Rozdział 1
- Mamy dla ciebie zlecenie - powiedziała Mama K.
Jak zawsze rozsiadła się niczym królowa, wyprostowana, we wspaniałej,
idealnie leżącej sukni, z nienagannie ułożonymi włosami, chociaż już
siwiejącymi przy skórze. Dziś rano miała pod oczami ciemne sińce. Kylar
domyślał się, że żaden z przywódców Sa'kagé - z tych nielicznych, którzy
przeżyli - nie spał za wiele od czasu khalidorskiej napaści.
- Dzień dobry, też życzę ci miłego dnia - odpowiedział Kylar, sadowiąc
się w głębokim fotelu w gabinecie.
Mama K nie odwróciła się, tylko dalej wyglądała przez okno. Zeszłej nocy
deszcze zgasiły większość pożarów w mieście, ale nadal wiele domów tliło
się i miasto było skąpane w szkarłatnym świcie. Plith, która oddzielała
bogatą, wschodnią Cenarię od Nor, wyglądała jak rzeka krwi. Kylar nie
był pewien, czy tylko z powodu przesłoniętego dymem słońca. W ciągu
tygodnia od przewrotu khalidorscy najeźdźcy wyrżnęli tysięce ludzi.
- Szkopuł w tym, że truposz wie, co się kroi.
- Skąd?
Zwykle Sa'kagé działało o wiele sprawniej.
- Powiedzieliśmy mu.
Kylar potarł skronie. Sa'kagé uprzedziłoby truposza tylko po to, żeby w razie nieudanego zamachu nikt nie podejrzewał organizacji. To oznaczało,
że truposzem mógł być tylko jeden człowiek: zdobywca Cenarii, Król-Bóg
Khalidoru, Garoth Ursuul.
- Ja tylko przyszedłem po swoje pieniądze - powiedział Kylar. -
Wszystkie kryjówki Durzo... wszystkie moje kryjówki spłonęły. Potrzebuję
pieniędzy na łapówkę dla straży przy bramie miejskiej.
Od zawsze systematycznie oddawał Mamie K część zarobków, żeby je
inwestowała w jego imieniu. Powinna mieć dość pieniędzy nawet na kilka
łapówek.
Mama K w milczeniu przerzucała kartki ryżowego papieru leżące na biurku.
W końcu podała jedną Kylarowi. W pierwszej chwili cyfry go oszołomiły.
Inwestował w nielegalny import ziela lubieżnicy i kilku innych
uzależniających roślin, miał konia wyścigowego, udziały w browarze i paru innych interesach, pożyczał pieniądze na lichwę, był
współwłaścicielem ładunków, między innymi z jedwabiem i klejnotami - z całkiem legalnymi towarami, jeśli pominąć fakt, że Sa'kagé płaciło za
nie dwadzieścia procent w formie łapówek zamiast pięćdziesięciu według
taryfy celnej. Już sama liczba informacji zawartych na tej stronicy
przyprawiała o zawrót głowy. A połowy z nich w ogóle nie rozumiał.
- Mam dom? - zdziwił się Kylar.
- Miałeś. W tej kolumnie zaznaczono towary stracone w wyniku pożarów i łupieży. - Krzyżyki znajdowały się przy wszystkich pozycjach poza jedną
wysyłką po jedwab i jedną po lubieżnicę. Stracił w zasadzie wszystko, co
miał. - Żadna z tych dwóch wypraw nie wróci w ciągu najbliższych
miesięcy, o ile w ogóle ma szansę. Jeśli Król-Bóg nadal będzie
przechwytywał statki cywilne, możesz o nich zapomnieć. Oczywiście, gdyby
nie żył...
Widział, do czego to zmierza.
- Według tych rachunków moja część nadal jest warta dziesięć do
piętnastu tysięcy. Sprzedam ci je za tysięc. Tylko tyle potrzebuję.
Zignorowała go.
- Potrzebuję trzeciego siepacza, żeby robota na pewno wypaliła.
Piętnaście tysięcy gunderów za jedną śmierć. Mając tyle, możesz zabrać
Elene i Uly, dokąd zechcesz. Wyświadczysz światu przysługę i nigdy
więcej nie będziesz musiał pracować. To naprawdę ostatnia robota.
Wahał się tylko chwilę.
- Zawsze tak się mówi. Już z tym skończyłem.
- To z powodu Elene, prawda? - zapytała Mama K.
- Myślisz, że człowiek może się zmienić?
Spojrzała na niego z głębokim smutkiem.
- Nie. I ostatecznie znienawidzi wszystkich, którzy go o to proszą.
Kylar wstał i wyszedł. W korytarzu wpadł na Jarla. Przyjaciel szczerzył
zęby, jak kiedyś, gdy byli dzieciakami dorastającymi na ulicy i zamierzał wykręcić jakiś numer. Był ubrany według najnowszej mody: w długą tunikę z przesadnie podkreślonymi ramionami, a do tego w wąskie
spodnie wpuszczone w wysokie buty. Prezentował się nieco z khalidorska.
Włosy miał zaplecione w cieniutkie warkoczyki ze złotymi paciorkami,
które podkreślały jego ciemną karnację.
- Mam dla ciebie idealną robotę - powiedział ściszonym głosem Jarl,
wcale nie wstydząc się tego, że podsłuchiwał.
- Bez zabijania?
- Nie całkiem.
***
- Wasza Świątobliwość, tchórze są gotowi zmazać swoją winę - ogłosił
Vürdmeister Neph Dada głosem niosącym się ponad tłumem.
Był starym człowiekiem, żylastym, o skórze pokrytej starczymi plamami,
zgarbionym i śmierdzącym śmiercią, którą trzymał na dystans za pomocą
magii. Oddech grał mu w piersi po wysiłku, jakim było wspinanie się na
platformę na głównym dziedzińcu Zamku Cenaria. Dwanaście sznurów z węzłami zwisało mu z ramion okrytych czarnymi szatami, na znak dwunastu
shu'ra, które opanował. Neph z trudem ukląkł i podał garść słomek
Królowi-Bogu.
Król-Bóg Garoth Ursuul stał na platformie i przeprowadzał inspekcję
wojsk. Z przodu, na środku stało blisko dwustu graavarskich górali -
wysokich, barczystych błękitnookich dzikusów, z krótkimi ciemnymi
włosami i długimi wąsami. Po obu ich stronach stały rekrutujące się z innych górskich plemion elitarne oddziały, które zajęły zamek. Za nimi
czekała reszta wojsk, które wmaszerowały do Cenarii już po jej
wyzwoleniu.
Znad Plith, opływającej zamek z obu stron, podnosiła się mgła i przesączała pod zardzewiałymi kratami w bramach, przynosząc ze sobą
chłód. Graavarowie zostali podzieleni na piętnaście grup po trzynastu.
Tylko oni nie mieli żadnej broni, zbroi czy choćby tunik. Stali w samych
spodniach, z nieruchomymi, bladymi twarzami, ale zamiast drżeć w chłodzie jesiennego poranka, pocili się.
Kiedy Król-Bóg dokonywał inspekcji wojsk, nigdy nie było przy tym
wrzawy, ale dzisiaj - chociaż zgromadziły się tysięce gapiów - panowała
taka cisza, że aż dzwoniło w uszach. Garoth zebrał wszystkich żołnierzy
i pozwolił przyglądać się inspekcji także cenaryjskim służącym,
arystokratom i pospólstwu. Meisterowie w czarno-czerwonych krótkich
pelerynach stali ramię w ramię z Vürdmeisterami w długich szatach,
żołnierzami, wieśniakami, bednarzami, arystokratami, parobkami,
pokojówkami, żeglarzami i cenaryjskimi szpiegami.
Król-Bóg miał na sobie szeroki biały płaszcz obszyty gronostajami, w którym jego szerokie ramiona wydawały się wręcz ogromne. Pod spodem
nosił białą tunikę bez rękawów i szerokie białe spodnie. W białym stroju
jego blada, khalidorska cera wydawała się wręcz widmowa, a ponadto biel
przyciągała wzrok gapiów do virów wijących się na jego skórze. Czarne
pędy mocy wypłynęły na powierzchnię rąk Ursuula. Potężne węzły wnosiły
się i opadały; sploty obrębione cierniami poruszały się nie tylko w przód i w tył, ale też w górę i w dół, jak fale, przeciskając się przez
skórę - jakby od środka szarpały ją szpony. Viry nie ograniczały się
tylko do rąk. Okalały twarz Króla-Boga. Wspięły się na jego łysą czaszkę
i przebiły skórę, tworząc ciernistą, drżącą czarną koronę. Garothowi
krew spływała po skroniach.
Wielu Cenaryjczyków dziś po raz pierwszy zobaczyło Króla-Boga.
Rozdziawili usta. Drżeli, kiedy padał na nich jego wzrok. Dokładnie taki
był jego zamiar.
Wreszcie Garoth wziął jedną słomkę od Nepha Dady i przełamał ją.
Odrzucił jedną połówkę i wziął pozostałe dwanaście całych słomek.
- Niech więc Khali przemówi - powiedział głosem buzującym mocą.
Dał znać Graavarom, żeby weszli na podwyższenie. Podczas akcji
wyzwolenia dostali rozkaz utrzymania tego dziedzińca razem z uwięzionymi
na nim cenaryjskimi arystokratami, którzy później mieli zostać
zgładzeni. Zamiast tego Graavarowie dali się rozgromić, a Terah Graesin
i jej arystokraci uciekli. To było niedopuszczalne, niepojęte i całkiem
niepodobne do zaciekłych Graavarów. Garoth nie pojmował, co sprawiło, że
jednego dnia walczyli, a drugiego uciekli.
Za to doskonale rozumiał hańbę. Przez ostatni tydzień Graavarowie
wywozili gnój ze stajni, opróżniali nocniki, szorowali podłogi. Nie
pozwalano im spać; zamiast tego całymi nocami polerowali broń i zbroje
lepszych od siebie. Dzisiaj odpokutują swoją winę i przez następny rok
będą się rwali, żeby udowodnić swoją odwagę. Podchodząc do pierwszej
grupy z Nephem u boku, Garoth uspokoił vir na rękach. Kiedy mężczyźni
ciągnęli słomki, nie mogli myśleć, że to za sprawą magii albo dla
osobistej przyjemności Króla-Boga jeden został ocalony, podczas gdy inny
skazany. Musieli wiedzieć, że to po prostu los, nieuchronny skutek ich
własnego tchórzostwa.
Garoth uniósł ręce i wszyscy Khalidorczycy wspólnie się pomodlili:
- Khali vas, Khalivos ras en me, Khali mevirtu rapt, recu virtum
defite.
Kiedy słowa wybrzmiały, podszedł pierwszy żołnierz. Miał niecałe
szesnaście lat, nad ustami rysował mu się ledwie cień wąsów. Wyglądał,
jakby miał zaraz upaść, kiedy oderwał wzrok od lodowatej twarzy Garotha
i spojrzał na słomki. Jego naga pierś błyszczała od potu w świetle
poranka, a wszystkie mięśnie drżały. Wyciągnął słomkę. Długą.
Połowa napięcia spłynęła z jego ciała, ale tylko połowa. Młody
mężczyzna, który stał obok młodzika, był do niego bardzo podobny -
pewnie starszy brat. Oblizał usta i wyciągnął słomkę.
Krótką.
Przyprawiająca o mdłości ulga ogarnęła resztę oddziału. Widząc ich
reakcję, tysięce obserwatorów, niemogących zobaczyć krótkiej słomki,
wiedziało, że została wyciągnięta. Mężczyzna, który ją wylosował,
spojrzał na młodszego brata. Chłopak odwrócił wzrok. Skazany spojrzał z niedowierzaniem na Króla-Boga i oddał mu krótką słomkę.
Garoth się odsunął.
- Khali przemówiła - oznajmił.
Wszyscy wzięli wdech, a on skinął na oddział.
Górale otoczyli młodego człowieka - wszyscy co do jednego, nawet jego
brat - i zaczęli go bić.
Trwałoby to krócej, gdyby Garoth pozwolił żołnierzom włożyć kolcze
rękawice, posłużyć się drzewcami włóczni albo płazem mieczy, ale uważał,
że tak będzie lepiej. Kiedy zacznie płynąć krew i polecą kawałki obitego
ciała, nie powinny pobrudzić mundurów. Powinny dotknąć bezpośrednio ich
skóry. Niech poczują ciepło krwi umierającego mężczyzny. Niech poznają
cenę tchórzostwa. Khalidorczycy nie uciekają.
Oddział bił z werwą. Krąg się zacieśniał, a krzyk narastał. Było coś
intymnego w nagim ciele uderzającym w nagie ciało. Młody mężczyzna
zniknął i było widać tylko łokcie, unoszące się i znikające przy każdym
ciosie, stopy biorące zamach do kolejnego kopniaka. Po chwili pokazała
się również krew. Wyciągnąwszy krótką słomkę, ten młody człowiek stał
się ich słabością. Tak postanowiła Khali. Nie był już bratem czy
przyjacielem - był wszystkim tym, co zrobili źle.
Po dwóch minutach nie żył.
Żołnierze, zbryzgani krwią i dyszący z wysiłku i emocji, ustawili się z powrotem w szyku. Nie patrzyli na trupa pod nogami. Garoth przyjrzał się
każdemu z osobna, patrząc im w oczy; najdłużej zatrzymał się przy
bracie. Potem stanął nad trupem i wyciągnął rękę. Vir przebił się przez
nadgarstek, wysunął się niczym szpony i złapał głowę trupa. Szpony
zadrgały konwulsyjne i oderwały głowę z wilgotnym odgłosem, który
przyprawił o mdłości dziesiętki Cenaryjczyków.
- Wasza ofiara została przyjęta. Jesteście oczyszczeni - ogłosił i zasalutował.
Z dumą odpowiedzieli na salut i zajęli swoje miejsce na dziedzińcu,
podczas gdy ciało odciągano na bok.
Garoth skinął na następny oddział. Każde z kolejnych czternastu
powtórzeń będzie dokładnie takie samo. Chociaż napięcie wśród żołnierzy
nie opadło - nawet w oddziałach, które już skończyły, ktoś mógł jeszcze
stracić przyjaciela lub krewniaka w innym oddziale - Garoth stracił
zainteresowanie.
- Neph, powiedz mi, czego się dowiedziałeś o tym człowieku, o tym
"Aniele Nocy", który zabił mojego syna.
***
Zamek Cenaria nie znajdował się wysoko na liście miejsc, które Kylar
chciałby odwiedzić. Przebrał się za garbarza - zmywalną farbą pobrudził
dłonie i przedramiona, poplamił wełnianą, rzemieślniczą tunikę i spryskał się kilkoma kroplami specjalnego pachnidła, którego recepturę
obmyślił jego nieżyjący mistrz, Durzo Blint. Śmierdział tylko odrobinę
mniej niż prawdziwy garbarz. Durzo zawsze chętnie przebierał się za
garbarzy, hodowców świń, żebraków i tego typu osobników, których
szanowani obywatele starali się nie zauważać, bo nie mogli znieść ich
odoru. Perfumy nakładało się tylko na wierzchnią odzież, którą w razie
potrzeby można było szybko zrzucić. Część smrodu nadal zostawała na
skórze, ale każde przebranie ma swoje wady. Sztuka polegała na tym, żeby
dopasować wady do zlecenia.
Wschodni Most Królewski spłonął w czasie przewrotu i chociaż meisterowie
naprawili go na trzech czwartych długości, nadal był zamknięty, więc
Kylar przekroczył rzekę Zachodnim Mostem Królewskim. Khalidorscy
strażnicy ledwo na niego zerknęli, gdy ich mijał. Uwaga wszystkich,
nawet meisterów, skupiała się na podwyższeniu pośrodku centralnego
dziedzińca zamkowego i grupie górali, półnagich mimo chłodu. Kylar
zignorował oddział na platformie i rozejrzał się, sprawdzając, czy nic
mu nie grozi. Nadal nie był pewien, czy meisterowie nie widzą jego
Talentu, ale podejrzewał, że nie, dopóki z niego nie korzystał.
Prawdopodobnie, ich zdolności wiązały się głównie z powonieniem - i właśnie z tego powodu zjawił się jako garbarz. Gdyby jakiś meister
podszedł blisko, Kylar mógł mieć tylko nadzieję, że przyziemne zapachy
stłumią woń magii.
Po czterech strażników czuwało po obu stronach bramy, po sześciu na
każdym odcinku tworzących romb murów zamkowych, a jakiś tysięc stał w szyku na dziedzińcu - nie licząc około dwustu graavarskich górali. W kilkutysięcznym tłumie rozmieszczono w regularnych odstępach
pięćdziesięciu meisterów. Na samym środku, na prowizorycznym
podwyższeniu znajdowało się kilkunastu cenaryjskich arystokratów, parę
okaleczonych trupów i sam Król-Bóg Garoth Ursuul, który rozmawiał z Vürdmeisterem. To mogłoby się wydawać idiotyczne, ale nawet przy takiej
liczbie żołnierzy i meisterów, prawdopodobnie był to najlepszy moment
dla siepacza, żeby spróbować zabić Ursuula.
Kylar jednak nie zjawił się tutaj, żeby zabijać. Przyszedł poobserwować
człowieka, z myślą o najdziwniejszym zleceniu, jakie kiedykolwiek
przyjął. Rozejrzał się w tłumie za osobą, o której opowiedział mu Jarl,
i szybko ją odnalazł. Baron Kirof był wasalem Gyre'ów. Ponieważ jego pan
lenny nie żył, a ziemie barona znajdowały się blisko miasta, jako jeden
z pierwszych cenaryjskich arystokratów ugiął kolana przed Garothem
Ursuulem. Był grubym mężczyzną o rudej brodzie przyciętej kanciasto na
modłę Khalidorczyków z nizin, wielkim garbatym nosie, małym podbródku i krzaczastych brwiach.
Kylar podszedł bliżej. Baron Kirof pocił się, ocierał dłonie o tunikę i nerwowo zagadywał khalidorskich arystokratów, z którymi stał. Kylar
właśnie obchodził wysokiego, śmierdzącego kowala, kiedy ten nagle
zdzielił go łokciem w splot słoneczny.
Kylarowi zaparło dech, a kiedy się złożył wpół, ka'kari spłynęło mu do
ręki i zamieniło się w sztylet naręczny.
- Chcesz mieć lepszy widok, to przychodź wcześniej, jak reszta -
powiedział kowal.
Skrzyżował ręce, podciągając rękawy i popisując się potężnymi
bicepsami.
Z pewnym wysiłkiem Kylar wymógł na ka'kari, żeby z powrotem wpłynęło w skórę, i przeprosił kowala, nie podnosząc wzroku. Kowal mruknął coś
drwiącym tonem i wrócił do oglądania zabawy.
Kylar zadowolił się przyzwoitym widokiem na barona Kirofa. Król-Bóg
przeszedł już między połową oddziałów, a bukmacherzy przyjmowali
zakłady, który numer z każdej trzynastki umrze. Khalidorscy żołnierze to
zauważyli. Kylar zastanawiał się, ilu Cenaryjczyków umrze z powodu
bezduszności bukmacherów, gdy khalidorscy żołnierze ruszą wieczorem w miasto pełni żalu po zmarłych i złości na Sa'kagé, plugawiące wszystko,
czego się tknie.
Muszę uciec z tego przeklętego miasta.
***
Przy następnym oddziale już dziesięciu mężczyzn wzięło udział w losowaniu i żaden nie wyciągnął krótkiej słomki. Warto było popatrzeć,
jak narasta w nich desperacja, kiedy kolejny sąsiad zostaje oszczędzony,
a ich własne szanse coraz bardziej maleją. Jedenasty żołnierz, mężczyzna
około czterdziestki, żylasty i chudy, wyciągnął krótką słomkę. Zagryzł
koniec wąsa, oddając słomkę Królowi-Bogu, nie okazując emocji w żaden
inny sposób.
Neph zerknął na duchessę Jadwin i jej męża siedzących na podwyższeniu.
- Zbadałem salę tronową i wyczułem coś, z czym nigdy wcześniej się nie
zetknąłem. Cały zamek cuchnie magią, która zabiła wielu naszych
meisterów, ale niektóre miejsca w sali tronowej zwyczajnie... nie
pachną. Zupełnie jakby wejść do domu po pożarze i trafić do jednego
pokoju, w którym w ogóle nie czuć dymu.
Krew już bryzgała na wszystkie strony i Garoth był pewien, że mężczyzna
nie żyje, oddział jednak nadal go bił, bił, bił...
- To nie pasuje do tego, co wiemy o srebrnym ka'kari - powiedział
Garoth.
- Owszem, Wasza Świątobliwość. Myślę, że istnieje siódme ka'kari,
sekretne. Podejrzewam, że neguje magię, i myślę, że ma je Anioł Nocy.
Garoth rozważał te słowa, kiedy oddział ustawiał się ponownie w szyku,
zostawiając przed sobą trupa. Twarz mężczyzny była zmasakrowana; a właściwie trup nie miał twarzy... Imponująca robota. Oddział albo bardzo
się starał, żeby udowodnić swoje oddanie, albo zwyczajnie nie lubił tego
biednego łajdaka. Garoth z zadowoleniem skinął głową. Znowu wyciągnął
pazur viru i zmiażdżył głowę trupa.
- Wasza ofiara została przyjęta. Jesteście oczyszczeni.
Dwóch jego osobistych strażników przeniosło trupa bliżej brzegu
platformy. Ciała składano tam na krwawym stosie, więc nawet jeśli
Cenaryjczycy nie widzieli samej śmierci, mogli zobaczyć jej owoce.
Kiedy następny oddział zaczął losować, Garoth powiedział:
- Ka'kari ukryte od siedmiuset lat? Czym ono obdarza? Umiejętnością
chowania się? Jaka w tym korzyść dla mnie?
- Wasza Świątobliwość, mając takie ka'kari, ty albo twój człowiek
moglibyście wejść do samego serca Oratorium i zabrać każdy skarb, jaki
tam ukryto. Niezauważeni. Możliwe, że twój agent mógłby wkroczyć nawet
do Lasu Ezry i zebrać dla ciebie artefakty mające siedemset lat.
Niepotrzebne byłoby już wojsko i subtelność. Za jednym zamachem
chwyciłbyś za gardło całe Midcyru.
Mój agent. Niewątpliwie Neph zgłosiłby się na ochotnika do wykonania
tego niebezpiecznego zadania.
Sama myśl o istnieniu takiego ka'kari zaabsorbowała Garotha na dłuższą
chwilę, podczas której zginęli dwaj mężczyźni w kwiecie wieku, kolejny
nastolatek i zaprawiony w boju żołnierz, odznaczony jednym z najwyższych
orderów za zasługi, jakie przyznawał Król-Bóg. Jedynie w oczach
ostatniego zabłysło coś pokrewnego zdradzie.
- Zbadaj to - powiedział Garoth.
Zastanawiał się, czy Khali wiedziała o tym siódmym ka'kari. Zastanawiał
się, czy Dorian o nim wiedział. Dorian, jego pierwszy uznany syn.
Dorian, który miał być jego następcą. Dorian prorok. Dorian zdrajca.
Dorian zjawił się tutaj, Garoth był tego pewien. Tylko Dorian mógł
przywieźć Curocha, potężny miecz Jorsina Alkestesa. Jakiś mag pojawił
się z mieczem na jedną chwilę, unicestwił pięćdziesięciu meisterów i trzech Vürdmeisterów, a potem zniknął. Neph oczywiście czekał, aż Garoth
go o to zapyta, ale Król-Bóg darował sobie poszukiwanie Curocha. Dorian
nie był głupcem. Nie zbliżyłby się z Curochem tak bardzo, gdyby
podejrzewał, że może go stracić. Jak można przechytrzyć człowieka, który
widzi przyszłość?
Król-Bóg zmrużył oczy, miażdżąc kolejną głowę. Za każdym razem, gdy to
robił, krew obryzgiwała jego śnieżnobiałe ubranie. To było celowe, ale
mimo wszystko denerwujące; poza tym nie ma nic dostojnego w kroplach
krwi lecących człowiekowi do oczu.
- Wasza ofiara została przyjęta - powiedział żołnierzom. - Jesteście
oczyszczeni.
Stał na przodzie podwyższenia, kiedy mężczyźni zajmowali z powrotem
swoje miejsce na dziedzińcu. Przez cały czas ani razu nie odwrócił się
do Cenaryjczyków siedzących za nim na podwyższeniu. Zrobił to teraz.
Kiedy Król-Bóg się obrócił, vir ożył. Czarne pędy podpełzły do jego
twarzy, wiły się na jego rękach, nogach, a nawet w źrenicach. Pozwalał
im przez chwilę zasysać światło, stojąc spowity nienaturalną ciemnością
mimo blasku jutrzenki. A potem przerwał to. Chciał, żeby arystokraci go
widzieli.
Nie było osoby, która nie wytrzeszczałaby oczu. Nie tylko vir i majestat
przynależny Garothowi tak ich oszołomiły. To trupy zrzucone na stos jak
drewno na opał za jego plecami i po obu stronach podwyższenia,
okalającego go jak rama. To jego szaty obryzgane krwią i mózgiem.
Prezentował się wspaniale w swoim dostojeństwie i przerażająco w swym
majestacie.
Być może, jeśli duchessa Trudana Jadwin przeżyje, każe namalować jej tę
scenę.
Król-Bóg przyjrzał się arystokratom, a arystokraci na platformie
przyglądali się jemu. Zastanawiał się, czy ktokolwiek z nich policzył
już, ilu ich zasiadło na podwyższeniu. Trzynaścioro.
Wyciągnął do nich dłoń ze słomkami.
- Śmiało - powiedział. - Khali was oczyści.
Tym razem nie zamierzał pozwolić, żeby to los zdecydował, kto umrze.
Komendant Gher spojrzał na Króla-Boga.
- Wasza Świątobliwość to musi być jakaś... - Urwał.
Król-Bóg nie popełniał błędów. Z twarzy Ghera odpłynęła cała krew.
Wyciągnął długą słomkę. Minęło kilka chwil, zanim zdał sobie sprawę, że
nie powinien zbyt wylewnie okazywać ulgi.
Większość pozostałych to byli pomniejsi arystokraci - mężczyźni i kobiety, którzy pełnili różne obowiązki w rządzie nieżyjącego króla
Aleine'a Gundera IX. Łatwo było ich przekupić. Szantaż był banalnie
prosty. Ale Garoth nic by nie zyskał, zabijając wyrobników, nawet jeśli
go zawiedli.
To go doprowadziło do zlanej potem Trudany Jadwin. Była dwunasta w kolejce, a jej mąż był ostatni.
Garoth się zatrzymał. Mężczyzna i kobieta spojrzeli po sobie. Wiedzieli
i każdy, kto na nich patrzył, wiedział, że jedno z nich umrze i wszystko
zależy od losowania Trudany. Diuk nerwowo przełykał ślinę.
- Ze wszystkich zgromadzonych tu arystokratów ty, diuku Jadwinie, jesteś
jedynym, który nigdy dla mnie nie pracował - powiedział Garoth. - Zatem
to jasne, że mnie nie zawiodłeś. W przeciwieństwie do twojej żony.
- Co takiego? - zdumiał się diuk. Spojrzał na Trudanę.
- Nie wiedziałeś, że zdradzała cię z księciem? Zamordowała go na mój
rozkaz - wyjaśnił Garoth.
Było coś pięknego w uczestniczeniu w scenie, która zdecydowanie powinna
rozgrywać się bez świadków. Blada twarz diuka poszarzała. Najwidoczniej
był jeszcze mniej spostrzegawczy niż większość rogaczy. Garoth
obserwował, jak zrozumienie uderza w biednego mężczyznę. Każde mgliste
podejrzenie, które odepchnął od siebie, każda nędzna wymówka, jaką
usłyszał, waliły w niego teraz z całą siłą.
Co ciekawe, Trudana Jadwin również wyglądała na wstrząśniętą. Garoth
spodziewał się, że kobieta wyceluje w męża palcem i powie mu, dlaczego
to wszystko jest jego winą. Zamiast tego w jej oczach malowało się
poczucie winy. Garoth domyślał się, że diuk był przyzwoitym mężem, i duchessa sama to wiedziała. Zdradzała go, bo tak chciała, a teraz
dwadzieścia lat kłamstw spadło jej na głowę.
- Trudano - powiedział Król-Bóg, zanim któreś z nich się odezwało -
dobrze mi służyłaś, ale mogłaś lepiej. Więc oto twoja nagroda i kara. -
Wyciągnął do niej dłoń ze słomkami. - Krótsza słomka jest po twojej
lewej.
Spojrzała w ciemne od viru oczy Garotha, na słomki i w końcu na męża. To
była nieśmiertelna chwila. Garoth wiedział, że żałosne spojrzenie diuka
będzie prześladować Trudanę Jadwin do końca jej życia. Król-Bóg nie miał
wątpliwości, co duchessa wybierze, ale najwyraźniej Trudana uważała, że
stać ją na poświęcenie się.
Zebrała się w sobie i sięgnęła po krótką słomkę, ale nagle jej ręka
znieruchomiała. Spojrzała na męża, odwróciła wzrok i wyciągnęła długą
słomkę.
Diuk zawył. To było cudne. Ten dźwięk przeszył serce każdego
Cenaryjczyka na dziedzińcu. Idealnie poniósł przesłanie Króla-Boga: to
mogłeś być ty.
Arystokraci - łącznie z Trudaną - otoczyli diuka. Każdy czuł się
przeklęty, uczestnicząc w tym, ale mimo to uczestniczył.
- Kocham cię, Trudano - powiedział do żony diuk. - Zawsze cię kochałem.
A potem naciągnął płaszcz na twarz i zniknął wśród uderzających go
kończyn.
Król-Bóg tylko się uśmiechnął.
***
Kiedy Trudana Jadwin wahała się, dokonując wyboru, Kylar pomyślał, że
gdyby przyjął zlecenie Mamy K, teraz miałby doskonały moment na atak.
Wszyscy patrzyli na podwyższenie.
Kylar odwrócił się do barona Kirofa. Obserwując szok i przerażenie na
jego twarzy, zauważył, że na murach za baronem stoi tylko pięciu
strażników. Szybko policzył raz jeszcze: sześciu, ale jeden z nich
trzymał łuk i pęk strzał w ręku.
Pośrodku dziedzińca rozległ się przeraźliwy trzask i Kylar dostrzegł
kątem oka, że tylna część prowizorycznego podwyższenia rozpadła się w drzazgi i załamała. Coś rozbłyskującego migoczącymi kolorami wzleciało w powietrze. Kiedy wszyscy spojrzeli w tę stronę, Kylar zerknął w przeciwną. Migocząca bomba wybuchła, wywołując niewielki wstrząs i rozbłyskując potwornym, oślepiającym białym światłem. Gdy setki
oślepionych cywili i żołnierzy krzyczały, Kylar zobaczył, że szósty
żołnierz z murów naciąga cięciwę. To był Jonus Brzytwa, siepacz, któremu
przypisywano pięćdziesięt ofiar. Strzała o złotym grocie poleciała w kierunku Króla-Boga.
Król-Bóg zasłaniał oczy rękami, ale już tarcze nadymały się wokół niego
niczym bańki mydlane. Strzała uderzyła w jedną z nich, ugrzęzła i wybuchła płomieniem, kiedy osłona się rozprysła. Już leciała następna
strzała, minęła rozpadającą się zewnętrzną tarczę i uderzyła w kolejną.
Rozprysła się następna tarcza i jeszcze jedna - Jonus Brzytwa strzelał z zadziwiającą szybkością. Korzystał z Talentu, podtrzymując kolejne
strzały w powietrzu, więc kiedy tylko puszczał cięciwę, następna strzała
już była pod ręką do założenia. Tarcze rozpadały się szybciej, niż
Król-Bóg był w stanie je odnawiać.
Ludzie krzyczeli oślepieni. Pięćdziesięciu meisterów wokół dziedzińca
ustawiało tarcze wokół siebie, ścinając z nóg wszystkich wokół.
Siepacz, który chował się pod podwyższeniem, wskoczył na platformę,
zachodząc Króla-Boga od tyłu. Zawahał się, kiedy ostatnia falująca
tarcza rozkwitła kilka cali od skóry Ursuula, a Kylar zobaczył, że to
wcale nie był siepacz, tylko dzieciak. Może czternastoletni, uczeń
Jonusa Brzytwy. Chłopak był tak skupiony na Królu-Bogu, że nawet się nie
trzymał nisko i znieruchomiał. Kylar usłyszał brzęk cięciwy w pobliżu i zobaczył, że chłopak pada, właśnie kiedy rozprysła się ostatnia tarcza
Króla-Boga.
Ludzie rzucili się do bram, tratując sąsiadów. Kilku meisterów, nadal
oślepionych i spanikowanych, wystrzeliło zielone pociski w tłum i otaczających go żołnierzy. Jeden z osobistych gwardzistów Króla-Boga
próbował go złapać i osłonić. Oszołomiony monarcha źle zinterpretował
ten ruch i potężne uderzenie virem cisnęło ogromnym góralem prosto w arystokratów na platformie.
Kylar odwrócił się, żeby sprawdzić, kto zabił ucznia siepacza. Raptem
sto koków od niego stał Hu Szubienicznik, rzeźnik, który wyrżnął całą
rodzinę Logana Gyre'a, najlepszy siepacz w mieście od śmierci Durzo
Blinta.
Jonus Brzytwa już uciekał, nie tracąc ani chwili na rozpacz z powodu
śmierci ucznia. Hu wypuścił drugą strzałę i Kylar zobaczył, jak wbiła
się w plecy Jonusa. Siepacz spadł z murów i zniknął im z oczu, ale Kylar
nie wątpił, że nie żyje.
Hu Szubienicznik zdradził Sa'kagé, a teraz uratował Króla-Boga. Ka'kari
pojawiło się w dłoni Kylara, zanim nawet zdał sobie z tego sprawę. Nie
chciałem zabić architekta zniszczenia Cenarii, a teraz gotowy jestem
zabić jego ochroniarza? Oczywiście nazwanie Hu Szubienicznika
ochroniarzem to jak nazwanie niedźwiedzia zwierzęciem futerkowym, ale
fakt pozostawał faktem. Kylar wciągnął ka'kari z powrotem w skórę.
Kryjąc się, żeby Hu nie zobaczył jego twarzy, Kylar dołączył do
strumienia spanikowanych Cenaryjczyków wylewających się przez zamkową
bramę.
Rozdział 2
Posiadłość Jadwinów przetrwała pożary, które zamieniły tak znaczną część
miasta w pogorzelisko. Kylar przyszedł pod pilnie strzeżoną główną
bramę, a strażnicy bez słowa otworzyli mu boczną furtkę. Po drodze do
posiadłości zatrzymał się tylko, żeby zrzucić przebranie garbarza i pozbyć się smrodu, myjąc ciało alkoholem. Był pewien, że zjawił się
przed duchessą, ale wieść o śmierci diuka dotarła szybciej. Strażnicy
mieli ręce przewiązane czarnymi pasami materiału.
- To prawda? - zapytał jeden z nich.
Kylar skinął głową i ruszył do chatki za rezydencją, gdzie mieszkali
Cromwyllowie. Elene była ostatnią sierotą, jaką Cromwyllowie
przygarnęli. Jej rodzeństwo dawno temu wyprowadziło się, znajdując sobie
inną pracę albo idąc na służbę do innych domów. Tylko jej przybrana
matka nadal pracowała dla Jadwinów. Od czasu przewrotu Kylar, Elene i Uly zamieszkali tu razem. Nie mieli wyboru, ponieważ wszystkie kryjówki
Kylara spłonęły albo znalazły się poza ich zasięgiem. A że wszyscy
myśleli, że Kylar nie żyje, nie chciał zatrzymać się w żadnej kryjówce
Sa'kagé, gdzie ktoś mógłby go rozpoznać. Zresztą wszystkie kryjówki
pękały w szwach. Nikt nie chciał zostać na ulicach, na których grasowali
Khalidorczycy.
Nikogo nie było w chatce, więc Kylar poszedł do kuchni w rezydencji.
Jedenastoletnia Uly stała na stołku i pochylała się nad wodą z mydlinami, zmywając rondle. Kylar wszedł, złapał ją pod ramię, zakręcił
nią, aż zapiszczała, i postawił na stole. Srogo spojrzał na dziewczynkę.
- Pilnowałaś, żeby Elene nie wpakowała się w żadne kłopoty, jak ci
kazałem?
- Próbowałam, ale obawiam się, że to beznadziejny przypadek. - Uly
westchnęła.
Kylar zaśmiał się, a dziewczynka mu zawtórowała. Wychowywali ją służący
na Zamku Cenaria, utrzymując ją dla jej własnego bezpieczeństwa w przeświadczeniu, że jest sierotą. Tak naprawdę była córką Mamy K i Durzo
Blinta. Durzo dowiedział się o jej istnieniu w ostatnich dniach życia i Kylar obiecał mu, że zaopiekuje się dziewczynką. Po początkowych
trudnościach związanych z wytłumaczeniu małej, że nie jest jej ojcem,
sprawy ułożyły się lepiej, niż Kylar się spodziewał.
- Beznadziejny? Już ja ci pokażę beznadziejny przypadek - odezwał się
ktoś.
Elene wniosła wielki sagan z warstwą tłuszczu na ściankach po
wczorajszym gulaszu i wstawiła go do wody, w której Uly myła naczynia.
Dziewczynka jęknęła, a Elene się zaśmiała. Kylar nie mógł wyjść z podziwu, jak się zmieniła w ciągu raptem tygodnia - a może zmienił się
sposób, w jaki ją postrzegał? Elene nadal miała grube blizny, które
zafundował jej w dzieciństwie Szczur: jeden krzyż przez usta i drugi na
policzku oraz łuk od brwi do kącika ust. Ale Kylar ledwo je zauważał.
Teraz dostrzegał tylko promienną cerę, oczy błyszczące inteligencją i szczęściem, krzywy uśmieszek, ale nie z powodu szramy, tylko dlatego, że
celowo był szelmowski. A to, jakim cudem kobieta mogła wyglądać tak
wspaniale w skromnej, wełnianej sukience dla służącej i w fartuchu, było
dla niego jedną z największych zagadek wszechświata.
Elene zdjęła fartuch z haka i spojrzała na Kylara z niebezpiecznym
błyskiem w oku.
- Och, nie. Nie ja - zaprotestował.
Zarzuciła mu pętlę od fartucha przez głowę i przyciągnęła go do siebie
powoli i uwodzicielsko. Patrzyła się na jego wargi, a on nie mógł
oderwać oczu od jej ust, kiedy zwilżyła je językiem.
- Myślę... - zaczęła niskim głosem, przesuwając rękoma po jego bokach -
że...
Uly odkaszlnęła głośno, ale żadne z nich nie zwróciło na nią uwagi.
Elene przyciągnęła go do siebie, kładąc mu ręce na krzyżu, odchylając
głowę lekko do tyłu i podsuwając usta. Słodki zapach wypełnił mu
nozdrza...
- ...że tak jest o wiele lepiej.
Mocno zawiązała troczki od fartucha na jego krzyżu, natychmiast go
wypuściła z objęć i odsunęła się.
- Teraz możesz mi pomóc. Wolisz kroić ziemniaki czy cebulę?
Obie z Uly zaśmiały się, widząc jego oburzenie.
Kylar skoczył naprzód, a Elene próbowała zrobić unik, on jednak złapał
ją za pomocą Talentu. Ćwiczył w ciągu ostatniego tygodnia i chociaż jak
do tej pory był w stanie przedłużyć zasięg rąk tylko o mniej więcej
długość kroku, tym razem tyle wystarczyło. Przyciągnął Elene i pocałował
ją. Nie broniła się zbytnio i odwzajemniła pocałunek z zapałem. Przez
chwilę cały świat sprowadzał się do miękkości jej ust i bliskości ciała.
Gdzieś obok nich Uly zaczęła wydawać dźwięki jakby wymiotowała.
Kylar sięgnął ręką i chlapnął mydlinami w stronę irytujących dźwięków.
Odgłos wymiotów nagle się urwał, ustępując miejsca piskowi. Elene
wyplątała się z objęć i zasłoniła usta, powstrzymując śmiech.
Kylarowi udało się zmoczyć twarz Uly. Uniosła rękę i chlapnęła wodą w niego, a on się nie uchylił. Potargał jej wilgotne włosy, chociaż
wiedział, że tego nie znosiła, i powiedział:
- No dobra, smarkulo, należało mi się. A teraz rozejm. Gdzie te
ziemniaki?
Gładko przeszli do prostej, kuchennej rutyny. Elene zapytała go, co
widział i czego się dowiedział. Cały czas sprawdzając, czy nikt nie
podsłuchuje, opowiedział jej, jak obserwował barona i bezradnie patrzył
na próbę zamachu. Takie rozmowy to pewnie najnudniejsza rzecz w życiu
par, ale Kylarowi odmawiano takich nudnych luksusów codziennej miłości
przez całe życie. Dzielenie się, zwyczajne mówienie prawdy osobie, którą
się kocha, okazało się niezmiernie cenne. Siepacz, jak uczył go Durzo,
musi umieć porzucić wszystko w jednej chwili. Siepacz jest zawsze sam.
I właśnie taka chwila, ta prosta bliskość była powodem, dla którego
Kylar skończył z drogą cienia. Spędził ponad połowę życia,
niezmordowanie trenując, żeby zostać idealnym zabójcą. Już nie chciał
zabijać.
- Potrzebowali trzeciej osoby do tej roboty - powiedział Kylar. - Czujki
i wsparcia dla scyzoryka. Dalibyśmy radę. Idealnie wybrali moment. Jedna
sekunda różnicy, a udałoby im się we dwóch. Gdybym był tam z nimi, Hu
Szubienicznik i Król-Bóg już by nie żyli. Mielibyśmy pięćdziesięt
tysięcy gunderów. - Urwał, gdy naszła go ponura myśl. - Gunderów. Chyba
już nie będą tak ich nazywać, skoro wszyscy Gunderowie nie żyją. -
Westchnął.
- Chcesz wiedzieć, czy podjąłeś właściwą decyzję - powiedziała Elene.
- Tak.
- Kylar, zawsze i wszędzie znajdą się ludzie tak źli, że naszym zdaniem
będą zasługiwać tylko na śmierć. W zamku, kiedy Roth... ranił cię,
niewiele brakowało, a sama spróbowałabym go zabić. Jeszcze jedna chwila
dłużej, a... sama nie wiem. Wiem jednak, co mi powiedziałeś na temat
zabijania i tego, jak wpływa na twoją duszę. Niezależnie od tego, ile
dobra przynosi to światu, ciebie to niszczy. Nie mogę na to patrzeć. Nie
będę. Za bardzo mi na tobie zależy.
To był jedyny warunek, jaki postawiła, zgadzając się opuścić miasto z Kylarem - że porzuci zabijanie i przemoc. Nadal czuł się zagubiony. Nie
miał pewności, czy podejście Elene jest słuszne, ale zobaczył
wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że podejście Durzo i Mamy K nie było.
- Naprawdę wierzysz, że przemoc rodzi przemoc? Że ostatecznie mniej
niewinnych ludzi zginie, jeśli ja przestanę zabijać?
- Naprawdę.
- W porządku. Zatem muszę dzisiejszego wieczoru załatwić pewną sprawę.
Rano będziemy mogli wyjechać.
Rozdział 3
Dno Piekła to nie było miejsce dla króla. Stosownie do nazwy Dno
znajdowało się na najniższym krańcu cenaryjskiego więzienia nazywanego
Paszczą. Wejście do Paszczy było demonicznym obliczem wyrzeźbionym w czarnym szkle wulkanicznym. Więźniów prowadzano rampą prosto do
otwartych ust, która często była śliska, gdy ze strachu tracili kontrolę
nad zwieraczami. Na samym Dnie zaniechano popisów w sztuce
kamieniarskiej, stawiając zamiast tego na zwykły, instynktowny strach,
jaki budzą ciasne przestrzenie, ciemność, przepaści, upiorne wycie
wiatru wznoszącego się z głębin oraz świadomość, że każdego więźnia, z którym będzie się dzielić Dno, uznano za niegodnego czystej śmierci. Na
Dnie panował nieubłagany upał i cuchnęło siarką oraz ludzkimi
nieczystościami w trzech postaciach: gówna, trupów i brudnych ciał.
Paliła się tylko jedna pochodnia umieszczona wysoko w górze po drugiej
stronie kraty, która oddzielała te dwunożne zwierzęta od reszty więźniów
w Paszczy.
Jedenastu mężczyzn i jedna kobieta dzielili Dno razem z Loganem Gyre.
Nienawidzili go z powodu jego noża, mocnego ciała i akcentu człowieka
wykształconego. Jakimś cudem nawet wśród tej koszmarnej menażerii
składającej się z dziwadeł i zwyrodnialców Logan się wyróżniał.
Siedział zwrócony plecami do ściany. Była tam tylko jedna ściana, bo Dno
miało kształt koła. Pośrodku znajdowała się dziura szeroka na pięć
kroków, która prowadziła w otchłań. Ściany przepaści były idealnie
pionowe, idealnie gładkie, ze szkliwa wulkanicznego. Nie sposób zgadnąć,
jak głęboko sięgała. Kiedy więźniowie zrzucali kopniakami nieczystości
do dziury, nie było słychać żadnego dźwięku. Jedynym, co wydostawało się
z tej dziury, był duszący smród siarczanego piekła, a sporadycznie wycie
wiatru... A może duchów? Albo udręczonych dusz zmarłych...?
Początkowo Logan zastanawiał się, dlaczego współwięźniowie załatwiają
się pod ścianą i dopiero później - o ile w ogóle - skopują nieczystości
do dziury. Za pierwszym razem, kiedy musiał iść za potrzebą, zrozumiał:
tylko wariat przykucnąłby przy dziurze. Tu na dole nie można było w żaden sposób narażać się na atak. Kiedy jeden więzień musiał przejść
obok drugiego, przesuwał się szybko i nieufnie, warcząc, sycząc i wyrzucając z siebie przekleństwa takim strumieniem, że słowa traciły
wszelkie znaczenie. Zepchnięcie drugiego więźnia do dziury to był
najprostszy sposób zabicia go.
Co gorsza, skalny pierścień, który otaczał przepaść, miał tylko trzy
kroki szerokości i dodatkowo opadał lekko ku dziurze. Ten skrawek skały
to był cały świat Mętów. Wąski, śliski przedsionek śmierci. Logan nie
spał od siedmiu dni - od przewrotu. Zamrugał. Siedem dni. Zaczynał
słabnąć. Nawet Piątak, który zdobył większość z ostatniego posiłku, nie
jadł od czterech dni.
- Przynosisz pecha, Trzynasty - powiedział Piątak, piorunując go
wzrokiem. - Nie karmili nas, odkąd się zjawiłeś.
Piątak był jedynym, który nazywał go Trzynastym. Reszta zaakceptowała
imię, które sam sobie nadal w chwili szaleństwa: Król.
- Chciałeś powiedzieć: odkąd pożarłeś ostatniego strażnika? - zapytał
Logan. - Nie sądzisz, że to może mieć coś wspólnego z obecnym stanem
rzeczy?
Wszyscy się zaśmiali oprócz przygłupa Zgrzytacza, który tylko uśmiechnął
się bezmyślnie, odsłaniając spiłowane na ostro zęby. Piątak nic nie
powiedział, tylko dalej przeżuwał i rozciągał w rękach linę. Już nosił
na sobie zwój tak gruby, że niemal przesłaniał jego równie żylastą jak
sam sznur sylwetkę. Piątak wzbudzał największy strach spośród wszystkich
więźniów. Logan nie nazwałby go przywódcą, bo to sugerowałoby, że wśród
więźniów panuje jakiś porządek społeczny. Ci ludzie byli jak zwierzęta:
zarośnięci, tak brudni, że nie sposób powiedzieć, jakiego koloru była
ich skóra przed uwięzieniem, patrzący dziko i strzygący uszami na
najlżejszy odgłos. Wszyscy spali czujnie. I, odkąd Logan się tu zjawił,
zjedli dwóch ludzi.
"Zjawił"? Po prostu tu wskoczyłem. A mogłem po prostu szybko umrzeć.
Teraz będę siedział tu wieczność, a przynajmniej do chwili, kiedy mnie
pożrą. Na bogów, oni mnie zjedzą!
Od narastającego przerażenia i rozpaczy jego uwagę oderwał ruch po
drugiej stronie Dna. To była Lilly. Ona jedna nie przywierała do ściany.
Nie zważała na dziurę, nie bała się. Jakiś mężczyzna złapał ją za
sukienkę.
- Nie teraz, Jake - powiedziała do jednookiego mężczyzny.
Jake trzymał ją jeszcze chwilę, ale kiedy poruszyła znacząco brwią,
puścił jej sukienkę, klnąc przy tym. Lilly usiadła obok Logana. To była
prosta kobieta w nieokreślonym wieku. Mogła mieć około pięćdziesiętki,
ale Logan domyślał się, że bliżej jej do dwudziestki - nadal miała
większość zębów.
Nie odzywała się przez dłuższy czas. A potem, kiedy już zainteresowanie
jej zmianą miejsca osłabło, podrapała się z roztargnieniem w krocze i powiedziała:
- Co zamierzasz?
Głos miała młody.
- Zamierzam wyjść stąd i zamierzam odzyskać królestwo.
- Trzymasz się tej gadki o Królu. Będą myśleli, że zwariowałeś. Widzę,
że rozglądasz się jak zagubiony dzieciak. Żyjesz ze zwierzętami. Jeśli
chcesz przeżyć, musisz być potworem. Chcesz się czegoś trzymać, schowaj
to głęboko. A potem rób, co trzeba. - Klepnęła się w kolano i poszła do
Jake'a.
Po kilku chwilach Jake się z nią parzył. Zwierzęta w ogóle się tym nie
przejęły. Nawet nie patrzyły.
***
Szaleństwo już go dopadało. Dorian trzymał się w siodle tylko dzięki
instynktowi. Świat zewnętrzny wydawał się daleki, nieważny, ukryty za
mgłą, podczas gdy wizje były bliskie, żywe, intensywne. Gra trwała i pionki się przesuwały, a wizja Doriana rozrosła się jak nigdy dotąd.
Anioł Nocy ucieknie do Caernarvon; jego moce rosły, ale on ich nie
używał.
Co ty wyprawiasz, chłopcze? Dorian chwycił się tego życia i zaczął je
badać wstecz. Rozmawiał z Kylarem raz i przepowiedział mu śmierć. Teraz
już wiedział, dlaczego nie przewidział też tego, że Anioł Nocy umrze, a zarazem nie umrze. Durzo go zmylił. Dorian widział, że życie Durzo
przeplata się z wieloma innymi żywotami. Widział to, ale nie rozumiał.
Kusiło go, żeby spróbować wyśledzić wstecz wszystkie żywoty Durzo aż do
pierwszego, kiedy ten otrzymał ka'kari, które teraz miał Kylar. Kusiło
go, żeby sprawdzić, czy zdołałby odnaleźć życie Ezry Szalonego - z pewnością takie życie płonęłoby tak jasno, że nie sposób je przeoczyć.
Może wtedy mógłby podążyć za Ezrą, dowiedzieć się, co wielki mag
wiedział, dowiedzieć się, jak tę wiedzę zdobył. Ezra stworzył ka'kari
siedem wieków temu, a ka'kari uczyniło Kylara nieśmiertelnym. Tylko trzy
kroki do jednego z najbardziej szanowanych i potępianych magów w historii. Trzy kroki! Trzy kroki do odnalezienia kogoś tak sławnego, kto
nie żył od tak dawna. To było kuszące, ale zajęłoby sporo czasu. Może
wiele miesięcy. Ale, och, jakich rzeczy mógłby się dowiedzieć!
Dowiedziałbym się wiele o przeszłości, podczas gdy teraźniejszość się
rozpada. Skup się, Dorianie, skup.
Czepiając się z powrotem życia Kylara, Dorian prześledził je od
dzieciństwa w Norach, przyjaźni z Elene i Jarlem, poprzez gwałt na
Jarlu, okaleczenie Elene, do pierwszego zabójstwa jedenastoletniego
Kylara, terminowania u Durzo i nauki u Mamy K, kojącego wpływu hrabiego
Drake'a, przyjaźni z Loganem, ponownego spotkania z Elene, kradzieży
ka'kari, przewrotu na zamku, zabicia mistrza i odszukania Rotha Ursuula.
Mojego młodszego brata, pomyślał Dorian, i potwora, jakim kiedyś sam
byłem.
Skup się, Dorianie. Wydawało mu się, że coś usłyszał, krzyk, jakieś
poruszenie w przyziemnym świecie, ale nie pozwolił, żeby znowu coś go
rozproszyło. Tu! Patrzył, jak Kylar w imię sprawiedliwości otruł Mamę K
i jak w imię miłosierdzia dał jej antidotum.
Dorian wiedział, jakich wyborów dokonał ten młody człowiek, ale nie
wiedząc dlaczego, nie był w stanie zgadnąć, jaką drogę obierze w przyszłości. Chłopak już nie raz wybrał mniej oczywistą ścieżkę, albo
wręcz niemożliwą drogę. Mając wybór między odebraniem życia swojej
miłości a odebraniem go swojemu mentorowi, zdecydował się oddać własne.
Byk podsunął oba rogi, a Kylar przeskoczył nad głową byka. To Kylar się
liczył. W tej chwili Dorian widział nagą duszę młodzieńca.
Teraz cię mam, Kylarze. Teraz cię znam.
Dorian poczuł nagły ból w ręce, ale teraz, kiedy mocno złapał Kylara,
nie zamierzał puścić. Kylar gorąco pragnął pogodzić brutalną
rzeczywistość ulicy z pobożnymi impulsami hrabiego Drake'a, którymi się
zaraził. Zaraził? To słowo przyszło od Kylara. Zatem, tak jak Durzo,
widział w miłosierdziu słabość.
Będziesz piekielnie trudny, co?
Dorian zaśmiał się, obserwując, jak Kylar radzi sobie z niekompetentnym
Sa'kagé w Caernarvon, jak wybiera zioła, jak płaci podatki, jak się
kłóci z Elene, jak stara się być normalnym człowiekiem. Jednakże nie
radzi sobie za dobrze, presja narasta. Kylar wyjmuje szary strój
siepacza, wychodzi na dachy - zabawne, że robi to niezależnie od
wyborów, których dokonał do tej chwili - i pewnej nocy ktoś puka do
drzwi i pojawia się Jarl, znowu stawiając Kylara między kobietą, którą
kocha, i życiem, którego nienawidzi, a przyjaciółmi, których kocha, i życiem, którego powinien nienawidzić, między jednym obowiązkiem a drugim, między honorem a zdradą. Kylar to Cień o Zmierzchu, rosnący
kolos, który jedną stopę postawił pośród dnia, a drugą w mrokach nocy.
Jednakże cień to efemeryczne stworzenie i pomroka musi albo pociemnieć,
przechodząc w noc, albo pojaśnieć, zamieniając się w dzień. Kylar
otwiera drzwi dla Jarla i przyszłość się rozpada...
- Do diabła, Dorianie! - Feir uderza go.
Dorian nagle zdał sobie sprawę, że Feir musiał go spoliczkować już kilka
razy, bo szczęka bolała go po obu stronach. Z jego lewą ręką będzie
naprawdę źle. Patrzy, gorączkowo zbierając myśli i próbując odnaleźć
właściwą szybkość czasu.
Zobaczył, że z ręki wystaje mu strzała. Czarna strzała khalidorskich
górali. Zatruta.
Feir znowu go spoliczkował.
- Przestań! Przestań! - zawołał Dorian, wymachując rękami; natychmiast
poczuł ból w lewej. Jęknął i zacisnął powieki, ale powrócił. Odzyskał
zdrowe zmysły.
- Co się stało? - zapytał.
- Jeźdźcy - powiedział Feir.
- Banda idiotów, którzy chcieli zabrać coś do domu, żeby mieć się czym
przechwalać - wyjaśnił Solon.
Rzecz jasna, tym czymś byłyby uszy Solona, Feira i Doriana. Jeden z czterech trupów już nosił naszyjnik z dwojga uszu. Wyglądały na świeże.
- Wszyscy nie żyją? - spytał Dorian.
Był najwyższy czas zająć się strzałą.
Solon smętnie pokiwał głową, a Dorian wyczytał ze śladów historię
krótkiej bitwy w ich obozie. Atak nastąpił, kiedy Feir i Dorian
rozbijali obóz. Słońce właśnie wpadało w wąską przełęcz w paśmie gór
Faltier i jeźdźcy nadjechali od zachodu, myśląc, że promienie oślepią
przeciwnika. Dwóch łuczników próbowało osłaniać nadjeżdżających
towarzyszy, ale strzelali ze wzniesienia ostro w dół i pierwszymi
strzałami nie trafili.
Dalszy ciąg był z góry przesądzony. Solon niezgorzej władał mieczem, a Feir - niebosiężny, monstrualnie silny i szybki Feir - był
Arcyszermierzem drugiego stopnia. Solon pozwolił Feirowi zająć się
jeźdźcami. Nie zdążył uratować Doriana przed strzałą, ale za pomocą
magii zabił obydwu łuczników. Cała walka zajęła pewnie mniej niż dwie
minuty.
- Szkoda, bo są z klanu Churaq - powiedział Solon, szturchając jednego z wytatuowanych na czarno młodzików. - Z radością zabiliby tych łajdaków z klanu Hraagl, strzegących khalidorskiego taboru, który ścigamy.
- Myślałem, że Wyjące Wichry są nie do zdobycia - odezwał się Feir. -
Skąd jeźdźcy po tej stronie granicy?
Solon pokręcił głową. To przyciągnęło uwagę Doriana do jego włosów,
które były całkiem czarne i tylko przy samej skórze pobielały. Odkąd
Solon uśmiercił pięćdziesięciu meisterów za pomocą Curocha - niewiele
brakowało, a zabiłby i siebie samego ilością magii, jakiej wtedy użył -
zaczęły mu rosnąć siwe włosy. Nie szpakowate jak u starszego mężczyzny,
ale śnieżnobiałe. Ostro kontrastowały z jego twarzą - twarzą mężczyzny w kwiecie wieku, przystojnego Sethyjczyka o oliwkowej cerze i rysach
wyrzeźbionych przez wojskowe życie. Solon początkowo narzekał, że po
użyciu Curocha wszystko widzi albo w dziwacznych kolorach, albo w czerni
i bieli, ale najwyraźniej to już minęło.
- Nie do zdobycia, owszem - powiedział Solon. - I nie do przejścia dla
wojska, zgadza się. Jednakże o tej porze roku, pod koniec lata, ci
młodzi ludzie potrafią przejść przez góry. Mnóstwo ich ginie w trakcie
wspinaczki, albo nadchodzi burza nie wiadomo skąd i zmywa ich ze skały,
ale jeśli mają szczęście i siłę, nic ich nie powstrzyma. Gotowy już
jesteś z tą strzałą, Dorianie?
Chociaż wszyscy trzej mężczyźni byli magami, oczywiste było, że żaden
przyjaciel mu nie pomoże, nie z tym. Dorian był Hoth'salarem, bratem
Uzdrowicielem. Nadzieja, że uleczy własne nasilające się szaleństwo,
sprawiła, że wspiął się na wyżyny kunsztu leczniczego.
Nagle z ręki Doriana i z ciała wokół grotu pociekła woda.
- Co to było? - zapytał zielony na twarzy Feir.
- To był płyn z krwi, do której już przeniknęła trucizna. Cały jad
powinien zostać na strzale, kiedy ją wyciągniesz - wyjaśnił Dorian.
- Ja? - zapytał Feir; niezdrowa bladość jego twarzy kłóciła się z potężną sylwetką.
- Nie wygłupiaj się - powiedział Solon i sam wyrwał strzałę.
Dorianowi zaparło dech. Feir musiał go złapać. Solon spojrzał na
strzałę. Zadziory przygięto, żeby nie rozerwały ciała przy wyjmowaniu,
ale drzewce było pokryte czarną skorupą krwi i trucizną, której Dorian
nadał krystaliczną strukturę. To sprawiło, że drzewce zrobiło się trzy
razy szersze.
Dorian jeszcze ciężko dyszał, ale fale magii już zaczęły tańczyć w powietrzu jak maleńkie świetliki, jak setka pajączków tkających lśniące
pajęczyny, kobierce światła. Właśnie ta część robiła wrażenie na jego
przyjaciołach. Teoretycznie każdy mag potrafił się uleczyć, ale z jakiegoś powodu nie tylko zwykle nie działało to najlepiej, ale też
leczenie czegokolwiek poważniejszego niż niewielka rana było
niesłychanie bolesne. Zupełnie jakby pacjent musiał poczuć każdy ból,
podrażnienie i swędzenie, które wywołałaby rana w czasie całego okresu
gojenia. Kiedy mag leczył kogoś innego, mógł znieczulić pacjenta. Gdy
leczył siebie, znieczulenie groziło błędem i śmiercią. Z drugiej strony
magi - kobiety magowie - nie miały takich problemów. Rutynowo leczyły
same siebie.
- Jesteś niesamowity - powiedział Solon. - Jak ty to robisz?
- To kwestia koncentracji - odpowiedział Dorian. - Miałem sporo
praktyki.
Uśmiechnął się, otrząsnął, jakby zrzucał z siebie zmęczenie, i w jednej
chwili się ożywił. Był w pełni obecny duchem, co ostatnio zdarzało mu
się coraz rzadziej.
Solon sposępniał. Szaleństwo Doriana było nieodwracalne. Będzie się
nasilało, aż Dorian stanie się bełkocącym idiotą, sypiającym gdzieś przy
drodze albo po stodołach. Nikt nie będzie go szanował i tylko raz, dwa
razy do roku będą mu się przytrafiały chwile przytomności umysłu. Czasem
te chwile będą przychodzić, kiedy w pobliżu nie znajdzie się nikt, kto
by mu powiedział, jaką wiedzę kiedyś posiadł.
- Przestań - powiedział Solonowi Dorian. - Właśnie miałem objawienie. -
Powiedział to ze znaczącym uśmieszkiem, dając do zrozumienia, że to było
prawdziwe objawienie. - Idziemy złą drogą. A przynajmniej ty. - Dorian
wskazał Feira. - Musisz podążać za Curochem na południe od Ceury.
- Co masz na myśli? - zdziwił się Feir. - Myślałem, że jedziemy za
mieczem. A poza tym moje miejsce jest przy tobie.
- Solonie, my dwaj musimy jechać na północ od Wyjących Wichrów.
- Chwileczkę... - zaczął Feir, ale oczy Doriana znowu się zaszkliły.
Odpłynął. - Cudownie - mruknął Feir. - Po prostu cudownie. Przysięgam,
że on to robi specjalnie.
Rozdział 4
Minęła północ, zanim Jarl zjawił się w małej chatce Cromwyllów. Spóźnił
się ponad godzinę. Przybrana matka Elene spała we wspólnej sypialni,
więc Kylar, Elene i Uly siedzieli w pokoju od frontu. Uly przysnęła
oparta o Kylara, ale kiedy Jarl wszedł, poderwała się z przerażeniem.
W co ja wplątuję to dziecko? - pomyślał Kylar. Uścisnął ją, a kiedy
dotarło do niej, gdzie jest, uspokoiła się zawstydzona.
- Przepraszam - powiedział Jarl. - Bladawcy... karzą Nory za próbę
zamachu. Chciałem wrócić i sprawdzić parę rzeczy, ale zablokowali
wszystkie mosty. Żadna łapówka dzisiaj nie wystarczy.
Kylar zorientował się, że Jarl nie wchodzi w szczegóły ze względu na
Uly. Wiedząc jednak, jak źle wyglądała sytuacja w Norach przed próbą
zamachu, Kylar z trudem sobie wyobrażał, co musiało się tam dziać tej
nocy.
Zastanawiał się, o ile gorzej byłoby, gdyby Król-Bóg rzeczywiście
zginął. Przemoc naprawdę rodzi przemoc.
- To oznacza, że robota jest odwołana? - rzucił, żeby Elene i Uly nie
dopytywały się o Nory.
- Nadal aktualna. - Jarl podał mieszek Elene. Był podejrzanie lekki. -
Pozwoliłem sobie od razu załatwić sprawę łapówki dla straży przy bramie.
Cena już poszła w górę, a gwarantuję, że jutro będzie jeszcze wyższa.
Macie listę godzin, w których przekupieni strażnicy pracują w tym
tygodniu?
Jarl rozwiązał zawiniątko i wyjął kremową tunikę, spodnie i wysokie,
ciemne buty.
- Znamy ją na pamięć - odpowiedział Kylar.
- Słuchaj - odezwała się Elene - wiem, że Kylar zwykł wykonywać
zlecenia, nie rozumiejąc dlaczego coś robi i co właściwie robi, ale ja
muszę to zrozumieć. Dlaczego ktoś płaci pięćset gunderów za to, żeby
Kylar udał, że umiera? To fortuna!
- Nie dla khalidorskiego diuka. Powiem ci, co zdołałem sobie z tego
wszystkiego poskładać - powiedział Jarl. - Diukowie w Khalidorze to nie
to samo co nasi diukowie, ponieważ arystokracja w Khalidorze zawsze stoi
niżej niż meisterowie. Ale meisterowie potrzebują ludzi, którzy będą
pilnowali chłopów i tak dalej, więc diuk Vargun jest bogaty, ale musi
walczyć o każdy ochłap władzy, jaki ma. Przybył do Cenarii, mając
nadzieję na awans, jednak stanowisko, na które liczył - dowódcy
królewskiej straży cenaryjskiej, powierzono porucznikowi Hurinowi
Gherowi, nowemu komendantowi Gherowi.
- W ramach zapłaty za to, że poprowadził cenaryjskich arystokratów w zasadzkę w noc przewrotu. Zdrajca - powiedział Kylar.
- Zgadza się. Raz w tygodniu rankiem komendant Gher chodzi do portu z kilkoma najbardziej zaufanymi ludźmi po łapówkę od Sa'kagé, udając, że
jest na patrolu. Tego ranka zobaczy swojego rywala, diuka Varguna, jak
zabija pomniejszego cenaryjskiego arystokratę, barona Kirofa. Komendant
Gher z radością aresztuje diuka. Po paru dniach albo tygodniach "zmarły"
baron Kirof pojawi się znowu. Komendant Gher będzie skompromitowany, bo
aresztuje diuka bez powodu i diuk Vargun najprawdopodobniej przejmie
jego robotę. Wiele rzeczy może się źle potoczyć i dlatego Kylar dostanie
tylko pięćset gunderów.
- To wygląda na strasznie skomplikowane - zmartwiła się Elene.
- Zaufaj mi - odparł Jarl. - Jak na khalidorską politykę, to bardzo
proste.
- A jakie korzyści będzie miało z tego Sa'kagé? - spytał Kylar.
Jarl wyszczerzył zęby.
- Próbowaliśmy dorwać barona Kirofa, ale najwyraźniej diuk nie jest
głupi. Kirof już zniknął.
- Sa'kagé chciało porwać barona Kirofa? Po co? - zdziwiła się Elene.
- Mając Kirofa, można by szantażować komendanta Ghera. Komendant
wiedziałby, że w chwili, gdy Kirof się pojawi, on będzie skończony, więc
Sa'kagé miałoby go w kieszeni - odpowiedział Kylar.
- Wiesz, czasem próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądałoby to miasto bez
Sa'kagé, i nie potrafię - powiedziała Elene. - Chcę się stąd wynieść,
Kylar. Mogę pójść z wami dziś wieczorem?
- Nie ma dość miejsca dla dorosłej osoby - odpowiedział za niego Jarl. -
A poza tym wrócą przed świtem. Uly? Kylar? Jesteście gotowi?
Kylar skinął głową, a Uly z ponurą miną powtórzyła ten gest.
Dwie godziny później byli już w porcie, gotowi się rozdzielić. Uly miała
schować się poniżej nabrzeża na zakamuflowanej tratwie, która wyglądała
jak kupa drewna dryfującego na rzece. Kiedy Kylar wpadnie do wody, Uly
poda mu żerdź, żeby miał się czego złapać i mógł wypłynąć poza widokiem.
Na małej tratwie było tylko miejsce dla Uly i dla Kylara - akurat tyle,
żeby mógł wynurzyć głowę. Jak już się wynurzy, "kupa drewna" spłynie z prądem kilkaset kroków do drugiego nabrzeża, gdzie oboje wyjdą z wody.
- A jeśli coś pójdzie nie tak? To znaczy naprawdę źle? - zapytała Uly.
Zimna noc sprawiła, że Uly poczerwieniały policzki. Przez to wyglądała
jeszcze młodziej.
- Wtedy powiedz Elene, że przepraszam.
Kylar wygładził przód kremowej tuniki. Ręce mu drżały.
- Kylar, boję się.
- Uly - powiedział, patrząc w jej wielkie piwne oczy - chciałem ci
powiedzieć... to znaczy, wolałbym... - Odwrócił wzrok. - Wolałbym, żebyś
nie nazywała mnie prawdziwym imieniem, kiedy jesteśmy na robocie. -
Poklepał ją po głowie. Nie cierpiała tego. - Jak wyglądam?
- Zupełnie jak baron Kirof... jeśli naprawdę bardzo mocno zmrużę oczy.
Wiedział, że to odpłata za klepanie po głowie.
- Mówiłem ci już kiedyś, że jesteś jak wrzód na tyłku?
Uly tylko wyszczerzyła zęby.
Za kilka godzin port zapełni się dokerami i żeglarzami, przygotowującymi
ładunki przed wschodem słońca. Na razie jednak panowała cisza, jeśli nie
liczyć chlupotania wody. Prywatna straż nocna w porcie została opłacona,
ale większe niebezpieczeństwo stanowiły grupki khalidorskich żołnierzy,
którzy mogli tędy przechodzić, szukając okazji do rozróby. Na szczęście
wyglądało na to, że większość wybrała się tej nocy do Nor.
- No dobrze, więc do zobaczenia po drugiej stronie - powiedział,
uśmiechając się znacząco.
Nie powinien był tego mówić. Oczy Uli wypełniły się łzami.
- Nos do góry - dodał łagodniej. - Nic mi nie będzie.
Odeszła, a kiedy zniknęła Kylarowi z oczu, jego twarz zaczęła migotać. W miejsce szczupłych, młodych rysów nagle pojawił się drugi podbródek i ruda broda przycięta na khalidorską modłę; nos urósł i zrobił się
garbaty, brwi stały się niezwykle krzaczaste. Teraz rzeczywiście
wyglądał jak baron Kirof.
Zerknął do małego lusterka. Nachmurzył się. Iluzoryczny nos zmarszczył
się nieco. Otworzył usta, uśmiechnął się, wykrzywił, mrugnął, obserwując
mimikę. Nie było dobrze, ale musiało wystarczyć. Uly pomogłaby mu lepiej
przygotować twarz, ale im mniej wiedziała o jego talentach, tym lepiej.
Ruszył nabrzeżem.
- Dobrzy bogowie - powiedział diuk Tenser Vargun na widok Kylara. - To
ty?
Twarz diuka była spocona i ziemista nawet w świetle pochodni na końcu
portu.
- Diuku Vargun, mam dla pana wiadomość - powiedział Kylar, łapiąc
Khalidorczyka za nadgarstek. Zniżył głos. - Nic panu nie będzie. Proszę
robić wszystko zgodnie z planem.
- Baronie Kirof, dziękuję - odpowiedział diuk, odrobinę teatralnie.
Znowu zniżył głos. - Więc jest pan aktorem.
- Tak. I postarajmy się, żebym nie wyleciał z roboty.
- Nigdy w życiu nikogo nie zabiłem.
- Zadbajmy, żeby dziś w nocy nie zaliczył pan pierwszego razu -
odpowiedział Kylar.
Spojrzał na ozdobny sztylet za pasem diuka. Był pamiątką rodową; jego
niewyjaśniona strata będzie jednym z dowodów, że diuk naprawdę zabił
barona Kirofa.
- Jeśli pan to zrobi, trafi pan do więzienia, i to niezbyt miłego.
Możemy się jeszcze wycofać. - Kylar, mówiąc, wymachiwał rękami, tak jak
robił to baron Kirof, kiedy się denerwował.
- Nie, nie. - Diuk powiedział to tak, jakby przekonywał samego siebie. -
Robił pan już kiedyś coś takiego?
- Czy wrobiłem kogoś, udając kogoś innego? Pewnie. Czy udawałem, że ktoś
mnie zabija? Raczej nie.
- Proszę się nie martwić - powiedział diuk. - Ja... - Zerknął za Kylara
i jego głos zmienił się pod wpływem strachu. - Już tu są.
Kylar odskoczył od diuka, jakby się przeraził.
- To groźba? - warknął.
To była ledwie przyzwoita imitacja głosu barona, ale krew pokryje
większość błędów aktorskich.
Diuk złapał go za rękę.
- Zrobisz, co ci każę!
- Albo co? Król-Bóg o wszystkim się dowie.
Teraz z pewnością zwrócili na siebie uwagę strażników.
- Nic mu nie powiesz!
Kylar wyrwał rękę.
- Nie jest pan wystarczająco sprytny, żeby przejąć tron, diuku Vargun.
Jest pan tchórzem i ... - Zniżył głos. - Jedno pchnięcie. Pęcherz z krwią jest dokładnie na moim sercu. Ja zajmę się resztą. - Wykrzywił
twarz w szyderczym uśmiechu i zaczął się odwracać.
Diuk złapał Kylara za rękę i szarpnął go z powrotem. Gwałtownym ruchem
wbił sztylet - ale nie w owczy pęcherz z krwią, ale w brzuch Kylara.
Dźgnął raz, drugi, potem znowu i znowu. Zataczając się do tyłu, Kylar
spojrzał w dół. Jego kremowa jedwabna tunika ociekała czerwono-czarną
krwią. Ręce Tensera były całe we krwi; szkarłatne plamki upstrzyły jego
niebieski płaszcz.
- Co ty robisz? - wykrztusił Kylar, ledwo słysząc gwizdek na drugim
końcu nabrzeża. Zatoczył się i złapał za poręcz, żeby nie stracić
równowagi.
Zlany potem, z czarnymi włosami zwieszającymi się w strąkach, Tenser
kompletnie go zignorował. Wszelki ślad po wahającym się, nieudolnym
arystokracie, którym był jeszcze minutę temu, zniknął. Złapał Kylara za
włosy. Miał szczęście - gdyby złapał cal dalej, zniszczyłby iluzoryczną
twarz Kylara.
Kiedy kroki rozległy się na nabrzeżu, diuk Vargun pchnął Kylara na
kolana. Chociaż oczy mu się zamgliły z bólu, Kylar zobaczył jeszcze
komendanta Ghera pędzącego nabrzeżem z wyciągniętym mieczem. Tuż za nim
biegło dwóch strażników. Diuk Vargun przeciągnął sztyletem po gardle
Kylara i trysnęła krew. A potem, z takim samym przejęciem jak drwal, gdy
po raz kolejny wbija siekierę w pniak, żeby roztrzaskać go na szczapy,
diuk wbił sztylet w ramię Kylara.
- Przestań! Przestań albo zginiesz! - ryczał komendant Gher.
Diuk oparł stopę w bucie z cielęcej skórki o ramię Kylara i uśmiechnął
się. Jednym pchnięciem zrzucił Kylara z nabrzeża do rzeki.
Woda była tak zimna, że Kylar stracił czucie. A może to od upływu krwi?
Wziął wdech, zanim uderzył w wodę, ale płuca nie współpracowały. Po
kilku chwilach powietrze zaczęło mu uciekać bąbelkami z ust i - co było
naprawdę niepokojące - przez gardło.
Potem nadeszła agonia, kiedy wciągnął w płuca gęstą, brudną wodę Plith.
Machał słabo rękami, ale tylko chwilę. Wreszcie nadszedł spokój. Obolałe
ciało było tylko odległym pulsowaniem. Coś je szturchnęło, a Kylar
odruchowo się tego chwycił. Przecież miał się złapać. Miał pamiętać coś
o tyczce.
Nie miał pewności, czy poruszył ręką. Świat nie poczerniał, nie zginął w ciemnościach. Kylarowi zrobiło się przed oczami biało; jego mózg umierał
z głodu, gdy krew wylewała się z szyi. Coś znowu go szturchnęło.
Wolałby, żeby to sobie poszło. Woda otoczyła go jak ciepły, idealnie
spokojny obłok.
***
Diuk Tenser Vargun oderwał wzrok od głodnej rzeki i uniósł ręce.
Odwrócił się powoli i powiedział:
- Jestem nieuzbrojony. Poddaję się. - Uśmiechnął się. - Dobry wieczór
panu, panie komendancie.
Rozdział 5
- Ten Król-Bóg obedrze mnie ze skóry czy zerżnie?
Vi Sovari siedziała w sali recepcyjnej przed salą tronową na Zamku
Cenaria. Próbowała podsłuchać Króla-Boga, mimochodem prowokując
strażnika, który nie mógł oderwać od niej oczu. Wszystko, czego zdoła
się dowiedzieć na temat powodów wezwania, może uratować jej życie. Jej
mistrz, Hu Szubienicznik, wprowadził właśnie diuka Tensera Varguna -
jednego z khalidorskich arystokratów, którzy zjawili się, żeby pomóc we
wcielaniu Cenarii do cesarstwa khalidorskiego. Podobno diuk zamordował
cenaryjskiego arystokratę.
To musiało stanowić interesujący problem dla króla, który przedstawiał
się jako bóg. Tenser Vargun był zaufanym wasalem, ale ulgowe
potraktowanie go miałoby poważne konsekwencje. Ci z cenaryjskich
arystokratów, którzy ukorzyli się przed Garothem i którym w zamian za to
pozwolono zatrzymać przynajmniej część swoich ziem, mogliby uznać, że
jednak mają kręgosłup moralny, i się zbuntować. Ci zaś, którzy się
ukrywali, zyskaliby nowy dowód khalidorskiej brutalności i ściągnęliby
jeszcze więcej ludzi pod swoje sztandary.
Ale co tu robi pan Szubienicznik? Hu promieniował zadowoleniem z siebie,
które Vi znała aż za dobrze.
Skrzyżowała nogi, żeby znowu przyciągnąć uwagę strażnika. Używając
terminologii walki - terminologii, której nauczył ją Hu Szubienicznik -
to była finta. Ruch nogami przyciągnął uwagę strażnika, odwrócenie głowy
w bok zapewniło mu poczucie bezpieczeństwa, a pochylenie się zaoferowało
widoki. Nie śmiała skorzystać z magicznego wdzięku tak blisko
Króla-Boga, ale nie szkodzi. Jej dekolt sam potrafił czarować.
Miała na sobie dopasowaną niebieską suknię, tak zwiewną, że niemal
prześwitującą. Jasno przedstawiła swoje intencje panu Piccunowi, więc
krawiec trzymał się prostoty. Suknia została bardzo oszczędnie
przyozdobiona haftami - wyłącznie starokhalidorskimi runami przy rąbku i mankietach, inskrypcjami ze starożytnego erotyka. Żadnych koronek,
żadnych falbanek, tylko proste linie i krągłości. Pan Piccun, notoryczny
zbereźnik, jedynie tę suknię uznał za stosowną na audiencję u Króla-Boga.
- Ten człowiek ma dziesiętki żon - prychnął krawiec. - Niech te krowy
przemawiają do niego jedwabiem. Ty zaśpiewasz mu słodkimi tonami ciała.
Vi uniosła nagle wzrok i przyłapała strażnika na tym, że znowu się na
nią gapi. Przyszpiliła go spojrzeniem do ściany. Poczucie winy rozbłysło
na jego twarzy i zanim zdążył je pokryć zuchwałością albo odwrócić
wzrok, Vi wstała i podeszła do niego.
Rzecz jasna był to Khalidorczyk, więc dostosowała się do tego. Poczucie
przestrzeni osobistej u Khalidorczyków nie było tak rozwinięte jak u Cenaryjczyków. Przebicie bańki owej przestrzeni oznaczało - przy
jednoczesnym pamiętaniu o wszystkich innych konotacjach tego faktu -
podejście tak blisko, że strażnik musiał poczuć nie tylko perfumy, ale
nawet zapach jej oddechu.
Podeszła, popatrzyła mu w oczy przez kolejną sekundę. Już miał się
odezwać, ale go uprzedziła:
- Przepraszam - nadal patrzyła mu w oczy w wielkim skupieniu - mogę tu
usięść?
- Ja wcale nie patrzyłem... to znaczy...
Usiadła na jego krześle, krok od drzwi, z ramionami wysuniętymi do
przodu i uniesioną twarzą, piękna jak anioł. Jasne włosy miała upięte do
góry, więc sploty warkoczy nie zasłaniały widoku.
Pokusa była zbyt wielka. Spojrzenie strażnika przesunęło się odrobinę od
jej oczu do dekoltu, a potem znowu przeskoczyło do twarzy.
- Proszę? - powiedziała z uśmieszkiem, który mówił, że owszem,
zauważyła, i że nie, nie ma nic przeciwko.
Odchrząknął.
- Ehm, nie sądzę, żeby to był jakiś problem - powiedział.
- ...nie mogę iść prosto na Dno, to by nie posłużyło naszemu celowi -
powiedział ktoś tenorem.
To musiał być diuk Vargun. Ale mówił z takim przekonaniem...
Skąd u niego taka pewność siebie?
Vi słyszała, jak jej mistrz odpowiada, ale nie wiedziała co. Potem
odezwał się Król-Bóg, nie wychwyciła jednak niczego poza:
- ...w celach dla pospólstwa aż do procesu... Potem na Dno...
- Tak jest, Wasza Świątobliwość - odpowiedział diuk Vargun.
Vi miała mętlik w głowie. Cokolwiek planowali, w głosie khalidorskiego
diuka nie pojawiło się nic, co kojarzyłoby się z więźniem błagającym o łaskę. Mówił jak posłuszny wasal, który poświęca się dla wyższego celu,
a na końcu drogi czeka na niego nagroda.
Nie miała czasu na poskładanie tego w całość, bo drzwi otworzyły się i jej mistrz wyprowadził diuka Varguna. Wbrew temu, co słyszała, diuk
wyglądał na zmaltretowanego fizycznie i psychiczne, ubranie miał brudne
i w nieładzie, a wzroku nie odrywał od posadzki.
Przechodząc, Hu Szubienicznik odwrócił się do niej. Siepacz miał tak
delikatne rysy twarzy, że nie wystarczyłoby powiedzieć, że jest
przystojny. Ze wspaniałymi jasnymi włosami do ramion i wyrzeźbioną
sylwetką nadal był piękny, chociaż dawno skończył trzydziestkę. Posłał
jej gadzi uśmiech i powiedział:
- Król-Bóg przyjmie cię teraz.
Vi przeszedł dreszcz, ale wstała i weszła do sali tronowej. W tej
komnacie nieżyjący król Gunder wynajął ją, żeby zabiła Kylara Sterna.
Ona terminowała u Hu Szubienicznika, a Kylar u drugiego najlepszego
siepacza w mieście, Durzo Blinta, którego bardziej szanowano, równie się
obawiano i o wiele mniej potępiano niż jej mistrza. Zabicie Kylara miało
być jej majstersztykiem, ostatnią robotą w ramach terminu u siepacza.
Dałoby jej wolność - uwolniłoby ją od Hu.
Spartoliła robotę i później tego samego dnia, w tej właśnie sali ktoś,
kogo nazywano Aniołem Nocy, zabił trzydziestu Khalidorczyków, pięciu
czarowników i syna samego Króla-Boga. Vi przypuszczała, że pewnie tylko
ona podejrzewa, że to Kylar jest Aniołem Nocy. Na Nysosa! Kylar stał się
legendą w tym samym dniu, w którym miałam go pod nożem. Mogłam zabić
legendę, zanim się stała legendą.
W sali nie zachowały się żadne ślady walki. Zmyto krew, ślady ognia i magii. Komnata wyglądała nieskazitelnie. Po obu stronach siedem kolumn
podpierało łukowate sklepienie, a grube khalidorskie gobeliny udrapowane
na ścianach chroniły przed jesiennym chłodem. Król-Bóg siedział na
tronie w otoczeniu straży, Vürdmeisterów w czarno-czerwonych szatach,
doradców i sług.
Vi spodziewała się, że zostanie wezwana, ale nie miała pojęcia po co.
Król-Bóg wiedział, że Kylar jest Aniołem Nocy? Miała zostać ukarana za
to, że pozwoliła umrzeć synowi Króla-Boga? Czyżby mężczyzna, który ma
dziesiętki żon, chciał zerżnąć jeszcze jedną ładną dziewczynę? A może po
prostu był ciekawy i chciał zobaczyć jedynego siepacza płci żeńskiej w mieście.
- Myślisz, że jesteś sprytna, Viridiano Sovari? - zapytał Król-Bóg.
Garoth Ursuul był młodszy, niż się spodziewała; miał może z pięćdziesięt
lat, ale zachował wigor. Był potężnie zbudowany, łysy jak kolano, a jego
spojrzenie ciążyło jej jak młyńskie kamienie.
- Proszę o wybaczenie, Wasza Świątobliwość - zaczęła, zamierzając zadać
pytanie, ale zmieniła zdanie. - Tak. I mówią na mnie Vi.
Przyzwał ją gestem, a ona weszła po czternastu schodkach i stanęła
dokładnie przed tronem. Obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów, ale nie
ukradkiem, jak to zwykle robili mężczyźni, ani pożądliwie czy zuchwale.
Garoth Ursuul popatrzył na nią, jakby była kopcem ziarna, a on próbował
oszacować jego wagę.
- Zdejmij sukienkę - powiedział.
Modulacja jego głosu niczego jej nie podpowiadała. Równie dobrze mógłby
skomentować pogodę. Chciał, żeby go uwiodła? Nie obchodziło jej, czy
Garoth Ursuul ją przeleci, ale gdyby do tego doszło, zamierzała być
beznadziejna. Rola kochanki Króla-Boga była zbyt niebezpieczna. Odkąd
wkroczyła w wiek dorastania, grzała łóżko już jednemu potworowi i nie
zamierzała zajmować się następnym. A jednak bóg, król czy potwór, Garoth
Ursuul nie należał do tych, którym chciałaby się narazić.
Vi natychmiast posłuchała. W dwie sekundy suknia pana Piccuna zsunęła
się na podłogę. Vi nie włożyła bielizny, nałożyła tylko trochę perfum
między kolanami. Skrupulatnie wypełniła polecenie. Nie mógł mieć do niej
o to pretensji, chociaż wiedziała, że nagła nagość nie była równie
ponętna jak powolne rozbieranie się albo kusząca koronkowa bielizna.
Niech Ursuul uzna ją za nieudolną uwodzicielkę, niech uzna ją za zdzirę,
niech sobie myśli, co chce, dopóki trzyma ręce przy sobie. Poza tym nie
będzie się kuliła - nie dałaby tej satysfakcji żadnemu mężczyźnie. Vi
czuła na sobie spojrzenia wszystkich dworzan, doradców, Vürdmeisterów,
służących i strażników na sali. Miała to w nosie. Nagość była jej
zbroją. Oślepiała śliniących się głupców. Nie widzieli niczego innego,
kiedy patrzyli na jej ciało.
Garoth Ursuul znowu obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów, a wyraz
jego oczu nie zmienił się ani na jotę.
- Nie byłoby z tobą żadnej zabawy - powiedział. - Już jesteś dziwką.
Z jakiegoś powodu słowa tego strasznego człowieka zabolały ją. Stała
przed nim naga, a on całkowicie stracił zainteresowanie. Tego właśnie
chciała, ale mimo wszystko zabolało.
- Wszystkie kobiety są dziwkami - powiedziała. - Niezależnie od tego,
czy sprzedają ciało, czy uśmiech i wdzięk, albo lata macierzyństwa i posłuszeństwa wobec mężczyzny. Świat czyni z kobiety dziwkę, ale to
kobieta ustala warunki. Wasza Świątobliwość.
Rozbawiło go jej nagłe uniesienie, ale rozbawienie zaraz minęło.
- Myślałaś, że nie zobaczę, co zrobiłaś z moim strażnikiem? Myślałaś, że
możesz mnie podsłuchiwać?
- Oczywiście, że tak - odpowiedziała Vi, ale teraz jej nonszalancja była
czystą grą.
Widział mnie? Przez ścianę?! Wiedziała, że musi się trzymać swojej
brawury, albo równie dobrze może od razu zapaść się pod posadzkę. W przypadku Króla-Boga, jeśli chce się wygrać, trzeba grać tak, jakby się
gardziło życiem. Słyszała jednak o graczach, którzy mimo to przegrywali.
Król-Bóg zaśmiał się, a dworzanie mu zawtórowali.
- Oczywiście, że tak - powtórzył. - Podobasz mi się, moulina. Nie
zabiję cię dzisiaj. Niewiele kobiet stawiałoby się królowi, już nie
wspominając o bogu.
- Nie jestem taka jak inne kobiety, które Wasza Wysokość spotkał -
wyrwało się Vi, zanim ugryzła się w język.
Uśmiech Króla-Boga przygasł.
- Masz za wysokie mniemanie o sobie. Za to cię złamię. Ale nie dziś.
Twoje Sa'kagé przysparza nam kłopotów. Idź do swoich przyjaciół z półświatka i dowiedz się, kto jest prawdziwym Shingą. Nie figurantem.
Dowiedz się i zabij go.
Vi po raz pierwszy poczuła się naga. Jej zbroja osłabła. Czy był bogiem,
czy człowiekiem, pewność siebie Garotha Ursuula była gigantyczna.
Powiedział jej, że ją złamie, a potem nie okazał najmniejszej troski o to, że mogłaby go nie posłuchać. To nie był blef. To nie była arogancja.
Po prostu korzystał z przywilejów, jakie daje nieograniczona władza.
Dworzanie gapili się teraz na nią jak psy pod królewskim stołem,
wpatrujące się w łakomy kąsek, który może spaść na podłogę. Vi
zastanawiała się, czy Król-Bóg oddałby ją jednemu z nich... albo
wszystkim.
- Czy wiesz - zagadnął Król-Bóg - że urodziłaś się czarownicą? Jak to
mówicie wy, południowcy, jesteś Utalentowana. Zatem oto coś dla zachęty.
Jeśli zabijesz Shingę, uznamy, że to twój majstersztyk, i nie tylko
zostaniesz mistrzem w rzemiośle siepaczy, ale osobiście cię wyszkolę.
Dam ci moc, o jakiej Hu Szubienicznik nawet nie śnił. Dam ci przewagę
nad nim, jeśli tak wolisz. Jeżeli jednak mnie zawiedziesz... cóż. -
Uśmiechnął się. - Nie zawiedź mnie. A teraz odejdź.
Wyszła z bijącym sercem. Sukces oznaczał zdradę własnego świata. Zdradę
cenaryjskiego Sa'kagé, najgroźniejszego świata przestępczego w całym
Midcyru! Oznaczał zabicie przywódcy tego świata dla nagrody, co do
której nawet nie była pewna, czy ją chciała. Szkolenie na czarownicę u samego Króla-Boga? Kiedy mówił, zobaczyła w wyobraźni jego słowa jako
pajęczyny, wiążące ją z nim coraz ciaśniej i ciaśniej. Były prawie
namacalne; czar spowijający ją jak sieć, prowokujący do walki. Zrobiło
jej się niedobrze. Posłuszeństwo było jedyną możliwością. Niezależnie od
tego, jak straszny mógł być sukces, porażka nie wchodziła w grę.
Słyszała te wszystkie historie.
- Vi! - zawołał Król-Bóg.
Zatrzymała się w połowie drogi do drzwi. Przeraziła się, słysząc swoje
imię w jego ustach. Ale Król-Bóg się uśmiechał. Teraz patrzył na jej
nagie ciało tak, jakby mógł popatrzeć na nie mężczyzna. Jakiś cień
poleciał w jej kierunku, a ona odruchowo złapała lecący kłąb materiału.
- Zabierz sukienkę - powiedział Król-Bóg.
Rozdział 6
- Czuję się, jakbym przez tydzień wdychał trociny - powiedział Kylar.
- Tylko rzeczną wodę. I przez pięć minut - odpowiedziała Uly.
Lapidarnie. Zadzierając nosa.
Kylar usiłował otworzyć oczy, a kiedy mu się udało, nadal nic nie
widział.
- Więc mnie wyciągnęłaś. Gdzie jesteśmy, Uly?
- Powąchaj.
Odgrywała twardą, co znaczyło, że śmiertelnie ją przeraził.
Tak właśnie zachowują się małe dziewczynki? - zastanawiał się.
Wziął ledwie pół wdechu i rozkaszlał się od smrodu. Byli na Plith, w szopie na łodzie Mamy K.
- Nie ma to jak ciepłe ścieki w chłodną noc, co? - powiedziała Uly.
Kylar przeturlał się na bok.
- Myślałem, że to twój oddech.
- Który pachnie równie ładnie jak ty wyglądasz - odgryzła się.
- Powinnaś być grzeczniejsza.
- Powinieneś być martwy. Idź spać.
- Myślisz, że takie dyrygowanie jest słodkie?
- Potrzebujesz snu. I nie wiem, co tu ma do rzeczy dogorywanie.
Kylar zaśmiał się. To zabolało.
- Widzisz? - powiedziała Uly.
- Znalazłaś sztylet?
- Jaki sztylet?
Kylar złapał ją za tunikę.
- Ach, ten, który musiałam łomem wyważać z twojego ramienia?
Nic dziwnego, że ramię go bolało. Nigdy jeszcze nie widział Uly tak
zgryźliwej i tak wygadanej. Jeśli nie będzie uważał, to dziewczynka
zaraz zaleje się łzami. Jedna rzecz to czuć się jak dupek, a całkiem
inna - czuć się jak bezradny dupek.
- Jak długo... mnie nie było?
- Dzień i noc.
Zaklął pod nosem. To już drugi raz Uly widziała, jak go mordują, jak
okaleczają jego ciało. Cieszył się, że niewzruszenie wierzyła w jego
powrót. Obiecał jej, że wróci, ale nigdy nic nie wiadomo. Wiedział
tylko, że raz mu się udało. Wilk, dziwny mężczyzna o żółtych oczach,
którego spotkał między życiem i śmiercią, nie dał mu żadnej gwarancji.
Tym razem Kylar go nie spotkał. Miał nadzieję zadać mu kilka nowych
pytań, na przykład ile ma żywotów. A co, jeśli tylko dwa?
- Gdzie jest Elene? - zapytał.
- Poszła po wóz. Strażnicy, których przekupił Jarl, będą na warcie
jeszcze tylko godzinę.
Elene sama poszła po wóz? Kylar był straszliwie zmęczony. Widział, że
Uly znowu jest o krok od łez. Jaki człowiek naraża na coś takiego małą
dziewczynkę? Kiepska z niego namiastka ojca, ale nauczył się myśleć, że
lepsze to niż nic.
- Powinieneś się przespać - powiedziała, znowu siląc się na szorstki
ton.
- Upewnij się...
Był tak obolały, że nie mógł dokończyć myśli, już nie mówiąc o zdaniu.
- Zaopiekuję się tobą, nie martw się.
- Uly?
- Tak?
- Odwaliłaś kawał dobrej roboty. Świetnej. Jestem twoim dłużnikiem.
Dziękuję. I przepraszam.
Kylar niemal czuł na skórze, że powietrze w szopie robi się za ciepłe i za słodkie. Jęknął. Chciał powiedzieć coś błyskotliwego i uszczypliwego,
coś w stylu Durzo, ale zasnął, nim znalazł właściwe słowa.
Rozdział 7
Kiedy Kaldrosa Wyn dołączyła w południe do kolejki za burdelem Pod Kusą
Spódniczką, stało w niej już dwieście kobiet. Dwie godziny później,
kiedy kolejka zaczęła się przesuwać, było ich trzy razy tyle. Kobiety
stanowiły tak różnorodną grupę, jak to tylko możliwe w Norach: od
szczurów z gildii, które miały raptem po dziesięć lat i wiedziały, że
Mama K ich nie zatrudni, ale były tak zdesperowane, że mimo to przyszły,
po kobiety, które jeszcze miesięc temu mieszkały po bogatej, wschodniej
stronie, ale straciły domy w pożarach, a potem zostały zapędzone do Nor.
Niektóre z nich płakały. Inne tylko patrzyły nieobecnym wzrokiem,
owijając się ciasno szalami. Część z nich od dawna była Królikami - te
śmiały się i żartowały z przyjaciółkami.
Praca dla Mamy K to najbezpieczniejsza robota, jaką mogła dostać
dziewczyna do towarzystwa. Kobiety wymieniały się anegdotami o tym, jak
Pani Rozkoszy radziła sobie z jej nową, khalidorską klientelą.
Twierdziły, że gdy któryś zwyrodnialec zrobił dziewczynie krzywdę,
musiał zapłacić tyle srebra, żeby pokryć siniaki. Jedna wyrwała się
nawet, że tyle koron, ale nikt jej nie uwierzył.
Kiedy duchessa Terah Graesin - jej ojciec, stary diuk, zginął w czasie
przewrotu - wyprowadziła z miasta grupę, która chciała stawić opór
Khalidorowi, jej zwolennicy podpalili swoje warsztaty, sklepy i domy.
Oczywiście pożary pochłonęły nie tylko nieruchomości, które porzucono.
Tysięce tych, którzy zostali, straciło domy. W Norach, gdzie biedacy
żyli upchnięci jak bydło, było jeszcze gorzej. Zginęły setki ludzi.
Ogień płonął kilka dni.
Khalidorczycy chcieli, żeby wschodnia strona jak najszybciej stała się
produktywna. Bezdomnych uważano za obciążenie, więc żołnierze wypędzali
ich do Nor. Wywłaszczonych arystokratów i rzemieślników ogarniała
desperacja, ale rozpacz niczego nie zmieniała. Zesłanie do Nor było jak
wyrok śmierci.
Przez ostatni miesięc Król-Bóg pozwalał żołnierzom robić w Norach, co
tylko zechcieli. Mężczyźni zjawiali się w grupach, żeby zaspokoić
wszelkie pragnienia. Recytując modlitwy do przeklętej Khali, gwałcili,
zabijali, okradali Króliki z ich skromnego dobytku, tylko po to, żeby ze
śmiechem wrzucić łup do rzeki. Wydawało się, że gorzej już być nie może,
ale po próbie zamachu okazało się, że owszem, może.
Khalidorczycy przeszukiwali Nory systematycznie, przecznica za
przecznicą. Kazali wybierać matkom, które dziecko będzie żyło, a które
pójdzie pod miecz. Kobiety gwałcono na oczach rodzin. Czarownicy
zabawiali się w chory sposób, odstrzeliwując ludziom różne części ciała.
Gdy ktoś stawiał opór, robiono obławę i publicznie tracono dziesiętki.
Krążyły plotki o bezpiecznych schronieniach głębiej w Norach, pod
ziemią, tyle że mogli się tam dostać tylko ludzie mający znajomości w Sa'kagé. Każdy miał jakąś kryjówkę, ale żołnierze przychodzili każdej
nocy i czasem za dnia. To była tylko kwestia czasu, zanim człowieka
złapali. Uroda stała się przekleństwem. Wiele kobiet, które miały
kochanków, mężów czy choćby opiekuńczych braci, straciło ich. Opór
oznaczał śmierć.
Kobiety przychodziły więc do burdeli Mamy K, bo to były jedyne
bezpieczne miejsca w Norach. Wiele myślało: "Skoro już mają mnie
zgwałcić, to lepiej niech mi za to zapłacą". Burdele nadal nieźle
prosperowały. Niektórzy Khalidorczycy nie chcieli ryzykować i wchodzić
do Nor. Inni po prostu woleli mieć pewność, że wylądują w łóżku z czystą
i piękną kobietą.
Ale w burdelach zostało już niewiele wolnych miejsc. I nikt nie chciał
spekulować, dlaczego w ogóle jakieś zostały.
Kaldrosa odwlekała decyzję tak długo, jak mogła. To nie tak miało być.
Ten Vürdmeister, Neph Dada, zwerbował ją, bo kiedyś była sethyjską
piratką, ale utknęła w Norach wiele lat temu. Nie żeglowała od
dziesięciu lat i wbrew temu, co powiedziała Vürdmeisterowi, nigdy nie
była kapitanem. Była jednak Sethyjką i przysięgła, że przeprowadzi
khalidorski statek przez Archipelag Przemytników, w górę rzeki Plith aż
do zamku. W zamian za to miała zatrzymać statek.
Wyglądało to na niezłą cenę za śmierdzącą robotę. Kaldrosa Wyn nie czuła
się związana z Cenarią, ale już sama myśl o pracy dla Khalidorczyków
wystarczała, żeby każdemu przeszły po plecach ciarki.
Może nawet dotrzymaliby warunków umowy i dali jej barkę, tę krową
morską, która nie była warta gwoździ trzymających ją w kupie. Może
Kaldrosie udałoby się uzbierać załogę... Ale jakiś skurkowaniec
zaatakował i zatopił jej statek.
Udało jej się dopłynąć do brzegu - to i tak więcej, niż mogła powiedzieć
o dwustu góralach w zbrojach, których przewoziła, a którzy teraz robili
za karmę dla rybek. Cztery gwałty i dwa pobicia później (Tommana prawie
zatłukli na śmierć) wylądowała w burdelu.
- Imię? - zapytała dziewczyna przy drzwiach, z piórem i kartką w ręce.
Mogła mieć jakieś osiemnaście lat - była dziesięć lat młodsza od
Kaldrosy - i wyglądała olśniewająco: idealne włosy, idealne zęby, długie
nogi, szczupła talia, pełne usta i piżmowo-słodki zapach, który
uświadomił Kaldrosie, jak bardzo sama musi śmierdzieć. Ogarnęła ją
rozpacz.
- Kaldrosa Wyn.
- Zawód albo specjalne umiejętności?
- Byłam piratem.
To zaciekawiło dziewczynę.
- Sethyjka?
Kaldrosa skinęła głową, a dziewczyna odesłała ją na górę. Pół godziny
później Kaldrosa Wyn weszła do jednej z małych sypialni.
Kobieta, którą tam zastała, też była młoda i piękna. Blondynka, drobna,
ale mile zaokrąglona, o dużych oczach i w niesamowitej sukni.
- Jestem Daydra. Pracowałaś kiedyś w takim gniazdku?
- Z gniazdek to zaliczyłam tylko bocianie.
Daydra zaśmiała się, i nawet to było ładne.
- Prawdziwa piratka, co?
Kaldrosa dotknęła klanowych pierścieni, czterech kółek okalających w półkolu lewą kość policzkową.
- Klan Tetsu z wyspy Hokkai.
Wskazała na kapitański łańcuch; założyła go, gdy tylko dostała robotę
dla Khalidoru. Wybrała srebrny, o płaskim splocie w jodełkę, najlepszy,
na jaki było ją stać. Zwieszał się z jej lewego ucha do najniższego z klanowych pierścieni na policzku. To był łańcuszek kapitana żeglugi
handlowej, kapitana niskiego pochodzenia. Kapitanowie żeglugi wojskowej
i zuchwali kapitanowie piraccy nosili łańcuszki zwieszające się od
jednego ucha do drugiego i przechodzące z tyłu głowy, co zmniejszało
ryzyko, że zostaną wyrwane w walce.
- Byłam pirackim kapitanem - powiedziała - ale nigdy nie dałam się
złapać. Jak cię złapią, to albo wieszają, albo wyrywają pierścienie i skazują na banicję. Trwają spory, która kara jest gorsza.
- Dlaczego to rzuciłaś?
- Wpakowałam się na królewskiego łowcę piratów z Seth na kilka godzin
przed sztormem. Oberwali od nas nie gorzej niż my od nich, ale sztorm
rzucił nas na skały w Archipelagu Przemytników. Od tego czasu zajmowałam
się czym popadło. - Kaldrosa nie wspomniała, że owo "czym popadło"
obejmowało też małżeństwo i pracę dla Khalidoru.
- Pokaż mi cycki.
Kaldrosa rozwiązała sznurówki i zdjęła bluzkę.
- Niech mnie szlag - mruknęła Daydra. - Bardzo dobrze. Myślę, że
świetnie się nadasz.
- Ale wy wszystkie jesteście takie ładne - zdziwiła się Kaldrosa.
Chociaż głupio robiła, protestując, nie mogła uwierzyć we własne
szczęście.
Daydra się uśmiechnęła.
- Pięknych mamy mnóstwo. Każda dziewczyna u Mamy K musi być ładna i ty
też jesteś. Ale oprócz tego jesteś egzotyczna. Spójrz na siebie.
Pierścienie klanowe. Oliwkowa cera. Nawet piersi masz opalone!
Kaldrosa nagle ucieszyła się, że na swoim statku chodziła z odsłoniętymi
piersiami, żeby gapili się na nią khalidorscy żołnierze. Solidnie
poparzyła się od słońca, ale potem skóra pociemniała i do dziś nie
straciła koloru.
- Nie wiem, jak udało ci się opalić - powiedziała Daydra - ale musisz to
utrzymać i mówić jak pirat. Jeśli chcesz pracować dla Mamy K, będziesz
robiła za sethyjską piratkę. Masz męża albo kochanka?
Kaldrosa się zawahała.
- Męża - przyznała. - Po ostatnim pobiciu prawie umarł.
- Jak zaczniesz tu pracę, nigdy go nie odzyskasz. Mężczyzna może
wybaczyć kobiecie, która dla niego porzuca pracę dziwki, ale nigdy nie
wybaczy tej, która dla niego poszła na ulicę.
- I tak warto - powiedziała Kaldrosa. - Warto, jeśli w ten sposób
uratuję mu życie.
- Jeszcze jedna sprawa. Bo prędzej czy później zapytasz. Nie wiemy,
dlaczego bladawcy to robią. W każdym kraju zdarzają się zwyrodnialcy,
którzy lubią bić dziewczyny do towarzystwa, ale to jest coś innego.
Niektórzy najpierw sobie ulżą, a dopiero potem biją, jakby się tego
wstydzili. Niektórzy w ogóle cię nie uderzą, ale będą się potem
przechwalać, że pobili, i bez skargi zapłacą za to Mamie K. Ale zawsze
recytują te same słowa. Słyszałaś je?
Kaldrosa pokiwała głową.
- Khali vas czy coś takiego?
- To starokhalidorski. Jakieś zaklęcie albo modlitwa. Nie myśl o tym. I nie usprawiedliwiaj ich. To zwierzęta. W miarę możliwości będziemy cię
chronić, a zarobki są przyzwoite. Tyle że będziesz musiała stawiać im
czoło dzień w dzień. Dasz radę?
Słowa uwięzły Kaldrosie w gardle, więc tylko skinęła głową.
- Więc idź do pana Piccuna i powiedz mu, że chcesz trzy pirackie
kostiumy. Dopilnuj, żeby skończył brać miarę, zanim cię przeleci.
Kaldrosa uniosła brwi.
- No, chyba że to jakiś kłopot.
***
- Myślisz, że nie będziemy mieli żadnych kłopotów? - spytała Elene.
Leżeli na wozie - ich ostatnia noc pod gwiazdami po trzech tygodniach w drodze. Jutro wjadą do Caernarvon i zaczną nowe życie.
- Wszystkie kłopoty zostawiłem w Cenarii. Właściwie, z wyjątkiem dwóch,
które się mnie uczepiły - odpowiedział Kylar.
- Ej! - zaprotestowała Uly.
Chociaż była wręcz przerażająco bystra, jak jej prawdziwa matka, Mama K,
nadal miała tylko jedenaście lat i łatwo dawała się podpuścić.
- Uczepiły? - zapytała Elene, podnosząc się na łokciu. - O ile sobie
przypominam, to mój wóz.
To była prawda. Jarl dał im ten wóz, a Mama K załadowała go ziołami,
które Kylar mógł wykorzystać do otwarcia zielarni. Najpewniej przez
wzgląd na Elene większość z nich była legalna.
- Jeśli ktoś się tu uczepił, to ty.
- Ja? - zapytał Kylar.
- Robiłeś z siebie tak żałosne widowisko, że było mi za ciebie wstyd. Po
prostu chciałam, żebyś już przestał błagać.
- Proszę, a ja myślałem, że to ty byłaś bezradną... - zaczął Kylar.
- Ale teraz już wiesz, jak jest - ucięła zadowolona z siebie Elene i ułożyła się z powrotem pod kocami.
- O, to szczera prawda. Masz tak rozbudowany system obronny, że facet
byłby szczęściarzem, gdyby udałoby mu się z tobą chociaż raz na tysięc
lat. - Kylar westchnął.
Elene aż sapnęła i usiadła prosto.
- Kylarze Thaddeusie Stern!
Kylar zachichotał.
- Thaddeus? A to dobre. Znałem kiedyś jednego Thaddeusa.
- Ja też. Skończony idiota.
- Serio? - odparł z szelmowskim błyskiem w oku Kylar. - Ten, którego ja
znałem, słynął z ogromnej...
- Kylar! - przerwała mu Elene, wskazując na Uly.
- Z ogromnego czego? - zainteresowała się dziewczynka.
- No to teraz masz - powiedziała Elene. - Co miał ogromnego, Kylarze?
- Stopy. A wiesz, co mówią o wielkich stopach. - Mrugnął lubieżnie na
Elene.
- Co takiego? - dopytywała się Uly.
- Że ma się wtedy wielkie buty - odparł Kylar.
Ułożył się pod swoimi kocami równie zadowolony z siebie, jak przed
chwilą Elene.
- Nie rozumiem - zdziwiła się Uly. - O co w tym chodzi, Elene?
Kylar zachichotał mściwie.
- Wyjaśnię ci, jak będziesz starsza - odpowiedziała Elene.
- Nie chcę się dowiedzieć, jak będę starsza. Chcę wiedzieć teraz -
upierała się Uly.
Elene nie odpowiedziała. Zamiast tego szturchnęła Kylara w rękę.
Burknął.
- Teraz będziecie się siłować? - zapytała Uly. Wyplątała się z koców i usiadła między nimi. - Bo potem zawsze się całujecie. Ohyda. - Skrzywiła
się i zaczęła cmokać i mlaskać.
- Nasz kochany środek antykoncepcyjny - mruknął Kylar.
Chociaż kochał Uly, był przekonany, że to właśnie przez nią, po trzech
cudownych tygodniach na szlaku z kobietą, którą kochał, nadal był
prawiczkiem.
- Zrobisz tak raz jeszcze? - poprosiła Uly Elene, śmiejąc się i sprytnie
uprzedzając pytanie, co to jest antykoncepcja.
Uly skrzywiła się i znowu zacmokała. Po chwili cała trójka chichotała,
co przerodziło się w bitwę na łaskotki.
Później, z brzuchem obolałym od śmiechu, Kylar leżał i słuchał, jak
dziewczyny oddychają. Elene miała dar zasypiania, gdy tylko przyłożyła
głowę do poduszki, a Uly nie zostawała za nią daleko w tyle. Tej nocy
bezsenność Kylara nie była przekleństwem. Czuł, że cały promienieje
miłością - nawet jego skóra. Elene obróciła się i wtuliła w jego pierś.
Zaciągnął się świeżym zapachem jej włosów. Nie pamiętał, żeby
kiedykolwiek w życiu było mu tak dobrze, żeby czuł się tak akceptowany.
Pewnie go obślini, ale to nieważne. Jakimś cudem nawet ślinienie się
było słodkie, kiedy robiła to Elene.
Nic dziwnego, że Uly była zniesmaczona. Kylar naprawdę był żałosny. Ale
po raz pierwszy w życiu czuł, że jest dobrym człowiekiem. Zawsze był
dobry w różnych rzeczach - był dobry w otwieraniu zamków, wspinaniu się,
chowaniu, walczeniu, truciu, przebieraniu się i zabijaniu. Ale dopiero
przy Elene poczuł się po prostu dobry. Kiedy patrzyła na niego, widział
swoje odbicie w jej oczach i nie budziło ono w nim odrazy. Nie był
mordercą. Był przybranym ojcem, który wdawał się w bitwy na łaskotki z jedenastolatką. Był miłością, która oznajmiła Elene, że jest piękna, i sprawiła, że dziewczyna po raz pierwszy w życiu w to uwierzyła. Był
człowiekiem, który mógł dać innym coś z siebie.
Takiego człowieka widziała Elene, kiedy patrzyła na niego. Wierzyła w niego tak bardzo, że Kylar sam zaczynał wierzyć w siebie, choć chwilami
dochodził do wniosku, że dziewczyna kompletnie oszalała. Ale cudownie
było dawać się jej przekonać.
Jutro dojadą do Caernarvon i na pewien czas zatrzymają się u ciotki
Elene, Mei. Z jej pomocą - była akuszerką, która znała się na ziołach -
Kylar otworzy małą zielarnię. A potem przezwycięży słabnące obiekcje
Elene odnośnie stosunków pozamałżeńskich i na zawsze porzuci drogę
cienia.
Rozdział 8
Po jakichś dwunastu, może piętnastu dniach - a może tylko miał wrażenie,
że upłynęło tyle czasu - Logan w końcu się poddał i zasnął. We śnie
słyszał głosy. To były szepty, ale wśród kamiennych ścian Dna każdy
szept niósł się doskonale.
- On ma nóż.
- Jeśli wszyscy na niego skoczymy, to nie będzie miało znaczenia. Patrz,
ile na nim mięsa.
- Cicho!
Logan wiedział, że powinien się ruszyć, sprawdzić nóż, obudzić się, ale
był taki zmęczony. Nie mógł wiecznie czuwać. To za trudne.
Wydawało mu się, że słyszy kobiecy głos, krzyk, jakby zduszony dłonią
zakrywającą usta. Potem ktoś kogoś uderzył i krzyk się urwał. Padł
następny cios, jeszcze jeden i jeszcze.
- Spokojnie, Piątak. Jeśli zabijesz Lilly, to wszyscy będziemy rżnąć
ciebie. To jedyna szparka, jaką mamy.
Piątak sklął Gluta, a potem powiedział:
- Krzyknij raz jeszcze, suko, a wyrwę ci włosy i paznokcie. Tego nie
potrzebujesz, żeby cię dupczyć. Jasne?
Potem ucichł głos, ucichło wycie, osłabły upał i smród, i Logan naprawdę
zaczął śnić. Śniła mu się jego noc poślubna. Ożeniono go z dziewczyną,
którą ledwie znał. Kiedy jednak rozmawiali w sypialni - on równie
zdenerwowany jak ta prześliczna, piętnastoletnia dziewczyna naprzeciwko
niego - poczuł nagłą nadzieję rozkwitającą w sercu. Ta dziewczyna była
kobietą, którą mógł pokochać, a z niewyjaśnionych powodów należącą do
niego. Jenine będzie jego żoną i pewnego dnia zostanie królową, a on
wiedział, że może ją pokochać.
Jenine nie żyje. Przestań.
Wyczytał w jej wielkich oczach, że ona też może go pokochać, że ich
małżeństwo będzie nie tylko obowiązkiem, ale i radością. Zarumieniła
się, kiedy spojrzał na nią jak na swoją żonę. Patrzył na nią jak na
swoją kobietę - nie arogancko, ale pewnie, łagodnie, akceptując ją i radując się jej urodą. A kiedy przyciągnął ją do siebie, poddała mu się.
Jej usta były gorące.
Potem - miał wrażenie, że raptem sekundę później, kiedy jeszcze się
całowali, zdejmowali z siebie ubrania - na schodach zadudniły kroki
zbliżające się do ich pokoju. Logan odsunął się od niej, a wtedy drzwi
otworzyły się raptownie i khalidorscy żołnierze wlali się do pokoju...
Logan gwałtownie otworzył oczy. Pięści poszły w ruch, gdy ciała zwaliły
się na niego.
Jeśli oceniać to w kategoriach walki, prezentowało się żałośnie. Logan
nie jadł od dwóch tygodni, więc był słaby jak szczeniak. Ale pozostali
więźniowie, nie licząc mięsa, którym obżerali się kilka tygodni temu,
żyli o chlebie i wodzie od miesięcy albo lat. Stali się cieniami ludzi,
więc walka przebiegała powoli i niezgrabnie.
Logan odrzucił jednego mężczyznę, a drugiego uderzył w szczękę, jednak
natychmiast dopadło go dwóch następnych. Ich ciała były śliskie i lepkie
od potu i brudu. Piątak dopadł do jego biodra, a Jake rozorał długimi
paznokciami twarz Logana. Strząsając z siebie Piątaka, Logan zdołał
stanąć i cisnąć Jakiem.
Mężczyzna wpadł do dziury i zniknął.
I tak walka się skończyła.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Glut. - To mięso przydałoby się nam.
Ty zasrańcu, wyrzuciłeś mięso!
Złość więźniów osięgnęła szczyt i Logan myślał, że znowu go zaatakują.
Sięgnął do biodra, żeby wyciągnąć nóż, ten jednak zniknął.
Siedzący na drugim końcu Dna Piątak patrzył na niego. Grzebał w przekrwionych, przeżartych szkorbutem dziąsłach czubkiem noża. Teraz
czas był po jego stronie.
Logan myślał, że więźniowie z Dna - Męty - nie tworzą społeczności, ale
się mylił. Tu na dole też powstały obozy. Męty dzieliły się na zwierzęta
i potwory, na słabych i silnych. Piątak dowodził zwierzętami, których
ranga zależała głównie od popełnionych zbrodni: najwyżej stali mordercy,
potem gwałciciele, handlarze niewolników i na końcu pedofile. Potwory to
był Yimbo, zwalisty rudy Ceuranin, któremu obcięto język; Dziara, blady
Lodricarczyk pokryty tatuażami, który mógł mówić, ale nigdy tego nie
robił, i Zgrzytacz, zdeformowany przygłup o potężnych ramionach, krzywym
kręgosłupie i spiłowanych na ostro zębach. Potwory przetrwały tylko
dzięki swojej gotowości do walki i dzięki temu, że pozostali więźniowie
się ich bali.
Teraz, kiedy wszyscy przymierali głodem, luźna społeczność się
rozpadała. Logan nie miał przyjaciół, noża, swojego miejsca. Pośród
zwierząt był wilkiem bez stada. Wśród potworów był psem bez stalowych
zębów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki