Nie myślę pisać żadnego
programu, nie wątpię, że to, co wypowiem, już wypowiedziane
zostało, ale do konkluzyi, poniżej złożonych, doszedłem drogą
zupełnie samoistną, drogą, której rozwój a może i manowce można
śledzić począwszy od pierwszych moich, jeszcze niepewnych,
krytycznych zarysów (Chopin und Nietzsche i Ola Hansson) aż do
chwili, w której poglądy moje nabrały dzisiejszej stanowczości.
Nie myślę dawać wyczerpującego systemu, są to raczej luźne
aforyzma, poglądy, które na razie narzucam, a które w dalszym ciągu
rozwijam i uzupełniam, tak, że w końcu - zdaje mi się przynajmniej
- daję całokształt mojego poglądu na sztukę. Poglądu, nie programu
- i to poglądu, który razem ze mną dzieli garść artystów, których
dzieła odtworzyć i ich zrozumienie uprzystępnić pragnę. Tem się
tłomaczy, że wyrażam się w liczbie mnogiej...
Sztuka w naszem pojęciu nie jest ani "piękno", ani "ein Theil
der Erkenntniss", jak ją Schopenhauer nazywa, nie uznajemy również
żadnej z tych bezlicznych formułek, jakie estetycy stawiali,
począwszy od Platona, aż do starczych niedorzeczności Tołstoja -
sztuka jest odtworzeniem tego, co jest wiecznem, niezależnem
od wszelkich zmian lub przypadkowości, niezawisłem ani od czasu,
ani od przestrzeni, a więc:
odtworzeniem istotności, t. j. duszy. I to duszy, czy się we
wszechświecie, czy w ludzkości, czy w pojedyńczem indywiduum
przejawia.
Sztuka zatem jest odtworzeniem życia duszy we wszystkich jej
przejawach, niezależnie od tego, czy są dobre lub złe, brzydkie lub
piękne.
To właśnie stanowi zasadniczy punkt naszej estetyki.
Sztuka wczorajsza była na usługach tak zwanej moralności. Nawet
najpotężniejsi artyści z małymi wyjątkami nie byli w stanie śledzić
przejawów duszy, oderwanych od tak zmiennych pojęć, jak pojęcia
moralne lub społeczne; zawsze potrzebowali dla dzieł swych
płaszczyka moralno-narodowego. Sztuka w naszem pojęciu nie zna
przypadkowego rozklasyfikowania objawów duszy na dobre lub złe, nie
zna żadnych zasad czy to moralnych, czy społecznych: dla artysty w
naszem pojęciu są wszelkie przejawy duszy równomierne, nie
zapatruje on się na ich wartość przypadkową, nie liczy się z ich
przypadkowem złem lub dobrem oddziaływaniem, czy to na człowieka
lub na społeczeństwo, tylko odważa je wedle potęgi, z jaką się
przejawiają.
A więc substrat naszej sztuki istnieje dla nas jedynie ze
strony swej energii, zupełnie niezależnie od tego, czy jest dobrem
lub złem, pięknem czy brzydotą, czystością czy harmonią, zbrodnią,
czy cnotą.
Artysta odtwarza zatem życie duszy we wszystkich przejawach;
nic go nie obchodzą ani prawa społeczne ani etyczne, nie zna
przypadkowych odgraniczeń, nazw i formułek, żadnych z tych koryt,
odnóg i łożysk, w jakie społeczeństwo olbrzymi strumień duszy
wepchnęło i osłabiło go. Artysta zna tylko - powtarzam - potęgę, z
jaką dusza na zewnątrz wybucha.
Sztuka jest objawieniem duszy we wszystkich jej stanach,
śledzi ją na wszystkich drogach, wybiega za nią we wieczność i
wszechprzestrzeń, wgłębia się z nią w praiły bytu i sięga w tęczowe
szczyty.
Sztuka niema żadnego celu, jest celem sama w sobie, jest
absolutem, bo jest odbiciem absolutu: - DUSZY.
A ponieważ jest absolutem, więc nie może być ujętą w żadne
karby, nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei, jest panią,
źródłem, z którego całe życie się wyłoniło.
Sztuka stoi nad życiem, wnika w istotę rzeczy, czyta
zwykłemu człowiekowi ukryte runy, nie zna ni granic, ni praw, zna
tylko jedną odwieczną ciągłość i potęgę bytu duszy, kojarzy duszę
człowieka z duszą wszechnatury, a duszę jednostki uważa za przejaw
tamtej.
Sztuka tendencyjna, sztuka pouczająca, sztuka-rozrywka,
sztuka-patryotyzm, sztuka, mająca jakiś cel moralny lub społeczny,
przestaje być sztuką a staje się "biblia pauperum" dla ludzi,
którzy nie umieją myśleć, lub są zbyt mało wykształceni, by módz
przeczytać odnośne podręczniki - a dla takich ludzi potrzebni są
nauczyciele wędrowni, a nie sztuka.
Działać na społeczeństwo pouczająco albo moralnie, rozbudzać
w niem patryotyzm lub społeczne instynkta za pomocą sztuki, znaczy
poniżać ją, spychać z wyżyn absolutu do nędznej przypadkowości
życia, a artysta, który to robi, niegodny jest miana artysty.
Sztuka demokratyczna, sztuka dla ludu, jeszcze niżej stoi.
Sztuka dla ludu, to wstrętne i płaskie banalizowanie środków,
jakimi się artysta posługuje, to plebejuszowskie udostępnienie
tego, co z natury rzeczy jest trudno dostępnem.
Dla ludu chleba potrzeba nie sztuki, a jak będzie miał
chleb, to sam sobie drogę znajdzie.
Zwlekać sztukę z jej piedestału, włóczyć ją po wszystkich
rynkach i ulicach, to rzecz świętokradcza.
Tak pojęta sztuka staje się najwyższą religią, a kapłanem
jej jest artysta. Jest on osobisty tylko wewnętrzną potęgą, z jaką
stany duszy odtwarza, poza tem jest kosmiczną, metafizyczną siłą,
przez jaką się absolut i wieczność przejawia.
Był on pierwszym prorokiem, który wszelką przyszłość odsłaniał,
a tłomaczył runy zapleśniałej przeszłości, był magiem, co przenikał
najgłębsze tajemnice, obejmował tajne związki wszechświatów,
przeczuwał i odkrywał ich wzajemne na siebie działanie, a z wiedzy
tej tworzył sobie moc, co gwiazdy na niebie w ich biegu
zastanawiała, był wielkim mędrcem, który wiedział najtajniejsze
przyczyny i tworzył nowe, nigdy nie przeczuwane syntezy: artysta
ten, to "ipse philosophus, daemon, Deus et omnia".
Artysta nie jest sługą ani kierownikiem, nie należy ani do
narodu, ani do świata, nie służy żadnej idei ani żadnemu
społeczeństwu.
Artysta stoi ponad życiem, ponad światem, jest Panem Panów,
niekiełznany żadnem prawem, nieograniczany żadną siłą ludzką.
Jest on zarówno święty i czysty, czy to, gdy odtwarza
największe zbrodnie, odkrywa najwstrętniejsze brudy, czy też, gdy
oczy w niebo wraża i światłość Boga przenika.
Bo nie zna on praw i ograniczeń, jakie objawy duszy ludzkiej
w to lub owo koryto wtłaczają, zna on tylko jedynie potęgę tych
przejawów, równie silną w cnocie czy w zbrodni, w rozpuście czy w
skupieniu modlitwy.
Artysta, który chce pouczać "ubogich w duchu", chce być ich
kierownikiem, niechaj raczej zostanie agitatorem, albo założy
olbrzymie falansterje, o jakich Fourier marzył, bo królestwo
ubogich w duchu - to chleb, a nie sztuka.
Artysta, który nagina się do wymagań poszczególnego
społeczeństwa, pochlebia mu, podaje mu przeżuty i lekki do
strawienia obrok - (zapomniałem, że mówię o artyście, zacząłem
mówić o pokornym wole roboczym).
Artysta, który pragnie poklasku, a skarży się na małe
uznanie tłumu, stoi jeszcze w przedsionku sztuki, nie czuje się
jeszcze panem, który łask nie żebrze, tylko hojną ręką je na tłum
rzuca, i nie pragnie podzięki - tej pragnie tylko plebejusz w
duchu, tej pragną tylko dorobkiewicze.
Artysta, który się skarży, że rozrzucając skarby swego
ducha, kala swą duszę przez zetknięcie się z tłumem, przeszedł
święty próg, ale się myli. Człowiek, nie uznający żadnych praw,
stojący ponad tłumem, ponad światem, kalać się nie może.
Naród to cząstka wieczności, i w nim tkwią korzenie artysty, z
niego z ziemi rodzinnej ciągnie artysta najżywotniejszą swą siłę. W
narodzie tkwi artysta, ale nie w jego polityce, nie w jego
zewnętrznych przemianach, tylko w tem, co jest w narodzie wiecznem:
jego odrębności od wszystkich innych narodów, rzeczy niezmiennej i
odwiecznej: rasie.
Dlatego jest niedorzecznością zarzucać artyście w naszem
pojęciu beznarodowość, bo w nim najsilniej przejawia się "istotny",
wewnętrzny duch narodu, on jest tym mistycznym Królem Duchem,
chwałą i wniebowstąpieniem narodu.
Niedorzecznością jest zarzucać artyście "mglistą
mistyczność". Sztuka w naszem pojęciu jest metafizyczną, tworzy
nowe syntezy, dociera jądra wszechrzeczy, wnika we wszystkie tajnie
i głębie - a są jeszcze ludzie, dla których to jest mistyką (coś w
kształcie spirytyzmu - he, he...).
I raz jeszcze powtarzam na
wszystkie możliwe zarzuty, które nas spotkać mogą: Nie znamy
żadnych praw, ani moralnych, ani społecznych, nie znamy żadnych
względów, każdy przejaw duszy jest dla nas czystym, świętym, głębią
i tajemnicą, skoro jest potężny.