Na imię mam Barbra - Barbra Streisand

Kup ebooka

119.90 zł
97.11 zł (94,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Fotografie rozdziałowe Prolog 1. Pulaski Street

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 10 13 14 15 16 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30

Prolog

Sympatyczny mrówkojad"?

Tak oto przedstawiono dziewiętnastoletnią mnie w pierwszej recenzji mojej zawodowej roli. Grałam nieszczęśliwie zakochaną sekretarkę w I Can Get It for You Wholesale i mogłam zrozumieć to porównanie... do pewnego stopnia.

W kolejnym roku zostałam nazwana "kwaśną persymoną", "wściekłym chomikiem", "krótkowzroczną gazelą" i "wymemłaną fretką".

Uch. Naprawdę tak dziwnie wyglądałam?

Zaledwie rok później, gdy grałam w swoim drugim przedstawieniu na Broadwayu, Zabawnej dziewczynie, twarz miałam dokładnie taką samą, ale teraz porównywano mnie do "starożytnej wyroczni", "Nefretete" i "babilońskiej królowej". Te określenia podobały mi się dużo bardziej. Najwyraźniej miałam też "faraoński profil i oczy skarabeusza", co było komplementem, jak sądzę, chociaż muszę przyznać, że jedno z tych oczu czasem zezowało... no i najwyraźniej faraon także miał wielki kinol. Ludzie ciągle mi powtarzali: "Zrób coś z tym". (Założę się, że faraonowi tak nie mówili).

Czasem wydawało mi się, że mój nos ma lepszą prasę ode mnie. Autor artykułu z "Time'a" napisał: "Ten nos to obiekt kultu". (Nieźle brzmi!) I ciągnął: "Twarz, którą dzieli, jest pociągła i smutna, a zrelaksowana wygląda jak u basseta". (To brzmi całkiem słabo).

Czyli w końcu jestem babilońską królową czy psem?

Może jednym i drugim (zależy, jak patrzeć).

Chciałabym powiedzieć, że to wszystko mnie nie obchodziło, ale to nieprawda. Nawet po tylu latach zniewagi nadal bolą i trudno mi uwierzyć w prawdziwość pochwał. Myślę, że kiedy ktoś zyskuje sławę, staje się własnością publiczną. Jest obiektem do badania, fotografowania, analizowania, rozkładania na czynniki pierwsze... i w większości przypadków nie rozpoznaje osoby, którą odmalowują. Nigdy do tego nie przywykłam i staram się nie czytać nic z tego, co o mnie piszą.

Czasem jednak sięgam po czasopismo, na przykład w poczekalni u dentysty. (Tak się składa, że lubię chodzić do dentysty - uwielbiam to uczucie, kiedy zęby są dobrze wyczyszczone. Mam też wtedy godzinę spokoju i nie muszę odbierać telefonów). No więc czekam i widzę artykuł o Neilu Diamondzie, który był klasę wyżej w tej samej szkole co ja, Erasmus Hall High School na Brooklynie. Faktycznie tekst dotyczył jego brata, który wynalazł jakąś niedorzeczną wannę z zestawem stereo i całą gamą elektronicznych gadżetów (idealna... jeśli ktoś chce, żeby go prąd popieścił). Nie jest to tanie, o nie, czternaście tysięcy dolarów! Myślę sobie: "Kto kupuje coś takiego?". A potem czytam, że jestem jedną z klientek! Nie wiedziałam nawet, że mój kumpel Neil ma brata, a teraz kupuję od niego wanny?!

Irytujące, ale inne historie ranią głębiej. Któregoś wieczoru mój serdeczny przyjaciel Andrzej Bartkowiak, genialny operator, z którym zrobiliśmy dwa filmy i jeden dokument, przyszedł do mnie na kolację. (To on gotował, ponieważ ja w kuchni stanowię zagrożenie dla otoczenia. Potrafię przypalić wodę).

Wcześniej Andrzej odwiedził znajomego (lekarza zresztą) i rzucił mimochodem, że wybiera się do mnie na kolację.

- Słyszałem, że to wredna suka.

- Co takiego? - spytał Andrzej. - O czym ty mówisz?

- Nie da się z nią pracować.

- Absurd. Pracowałeś z nią kiedyś?

- No nie.

- A ja, tak się składa, trzy razy. Współpraca z nią to prawdziwa przyjemność. Barbra jest przesympatyczna.

- Nie, wcale nie. To suka. Czytałem w gazecie.

Oto potęga słowa pisanego.

Nie było sposobu zmienić opinii tego człowieka. Wolał uwierzyć jakiemuś pismakowi, który nigdy nawet ze mną nie rozmawiał, niż komuś, kto mnie dobrze znał. Bardzo mnie to denerwuje. Czemu nie chciał zaakceptować prawdy?

Przez czterdzieści lat wydawcy napraszali się, żebym napisała autobiografię. Spławiałam ich, ponieważ wolę żyć chwilą obecną, zamiast rozgrzebywać przeszłość. A tak naprawdę boję się, że jeśli po sześciu dekadach, w których tworzono o mnie przeróżne historie, napiszę prawdę, nikt w nią nie uwierzy.

Niedawno wracaliśmy z Jimem, moim mężem, z planu filmowego do domu i zatrzymaliśmy się w supermarkecie, ponieważ nabrałam ochoty na lody kawowe. Weszliśmy do sklepu, trzymając się za ręce, a tu nagle jakiś mężczyzna za naszymi plecami wykrzyknął:

- Tak się cieszę, że znowu jesteście razem!

Znowu? Kiedy się rozstaliśmy? Mój mąż się wyprowadził, a ja nie zauważyłam?

Właśnie dlatego lubię fakty. Mam ogromny szacunek dla faktów, a pomysł, że mogłabym parę rzeczy sprostować, nie wychodził mi z głowy.

Całą wieczność biłam się z myślami, aż w końcu uznałam, że tak, napiszę tę książkę. Właściwie pierwszy rozdział napisałam jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, ręcznie, ścieralnym długopisem... no i przepadł. Teraz żałuję, że nie umiem lepiej posługiwać się klawiaturą, ponieważ kiedy już znowu zaczęłam, zajęło mi to kolejne dziesięć lat, jednocześnie bowiem realizowałam inne zobowiązania, takie jak na przykład wydawanie płyt.

Poza tym, tak serio, to znudziłam się sama sobą. Próbowałam przywoływać w pamięci rzeczy, które zdarzyły się bardzo dawno temu. (Dzięki Bogu za dzienniki, które prowadziłam - okazały się bezcenne). Czasem przyłapywałam się na tym, że nie przypominam sobie całej historii i muszę pogrzebać głębiej, bez względu na to, do czego to doprowadzi...

Od dziecka chciałam zostać aktorką... pewnie od chwili, kiedy zabrali mnie po raz pierwszy do kina, a ja stałam na fotelu, żeby lepiej widzieć ekran. Nadal nie mogę wyjść ze zdumienia, że moje marzenie się spełniło, i jestem ogromnie wdzięczna wszystkim, którzy mi w tym pomogli.

Podobno sukces zmienia człowieka, ale moim zdaniem tak naprawdę sprawia, że stajesz się jeszcze bardziej tym, kim jesteś.

Szczerze mówiąc, uważam, że jestem dość przeciętna. Tak się złożyło, że urodziłam się z dobrym głosem, a potem chyba coś w moim wyglądzie, charakterze czy, jak zwał, tak zwał, talencie, zaintrygowało ludzi (albo ich zirytowało). Wiem, że zadaję mnóstwo pytań. Wyrażam wiele opinii i mówię, co myślę... i czasem miewam z tego powodu problemy.

Nie należę do bardzo towarzyskich osób. Nie lubię się ubierać i wychodzić. Wolę zostać w domu z mężem i psami. Czasem zaprosimy rodzinę i przyjaciół na kolację, film albo granie w Rummikuba, tryktraka czy kierki. (Wieczorami gram też na telefonie, po ciemku, zanim pójdę spać, żeby oczyścić głowę ze stresów całego dnia). Uwielbiam malować z synem Jasonem (jest w tym o wiele lepszy ode mnie) i godzinami fotografować swój ogród... a ponieważ nie wychodzę zbyt często, zapominam, kim jestem dla świata zewnętrznego.

Co mi o czymś przypomina. Niedawno poszłam do dentysty (znów na czyszczenie zębów) i kiedy czekałam na windę, zauważyłam, że gapi się na mnie jakaś kobieta. Odeszłam więc na bok, ale gapiła się dalej. Pomyślałam: "Czemu się tak patrzy? Mam gdzieś plamę?".

A potem przyszedł błysk zrozumienia. Ach tak, to sytuacja: "No, jak ona się nazywa?".

Myślę, że przyszła pora rozwiać legendy o potworze.

Właśnie dlatego piszę tę książkę - ponieważ czuję się zobowiązana wobec osób, które naprawdę interesują się moją pracą, procesem, który stoi za tą pracą, i, być może, osobą stojącą za tym procesem.

Zatem zaczynamy.