kra­tami, któ­rzy póź­niej mieli zostać zgła­dzeni. Zamiast tego Gra­ava­ro­wie dali się roz­gro­mić, a Terah Gra­esin i jej ary­sto­kraci ucie­kli. To było nie­do­pusz­czalne, nie­po­jęte i cał­kiem nie­po­dobne do zacie­kłych Gra­ava­rów. Garoth nie poj­mo­wał, co spra­wiło, że jed­nego dnia wal­czyli, a dru­giego ucie­kli.

Za to dosko­nale rozu­miał hańbę. Przez ostatni tydzień Gra­ava­ro­wie wywo­zili gnój ze stajni, opróż­niali noc­niki, szo­ro­wali pod­łogi. Nie pozwa­lano im spać; zamiast tego całymi nocami pole­ro­wali broń i zbroje lep­szych od sie­bie. Dzi­siaj odpo­ku­tują swoją winę i przez następny rok będą się rwali, żeby udo­wod­nić swoją odwagę. Pod­cho­dząc do pierw­szej grupy z Nephem u boku, Garoth uspo­koił vir na rękach. Kiedy męż­czyźni cią­gnęli słomki, nie mogli myśleć, że to za sprawą magii albo dla oso­bi­stej przy­jem­no­ści Króla-Boga jeden został oca­lony, pod­czas gdy inny ska­zany. Musieli wie­dzieć, że to po pro­stu los, nie­uchronny sku­tek ich wła­snego tchó­rzo­stwa.

Garoth uniósł ręce i wszy­scy Kha­li­dor­czycy wspól­nie się pomo­dlili:

- Khali vas, Kha­li­vos ras en me, Khali mevirtu rapt, recu vir­tum defite.

Kiedy słowa wybrzmiały, pod­szedł pierw­szy żoł­nierz. Miał nie­całe szes­na­ście lat, nad ustami ryso­wał mu się led­wie cień wąsów. Wyglą­dał, jakby miał zaraz upaść, kiedy ode­rwał wzrok od lodo­wa­tej twa­rzy Garo­tha i spoj­rzał na słomki. Jego naga pierś błysz­czała od potu w świe­tle poranka, a wszyst­kie mię­śnie drżały. Wycią­gnął słomkę. Długą.

Połowa napię­cia spły­nęła z jego ciała, ale tylko połowa. Młody męż­czy­zna, który stał obok mło­dzika, był do niego bar­dzo podobny - pew­nie star­szy brat. Obli­zał usta i wycią­gnął słomkę.

Krótką.

Przy­pra­wia­jąca o mdło­ści ulga ogar­nęła resztę oddziału. Widząc ich reak­cję, tysięce obser­wa­to­rów, nie­mo­gą­cych zoba­czyć krót­kiej słomki, wie­działo, że została wycią­gnięta. Męż­czy­zna, który ją wylo­so­wał, spoj­rzał na młod­szego brata. Chło­pak odwró­cił wzrok. Ska­zany spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na Króla-Boga i oddał mu krótką słomkę.

Garoth się odsu­nął.

- Khali prze­mó­wiła - oznaj­mił.

Wszy­scy wzięli wdech, a on ski­nął na oddział.

Górale oto­czyli mło­dego czło­wieka - wszy­scy co do jed­nego, nawet jego brat - i zaczęli go bić.

Trwa­łoby to kró­cej, gdyby Garoth pozwo­lił żoł­nie­rzom wło­żyć kol­cze ręka­wice, posłu­żyć się drzew­cami włóczni albo pła­zem mie­czy, ale uwa­żał, że tak będzie lepiej. Kiedy zacznie pły­nąć krew i polecą kawałki obi­tego ciała, nie powinny pobru­dzić mun­du­rów. Powinny dotknąć bez­po­śred­nio ich skóry. Niech poczują cie­pło krwi umie­ra­ją­cego męż­czy­zny. Niech poznają cenę tchó­rzo­stwa. Kha­li­dor­czycy nie ucie­kają.

Oddział bił z werwą. Krąg się zacie­śniał, a krzyk nara­stał. Było coś intym­nego w nagim ciele ude­rza­ją­cym w nagie ciało. Młody męż­czy­zna znik­nął i było widać tylko łok­cie, uno­szące się i zni­ka­jące przy każ­dym cio­sie, stopy bio­rące zamach do kolej­nego kop­niaka. Po chwili poka­zała się rów­nież krew. Wycią­gnąw­szy krótką słomkę, ten młody czło­wiek stał się ich sła­bo­ścią. Tak posta­no­wiła Khali. Nie był już bra­tem czy przy­ja­cie­lem - był wszyst­kim tym, co zro­bili źle.

Po dwóch minu­tach nie żył.

Żoł­nie­rze, zbry­zgani krwią i dyszący z wysiłku i emo­cji, usta­wili się z powro­tem w szyku. Nie patrzyli na trupa pod nogami. Garoth przyj­rzał się każ­demu z osobna, patrząc im w oczy; naj­dłu­żej zatrzy­mał się przy bra­cie. Potem sta­nął nad tru­pem i wycią­gnął rękę. Vir prze­bił się przez nad­gar­stek, wysu­nął się niczym szpony i zła­pał głowę trupa. Szpony zadrgały kon­wul­syjne i ode­rwały głowę z wil­got­nym odgło­sem, który przy­pra­wił o mdło­ści dzie­siętki Cena­ryj­czy­ków.

- Wasza ofiara została przy­jęta. Jeste­ście oczysz­czeni - ogło­sił i zasa­lu­to­wał.

Z dumą odpo­wie­dzieli na salut i zajęli swoje miej­sce na dzie­dzińcu, pod­czas gdy ciało odcią­gano na bok.

Garoth ski­nął na następny oddział. Każde z kolej­nych czter­na­stu powtó­rzeń będzie dokład­nie takie samo. Cho­ciaż napię­cie wśród żoł­nie­rzy nie opa­dło - nawet w oddzia­łach, które już skoń­czyły, ktoś mógł jesz­cze stra­cić przy­ja­ciela lub krew­niaka w innym oddziale - Garoth stra­cił zain­te­re­so­wa­nie.

- Neph, powiedz mi, czego się dowie­dzia­łeś o tym czło­wieku, o tym "Aniele Nocy", który zabił mojego syna.

***

Zamek Cena­ria nie znaj­do­wał się wysoko na liście miejsc, które Kylar chciałby odwie­dzić. Prze­brał się za gar­ba­rza - zmy­walną farbą pobru­dził dło­nie i przed­ra­miona, popla­mił weł­nianą, rze­mieśl­ni­czą tunikę i spry­skał się kil­koma kro­plami spe­cjal­nego pach­ni­dła, któ­rego recep­turę obmy­ślił jego nie­ży­jący mistrz, Durzo Blint. Śmier­dział tylko odro­binę mniej niż praw­dziwy gar­barz. Durzo zawsze chęt­nie prze­bie­rał się za gar­barzy, hodow­ców świń, żebra­ków i tego typu osob­ni­ków, któ­rych sza­no­wani oby­wa­tele sta­rali się nie zauwa­żać, bo nie mogli znieść ich odoru. Per­fumy nakła­dało się tylko na wierzch­nią odzież, którą w razie potrzeby można było szybko zrzu­cić. Część smrodu na­dal zosta­wała na skó­rze, ale każde prze­bra­nie ma swoje wady. Sztuka pole­gała na tym, żeby dopa­so­wać wady do zle­ce­nia.

Wschodni Most Kró­lew­ski spło­nął w cza­sie prze­wrotu i cho­ciaż meiste­ro­wie napra­wili go na trzech czwar­tych dłu­go­ści, na­dal był zamknięty, więc Kylar prze­kro­czył rzekę Zachod­nim Mostem Kró­lew­skim. Kha­li­dor­scy straż­nicy ledwo na niego zer­k­nęli, gdy ich mijał. Uwaga wszyst­kich, nawet meiste­rów, sku­piała się na pod­wyż­sze­niu pośrodku cen­tral­nego dzie­dzińca zam­ko­wego i gru­pie górali, pół­na­gich mimo chłodu. Kylar zigno­ro­wał oddział na plat­for­mie i rozej­rzał się, spraw­dza­jąc, czy nic mu nie grozi. Na­dal nie był pewien, czy meiste­ro­wie nie widzą jego Talentu, ale podej­rze­wał, że nie, dopóki z niego nie korzy­stał. Praw­do­po­dob­nie, ich zdol­no­ści wią­zały się głów­nie z powo­nie­niem - i wła­śnie z tego powodu zja­wił się jako gar­barz. Gdyby jakiś meister pod­szedł bli­sko, Kylar mógł mieć tylko nadzieję, że przy­ziemne zapa­chy stłu­mią woń magii.

Po czte­rech straż­ni­ków czu­wało po obu stro­nach bramy, po sze­ściu na każ­dym odcinku two­rzą­cych romb murów zam­ko­wych, a jakiś tysięc stał w szyku na dzie­dzińcu - nie licząc około dwu­stu gra­avar­skich górali. W kil­ku­ty­sięcz­nym tłu­mie roz­miesz­czono w regu­lar­nych odstę­pach pięć­dzie­się­ciu meiste­rów. Na samym środku, na pro­wi­zo­rycz­nym pod­wyż­sze­niu znaj­do­wało się kil­ku­na­stu cena­ryj­skich ary­sto­kra­tów, parę oka­le­czo­nych tru­pów i sam Król-Bóg Garoth Ursuul, który roz­ma­wiał z Vürdmeisterem. To mogłoby się wyda­wać idio­tyczne, ale nawet przy takiej licz­bie żoł­nie­rzy i meiste­rów, praw­do­po­dob­nie był to naj­lep­szy moment dla sie­pa­cza, żeby spró­bo­wać zabić Ursu­ula.

Kylar jed­nak nie zja­wił się tutaj, żeby zabi­jać. Przy­szedł poob­ser­wo­wać czło­wieka, z myślą o naj­dziw­niej­szym zle­ce­niu, jakie kie­dy­kol­wiek przy­jął. Rozej­rzał się w tłu­mie za osobą, o któ­rej opo­wie­dział mu Jarl, i szybko ją odna­lazł. Baron Kirof był wasa­lem Gyre'ów. Ponie­waż jego pan lenny nie żył, a zie­mie barona znaj­do­wały się bli­sko mia­sta, jako jeden z pierw­szych cena­ryj­skich ary­sto­kra­tów ugiął kolana przed Garo­them Ursu­ulem. Był gru­bym męż­czy­zną o rudej bro­dzie przy­cię­tej kan­cia­sto na modłę Kha­li­dor­czy­ków z nizin, wiel­kim gar­ba­tym nosie, małym pod­bródku i krza­cza­stych brwiach.

Kylar pod­szedł bli­żej. Baron Kirof pocił się, ocie­rał dło­nie o tunikę i ner­wowo zaga­dy­wał kha­li­dor­skich ary­sto­kra­tów, z któ­rymi stał. Kylar wła­śnie obcho­dził wyso­kiego, śmier­dzą­cego kowala, kiedy ten nagle zdzie­lił go łok­ciem w splot sło­neczny.

Kyla­rowi zaparło dech, a kiedy się zło­żył wpół, ka'kari spły­nęło mu do ręki i zamie­niło się w szty­let naręczny.

- Chcesz mieć lep­szy widok, to przy­chodź wcze­śniej, jak reszta - powie­dział kowal.

Skrzy­żo­wał ręce, pod­cią­ga­jąc rękawy i popi­su­jąc się potęż­nymi bicep­sami.

Z pew­nym wysił­kiem Kylar wymógł na ka'kari, żeby z powro­tem wpły­nęło w skórę, i prze­pro­sił kowala, nie pod­no­sząc wzroku. Kowal mruk­nął coś drwią­cym tonem i wró­cił do oglą­da­nia zabawy.

Kylar zado­wo­lił się przy­zwo­itym wido­kiem na barona Kirofa. Król-Bóg prze­szedł już mię­dzy połową oddzia­łów, a buk­ma­che­rzy przyj­mo­wali zakłady, który numer z każ­dej trzy­nastki umrze. Kha­li­dor­scy żoł­nie­rze to zauwa­żyli. Kylar zasta­na­wiał się, ilu Cena­ryj­czy­ków umrze z powodu bez­dusz­no­ści buk­ma­che­rów, gdy kha­li­dor­scy żoł­nie­rze ruszą wie­czo­rem w mia­sto pełni żalu po zmar­łych i zło­ści na Sa'kagé, plu­ga­wiące wszystko, czego się tknie.

Muszę uciec z tego prze­klę­tego mia­sta.

***

Przy następ­nym oddziale już dzie­się­ciu męż­czyzn wzięło udział w loso­wa­niu i żaden nie wycią­gnął krót­kiej słomki. Warto było popa­trzeć, jak nara­sta w nich despe­ra­cja, kiedy kolejny sąsiad zostaje oszczę­dzony, a ich wła­sne szanse coraz bar­dziej maleją. Jede­na­sty żoł­nierz, męż­czyzna około czter­dziestki, żyla­sty i chudy, wycią­gnął krótką słomkę. Zagryzł koniec wąsa, odda­jąc słomkę Kró­lowi-Bogu, nie oka­zu­jąc emo­cji w żaden inny spo­sób.

Neph zer­k­nął na duchessę Jadwin i jej męża sie­dzą­cych na pod­wyż­sze­niu.

- Zba­da­łem salę tro­nową i wyczu­łem coś, z czym ni­gdy wcze­śniej się nie zetkną­łem. Cały zamek cuch­nie magią, która zabiła wielu naszych meiste­rów, ale nie­które miej­sca w sali tro­no­wej zwy­czaj­nie... nie pachną. Zupeł­nie jakby wejść do domu po poża­rze i tra­fić do jed­nego pokoju, w któ­rym w ogóle nie czuć dymu.

Krew już bry­zgała na wszyst­kie strony i Garoth był pewien, że męż­czy­zna nie żyje, oddział jed­nak na­dal go bił, bił, bił...

- To nie pasuje do tego, co wiemy o srebr­nym ka'kari - powie­dział Garoth.

- Ow­szem, Wasza Świą­to­bli­wość. Myślę, że ist­nieje siódme ka'kari, sekretne. Podej­rze­wam, że neguje magię, i myślę, że ma je Anioł Nocy.

Garoth roz­wa­żał te słowa, kiedy oddział usta­wiał się ponow­nie w szyku, zosta­wia­jąc przed sobą trupa. Twarz męż­czy­zny była zma­sa­kro­wana; a wła­ści­wie trup nie miał twa­rzy... Impo­nu­jąca robota. Oddział albo bar­dzo się sta­rał, żeby udo­wod­nić swoje odda­nie, albo zwy­czaj­nie nie lubił tego bied­nego łaj­daka. Garoth z zado­wo­le­niem ski­nął głową. Znowu wycią­gnął pazur viru i zmiaż­dżył głowę trupa.

- Wasza ofiara została przy­jęta. Jeste­ście oczysz­czeni.

Dwóch jego oso­bi­stych straż­ni­ków prze­nio­sło trupa bli­żej brzegu plat­formy. Ciała skła­dano tam na krwa­wym sto­sie, więc nawet jeśli Cena­ryj­czycy nie widzieli samej śmierci, mogli zoba­czyć jej owoce.

Kiedy następny oddział zaczął loso­wać, Garoth powie­dział:

- Ka'kari ukryte od sied­miu­set lat? Czym ono obda­rza? Umie­jęt­no­ścią cho­wa­nia się? Jaka w tym korzyść dla mnie?

- Wasza Świą­to­bli­wość, mając takie ka'kari, ty albo twój czło­wiek mogli­by­ście wejść do samego serca Ora­to­rium i zabrać każdy skarb, jaki tam ukryto. Nie­zau­wa­żeni. Moż­liwe, że twój agent mógłby wkro­czyć nawet do Lasu Ezry i zebrać dla cie­bie arte­fakty mające sie­dem­set lat. Nie­po­trzebne byłoby już woj­sko i sub­tel­ność. Za jed­nym zama­chem chwy­cił­byś za gar­dło całe Mid­cyru.

Mój agent. Nie­wąt­pli­wie Neph zgło­siłby się na ochot­nika do wyko­na­nia tego nie­bez­piecz­nego zada­nia.

Sama myśl o ist­nie­niu takiego ka'kari zaab­sor­bo­wała Garo­tha na dłuż­szą chwilę, pod­czas któ­rej zgi­nęli dwaj męż­czyźni w kwie­cie wieku, kolejny nasto­la­tek i zapra­wiony w boju żoł­nierz, odzna­czony jed­nym z naj­wyż­szych orde­rów za zasługi, jakie przy­zna­wał Król-Bóg. Jedy­nie w oczach ostat­niego zabły­sło coś pokrew­nego zdra­dzie.

- Zba­daj to - powie­dział Garoth.

Zasta­na­wiał się, czy Khali wie­działa o tym siód­mym ka'kari. Zasta­na­wiał się, czy Dorian o nim wie­dział. Dorian, jego pierw­szy uznany syn. Dorian, który miał być jego następcą. Dorian pro­rok. Dorian zdrajca. Dorian zja­wił się tutaj, Garoth był tego pewien. Tylko Dorian mógł przy­wieźć Curo­cha, potężny miecz Jor­sina Alke­stesa. Jakiś mag poja­wił się z mie­czem na jedną chwilę, uni­ce­stwił pięć­dzie­się­ciu meiste­rów i trzech Vürdmeiste­rów, a potem znik­nął. Neph oczy­wi­ście cze­kał, aż Garoth go o to zapyta, ale Król-Bóg daro­wał sobie poszu­ki­wa­nie Curo­cha. Dorian nie był głup­cem. Nie zbli­żyłby się z Curo­chem tak bar­dzo, gdyby podej­rze­wał, że może go stra­cić. Jak można prze­chy­trzyć czło­wieka, który widzi przy­szłość?

Król-Bóg zmru­żył oczy, miaż­dżąc kolejną głowę. Za każ­dym razem, gdy to robił, krew obry­zgi­wała jego śnież­no­białe ubra­nie. To było celowe, ale mimo wszystko dener­wu­jące; poza tym nie ma nic dostoj­nego w kro­plach krwi lecą­cych czło­wie­kowi do oczu.

- Wasza ofiara została przy­jęta - powie­dział żoł­nie­rzom. - Jeste­ście oczysz­czeni.

Stał na przo­dzie pod­wyż­sze­nia, kiedy męż­czyźni zaj­mo­wali z powro­tem swoje miej­sce na dzie­dzińcu. Przez cały czas ani razu nie odwró­cił się do Cena­ryj­czy­ków sie­dzą­cych za nim na pod­wyż­sze­niu. Zro­bił to teraz.

Kiedy Król-Bóg się obró­cił, vir ożył. Czarne pędy pod­peł­zły do jego twa­rzy, wiły się na jego rękach, nogach, a nawet w źre­ni­cach. Pozwa­lał im przez chwilę zasy­sać świa­tło, sto­jąc spo­wity nie­na­tu­ralną ciem­no­ścią mimo bla­sku jutrzenki. A potem prze­rwał to. Chciał, żeby ary­sto­kraci go widzieli.

Nie było osoby, która nie wytrzesz­cza­łaby oczu. Nie tylko vir i maje­stat przy­na­leżny Garo­thowi tak ich oszo­ło­miły. To trupy zrzu­cone na stos jak drewno na opał za jego ple­cami i po obu stro­nach pod­wyż­sze­nia, oka­la­ją­cego go jak rama. To jego szaty obry­zgane krwią i mózgiem. Pre­zen­to­wał się wspa­niale w swoim dosto­jeń­stwie i prze­ra­ża­jąco w swym maje­sta­cie.

Być może, jeśli duchessa Tru­dana Jadwin prze­żyje, każe nama­lo­wać jej tę scenę.

Król-Bóg przyj­rzał się ary­sto­kra­tom, a ary­sto­kraci na plat­for­mie przy­glą­dali się jemu. Zasta­na­wiał się, czy kto­kol­wiek z nich poli­czył już, ilu ich zasia­dło na pod­wyż­sze­niu. Trzy­na­ścioro.

Wycią­gnął do nich dłoń ze słom­kami.

- Śmiało - powie­dział. - Khali was oczy­ści.

Tym razem nie zamie­rzał pozwo­lić, żeby to los zde­cy­do­wał, kto umrze.

Komen­dant Gher spoj­rzał na Króla-Boga.

- Wasza Świą­to­bli­wość to musi być jakaś... - Urwał.

Król-Bóg nie popeł­niał błę­dów. Z twa­rzy Ghera odpły­nęła cała krew. Wycią­gnął długą słomkę. Minęło kilka chwil, zanim zdał sobie sprawę, że nie powi­nien zbyt wylew­nie oka­zy­wać ulgi.

Więk­szość pozo­sta­łych to byli pomniejsi ary­sto­kraci - męż­czyźni i kobiety, któ­rzy peł­nili różne obo­wiązki w rzą­dzie nie­ży­ją­cego króla Ale­ine'a Gun­dera IX. Łatwo było ich prze­ku­pić. Szan­taż był banal­nie pro­sty. Ale Garoth nic by nie zyskał, zabi­ja­jąc wyrob­ni­ków, nawet jeśli go zawie­dli.

To go dopro­wa­dziło do zla­nej potem Tru­dany Jadwin. Była dwu­na­sta w kolejce, a jej mąż był ostatni.

Garoth się zatrzy­mał. Męż­czy­zna i kobieta spoj­rzeli po sobie. Wie­dzieli i każdy, kto na nich patrzył, wie­dział, że jedno z nich umrze i wszystko zależy od loso­wa­nia Tru­dany. Diuk ner­wowo prze­ły­kał ślinę.

- Ze wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych tu ary­sto­kra­tów ty, diuku Jadwi­nie, jesteś jedy­nym, który ni­gdy dla mnie nie pra­co­wał - powie­dział Garoth. - Zatem to jasne, że mnie nie zawio­dłeś. W prze­ci­wień­stwie do two­jej żony.

- Co takiego? - zdu­miał się diuk. Spoj­rzał na Tru­danę.

- Nie wie­dzia­łeś, że zdra­dzała cię z księ­ciem? Zamor­do­wała go na mój roz­kaz - wyja­śnił Garoth.

Było coś pięk­nego w uczest­ni­cze­niu w sce­nie, która zde­cy­do­wa­nie powinna roz­gry­wać się bez świad­ków. Blada twarz diuka posza­rzała. Naj­wi­docz­niej był jesz­cze mniej spo­strze­gaw­czy niż więk­szość roga­czy. Garoth obser­wo­wał, jak zro­zu­mie­nie ude­rza w bied­nego męż­czy­znę. Każde mgli­ste podej­rze­nie, które ode­pchnął od sie­bie, każda nędzna wymówka, jaką usły­szał, waliły w niego teraz z całą siłą.

Co cie­kawe, Tru­dana Jadwin rów­nież wyglą­dała na wstrzą­śniętą. Garoth spo­dzie­wał się, że kobieta wyce­luje w męża pal­cem i powie mu, dla­czego to wszystko jest jego winą. Zamiast tego w jej oczach malo­wało się poczu­cie winy. Garoth domy­ślał się, że diuk był przy­zwo­itym mężem, i duchessa sama to wie­działa. Zdra­dzała go, bo tak chciała, a teraz dwa­dzie­ścia lat kłamstw spa­dło jej na głowę.

- Tru­dano - powie­dział Król-Bóg, zanim któ­reś z nich się ode­zwało - dobrze mi słu­ży­łaś, ale mogłaś lepiej. Więc oto twoja nagroda i kara. - Wycią­gnął do niej dłoń ze słom­kami. - Krót­sza słomka jest po two­jej lewej.

Spoj­rzała w ciemne od viru oczy Garo­tha, na słomki i w końcu na męża. To była nie­śmier­telna chwila. Garoth wie­dział, że żało­sne spoj­rze­nie diuka będzie prze­śla­do­wać Tru­danę Jadwin do końca jej życia. Król-Bóg nie miał wąt­pli­wo­ści, co duchessa wybie­rze, ale naj­wy­raź­niej Tru­dana uwa­żała, że stać ją na poświę­ce­nie się.

Zebrała się w sobie i się­gnęła po krótką słomkę, ale nagle jej ręka znie­ru­cho­miała. Spoj­rzała na męża, odwró­ciła wzrok i wycią­gnęła długą słomkę.

Diuk zawył. To było cudne. Ten dźwięk prze­szył serce każ­dego Cena­ryj­czyka na dzie­dzińcu. Ide­al­nie poniósł prze­sła­nie Króla-Boga: to mogłeś być ty.

Ary­sto­kraci - łącz­nie z Tru­daną - oto­czyli diuka. Każdy czuł się prze­klęty, uczest­ni­cząc w tym, ale mimo to uczest­ni­czył.

- Kocham cię, Tru­dano - powie­dział do żony diuk. - Zawsze cię kocha­łem.

A potem nacią­gnął płaszcz na twarz i znik­nął wśród ude­rza­ją­cych go koń­czyn.

Król-Bóg tylko się uśmiech­nął.

***

Kiedy Tru­dana Jadwin wahała się, doko­nu­jąc wyboru, Kylar pomy­ślał, że gdyby przy­jął zle­ce­nie Mamy K, teraz miałby dosko­nały moment na atak. Wszy­scy patrzyli na pod­wyż­sze­nie.

Kylar odwró­cił się do barona Kirofa. Obser­wu­jąc szok i prze­ra­że­nie na jego twa­rzy, zauwa­żył, że na murach za baro­nem stoi tylko pię­ciu straż­ni­ków. Szybko poli­czył raz jesz­cze: sze­ściu, ale jeden z nich trzy­mał łuk i pęk strzał w ręku.

Pośrodku dzie­dzińca roz­legł się prze­raź­liwy trzask i Kylar dostrzegł kątem oka, że tylna część pro­wi­zo­rycz­nego pod­wyż­sze­nia roz­pa­dła się w drza­zgi i zała­mała. Coś roz­bły­sku­ją­cego migo­czą­cymi kolo­rami wzle­ciało w powie­trze. Kiedy wszy­scy spoj­rzeli w tę stronę, Kylar zer­k­nął w prze­ciwną. Migo­cząca bomba wybu­chła, wywo­łu­jąc nie­wielki wstrząs i roz­bły­sku­jąc potwor­nym, ośle­pia­ją­cym bia­łym świa­tłem. Gdy setki ośle­pio­nych cywili i żoł­nie­rzy krzy­czały, Kylar zoba­czył, że szó­sty żoł­nierz z murów naciąga cię­ciwę. To był Jonus Brzy­twa, sie­pacz, któ­remu przy­pi­sy­wano pięć­dzie­sięt ofiar. Strzała o zło­tym gro­cie pole­ciała w kie­runku Króla-Boga.

Król-Bóg zasła­niał oczy rękami, ale już tar­cze nady­mały się wokół niego niczym bańki mydlane. Strzała ude­rzyła w jedną z nich, ugrzę­zła i wybu­chła pło­mie­niem, kiedy osłona się roz­pry­sła. Już leciała następna strzała, minęła roz­pa­da­jącą się zewnętrzną tar­czę i ude­rzyła w kolejną. Roz­pry­sła się następna tar­cza i jesz­cze jedna - Jonus Brzy­twa strze­lał z zadzi­wia­jącą szyb­ko­ścią. Korzy­stał z Talentu, pod­trzy­mu­jąc kolejne strzały w powie­trzu, więc kiedy tylko pusz­czał cię­ciwę, następna strzała już była pod ręką do zało­że­nia. Tar­cze roz­pa­dały się szyb­ciej, niż Król-Bóg był w sta­nie je odna­wiać.

Ludzie krzy­czeli ośle­pieni. Pięć­dzie­się­ciu meiste­rów wokół dzie­dzińca usta­wiało tar­cze wokół sie­bie, ści­na­jąc z nóg wszyst­kich wokół.

Sie­pacz, który cho­wał się pod pod­wyż­sze­niem, wsko­czył na plat­formę, zacho­dząc Króla-Boga od tyłu. Zawa­hał się, kiedy ostat­nia falu­jąca tar­cza roz­kwi­tła kilka cali od skóry Ursu­ula, a Kylar zoba­czył, że to wcale nie był sie­pacz, tylko dzie­ciak. Może czter­na­sto­letni, uczeń Jonusa Brzy­twy. Chło­pak był tak sku­piony na Królu-Bogu, że nawet się nie trzy­mał nisko i znie­ru­cho­miał. Kylar usły­szał brzęk cię­ciwy w pobliżu i zoba­czył, że chło­pak pada, wła­śnie kiedy roz­pry­sła się ostat­nia tar­cza Króla-Boga.

Ludzie rzu­cili się do bram, tra­tu­jąc sąsia­dów. Kilku meiste­rów, na­dal ośle­pio­nych i spa­ni­ko­wa­nych, wystrze­liło zie­lone poci­ski w tłum i ota­cza­ją­cych go żoł­nie­rzy. Jeden z oso­bi­stych gwar­dzi­stów Króla-Boga pró­bo­wał go zła­pać i osło­nić. Oszo­ło­miony monar­cha źle zin­ter­pre­to­wał ten ruch i potężne ude­rze­nie virem cisnęło ogrom­nym góra­lem pro­sto w ary­sto­kra­tów na plat­for­mie.

Kylar odwró­cił się, żeby spraw­dzić, kto zabił ucznia sie­pa­cza. Rap­tem sto koków od niego stał Hu Szu­bie­nicz­nik, rzeź­nik, który wyrżnął całą rodzinę Logana Gyre'a, naj­lep­szy sie­pacz w mie­ście od śmierci Durzo Blinta.

Jonus Brzy­twa już ucie­kał, nie tra­cąc ani chwili na roz­pacz z powodu śmierci ucznia. Hu wypu­ścił drugą strzałę i Kylar zoba­czył, jak wbiła się w plecy Jonusa. Sie­pacz spadł z murów i znik­nął im z oczu, ale Kylar nie wąt­pił, że nie żyje.

Hu Szu­bie­nicz­nik zdra­dził Sa'kagé, a teraz ura­to­wał Króla-Boga. Ka'kari poja­wiło się w dłoni Kylara, zanim nawet zdał sobie z tego sprawę. Nie chcia­łem zabić archi­tekta znisz­cze­nia Cena­rii, a teraz gotowy jestem zabić jego ochro­nia­rza? Oczy­wi­ście nazwa­nie Hu Szu­bie­nicz­nika ochro­nia­rzem to jak nazwa­nie niedź­wie­dzia zwie­rzę­ciem futer­ko­wym, ale fakt pozo­sta­wał fak­tem. Kylar wcią­gnął ka'kari z powro­tem w skórę.

Kry­jąc się, żeby Hu nie zoba­czył jego twa­rzy, Kylar dołą­czył do stru­mie­nia spa­ni­ko­wa­nych Cena­ryj­czy­ków wyle­wa­ją­cych się przez zam­kową bramę.

Rozdział 2

Posia­dłość Jadwi­nów prze­trwała pożary, które zamie­niły tak znaczną część mia­sta w pogo­rze­li­sko. Kylar przy­szedł pod pil­nie strze­żoną główną bramę, a straż­nicy bez słowa otwo­rzyli mu boczną furtkę. Po dro­dze do posia­dło­ści zatrzy­mał się tylko, żeby zrzu­cić prze­bra­nie gar­ba­rza i pozbyć się smrodu, myjąc ciało alko­ho­lem. Był pewien, że zja­wił się przed duchessą, ale wieść o śmierci diuka dotarła szyb­ciej. Straż­nicy mieli ręce prze­wią­zane czar­nymi pasami mate­riału.

- To prawda? - zapy­tał jeden z nich.

Kylar ski­nął głową i ruszył do chatki za rezy­den­cją, gdzie miesz­kali Crom­wyl­lo­wie. Elene była ostat­nią sie­rotą, jaką Crom­wyl­lo­wie przy­gar­nęli. Jej rodzeń­stwo dawno temu wypro­wa­dziło się, znaj­du­jąc sobie inną pracę albo idąc na służbę do innych domów. Tylko jej przy­brana matka na­dal pra­co­wała dla Jadwi­nów. Od czasu prze­wrotu Kylar, Elene i Uly zamiesz­kali tu razem. Nie mieli wyboru, ponie­waż wszyst­kie kry­jówki Kylara spło­nęły albo zna­la­zły się poza ich zasię­giem. A że wszy­scy myśleli, że Kylar nie żyje, nie chciał zatrzy­mać się w żad­nej kry­jówce Sa'kagé, gdzie ktoś mógłby go roz­po­znać. Zresztą wszyst­kie kry­jówki pękały w szwach. Nikt nie chciał zostać na uli­cach, na któ­rych gra­so­wali Kha­li­dor­czycy.

Nikogo nie było w chatce, więc Kylar poszedł do kuchni w rezy­den­cji. Jede­na­sto­let­nia Uly stała na stołku i pochy­lała się nad wodą z mydli­nami, zmy­wa­jąc ron­dle. Kylar wszedł, zła­pał ją pod ramię, zakrę­cił nią, aż zapisz­czała, i posta­wił na stole. Srogo spoj­rzał na dziew­czynkę.

- Pil­no­wa­łaś, żeby Elene nie wpa­ko­wała się w żadne kło­poty, jak ci kaza­łem?

- Pró­bo­wa­łam, ale oba­wiam się, że to bez­na­dziejny przy­pa­dek. - Uly wes­tchnęła.

Kylar zaśmiał się, a dziew­czynka mu zawtó­ro­wała. Wycho­wy­wali ją słu­żący na Zamku Cena­ria, utrzy­mu­jąc ją dla jej wła­snego bez­pie­czeń­stwa w prze­świad­cze­niu, że jest sie­rotą. Tak naprawdę była córką Mamy K i Durzo Blinta. Durzo dowie­dział się o jej ist­nie­niu w ostat­nich dniach życia i Kylar obie­cał mu, że zaopie­kuje się dziew­czynką. Po począt­ko­wych trud­no­ściach zwią­za­nych z wytłu­ma­cze­niu małej, że nie jest jej ojcem, sprawy uło­żyły się lepiej, niż Kylar się spo­dzie­wał.

- Bez­na­dziejny? Już ja ci pokażę bez­na­dziejny przy­pa­dek - ode­zwał się ktoś.

Elene wnio­sła wielki sagan z war­stwą tłusz­czu na ścian­kach po wczo­raj­szym gula­szu i wsta­wiła go do wody, w któ­rej Uly myła naczy­nia.

Dziew­czynka jęk­nęła, a Elene się zaśmiała. Kylar nie mógł wyjść z podziwu, jak się zmie­niła w ciągu rap­tem tygo­dnia - a może zmie­nił się spo­sób, w jaki ją postrze­gał? Elene na­dal miała grube bli­zny, które zafun­do­wał jej w dzie­ciń­stwie Szczur: jeden krzyż przez usta i drugi na policzku oraz łuk od brwi do kącika ust. Ale Kylar ledwo je zauwa­żał. Teraz dostrze­gał tylko pro­mienną cerę, oczy błysz­czące inte­li­gen­cją i szczę­ściem, krzywy uśmie­szek, ale nie z powodu szramy, tylko dla­tego, że celowo był szel­mow­ski. A to, jakim cudem kobieta mogła wyglą­dać tak wspa­niale w skrom­nej, weł­nia­nej sukience dla słu­żą­cej i w far­tu­chu, było dla niego jedną z naj­więk­szych zaga­dek wszech­świata.

Elene zdjęła far­tuch z haka i spoj­rzała na Kylara z nie­bez­piecz­nym bły­skiem w oku.

- Och, nie. Nie ja - zapro­te­sto­wał.

Zarzu­ciła mu pętlę od far­tu­cha przez głowę i przy­cią­gnęła go do sie­bie powoli i uwo­dzi­ciel­sko. Patrzyła się na jego wargi, a on nie mógł ode­rwać oczu od jej ust, kiedy zwil­żyła je języ­kiem.

- Myślę... - zaczęła niskim gło­sem, prze­su­wa­jąc rękoma po jego bokach - że...

Uly odkaszl­nęła gło­śno, ale żadne z nich nie zwró­ciło na nią uwagi.

Elene przy­cią­gnęła go do sie­bie, kła­dąc mu ręce na krzyżu, odchy­la­jąc głowę lekko do tyłu i pod­su­wa­jąc usta. Słodki zapach wypeł­nił mu noz­drza...

- ...że tak jest o wiele lepiej.

Mocno zawią­zała troczki od far­tu­cha na jego krzyżu, natych­miast go wypu­ściła z objęć i odsu­nęła się.

- Teraz możesz mi pomóc. Wolisz kroić ziem­niaki czy cebulę?

Obie z Uly zaśmiały się, widząc jego obu­rze­nie.

Kylar sko­czył naprzód, a Elene pró­bo­wała zro­bić unik, on jed­nak zła­pał ją za pomocą Talentu. Ćwi­czył w ciągu ostat­niego tygo­dnia i cho­ciaż jak do tej pory był w sta­nie prze­dłu­żyć zasięg rąk tylko o mniej wię­cej dłu­gość kroku, tym razem tyle wystar­czyło. Przy­cią­gnął Elene i poca­ło­wał ją. Nie bro­niła się zbyt­nio i odwza­jem­niła poca­łu­nek z zapa­łem. Przez chwilę cały świat spro­wa­dzał się do mięk­ko­ści jej ust i bli­sko­ści ciała.

Gdzieś obok nich Uly zaczęła wyda­wać dźwięki jakby wymio­to­wała.

Kylar się­gnął ręką i chlap­nął mydli­nami w stronę iry­tu­ją­cych dźwię­ków. Odgłos wymio­tów nagle się urwał, ustę­pu­jąc miej­sca piskowi. Elene wyplą­tała się z objęć i zasło­niła usta, powstrzy­mu­jąc śmiech.

Kyla­rowi udało się zmo­czyć twarz Uly. Unio­sła rękę i chlap­nęła wodą w niego, a on się nie uchy­lił. Potar­gał jej wil­gotne włosy, cho­ciaż wie­dział, że tego nie zno­siła, i powie­dział:

- No dobra, smar­kulo, nale­żało mi się. A teraz rozejm. Gdzie te ziem­niaki?

Gładko prze­szli do pro­stej, kuchen­nej rutyny. Elene zapy­tała go, co widział i czego się dowie­dział. Cały czas spraw­dza­jąc, czy nikt nie pod­słu­chuje, opo­wie­dział jej, jak obser­wo­wał barona i bez­rad­nie patrzył na próbę zama­chu. Takie roz­mowy to pew­nie naj­nud­niej­sza rzecz w życiu par, ale Kyla­rowi odma­wiano takich nud­nych luk­su­sów codzien­nej miło­ści przez całe życie. Dzie­le­nie się, zwy­czajne mówie­nie prawdy oso­bie, którą się kocha, oka­zało się nie­zmier­nie cenne. Sie­pacz, jak uczył go Durzo, musi umieć porzu­cić wszystko w jed­nej chwili. Sie­pacz jest zawsze sam.

I wła­śnie taka chwila, ta pro­sta bli­skość była powo­dem, dla któ­rego Kylar skoń­czył z drogą cie­nia. Spę­dził ponad połowę życia, nie­zmor­do­wa­nie tre­nu­jąc, żeby zostać ide­al­nym zabójcą. Już nie chciał zabi­jać.

- Potrze­bo­wali trze­ciej osoby do tej roboty - powie­dział Kylar. - Czujki i wspar­cia dla scy­zo­ryka. Dali­by­śmy radę. Ide­al­nie wybrali moment. Jedna sekunda róż­nicy, a uda­łoby im się we dwóch. Gdy­bym był tam z nimi, Hu Szu­bie­nicz­nik i Król-Bóg już by nie żyli. Mie­li­by­śmy pięć­dzie­sięt tysięcy gun­de­rów. - Urwał, gdy naszła go ponura myśl. - Gun­de­rów. Chyba już nie będą tak ich nazy­wać, skoro wszy­scy Gun­de­ro­wie nie żyją. - Wes­tchnął.

- Chcesz wie­dzieć, czy pod­ją­łeś wła­ściwą decy­zję - powie­działa Elene.

- Tak.

- Kylar, zawsze i wszę­dzie znajdą się ludzie tak źli, że naszym zda­niem będą zasłu­gi­wać tylko na śmierć. W zamku, kiedy Roth... ranił cię, nie­wiele bra­ko­wało, a sama spró­bo­wa­ła­bym go zabić. Jesz­cze jedna chwila dłu­żej, a... sama nie wiem. Wiem jed­nak, co mi powie­dzia­łeś na temat zabi­ja­nia i tego, jak wpływa na twoją duszę. Nie­za­leż­nie od tego, ile dobra przy­nosi to światu, cie­bie to nisz­czy. Nie mogę na to patrzeć. Nie będę. Za bar­dzo mi na tobie zależy.

To był jedyny waru­nek, jaki posta­wiła, zga­dza­jąc się opu­ścić mia­sto z Kyla­rem - że porzuci zabi­ja­nie i prze­moc. Na­dal czuł się zagu­biony. Nie miał pew­no­ści, czy podej­ście Elene jest słuszne, ale zoba­czył wystar­cza­jąco dużo, żeby wie­dzieć, że podej­ście Durzo i Mamy K nie było.

- Naprawdę wie­rzysz, że prze­moc rodzi prze­moc? Że osta­tecz­nie mniej nie­win­nych ludzi zgi­nie, jeśli ja prze­stanę zabi­jać?

- Naprawdę.

- W porządku. Zatem muszę dzi­siej­szego wie­czoru zała­twić pewną sprawę. Rano będziemy mogli wyje­chać.

Rozdział 3

Dno Pie­kła to nie było miej­sce dla króla. Sto­sow­nie do nazwy Dno znaj­do­wało się na naj­niż­szym krańcu cena­ryj­skiego wię­zie­nia nazy­wa­nego Pasz­czą. Wej­ście do Pasz­czy było demo­nicz­nym obli­czem wyrzeź­bio­nym w czar­nym szkle wul­ka­nicz­nym. Więź­niów pro­wa­dzano rampą pro­sto do otwar­tych ust, która czę­sto była śli­ska, gdy ze stra­chu tra­cili kon­trolę nad zwie­ra­czami. Na samym Dnie zanie­chano popi­sów w sztuce kamie­niar­skiej, sta­wia­jąc zamiast tego na zwy­kły, instynk­towny strach, jaki budzą cia­sne prze­strze­nie, ciem­ność, prze­pa­ści, upiorne wycie wia­tru wzno­szą­cego się z głę­bin oraz świa­do­mość, że każ­dego więź­nia, z któ­rym będzie się dzie­lić Dno, uznano za nie­god­nego czy­stej śmierci. Na Dnie pano­wał nie­ubła­gany upał i cuch­nęło siarką oraz ludz­kimi nie­czy­sto­ściami w trzech posta­ciach: gówna, tru­pów i brud­nych ciał. Paliła się tylko jedna pochod­nia umiesz­czona wysoko w górze po dru­giej stro­nie kraty, która oddzie­lała te dwu­nożne zwie­rzęta od reszty więź­niów w Pasz­czy.

Jede­na­stu męż­czyzn i jedna kobieta dzie­lili Dno razem z Loga­nem Gyre. Nie­na­wi­dzili go z powodu jego noża, moc­nego ciała i akcentu czło­wieka wykształ­co­nego. Jakimś cudem nawet wśród tej kosz­mar­nej mena­że­rii skła­da­ją­cej się z dzi­wa­deł i zwy­rod­nial­ców Logan się wyróż­niał.

Sie­dział zwró­cony ple­cami do ściany. Była tam tylko jedna ściana, bo Dno miało kształt koła. Pośrodku znaj­do­wała się dziura sze­roka na pięć kro­ków, która pro­wa­dziła w otchłań. Ściany prze­pa­ści były ide­al­nie pio­nowe, ide­al­nie gład­kie, ze szkliwa wul­ka­nicz­nego. Nie spo­sób zgad­nąć, jak głę­boko się­gała. Kiedy więź­nio­wie zrzu­cali kop­nia­kami nie­czy­sto­ści do dziury, nie było sły­chać żad­nego dźwięku. Jedy­nym, co wydo­sta­wało się z tej dziury, był duszący smród siar­cza­nego pie­kła, a spo­ra­dycz­nie wycie wia­tru... A może duchów? Albo udrę­czo­nych dusz zmar­łych...?

Począt­kowo Logan zasta­na­wiał się, dla­czego współ­więź­nio­wie zała­twiają się pod ścianą i dopiero póź­niej - o ile w ogóle - sko­pują nie­czy­sto­ści do dziury. Za pierw­szym razem, kiedy musiał iść za potrzebą, zro­zu­miał: tylko wariat przy­kuc­nąłby przy dziu­rze. Tu na dole nie można było w żaden spo­sób nara­żać się na atak. Kiedy jeden wię­zień musiał przejść obok dru­giego, prze­su­wał się szybko i nie­uf­nie, war­cząc, sycząc i wyrzu­ca­jąc z sie­bie prze­kleń­stwa takim stru­mie­niem, że słowa tra­ciły wszel­kie zna­cze­nie. Zepchnię­cie dru­giego więź­nia do dziury to był naj­prost­szy spo­sób zabi­cia go.

Co gor­sza, skalny pier­ścień, który ota­czał prze­paść, miał tylko trzy kroki sze­ro­ko­ści i dodat­kowo opa­dał lekko ku dziu­rze. Ten skra­wek skały to był cały świat Mętów. Wąski, śli­ski przed­sio­nek śmierci. Logan nie spał od sied­miu dni - od prze­wrotu. Zamru­gał. Sie­dem dni. Zaczy­nał słab­nąć. Nawet Pią­tak, który zdo­był więk­szość z ostat­niego posiłku, nie jadł od czte­rech dni.

- Przy­no­sisz pecha, Trzy­na­sty - powie­dział Pią­tak, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem. - Nie kar­mili nas, odkąd się zja­wi­łeś.

Pią­tak był jedy­nym, który nazy­wał go Trzy­na­stym. Reszta zaak­cep­to­wała imię, które sam sobie na­dal w chwili sza­leń­stwa: Król.

- Chcia­łeś powie­dzieć: odkąd pożar­łeś ostat­niego straż­nika? - zapy­tał Logan. - Nie sądzisz, że to może mieć coś wspól­nego z obec­nym sta­nem rze­czy?

Wszy­scy się zaśmiali oprócz przy­głupa Zgrzy­ta­cza, który tylko uśmiech­nął się bez­myśl­nie, odsła­nia­jąc spi­ło­wane na ostro zęby. Pią­tak nic nie powie­dział, tylko dalej prze­żu­wał i roz­cią­gał w rękach linę. Już nosił na sobie zwój tak gruby, że nie­mal prze­sła­niał jego rów­nie żyla­stą jak sam sznur syl­wetkę. Pią­tak wzbu­dzał naj­więk­szy strach spo­śród wszyst­kich więź­niów. Logan nie nazwałby go przy­wódcą, bo to suge­ro­wa­łoby, że wśród więź­niów panuje jakiś porzą­dek spo­łeczny. Ci ludzie byli jak zwie­rzęta: zaro­śnięci, tak brudni, że nie spo­sób powie­dzieć, jakiego koloru była ich skóra przed uwię­zie­niem, patrzący dziko i strzy­gący uszami na naj­lżej­szy odgłos. Wszy­scy spali czuj­nie. I, odkąd Logan się tu zja­wił, zje­dli dwóch ludzi.

"Zja­wił"? Po pro­stu tu wsko­czy­łem. A mogłem po pro­stu szybko umrzeć. Teraz będę sie­dział tu wiecz­ność, a przy­naj­mniej do chwili, kiedy mnie pożrą. Na bogów, oni mnie zje­dzą!

Od nara­sta­ją­cego prze­ra­że­nia i roz­pa­czy jego uwagę ode­rwał ruch po dru­giej stro­nie Dna. To była Lilly. Ona jedna nie przy­wie­rała do ściany. Nie zwa­żała na dziurę, nie bała się. Jakiś męż­czy­zna zła­pał ją za sukienkę.

- Nie teraz, Jake - powie­działa do jed­no­okiego męż­czy­zny.

Jake trzy­mał ją jesz­cze chwilę, ale kiedy poru­szyła zna­cząco brwią, puścił jej sukienkę, klnąc przy tym. Lilly usia­dła obok Logana. To była pro­sta kobieta w nie­okre­ślo­nym wieku. Mogła mieć około pięć­dzie­siętki, ale Logan domy­ślał się, że bli­żej jej do dwu­dziestki - na­dal miała więk­szość zębów.

Nie odzy­wała się przez dłuż­szy czas. A potem, kiedy już zain­te­re­so­wa­nie jej zmianą miej­sca osła­bło, podra­pała się z roz­tar­gnie­niem w kro­cze i powie­działa:

- Co zamie­rzasz?

Głos miała młody.

- Zamie­rzam wyjść stąd i zamie­rzam odzy­skać kró­le­stwo.

- Trzy­masz się tej gadki o Królu. Będą myśleli, że zwa­rio­wa­łeś. Widzę, że roz­glą­dasz się jak zagu­biony dzie­ciak. Żyjesz ze zwie­rzę­tami. Jeśli chcesz prze­żyć, musisz być potwo­rem. Chcesz się cze­goś trzy­mać, scho­waj to głę­boko. A potem rób, co trzeba. - Klep­nęła się w kolano i poszła do Jake'a.

Po kilku chwi­lach Jake się z nią parzył. Zwie­rzęta w ogóle się tym nie prze­jęły. Nawet nie patrzyły.

***

Sza­leń­stwo już go dopa­dało. Dorian trzy­mał się w sio­dle tylko dzięki instynk­towi. Świat zewnętrzny wyda­wał się daleki, nie­ważny, ukryty za mgłą, pod­czas gdy wizje były bli­skie, żywe, inten­sywne. Gra trwała i pionki się prze­su­wały, a wizja Doriana roz­ro­sła się jak ni­gdy dotąd. Anioł Nocy uciek­nie do Caer­nar­von; jego moce rosły, ale on ich nie uży­wał.

Co ty wypra­wiasz, chłop­cze? Dorian chwy­cił się tego życia i zaczął je badać wstecz. Roz­ma­wiał z Kyla­rem raz i prze­po­wie­dział mu śmierć. Teraz już wie­dział, dla­czego nie prze­wi­dział też tego, że Anioł Nocy umrze, a zara­zem nie umrze. Durzo go zmy­lił. Dorian widział, że życie Durzo prze­plata się z wie­loma innymi żywo­tami. Widział to, ale nie rozu­miał.

Kusiło go, żeby spró­bo­wać wyśle­dzić wstecz wszyst­kie żywoty Durzo aż do pierw­szego, kiedy ten otrzy­mał ka'kari, które teraz miał Kylar. Kusiło go, żeby spraw­dzić, czy zdo­łałby odna­leźć życie Ezry Sza­lo­nego - z pew­no­ścią takie życie pło­nę­łoby tak jasno, że nie spo­sób je prze­oczyć. Może wtedy mógłby podą­żyć za Ezrą, dowie­dzieć się, co wielki mag wie­dział, dowie­dzieć się, jak tę wie­dzę zdo­był. Ezra stwo­rzył ka'kari sie­dem wie­ków temu, a ka'kari uczy­niło Kylara nie­śmier­tel­nym. Tylko trzy kroki do jed­nego z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych i potę­pia­nych magów w histo­rii. Trzy kroki! Trzy kroki do odna­le­zie­nia kogoś tak sław­nego, kto nie żył od tak dawna. To było kuszące, ale zaję­łoby sporo czasu. Może wiele mie­sięcy. Ale, och, jakich rze­czy mógłby się dowie­dzieć!

Dowie­dział­bym się wiele o prze­szło­ści, pod­czas gdy teraź­niej­szość się roz­pada. Skup się, Doria­nie, skup.

Cze­pia­jąc się z powro­tem życia Kylara, Dorian prze­śle­dził je od dzie­ciń­stwa w Norach, przy­jaźni z Elene i Jar­lem, poprzez gwałt na Jarlu, oka­le­cze­nie Elene, do pierw­szego zabój­stwa jede­na­sto­let­niego Kylara, ter­mi­no­wa­nia u Durzo i nauki u Mamy K, koją­cego wpływu hra­biego Drake'a, przy­jaźni z Loga­nem, ponow­nego spo­tka­nia z Elene, kra­dzieży ka'kari, prze­wrotu na zamku, zabi­cia mistrza i odszu­ka­nia Rotha Ursu­ula.

Mojego młod­szego brata, pomy­ślał Dorian, i potwora, jakim kie­dyś sam byłem.

Skup się, Doria­nie. Wyda­wało mu się, że coś usły­szał, krzyk, jakieś poru­sze­nie w przy­ziem­nym świe­cie, ale nie pozwo­lił, żeby znowu coś go roz­pro­szyło. Tu! Patrzył, jak Kylar w imię spra­wie­dli­wo­ści otruł Mamę K i jak w imię miło­sier­dzia dał jej anti­do­tum.

Dorian wie­dział, jakich wybo­rów doko­nał ten młody czło­wiek, ale nie wie­dząc dla­czego, nie był w sta­nie zgad­nąć, jaką drogę obie­rze w przy­szło­ści. Chło­pak już nie raz wybrał mniej oczy­wi­stą ścieżkę, albo wręcz nie­moż­liwą drogę. Mając wybór mię­dzy ode­bra­niem życia swo­jej miło­ści a ode­bra­niem go swo­jemu men­to­rowi, zde­cy­do­wał się oddać wła­sne. Byk pod­su­nął oba rogi, a Kylar prze­sko­czył nad głową byka. To Kylar się liczył. W tej chwili Dorian widział nagą duszę mło­dzieńca.

Teraz cię mam, Kyla­rze. Teraz cię znam.

Dorian poczuł nagły ból w ręce, ale teraz, kiedy mocno zła­pał Kylara, nie zamie­rzał puścić. Kylar gorąco pra­gnął pogo­dzić bru­talną rze­czy­wi­stość ulicy z poboż­nymi impul­sami hra­biego Drake'a, któ­rymi się zara­ził. Zara­ził? To słowo przy­szło od Kylara. Zatem, tak jak Durzo, widział w miło­sier­dziu sła­bość.

Będziesz pie­kiel­nie trudny, co?

Dorian zaśmiał się, obser­wu­jąc, jak Kylar radzi sobie z nie­kom­pe­tent­nym Sa'kagé w Caer­nar­von, jak wybiera zioła, jak płaci podatki, jak się kłóci z Elene, jak stara się być nor­mal­nym czło­wie­kiem. Jed­nakże nie radzi sobie za dobrze, pre­sja nara­sta. Kylar wyj­muje szary strój sie­pa­cza, wycho­dzi na dachy - zabawne, że robi to nie­za­leż­nie od wybo­rów, któ­rych doko­nał do tej chwili - i pew­nej nocy ktoś puka do drzwi i poja­wia się Jarl, znowu sta­wia­jąc Kylara mię­dzy kobietą, którą kocha, i życiem, któ­rego nie­na­wi­dzi, a przy­ja­ciółmi, któ­rych kocha, i życiem, któ­rego powi­nien nie­na­wi­dzić, mię­dzy jed­nym obo­wiąz­kiem a dru­gim, mię­dzy hono­rem a zdradą. Kylar to Cień o Zmierz­chu, rosnący kolos, który jedną stopę posta­wił pośród dnia, a drugą w mro­kach nocy. Jed­nakże cień to efe­me­ryczne stwo­rze­nie i pomroka musi albo pociem­nieć, prze­cho­dząc w noc, albo poja­śnieć, zamie­nia­jąc się w dzień. Kylar otwiera drzwi dla Jarla i przy­szłość się roz­pada...

- Do dia­bła, Doria­nie! - Feir ude­rza go.

Dorian nagle zdał sobie sprawę, że Feir musiał go spo­licz­ko­wać już kilka razy, bo szczęka bolała go po obu stro­nach. Z jego lewą ręką będzie naprawdę źle. Patrzy, gorącz­kowo zbie­ra­jąc myśli i pró­bu­jąc odna­leźć wła­ściwą szyb­kość czasu.

Zoba­czył, że z ręki wystaje mu strzała. Czarna strzała kha­li­dor­skich górali. Zatruta.

Feir znowu go spo­licz­ko­wał.

- Prze­stań! Prze­stań! - zawo­łał Dorian, wyma­chu­jąc rękami; natych­miast poczuł ból w lewej. Jęk­nął i zaci­snął powieki, ale powró­cił. Odzy­skał zdrowe zmy­sły.

- Co się stało? - zapy­tał.

- Jeźdźcy - powie­dział Feir.

- Banda idio­tów, któ­rzy chcieli zabrać coś do domu, żeby mieć się czym prze­chwa­lać - wyja­śnił Solon.

Rzecz jasna, tym czymś byłyby uszy Solona, Feira i Doriana. Jeden z czte­rech tru­pów już nosił naszyj­nik z dwojga uszu. Wyglą­dały na świeże.

- Wszy­scy nie żyją? - spy­tał Dorian.

Był naj­wyż­szy czas zająć się strzałą.

Solon smęt­nie poki­wał głową, a Dorian wyczy­tał ze śla­dów histo­rię krót­kiej bitwy w ich obo­zie. Atak nastą­pił, kiedy Feir i Dorian roz­bi­jali obóz. Słońce wła­śnie wpa­dało w wąską prze­łęcz w paśmie gór Fal­tier i jeźdźcy nad­je­chali od zachodu, myśląc, że pro­mie­nie ośle­pią prze­ciw­nika. Dwóch łucz­ni­ków pró­bo­wało osła­niać nad­jeż­dża­ją­cych towa­rzy­szy, ale strze­lali ze wznie­sie­nia ostro w dół i pierw­szymi strza­łami nie tra­fili.

Dal­szy ciąg był z góry prze­są­dzony. Solon nie­zgo­rzej wła­dał mie­czem, a Feir - nie­bo­siężny, mon­stru­al­nie silny i szybki Feir - był Arcy­szer­mie­rzem dru­giego stop­nia. Solon pozwo­lił Feirowi zająć się jeźdź­cami. Nie zdą­żył ura­to­wać Doriana przed strzałą, ale za pomocą magii zabił oby­dwu łucz­ni­ków. Cała walka zajęła pew­nie mniej niż dwie minuty.

- Szkoda, bo są z klanu Chu­raq - powie­dział Solon, sztur­cha­jąc jed­nego z wyta­tu­owa­nych na czarno mło­dzi­ków. - Z rado­ścią zabi­liby tych łaj­da­ków z klanu Hra­agl, strze­gą­cych kha­li­dor­skiego taboru, który ści­gamy.

- Myśla­łem, że Wyjące Wichry są nie do zdo­by­cia - ode­zwał się Feir. - Skąd jeźdźcy po tej stro­nie gra­nicy?

Solon pokrę­cił głową. To przy­cią­gnęło uwagę Doriana do jego wło­sów, które były cał­kiem czarne i tylko przy samej skó­rze pobie­lały. Odkąd Solon uśmier­cił pięć­dzie­się­ciu meiste­rów za pomocą Curo­cha - nie­wiele bra­ko­wało, a zabiłby i sie­bie samego ilo­ścią magii, jakiej wtedy użył - zaczęły mu rosnąć siwe włosy. Nie szpa­ko­wate jak u star­szego męż­czy­zny, ale śnież­no­białe. Ostro kon­tra­sto­wały z jego twa­rzą - twa­rzą męż­czy­zny w kwie­cie wieku, przy­stoj­nego Sethyj­czyka o oliw­ko­wej cerze i rysach wyrzeź­bio­nych przez woj­skowe życie. Solon począt­kowo narze­kał, że po uży­ciu Curo­cha wszystko widzi albo w dzi­wacz­nych kolo­rach, albo w czerni i bieli, ale naj­wy­raź­niej to już minęło.

- Nie do zdo­by­cia, ow­szem - powie­dział Solon. - I nie do przej­ścia dla woj­ska, zga­dza się. Jed­nakże o tej porze roku, pod koniec lata, ci mło­dzi ludzie potra­fią przejść przez góry. Mnó­stwo ich ginie w trak­cie wspi­naczki, albo nad­cho­dzi burza nie wia­domo skąd i zmywa ich ze skały, ale jeśli mają szczę­ście i siłę, nic ich nie powstrzyma. Gotowy już jesteś z tą strzałą, Doria­nie?

Cho­ciaż wszy­scy trzej męż­czyźni byli magami, oczy­wi­ste było, że żaden przy­ja­ciel mu nie pomoże, nie z tym. Dorian był Hoth'sala­rem, bra­tem Uzdro­wi­cie­lem. Nadzieja, że ule­czy wła­sne nasi­la­jące się sza­leń­stwo, spra­wiła, że wspiął się na wyżyny kunsztu lecz­ni­czego.

Nagle z ręki Doriana i z ciała wokół grotu pocie­kła woda.

- Co to było? - zapy­tał zie­lony na twa­rzy Feir.

- To był płyn z krwi, do któ­rej już prze­nik­nęła tru­ci­zna. Cały jad powi­nien zostać na strzale, kiedy ją wycią­gniesz - wyja­śnił Dorian.

- Ja? - zapy­tał Feir; nie­zdrowa bla­dość jego twa­rzy kłó­ciła się z potężną syl­wetką.

- Nie wygłu­piaj się - powie­dział Solon i sam wyrwał strzałę.

Doria­nowi zaparło dech. Feir musiał go zła­pać. Solon spoj­rzał na strzałę. Zadziory przy­gięto, żeby nie roze­rwały ciała przy wyj­mo­wa­niu, ale drzewce było pokryte czarną sko­rupą krwi i tru­ci­zną, któ­rej Dorian nadał kry­sta­liczną struk­turę. To spra­wiło, że drzewce zro­biło się trzy razy szer­sze.

Dorian jesz­cze ciężko dyszał, ale fale magii już zaczęły tań­czyć w powie­trzu jak maleń­kie świe­tliki, jak setka pającz­ków tka­ją­cych lśniące paję­czyny, kobierce świa­tła. Wła­śnie ta część robiła wra­że­nie na jego przy­ja­cio­łach. Teo­re­tycz­nie każdy mag potra­fił się ule­czyć, ale z jakie­goś powodu nie tylko zwy­kle nie dzia­łało to naj­le­piej, ale też lecze­nie cze­go­kol­wiek poważ­niej­szego niż nie­wielka rana było nie­sły­cha­nie bole­sne. Zupeł­nie jakby pacjent musiał poczuć każdy ból, podraż­nie­nie i swę­dze­nie, które wywo­ła­łaby rana w cza­sie całego okresu goje­nia. Kiedy mag leczył kogoś innego, mógł znie­czu­lić pacjenta. Gdy leczył sie­bie, znie­czu­le­nie gro­ziło błę­dem i śmier­cią. Z dru­giej strony magi - kobiety mago­wie - nie miały takich pro­ble­mów. Ruty­nowo leczyły same sie­bie.

- Jesteś nie­sa­mo­wity - powie­dział Solon. - Jak ty to robisz?

- To kwe­stia kon­cen­tra­cji - odpo­wie­dział Dorian. - Mia­łem sporo prak­tyki.

Uśmiech­nął się, otrzą­snął, jakby zrzu­cał z sie­bie zmę­cze­nie, i w jed­nej chwili się oży­wił. Był w pełni obecny duchem, co ostat­nio zda­rzało mu się coraz rza­dziej.

Solon spo­sęp­niał. Sza­leń­stwo Doriana było nie­od­wra­calne. Będzie się nasi­lało, aż Dorian sta­nie się beł­ko­cą­cym idiotą, sypia­ją­cym gdzieś przy dro­dze albo po sto­do­łach. Nikt nie będzie go sza­no­wał i tylko raz, dwa razy do roku będą mu się przy­tra­fiały chwile przy­tom­no­ści umy­słu. Cza­sem te chwile będą przy­cho­dzić, kiedy w pobliżu nie znaj­dzie się nikt, kto by mu powie­dział, jaką wie­dzę kie­dyś posiadł.

- Prze­stań - powie­dział Solo­nowi Dorian. - Wła­śnie mia­łem obja­wie­nie. - Powie­dział to ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem, dając do zro­zu­mie­nia, że to było praw­dziwe obja­wie­nie. - Idziemy złą drogą. A przy­naj­mniej ty. - Dorian wska­zał Feira. - Musisz podą­żać za Curo­chem na połu­dnie od Ceury.

- Co masz na myśli? - zdzi­wił się Feir. - Myśla­łem, że jedziemy za mie­czem. A poza tym moje miej­sce jest przy tobie.

- Solo­nie, my dwaj musimy jechać na pół­noc od Wyją­cych Wichrów.

- Chwi­leczkę... - zaczął Feir, ale oczy Doriana znowu się zaszkliły. Odpły­nął. - Cudow­nie - mruk­nął Feir. - Po pro­stu cudow­nie. Przy­się­gam, że on to robi spe­cjal­nie.

Rozdział 4

Minęła pół­noc, zanim Jarl zja­wił się w małej chatce Crom­wyl­lów. Spóź­nił się ponad godzinę. Przy­brana matka Elene spała we wspól­nej sypialni, więc Kylar, Elene i Uly sie­dzieli w pokoju od frontu. Uly przy­snęła oparta o Kylara, ale kiedy Jarl wszedł, pode­rwała się z prze­ra­że­niem.

W co ja wplą­tuję to dziecko? - pomy­ślał Kylar. Uści­snął ją, a kiedy dotarło do niej, gdzie jest, uspo­ko­iła się zawsty­dzona.

- Prze­pra­szam - powie­dział Jarl. - Bla­dawcy... karzą Nory za próbę zama­chu. Chcia­łem wró­cić i spraw­dzić parę rze­czy, ale zablo­ko­wali wszyst­kie mosty. Żadna łapówka dzi­siaj nie wystar­czy.

Kylar zorien­to­wał się, że Jarl nie wcho­dzi w szcze­góły ze względu na Uly. Wie­dząc jed­nak, jak źle wyglą­dała sytu­acja w Norach przed próbą zama­chu, Kylar z tru­dem sobie wyobra­żał, co musiało się tam dziać tej nocy.

Zasta­na­wiał się, o ile gorzej byłoby, gdyby Król-Bóg rze­czy­wi­ście zgi­nął. Prze­moc naprawdę rodzi prze­moc.

- To ozna­cza, że robota jest odwo­łana? - rzu­cił, żeby Elene i Uly nie dopy­ty­wały się o Nory.

- Na­dal aktu­alna. - Jarl podał mie­szek Elene. Był podej­rza­nie lekki. - Pozwo­li­łem sobie od razu zała­twić sprawę łapówki dla straży przy bra­mie. Cena już poszła w górę, a gwa­ran­tuję, że jutro będzie jesz­cze wyż­sza. Macie listę godzin, w któ­rych prze­ku­pieni straż­nicy pra­cują w tym tygo­dniu?

Jarl roz­wią­zał zawi­niątko i wyjął kre­mową tunikę, spodnie i wyso­kie, ciemne buty.

- Znamy ją na pamięć - odpo­wie­dział Kylar.

- Słu­chaj - ode­zwała się Elene - wiem, że Kylar zwykł wyko­ny­wać zle­ce­nia, nie rozu­mie­jąc dla­czego coś robi i co wła­ści­wie robi, ale ja muszę to zro­zu­mieć. Dla­czego ktoś płaci pięć­set gun­de­rów za to, żeby Kylar udał, że umiera? To for­tuna!

- Nie dla kha­li­dor­skiego diuka. Powiem ci, co zdo­ła­łem sobie z tego wszyst­kiego poskła­dać - powie­dział Jarl. - Diu­ko­wie w Kha­li­do­rze to nie to samo co nasi diu­ko­wie, ponie­waż ary­sto­kra­cja w Kha­li­do­rze zawsze stoi niżej niż meiste­ro­wie. Ale meiste­ro­wie potrze­bują ludzi, któ­rzy będą pil­no­wali chło­pów i tak dalej, więc diuk Var­gun jest bogaty, ale musi wal­czyć o każdy ochłap wła­dzy, jaki ma. Przy­był do Cena­rii, mając nadzieję na awans, jed­nak sta­no­wi­sko, na które liczył - dowódcy kró­lew­skiej straży cena­ryj­skiej, powie­rzono porucz­ni­kowi Huri­nowi Ghe­rowi, nowemu komen­dan­towi Ghe­rowi.

- W ramach zapłaty za to, że popro­wa­dził cena­ryj­skich ary­sto­kra­tów w zasadzkę w noc prze­wrotu. Zdrajca - powie­dział Kylar.

- Zga­dza się. Raz w tygo­dniu ran­kiem komen­dant Gher cho­dzi do portu z kil­koma naj­bar­dziej zaufa­nymi ludźmi po łapówkę od Sa'kagé, uda­jąc, że jest na patrolu. Tego ranka zoba­czy swo­jego rywala, diuka Var­guna, jak zabija pomniej­szego cena­ryj­skiego ary­sto­kratę, barona Kirofa. Komen­dant Gher z rado­ścią aresz­tuje diuka. Po paru dniach albo tygo­dniach "zmarły" baron Kirof pojawi się znowu. Komen­dant Gher będzie skom­pro­mi­to­wany, bo aresz­tuje diuka bez powodu i diuk Var­gun naj­praw­do­po­dob­niej przej­mie jego robotę. Wiele rze­czy może się źle poto­czyć i dla­tego Kylar dosta­nie tylko pięć­set gun­de­rów.

- To wygląda na strasz­nie skom­pli­ko­wane - zmar­twiła się Elene.

- Zaufaj mi - odparł Jarl. - Jak na kha­li­dor­ską poli­tykę, to bar­dzo pro­ste.

- A jakie korzy­ści będzie miało z tego Sa'kagé? - spy­tał Kylar.

Jarl wyszcze­rzył zęby.

- Pró­bo­wa­li­śmy dorwać barona Kirofa, ale naj­wy­raź­niej diuk nie jest głupi. Kirof już znik­nął.

- Sa'kagé chciało porwać barona Kirofa? Po co? - zdzi­wiła się Elene.

- Mając Kirofa, można by szan­ta­żo­wać komen­danta Ghera. Komen­dant wie­działby, że w chwili, gdy Kirof się pojawi, on będzie skoń­czony, więc Sa'kagé mia­łoby go w kie­szeni - odpo­wie­dział Kylar.

- Wiesz, cza­sem pró­buję sobie wyobra­zić, jak wyglą­da­łoby to mia­sto bez Sa'kagé, i nie potra­fię - powie­działa Elene. - Chcę się stąd wynieść, Kylar. Mogę pójść z wami dziś wie­czo­rem?

- Nie ma dość miej­sca dla doro­słej osoby - odpo­wie­dział za niego Jarl. - A poza tym wrócą przed świ­tem. Uly? Kylar? Jeste­ście gotowi?

Kylar ski­nął głową, a Uly z ponurą miną powtó­rzyła ten gest.

Dwie godziny póź­niej byli już w por­cie, gotowi się roz­dzie­lić. Uly miała scho­wać się poni­żej nabrzeża na zaka­mu­flo­wa­nej tra­twie, która wyglą­dała jak kupa drewna dry­fu­ją­cego na rzece. Kiedy Kylar wpad­nie do wody, Uly poda mu żerdź, żeby miał się czego zła­pać i mógł wypły­nąć poza wido­kiem. Na małej tra­twie było tylko miej­sce dla Uly i dla Kylara - aku­rat tyle, żeby mógł wynu­rzyć głowę. Jak już się wynu­rzy, "kupa drewna" spły­nie z prą­dem kil­ka­set kro­ków do dru­giego nabrzeża, gdzie oboje wyjdą z wody.

- A jeśli coś pój­dzie nie tak? To zna­czy naprawdę źle? - zapy­tała Uly. Zimna noc spra­wiła, że Uly poczer­wie­niały policzki. Przez to wyglą­dała jesz­cze mło­dziej.

- Wtedy powiedz Elene, że prze­pra­szam.

Kylar wygła­dził przód kre­mo­wej tuniki. Ręce mu drżały.

- Kylar, boję się.

- Uly - powie­dział, patrząc w jej wiel­kie piwne oczy - chcia­łem ci powie­dzieć... to zna­czy, wolał­bym... - Odwró­cił wzrok. - Wolał­bym, żebyś nie nazy­wała mnie praw­dzi­wym imie­niem, kiedy jeste­śmy na robo­cie. - Pokle­pał ją po gło­wie. Nie cier­piała tego. - Jak wyglą­dam?

- Zupeł­nie jak baron Kirof... jeśli naprawdę bar­dzo mocno zmrużę oczy.

Wie­dział, że to odpłata za kle­pa­nie po gło­wie.

- Mówi­łem ci już kie­dyś, że jesteś jak wrzód na tyłku?

Uly tylko wyszcze­rzyła zęby.

Za kilka godzin port zapełni się doke­rami i żegla­rzami, przy­go­to­wu­ją­cymi ładunki przed wscho­dem słońca. Na razie jed­nak pano­wała cisza, jeśli nie liczyć chlu­po­ta­nia wody. Pry­watna straż nocna w por­cie została opła­cona, ale więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo sta­no­wiły grupki kha­li­dor­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy mogli tędy prze­cho­dzić, szu­ka­jąc oka­zji do roz­róby. Na szczę­ście wyglą­dało na to, że więk­szość wybrała się tej nocy do Nor.

- No dobrze, więc do zoba­cze­nia po dru­giej stro­nie - powie­dział, uśmie­cha­jąc się zna­cząco.

Nie powi­nien był tego mówić. Oczy Uli wypeł­niły się łzami.

- Nos do góry - dodał łagod­niej. - Nic mi nie będzie.

Ode­szła, a kiedy znik­nęła Kyla­rowi z oczu, jego twarz zaczęła migo­tać. W miej­sce szczu­płych, mło­dych rysów nagle poja­wił się drugi pod­bró­dek i ruda broda przy­cięta na kha­li­dor­ską modłę; nos urósł i zro­bił się gar­baty, brwi stały się nie­zwy­kle krza­cza­ste. Teraz rze­czy­wi­ście wyglą­dał jak baron Kirof.

Zer­k­nął do małego lusterka. Nachmu­rzył się. Ilu­zo­ryczny nos zmarsz­czył się nieco. Otwo­rzył usta, uśmiech­nął się, wykrzy­wił, mru­gnął, obser­wu­jąc mimikę. Nie było dobrze, ale musiało wystar­czyć. Uly pomo­głaby mu lepiej przy­go­to­wać twarz, ale im mniej wie­działa o jego talen­tach, tym lepiej. Ruszył nabrze­żem.

- Dobrzy bogo­wie - powie­dział diuk Ten­ser Var­gun na widok Kylara. - To ty?

Twarz diuka była spo­cona i zie­mi­sta nawet w świe­tle pochodni na końcu portu.

- Diuku Var­gun, mam dla pana wia­do­mość - powie­dział Kylar, łapiąc Kha­li­dor­czyka za nad­gar­stek. Zni­żył głos. - Nic panu nie będzie. Pro­szę robić wszystko zgod­nie z pla­nem.

- Baro­nie Kirof, dzię­kuję - odpo­wie­dział diuk, odro­binę teatral­nie. Znowu zni­żył głos. - Więc jest pan akto­rem.

- Tak. I posta­rajmy się, żebym nie wyle­ciał z roboty.

- Ni­gdy w życiu nikogo nie zabi­łem.

- Zadbajmy, żeby dziś w nocy nie zali­czył pan pierw­szego razu - odpo­wie­dział Kylar.

Spoj­rzał na ozdobny szty­let za pasem diuka. Był pamiątką rodową; jego nie­wy­ja­śniona strata będzie jed­nym z dowo­dów, że diuk naprawdę zabił barona Kirofa.

- Jeśli pan to zrobi, trafi pan do wię­zie­nia, i to nie­zbyt miłego. Możemy się jesz­cze wyco­fać. - Kylar, mówiąc, wyma­chi­wał rękami, tak jak robił to baron Kirof, kiedy się dener­wo­wał.

- Nie, nie. - Diuk powie­dział to tak, jakby prze­ko­ny­wał samego sie­bie. - Robił pan już kie­dyś coś takiego?

- Czy wro­bi­łem kogoś, uda­jąc kogoś innego? Pew­nie. Czy uda­wa­łem, że ktoś mnie zabija? Raczej nie.

- Pro­szę się nie mar­twić - powie­dział diuk. - Ja... - Zer­k­nął za Kylara i jego głos zmie­nił się pod wpły­wem stra­chu. - Już tu są.

Kylar odsko­czył od diuka, jakby się prze­ra­ził.

- To groźba? - wark­nął.

To była led­wie przy­zwo­ita imi­ta­cja głosu barona, ale krew pokryje więk­szość błę­dów aktor­skich.

Diuk zła­pał go za rękę.

- Zro­bisz, co ci każę!

- Albo co? Król-Bóg o wszyst­kim się dowie.

Teraz z pew­no­ścią zwró­cili na sie­bie uwagę straż­ni­ków.

- Nic mu nie powiesz!

Kylar wyrwał rękę.

- Nie jest pan wystar­cza­jąco sprytny, żeby prze­jąć tron, diuku Var­gun. Jest pan tchó­rzem i ... - Zni­żył głos. - Jedno pchnię­cie. Pęcherz z krwią jest dokład­nie na moim sercu. Ja zajmę się resztą. - Wykrzy­wił twarz w szy­der­czym uśmie­chu i zaczął się odwra­cać.

Diuk zła­pał Kylara za rękę i szarp­nął go z powro­tem. Gwał­tow­nym ruchem wbił szty­let - ale nie w owczy pęcherz z krwią, ale w brzuch Kylara. Dźgnął raz, drugi, potem znowu i znowu. Zata­cza­jąc się do tyłu, Kylar spoj­rzał w dół. Jego kre­mowa jedwabna tunika ocie­kała czer­wono-czarną krwią. Ręce Ten­sera były całe we krwi; szkar­łatne plamki upstrzyły jego nie­bie­ski płaszcz.

- Co ty robisz? - wykrztu­sił Kylar, ledwo sły­sząc gwiz­dek na dru­gim końcu nabrzeża. Zato­czył się i zła­pał za poręcz, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

Zlany potem, z czar­nymi wło­sami zwie­sza­ją­cymi się w strą­kach, Ten­ser kom­plet­nie go zigno­ro­wał. Wszelki ślad po waha­ją­cym się, nie­udol­nym ary­sto­kra­cie, któ­rym był jesz­cze minutę temu, znik­nął. Zła­pał Kylara za włosy. Miał szczę­ście - gdyby zła­pał cal dalej, znisz­czyłby ilu­zo­ryczną twarz Kylara.

Kiedy kroki roz­le­gły się na nabrzeżu, diuk Var­gun pchnął Kylara na kolana. Cho­ciaż oczy mu się zamgliły z bólu, Kylar zoba­czył jesz­cze komen­danta Ghera pędzą­cego nabrze­żem z wycią­gnię­tym mie­czem. Tuż za nim bie­gło dwóch straż­ni­ków. Diuk Var­gun prze­cią­gnął szty­le­tem po gar­dle Kylara i try­snęła krew. A potem, z takim samym prze­ję­ciem jak drwal, gdy po raz kolejny wbija sie­kierę w pniak, żeby roz­trza­skać go na szczapy, diuk wbił szty­let w ramię Kylara.

- Prze­stań! Prze­stań albo zgi­niesz! - ryczał komen­dant Gher.

Diuk oparł stopę w bucie z cie­lę­cej skórki o ramię Kylara i uśmiech­nął się. Jed­nym pchnię­ciem zrzu­cił Kylara z nabrzeża do rzeki.

Woda była tak zimna, że Kylar stra­cił czu­cie. A może to od upływu krwi? Wziął wdech, zanim ude­rzył w wodę, ale płuca nie współ­pra­co­wały. Po kilku chwi­lach powie­trze zaczęło mu ucie­kać bąbel­kami z ust i - co było naprawdę nie­po­ko­jące - przez gar­dło.

Potem nade­szła ago­nia, kiedy wcią­gnął w płuca gęstą, brudną wodę Plith. Machał słabo rękami, ale tylko chwilę. Wresz­cie nad­szedł spo­kój. Obo­lałe ciało było tylko odle­głym pul­so­wa­niem. Coś je szturch­nęło, a Kylar odru­chowo się tego chwy­cił. Prze­cież miał się zła­pać. Miał pamię­tać coś o tyczce.

Nie miał pew­no­ści, czy poru­szył ręką. Świat nie poczer­niał, nie zgi­nął w ciem­no­ściach. Kyla­rowi zro­biło się przed oczami biało; jego mózg umie­rał z głodu, gdy krew wyle­wała się z szyi. Coś znowu go szturch­nęło. Wolałby, żeby to sobie poszło. Woda oto­czyła go jak cie­pły, ide­al­nie spo­kojny obłok.

***

Diuk Ten­ser Var­gun ode­rwał wzrok od głod­nej rzeki i uniósł ręce. Odwró­cił się powoli i powie­dział:

- Jestem nie­uzbro­jony. Pod­daję się. - Uśmiech­nął się. - Dobry wie­czór panu, panie komen­dan­cie.

Rozdział 5

- Ten Król-Bóg obe­drze mnie ze skóry czy zerżnie?

Vi Sovari sie­działa w sali recep­cyj­nej przed salą tro­nową na Zamku Cena­ria. Pró­bo­wała pod­słu­chać Króla-Boga, mimo­cho­dem pro­wo­ku­jąc straż­nika, który nie mógł ode­rwać od niej oczu. Wszystko, czego zdoła się dowie­dzieć na temat powo­dów wezwa­nia, może ura­to­wać jej życie. Jej mistrz, Hu Szu­bie­nicz­nik, wpro­wa­dził wła­śnie diuka Ten­sera Var­guna - jed­nego z kha­li­dor­skich ary­sto­kra­tów, któ­rzy zja­wili się, żeby pomóc we wcie­la­niu Cena­rii do cesar­stwa kha­li­dor­skiego. Podobno diuk zamor­do­wał cena­ryj­skiego ary­sto­kratę.

To musiało sta­no­wić inte­re­su­jący pro­blem dla króla, który przed­sta­wiał się jako bóg. Ten­ser Var­gun był zaufa­nym wasa­lem, ale ulgowe potrak­to­wa­nie go mia­łoby poważne kon­se­kwen­cje. Ci z cena­ryj­skich ary­sto­kra­tów, któ­rzy uko­rzyli się przed Garo­them i któ­rym w zamian za to pozwo­lono zatrzy­mać przy­naj­mniej część swo­ich ziem, mogliby uznać, że jed­nak mają krę­go­słup moralny, i się zbun­to­wać. Ci zaś, któ­rzy się ukry­wali, zyska­liby nowy dowód kha­li­dor­skiej bru­tal­no­ści i ścią­gnę­liby jesz­cze wię­cej ludzi pod swoje sztan­dary.

Ale co tu robi pan Szu­bie­nicz­nik? Hu pro­mie­nio­wał zado­wo­le­niem z sie­bie, które Vi znała aż za dobrze.

Skrzy­żo­wała nogi, żeby znowu przy­cią­gnąć uwagę straż­nika. Uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii walki - ter­mi­no­lo­gii, któ­rej nauczył ją Hu Szu­bie­nicz­nik - to była finta. Ruch nogami przy­cią­gnął uwagę straż­nika, odwró­ce­nie głowy w bok zapew­niło mu poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a pochy­le­nie się zaofe­ro­wało widoki. Nie śmiała sko­rzy­stać z magicz­nego wdzięku tak bli­sko Króla-Boga, ale nie szko­dzi. Jej dekolt sam potra­fił cza­ro­wać.

Miała na sobie dopa­so­waną nie­bie­ską suk­nię, tak zwiewną, że nie­mal prze­świ­tu­jącą. Jasno przed­sta­wiła swoje inten­cje panu Pic­cu­nowi, więc kra­wiec trzy­mał się pro­stoty. Suk­nia została bar­dzo oszczęd­nie przy­ozdo­biona haftami - wyłącz­nie sta­ro­kha­li­dor­skimi runami przy rąbku i man­kie­tach, inskryp­cjami ze sta­ro­żyt­nego ero­tyka. Żad­nych koro­nek, żad­nych fal­ba­nek, tylko pro­ste linie i krą­gło­ści. Pan Pic­cun, noto­ryczny zbe­reź­nik, jedy­nie tę suk­nię uznał za sto­sowną na audien­cję u Króla-Boga.

- Ten czło­wiek ma dzie­siętki żon - prych­nął kra­wiec. - Niech te krowy prze­ma­wiają do niego jedwa­biem. Ty zaśpie­wasz mu słod­kimi tonami ciała.

Vi unio­sła nagle wzrok i przy­ła­pała straż­nika na tym, że znowu się na nią gapi. Przy­szpi­liła go spoj­rze­niem do ściany. Poczu­cie winy roz­bły­sło na jego twa­rzy i zanim zdą­żył je pokryć zuchwa­ło­ścią albo odwró­cić wzrok, Vi wstała i pode­szła do niego.

Rzecz jasna był to Kha­li­dor­czyk, więc dosto­so­wała się do tego. Poczu­cie prze­strzeni oso­bi­stej u Kha­li­dor­czyków nie było tak roz­wi­nięte jak u Cena­ryj­czy­ków. Prze­bi­cie bańki owej prze­strzeni ozna­czało - przy jed­no­cze­snym pamię­ta­niu o wszyst­kich innych kono­ta­cjach tego faktu - podej­ście tak bli­sko, że straż­nik musiał poczuć nie tylko per­fumy, ale nawet zapach jej odde­chu.

Pode­szła, popa­trzyła mu w oczy przez kolejną sekundę. Już miał się ode­zwać, ale go uprze­dziła:

- Prze­pra­szam - na­dal patrzyła mu w oczy w wiel­kim sku­pie­niu - mogę tu usięść?

- Ja wcale nie patrzy­łem... to zna­czy...

Usia­dła na jego krze­śle, krok od drzwi, z ramio­nami wysu­nię­tymi do przodu i unie­sioną twa­rzą, piękna jak anioł. Jasne włosy miała upięte do góry, więc sploty war­ko­czy nie zasła­niały widoku.

Pokusa była zbyt wielka. Spoj­rze­nie straż­nika prze­su­nęło się odro­binę od jej oczu do dekoltu, a potem znowu prze­sko­czyło do twa­rzy.

- Pro­szę? - powie­działa z uśmiesz­kiem, który mówił, że ow­szem, zauwa­żyła, i że nie, nie ma nic prze­ciwko.

Odchrząk­nął.

- Ehm, nie sądzę, żeby to był jakiś pro­blem - powie­dział.

- ...nie mogę iść pro­sto na Dno, to by nie posłu­żyło naszemu celowi - powie­dział ktoś teno­rem.

To musiał być diuk Var­gun. Ale mówił z takim prze­ko­na­niem...

Skąd u niego taka pew­ność sie­bie?

Vi sły­szała, jak jej mistrz odpo­wiada, ale nie wie­działa co. Potem ode­zwał się Król-Bóg, nie wychwy­ciła jed­nak niczego poza:

- ...w celach dla pospól­stwa aż do pro­cesu... Potem na Dno...

- Tak jest, Wasza Świą­to­bli­wość - odpo­wie­dział diuk Var­gun.

Vi miała mętlik w gło­wie. Cokol­wiek pla­no­wali, w gło­sie kha­li­dor­skiego diuka nie poja­wiło się nic, co koja­rzy­łoby się z więź­niem bła­ga­ją­cym o łaskę. Mówił jak posłuszny wasal, który poświęca się dla wyż­szego celu, a na końcu drogi czeka na niego nagroda.

Nie miała czasu na poskła­da­nie tego w całość, bo drzwi otwo­rzyły się i jej mistrz wypro­wa­dził diuka Var­guna. Wbrew temu, co sły­szała, diuk wyglą­dał na zmal­tre­to­wa­nego fizycz­nie i psy­chiczne, ubra­nie miał brudne i w nie­ła­dzie, a wzroku nie odry­wał od posadzki.

Prze­cho­dząc, Hu Szu­bie­nicz­nik odwró­cił się do niej. Sie­pacz miał tak deli­katne rysy twa­rzy, że nie wystar­czy­łoby powie­dzieć, że jest przy­stojny. Ze wspa­nia­łymi jasnymi wło­sami do ramion i wyrzeź­bioną syl­wetką na­dal był piękny, cho­ciaż dawno skoń­czył trzy­dziestkę. Posłał jej gadzi uśmiech i powie­dział:

- Król-Bóg przyj­mie cię teraz.

Vi prze­szedł dreszcz, ale wstała i weszła do sali tro­no­wej. W tej kom­na­cie nie­ży­jący król Gun­der wyna­jął ją, żeby zabiła Kylara Sterna. Ona ter­mi­no­wała u Hu Szu­bie­nicz­nika, a Kylar u dru­giego naj­lep­szego sie­pa­cza w mie­ście, Durzo Blinta, któ­rego bar­dziej sza­no­wano, rów­nie się oba­wiano i o wiele mniej potę­piano niż jej mistrza. Zabi­cie Kylara miało być jej maj­stersz­ty­kiem, ostat­nią robotą w ramach ter­minu u sie­pa­cza. Dałoby jej wol­ność - uwol­ni­łoby ją od Hu.

Spar­to­liła robotę i póź­niej tego samego dnia, w tej wła­śnie sali ktoś, kogo nazy­wano Anio­łem Nocy, zabił trzy­dzie­stu Kha­li­dor­czy­ków, pię­ciu cza­row­ni­ków i syna samego Króla-Boga. Vi przy­pusz­czała, że pew­nie tylko ona podej­rzewa, że to Kylar jest Anio­łem Nocy. Na Nysosa! Kylar stał się legendą w tym samym dniu, w któ­rym mia­łam go pod nożem. Mogłam zabić legendę, zanim się stała legendą.

W sali nie zacho­wały się żadne ślady walki. Zmyto krew, ślady ognia i magii. Kom­nata wyglą­dała nie­ska­zi­tel­nie. Po obu stro­nach sie­dem kolumn pod­pie­rało łuko­wate skle­pie­nie, a grube kha­li­dor­skie gobe­liny udra­po­wane na ścia­nach chro­niły przed jesien­nym chło­dem. Król-Bóg sie­dział na tro­nie w oto­cze­niu straży, Vürdmeisterów w czarno-czer­wo­nych sza­tach, dorad­ców i sług.

Vi spo­dzie­wała się, że zosta­nie wezwana, ale nie miała poję­cia po co. Król-Bóg wie­dział, że Kylar jest Anio­łem Nocy? Miała zostać uka­rana za to, że pozwo­liła umrzeć synowi Króla-Boga? Czyżby męż­czy­zna, który ma dzie­siętki żon, chciał zerżnąć jesz­cze jedną ładną dziew­czynę? A może po pro­stu był cie­kawy i chciał zoba­czyć jedy­nego sie­pa­cza płci żeń­skiej w mie­ście.

- Myślisz, że jesteś sprytna, Viri­diano Sovari? - zapy­tał Król-Bóg.

Garoth Ursuul był młod­szy, niż się spo­dzie­wała; miał może z pięć­dzie­sięt lat, ale zacho­wał wigor. Był potęż­nie zbu­do­wany, łysy jak kolano, a jego spoj­rze­nie cią­żyło jej jak młyń­skie kamie­nie.

- Pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Świą­to­bli­wość - zaczęła, zamie­rza­jąc zadać pyta­nie, ale zmie­niła zda­nie. - Tak. I mówią na mnie Vi.

Przy­zwał ją gestem, a ona weszła po czter­na­stu schod­kach i sta­nęła dokład­nie przed tro­nem. Obrzu­cił ją spoj­rze­niem od stóp do głów, ale nie ukrad­kiem, jak to zwy­kle robili męż­czyźni, ani pożą­dli­wie czy zuchwale. Garoth Ursuul popa­trzył na nią, jakby była kop­cem ziarna, a on pró­bo­wał osza­co­wać jego wagę.

- Zdej­mij sukienkę - powie­dział.

Modu­la­cja jego głosu niczego jej nie pod­po­wia­dała. Rów­nie dobrze mógłby sko­men­to­wać pogodę. Chciał, żeby go uwio­dła? Nie obcho­dziło jej, czy Garoth Ursuul ją prze­leci, ale gdyby do tego doszło, zamie­rzała być bez­na­dziejna. Rola kochanki Króla-Boga była zbyt nie­bez­pieczna. Odkąd wkro­czyła w wiek dora­sta­nia, grzała łóżko już jed­nemu potwo­rowi i nie zamie­rzała zaj­mo­wać się następ­nym. A jed­nak bóg, król czy potwór, Garoth Ursuul nie nale­żał do tych, któ­rym chcia­łaby się nara­zić.

Vi natych­miast posłu­chała. W dwie sekundy suk­nia pana Pic­cuna zsu­nęła się na pod­łogę. Vi nie wło­żyła bie­li­zny, nało­żyła tylko tro­chę per­fum mię­dzy kola­nami. Skru­pu­lat­nie wypeł­niła pole­ce­nie. Nie mógł mieć do niej o to pre­ten­sji, cho­ciaż wie­działa, że nagła nagość nie była rów­nie ponętna jak powolne roz­bie­ra­nie się albo kusząca koron­kowa bie­li­zna. Niech Ursuul uzna ją za nie­udolną uwo­dzi­cielkę, niech uzna ją za zdzirę, niech sobie myśli, co chce, dopóki trzyma ręce przy sobie. Poza tym nie będzie się kuliła - nie dałaby tej satys­fak­cji żad­nemu męż­czyź­nie. Vi czuła na sobie spoj­rze­nia wszyst­kich dwo­rzan, dorad­ców, Vürdmeisterów, słu­żą­cych i straż­ni­ków na sali. Miała to w nosie. Nagość była jej zbroją. Ośle­piała śli­nią­cych się głup­ców. Nie widzieli niczego innego, kiedy patrzyli na jej ciało.

Garoth Ursuul znowu obrzu­cił ją spoj­rze­niem od stóp do głów, a wyraz jego oczu nie zmie­nił się ani na jotę.

- Nie byłoby z tobą żad­nej zabawy - powie­dział. - Już jesteś dziwką.

Z jakie­goś powodu słowa tego strasz­nego czło­wieka zabo­lały ją. Stała przed nim naga, a on cał­ko­wi­cie stra­cił zain­te­re­so­wa­nie. Tego wła­śnie chciała, ale mimo wszystko zabo­lało.

- Wszyst­kie kobiety są dziw­kami - powie­działa. - Nie­za­leż­nie od tego, czy sprze­dają ciało, czy uśmiech i wdzięk, albo lata macie­rzyń­stwa i posłu­szeń­stwa wobec męż­czy­zny. Świat czyni z kobiety dziwkę, ale to kobieta ustala warunki. Wasza Świą­to­bli­wość.

Roz­ba­wiło go jej nagłe unie­sie­nie, ale roz­ba­wie­nie zaraz minęło.

- Myśla­łaś, że nie zoba­czę, co zro­bi­łaś z moim straż­ni­kiem? Myśla­łaś, że możesz mnie pod­słu­chi­wać?

- Oczy­wi­ście, że tak - odpo­wie­działa Vi, ale teraz jej non­sza­lan­cja była czy­stą grą.

Widział mnie? Przez ścianę?! Wie­działa, że musi się trzy­mać swo­jej bra­wury, albo rów­nie dobrze może od razu zapaść się pod posadzkę. W przy­padku Króla-Boga, jeśli chce się wygrać, trzeba grać tak, jakby się gar­dziło życiem. Sły­szała jed­nak o gra­czach, któ­rzy mimo to prze­gry­wali.

Król-Bóg zaśmiał się, a dwo­rza­nie mu zawtó­ro­wali.

- Oczy­wi­ście, że tak - powtó­rzył. - Podo­basz mi się, moulina. Nie zabiję cię dzi­siaj. Nie­wiele kobiet sta­wia­łoby się kró­lowi, już nie wspo­mi­na­jąc o bogu.

- Nie jestem taka jak inne kobiety, które Wasza Wyso­kość spo­tkał - wyrwało się Vi, zanim ugry­zła się w język.

Uśmiech Króla-Boga przy­gasł.

- Masz za wyso­kie mnie­ma­nie o sobie. Za to cię zła­mię. Ale nie dziś. Twoje Sa'kagé przy­spa­rza nam kło­po­tów. Idź do swo­ich przy­ja­ciół z pół­światka i dowiedz się, kto jest praw­dzi­wym Shingą. Nie figu­ran­tem. Dowiedz się i zabij go.

Vi po raz pierw­szy poczuła się naga. Jej zbroja osła­bła. Czy był bogiem, czy czło­wie­kiem, pew­ność sie­bie Garo­tha Ursu­ula była gigan­tyczna. Powie­dział jej, że ją zła­mie, a potem nie oka­zał naj­mniej­szej tro­ski o to, że mogłaby go nie posłu­chać. To nie był blef. To nie była aro­gan­cja. Po pro­stu korzy­stał z przy­wi­le­jów, jakie daje nie­ogra­ni­czona wła­dza. Dwo­rza­nie gapili się teraz na nią jak psy pod kró­lew­skim sto­łem, wpa­tru­jące się w łakomy kąsek, który może spaść na pod­łogę. Vi zasta­na­wiała się, czy Król-Bóg oddałby ją jed­nemu z nich... albo wszyst­kim.

- Czy wiesz - zagad­nął Król-Bóg - że uro­dzi­łaś się cza­row­nicą? Jak to mówi­cie wy, połu­dniowcy, jesteś Uta­len­to­wana. Zatem oto coś dla zachęty. Jeśli zabi­jesz Shingę, uznamy, że to twój maj­stersz­tyk, i nie tylko zosta­niesz mistrzem w rze­mio­śle sie­pa­czy, ale oso­bi­ście cię wyszkolę. Dam ci moc, o jakiej Hu Szu­bie­nicz­nik nawet nie śnił. Dam ci prze­wagę nad nim, jeśli tak wolisz. Jeżeli jed­nak mnie zawie­dziesz... cóż. - Uśmiech­nął się. - Nie zawiedź mnie. A teraz odejdź.

Wyszła z biją­cym ser­cem. Suk­ces ozna­czał zdradę wła­snego świata. Zdradę cena­ryj­skiego Sa'kagé, naj­groź­niej­szego świata prze­stęp­czego w całym Mid­cyru! Ozna­czał zabi­cie przy­wódcy tego świata dla nagrody, co do któ­rej nawet nie była pewna, czy ją chciała. Szko­le­nie na cza­row­nicę u samego Króla-Boga? Kiedy mówił, zoba­czyła w wyobraźni jego słowa jako paję­czyny, wią­żące ją z nim coraz cia­śniej i cia­śniej. Były pra­wie nama­calne; czar spo­wi­ja­jący ją jak sieć, pro­wo­ku­jący do walki. Zro­biło jej się nie­do­brze. Posłu­szeń­stwo było jedyną moż­li­wo­ścią. Nie­za­leż­nie od tego, jak straszny mógł być suk­ces, porażka nie wcho­dziła w grę. Sły­szała te wszyst­kie histo­rie.

- Vi! - zawo­łał Król-Bóg.

Zatrzy­mała się w poło­wie drogi do drzwi. Prze­ra­ziła się, sły­sząc swoje imię w jego ustach. Ale Król-Bóg się uśmie­chał. Teraz patrzył na jej nagie ciało tak, jakby mógł popa­trzeć na nie męż­czy­zna. Jakiś cień pole­ciał w jej kie­runku, a ona odru­chowo zła­pała lecący kłąb mate­riału.

- Zabierz sukienkę - powie­dział Król-Bóg.

Rozdział 6

- Czuję się, jak­bym przez tydzień wdy­chał tro­ciny - powie­dział Kylar.

- Tylko rzeczną wodę. I przez pięć minut - odpo­wie­działa Uly. Lapi­dar­nie. Zadzie­ra­jąc nosa.

Kylar usi­ło­wał otwo­rzyć oczy, a kiedy mu się udało, na­dal nic nie widział.

- Więc mnie wycią­gnę­łaś. Gdzie jeste­śmy, Uly?

- Pową­chaj.

Odgry­wała twardą, co zna­czyło, że śmier­tel­nie ją prze­ra­ził.

Tak wła­śnie zacho­wują się małe dziew­czynki? - zasta­na­wiał się.

Wziął led­wie pół wde­chu i roz­kasz­lał się od smrodu. Byli na Plith, w szo­pie na łodzie Mamy K.

- Nie ma to jak cie­płe ścieki w chłodną noc, co? - powie­działa Uly.

Kylar prze­tur­lał się na bok.

- Myśla­łem, że to twój oddech.

- Który pach­nie rów­nie ład­nie jak ty wyglą­dasz - odgry­zła się.

- Powin­naś być grzecz­niej­sza.

- Powi­nie­neś być mar­twy. Idź spać.

- Myślisz, że takie dyry­go­wa­nie jest słod­kie?

- Potrze­bu­jesz snu. I nie wiem, co tu ma do rze­czy dogo­ry­wa­nie.

Kylar zaśmiał się. To zabo­lało.

- Widzisz? - powie­działa Uly.

- Zna­la­złaś szty­let?

- Jaki szty­let?

Kylar zła­pał ją za tunikę.

- Ach, ten, który musia­łam łomem wywa­żać z two­jego ramie­nia?

Nic dziw­nego, że ramię go bolało. Ni­gdy jesz­cze nie widział Uly tak zgryź­li­wej i tak wyga­da­nej. Jeśli nie będzie uwa­żał, to dziew­czynka zaraz zaleje się łzami. Jedna rzecz to czuć się jak dupek, a cał­kiem inna - czuć się jak bez­radny dupek.

- Jak długo... mnie nie było?

- Dzień i noc.

Zaklął pod nosem. To już drugi raz Uly widziała, jak go mor­dują, jak oka­le­czają jego ciało. Cie­szył się, że nie­wzru­sze­nie wie­rzyła w jego powrót. Obie­cał jej, że wróci, ale ni­gdy nic nie wia­domo. Wie­dział tylko, że raz mu się udało. Wilk, dziwny męż­czy­zna o żół­tych oczach, któ­rego spo­tkał mię­dzy życiem i śmier­cią, nie dał mu żad­nej gwa­ran­cji. Tym razem Kylar go nie spo­tkał. Miał nadzieję zadać mu kilka nowych pytań, na przy­kład ile ma żywo­tów. A co, jeśli tylko dwa?

- Gdzie jest Elene? - zapy­tał.

- Poszła po wóz. Straż­nicy, któ­rych prze­ku­pił Jarl, będą na war­cie jesz­cze tylko godzinę.

Elene sama poszła po wóz? Kylar był strasz­li­wie zmę­czony. Widział, że Uly znowu jest o krok od łez. Jaki czło­wiek naraża na coś takiego małą dziew­czynkę? Kiep­ska z niego namiastka ojca, ale nauczył się myśleć, że lep­sze to niż nic.

- Powi­nie­neś się prze­spać - powie­działa, znowu siląc się na szorstki ton.

- Upew­nij się...

Był tak obo­lały, że nie mógł dokoń­czyć myśli, już nie mówiąc o zda­niu.

- Zaopie­kuję się tobą, nie martw się.

- Uly?

- Tak?

- Odwa­li­łaś kawał dobrej roboty. Świet­nej. Jestem twoim dłuż­ni­kiem. Dzię­kuję. I prze­pra­szam.

Kylar nie­mal czuł na skó­rze, że powie­trze w szo­pie robi się za cie­płe i za słod­kie. Jęk­nął. Chciał powie­dzieć coś bły­sko­tli­wego i uszczy­pli­wego, coś w stylu Durzo, ale zasnął, nim zna­lazł wła­ściwe słowa.

Rozdział 7

Kiedy Kal­drosa Wyn dołą­czyła w połu­dnie do kolejki za bur­de­lem Pod Kusą Spód­niczką, stało w niej już dwie­ście kobiet. Dwie godziny póź­niej, kiedy kolejka zaczęła się prze­su­wać, było ich trzy razy tyle. Kobiety sta­no­wiły tak róż­no­rodną grupę, jak to tylko moż­liwe w Norach: od szczu­rów z gil­dii, które miały rap­tem po dzie­sięć lat i wie­działy, że Mama K ich nie zatrudni, ale były tak zde­spe­ro­wane, że mimo to przy­szły, po kobiety, które jesz­cze mie­sięc temu miesz­kały po boga­tej, wschod­niej stro­nie, ale stra­ciły domy w poża­rach, a potem zostały zapę­dzone do Nor. Nie­które z nich pła­kały. Inne tylko patrzyły nie­obec­nym wzro­kiem, owi­ja­jąc się cia­sno sza­lami. Część z nich od dawna była Kró­li­kami - te śmiały się i żar­to­wały z przy­ja­ciół­kami.

Praca dla Mamy K to naj­bez­piecz­niej­sza robota, jaką mogła dostać dziew­czyna do towa­rzy­stwa. Kobiety wymie­niały się aneg­do­tami o tym, jak Pani Roz­ko­szy radziła sobie z jej nową, kha­li­dor­ską klien­telą. Twier­dziły, że gdy któ­ryś zwy­rod­nia­lec zro­bił dziew­czy­nie krzywdę, musiał zapła­cić tyle sre­bra, żeby pokryć siniaki. Jedna wyrwała się nawet, że tyle koron, ale nikt jej nie uwie­rzył.

Kiedy duchessa Terah Gra­esin - jej ojciec, stary diuk, zgi­nął w cza­sie prze­wrotu - wypro­wa­dziła z mia­sta grupę, która chciała sta­wić opór Kha­li­do­rowi, jej zwo­len­nicy pod­pa­lili swoje warsz­taty, sklepy i domy. Oczy­wi­ście pożary pochło­nęły nie tylko nie­ru­cho­mo­ści, które porzu­cono. Tysięce tych, któ­rzy zostali, stra­ciło domy. W Norach, gdzie bie­dacy żyli upchnięci jak bydło, było jesz­cze gorzej. Zgi­nęły setki ludzi. Ogień pło­nął kilka dni.

Kha­li­dor­czycy chcieli, żeby wschod­nia strona jak naj­szyb­ciej stała się pro­duk­tywna. Bez­dom­nych uwa­żano za obcią­że­nie, więc żoł­nie­rze wypę­dzali ich do Nor. Wywłasz­czo­nych ary­sto­kra­tów i rze­mieśl­ni­ków ogar­niała despe­ra­cja, ale roz­pacz niczego nie zmie­niała. Zesła­nie do Nor było jak wyrok śmierci.

Przez ostatni mie­sięc Król-Bóg pozwa­lał żoł­nie­rzom robić w Norach, co tylko zechcieli. Męż­czyźni zja­wiali się w gru­pach, żeby zaspo­koić wszel­kie pra­gnie­nia. Recy­tu­jąc modli­twy do prze­klę­tej Khali, gwał­cili, zabi­jali, okra­dali Kró­liki z ich skrom­nego dobytku, tylko po to, żeby ze śmie­chem wrzu­cić łup do rzeki. Wyda­wało się, że gorzej już być nie może, ale po pró­bie zama­chu oka­zało się, że ow­szem, może.

Kha­li­dor­czycy prze­szu­ki­wali Nory sys­te­ma­tycz­nie, prze­cznica za prze­cznicą. Kazali wybie­rać mat­kom, które dziecko będzie żyło, a które pój­dzie pod miecz. Kobiety gwał­cono na oczach rodzin. Cza­row­nicy zaba­wiali się w chory spo­sób, odstrze­li­wu­jąc ludziom różne czę­ści ciała. Gdy ktoś sta­wiał opór, robiono obławę i publicz­nie tra­cono dzie­siętki.

Krą­żyły plotki o bez­piecz­nych schro­nie­niach głę­biej w Norach, pod zie­mią, tyle że mogli się tam dostać tylko ludzie mający zna­jo­mo­ści w Sa'kagé. Każdy miał jakąś kry­jówkę, ale żoł­nie­rze przy­cho­dzili każ­dej nocy i cza­sem za dnia. To była tylko kwe­stia czasu, zanim czło­wieka zła­pali. Uroda stała się prze­kleń­stwem. Wiele kobiet, które miały kochan­ków, mężów czy choćby opie­kuń­czych braci, stra­ciło ich. Opór ozna­czał śmierć.

Kobiety przy­cho­dziły więc do bur­deli Mamy K, bo to były jedyne bez­pieczne miej­sca w Norach. Wiele myślało: "Skoro już mają mnie zgwał­cić, to lepiej niech mi za to zapłacą". Bur­dele na­dal nie­źle pro­spe­ro­wały. Nie­któ­rzy Kha­li­dor­czycy nie chcieli ryzy­ko­wać i wcho­dzić do Nor. Inni po pro­stu woleli mieć pew­ność, że wylą­dują w łóżku z czy­stą i piękną kobietą.

Ale w bur­de­lach zostało już nie­wiele wol­nych miejsc. I nikt nie chciał spe­ku­lo­wać, dla­czego w ogóle jakieś zostały.

Kal­drosa odwle­kała decy­zję tak długo, jak mogła. To nie tak miało być. Ten Vürdmeister, Neph Dada, zwer­bo­wał ją, bo kie­dyś była sethyj­ską piratką, ale utknęła w Norach wiele lat temu. Nie żeglo­wała od dzie­się­ciu lat i wbrew temu, co powie­działa Vürdmeisterowi, ni­gdy nie była kapi­ta­nem. Była jed­nak Sethyjką i przy­się­gła, że prze­pro­wa­dzi kha­li­dor­ski sta­tek przez Archi­pe­lag Prze­myt­ni­ków, w górę rzeki Plith aż do zamku. W zamian za to miała zatrzy­mać sta­tek.

Wyglą­dało to na nie­złą cenę za śmier­dzącą robotę. Kal­drosa Wyn nie czuła się zwią­zana z Cena­rią, ale już sama myśl o pracy dla Kha­li­dor­czy­ków wystar­czała, żeby każ­demu prze­szły po ple­cach ciarki.

Może nawet dotrzy­ma­liby warun­ków umowy i dali jej barkę, tę krową mor­ską, która nie była warta gwoź­dzi trzy­ma­ją­cych ją w kupie. Może Kal­dro­sie uda­łoby się uzbie­rać załogę... Ale jakiś skur­ko­wa­niec zaata­ko­wał i zato­pił jej sta­tek.

Udało jej się dopły­nąć do brzegu - to i tak wię­cej, niż mogła powie­dzieć o dwu­stu góra­lach w zbro­jach, któ­rych prze­wo­ziła, a któ­rzy teraz robili za karmę dla rybek. Cztery gwałty i dwa pobi­cia póź­niej (Tom­mana pra­wie zatłu­kli na śmierć) wylą­do­wała w bur­delu.

- Imię? - zapy­tała dziew­czyna przy drzwiach, z pió­rem i kartką w ręce.

Mogła mieć jakieś osiem­na­ście lat - była dzie­sięć lat młod­sza od Kal­drosy - i wyglą­dała olśnie­wa­jąco: ide­alne włosy, ide­alne zęby, dłu­gie nogi, szczu­pła talia, pełne usta i piż­mowo-słodki zapach, który uświa­do­mił Kal­dro­sie, jak bar­dzo sama musi śmier­dzieć. Ogar­nęła ją roz­pacz.

- Kal­drosa Wyn.

- Zawód albo spe­cjalne umie­jęt­no­ści?

- Byłam pira­tem.

To zacie­ka­wiło dziew­czynę.

- Sethyjka?

Kal­drosa ski­nęła głową, a dziew­czyna ode­słała ją na górę. Pół godziny póź­niej Kal­drosa Wyn weszła do jed­nej z małych sypialni.

Kobieta, którą tam zastała, też była młoda i piękna. Blon­dynka, drobna, ale mile zaokrą­glona, o dużych oczach i w nie­sa­mo­wi­tej sukni.

- Jestem Day­dra. Pra­co­wa­łaś kie­dyś w takim gniazdku?

- Z gniaz­dek to zali­czy­łam tylko bocia­nie.

Day­dra zaśmiała się, i nawet to było ładne.

- Praw­dziwa piratka, co?

Kal­drosa dotknęła kla­no­wych pier­ścieni, czte­rech kółek oka­la­ją­cych w pół­kolu lewą kość policz­kową.

- Klan Tetsu z wyspy Hok­kai.

Wska­zała na kapi­tań­ski łań­cuch; zało­żyła go, gdy tylko dostała robotę dla Kha­li­doru. Wybrała srebrny, o pła­skim splo­cie w jodełkę, naj­lep­szy, na jaki było ją stać. Zwie­szał się z jej lewego ucha do naj­niż­szego z kla­no­wych pier­ścieni na policzku. To był łań­cu­szek kapi­tana żeglugi han­dlo­wej, kapi­tana niskiego pocho­dze­nia. Kapi­ta­no­wie żeglugi woj­sko­wej i zuchwali kapi­ta­no­wie piraccy nosili łań­cuszki zwie­sza­jące się od jed­nego ucha do dru­giego i prze­cho­dzące z tyłu głowy, co zmniej­szało ryzyko, że zostaną wyrwane w walce.

- Byłam pirac­kim kapi­ta­nem - powie­działa - ale ni­gdy nie dałam się zła­pać. Jak cię zła­pią, to albo wie­szają, albo wyry­wają pier­ście­nie i ska­zują na bani­cję. Trwają spory, która kara jest gor­sza.

- Dla­czego to rzu­ci­łaś?

- Wpa­ko­wa­łam się na kró­lew­skiego łowcę pira­tów z Seth na kilka godzin przed sztor­mem. Obe­rwali od nas nie gorzej niż my od nich, ale sztorm rzu­cił nas na skały w Archi­pe­lagu Prze­myt­ni­ków. Od tego czasu zaj­mo­wa­łam się czym popa­dło. - Kal­drosa nie wspo­mniała, że owo "czym popa­dło" obej­mo­wało też mał­żeń­stwo i pracę dla Kha­li­doru.

- Pokaż mi cycki.

Kal­drosa roz­wią­zała sznu­rówki i zdjęła bluzkę.

- Niech mnie szlag - mruk­nęła Day­dra. - Bar­dzo dobrze. Myślę, że świet­nie się nadasz.

- Ale wy wszyst­kie jeste­ście takie ładne - zdzi­wiła się Kal­drosa.

Cho­ciaż głu­pio robiła, pro­te­stu­jąc, nie mogła uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście.

Day­dra się uśmiech­nęła.

- Pięk­nych mamy mnó­stwo. Każda dziew­czyna u Mamy K musi być ładna i ty też jesteś. Ale oprócz tego jesteś egzo­tyczna. Spójrz na sie­bie. Pier­ście­nie kla­nowe. Oliw­kowa cera. Nawet piersi masz opa­lone!

Kal­drosa nagle ucie­szyła się, że na swoim statku cho­dziła z odsło­nię­tymi pier­siami, żeby gapili się na nią kha­li­dor­scy żoł­nie­rze. Solid­nie popa­rzyła się od słońca, ale potem skóra pociem­niała i do dziś nie stra­ciła koloru.

- Nie wiem, jak udało ci się opa­lić - powie­działa Day­dra - ale musisz to utrzy­mać i mówić jak pirat. Jeśli chcesz pra­co­wać dla Mamy K, będziesz robiła za sethyj­ską piratkę. Masz męża albo kochanka?

Kal­drosa się zawa­hała.

- Męża - przy­znała. - Po ostat­nim pobi­ciu pra­wie umarł.

- Jak zaczniesz tu pracę, ni­gdy go nie odzy­skasz. Męż­czy­zna może wyba­czyć kobie­cie, która dla niego porzuca pracę dziwki, ale ni­gdy nie wyba­czy tej, która dla niego poszła na ulicę.

- I tak warto - powie­działa Kal­drosa. - Warto, jeśli w ten spo­sób ura­tuję mu życie.

- Jesz­cze jedna sprawa. Bo prę­dzej czy póź­niej zapy­tasz. Nie wiemy, dla­czego bla­dawcy to robią. W każ­dym kraju zda­rzają się zwy­rod­nialcy, któ­rzy lubią bić dziew­czyny do towa­rzy­stwa, ale to jest coś innego. Niektó­rzy naj­pierw sobie ulżą, a dopiero potem biją, jakby się tego wsty­dzili. Niektó­rzy w ogóle cię nie ude­rzą, ale będą się potem prze­chwa­lać, że pobili, i bez skargi zapłacą za to Mamie K. Ale zawsze recy­tują te same słowa. Sły­sza­łaś je?

Kal­drosa poki­wała głową.

- Khali vas czy coś takiego?

- To sta­ro­kha­li­dor­ski. Jakieś zaklę­cie albo modli­twa. Nie myśl o tym. I nie uspra­wie­dli­wiaj ich. To zwie­rzęta. W miarę moż­li­wo­ści będziemy cię chro­nić, a zarobki są przy­zwo­ite. Tyle że będziesz musiała sta­wiać im czoło dzień w dzień. Dasz radę?

Słowa uwię­zły Kal­dro­sie w gar­dle, więc tylko ski­nęła głową.

- Więc idź do pana Pic­cuna i powiedz mu, że chcesz trzy pirac­kie kostiumy. Dopil­nuj, żeby skoń­czył brać miarę, zanim cię prze­leci.

Kal­drosa unio­sła brwi.

- No, chyba że to jakiś kło­pot.

***

- Myślisz, że nie będziemy mieli żad­nych kło­po­tów? - spy­tała Elene.

Leżeli na wozie - ich ostat­nia noc pod gwiaz­dami po trzech tygo­dniach w dro­dze. Jutro wjadą do Caer­nar­von i zaczną nowe życie.

- Wszyst­kie kło­poty zosta­wi­łem w Cena­rii. Wła­ści­wie, z wyjąt­kiem dwóch, które się mnie ucze­piły - odpo­wie­dział Kylar.

- Ej! - zapro­te­sto­wała Uly.

Cho­ciaż była wręcz prze­ra­ża­jąco bystra, jak jej praw­dziwa matka, Mama K, na­dal miała tylko jede­na­ście lat i łatwo dawała się pod­pu­ścić.

- Ucze­piły? - zapy­tała Elene, pod­no­sząc się na łok­ciu. - O ile sobie przy­po­mi­nam, to mój wóz.

To była prawda. Jarl dał im ten wóz, a Mama K zała­do­wała go zio­łami, które Kylar mógł wyko­rzy­stać do otwar­cia zie­larni. Naj­pew­niej przez wzgląd na Elene więk­szość z nich była legalna.

- Jeśli ktoś się tu ucze­pił, to ty.

- Ja? - zapy­tał Kylar.

- Robi­łeś z sie­bie tak żało­sne wido­wi­sko, że było mi za cie­bie wstyd. Po pro­stu chcia­łam, żebyś już prze­stał bła­gać.

- Pro­szę, a ja myśla­łem, że to ty byłaś bez­radną... - zaczął Kylar.

- Ale teraz już wiesz, jak jest - ucięła zado­wo­lona z sie­bie Elene i uło­żyła się z powro­tem pod kocami.

- O, to szczera prawda. Masz tak roz­bu­do­wany sys­tem obronny, że facet byłby szczę­ścia­rzem, gdyby uda­łoby mu się z tobą cho­ciaż raz na tysięc lat. - Kylar wes­tchnął.

Elene aż sap­nęła i usia­dła pro­sto.

- Kyla­rze Thad­deu­sie Stern!

Kylar zachi­cho­tał.

- Thad­deus? A to dobre. Zna­łem kie­dyś jed­nego Thad­deusa.

- Ja też. Skoń­czony idiota.

- Serio? - odparł z szel­mow­skim bły­skiem w oku Kylar. - Ten, któ­rego ja zna­łem, sły­nął z ogrom­nej...

- Kylar! - prze­rwała mu Elene, wska­zu­jąc na Uly.

- Z ogrom­nego czego? - zain­te­re­so­wała się dziew­czynka.

- No to teraz masz - powie­działa Elene. - Co miał ogrom­nego, Kyla­rze?

- Stopy. A wiesz, co mówią o wiel­kich sto­pach. - Mru­gnął lubież­nie na Elene.

- Co takiego? - dopy­ty­wała się Uly.

- Że ma się wtedy wiel­kie buty - odparł Kylar.

Uło­żył się pod swo­imi kocami rów­nie zado­wo­lony z sie­bie, jak przed chwilą Elene.

- Nie rozu­miem - zdzi­wiła się Uly. - O co w tym cho­dzi, Elene?

Kylar zachi­cho­tał mści­wie.

- Wyja­śnię ci, jak będziesz star­sza - odpo­wie­działa Elene.

- Nie chcę się dowie­dzieć, jak będę star­sza. Chcę wie­dzieć teraz - upie­rała się Uly.

Elene nie odpo­wie­działa. Zamiast tego szturch­nęła Kylara w rękę. Burk­nął.

- Teraz będzie­cie się siło­wać? - zapy­tała Uly. Wyplą­tała się z koców i usia­dła mię­dzy nimi. - Bo potem zawsze się cału­je­cie. Ohyda. - Skrzy­wiła się i zaczęła cmo­kać i mla­skać.

- Nasz kochany śro­dek anty­kon­cep­cyjny - mruk­nął Kylar.

Cho­ciaż kochał Uly, był prze­ko­nany, że to wła­śnie przez nią, po trzech cudow­nych tygo­dniach na szlaku z kobietą, którą kochał, na­dal był pra­wicz­kiem.

- Zro­bisz tak raz jesz­cze? - popro­siła Uly Elene, śmie­jąc się i spryt­nie uprze­dza­jąc pyta­nie, co to jest anty­kon­cep­cja.

Uly skrzy­wiła się i znowu zacmo­kała. Po chwili cała trójka chi­cho­tała, co prze­ro­dziło się w bitwę na łaskotki.

Póź­niej, z brzu­chem obo­la­łym od śmie­chu, Kylar leżał i słu­chał, jak dziew­czyny oddy­chają. Elene miała dar zasy­pia­nia, gdy tylko przy­ło­żyła głowę do poduszki, a Uly nie zosta­wała za nią daleko w tyle. Tej nocy bez­sen­ność Kylara nie była prze­kleń­stwem. Czuł, że cały pro­mie­nieje miło­ścią - nawet jego skóra. Elene obró­ciła się i wtu­liła w jego pierś. Zacią­gnął się świe­żym zapa­chem jej wło­sów. Nie pamię­tał, żeby kie­dy­kol­wiek w życiu było mu tak dobrze, żeby czuł się tak akcep­to­wany. Pew­nie go obślini, ale to nie­ważne. Jakimś cudem nawet śli­nie­nie się było słod­kie, kiedy robiła to Elene.

Nic dziw­nego, że Uly była znie­sma­czona. Kylar naprawdę był żało­sny. Ale po raz pierw­szy w życiu czuł, że jest dobrym czło­wie­kiem. Zawsze był dobry w róż­nych rze­czach - był dobry w otwie­ra­niu zam­ków, wspi­na­niu się, cho­wa­niu, wal­cze­niu, tru­ciu, prze­bie­ra­niu się i zabi­ja­niu. Ale dopiero przy Elene poczuł się po pro­stu dobry. Kiedy patrzyła na niego, widział swoje odbi­cie w jej oczach i nie budziło ono w nim odrazy. Nie był mor­dercą. Był przy­bra­nym ojcem, który wda­wał się w bitwy na łaskotki z jede­na­sto­latką. Był miło­ścią, która oznaj­miła Elene, że jest piękna, i spra­wiła, że dziew­czyna po raz pierw­szy w życiu w to uwie­rzyła. Był czło­wie­kiem, który mógł dać innym coś z sie­bie.

Takiego czło­wieka widziała Elene, kiedy patrzyła na niego. Wie­rzyła w niego tak bar­dzo, że Kylar sam zaczy­nał wie­rzyć w sie­bie, choć chwi­lami docho­dził do wnio­sku, że dziew­czyna kom­plet­nie osza­lała. Ale cudow­nie było dawać się jej prze­ko­nać.

Jutro dojadą do Caer­nar­von i na pewien czas zatrzy­mają się u ciotki Elene, Mei. Z jej pomocą - była aku­szerką, która znała się na zio­łach - Kylar otwo­rzy małą zie­lar­nię. A potem prze­zwy­cięży słab­nące obiek­cje Elene odno­śnie sto­sun­ków poza­mał­żeń­skich i na zawsze porzuci drogę cie­nia.

Rozdział 8

Po jakichś dwu­na­stu, może pięt­na­stu dniach - a może tylko miał wra­że­nie, że upły­nęło tyle czasu - Logan w końcu się pod­dał i zasnął. We śnie sły­szał głosy. To były szepty, ale wśród kamien­nych ścian Dna każdy szept niósł się dosko­nale.

- On ma nóż.

- Jeśli wszy­scy na niego sko­czymy, to nie będzie miało zna­cze­nia. Patrz, ile na nim mięsa.

- Cicho!

Logan wie­dział, że powi­nien się ruszyć, spraw­dzić nóż, obu­dzić się, ale był taki zmę­czony. Nie mógł wiecz­nie czu­wać. To za trudne.

Wyda­wało mu się, że sły­szy kobiecy głos, krzyk, jakby zdu­szony dło­nią zakry­wa­jącą usta. Potem ktoś kogoś ude­rzył i krzyk się urwał. Padł następny cios, jesz­cze jeden i jesz­cze.

- Spo­koj­nie, Pią­tak. Jeśli zabi­jesz Lilly, to wszy­scy będziemy rżnąć cie­bie. To jedyna szparka, jaką mamy.

Pią­tak sklął Gluta, a potem powie­dział:

- Krzyk­nij raz jesz­cze, suko, a wyrwę ci włosy i paznok­cie. Tego nie potrze­bu­jesz, żeby cię dup­czyć. Jasne?

Potem ucichł głos, uci­chło wycie, osła­bły upał i smród, i Logan naprawdę zaczął śnić. Śniła mu się jego noc poślubna. Oże­niono go z dziew­czyną, którą led­wie znał. Kiedy jed­nak roz­ma­wiali w sypialni - on rów­nie zde­ner­wo­wany jak ta prze­śliczna, pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna naprze­ciwko niego - poczuł nagłą nadzieję roz­kwi­ta­jącą w sercu. Ta dziew­czyna była kobietą, którą mógł poko­chać, a z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów nale­żącą do niego. Jenine będzie jego żoną i pew­nego dnia zosta­nie kró­lową, a on wie­dział, że może ją poko­chać.

Jenine nie żyje. Prze­stań.

Wyczy­tał w jej wiel­kich oczach, że ona też może go poko­chać, że ich mał­żeń­stwo będzie nie tylko obo­wiąz­kiem, ale i rado­ścią. Zaru­mie­niła się, kiedy spoj­rzał na nią jak na swoją żonę. Patrzył na nią jak na swoją kobietę - nie aro­gancko, ale pew­nie, łagod­nie, akcep­tu­jąc ją i radu­jąc się jej urodą. A kiedy przy­cią­gnął ją do sie­bie, pod­dała mu się. Jej usta były gorące.

Potem - miał wra­że­nie, że rap­tem sekundę póź­niej, kiedy jesz­cze się cało­wali, zdej­mo­wali z sie­bie ubra­nia - na scho­dach zadud­niły kroki zbli­ża­jące się do ich pokoju. Logan odsu­nął się od niej, a wtedy drzwi otwo­rzyły się rap­tow­nie i kha­li­dor­scy żoł­nie­rze wlali się do pokoju...

Logan gwał­tow­nie otwo­rzył oczy. Pię­ści poszły w ruch, gdy ciała zwa­liły się na niego.

Jeśli oce­niać to w kate­go­riach walki, pre­zen­to­wało się żało­śnie. Logan nie jadł od dwóch tygo­dni, więc był słaby jak szcze­niak. Ale pozo­stali więź­nio­wie, nie licząc mięsa, któ­rym obże­rali się kilka tygo­dni temu, żyli o chle­bie i wodzie od mie­sięcy albo lat. Stali się cie­niami ludzi, więc walka prze­bie­gała powoli i nie­zgrab­nie.

Logan odrzu­cił jed­nego męż­czy­znę, a dru­giego ude­rzył w szczękę, jed­nak natych­miast dopa­dło go dwóch następ­nych. Ich ciała były śli­skie i lep­kie od potu i brudu. Pią­tak dopadł do jego bio­dra, a Jake roz­orał dłu­gimi paznok­ciami twarz Logana. Strzą­sa­jąc z sie­bie Pią­taka, Logan zdo­łał sta­nąć i cisnąć Jakiem.

Męż­czy­zna wpadł do dziury i znik­nął.

I tak walka się skoń­czyła.

- Dla­czego to zro­bi­łeś? - zapy­tał Glut. - To mięso przy­da­łoby się nam. Ty zasrańcu, wyrzu­ci­łeś mięso!

Złość więź­niów osię­gnęła szczyt i Logan myślał, że znowu go zaata­kują. Się­gnął do bio­dra, żeby wycią­gnąć nóż, ten jed­nak znik­nął.

Sie­dzący na dru­gim końcu Dna Pią­tak patrzył na niego. Grze­bał w prze­krwio­nych, prze­żar­tych szkor­bu­tem dzią­słach czub­kiem noża. Teraz czas był po jego stro­nie.

Logan myślał, że więź­nio­wie z Dna - Męty - nie two­rzą spo­łecz­no­ści, ale się mylił. Tu na dole też powstały obozy. Męty dzie­liły się na zwie­rzęta i potwory, na sła­bych i sil­nych. Pią­tak dowo­dził zwie­rzętami, któ­rych ranga zale­żała głów­nie od popeł­nio­nych zbrodni: naj­wy­żej stali mor­dercy, potem gwał­ci­ciele, han­dla­rze nie­wol­ni­ków i na końcu pedo­file. Potwory to był Yimbo, zwa­li­sty rudy Ceu­ra­nin, któ­remu obcięto język; Dziara, blady Lodri­car­czyk pokryty tatu­ażami, który mógł mówić, ale ni­gdy tego nie robił, i Zgrzy­tacz, zde­for­mo­wany przy­głup o potęż­nych ramio­nach, krzy­wym krę­go­słu­pie i spi­ło­wa­nych na ostro zębach. Potwory prze­trwały tylko dzięki swo­jej goto­wo­ści do walki i dzięki temu, że pozo­stali więź­nio­wie się ich bali.

Teraz, kiedy wszy­scy przy­mie­rali gło­dem, luźna spo­łecz­ność się roz­pa­dała. Logan nie miał przy­ja­ciół, noża, swo­jego miej­sca. Pośród zwie­rząt był wil­kiem bez stada. Wśród potwo­rów był psem bez sta­lo­wych zębów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki