"Przez ciebie przepływa
strumień piękności..."
Z. Kr.
Natknęłam się niemal na nią, nim ją spostrzegłam. Tak podobną
przydrożnym kamieniom, na których przysiadła, czyniła ją płachta
lniana, u szyi na węzeł związana, a odziewająca ją całą długością
swoją, tak niczem nie odbijała od szarego pasma gościńca,
ciągnącego się za nią het, aż ku Kalwaryi, biegnącego przed nią
het, aż ku Żywcowi; tak drobnym i nic nieznaczącym punktem była w
przestrzeni, tak się szarością swoją zlewała z perłowem tłem
wiosennego ranka.
Dopiero kiedy za zbliżeniem się mojem podniosła głowę z nad
rąk złożonych na niewielkim kijku, uderzyło we mnie z tej szarości
żywe spojrzenie bardzo modrych oczu, które nagle rozświeciły twarz,
jak u dziecka małą, siecią drobnych zmarszczek ściągniętą, a tak
wyblechowaną wiekiem czy chorobą, jak owe płótna, zbyt długo na
rosach leżące, gdy je surowość ziemi zje i wiotki szmat z nich
uczyni.
A nie tylko twarz rozświecały te oczy modre, ale całą nikłą,
skuloną postać zdawały się uwydatniać i obrzucać blaskiem.
Zobaczyłam teraz i piersi zapadłe, na których krzyżowały się
czerwone sznurki szkaplerza, i plecy zgarbione, i spłowiałą chustę,
z pod której wymykały się dwa pasemka przerzedzonych włosów, i
złożone na kijku ręce drobne, kościste, z pogiętemi w stawach
palcami, i wychylający się się z pod kapicy, jaką na niej tworzyła
płachta, kaftan modry, którego jeden rękaw naszyty był wielką łatą
z kwiecistego persu, i fartuch siwy z domowej przędzy, i dobrze już
zszarzaną spodnicę, którą wychudłe kolana przebijać się zdawały, i
małe stopy w łykowych trepkach, szmatami owite.
Całe to ochędóstwo czyste było i schludne.
Obok na kamieniu leżała Ewangeliczka w czarną skórę oszyta,
przełożona gałązką święconego ciernia, na niej chustczyna pstra,
owijająca kawałek białego chleba, u prawej ręki brzęczały grube
ziarna różańca i medaliki blaszane.
Patrzyła na mnie i zdawała się uśmiechać wązkiemi, zblakłemi
wargami. I ja patrzyłam na nią i mimowoli uśmiechać się zaczęłam do
tej małości jej, do tych jej oczu modrych, do tej starości tak
nędznej, a tak ochędożnej.
- Pochwalony! - przemówiła pierwsza.
- Na wieki - odrzekłam. - A wy skąd, babko, idziecie?
- A z Kalwaryi... Od tego Pana Jezusa i od Matki
Najświętszej...
Mówiła to takim tonem, jakby odwiedzała dobrych swoich
znajomych, i ugoszczona od nich w radości się z nimi tylko co
rozstała.
- Cóż tam, odpust jaki?
- Odpustu to tam niemo akuratnie na ten czas nijakiego; ale
żem się utęskniła do Pana Jezusa, bom sześć niedziel leżała. Niemoc
taka, że mało do śmierci brakło.
- I cóż wam to było?
- Ano, słabość taka, niemoc... A to i starota przycisła, i
mróz... Tom tak pragła, pani moja, żeby aby na cieple umierać, aby
na cieple... Tom dzień - noc wołała do Pana Jezusa: Panie Jezu, nie
dajże mi zimie żywota konać, ino mnie też chowaj do tego słonka,
cobych też ono słonko jeszcze uźrała...
Podniosła obie ręce, i zbliżając je w powietrzu ku sobie,
jakby do modlitwy, patrzyła zmrużonemi oczyma w przeświecające z za
perłowej mgły porannej słońce. Wyraz zachwytu i błogości wybił się
na jej twarz drobną i rozciągnął zmarszczki wkoło ust zapadłych,
drgających niemą, dziękczynną modlitwą.
- Ej, babko, - rzeknę, - nie wszystko to jedno kiedy
umierać?
- A ni! a ni! pani moja, nie jedno! Na cieple umierać, na
zwiosnę, to wielka rzecz jest. Bo na "zwiosnę" to te duszyczki
kwiatem w niebo idą i aże pachną Panu Jezusowi; a zimie, to jak ten
ogieniek tlący... Leci śnieżyca, to druga duszyczka, i ugaśnie na
niej i furty rajskiej nie dojdzie. Tom się bała, pani moja... Tom
się też bała...
- A skądże wy wiecie, że to tak jest?
- A cóż to? Nie żyjąca to jestem bez taki wiek? A to pod
siedemdziesiąt mi będzie, głodowe lata pamiętam... A jakże! Mór
taki, co ludzie czernieli, jak sadze... Ino ścisło - i już. Nikt ta
testamentów nijakich nie rozpisywał. Drugi to i Boga nie zdążył
wezwać przy skonaniu. Śmierć ano kosą machnie, jak najtęższy chłop.
Gdzie!... I najtęższy chłop nie umachnie bez dzień tyle trawy, co
ona koścista ludzi umachła... A wszystko poszło z głodu. Wody
wielkie przystąpiły, lody nie lody, śniegi nie śniegi, jak to
zaczęło w górach tajać, a na niźnie walić, to takie wody po polach
stały, jak to morze stoi. Ino że morze to ta węgły ziemskie
strzymują, a tu nie... Dopiż przyszły deszcze, dopiż wszystko het
precz wymiękło, dopiż nastał głód...
A gdy tak mówiła, głos jej nabierał grozą i majestatem
przypomnianej klęski, a drobna ręka w kwiecistym rękawie zakreślała
szerokie koła ku pagórkom, wznoszącym się przed nami w łagodnych
skłonach. Zamilkła już, a rękę trzymała jeszcze wzniesioną przez
chwilę. Opuściła ją nareszcie na kijek, brodę oparła na niej, i
kiwając głową, patrzyła przed siebie.
- Oj Sucha, Sucha, co nie suszy... Oj Żywiec, Żywiec, co nie
żywi...
Westchnęła głęboko i zwróciła ku mnie swoje modre oczy.
- To, pani moja, ludzie sieczkę drobno rzli, mech suszyli i
tłukli, ości z owsa przyczyniali, kto miał sól, to solił, a kto ni,
to ni, dopiż "kuleszę" taką na wodzie warzyli, dopiż tę warzę
jedli... To psi, pani moja, do trzeciego dnia po niej wyli, a
ludzie nic!...
Nachyliłam się ku niej, słuchając.
Natychmiast zauważyła ruch ten, a ogarnąwszy około siebie
płachtę i spódnicę, rzekła:
- Siądźcież sobie wedle mnie, siądźcie... A toż i święci
Pańscy po kamykach siadywali, chodząc po tym światu...
I usuwała się uprzejmie, jakby na pokojach gościa
przyjmując.
Siadłam niżej nieco i chwilę trwało milczenie; ona znów
zmrużywszy oczy, patrzyła z błogością w słońce, a ja zamyśliłam się
o tej "warzy," po której psi do trzeciego dnia wyli, a ludzie -
nic!...
- A jakież to było w smaku? - spytałam zcicha.
Staruszkę opuściła już groza. Blaski słoneczne oblewały jej
twarz jakąś dobrodusznością i rozczarowaniem.
- Ano, nienajgorsze, nienajgorsze... - odrzekła. Ino że dużą
ostrość miało w sobie i na wnątrzu piekło. A i to człeka smęciło,
że jak to bydlę sieczkę w siebie pcha. A czemże się to człek od tej
"niemej twarzy," od tego bydlęcia odmieni, jak nie tym świętym
chlebuszkiem? Ja tam, żem to na małem, sierockiem życiu zuczona
byłam po służbach, to ta niewiele tego jeść mogłam. Wzięłam do gęby
raz, wzięłam drugi raz, fartuch ściągłam, zęby ścisłam - i już. Ale
kto na dużem życiu zuczony był, to jadł, nie pytał, żeby aby
jeszcze było tyla... To, pani moja, ludzie tak po tem jadle puchli,
takich dostawali słabości, takich ziąbów, że to całemi chałupami
marło. O księdzu, o spowiedzi, to ta i rzekania nie było. Ledwo się
drugi w piersi uderzył, jeszcze: "Boże bądź miłościw," nie
przerzekł, już duch z siebie puścił. Gdzie niebądź to ułapiło... W
chałupie, to w chałupie, w oborze, to w oborze, ale że najwięcej to
na drodze każdej. Bo to, pani moja, jak śmierć po światu chodzi, to
człowiek w izbie nie usiedzi; ino mu się cni, inoby gdzie szedł,
właśnie jakby go kto za połę z izby wyciągał. Tak już ta dusza
czyni... To tak ludzie po drogach leżeli, jak te kamienie leżą. Na
deszczach, na rosie, precz, jak te kamienie... Dopiż ich ta
nazgarniali kaj niebądź pod figurę, dopiż wykopali jamę, dopiż ich
tej świętej ziemi oddali, dopiż ich ta święta ziemia nakryła.
To wiecie, pani? Co tam ludzie powiadają tak albo tak, że
straszy, że przeszkadza, to wszystko chfałsz! Żeby ta nie wiedzieć
jak, żeby mi tak z ambony powiadali, tak chfałsz! Nijakich, pani
moja, przeszkodów niema. Ten "umarty" nijak się temu żywemu nie
przeciwi. On sam kontentny jest, co się już jego chodzenie po
światu skończyło, to leży sobie pięknie, cicho, i Panu Jezusowi
dziękuje na "dobranoc." Przecie żyjąca jestem, wiem, co mówię!
To idę ja raz, pani moja, do Hucisk, a tu na mnie siły
uderzają, żem bo zeczczona była w sobie, przy onej sieczce. Idę
dalej, a tu mnie zamroczyło. Jak mnie zamroczyło, tak padłam. Na
drodze padłam idący, jakby mnie sierpem podciął. Tak nieodal stała
figura. Patrzę ja ku onej figurze, a już śmierć dmuchała na mnie,
cobych ugasła. Tak zawołam ja w "serdcu," bo mi głos odjęło: Panie
Jezu, przyciągnijże mnie do siebie, cobych nie konała żywota na
drodze, jak ta kawka polna..." A gwiazdy już na niebo szły i rosa
rosiła. Takech zaraz na onej rosie wzmocniała, do onego krzyża na
rękach się zaciągła, głowę na górce sparła i nockę znocowała. A
górka to była z piasku suchego, jakby dziś, abo wczoraj skopana...
Patrzę ja "ranie," a tu koło mnie fartuch się modrzy z onego
piasku. Podniosłam się, a tu nóżka dziecińska wystercza mi kole
boku, a tam znów włosy się czernią, jak to żyto, kiedy kły
puszcza... Bo to w takie przestraszone czasy, nikt do czysta na
glanc nie zakopywał onych morowych... Była glina, to i strzymała,
był piasek, to się i rozsypał za wiatrem.
Dopiż-ech uznała, że to mogiłka, żech te ludzkie kosteczki
bez całą noc cisła, dopiż zmówiłam za nich Wieczny odpoczynek.
Dopiż wiem tera, co umarty człeka nie przestraszy. Chyba jak człek
na sercu plamę jaką ma, to mu ta plama strachem się czyni. A inak -
to ni!
Umilkła i trzęsła głową, poruszając bez głosu zaklęskłemi
wargi.
- I gdzieżeście wy wtedy szli, babko? - zagadnęłam, aby ją
do mówienia pobudzić.
Spojrzała na mnie zadziwiona.
- A na Janielską pątowała na Kalwaryą, - rzekła takim tonem,
jakby ją w zdumienie wprawiała niedomyślność moja, i jakby ludzie
zgoła innych dróg odprawiać nie potrzebowali, jak tylko na
"Janielską" i na "Kalwaryą."
- Bo wiecie, pani - dodała natychmiast z wielkiem
ożywieniem, - co ja wam powiem? Dobrze iść na Zielną, dobrze i na
Siewną, i na Gromniczną też dobrze, kiej kto ciepłe obleczenie ma;
ale że już najlepiej to na "Janielską." A wiecież pani bez co? Bez
to, co na ten dzień wszystkie "janioły" od wszelakiej roboty
odpuszczone są, i jak oni gołębiowie po niebie latają, a wołają:
"Marya! Marya!" Niby za tym narodem ubogim... bez co ludzie rzekają
w litanii "Królowa janielska..." To takie się miłostliwe "serdce"
robi z tego wołania u Najświętszej Panienki, że człek wszystko u
niej tego dnia, co zechce, uprosi. Ano, nie godzi się prosić o co
insze, jeno o odpust grzechów, bośma wszyscy grzeszni, i o chleb,
bo sam Pan Jezus na to pozwoleństwo dał. A o insze rzeczy to się
nie godzi, chyba że kto prosi o "wieczne odpocznienie" dla
ojców-rodzicieli, to wolno na każdy czas, jako że te kości umarłe
na każdy czas same do Boga krzyczą... A na ziemi, to pani moja, w
Janielską żaden grzesznik nagłą śmiercią ze świata nie schodzi; a
co się w polu na ziarno uwiąże, to zdrowy z tego chleb jest, bo
sporysz i rdest mocy w ten dzień nad kłosem nie ma; a co się na
kwiat uwiąże, to jagoda z tego wynika słodka, na różne złe pomocna,
a kwiat biały będzie; a co w lasach skrzypiącego drzewa jest, to w
ten dzień ciche stoi, a na morzach okręty do dna nie idą, i piorun
ich nie urazi, a kogo żmij ugryzł, nie puchnie, - i jastrząb w ten
dzień skowronka nie chwyta, i macocha sierot nie bije. Taki dzień
jest!
To mogłyby się, pani moja, wielkie rzeczy na świecie w
Janielską dziać, i ludzieby po wodach wielkich chodzili, jak po
suszy, i więźnie z lochów na słońceby wyszli, wszelki jasyrby padł,
i ziemiby w dwoje tyla przybyło, ino że nie każdy wie, co i jak...
Mówiła to spokojnie i zcicha, jak się mówi o rzeczach dobrze
znanych i nie dziwnych wcale, a oczy podniesione trochę od ziemi,
trzymała na powietrzu perłowem, patrząc w dal.
Naraz zwróciła się do mnie:
- Wiecie, pani? - rzekła. - Na Janielską, to i pokrzyk,
choćby go od serdecznego korzenia kopać - nie krzyczy... - Zamilkła
i patrzyła na mnie. Teraz dopiero wielkie zdumienie wybiło jej na
twarz. Ten pokrzyk, co kopany nie krzyczy, uderzał jej myśl daleko
ogromniejszym dziwem, niż ludzie po morzu chodzący, i ziemia,
której mogło przybyć "w dwoje tyla."
- A wy, pani, skąd, że o tem nie wiecie?
- Z Warszawy.
Uderzyła w dłonie, puszczając swój kijek.
- Z Warszawy?!... Świecie! świecie!... I takeście z tym
piątniczkiem ubogim wedle drogi siedli?...
To, co jej się dziwnem nie zdało dla świętych, dziwnem jej
było dla kogoś z Warszawy.
- A cóż - odrzekłam, - czy to mi źle? Kto tam wie zresztą,
kto przed kim...
Przyjęła to oświadczenie moje z przedziwną dobrodusznością.
- Pewnie! pewnie! - rzekła, kiwając głową. - Sam Bóg Ojciec
to wie i Stworzyciel nasz... Jako i o tym pustelniku jest gadka, co
tu w górach siedział, a świętym się czynił...
- Jakże to było...
- Ano, tu gdzieś wedle Żywca była panna, co się do niej
"kawalirza" zjeżdżali; jak to młodzieńce, ten się "zalica" i ten
się "zalica," a o pierścień kłania, że to i urody pięknej była i
majętności za nią wielkie szły... Aż sobie ona panna upodobała
jednego i ślubowała jemu przed ołtarzem. Tak żyli rok, żyli dwa; a
miała ta panna tego małżonka swego "bardzo za co" i on też ją miał
"bardzo za co." Takie już im Pan Jezus kochanie dał. Aż ten
młodzieniec na wojnę przeciw Szwedom poszedł i zginął zabit. Jak
też zginął zabit, tak ta pani jego mówi do pustelnika, co tam w
pustelni siedział:
- Święty pustelniku - mówi, tak i tak, pana mego - mówi, -
"Szwedzia" na wojnie ubiły, Bóg to ta jedyny wie, co z duszą
jego... Będę ja tobie - mówi, - dosyłała obiad na każdy dzień, a ty
święty pustelniku - mówi, - na każdy dzień zmów też paciorek za oną
duszę niebogą... Tak on pustelnik powiada, że dobrze. Ale że to nie
jeden do niego się udawał, jako że na okolicę świętym słynął, więc
mu tu nijakiego dobra, chleba, mięsa, omasty - nie brakło. Tak tych
obiadów nie miał sobie za co. To owo jadło nieraz, pani moja, i do
trzeciego dnia stało. A pacierza też za oną duszę nie zmawiał, bo
sobie tak myślał: "Cóż ja będę pacierze zmawiał, kiej obiadu nie
jem?" Jako że i prawda, bo nie jadł. Ano zaniechał dzień nie dzień,
rok nie rok, a onej pani precz się ten jej pan śni, że niby spokoju
na tamtym świecie nie ma.
Tak pani każe przypiekać, a krasić, a podlewać one obiady, a
tłusto, a słodko, żeby też ten pacioryszek skuteczny był, - i nic.
Aż raz, stoi ten obiad w owej pustelni, a tam w podle idzie sierota
wędrowniczek, co już trzy dni o czczym duchu był. Patrzy on sierota
na ten obiad, patrzy, czeka, czy go kto nie zawoła, choć skórki
chleba nie da - nic. A pustelnika prawie na ten czas w pustelni nie
było. Jak też tego sierotę głód nie ściśnie, jak go nie zdejmie
żądość do tego jadła, tak co robiący, przeżegnał się, wziął łyżkę w
garść i zjadł czystko co do kruszyny, jeszcze się oblizał.
Jak też zjadł, tak sobie westchnął i powiada: Boże, bądź też
miłościw temu, komu ten obiad na pożytek miał być. I poszedł. Idzie
noc, a tu ten młodzieniec na wojnie zabit przystępuje do onej
swojej pani i prawi: "Ach moja małżonko, ach moje kochanie! dajże
mi rączkę, co ją pocałuję! Terazem doznał ochłody w czyscowem
upaleniu. Ale któżto ten obiad zjadł dzisiaj ? Nie pustelnik bo go
zjadł, bo inszy pacierz był, i bardzo szczery..." Tak pani naprzód
struchlała, a potem się pocieszyła w serdcu swojem i po całym kraju
dała szukać i nagrody wielkie obiecować, żeby się tylko ten
przyznał, kto ów obiad zjadł. Aż się on sierota wędrowniczek
przyznał. Tak dopiż od tej pory pani pustelnikowi jadła nie
dosyłała, ino sieroty wędrowne po drogach zbierała, dopiż je u
stołu swego sadzała, dopiż chleb z niemi łamała, dopiż ich o
paciorek prosiła, - Amen.
Zatrzymała się. Ten wyraz przerywał bieg jej myśli. Po
chwili dopiero, wracając do przerwanego wątku:
- To, pani moja - rzekła, - nikt nie wie, kto tam u Boga
pierwszy, a kto zaś pośledni. Ludzie sobie różne honory dodają, tak
i tak, ale Pan Bóg miłosierdny insze regestry trzyma. On czasem
tego żebraka puści do siebie, na niebieskie pokoje, a temu panu u
drzwi każe stać... A ten nizki, nad wysokiego będzie postawiony...
Zmrużyła oczy i patrzyła w słońce.
A mnie, kiedym jej słuchała, zdało się, że Ewangelia wczoraj
tu gdzieś, między Kalwaryą a Żywcem, opowiadaną była przez
otoczonego rzeszą Chrystusa; że on sam kęs drogi tylko się oddalił,
a wianie szaty jego porankiem tym wieje, a kamienie przydrożne
słowa jego podają sobie.
Sięgnęłam w zamyśleniu po Ewangeliczkę. Była to szara,
bibulasta, krzywo obcięta książczyna, w której połowa przynajmniej
wyrazów, jak np.: Bóg, szatan, wieczność, anioł, śmierć, dusza,
grzesznik, świat, cud, piekło, wiara, oraz wszystkie odnoszące się
do nich zaimki, drukowane były w całości dużym alfabetem.
Szczególniej SZATAN prezentował się wspaniale, a tragiczna jego
pycha zupełnie mogła być zaspokojoną tem zrównaniem z rzeczami
świętemi, jakiego w tej Ewangeliczce dostąpił. Niekiedy też
zdarzało się, że wielka jakaś czcionka wskakiwała w sam środek
obojętnego wyrazu, jak np. sieDem, paCIerz, słuP, męKA, drOga,
odpUst, i t. p., co nadawało kartom tej książczyny nader dziwaczny
charakter.
Przypatrywałam się jej z uśmiechem, który starowina wzięła
widać za wyraz uznania, gdyż modre jej oczy rozbłysły nagle wesoło.
- "Piekna" książka, "piekne" nabożeństwo! - przemówiła,
kiwając głową. - Tyla co "lutery" "straszecznie" są maluśkie...
- Słabe już widać manie oczy, babko - odrzekłam.
- Iii... ni. Oczy to ta obejdą, obejdą! Tyla, co już od
małości tym maluśkim "luterom" niewiele rozumieć "spotrafię."
- A któż was czytać uczył?
-- A janioł! Gdzieby zaś, pani moja, sierotę kto inszy
zuczył.
Mówiła to tak, jak gdyby było rzeczą całkiem naturalną i
powszednią, że anioły czytać uczą sieroty.
- Toście się bez rodziców chowali?
- Abo ja się chowała? Nijak ja się nie chowała, pani moja,
tylo mnie ten Bóg Stworzyciel wywiódł na świat, jak tę płonkę
leśną, i tak mnie ta święta ziemia zhodowała.
- To was ojcowie wczas odumarli?
- Ojca-rodziciela, tom nie uznała. Gdzie! ani zapamiętania,
kiej pomarł! A jak matka pomarła, to mi było pięć roków na szósty.
Bez koszuli mnie, pani moja, odumarli, ino mnie w szmatki starej
płachetki owiązywali i takech chodziła. Jak ten robak ziemią żyje,
tak my biedą żyli. Gryzła nas ona, gryźli my ją - ano, nie
skąsiła...
- I dużo was było dzieci?
- Dzieci to nas było "czworga," a ten najstarszy i piąty to
był brat. Ale że twardego serdca był... Bić, to nas ta wielce nie
bijał, tyla co wszystko w garści trzymał, aże piszczało. Ścisnął
mróz, to matka do drew w piecu palić, a ten brat na drwach siedzi i
przystępu nie daje. Tak matka do niego: - Jędrek - mówi, - że mu co
Jędrek było - co ty? - mówi, - ognia palić nie dasz? A toć mróz!
Toć to małe na nic "skargną..." A ten ino ręcami się weprze we
drwa, że ta daleko po nie do lasu musiał, i ledwo ta z biedą co
nieco chwycił, bo leśny strasznie uglądał.- A niech zdycha - peda,
- szczeniak jeden z drugim, kiej mrozu strzymać nie może. - Tak
matka znów do niego: - Jędraś, bój się Boga, synu! A to i mnie,
matce, zima! - A ten jeszcze się dubelt rozeprze na onych drwach: -
A to niech i matka zdycha! - peda. - To, pani moja, włosy nam na
głowie stawały słuchający. To matka w płacz, to my dzieci za nią
takoż w płacz; a ten ino pod nos dmucha, jak ten sęp... A co było
robić? Porwać się na niego nie miał kto, matkaby nie uradzili, bo
całkiem ze sił zeszli, jako że ich zimno trzęsało cości bez pół
roku, a nasby ta do szczętu w garści zdusił - boć to wszystko było
jak owiesek drobny... To my ino z kąta patrzali na niego, a on nic.
Dopiż my się wypłakali, wypłakali, dopiż my jedno na drugie głowy
poukładali, jako te jagniaki, dopiż nas matka ręcami nakryła, dopiż
my się pośpili. To drugi raz, odecknę ja, pani moja, pojrzę, a ten
brat precz jeszcze na onych drwach siedzi, a głową trzęsie, a
patrzy na nas, jak ten wilk leśny, że to pochmurowaty był na
wejrzeniu od małych lat. To taki się widział stary, taki starzeńki,
taki sturgowany, taki na tej twarzycy uczerniały, jakby od
"zaczątku" tego tu świata po ziemi chodził... To mu ino to "czeło"
w bruzdy szło, jakby po niem broną przejechał, a te wargi to mu tak
latały, jak w zimie. Nie było ta i na nim wielkich rozkoszy.
Koszulisko porwane, nożyska bose, kożuszątka nie uznał, z buźniczka
łachman tylko, że go to ta bieda naporówni z nami gryzła... Tom
nieraz, pani moja, widziała, jak mu z tych oczu łzy ciekły. "Ślozy"
takie, że to jak ten krupny grad... Ino się trząsł cały.
Urwała i patrzyła na mnie bystro, uparcie. Te łzy padające z
"pochmurowatych" oczu brata, który na drwach kradzionych siedząc,
płakał nad nędzą gniazda swojego, przenosiły zupełnie skalę jej
pojęcia, były niezrozumiałe dla niej. "Twardego serdca był" - to o
nim wiedziała, to dawał uczuć słowem twardem, może pięścią twardą;
skądże więc te "ślozy, jak ten krupny grad," u tego chłopaka, co
"jak wilk leśny" patrzał? Były to sprzeczności niepojęte dla niej.
Musiała jednak przeczuwać jakąś głęboką tragiczność w tych
"ślozach," bo pomilczawszy mało, dodała jakby w zamyśleniu:
- Tom go się jeszcze bardziej wtedy bała, niż kiedy
pomstował. A co? Takiemu, to ta wielce dowierzać nie trza...
Siekierzyskiem, abo i motyką poubijałby, jak te myszy polne. A to i
dziwotyby nie było. Tyla gąb, pani moja, a wszystko mu na ręce
patrzy, że to gruntu nijakiego nie było, ino ten grosz wyrobny... -
Ścisnęła wązkie ramiona i skuliła się w sobie, jakby teraz jeszcze
uczuwając ów strach dzieciństwa swego.
Była w tej chwili tak drobna, tak pod płachtą swoją siwą
schowana, tak wtulona między kamienie szare, że istotnie wyglądała
jak nędzna mysz polna. Żywość spojrzenia jej modrych oczu
uwydatniała jeszcze to podobieństwo.
- A wiecie, pani, co ja wam powiem? - rzekła nagle,
wysuwając z ramion małą swoją głowę. - To matuś niczego tak nie
"lutowali" przy skonaniu, - że im się to zara na "zwiesnę" po onej
zimie zmarło, - jako tego, co mnie na tym tu świecie ostawiają bez
koszuli... To ich taka żałość przede śmiercią ścisła, że tej
duszyczki nijak ze siebie puścić nie mogli. Już ich i na prostą
słomę kładli, i dziewięciornikiem kadzili - nic! Dopiż im się kuma
zabożyła, bo jak tyluśko skonają, zara z nich płachtę ściągnie i
mnie koszulinę zrządzi, dopiż to sobie do serdca wzięli, dopiż
"ciutko" skonali.
Uśmiechnęła się świetliście, błogo. To cichutkie skonanie
matki zdawało się być jednem z najsłodszych wspomnień. Kto wie, czy
nie najsłodszem nawet.
- I cóż się stało z wami dziećmi i z bratem?
- Brat to za średniaka na drugą wieś poszedł, a te małe też
się do pasenia godziły, więc je ludzie pobrali. Tylko mnie, żem to
"namniejsza" była, to ta różnie, tak i owak sieroctwo żarło... Ano,
pojęła mię do się "ujna," że to u niej chłopaki same były, i tak
mnie u siebie chowała, ale że mi ta nie było nijakiego dobra.
"Ujna," jak "ujna," zwyczajnie, to pchła, to szturchła, jak to nie
trza powiadać o sierockiem dziecku. Ale że jeść to dała. Choć ta
"pozliwki" jakie, to dała. Drugi raz to i kotu ujęła, żeli nie
dostawało, a równie pamięć miała, że to sierocie głód. I wszystko
się obeszło. Tyla co one chłopaczyska strasznie nade mną panowały.
Nie przeszedł jeden, żeby włosów nie targnął, nie szczypnął, pod
ziobro kułakiem nie zajechał... To ono ciało na mnie, pani moja,
ino się od siniaków bestrzyło... Te ramienia, te boki, te plecy, to
aże graniate były na mnie... A najbarziej to mnie one chłopczyska
poniewierały, żem ich uglądała, jak się na książce uczyły. To mnie
odpędzali, to mnie bili, to Bóg wie nie jak cudowali, a ja i tak
się zuczyła!
Podniosła głowę z cichym śmiechem i patrzyła w słońce.
To jej patrzanie w słońce miało swój szczególny charakter.
Coś jakby bezwiednie dziecięcego w niem było. Jakaś głęboka
naiwność, jakaś ufność wielka. Tak pliszka przydrożna w nie patrzy,
kiedy jeszcze pola czarne, a rój muszek nie wzleciał w powietrze;
tak w nie patrzy sasanek leśny, kiedy wyniknie z ziemi wskróś
śniegu i na kwiat się zbiera. A w jej uśmiechu to była zaraźliwość
jakaś. Dławiło mnie w gardle od jej opowieści, a usta moje same się
uśmiechały do niej.
- I jakże to było? - zapytałam.
- A no, dostałam ta od jednej dziewuszki "groszówkę."
Stargana była ona groszówka, ale że "lutery" wszystkie były na
niej, jak należy. Tom bez trzy dni medytowała, "kandy" ja tę
groszówkę przed onemi chłopczyskami skryję, żem to spódniczątka
nijakiego nie miała, ano i kieszeni, inom w chłopczyńskiej koszuli
krowy pasła, co mi ją "ujna," niech jej ta Bóg da niebo! ze swego
Staszka zdała. Koszula, jak koszula; niebardzo ta jeszcze porwana
była, ino że mi do kolan nie posięgła, to ta niewielce w niej
paradę miałam. To, pani moja, dał mi Pan Jezus taki przemysł, żech
sobie łatkę płótnianą zrządziła, i na onej koszulinie u boku,
jakoby też kieszonkę, igłą "przyściegła," ino że od spodku, coby
chłopaki nie najrzały, i takech se tę groszówkę chowała. Pognałam
krowę w pole, tom ta byle gdzie pod krzaczkiem się przytaiła, abo i
w rowie, i com tylko u nich spatrzyła, tom póty na onej groszówce
szukała, pókich nie znalazła. Tom jedno do drugiego przykładała tak
i tak, tak i tak, aże się złożyło...
Przychyliła się do mnie, i kładąc wyschły swój palec na
ustach, rzekła zcicha:
- Jak ja sobie teraz miarkuję, to nic, ino janioł mi tak
precz wszystko dopowiadał. Bo gdzieby to sam człowiek spotrafił!
Tom się nieraz, pani moja, tak umordowała, ażek się o ziem cisła i
płakała... To wiatr polem powieje, abo to wróblątko zaświegoce, a
we mnie zara duch inszy, insze porozumienie; ino spojrzę, już widzę
jak i co. To cóżby to, pani, było, jak nie moc niebieska?... Drugi
raz, obświeci miesiąc izbę, a mnie zara janioł budzi. To dalej ja,
smyrk ze słomy, żem to wpodle okna ligała, i do mojej groszówki. To
com tylko w dzień nie spotrafiła, to nocą, przy onym miesiącu
każdziuśką rzecz spotrafiłam. Jakby mi co do ucha gadało. Jeszcze
jesień nie przyszła, jużech te duże lutery wszystkie, do
jedniuśkiej porozumiała, i złożyć złożyłam. Jakech też te duże
porozumiała, dopiż ja do tych maluśkich. Ano, jedno do drugiego,
jedno do drugiego, ażech i te maluśkie spotrafiła. Nie takci jak
duże het, ale spotrafiła. Dopiż ja se spódniczyny zrządziłam, dopiż
ja do kościoła, dopiż krzyżem bez cały nieszpór leżała, dopiż Panu
Jezusowi za naukę dziękowała.
Tom tak już tej "ujnie" rzewnie służyła, tak już rzewnie
pracowała, jak tej rodzonej matce, żech to u niej, na jej chlebie
tej nauki dostała. Bo to chleb dobre posilenie jest, a nauka
jeszcze lepsze. Miałby człowiek naukę dobrą, nie byłoby po światu
tych morów, tych głodów, tych powodzi, tych smutków i ciężkości
dusznych. Samoby się niebo bliż ziemie nakłoniło, i człowiek
świętymbym się ostał.
- I jakieżeście jeszcze książki czytali?
- A wszytkie, jakie ino gdzie!...
Mówiła to z pewną chlubą, jak najbardziej oczytana osoba.
- To wiecie, pani, co ja sobie myślę? Ja myślę, co dobrze
tak Pan Jezus dał, że tego "nie dość" na świecie; bo żeby tego dość
było, toby ludzie pola, warsztatu, gdzie tylko jakiego zarobku
poniechali, a za książkamiby to, jak za miodem, ciągło. Bo książka,
to wielka rzecz jest! Człowiek do człowieka różne mowy miewa.
Podczas mądre, podczas głupie, a podczas to i grzeszne i
"lekkomyślące." A książka, jak mowę do człowieka ma, to zawsze ino
o tym Ojcu Stworzycielu, o tym Chryście Odkupicielu, o tym Duchu
Świętym...
Wynurzyła z szarej płachty drobną swoją głowę, podniosła
obie stare, trzęsące się ręce, i z cichem rozradowaniem patrzyła w
słońce.
Nie, nie powiedziałam jej tego, że książek jest tak wiele,
tak wiele na świecie; że są między niemi co do człowieka mają złe i
głupie mowy, i takie, co są piękne i dobre, a nikt nie ciągnie za
niemi... Nie, nie powiedziałam jej tego. Zostawiłam ją tak
zapatrzoną w tę słoneczność, w ten poranek ziemi ufną, spokojną,
może nawet szczęśliwą...