2. ON
Warunkiem dostania się do liceum było zaliczenie egzaminów, które pisało się tuż przed wakacjami. Po jakimś czasie na drzwiach szkoły wieszano listę z nazwiskami szczęśliwców (lub, jak się okazało w moim przypadku, raczej nieszczęśliwców), którzy zdali. Stanąłem pod drzwiami szkoły, szukając listy przyszłych uczniów klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Z zadowoleniem dostrzegłem na niej swoje nazwisko. "No, to teraz zasłużone wakacje!" - pomyślałem. Z szerokim uśmiechem odwróciłem się i zobaczyłem niewysoką, drobną blondynkę, która - podobnie jak ja przed chwilą - wpatrywała się w listę, mającą zdecydować o naszej edukacyjnej przyszłości. Od razu przemknęło mi przez głowę, że dziewczyna jest całkiem ładna. Zwłaszcza zwróciłem uwagę na jej - jakkolwiek banalnie to brzmiało - śmiejące się oczy.
- No i co, dostałaś się? - zagadnąłem ją.
- Tak. - Zatrzymała palec na swoim nazwisku i uroczo się uśmiechnęła.
- O, też matfiz, będziemy razem w klasie. Cześć, jestem Bartek - przedstawiłem się, wyciągając do niej rękę.
- Cześć. Natalia. - Odwzajemniła uścisk dłoni, bacznie mi się przypatrując.
- Wiesz, wydaje mi się, jakbym cię już wcześniej spotkał - powiedziałem. - Nie byłaś na jakiejś kolonii albo nie chodziłaś na zajęcia do domu kultury?
- Nie, nigdy - zaprzeczyła, kręcąc głową. - Może to był ktoś podobny do mnie, a może mam sobowtóra - zaśmiała się.
- Może...Muszę już lecieć, tata na mnie czeka. Do zobaczenia po wakacjach - pożegnałem się, patrząc jej prosto w oczy. Zauważyłem jeszcze, że są jasnobłękitne.
- Do zobaczenia - machnęła mi ręką.
Najbliższa przyszłość rysowała się doskonale: miejsce w dobrym liceum zapewnione, pierwsza fajna koleżanka w klasie poznana, a do tego zaraz mieliśmy wyjeżdżać na kemping na Węgry. Uwielbiałem te coroczne wyjazdy ze względu na możliwość spędzania czasu z rodzicami (a z moim tatą nigdy nie dało się nudzić) i pewien powiew "Zachodu", bo w węgierskich sklepach można było kupić towary u nas niedostępne. Bardzo lubiłem salami i zupę gulaszową (jednego i drugiego najadałem się tam do woli), no i palaczinki - cieniutkie naleśniki posmarowane pyszną masą orzechową i złożone w chusteczkę. To był rarytas! A przede wszystkim mogłem całymi dniami pływać w Balatonie, w którym, w odróżnieniu od polskiego zimnego Bałtyku, woda była przyjemnie ciepła.
* * *
Nienawidziłem wczesnego wstawania - tym bardziej po wakacjach było to dla mnie męką - dlatego na rozpoczęcie roku wszedłem do auli nieco spóźniony. Rozglądnąłem się wokół i od razu ją dostrzegłem. Przecisnąłem się pomiędzy uczniami i stanąłem obok. "Cześć" - szepnąłem jej do ucha. Odwróciła się gwałtownie. "Ciiii" - szepnęła, kładąc palec na wargach i wskazała na przemawiającą z przodu osobę - przypuszczałem, że był to dyrektor. Mówił coś o naszym obowiązku wobec socjalistycznego państwa i o wychowaniu nas na obywateli "godnych naszej ojczyzny". W co drugim zdaniu przewijały się słowa: ojczyzna, socjalistyczny i praca. Ludzie, jak ja nie cierpiałem tych pustych frazesów, którymi raczono nas od pierwszej klasy podstawówki! Przewróciłem oczami, a Natalia parsknęła śmiechem, zakrywając dłonią usta i udając, że kaszle, bo jakiś nauczyciel odwrócił się w naszym kierunku. Przypatrując się ludziom, czekałem tylko, aż ta parodia wreszcie się skończy. Zerkałem przede wszystkim na Natalię, która zrobiła na mnie nie mniejsze wrażenie niż za pierwszym razem. Chciałem pogadać z nią zaraz po zajęciach organizacyjnych, lecz wychowawca polecił chłopakom zostać dłużej. Gdy wyszedłem, jej już nie było. Jednak od następnego dnia starałem się zagadywać ją w czasie przerw. Odpowiadała miło, ale dziewczyny odciągały ją do swojego towarzystwa, a ona była równie przyjacielska wobec każdego chłopaka z naszej klasy. Nie byłem z tego zadowolony, bo raczej nie zapałałem sympatią do nowych kolegów. Od początku wydali mi się wyjątkowymi sztywniakami i wkrótce byłem pewny, że moja obecność w tym miejscu to jedno wielkie nieporozumienie. To odczucie pogłębiało się z każdym dniem. Nie miałem wątpliwości - nie pasuję ani do tej klasy, ani do tej szkoły.
W podstawówce było inaczej. Mimo trudności, jakie wynikały z mojego niespokojnego temperamentu, znałem przynajmniej swoje otoczenie - wiedziałem, jakie są wymagania poszczególnych nauczycieli i czego się uczyć. Wszystko miałem "oswojone" i poukładane. A przede wszystkim doskonale odnajdywałem się w kółku plastycznym, w jego trochę subkulturowym, artystycznym klimacie. W liceum wszystko było nowe. Otaczały mnie jakieś drętwe, matematyczne mózgi, wśród których fatalnie się czułem. Chciałem jak najszybciej stąd wiać. Tak długo błagałem mamę, by pozwoliła mi przenieść się do plastyka, aż wreszcie uległa. Niestety okazało się, że na to już za późno - dyrekcja liceum nie zgodziła się mnie przyjąć. Musiałem zostać tutaj, w klasie jajogłowych, z których większości coraz bardziej nie cierpiałem. Zatem buntowałem się i robiłem wszystko, by uzmysłowić im, jakimi są beznadziejnymi kujonami. Niestety nikt mnie nie rozumiał, za to zaczęto mi zarzucać, że zachowuję się okropnie.
Nawet Natalia, którą na początku traktowałem jak dobrą kumpelkę, nie reagowała na próby nawiązania kontaktu. A gdy starałem się wszelkimi sposobami zwrócić na siebie jej uwagę, stwierdziła, że zachowuję się idiotycznie. "Mam już dość tych twoich zaczepek! Czy ty nie umiesz zachować się jak normalny człowiek?! Durnia musisz z siebie robić?" - zdenerwowała się, kręcąc z dezaprobatą głową, i wyszła z klasy. A ja po prostu chciałem jakoś zaistnieć, pokazać tym "alfom i omegom", że nie samą nauką człowiek żyje... Po kilku miesiącach wszyscy traktowali mnie jak klasowego błazna. W głębi duszy pragnąłem się z nimi zgrać, bo ta sytuacja coraz bardziej mi doskwierała, tylko nie wiedziałem, jak to zrobić. Miałem nie tylko problemy, by zintegrować się z kolegami czy podporządkować regulaminowi, ale też dostosować się do wymagań szkolnych. Ponieważ profil matematyczno-fizyczny niezbyt odpowiadał moim zainteresowaniom, cały czas walczyłem z rzeczywistością, jaką kreowali nauczyciele. Niektórych wręcz nienawidziłem, wyraźnie dając im to do zrozumienia. Jednej z nauczycielek, która doprowadziła mnie do furii, o mały włos nie pobiłem w szatni. Nie miałem żadnych hamulców i nie przejmowałem się tym, co ktokolwiek sobie o mnie pomyśli. Wprawdzie było tu kilku niesamowitych, wspaniałych belfrów, jednak nawet oni nie dawali sobie ze mną rady. Zdesperowana mama, wielokrotnie wzywana przez nauczycieli i zachęcana, by pójść ze mną do psychologa, zaprowadziła mnie w końcu do poradni. Niewiele to pomogło, postawiono jedynie diagnozę, że jest to bunt nastolatka, wyrażany wyjątkowo intensywnie. Dopiero kilka lat później potrafiłem przyznać, że zachowywałem się koszmarnie, zrażając do siebie dosłownie wszystkich, zarówno nauczycieli, jak i kolegów.
Kluczem do integracji naszej klasy okazała się pierwsza wycieczka na Wielką Raczę. Była tak udana, że od tego czasu dwa razy do roku umawialiśmy się na weekendowe wypady w góry lub nad jezioro. Wszystko organizowaliśmy sami: prosiliśmy najsympatyczniejszych nauczycieli oraz kilkoro wyluzowanych rodziców, by jechali z nami. (Lubiłem, gdy był wśród nich mój tato, który wprost uwielbiał chodzić po górach i tę miłość zaszczepił także we mnie). Podróżowaliśmy zawsze pociągiem, a następnie z plecakami wyruszaliśmy na jakiś szlak. Po którejś z wypraw odkryłem zdumiony, że mam w klasie naprawdę świetnych kumpli. Nikt nie brał ze sobą alkoholu, nie zażywał narkotyków; dopiero w maturalnej klasie chłopaki dali czadu i ostro popili (mnie alkohol nigdy nie pociągał, dlatego się do nich nie przyłączyłem). Lecz to był jedynie incydent i wszyscy byli już wtedy pełnoletni.
Na początku drugiej klasy poznałem Alicję, świetną dziewczynę, która zupełnie zawróciła mi w głowie. Miałem wrażenie, jakbym unosił się kilka centymetrów nad ziemią, a związek z nią działał skuteczniej niż wszystkie spotkania z psychologiem. Dzięki niej wreszcie dotarło do mnie, że - z powodu swojego postępowania - uchodziłem za niezłego oszołoma i muszę nieco się uspokoić oraz zmienić nastawienie do życia. Alicja powtarzała: "Niepotrzebnie się tak zgrywasz. Przecież gdy jesteśmy sami, zachowujesz się zupełnie inaczej". Motywację miałem więc ogromną, bo bardzo mi na Ali zależało. Na spotkania z nią leciałem jak na skrzydłach, a każde rozstanie przeżywałem tak, jakbyśmy mieli się już nigdy więcej nie zobaczyć. Nie wiem, czy w ogóle cokolwiek w tym czasie jadłem, czy żywiłem się wyłącznie uczuciem.
Gdybym był starszy, zapewne od razu bym się jej oświadczył, jednak miałem dopiero (wówczas myślałem "aż") szesnaście lat i kończyło się na długich, niezdarnych pocałunkach. Nasza relacja rozwijała się intensywnie przez parę miesięcy,a ja z każdym dniem byłem coraz bardziej zakochany - niestety po jakimś czasie okazało się, że Ala tego uczucia nie odwzajemniała. Pod koniec drugiej klasy, gdy wracaliśmyz wycieczki, zupełnie obojętnym tonem - jakby oznajmiała mi, że pada deszcz - powiedziała: "Bartek, to koniec". W pierwszym momencie nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Koniec? Koniec czego? Długo trwało, nim dotarło do mnie, że mówi o naszym związku.
- Co ty powiedziałaś?! Koniec? Jaki koniec?! - Stanąłem jak wryty.
- Jesteś fajnym kolegą, dla mnie nawet więcej niż kolegą - jesteś moim przyjacielem, ale...
- Ale co...? - Zacząłem tracić grunt pod nogami.
- Wydawało mi się, że coś do ciebie czuję, jednak... no, nic nie czuję.
- Ala, to niemożliwe! Nie kończmy tego tak! Spróbujmy jeszcze raz - błagałem. - Umówmy się na spokojną rozmowę.
- Rozmowa niczego nie zmieni. Długo nad tym myślałam. To nie ma sensu.
- Alicja, proszę! - skamlałem. Byłem gotowy klęknąć przed nią, nawet tam, na tej górskiej ścieżce.
- Czym dłużej będziemy to przeciągać, tym bardziej będzie bolało.
- Jakby teraz nie bolało. - Kąśliwym tonem próbowałem zamaskować swoją bezsilność.
- Wiem, to przykre. Dla mnie też to nie jest łatwe.
- Czyżby? - ironizowałem dalej.
- Możesz sobie myśleć, co chcesz - powiedziała urażonym tonem.
- Czyli to koniec? Jesteś tego pewna?
- Tak, jestem. Cześć. - Usiłowała się uśmiechnąć, choć był to raczej cierpki uśmiech.
Wydawało mi się, jakby nie tylko zakończył się nasz związek, lecz i całe moje życie. Po raz pierwszy zakochałem się tak mocno i po raz pierwszy tak dotkliwie zostałem zraniony. Moja miłość do Alicji była wyrażeniem głębokiego wewnętrznego pragnienia kochania i bycia kochanym, mojej tęsknoty za czymś pięknym, nieskażonym - a ona to wszystko zniszczyła. Nie potrafiłem jej przebaczyć, a jednocześnie mocno za nią tęskniłem. Leżałem w łóżku i nie miałem siły ani ochoty wstać. Rodzice - coraz bardziej zaniepokojeni moim stanem - dopytywali, co się stało. Powiedziałem im jedynie, że rozstałem się z Alicją, bo choć miałem z nimi dobry kontakt, o uczuciach nigdy nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, a zagadnień dotyczących relacji damsko-męskich - podobnie jak tematyki Katy-nia - nigdy się u nas nie poruszało.
* * *
Niedługo po rozstaniu z Alą znalazłem się w szpitalu. W dzieciństwie, jeżdżąc na nartach, złamałem nos, drugi raz "poprawiłem" podczas żeglowania kilka lat później i od tego czasu ciągle miałem problemy z zatokami. W czasie kolejnej wizyty laryngolog stwierdził, że niezbędna jest operacja przegrody nosowej. Termin wyznaczono na koniec maja. Lekarz od razu uprzedził, że zabieg będzie skomplikowany: w całkowitej narkozie wwiercą się do nosa, wyprostują mi chrząstkę, a na koniec założą opatrunek, czyli włożą do niego kilka metrów bandaża. Opis operacji przypominał sceny z horroru, więc panicznie bałem się bólu, komplikacji i tego, czy w ogóle wybudzę się z narkozy. Tydzień przed zabiegiem musiałem zgłosić się do szpitala na badania. Czekanie było dla mnie katorgą, z każdym dniem odczuwałem coraz większy strach. W tym czasie do naszej sali codziennie przychodził młody ksiądz, pytając, czy ktoś chce przyjąć Komunię Świętą. Przecząco kręciłem głową, mimo to któregoś dnia ksiądz przysunął sobie krzesło i usiadł przy moim łóżku.
- Widzę, że toczy się w tobie walka. Boisz się, prawda? -zagadnął.
- Trochę - powiedziałem szczerze. Nie miałem już sił zgrywać chojraka.
- Martwisz się operacją?
Kiwnąłem głową. Wiedziałem, że jeżeli powiem jeszcze słowo, to się po prostu rozryczę.
- Przyjdź na spotkanie dziś wieczorem, oderwiesz się od tych dręczących myśli - zachęcił. - To nie będzie msza. Pośpiewamy z gitarą. Będzie fajnie, zobaczysz - zapewnił.
Popatrzyłem na niego z rezerwą, nie bardzo wierząc w te zapewnienia, ale miałem niewiele do stracenia.
- Przyjdziesz?
- Tak - przytaknąłem.
Wieczorem wybrałem się do kaplicy szpitalnej.
Ksiądz rozdał śpiewniczki, wyciągnął gitarę i zaczął grać.Choć większości pieśni nie znałem, szybko podchwyciłem wpadające w ucho melodie. Jednak najbardziej poruszyły mnie dwa zdania wypowiedziane przez księdza: "Jeśli człowiek wierzy w Pana Boga, to nie musi się niczego bać, bo On się o wszystko zatro-szczy. Możesz po prostu rzucić się w Jego ramiona i zaufać Mu".
Nigdy wcześniej nie słyszałem, by ktoś mówił o Bogu tak naturalnie i prosto. Po raz pierwszy też uświadomiłem sobie, że Bóg naprawdę istnieje i interesuje się moim życiem. Ta prawda okazała się dla mnie niezwykle ważna i odkrywcza. "Jeśli Pan Bóg jest realny, to nie muszę się bać. Jeśli uwierzę, że On będzie ze mną, to tak się stanie" - powiedziałem sobie i uchwyciłem się tego. Słowa, które potraktowałem jak osobiste wyznanie, rzeczywiście zadziałały. Na operację jechałem całkiem spokojny, podczas gdy inni pacjenci panikowali.
Moim sąsiadem w sali był miły starszy pan, którego nazywałem dziadziusiem. Podobnie jak ja wcześniej, potwornie bał się operacji. Ze względu na słabe serce nie mógł mieć znieczulenia ogólnego, a jedynie lekkie, miejscowe. Po operacji przez pewien czas był sparaliżowany i bardzo cierpiał. Mimo to wprowadzał do pokoju mnóstwo ciepła, dowcipkował, szczególnie gdy przychodziła moja mama. Powtarzał jej, że jest śliczna i żałuje, że jest tak stary i niedołężny, bo spokojnie odbiłby ją mojemu tacie. Żartował, a mama się czerwieniła. Lubiłem, gdy się wygłupiał, bo po operacji również bardzo się męczyłem i choć na chwilę mogłem zapomnieć o bólu. Najbardziej przygnębiły mnie odwiedziny Alicji, której zupełnie się tutaj nie spodziewałem. Gdy zobaczyłem ją w progu sali, zaniemówiłem. "Może współczucie dla mojego stanu wzbudzi w niej na nowo jakieś uczucia?" - przemknęło mi przez głowę.
- Co tam? Podobno miałeś operację? - rzuciła lekkim tonem.
- No... jak widzisz - powiedziałem głosem, który z powodu tamponady w nosie brzmiał dosyć dziwnie.
- Jak się czujesz? - spytała, a ja nie wyczuwałem w tym żadnych emocji.
- Jak się mogę czuć? Raczej marnie.
- To życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia - rzuciła i... wyszła.
- Jakaś dziwna ta koleżanka, poszła szybciej, niż się pojawiła - skomentował dziadziuś.
- No... - odburknąłem niewyraźnie.
Odwróciłem się twarzą do ściany, by nie zobaczył, że płaczę. Co miałem powiedzieć? "To moja była dziewczyna, która potraktowała mnie jak kolegę, którego ledwie znała"? Czułem się tak, jakby znów poszatkowała mnie na plasterki.
Dziadziuś nie dał się zwieść. Widział, w jak kiepskim stanie psychicznym jestem, dlatego próbował zająć czymś moją uwagę. Wyciągnął mnie na korytarz, na którym stał telewizor. Programy telewizyjne były jedyną dostępną w szpitalnej nudzie rozrywką. Codziennie pomagałem dziadziusiowi podchodzić do krzesła stojącego przed odbiornikiem, gdzie zbierali się wszyscy pacjenci, by o 19:30 obejrzeć Dziennik Telewizyjny. Część z nich przesiadywała tam już od popołudnia, oglądając programy dla dzieci i młodzieży.
Był czwarty czerwca 1989 roku. Wszyscy byli rozentuzjazmowani, bo tego dnia odbywała się pierwsza tura wyborów parlamentarnych - były to pierwsze w historii Polski po drugiej wojnie światowej częściowo wolne wybory do sejmu i senatu.
- Nareszcie! Zobaczycie, komuna wreszcie zdechnie! - powiedział jeden z pacjentów, podnosząc zaciśniętą pięść do góry.
- Nie, to niemożliwe. - Sceptycznie pokręcił głową inny. - Ruscy ukręcą temu łeb. To się źle skończy!
- Nie ukręcą, mają teraz własne problemy - zaprzeczał ten pierwszy. - Generał w ciemnych okularkach wkrótce będzie musiał odejść - jeszcze wspomnicie moje słowa.
- O Boże, nie myślałem, że tego dożyję! - sapnął wzruszony dziadziuś.
Miał łzy w oczach i ciężko oddychał. Zaniepokoiłem się, by z przejęcia nie dostał zawału. Obserwowałem go bacznie, bo nawet pielęgniarki wpatrywały się jak urzeczone w ekran, zapominając o chorych.
- Gdy ten ustrój padnie, to będzie jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu - podsumował, gdy prowadziłem go z powrotem do pokoju.
Gdy wyszedłem ze szpitala, odwiedziłem dziadziusia kilka razy w jego domu. Opowiadał mi, jaką gehennę przeżył w czasie okupacji, a także później, już po wojnie. Dlatego tak się cieszył, że może żyć nareszcie w wolnym kraju! Ostatni raz byłem u niego trzy czy cztery lata później, niedługo przed jego śmiercią.
* * *
Do wakacji udało mi się nadrobić wszystkie zaległości w nauce spowodowane pobytem w szpitalu. Było to dla mnie bardzo ważne, bo na początku trzeciej klasy zdecydowałem, że chcę zdawać na architekturę. By przygotować się do niełatwych egzaminów z rysunku, zacząłem jeździć na kurs do Krakowa, oddalonego od naszego miasta o sto kilometrów. Weekendy miałem odtąd zajęte od rana do wieczora. W każdą sobotę wychodziłem wcześnie rano z domu, dwie godziny jechałem autobusem, brałem udział w zajęciach i wracałem późnym popołudniem, a całą niedzielę rysowałem. W tym czasie wyciszyłem się i uspokoiłem, co zauważył mój wychowawca, mówiąc, że wreszcie dojrzałem i wyrosłem z dziecinady. Relacje w klasie miałem teraz świetne. Najbardziej polubiłem Tosię i jej chłopaka, Tadeusza. Trzymaliśmy się razem z jeszcze jedną parą, Anią i Grześkiem. Podczas górskich wypadów potrafiliśmy przegadać całe noce. Rodzice też mogli wreszcie odetchnąć. Wkrótce regularnie opowiadałem w domu, co słychać u Tosi i jej brata, Tobiasza, wpadałem do nich na imprezy lub pouczyć się przed klasówką. Do naszej paczki czasem dołączała też Natalia. Moja relacja z nią - począwszy od pierwszego spotkania przed listą uczniów przyjętych do szkoły - była idealną ilustracją powiedzenia "Kto się lubi, ten się czubi". Raz ona mnie denerwowała swoim zachowaniem, więc podśmiewałem się z niej, potem ja ją doprowadzałem do szewskiej pasji swoimi wygłupami. Mimo to od początku mi się podobała i byłem pewien, że ja jej również. Wprawdzie czasem ona kumplowała się z jakąś koleżanką, której ja nie lubiłem, a ja trzymałem się z kolegą, który działał jej na nerwy, lecz po dawnej wzajemnej niechęci nie było już śladu. Chyba pierwszy raz zaimponowałem Natalii, gdy usłyszała, jak gram - podczas którejś szkolnej przerwy usiadłem w klasie do pianina i zaimprowizowałem Butterfly Beatlesów. W momencie otoczyła mnie prawie cała klasa.
- Stary, jak ty wymiatasz! - mówili zdumieni.
- Nieźle nas zaskoczyłeś! - Ktoś klepnął mnie w plecy.
- No, szok! - Dołożył inny z drugiej strony.
Gdy po zajęciach wracaliśmy razem z Natalią, w jej wzroku ujrzałem błysk podziwu.
- Nie miałam pojęcia, że potrafisz tak grać na pianinie - powiedziała z nieskrywanym uznaniem.
- E, tak coś brzdękam. - Krygowałem się, choć wiedziałem, że może nie jestem wirtuozem, lecz gram naprawdę nieźle.
- Brzdękasz? Masz prawdziwy talent! Od kiedy grasz?
- Od podstawówki, ale muzykę kocham od przedszkola. Zawsze się nią interesowałem, prawie bez przerwy słucham radia, a piątkowej listy przebojów radiowej "Trójki" nie przepuszczę i nagrywam na kasety wszystkie piosenki. Marek Niedźwiecki jest genialny! Nawet jeśli rodzice wołają mnie, bo leci jakiś niezły film w telewizji, zawsze wybiorę muzykę.
- Chodziłeś do szkoły muzycznej?
- Nie, przychodził do nas nauczyciel, który mieszkał niedaleko nas, i uczył mnie i Aśkę.
- Gdy cię dziś usłyszałam, to...
- Nie spodziewałaś się?
- Prawdę mówiąc... nie.
- Prędzej przypuszczałabyś, że rozwalę pianino, prawda? No, po tym, jak dawałem czadu w pierwszej klasie, wcale ci się nie dziwię - przytaknąłem. - Palma nieźle mi odbijała, co?
- Pozwól, że nie zaprzeczę. - Natalia też śmiała się głośno.
- Totalny świr - ciągnąłem dalej.
- I to się zgadza. - Chichotała, biegnąc przede mną.
- Czub! - brnąłem dalej.
- I to jaki! Na szczęście się ogarnąłeś, a dzisiaj totalnie mnie zaskoczyłeś.
Drugi raz udało mi się ją zadziwić, gdy pewnego grudniowego dnia zawołałem w klasie:
- Montuję na weekend ekipę na narty, kto chętny?
Tej zimy śnieg spadł wyjątkowo wcześnie i w górach można było już pojeździć.
- Mogę się wybrać - powiedziała Natalia po chwili wahania.
Oprócz niej zgłosili się jeszcze Tosia i Tadek - szusowaliśmy razem na nartach już nieraz, a Natalia wybierała się z nami po raz pierwszy, więc od razu snułem wizje, jak piorunujące wrażenie zrobię na niej swoim stylem jazdy. Nie pomyliłem się. Gdy po szaleńczym zjeździe z góry efektownie zahamowałem tuż przed nią, nie kryła podziwu.
- Masz niesamowitą technikę - powiedziała, wpatrując się we mnie.
- A tak sobie trochę śmigam - rzuciłem niby od niechcenia, jednak błysk w jej oczach sprawił, że czułem się dumny jak paw rozkładający swój wielobarwny ogon.
- Nie bądź taki skromny. Jeździsz jak... polski Alberto Tomba.
- No, trochę przesadziłaś - parsknąłem śmiechem, choć porównanie do genialnego włoskiego narciarza mile połechtało moje ego.
- Faktycznie, może trochę - droczyła się. - Gdzie nauczyłeś się tak jeździć?
- Tata od małego zabierał mnie na wyciąg, chyba szybciej umiałem jeździć niż chodzić - zaśmiałem się.
- Mnie skutecznie zniechęciły do nart treningi w klubie. Gdy byłam w trzeciej klasie, tato zapisał mnie na zajęcia. Trzy razy w tygodniu musiałam docierać na drugi koniec miasta, skąd wracałam z przesiadkami późno w nocy. Wyobrażasz sobie takiego malucha z nartami w autobusie? Po trzech latach miałam dość i to rzuciłam - westchnęła.
- Teraz już nie musisz trenować, więc po prostu ciesz się i zobacz, jaka to przyjemność - przekonywałem ją. - No, wskakuj na orczyk i wyjeżdżamy!
Następne godziny spędziliśmy na stoku. Widziałem, że z każdym zjazdem Natalia czerpie z tego coraz większą przyjemność. W dodatku kilka razy powtórzyła, jak bardzo imponuje jej mój styl jeżdżenia. Od początku wiedziałem, że jest niezłą koleżanką, teraz dostrzegłem także, jak bardzo wypiękniała w ciągu ostatnich dwóch lat. Gdy przyjrzałem się jej zaróżowionym od świeżego powietrza i ruchu policzkom, dostrzegłem, że jest po prostu śliczna.
Kolejne dwie noce prawie nie zmrużyłem oka. W myślach cały czas, jak mantrę, powtarzałem frazę piosenki Grechuty do słów Mickiewicza: "Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?". Choć do końca jeszcze nie wyleczyłem się z bólu, który pozostał po zerwanej relacji z Alicją, Natalia wypełniała coraz większą przestrzeń w moich myślach i moim sercu. Przypuszczałem, że ja również jej się podobam, choć do końca nie byłem tego pewny. Drugi raz chyba nie zniósłbym odrzucenia. Lecz każdy dzień spędzony w jej towarzystwie sprawiał, że coraz mniej obawiałem się tego, iż powie "nie" - dlatego zaprosiłem ją na sylwestra. Na początku wymawiała się, bo zaprosiła ją już koleżanka, jednak w końcu zgodziła się przyjść. Był to najbardziej znaczący sylwester mojego życia. Bawiliśmy się w piątkę: prócz nas jeszcze Aśka z Kamilem i kolega, który pełnił funkcję "operatora kasety magnetofonowej". Trochę tańczyliśmy, a potem usiadłem obok Natalii na kanapie i chwyciłem ją za rękę. Gdy się nie wzbraniała, zdobyłem się na odwagę i spytałem, czy zostanie moją dziewczyną.
- Co...? - Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Pytam, czy będziesz ze mną chodzić?
- Mówisz serio?
- Najzupełniej - potwierdziłem.
- Sama nie wiem... - zawahała się.
Objąłem ją i pocałowałem w usta. Nie oponowała.
- To znaczy, że się zgadzasz? - spytałem, czując, jak kręci mi się w głowie.
- Straciłeś rozum? - droczyła się ze mną.
- Może tak, ale zgadzasz się?
- Tak... - wyszeptała i przybliżyła usta do kolejnego pocałunku.
Jak błyskawica przemknęło przez mój umysł zasłyszane gdzieś powiedzenie, że "niebo się przed nami otworzyło". Wprawdzie brzmiało ono jak z taniego romansu, ale nie miało to w tym momencie żadnego znaczenia.