Na imię jej było Lily - Bohdan Tymieniecki

Kup ebooka

20.99 zł

-
Proszę czekać

TAK WYPADAŁO Z TRADYCJI

Szwadron nasz wraca? z dalekiego podjazdu, id?c pe?nym k?usem w stron? dochodz?cych do nas odg?osów walki. Godzina by?a wczesna, dzie? bezwietrzny i s?oneczny, pi?kny dzie? naszej jesieni, pól pe?nych s?o?ca i zapachu kwitn?cych poplonów. Pogoda zapowiada?a jak zwykle w?ciek?e ataki nieprzyjacielskich samolotów na nasze kolumny.

W takt ko?skich kroków trz?s?y si? przewieszone przez plecy karabinki i g?ucho dudni?y opony jad?cych za nami taczanek z cekaemami. Z rzadka pada?y s?owa urywanej rozmowy:

- Daj papierosa.

- Czy Janek si? z tego wyli?e?

- Ale on ma szcz??cie!

- Widzia?e??

Troch? bli?ej i d?u?sza seria nieprzyjacielskiego kaemu przerwa?a rozmow?, konie wyci?gn??y krok, pad?a komenda. Przed nami ju? wie?. Wpadamy na drog? ocienion? topolami i id?c? w jary, rzeczka, most i skrzy?owanie dwóch takich typowo polskich dróg, szerokich i piaszczystych, pe?nych najrozmaitszych niespodzianek o ka?dej porze roku.

Na skrzy?owaniu samochód i kilku oficerów.

- To pu?kownik P?onka, widzisz? A ten drugi to pewnie Kope?!

Szwadron zjecha? w cie? drzew. Krótka rozmowa, poparta szybk? gestykulacj? naszego rotmistrza: - Galopem za mn?... marsz!

I walimy ca?ym p?dem przez wiosk? robi?c? wra?enie wymar?ej. Co chwila zab??kana kula gwi?d?e przeci?gle gdzie? w górze. Skr?camy w prawo, dró?ka za w?ska, wywraca si? taczanka - chwila zamieszania i znowu w cwa?. Gubi? zacz?tego przed chwil? papierosa. ??czka, k?pa olszyn, rów.

- Stój!

Przed nami ma?e wzniesienie, zas?aniaj?ce przedpole.

- Z koni! Przygotowanie do walki pieszej!

- Pr???dzej!

Chwila k?ótni, bo nikt nie chce zosta? koniowodnym. Przedwczoraj by?o nas du?o wi?cej, dzisiaj musimy zostawi? jednego na siedem koni - niech si? martwi?.

Bior? kbk od koniowoda, dziesi?? naboi.

- Wystarczy!

Wychodzimy do natarcia. Mam pluton kierunkowy, lewy prowadzi rotmistrz Petrulewicz, prawy - podporucznik, którego nazwiska ju? dzi? nie pami?tam, wo?amy na niego Pieter; ma ma?? blond bródk? i zdecydowane oczy. Tyralierka - i na wzgórze. Przed nami... równina.

Szachownica ch?opskich poletek, zagon ziemniaków, jaka? wyschni?ta podorywka, pólko z?otego w s?o?cu ?ubinu. W dali pal?ca si? wie?, dystans - 600 metrów. Idziemy wolno naprzód. O kilkadziesi?t kroków mijamy ukryty w ziemniakach ckm. To szwole?erowie. Le?? w bruzdach i strzelaj? do czego?, czego my jeszcze nie widzimy.

Karabin maszynowy pruje krótkimi seriami, pryskaj? ?uski, z ch?odnicy wolno unosi si? para. Kilka weso?ych s?ów i reszta zostaje w gardle. Twarz? do s?o?ca, z zaci?ni?tymi kurczowo pi??ciami, z odrzuconymi nogami, le?y zabity - nasz. Krew s?czy si? spod he?mu - dosta? w sam ?eb!

Do wioski jeszcze z trzysta metrów. Ma?a ??czka i takie trzy czy cztery cha?upy luzem w polu. S?o?ce gra na szybie pierwszej z nich, jakby z?udzenie ognia.

Trrrtatatat... trrrtatatat... trrr...

Zagotowa?a si? ziemia: przed nami - ko?o - z tyłu! Z wyschni?tej roli ma?e ob?oczki kurzu.

- Biegiem!

Co? gwi?d?e, szarpie, dr?e? zaczyna powietrze jak kawa? p?ótna. Jeszcze dwadzie?cia metrów! Kto? z ty?u krzykn??:

- Jeste?my w cha?upach!

W?ciek?y, jakby oszala?y terkot. Sypi? si? szyby, trzaski po drzewach, z bia?o bielonej ?ciany leci gruz. Kilkunastu Niemców ucieka do wsi b?d?cej nie dalej jak sto metrów. Widz? ich, jak schyleni biegn? i kto? ko?o mnie strzeli?.

Ostatni z lewej wali si? na wznak - trzask! Drugi potyka si? i k?adzie jak d?ugi. Trzeci!

Ogl?dam si? - to podchor??y. Ten to umie strzela?, ziemia?ski synek!

Le?ymy wzd?u? dró?ki ??cz?cej cha?upy za drzewami i starym, na pó? zgni?ym p?otkiem. Ch?opcy zaczynaj? strzela?. Licz? ludzi. ?wietnie! Tylko trzech. Jeden na czysto, dwóch rannych. Jeden ma ?miesznie oderwane ucho, krew wali z niego jak z fontanny. Kto? go opatruje.

- Kto zabity?

- Sowa!

- Niemo?liwe!

Mój ulubieniec! Krakowskie "wybijokno", o zawsze u?miechni?tych oczach.

- Gdzie dosta?? Mo?e ?yje?

Wstaj? i wracam. O kilkana?cie kroków od pierwszej cha?upy, na zagonie niezoranej ?cierni, z wyrzuconym przed siebie kbk i twarz? wci?ni?t? w ziemi? - le?y Sowa.

Czo?gam si?... krzycz?... szarpi?... Nic! Dosta? w ?rodek. Pewnie kula naruszy?a kr?gos?up.

- Psiakrew! - Wracam.

Ch?opcy wal? na ca?ego. Zaczynaj? warcze? nasze "szczeniaki"1 model 30. Le?? za grub? topol? i przez lornetk? ogl?dam przedpole.

Wie? pali si? z lewego ko?ca. Na prawo dwie cha?upy i jaka? droga. Na górze ko?ció?, mo?e sto dwadzie?cia metrów. Dzieli nas zwyk?e, ch?opskie pastwisko. Hej! Teraz widz?: za krzy?em przydro?nym, w do?ku - trzy he?my. Dalej, za rogiem cha?upy, kaem w prawo. Bo?e! Nie dalej jak osiemdziesi?t kroków za ma?ym kopczykiem.

Podci?gn??em mauzera. Dobrze - nie - troch? ni?ej. Przesz?o mi b?yskawicznie przez mózg wspomnienie ostatniego rogacza; by? zgórowany. Wolno naciskam spust - roz?o?y? si? p?asko jak szmata. Szukam drugiego. Ten za w?g?em, mo?e si? wi?cej wysunie. Ot tak! Jeszcze! Wprowadzam trzeci nabój.

Z p?otu, troch? wy?ej i na prawo, sypi? si? drzazgi. Z ty?u ruch. Ogl?dam si? - to rotmistrz Chruszczewski prowadzi nam szwadron na wsparcie. Maj? cztery cekaemy. Dobrze!

Wo?aj? mnie za cha?up?. Wolno wyczo?guj? si?. Rotmistrz, stary rotmistrz Petrulewicz; z?o?liwi w szwadronie przeb?kiwali, ?e z koniem ma trudno?ci i ?e raczej pachnie kapitanem. Ale ?o?nierz by? zuchwa?y i mo?e kiedy? tam, w dalekiej Polsce, doczeka si? wi?cej ni? tej wzmianki. U?miechn?? si? do mnie:

- Gor?co, co?

A tu, na domiar z?ego, samolot. Wali prosto na nas. Messerschmitt. Niziutko, z piekieln? szybko?ci?. Kurzy si? ziemia od pocisków, gwi?d?e powietrze. Rotmistrz ?mieje si?:

- Nic nam nie zrobi.

- Daleko masz do nich?

- Sto metrów, mo?e mniej.

- Czy nie pogubili bagnetów?

- Nie!

- Przygotuj do szturmu, mo?e si? uda... Marsz!

Ju? nie kryj?c si? wypadam zza w?g?a. - Bagnet na bro?! Szturm!

Skacz? przez p?ot, wal? si? deski. U?amki sekund, rów - skok, hurra, hurra! Par? metrów - krzy? i... te trzy he?my. Rzucam w biegu karabin i wyci?gam zdobyczne parabellum. Jeszcze z dziesi?? kroków. Stan??em. Mign?? mi w szczerbinie guzik na p?aszczu. ?ci?gn??em spust. He?m i bia?a z przera?enia twarz, skurcz palca i lekki odrzut lufy, a trzeci w t? zielon? mas? munduru i ?adownic!

Krzyk. Jakie? postacie z wyci?gni?tymi do góry r?kami, bia?a p?achta, kto? si? ?mieje.

Jeste?my we wsi!

Tak zdobyli?my szturmem na bagnety po?udniow? cz??? wsi Dzwola dnia 29 wrze?nia 1939 roku, bronion? przez dywizjon przeciwpancerny legendarnego "Kondora".

Ceres, 1941

1 Lekkie karabiny maszynowe.

O autorze

Bogdan Tymieniecki, właśc. Bohdan Władysław Zaremba-Tymieniecki (ur. 11 maja 1907 w Warszawie, zm. 29 stycznia 1992 w Londynie) - żołnierz Wojska Polskiego oraz Polskich Sił Zbrojnych.

Urodził się w rodzinie ziemiańskiej herbu Zaremba. Dzieciństwo spędził w Paryżu. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, wrócił z rodziną do kraju i wychowywał się w Żerkowicach. Tam uczęszczał do szkół, został filistrem Polskiej Korporacji Studentów Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego "Kujawja" w Cieszynie w roku 1931 i uzyskał zawód rolnika.

Wojnę obronną rozpoczął w stopniu ogniomistrza. 29 września brał udział w potyczce we wsi Dzwola, dowodząc plutonem kawalerii należącym do 22 Pułk Ułanów Podkarpackich ze składu Grupy Kawalerii "Chełm". Jednostki te wyparły ze wsi stacjonujący tam dywizjon przeciwpancerny 27 Dywizji Piechoty. Cześć żołnierzy tego dywizjonu walczyła wcześniej w wojnie domowej w Hiszpanii w strukturze Legionu Condor. Następnie przedostał się na Węgry, gdzie był internowany w miejscowości Eger, a za pieniądze wygrane w pokera wyruszył do Francji.

Po dotarciu do Francji odbył kurs obsługi działek przeciwpancernych 25 mm w Coëtquidan oraz 40 mm w Laverdon. W czerwcu 1940 został przydzielony do 3 Oddziału Rozpoznawczego (OR-3) 3. Dywizji Piechoty, gdzie objął stanowisko instruktora tudzież dowódcy plutonu zmotoryzowanej artylerii przeciwpancernej. Jednostka nie dokończyła formowania i nie uczestniczyła w walkach w sposób zorganizowany. Po klęsce wojsk francuskich z portu La Turballe został ewakuowany do Wielkiej Brytanii.

W Anglii i Szkocji odbył kolejne szkolenia artyleryjskie i pancerne. W 1941 został wysłany do Palestyny, a następnie przeniesiono go do Iraku. Dopiero w Afryce powrócił do kawalerii, lecz tym razem była to kawaleria pancerna. W stopniu starszego sierżanta służył jako instruktor w brytyjskiej szkole broni pancernej w Abbassia pod Kairem. Podczas służby w Egipcie w ramach uzupełnień był przydzielony na 10 miesięcy do 11. Pułku Huzarów "Prince Albert Own" jako dowódca czołgu. W okresie formowania 2 Warszawskiej Brygady Pancernej został instruktorem w 6 Pułku Pancernym "Dzieci Lwowskich".

W strukturze 2 Korpusu wyruszył do Włoch oraz dostał awans na podporucznika. Podczas walk we Włoszech dowodził plutonem czołgów, a następnie dwoma plutonami. Dzięki sprawnemu dowodzeniu tudzież umiejętnościom artyleryjskim został awansowany na porucznika i mianowany zastępcą dowódcy 3 szwadronu 6 pułku pancernego. Następnie został skierowany na stanowisko sztabowe jako doradca taktyczny dowódcy brygady w 2 Brygadzie Pancernej. Do końca kampanii włoskiej dosłużył się stopnia majora (stopień na czas wojny) oraz otrzymał funkcję oficera sztabowego 2 Korpusu.

Przeszedł szlak bojowy 2 Korpusu. Walczył m.in.: w bitwie o Piedimonte San Germano, za którą dostał Order Virtuti Militari, tudzież o Castelfidardo. Prowadził manewr przerywający front pod Ankoną oraz brał udział w zajmowaniu Bolonii. Jego czołg, M4 Sherman, nosił nazwę Markiza.

Ożenił się z Joanną "Bubą" Burhardt-Bukacką, córką Stanisława Burhardta-Bukackiego i Jadwigi Beck, jeszcze w trakcie wojny we Włoszech. Ślub miał miejsce w kościele św. Andrzeja na Kwirynale. Przez pewien czas mieszkał z żoną i teściową w Rzymie. W 1956 przeniósł się wraz z nimi do Brukseli, tam dostał cywilną posadę. Następnie zamieszkał w Londynie, podjął pracę pisarza i używał pseudonimu "Amadeo Visconsini". Miał syna i córkę. Po wojnie został awansowany na podpułkownika. Otrzymał tytuł honorowego żołnierza Pułku Pancernego Ułanów Karpackich.

W roku 1971 napisał książkę "Na imię jej było Lily", opowiadającą o jego przeżyciach podczas II wojny światowej. Tytuł jest nawiązaniem do nazwy armaty czołgu Crusader, na którym szkolił żołnierzy alianckich w Egipcie. Był też autorem (pod pseudonimem) następujących książek: Heroina 74, Amsterdam 77, Skandal Banco Ambrosiano.

Jego zainteresowaniami były: bibliofilstwo, brydż oraz wędkarstwo.

Został odznaczony: dwukrotnie Orderem Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino oraz innymi 11 zagranicznymi odznaczeniami, m.in.: Gwiazda 1939-1945 (Wlk. Brytania), Gwiazda Afryki (Wlk. Brytania), Gwiazda Italii (Wlk. Brytania).

Został pochowany w kwaterze żołnierzy PSZ na Zachodzie na Powązkach Wojskowych.