TAK WYPADAŁO Z TRADYCJI
Szwadron nasz wraca? z dalekiego podjazdu, id?c pe?nym k?usem w stron? dochodz?cych do nas odg?osów walki. Godzina by?a wczesna, dzie? bezwietrzny i s?oneczny, pi?kny dzie? naszej jesieni, pól pe?nych s?o?ca i zapachu kwitn?cych poplonów. Pogoda zapowiada?a jak zwykle w?ciek?e ataki nieprzyjacielskich samolotów na nasze kolumny.
W takt ko?skich kroków trz?s?y si? przewieszone przez plecy karabinki i g?ucho dudni?y opony jad?cych za nami taczanek z cekaemami. Z rzadka pada?y s?owa urywanej rozmowy:
- Daj papierosa.
- Czy Janek si? z tego wyli?e?
- Ale on ma szcz??cie!
- Widzia?e??
Troch? bli?ej i d?u?sza seria nieprzyjacielskiego kaemu przerwa?a rozmow?, konie wyci?gn??y krok, pad?a komenda. Przed nami ju? wie?. Wpadamy na drog? ocienion? topolami i id?c? w jary, rzeczka, most i skrzy?owanie dwóch takich typowo polskich dróg, szerokich i piaszczystych, pe?nych najrozmaitszych niespodzianek o ka?dej porze roku.
Na skrzy?owaniu samochód i kilku oficerów.
- To pu?kownik P?onka, widzisz? A ten drugi to pewnie Kope?!
Szwadron zjecha? w cie? drzew. Krótka rozmowa, poparta szybk? gestykulacj? naszego rotmistrza: - Galopem za mn?... marsz!
I walimy ca?ym p?dem przez wiosk? robi?c? wra?enie wymar?ej. Co chwila zab??kana kula gwi?d?e przeci?gle gdzie? w górze. Skr?camy w prawo, dró?ka za w?ska, wywraca si? taczanka - chwila zamieszania i znowu w cwa?. Gubi? zacz?tego przed chwil? papierosa. ??czka, k?pa olszyn, rów.
- Stój!
Przed nami ma?e wzniesienie, zas?aniaj?ce przedpole.
- Z koni! Przygotowanie do walki pieszej!
- Pr???dzej!
Chwila k?ótni, bo nikt nie chce zosta? koniowodnym. Przedwczoraj by?o nas du?o wi?cej, dzisiaj musimy zostawi? jednego na siedem koni - niech si? martwi?.
Bior? kbk od koniowoda, dziesi?? naboi.
- Wystarczy!
Wychodzimy do natarcia. Mam pluton kierunkowy, lewy prowadzi rotmistrz Petrulewicz, prawy - podporucznik, którego nazwiska ju? dzi? nie pami?tam, wo?amy na niego Pieter; ma ma?? blond bródk? i zdecydowane oczy. Tyralierka - i na wzgórze. Przed nami... równina.
Szachownica ch?opskich poletek, zagon ziemniaków, jaka? wyschni?ta podorywka, pólko z?otego w s?o?cu ?ubinu. W dali pal?ca si? wie?, dystans - 600 metrów. Idziemy wolno naprzód. O kilkadziesi?t kroków mijamy ukryty w ziemniakach ckm. To szwole?erowie. Le?? w bruzdach i strzelaj? do czego?, czego my jeszcze nie widzimy.
Karabin maszynowy pruje krótkimi seriami, pryskaj? ?uski, z ch?odnicy wolno unosi si? para. Kilka weso?ych s?ów i reszta zostaje w gardle. Twarz? do s?o?ca, z zaci?ni?tymi kurczowo pi??ciami, z odrzuconymi nogami, le?y zabity - nasz. Krew s?czy si? spod he?mu - dosta? w sam ?eb!
Do wioski jeszcze z trzysta metrów. Ma?a ??czka i takie trzy czy cztery cha?upy luzem w polu. S?o?ce gra na szybie pierwszej z nich, jakby z?udzenie ognia.
Trrrtatatat... trrrtatatat... trrr...
Zagotowa?a si? ziemia: przed nami - ko?o - z tyłu! Z wyschni?tej roli ma?e ob?oczki kurzu.
- Biegiem!
Co? gwi?d?e, szarpie, dr?e? zaczyna powietrze jak kawa? p?ótna. Jeszcze dwadzie?cia metrów! Kto? z ty?u krzykn??:
- Jeste?my w cha?upach!
W?ciek?y, jakby oszala?y terkot. Sypi? si? szyby, trzaski po drzewach, z bia?o bielonej ?ciany leci gruz. Kilkunastu Niemców ucieka do wsi b?d?cej nie dalej jak sto metrów. Widz? ich, jak schyleni biegn? i kto? ko?o mnie strzeli?.
Ostatni z lewej wali si? na wznak - trzask! Drugi potyka si? i k?adzie jak d?ugi. Trzeci!
Ogl?dam si? - to podchor??y. Ten to umie strzela?, ziemia?ski synek!
Le?ymy wzd?u? dró?ki ??cz?cej cha?upy za drzewami i starym, na pó? zgni?ym p?otkiem. Ch?opcy zaczynaj? strzela?. Licz? ludzi. ?wietnie! Tylko trzech. Jeden na czysto, dwóch rannych. Jeden ma ?miesznie oderwane ucho, krew wali z niego jak z fontanny. Kto? go opatruje.
- Kto zabity?
- Sowa!
- Niemo?liwe!
Mój ulubieniec! Krakowskie "wybijokno", o zawsze u?miechni?tych oczach.
- Gdzie dosta?? Mo?e ?yje?
Wstaj? i wracam. O kilkana?cie kroków od pierwszej cha?upy, na zagonie niezoranej ?cierni, z wyrzuconym przed siebie kbk i twarz? wci?ni?t? w ziemi? - le?y Sowa.
Czo?gam si?... krzycz?... szarpi?... Nic! Dosta? w ?rodek. Pewnie kula naruszy?a kr?gos?up.
- Psiakrew! - Wracam.
Ch?opcy wal? na ca?ego. Zaczynaj? warcze? nasze "szczeniaki"1 model 30. Le?? za grub? topol? i przez lornetk? ogl?dam przedpole.
Wie? pali si? z lewego ko?ca. Na prawo dwie cha?upy i jaka? droga. Na górze ko?ció?, mo?e sto dwadzie?cia metrów. Dzieli nas zwyk?e, ch?opskie pastwisko. Hej! Teraz widz?: za krzy?em przydro?nym, w do?ku - trzy he?my. Dalej, za rogiem cha?upy, kaem w prawo. Bo?e! Nie dalej jak osiemdziesi?t kroków za ma?ym kopczykiem.
Podci?gn??em mauzera. Dobrze - nie - troch? ni?ej. Przesz?o mi b?yskawicznie przez mózg wspomnienie ostatniego rogacza; by? zgórowany. Wolno naciskam spust - roz?o?y? si? p?asko jak szmata. Szukam drugiego. Ten za w?g?em, mo?e si? wi?cej wysunie. Ot tak! Jeszcze! Wprowadzam trzeci nabój.
Z p?otu, troch? wy?ej i na prawo, sypi? si? drzazgi. Z ty?u ruch. Ogl?dam si? - to rotmistrz Chruszczewski prowadzi nam szwadron na wsparcie. Maj? cztery cekaemy. Dobrze!
Wo?aj? mnie za cha?up?. Wolno wyczo?guj? si?. Rotmistrz, stary rotmistrz Petrulewicz; z?o?liwi w szwadronie przeb?kiwali, ?e z koniem ma trudno?ci i ?e raczej pachnie kapitanem. Ale ?o?nierz by? zuchwa?y i mo?e kiedy? tam, w dalekiej Polsce, doczeka si? wi?cej ni? tej wzmianki. U?miechn?? si? do mnie:
- Gor?co, co?
A tu, na domiar z?ego, samolot. Wali prosto na nas. Messerschmitt. Niziutko, z piekieln? szybko?ci?. Kurzy si? ziemia od pocisków, gwi?d?e powietrze. Rotmistrz ?mieje si?:
- Nic nam nie zrobi.
- Daleko masz do nich?
- Sto metrów, mo?e mniej.
- Czy nie pogubili bagnetów?
- Nie!
- Przygotuj do szturmu, mo?e si? uda... Marsz!
Ju? nie kryj?c si? wypadam zza w?g?a. - Bagnet na bro?! Szturm!
Skacz? przez p?ot, wal? si? deski. U?amki sekund, rów - skok, hurra, hurra! Par? metrów - krzy? i... te trzy he?my. Rzucam w biegu karabin i wyci?gam zdobyczne parabellum. Jeszcze z dziesi?? kroków. Stan??em. Mign?? mi w szczerbinie guzik na p?aszczu. ?ci?gn??em spust. He?m i bia?a z przera?enia twarz, skurcz palca i lekki odrzut lufy, a trzeci w t? zielon? mas? munduru i ?adownic!
Krzyk. Jakie? postacie z wyci?gni?tymi do góry r?kami, bia?a p?achta, kto? si? ?mieje.
Jeste?my we wsi!
Tak zdobyli?my szturmem na bagnety po?udniow? cz??? wsi Dzwola dnia 29 wrze?nia 1939 roku, bronion? przez dywizjon przeciwpancerny legendarnego "Kondora".
Ceres, 1941
1 Lekkie karabiny maszynowe.