Prolog
1982
W jej wyobraźni niektóre rodziny jawiły się jako zadbane parki, z alejkami obsadzonymi złocistymi żonkilami, gdzie rozłożyste drzewa dają
ochłodę podczas upałów. Inne, i taką właśnie znała z doświadczenia, były
jak ponure i krwawe pola bitewne, na których walają się szrapnele i strzępy ciał.
Jolene Larsen miała zaledwie siedemnaście lat, lecz zdążyła już bardzo
dobrze poznać wojnę. Dorastała pomiędzy rodzicami, którzy zgotowali
sobie małżeńskie piekło.
Najgorsze było w walentynki. W domu zawsze panowała napięta atmosfera,
lecz gdy tego dnia w telewizji pokazywali reklamy kwiatów, bombonierek i czekoladowych serduszek w czerwonej folii, w nieostrożnych rękach
rodziców miłość stawała się bronią. Oczywiście wszystko zaczynało się od
picia. Nieodmiennie. Od kolejnych porcji burbona dolewanych do szklanek.
To był wstęp. A potem następowały wyrzekania, wrzaski i ciskanie
przedmiotami. Jolene przez lata pytała matkę, czemu go nie zostawią -
znaczy ojca - czemu nie uciekną cichaczem w nocy. I zawsze słyszała tę
samą odpowiedź: Nie mogę. Kocham go. Czasami tym słowom towarzyszyły
łzy, a niekiedy wręcz namacalnie wyczuwalna udręka, lecz obojętnie jak
brzmiały, zawsze obnażały tragiczną prawdę o jednostronnej miłości.
Na dole ktoś wykrzykiwał coś płaczliwie.
To matka.
Rozległ się huk - jakiś ciężki przedmiot wylądował na ścianie. Trzasnęły
drzwi.
To ojciec.
Wyszedł z domu rozjuszony (czy kiedykolwiek było inaczej?), z całej siły
trzaskając drzwiami. Wróci jutro albo pojutrze, kiedy skończą mu się
pieniądze. Trzeźwy i skruszony, wśliźnie się do kuchni, zalatując wódką
i papierosami. Matka z łkaniem podbiegnie do niego i zarzuci mu ramiona
na szyję. Och Ralph... tak mnie wystraszyłeś... Wybacz... Daj mi jeszcze jedną
szansę, przecież wiesz, jak bardzo cię kocham...
Jolene, garbiąc się, żeby nie uderzyć głową o belki na skośnym, niskim
suficie, przeszła przez sypialnię. Całe pomieszczenie oświetlała jedna
naga żarówka zwisająca z krokwi jak ostatni ząb w ustach starca, luźny i zawodny.
Uchyliła drzwi i nasłuchiwała.
Czy już po wszystkim?
Ostrożnie zeszła wąskimi schodami, słysząc skrzypienie stopni pod swym
ciężarem. Znalazła matkę w salonie. Zapadnięta w sobie, siedziała na
kanapie z palącym się camelem przylepionym do kącika ust. Popiół
osypywał się na kolana. Na podłodze walały się pozostałości po
awanturze: butelki, popielniczki i odłamki szkła.
Jeszcze kilka lat wcześniej Jolene starała się podnosić matkę na duchu.
Lecz zbyt wiele nocy takich jak ta sprawiło, że się uodporniła i zhardziała. Teraz, znużona burzliwym małżeństwem rodziców, odczuwała
jedynie zniecierpliwienie. Wszystko zawsze wyglądało tak samo, a na nią
nieodmiennie spadało sprzątanie całego bałaganu.
- Daj - powiedziała znużonym głosem, wyjmując matce papierosa z ust i gasząc go w popielniczce na podłodze przy kanapie.
Matka, z łzami toczącymi się po policzkach, popatrzyła na nią żałośnie.
- Jak ja będę żyć bez niego?
Jakby w odpowiedzi skrzypnęły tylne drzwi. Wraz z podmuchem zimnego,
nocnego powietrza wionął do pokoju zapach sosen i wilgoci.
- Wrócił! - Matka odepchnęła ją i rzuciła się biegiem do kuchni.
- Kocham cię, skarbie. Przepraszam - dobiegł Jolene jej błagalny ton.
Podniosła się z kucek i powoli odwróciła. Rodzice stali spleceni w ciasnym, hollywoodzkim uścisku, w filmach zarezerwowanym dla spotkań
kochanków po wojennej zawierusze. Matka tuliła się do ojca, uczepiona
dłońmi wełnianej, kraciastej koszuli.
On stał chwiejnie i mogłoby się wydawać, że trzyma się na nogach
wyłącznie dzięki niej, co było zupełnie niemożliwe, bo był postawnym
mężczyzną; wysokim i barczystym, z dłońmi jak bochny chleba. Natomiast
ona była drobna i blada. To po nim Jolene odziedziczyła wzrost.
- Nie możesz odejść - wychlipała matka.
Odwrócił głowę. Jolene przez ułamek sekundy widziała w jego oczach ból -
a także, co gorsza, wstyd, zagubienie i żal.
- Muszę się napić - oznajmił głosem ochrypłym od palenia całymi latami
papierosów bez filtra.
Wziął matkę za rękę i pociągnął za sobą przez kuchnię. Kryjąc
zaskoczenie pod głupawym uśmiechem, podreptała za nim, nie bacząc, że
jest bosa.
Dopiero gdy ojciec otworzył drzwi na dwór, do Jolene dotarło, co
zamierza.
- Nie! - krzyknęła na cały głos, zrywając się na równe nogi i biegnąc za
rodzicami.
Była ciemna, zimna lutowa noc. Deszcz siekł o dach i ściekał strugami z okapu. Wzięta w leasing ciężarówka do przewozu kłód, jedyna rzecz, o jaką ojciec dbał, stała na podjeździe podobna do gigantycznego owada.
Jolene wybiegła na drewnianą werandę, potknęła się o piłę łańcuchową i czym prędzej się wyprostowała.
Matka przystanęła przy otwartych drzwiach po stronie pasażera i obejrzała się na nią. Mokre włosy oblepiały jej zapadnięte policzki,
tusz spływał po twarzy. Uniosła bladą, drżącą rękę i pomachała.
- Karen, uciekaj z deszczu! - wrzasnął ojciec, a ona natychmiast go
posłuchała. Sekundę później trzasnęły drzwi samochodu. Ciężarówka
wycofała się z podjazdu, skręciła na drogę i odjechała.
Jolene kolejny raz została sama.
Cztery miesiące - pomyślała ponuro. Za cztery miesiące skończy szkołę
średnią i będzie mogła wyjechać z domu.
Dom. Cokolwiek to znaczyło.
Tylko co ma ze sobą zrobić? Dokąd się udać? Pieniędzy na college nie
było; wszystko, co udawało jej się zaoszczędzić, rodzice niezmiennie
odnajdywali i "pożyczali". Nie miała nawet na wynajęcie mieszkania,
choćby na miesiąc.
Trudno powiedzieć, jak długo tam stała, zastanawiając się, martwiąc i patrząc, jak deszcz zmienia podjazd w błotną kałużę; wiedziała jedynie,
że w pewnej chwili przez ciemność nocy przebiło się niesamowite,
nieziemskie migotanie.
Czerwień. Kolor krwi, ognia i straty.
Kiedy na podwórko wjechał policyjny radiowóz, nie była zaskoczona.
Zaskoczyła ją natomiast reakcja na wiadomość, że rodzice nie żyją.
Usłyszała własny rozpaczliwy płacz.
1
kwiecień 2005
W swoje czterdzieste pierwsze urodziny, tak samo jak każdego dnia,
Jolene Zarkades wstała przed świtem. Ostrożnie, żeby nie obudzić męża,
zsunęła się z łóżka, włożyła dresy, zebrała długie, jasne włosy w koński
ogon i wyszła na dwór.
Wstawał piękny, wiosenny dzień z błękitnym niebem. Śliwy rosnące wzdłuż
podjazdu stały obsypane kwiatami. Malutkie, różowe płatki fruwały ponad
soczyście zielonym polem. Woda w zatoce Sound miała intensywnie
niebieski kolor. Strome, pokryte śniegiem góry Olympic majestatycznie
wznosiły się ku niebu.
Idealna widoczność.
Przebiegła drogą wzdłuż plaży dokładnie pięć i pół kilometra, po czym
zawróciła i wpadła na podjazd zasapana i zarumieniona z wysiłku.
Przecięła werandę, klucząc pomiędzy porozrzucanymi drewnianymi i wiklinowymi meblami ogrodowymi. W domu przywitał ją kuszący aromat mocno
palonej kawy zmieszany ze śladowym zapachem gryzącego dymu żarzącego się
drewna.
Zawsze najpierw włączała telewizor w kuchni; był nastawiony na CNN.
Nalewając kawę, niecierpliwie czekała na wiadomości z Iraku.
Tego ranka stacja nie doniosła o żadnych ciężkich walkach. Nikt z żołnierzy ani znajomych tej nocy nie zginął.
- Dzięki Bogu - mruknęła.
Z kubkiem kawy ruszyła na górę i mijając po drodze sypialnie córek,
skierowała się do własnej. Było jeszcze wcześnie. Może obudzi Michaela
długim, niespiesznym pocałunkiem. Zaproszeniem.
Kiedy ostatni raz kochali się rano? Kiedy w ogóle ostatnio się kochali?
Nie potrafiła sobie przypomnieć. Urodziny wydawały się idealną okazją,
żeby to zmienić. Otworzyła drzwi.
- Michael?
Ogromne łoże było puste. Pościel rozrzucona. Czarny T-shirt Michaela -
ten, w którym spał - leżał zmięty na podłodze. Podniosła go, złożyła na
trzy równe części i położyła na łóżku.
- Michael? - powtórzyła, otwierając drzwi do sterylnie urządzonej
łazienki. Kafelki, muszla, blaty szafek; wszystko było białe.
Mgiełka pary przesłoniła jej widok. Szklane drzwi pustej kabiny
prysznicowej były rozsunięte. Wilgotny ręcznik kąpielowy wisiał niedbale
przerzucony przez wannę. Kropelki wilgoci spływały po lustrze nad
umywalką.
Pewnie już siedzi na dole, w gabinecie. A może planuje urodzinową
niespodziankę. Tak kiedyś robił...
Wzięła szybki prysznic, rozczesała długie mokre włosy, zwinęła je w kok
u nasady szyi i przez chwilę przyglądała się sobie w lustrze. Twarz o wysokich kościach policzkowych, podobnie jak cała sylwetka, była mocna i wyrazista; brązowe brwi podkreślały zieleń szeroko rozstawionych oczu, a usta wydawały się może ciut za duże. Większość kobiet w jej wieku nosiła
staranny makijaż i farbowała włosy, lecz ona nie miała na to czasu.
Dobrze się czuła ze swymi popielatoblond włosami, z każdym rokiem
ciemniejącymi o ton lub dwa, i z drobniutkimi zmarszczkami, które
zaczęły się pojawiać w kącikach oczu.
Włożyła swój lotniczy kombinezon i poszła obudzić dziewczynki, lecz ich
sypialnie też były puste.
Obie zeszły już do kuchni. Dwunastoletnia Betsy pomagała czteroletniej
Lulu wdrapać się na stołek. Jolene cmoknęła młodszą pociechę w pulchny
policzek.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, mamusiu! - wyskandowały
chórem.
Miłość do córek gorącą falą zalała jej serce. Wiedziała, jak rzadko
zdarzają się takie chwile. Trudno się w takich momentach nie wzruszać.
- Dzięki, dziewczynki. - Odwróciła się do nich z promiennym uśmiechem. -
Piękny dzień na świętowanie czterdziestych pierwszych urodzin.
- To bardzo dużo - zauważyła Lulu. - Na pewno jesteś taka stara?
Jolene ze śmiechem otworzyła lodówkę.
- Gdzie tata?
- Już wyszedł - powiedziała Betsy.
- Naprawdę? - Obejrzała się na córkę.
- Naprawdę - potwierdziła, przyglądając się matce z uwagą.
Jolene zmusiła się do uśmiechu.
- Pewnie planuje jakąś niespodziankę po pracy. Trudno. Po szkole zrobimy
sobie imprezkę. Tylko my trzy. Z tortem. Co wy na to?
- Z tortem! - zapiszczała radośnie Lulu, klaszcząc w pulchne łapki.
Jolene miała prawo rozgniewać się na Michaela za taki brak pamięci, lecz
co by jej to dało? Wiedziała, jak pielęgnować uczucie szczęścia. Jeżeli
odsuwa się przykre myśli, to one same znikają. Poza tym zaangażowanie
Michaela w pracę było jedną z tych rzeczy, za które najbardziej go
ceniła.
- Mamuś, mamuś, pobawmy się w koci, koci, łapci! - poprosiła Lulu,
podrygując na stołku.
Jolene popatrzyła na młodszą latorośl.
- Kto zna rymowankę?
- Ja!
Jolene usiadła obok niej i wyciągnęła dłonie. Córka natychmiast ją po
nich pacnęła.
- Koci, koci, łapci, pojedziem... - urwała recytację, patrząc, jak buzia
córki się rozpromienia pod wpływem oczekiwania.
- Do babci! - dokończyła Lulu.
- Babcia da nam mleczka, dziadek cukiereczka. - Jolene po raz ostatni
klepnęła córkę po rączkach i zabrała się do przygotowania śniadania. -
Betsy, biegnij się ubrać. Mamy pół godziny do wyjścia.
Dokładnie pół godziny później Jolene zapakowała córki do samochodu.
Podrzuciła Lulu do przedszkola, dając jej na pożegnanie buziaka, po czym
podjechała pod gimnazjum usytuowane na szczycie sporego, trawiastego
wzniesienia. Łagodnie hamując, wjechała na parking.
- Tylko przypadkiem nie wysiadaj - warknęła Betsy z tylnego siedzenia. -
Jesteś w mundurze.
- Widzę, że nie dostanę przepustki w urodziny. - Jolene zerknęła we
wsteczne lusterko. W ostatnich miesiącach jej słodki łobuziak
przepoczwarzył się w humorzastą nastolatkę, dla której wszystko
potencjalnie groziło ośmieszeniem, a szczególnie dotyczyło to matki, tak
różnej od innych mam. - Środa to dzień karier - przypomniała.
- Musisz przyjść? - Betsy jęknęła.
- Twoja nauczycielka mnie zaprosiła. Obiecuję, że nie będę się ślinić
ani pluć.
- To wcale nie jest śmieszne. Żadna z fajnych dziewczyn nie ma mamy w wojsku. Nie przyjdziesz chyba w mundurze, co?
- Betsy, to moja praca. Myślę, że powinnaś...
- Nieważne. - Dziewczynka złapała za ciężki plecak; najwyraźniej nie
taki, jak należy, bo wczoraj zażyczyła sobie nowy, wysiadła z samochodu
i ruszyła prosto do dwóch dziewcząt stojących pod masztem do flagi.
Teraz tylko one się dla niej liczyły: Sierra i Zoe. Betsy rozpaczliwie
próbowała wkraść się w ich łaski. Zdaje się, że matka latająca
śmigłowcem Gwardii Narodowej Stanów Zjednoczonych to żenada.
Kiedy znalazła się na wysokości koleżanek, obie jak na komendę odwróciły
się do niej plecami niczym ławica ryb pryskająca przed zagrożeniem.
Jolene mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy i zaklęła pod nosem.
Betsy sprawiała wrażenie przybitej i zawstydzonej. Ze zwieszonymi
ramionami i spuszczoną głową szybkim krokiem przeszła obok, udając, że
absolutnie nie miała zamiaru dołączyć do niedawnych przyjaciółek. Do
szkoły weszła sama.
Jolene siedziała jeszcze przez chwilę, dopóki z zamyślenia nie wyrwał
jej ponaglający dźwięk klaksonu. Doskonale rozumiała cierpienie córki,
bo na własnej skórze poznała, czym jest odrzucenie. Czyż nie czekała bez
końca na miłość rodziców? Musi nauczyć Betsy być silną, wybierać
szczęście. Nikt cię nie zrani, jeżeli na to nie pozwolisz. Prawidłowy
atak jest najlepszą obroną.
W końcu odjechała. Chcąc uniknąć porannych korków, wybrała boczną drogę
do Liberty Bay. Skręciła na podjazd sąsiedniej posesji z małym, białym
domem z prefabrykatów przytulonym do warsztatu samochodowego i dała znak
klaksonem.
Tami Flynn, jej serdeczna przyjaciółka, wyszła na dwór już przebrana w lotniczy kombinezon, z długimi, czarnymi włosami zwiniętymi w ciasny
koczek. Jolene była gotowa przysiąc, że na jej szerokiej twarzy w kolorze kawy nie uda się znaleźć choćby jednej zmarszczki. Tami uważała,
że zawdzięcza gładką cerę swym indiańskim korzeniom.
Była dla Jolene niczym siostra, której ta nigdy nie miała. Poznały się
jako nastolatki - dwie osiemnastoletnie dziewczyny, które zaciągnęły się
do wojska, bo nie miały pojęcia, co zrobić z życiem. Obie w szkole
średniej przeszły kurs pilotażu helikopterów.
Zbliżyła je miłość do latania, a podobne poglądy na życie scementowały
przyjaźń. Przez dziesięć lat służyły w wojsku, a potem, kiedy małżeństwo
i macierzyństwo nie dawały się pogodzić z czynną służbą, przeniosły się
do Gwardii Narodowej. Cztery lata po przeprowadzce Jolene i Michaela do
domu w Liberty Bay Tami z Carlem kupili działkę sąsiadującą z ich
posesją.
Obie zaszły w ciążę w tym samym czasie, przeżywając wspólnie magiczne
dziewięć miesięcy, i wzajemnie koiły lęki. Ich mężów nic nie łączyło,
lecz to nie miało dla Jolene większego znaczenia. Najważniejsze, że one
w każdej chwili mogły na siebie liczyć. I zawsze tak było.
Masz mnie na szóstej - to sygnał, że drugi helikopter leci z tyłu w ułożeniu wskazówek zegara na godzinę szóstą. A tak naprawdę to znaczyło:
jestem z tobą, wspieram cię. To właśnie Jolene znalazła w wojsku, w Gwardii i u Tami. Masz mnie na szóstej.
Gwardia oferowała im to, co najlepsze z obu sfer życia - mogły
wychowywać dzieci, nadal służąc krajowi, no i pilotować śmigłowce.
Latały razem przynajmniej dwa przedpołudnia w tygodniu, a także podczas
tygodniowych ćwiczeń. To była najlepsza praca w niepełnym wymiarze
godzin pod słońcem.
Tami wsunęła się na miejsce obok kierowcy i zatrzasnęła drzwi.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, pilotko.
- Dzięki. - Jolene się uśmiechnęła. - Mój dzień, moja muzyka. -
Podkręciła odtwarzacz CD i z głośników ryknął Purple Rain Prince'a.
W drodze do Tacomy zazwyczaj rozmawiały o wszystkim i o niczym, a kiedy
nie plotkowały, śpiewały piosenki swojej młodości: Prince'a, Madonny,
Michaela Jacksona. Minęły Camp Murray, siedzibę jednostki Gwardii, i skierowały się do bazy śmigłowców w Ford Lewis.
W szatni Jolene wyjęła z szafki ciężką lotniczą torbę ze sprzętem
ratunkowym i zarzuciwszy ją na ramię, podążyła za Tami do biurka,
potwierdziła uczestnictwo w dodatkowym szkoleniu lotniczym i podpisała
listę płac, a potem skierowała się na płytę lotniska, wkładając po
drodze hełm.
Mechanicy już byli na miejscu i szykowali blackhawka do lotu. Na tle
błękitu nieba śmigłowiec wyglądał jak duży drapieżny ptak. Jolene
skinieniem głowy przywitała szefa ekipy technicznej, dokonała szybkiej
inspekcji swojej maszyny, a po odprawie wspięła się do kokpitu, zajmując
miejsce po lewej stronie. Tami usiadła w fotelu po prawej i włożyła
hełm.
- Układ nawigacyjny i wyłączniki automatyczne, sprawdzam - powiedziała
Jolene, uruchamiając silnik. Maszyna zawarczała, ogromne łopaty wirnika
ruszyły i obracały się coraz szybciej z przenikliwym wyciem.
- Kontrola operacji, Raptor osiem-dziewięć, wylogujcie nas - powiedziała
do mikrofonu i zmieniła częstotliwość. - Wieża, Raptor osiem-dziewięć
gotowy do lotu.
Umiejętnie balansując, poderwała helikopter. Wznosił się teraz powoli. Z wprawą operowała sterami - jej stopy i dłonie były w ciągłym ruchu. Po
chwili maszyna zanurzyła się w niebieskiej, bezchmurnej przestrzeni.
Daleko w dole kwitnące drzewa tworzyły efektowną paletę barw. Jolene
poczuła przypływ adrenaliny. Boże, jak kochała być tu, na górze.
- Podobno masz urodziny, pilotko - usłyszała w interkomie głos szefa
załóg.
- Zgadza się - odpowiedziała ze śmiechem Tami. - A jak myślisz, dlaczego
siedzisz dziś za sterami?
Jolene posłała jej radosny uśmiech. Och, jak ona uwielbiała to uczucie,
potrzebowała go jak tlenu. Nieważne, że przybywało jej lat i zmarszczek
na twarzy.
- Czterdzieste pierwsze urodziny. Czy można je lepiej świętować?
Miasteczko Poulsbo przycupnęło na brzegu zatoki Liberty Bay niczym
urocza mała dziewczynka. Pierwsi osadnicy pochodzili ze Skandynawii, bo
chłodne niebieskie wody, strzeliste góry i soczystozielone wzgórza
przypominały im rodzinne strony. Wiele lat później potomkowie ojców
założycieli zaczęli otwierać sklepy wzdłuż głównej ulicy Front Street,
zdobiąc je skandynawskimi akcentami. Wszystkie dachy miały drewniane,
rzeźbione gzymsy, wszystkie fronty ślimacznice.
Według rodzinnej legendy Zarkadesów te zdobienia natychmiast przypadły
do serca matce Michaela. Jak twierdziła, już podczas pierwszej
przechadzki po Front Street wiedziała, że tu właśnie chce zamieszkać.
Dziesiątki sklepików, w tym ten należący do niej, sprzedawały turystom
ładne, ręcznie robione pamiątkowe drobiazgi.
Poulsbo leżało o rzut kamieniem od Seattle, lecz pokonanie tych paru
kilometrów stanowiło prawdziwą udrękę. W ostatnich latach norweski urok
miasteczka przyćmiła Michaelowi konieczność codziennej jazdy długą,
krętą, zazwyczaj zakorkowaną drogą do przystani promowej na Bainbridge
Island.
Z Poulsbo do Seattle można się było dostać na dwa sposoby - lądem lub
wodą. Jazda zajmowała dwie godziny. Przeprawa promem z Bainbridge do
terminalu na nabrzeżu Seattle - trzydzieści pięć minut.
Niestety, podróż promem łączyła się z czekaniem. Żeby się na niego
dostać, należało odpowiednio wcześnie ustawić się w kolejce. Latem
Michael jeździł do pracy rowerem; w deszczowe dni takie jak dziś, a tych
na północnym zachodzie nie brakowało, wybierał samochód. W tym roku zima
szczególnie długo się ciągnęła, a wiosna była dżdżysta. Kiedy jeden
szary dzień wstawał za kolejnym szarym dniem, siedząc w swoim lexusie na
przystani, patrzył, jak świt mozolnie wypełza ponad pomarszczoną
powierzchnię Sound. Potem wjeżdżał na prom, zostawiał samochód pod
pokładem i wchodził na górę.
Dzisiaj Michael zajął mały stolik z laminowanym blatem przy bakburcie i przeglądał zeznania Woernera. Żółte sklerotki przyklejone do brzegu
kartek przypominały klawisze; każda z nich zawierała zanotowane pisakiem
uwagi podważające prawdomówność jego klienta.
Kłamstwa. Michael westchnął na myśl o mozolnym odkręcaniu tych zeznań.
Jego idealizm, kiedyś taki niezłomny, osłabł po latach bronienia
krętaczy.
Dawniej porozmawiałby o tym z ojcem, a on rozwiałby jego rozterki,
przypominając, jakie ich praca ma znaczenie.
Jesteśmy ostatnim bastionem, Michaelu, sam to wiesz - obrońcami
wolności. Nie daj się złamać jakimś obwiesiom. Chronimy niewinnych,
broniąc winnych. I tak to działa.
Chętnie widziałbym paru więcej niewinnych, tato.
Czyż wszyscy na to nie liczymy? Przecież każdy z nas czeka na... taką
sprawę. Taką, która da satysfakcję. Wiemy lepiej od innych, co się
czuje, ratując komuś życie. Jakie wielkie to ma znaczenie. Tym się
właśnie zajmujemy, Michaelu. Dlatego nie trać wiary.
Spojrzał na puste miejsce naprzeciw siebie.
Od jedenastu miesięcy musiał pracować sam. Ojciec jednego dnia, w pełni
sił, rozmawiał z nim o prawie, które stanowiło jego życiową pasję, a drugiego niespodziewanie podupadł na zdrowiu i wkrótce zmarł.
Przez dwadzieścia lat wspólnie prowadzili kancelarię i śmierć ojca mocno
nim wstrząsnęła. Żałował nie do końca wykorzystanego czasu, a przede
wszystkim czuł się dziwnie samotny. Ta strata kazała mu przyjrzeć się
również własnemu życiu i to, co zobaczył, budziło w nim rozgoryczenie.
Do śmierci ojca czuł się szczęśliwy i zadowolony z losu; teraz - nie.
Pragnął o tym z kimś porozmawiać, podzielić się swoją stratą. Ale z kim?
Nie mógł otworzyć się przed żoną. Nie przed Jolene, która wierzyła, że
szczęście jest wyborem, a ściągnięte brwi odwróconym uśmiechem. Po
doświadczeniach z okresu trudnego, ponurego dzieciństwa niecierpliwili
ją ludzie, którzy nie potrafili być szczęśliwi. Ostatnio coraz bardziej
drażniły go wypowiadane przez nią beztroskim tonem komunały w stylu:
"czas leczy rany". Uważała, że wie, czym jest żałoba, bo sama straciła
rodziców, lecz nie miała pojęcia, co się czuje, tonąc. Skąd miała to
wiedzieć? Ona, twarda jak teflon.
Postukując piórem o blat stolika, wyjrzał przez okno. Sound, dzisiaj
ołowianoszara, wyglądała posępnie i tajemniczo. Mewa unoszona
niewidzialnym prądem wydawała się wisieć w powietrzu.
Wtedy, przed laty, nie powinien ustąpić, kiedy Jolene nalegała, żeby
kupili dom w Liberty Bay. Tłumaczył, że nie chce mieszkać tak daleko od
miasta - ani tak blisko rodziców - lecz w końcu się poddał, zmiękczony
jej przymilnymi prośbami i racjonalnymi argumentami, że przyda im się
pomoc jego matki przy dzieciach. Gdyby wtedy nie ustąpił, gdyby nie
uległ, nie siedziałby codziennie na promie, tęskniąc za człowiekiem, z którym tu się spotykał...
Prom zwalniał. Michael wstał, pozbierał papiery i włożył je do
dyplomatki z jagnięcej skóry. Nawet nie zerknął na te zeznania.
Włączając się w tłum, zszedł schodami na dolny pokład. Kilka minut
później zjechał z promu i skierował się pod Smith Tower, kiedyś
najwyższy budynek na zachód od Nowego Jorku, a teraz starzejący się
gotycki symbol rozwijającego się miasta.
Na dziewiątym piętrze w kancelarii Zarkades, Antham i Zarkades wszystko
było stare - podłogi, okna, które zdecydowanie wymagały wymiany, i nałożone jedna na drugą kolejne warstwy farby, lecz podobnie jak cały
biurowiec kancelaria miała swoją historię i urodę. Widok z okien
zajmujących całą ścianę wychodził na zatokę Elliott Bay z ogromnymi,
pomarańczowymi żurawiami portowymi, przenoszącymi kontenery na tankowce.
To tutaj, w tym miejscu, w ostatnich dwudziestu latach Theo Zarkades
przygotowywał linię obrony w wielu najgłośniejszych i najpoważniejszych
procesach kryminalnych. Na zebraniach palestry prawnicy nadal wspominali
z niejakim podziwem dar ojca do przeciągania ławy przysięgłych na swoją
stronę.
- Witaj, Michaelu. - Recepcjonistka podniosła głowę znad biurka.
Nie zatrzymując się, pozdrowił ją gestem dłoni i przeszedł obok
pomieszczeń zajmowanych przez zaaferowanych aplikantów, zapracowane
sekretarki i ambitnych młodszych partnerów. Wszyscy uśmiechali się do
niego, a on im odpowiadał uśmiechem. Przed wejściem do narożnego
gabinetu - wcześniej ojca, a teraz jego - zatrzymał się na rozmowę z osobistą asystentką.
- Dzień dobry, Ann.
- Dzień dobry, Michaelu. Bill Antham chciał się z tobą widzieć.
- Okey. Powiadom go, że już jestem.
- Dobrze.
Zniknął za drzwiami swojego biura, największego w całej kancelarii.
Atutem tego pomieszczenia było ogromne okno z widokiem na Elliott Bay.
Reszta wyglądała całkiem zwyczajnie: regały zastawione prawniczymi
książkami, drewniana podłoga wytarta po wielu latach użytkowania, dwa
wyściełane fotele i sofa obita czarnym zamszem. Jedynym prywatnym
akcentem było rodzinne zdjęcie stojące obok monitora.
Rzucił dyplomatkę na biurko, podszedł do okna i zapatrzył się na miasto,
które ojciec tak bardzo kochał. Zobaczył w szybie swoje odbicie -
falujące czarne włosy, mocna, kwadratowa szczęka, ciemne oczy. Wypisz,
wymaluj ojciec z czasów młodości. Ale on, będąc w wieku Michaela, na
pewno nie czuł się taki znużony i bez chęci do życia.
Usłyszał pukanie i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do środka zajrzał
Bill Antham, jedyny starszy partner w firmie i najbliższy przyjaciel
ojca. Po śmierci ojca Bill też się posunął. Może oni wszyscy się
postarzeli.
- Witaj, Michaelu - przywitał go, kuśtykając w głąb gabinetu.
Uświadomiło to Michaelowi, że Antham już dawno temu osiągnął wiek
emerytalny. W zeszłym roku wymieniono mu oba stawy kolanowe.
- Siadaj, Billu. - Michael wskazał mu fotel najbliżej biurka.
- Dzięki. - Opadł na siedzenie. - Chcę cię prosić o przysługę.
- Jasne. - Michael wrócił za biurko. - Co mogę dla ciebie zrobić?
- Byłem wczoraj w sądzie i sędzia Runyon wyznaczył mnie do obrony z urzędu.
Michael z westchnieniem usiadł w fotelu. Wyznaczanie na obrońców z urzędu adwokatów specjalizujących się w sprawach karnych było częstą
praktyką. Sędzia powołuje tego obrońcę, który akurat jest pod ręką,
kiedy akt oskarżenia trafia na jego biurko.
- Co to za sprawa?
- Facet zabił żonę. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Zabarykadował
się w domu i strzelił jej w głowę. Policjanci z jednostki SWAT
wyciągnęli go stamtąd, zanim zdążył się zabić. Telewizja sfilmowała
sporą część akcji.
Super. Oskarżony klient pokazany w telewizji.
- Chcesz, żebym wziął tę sprawę za ciebie?
- Nie prosiłbym... ale za dwa tygodnie wyjeżdżamy z Nancy do Meksyku.
- Jasne - zgodził się Michael. - Nie ma problemu.
Bill powiódł wzrokiem po gabinecie.
- Ciągle mi się wydaje, że go tu znajdę - wyznał cicho.
- Taa. - Michael pokiwał głową. Przez chwilę patrzyli na siebie, obaj
mając w pamięci obraz człowieka, który wywarł tak duży wpływ na ich
życie. Bill podniósł się z fotela, jeszcze raz podziękował i wyszedł.
Michael skupił się na pracy, pozwalając, aby całkowicie go pochłonęła.
Przez wiele godzin studiował pisemne zeznania, raporty policyjne i odpisy z akt. Zawsze cechowała go wysoka etyka zawodowa i jeszcze
silniejsze poczucie obowiązku. Teraz, kiedy tonął w żalu, praca stała
się kołem ratunkowym.
O trzeciej skupienie przerwał brzęczyk interkomu.
- Michaelu? Mam Jolene na linii.
- Dziękuję, Ann.
- Pamiętałeś o jej urodzinach, prawda?
Jasny gwint!
Odepchnął się z fotelem od biurka i złapał za słuchawkę.
- Cześć, Jo! Wszystkiego najlepszego!
- Dzięki.
Nie pokazała po sobie, że ma pretensje, bo zapomniał, chociaż wiedziała,
że tak właśnie było. Jolene jak nikt potrafiła trzymać emocje na wodzy i nigdy, przenigdy się nie złościła. Czasami się zastanawiał, czy porządna
awantura nie wpłynęłaby korzystnie na ich małżeństwo, lecz niestety, do
kłótni trzeba dwojga.
- Jo, co powiesz na kolację w tamtym miejscu nad mariną? W tej nowo
otwartej knajpce?
Zanim zdążyła zaoponować (zawsze tak się działo, jeżeli pomysł nie
pochodził od niej), szybko dodał:
- Betsy jest już na tyle duża, żeby przez dwie godziny popilnować Lulu.
To tylko półtora kilometra od domu.
Wytaczał ten argument od jakiegoś roku. Według niego dwunastolatka mogła
popilnować młodszej siostry, natomiast Jolene uważała inaczej. I jak w każdej sprawie w ich życiu liczyło się jej zdanie. Zdążył do tego
przywyknąć... a jednocześnie miał tego dość.
- Wiem, jak cię absorbuje sprawa Woernera - powiedziała. - A może dam
dziewczynkom kolację wcześniej i wyślę je na górę z jakimś filmem, a dla
nas przygotuję coś smacznego? Albo, jeśli wolisz, wyskoczę do bistro po
jedzenie na wynos. Tak lubimy ich dania.
- Na pewno tego chcesz?
- Najważniejsze, żebyśmy byli razem - odparła pogodnie.
- Dobrze - ustąpił. - Będę w domu o ósmej.
Zanim odłożył słuchawkę, był już myślami gdzie indziej.
2
Wieczorem Jolene bardzo starannie wybrała ubranie. Od niepamiętnych
czasów nie jedli kolacji tylko we dwoje i chciała, żeby ten wieczór
wypadł idealnie. Żeby był romantyczny. Nakarmiła dziewczynki, wykąpała
się w pianie, ogoliła nogi, spryskała się mgiełką o cytrusowym zapachu,
włożyła dżinsy i czarny sweter z łódkowym dekoltem.
Na dole znalazła Betsy z rozłożoną pracą domową na kawowym stoliku i Lulu na kanapie przed telewizorem. Siedziała owinięta w swój ukochany
żółty kocyk i oglądała Małą syrenkę. Resztki naprędce zaaranżowanego
urodzinowego przyjęcia nadal tkwiły na stole w jadalni; tort z dziurkami
po świeczkach, różowy notes - prezent od Betsy - błyszcząca klamra do
włosów od Lulu oraz pomięte papiery i poplątane wstążki.
- Ona nie będzie mi rozkazywać - zaprotestowała Lulu, kiedy Jolene
weszła do pokoju.
- Mamo, powiedz jej, żeby się zamknęła. Usiłuję odrabiać lekcje -
warknęła Betsy. - Ona za głośno śpiewa.
No i się zaczęło. Przekrzykiwały się jedna przez drugą.
- Ona nie będzie mi rozkazywać - powtórzyła Lulu, tym razem bardziej
stanowczo. - Powiedz jej.
Betsy, przewracając oczami, demonstracyjnie wyszła z pokoju i głośno
tupiąc na schodach, zniknęła na piętrze.
Jolene ogarnęło znużenie. Dotąd nie miała pojęcia, jak ciężki bywa los
matki nastolatki. Jak często taka smarkula może stroić fochy? Gdyby
Jolene na coś takiego się odważyła, ojciec tak by jej przyłożył, że
zapewne wylądowałaby na ścianie.
Lulu podbiegła do pudła z zabawkami w kącie pokoju i zaczęła w nim
gorączkowo przewracać. Wygrzebała opaskę z kocimi uszami, część jej
kostiumu z ubiegłorocznego Halloween, nałożyła ją i odwróciła się do
matki.
Jolene nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jej czteroletnia córka stała
przed nią podparta pod boki z podniszczonymi kocimi uszami na głowie. Z tymi spiczastymi, szarymi trójkątami przy buzi Lulu jeszcze bardziej niż
zwykle przypominała chochlika. Mała nie wiadomo dlaczego ubzdurała
sobie, że z tą opaską staje się niewidzialna. Miauknęła jak kot.
Jolene z teatralnie przestraszoną miną rozglądała się po pokoju.
- Och, nie... co się stało z moją Lucy Lou? Gdzie się podziała? - Krążąc
po pokoju, zaglądała za telewizor, pod fotel, za drzwi.
- Tutaj jestem, mamusiu! - zachichotała Lulu, machając rękami.
- Aaa, tu jesteś! - Jolene westchnęła z udawaną ulgą. - Tak się
martwiłam. - Wzięła córkę na ręce i zaniosła na piętro. Mycie zębów i przebieranie w piżamkę trwało całe wieki, lecz czekała cierpliwie,
wiedząc, jak bardzo jej młodsza latorośl potrafi być uparta i niezależna. Kiedy wreszcie była gotowa, Jolene położyła się na łóżku i przytulona do niej, zaczęła czytać Gdzie mieszkają dzikie stwory.
Zanim zdążyła dobrnąć do końca, Lulu już prawie spała.
- Dobranoc, kotku. - Pocałowała ją w policzek.
- Dobranoc, mamuś - wymruczała sennie dziewczynka.
Jolene przecięła korytarz, zapukała do drzwi pokoju Betsy i weszła do
środka.
Córka siedziała na łóżku z otwartym podręcznikiem do nauki o społeczeństwie na kolanach. Pszenicznoblond loki opadały na jej nagie,
chude ramiona. Kiedyś Betsy na pewno będzie dumna z porcelanowej cery,
jasnych włosów i piwnych oczu, lecz nie teraz, gdy modne były proste
włosy, a na jej twarzy pojawiały się trądzikowe wykwity.
Jolene usiadła na skraju łóżka.
- Mogłabyś być milsza dla siostry.
- Ona jest nieznośna.
- Ty też. - Uśmiechnęła się na widok szeroko otwartych oczu córki. - I ja czasem miewam humory. Już tak to bywa w rodzinach. Poza tym wiem, co
cię gryzie.
- Czyżby?
- Widziałam, jak cię potraktowały Sierra i Zoe.
- Szpiegujesz mnie - obruszyła się córka nieco łamiącym się głosem.
- Patrzyłam, jak idziesz do szkoły. Trudno to nazwać szpiegowaniem. W zeszłym roku trzymałyście się razem. Co się stało?
- Nic! - ucięła buńczucznie dziewczynka i zacisnęła usta, ukrywając
aparat na zębach.
- Może mogłabym ci jakoś pomóc. Też kiedyś miałam dwanaście lat.
Betsy rzuciła jej dobrze znane mniej więcej od roku spojrzenie, które
znaczyło tyle co: "chyba cię pogięło".
- Wątpię.
- Może jutro po lekcjach powinnaś zagadać do Setha. Pamiętasz, jak
dobrze się razem bawiliście?
- Seth to świr. Wszyscy tak uważają.
- Elizabeth Andreo, nie gadaj głupstw. Seth Flynn nie jest świrem. To
syn mojej serdecznej przyjaciółki. Co w tym złego, że nosi długie włosy
i... jest nieśmiały? To twój kolega. Powinnaś o tym pamiętać. Któregoś
dnia możesz go potrzebować.
- Jasne.
Jolene westchnęła. Słyszała tę zdartą płytę tysiąc razy. Obojętnie, o co
pytała, odpowiedź Betsy zawsze była taka sama. "Jasne" zamykało temat.
- Jak uważasz. - Nachyliła się i pocałowała córkę w czoło. - Kocham cię
do księżyca i z powrotem.
W to jedno zdanie, ich rodzinne powiedzonko, wlewali całą miłość. Bets,
odpowiedz mi tak samo - poprosiła w duchu.
Odczekała dłużej, niż zamierzała, i zawiedziona rozzłościła się na
siebie. Kolejny raz. Bycie matką nastolatki to pasmo rozczarowań.
- No dobrze - westchnęła, wstając.
- Dlaczego taty jeszcze nie ma? Przecież to twoje urodziny.
- Wróci lada moment. Wiesz, jaki jest zapracowany.
- Przyjdzie na górę powiedzieć mi dobranoc?
- Naturalnie.
Betsy skinęła głową i wróciła do czytania.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - powiedziała, kiedy Jolene była przy
drzwiach.
- Bets, dzięki. Sprawiłaś mi wielką radość tym notesem. Dokładnie taki
chciałam.
Córka naprawdę odpowiedziała jej uśmiechem.
Na dole skierowała się do kuchni i pozbierała naczynia. Natarte
przyprawami i czosnkiem żeberka duszone w winie bulgotały na kuchni, a ich zapach wypełniał cały dom. Dziewczynki za tym daniem nie przepadały,
natomiast Michael je uwielbiał.
Otulona w miękki, różowy pled wyszła na dwór ze szklanką wody
mineralnej. Usiadła na jednym z wyplatanych wiklinowych foteli, oparła
bose stopy na sfatygowanym stoliku i zapatrzyła się na znajomy widok.
Dom.
Wszystko zaczęło się od poznania Michaela.
Pamiętała ze wszystkimi szczegółami tamten dzień.
Po śmierci rodziców przez jakiś czas liczyła, że ktoś przyjdzie jej z pomocą. Policja, pracownicy poradni rodzinnej, nauczyciele. Bardzo
szybko dotarło do niej, że tak samo jak za ich życia jest zdana
wyłącznie na siebie. W mroźny środowy poranek, nie bacząc na chłód,
który przenikał do sypialni przez cienkie ściany, wstała wcześnie i włożyła swoje najlepsze rzeczy - wełnianą plisowaną spódnicę,
szetlandzki sweterek, kolanówki i mokasyny z przeceny. Szeroką,
niebieską opaską przytrzymała włosy opadające na oczy.
Wysupłała resztę pieniędzy zarobionych za pilnowanie dzieci i udała się
do Seattle. W biurze pomocy prawnej spotkała Michaela.
Na widok tego śniadego, przystojnego i życzliwie uśmiechniętego
mężczyzny dosłownie zaparło jej dech w piersiach. Poszła za nim do
odrapanego małego biura i wyłożyła swój problem.
- Za dwa miesiące skończę osiemnaście lat. W tym tygodniu straciłam
rodziców. Zginęli w wypadku samochodowym. Odwiedził mnie pracownik
socjalny i powiedział, że do pełnoletności muszę zamieszkać u rodziny
zastępczej. Ale ja nikogo nie potrzebuję. A już na pewno nie jakiejś
przyszywanej rodziny. Do czerwca, kiedy dom przejmie bank, zdążę
ukończyć szkołę średnią i wtedy mogę robić... cokolwiek. Czy może pan coś
zrobić, żebym nie musiała iść do rodziny zastępczej?
Michael przyglądał jej się jakiś czas spod przymrużonych powiek.
- Będziesz sama.
- Jestem sama. Nie z wyboru.
- Pomogę ci, Jolene - oznajmił w końcu, a ona omal się nie rozpłakała.
W następnej godzinie przedstawiła mu wyretuszowaną wersję swojego życia.
Wspomniał coś o tajemnicy obowiązującej adwokata, zapewniając, że może
być z nim całkiem szczera, lecz ona miała na ten temat własne zdanie.
Dawno temu nauczyła się ukrywać prawdę. Gdyby ludzie wiedzieli, że
rodzice są alkoholikami, litowaliby się nad nią. Nie cierpiała tego, nie
życzyła sobie, aby ktokolwiek się nad nią użalał.
Wypełnili niezbędne papiery.
- Jolene, zajrzyj do mnie za kilka lat. Zaproszę cię na obiad -
powiedział na pożegnanie.
Do ich następnego spotkania upłynęło sześć lat. Była już wtedy pilotem w wojsku, a on prawnikiem w kancelarii ojca i właściwie nic ich nie
łączyło. Jednak już tamtego pierwszego dnia duże wrażenie zrobił na niej
jego idealizm i podobne poczucie moralności. Michael, tak jak ona,
ciężko pracował i był bardzo obowiązkowy. Zgodnie z obietnicą zaprosił
ją na obiad... i tak to się zaczęło.
Uśmiechnęła się do wspomnień.
Oddalone złote punkciki świateł wzdłuż linii wybrzeża sygnalizowały
obecność domów. Przezroczyste chmury przesuwały się po tarczy księżyca,
łagodząc jego blask. Była czarna noc. Jolene spojrzała na zegarek. Wpół
do dziewiątej.
Szybko stłumiła żal. Musiało mu wypaść coś ważnego. Życie już takie
jest. Mało kiedy wszystko układa się idealnie. Przyjedzie.
Ale...
Ostatnio więcej wydawało się ich dzielić niż łączyć. Michael zawsze
odnosił się z niechęcią do jej zaangażowania w pracę w wojsku. Ze
względu na niego przeszła z czynnej służby do Gwardii Narodowej, lecz to
go nie zadowoliło. Nie lubił słuchać o lataniu, o tygodniowych
ćwiczeniach ani o przyjaciołach z jednostki. Zawsze był negatywnie
nastawiony do wojska, lecz od czasu wojny w Iraku jego poglądy stały się
jeszcze bardziej radykalne. Ich, kiedyś przyjazne, milczenie teraz
cechowała pewna niezręczność. Zaczynało jej doskwierać poczucie
osamotnienia, skoro nie mogła rozmawiać z mężem o sprawach, które się
dla niej liczyły. Normalnie starałaby się to bagatelizować, lecz dziś
wieczorem ta prawda rozsiadła się na pustym fotelu obok niej.
Wróciła do domu.
Za dziesięć dziewiąta.
Uniosła ciężką żółtą pokrywkę i zajrzała do rondla. Sos zdążył się
wydusić, do ścianek naczynia przylgnęła ciemniejsza obwódka. Zabrzęczał
dzwonek telefonu. Rzuciła się do aparatu.
- Halo?
- To ja, Jo. Przepraszam, że nie wróciłem na czas.
- Michaelu, na czas nie wróciłeś godzinę temu. Co się stało?
- Przepraszam. Co jeszcze mam powiedzieć? Zająłem się pracą i zapomniałem.
- Zapomniałeś - powtórzyła, żałując, że to aż tak boli.
- Zrekompensuję ci to.
O mało nie zapytała: jak?, lecz co by jej to dało? Po co jeszcze
bardziej zaogniać sytuację? Nie uraził jej celowo.
- Dobrze.
- Postaram się szybko wrócić, ale...
Była zadowolona, że rozmawiają przez telefon; przynajmniej nie musiała
się uśmiechać. Przeszło jej przez myśl, że Michael ostatnio się zmienił,
że rodzina... i żona jakby niewiele go obchodzą. A jednak kochała go tak
samo jak tamtego dnia przed wielu laty, kiedy po raz pierwszy ją
pocałował.
Potrzeba czasu - pomyślała. Jeszcze tydzień, może miesiąc i wszystko się
ułoży. Nadal jest pogrążony w żałobie po śmierci ojca. Po prostu musi
być wyrozumiała.
- Wszystkiego najlepszego - powiedział.
- Dzięki. - Odłożyła słuchawkę i usiadła przy kuchennym stole. W ciemnawym pomieszczeniu pełnym rodzinnych zdjęć i pamiątek, z meblami z wyprzedaży, które sama odnawiała, nagle poczuła się bardzo samotna.
Starannie ubrana, siedziała w ciemnej kuchni. Sama jak palec.
Ktoś zapukał do drzwi. Zanim zdążyła podnieść się z krzesła, do kuchni
wmaszerowała Tami z butelką szampana w ręce.
- Jesteś sama - zauważyła cicho.
- Coś zatrzymało go w pracy - wyjaśniła Jolene.
- Tego się obawiałam. - Oczy przyjaciółki posmutniały na moment, a Jolene poczuła złość na siebie za wrażenie, jakie na niej zrobiła.
- No cóż - zaczęła pogodnie Tami. - Kiepsko wchodzić w czterdziesty
drugi rok życia bez publiczności. - Dopchnęła drzwi nogą. - Poza tym
koniecznie muszę sprawdzić, czy przypadkiem lada moment nie pokryjesz
się zmarszczkami jak Gary Oldman w Drakuli.
- Nie zamierzam się pomarszczyć.
- Nigdy nie wiadomo.
- Szampan? - spytała Jolene, unosząc brew.
- Dla mnie. Nie mam rodziców alkoholików. Ty możesz jak zwykle żłopać
mineralną.
Tami wprawnie otworzyła butelkę, nalała sobie szampana, przeniosła się
do pokoju dziennego, klapnęła na kanapę i uniosła kieliszek.
- Twoje zdrowie, moja gwałtownie starzejąca się przyjaciółko.
Jolene przeszła za nią do pokoju.
- Jesteś tylko kilka miesięcy młodsza ode mnie.
- My, rdzenni Amerykanie, nie starzejemy się. To naukowo dowiedziony
fakt. Popatrz na moją mamę. Ciągle ją proszą o dowód tożsamości.
Jolene usiadła na kanapie, podwijając pod siebie bose stopy.
Przyjaciółki popatrzyły na siebie. Między nimi jak bąbelki szampana
zawirowały wspomnienia wieczorów takich jak ten; kolacji, na które
Michael się spóźnił, i okazji, które przepuścił przez nawał zajęć.
Jolene często mówiła ludziom, a szczególnie Tami, jaka dumna jest ze
swojego inteligentnego, odnoszącego sukcesy męża. I to wszystko była
prawda, lecz Michael ostatnio nie wydawał się szczęśliwy. Śmierć ojca
wywróciła jego świat do góry nogami. Wiedziała, że cierpi, lecz nie
miała pojęcia, jak mu pomóc.
- To musi boleć - zauważyła Tami.
- Boli - przyznała cicho Jolene.
- Powinnaś z nim o tym porozmawiać, powiedzieć mu, co czujesz.
- Po co? Dlaczego mam go jeszcze bardziej dołować? Takie jest życie.
Znasz podejście Michaela do pracy. To jedna z tych rzeczy, które u niego
cenię. Nigdy nie uchyla się od odpowiedzialności.
- Chyba że chodzi o obowiązki względem rodziny - dopowiedziała cicho
Tami.
- Jest teraz bardzo zajęty. Od śmierci ojca...
- Wiem - przerwała jej przyjaciółka. - I o tym też nie rozmawiacie.
Ściśle mówiąc, ty nie rozmawiasz.
- Rozmawiamy.
Tami zmierzyła ją uważnym wzrokiem.
- Małżeństwa przechodzą trudne okresy. Czasami trzeba wziąć się w garść
i zawalczyć o miłość. To jedyny sposób na kryzys.
Jolene wbrew woli przyszli na myśl rodzice; jak matka walczyła o miłość
mężczyzny i nigdy jej nie zaznała.
- Posłuchaj, Tami. Między mną i Michaelem dobrze się układa. Kochamy
się. A teraz, błagam, czy mogłybyśmy zmienić temat?
Przyjaciółka uniosła opróżniony do połowy kieliszek.
- Twoje zdrowie. Świetnie wyglądasz jak na staruszkę.
- Świetnie wyglądam. Kropka.
Tami skwitowała to śmiechem i zaczęła opowiadać zabawną rodzinną
historię.
Zanim się obejrzały, zrobiła się za dwadzieścia jedenasta. Tami
odstawiła kieliszek.
- Czas na mnie. Obiecałam Carlowi, że wrócę na show Davida Lettermana.
Jolene wstała z kanapy.
- Dzięki, że przyszłaś. Bardzo tego potrzebowałam.
Tami uściskała ją serdecznie. Razem podeszły do tylnych drzwi.
Jolene patrzyła, jak przyjaciółka biegnie przez podjazd i znika na
sąsiedniej posesji. Dopiero wtedy zamknęła drzwi.
W ciszy została jedynie ze swoimi myślami i wcale nie była zadowolona z ich towarzystwa.
O północy Michael wjechał do garażu i postawił samochód obok SUV-a Jolene. Na siedzeniu dla pasażera leżało dwanaście różowych róż
owiniętych w celofan. Dopiero na promie w drodze do domu przypomniał
sobie, że ona woli czerwone róże. Jasne. Wszystko, co delikatne i dziewczęce, nie jest w jej stylu, nigdy nie było. Nawet tamtego smutnego
dnia, kiedy po raz pierwszy wkroczyła w jego życie.
Miała siedemnaście lat. Dzieciak w ciuchach z lumpeksu, z długimi,
potarganymi włosami i cudownymi zielonymi oczami zapuchniętymi od
płaczu. A mimo to weszła do jego biura pomocy prawnej wyprostowana,
ściskając w dłoni zniszczoną plastikową torebkę. Odbywał wtedy staż po
pierwszym roku studiów prawniczych.
Wydała mu się niesamowicie dzielna ta dziewczyna, która w najtrudniejszych chwilach życia nie chciała niczyjej pomocy. Z miejsca
tak go zafrapowała, że poprosił, aby ponownie się spotkali, kiedy będzie
starsza. Zaimponowała mu odwagą, którą nosiła z taką samą swobodą jak
swój tandetny akrylowy sweter.
Sześć lat później ponownie pojawiła się w jego życiu - tym razem jako
pilot wojskowego śmigłowca. Był na tyle młody, żeby nadal wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, i dość dojrzały, aby wiedzieć, że taka
miłość nie zdarza się co dzień. Mówił sobie, że to nieistotne, iż
poglądami bliżej mu do pacyfistów, a ona służy w wojsku i w gruncie
rzeczy niewiele mają ze sobą wspólnego. Czuł się kochany i uwielbiany.
No i seks z Jolene był niesamowity. W łóżku tak samo jak we wszystkim
innym nie uznawała kompromisów.
Podniósł z fotela róże i małe pudełeczko z logo Tiffany'ego,
zastanawiając się, czy kosztowny prezent go rozgrzeszy. Ona się domyśli,
że musiał kupić go wcześniej, że pamiętał o urodzinach, skoro kazał ten
drobiazg wygrawerować. Ale czy to wystarczy? Nie stawił się na
urodzinowej kolacji, zupełnie o niej zapomniał.
Już czuł znużenie na myśl o tym, co go czeka. Użyje całego swojego
uroku, żeby przywołać uśmiech na jej twarz, będzie przepraszał, a ona mu
wybaczy z wdziękiem i łatwością, bagatelizując całą sprawę, lecz w jej
zielonych oczach pozostanie żal, a w uśmiechu zabraknie radości i będzie
wiedział, że po raz kolejny ją rozczarował. Nie spisał się, co do tego
nie ma wątpliwości, a ona będzie mu o tym przypominać na tysiąc różnych
sposobów. Wreszcie, nie mogąc na nią patrzeć, odwrócony do niej w łóżku
plecami i wpatrzony w ścianę, będzie wyobrażać sobie inne życie.
Wysiadł z samochodu i wszedł do domu. W ciemnej kuchni poszukał wazonu,
wstawił róże i zaniósł je na piętro.
W sypialni paliła się jedynie mała, dekoracyjna lampa na biurku pod
oknem. Postawił wazon na zabytkowej toaletce, przeszedł do łazienki,
rozebrał się i przygotował do snu. Wsunął się do łóżka, podciągnął
kołdrę pod brodę i leżał nieruchomo z otwartymi oczami.
Kiedyś oddech żony działał na niego kojąco, teraz każdy odgłos wybijał
go ze snu.
Zamknął oczy, z góry wiedząc, że nieprędko zapadnie w sen, a kiedy
wreszcie to mu się uda, będą go prześladować sny o życiu nieprzeżytym i o niedokonanych wyborach.
Obudził się wiele godzin później, czując się tak, jakby w ogóle nie
zmrużył oka. W szarym świetle sączącym się przez okno ściany w kolorze
szałwii miały odcień omszałego drewna. Rachityczne promienie słońca
zdawały się wsiąkać w ciemne deski podłogi.
Uniósł się na łokciach, kołdra zsunęła się z piersi.
Jolene, blada, z jasnymi włosami rozsypanymi na poduszce, leżała z otwartymi oczami, odwrócona do niego półprofilem.
Już widział żal w jej oczach.
- Przepraszam. - Przechylił się, pocałował ją przelotnie i opadł na
poduszkę. - Odbijemy to sobie.
- Wiem. To tylko urodziny. Może za dużo sobie po nich obiecywałam.
Przyniósł z toaletki pudełeczko od Tiffany'ego i podał je Jolene.
Przeszło mu przez myśl, że miała jakieś szczególne oczekiwania w związku
z urodzinami. Nie chodziło o prezent; to nie Jo. To miało być... coś... Nie
pamiętał co, lecz dostrzegł, jak lekko ściągnęła brwi na widok puzderka.
Jednak szybko się opanowała.
- Och, Tiffany. - Uśmiechnęła się. Usiadła, podsunęła poduszkę pod plecy
i uniosła wieczko. Na wyściółce z białej karbowanej skóry połyskiwał
zegarek z platynowozłotą kopertą. Godzinę dwunastą wyznaczał brylancik.
- Piękny. - Odwróciła go i przeczytała wygrawerowany napis: "Jolene w 41. urodziny". - Czterdzieści jeden lat - zadumała się. - Ha, czas
szybko leci. Niedługo Betsy pójdzie do liceum.
Szkoda, że to powiedziała. Czas ostatnio nie był jego sprzymierzeńcem.
Miał czterdzieści pięć lat i, jakkolwiek na to patrzeć, był już w średnim wieku. Zanim się obejrzy, stuknie mu pięćdziesiątka i przepadnie
szansa na stworzenie nowej wersji samego siebie. Nadal nie miał pojęcia,
jak ta wersja miałaby wyglądać, wiedział jedynie, że z obecnej spłynął
kolor.
Przysiadł na łóżku obok Jolene. Gdy patrzył na żonę, nagle do niego
dotarło, że jednak jej potrzebuje, że pragnie poczuć to, co kiedyś do
niej czuł.
- Jak ty uporałaś się z... ich śmiercią? - zapytał. - To znaczy... jak sobie
poradziłaś? Przecież w jednej chwili wszystko się zmieniło.
Widział, jak drgnęła. To pytanie spadło na nią jak uderzenie, po którym
zostaje siniec. Jednak kiedy spojrzała na niego, miała uśmiech na
twarzy.
- Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chyba wybrałam szczęście.
Westchnął. Kolejny banał. Znowu ogarnęło go zniechęcenie.
- Podam ci śniadanie do łóżka, a potem może w czwórkę pojedziemy
rowerami na wycieczkę.
Położyła zegarek, nadal w puzderku, na nocnym stoliku.
- Dzisiaj kapitan Lomand urządza u siebie w domu grilla z okazji moich
urodzin. Mówiłeś, że może przyjdziesz.
Jasne; to o to go prosiła. Nic dziwnego, że zapomniał.
- Nic mnie nie łączy z tymi ludźmi, przecież wiesz.
Wstał, podszedł do toaletki i otworzył górną szufladę.
- Ja jestem tymi ludźmi - przypomniała mu i znowu wkroczyli na teren
najeżony niebezpieczeństwami. - To przyjęcie na moją cześć. Chociaż raz
mógłbyś przyjść.
Obejrzał się na nią.
- Jutro wybierzemy się na kolację. Co ty na to? We czworo. Pójdziemy do
twojej ulubionej włoskiej restauracji.
Westchnęła. Michael widział, że kombinuje, jak odbić piłeczkę ponad
siatką tego tyle razy przerabianego tematu. Zależało jej, aby stał się
częścią jej wojskowej rodziny. Zawsze tego chciała, lecz on nie potrafił
się przemóc, bo nie akceptował tego skostniałego świata, gdzie
obowiązywała zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
- Trudno - ustąpiła w końcu. - Dzięki za zegarek. Jest śliczny.
- Nie ma za co.
Patrzyli na siebie. Cisza gorzka jak zapach kawy gęstniała w powietrzu.
Miał świadomość, że pewne rzeczy powinny zostać dopowiedziane, że pewne
słowa nie powinny zalegać zbyt długo powstrzymywane, jednak kiedy one
padną, gdy wyjawi, co naprawdę czuje, nie będzie odwrotu.
Po południu Tami z żaroodpornym naczyniem nakrytym folią stanęła w kuchni Jolene.
- I co? - zapytała, domykając drzwi nogą.
Jolene obejrzała się na dzienny pokój, żeby sprawdzić, czy przypadkiem
nie ma tam dzieci.
- Był skruszony - powiedziała. - Dał mi róże i piękny zegarek.
- To jemu przydałby się zegarek - palnęła Tami. Widząc minę
przyjaciółki, wzruszyła ramionami. - Ja tylko tak...
- No. - Jolene pokiwała głową. - Prosiłam go, żeby przyszedł na grilla.
Nie chce.
- Szkoda.
Jolene zmusiła się do uśmiechu. Trudno uwolnić się od porównań jej życia
z życiem Tami. Carl był cywilem, ale bardzo ją wspierał. Przychodził na
wszystkie uroczystości i często mówił, jaki jest z niej dumny. Zdjęcia
żony w mundurze wisiały w domu razem ze szkolnymi fotografiami Setha i zdjęciami z różnych rodzinnych okazji. Wszystkie zdjęcia Jolene w mundurze leżały poupychane po szufladach.
Odwróciła się, żeby nie widzieć rozczarowania w oczach przyjaciółki, i podeszła do schodów.
- Dziewczynki! - zawołała. - Schodźcie! Czas jechać.
Lulu z uśmiechem na buzi, wystrojona w różową sukienkę disnejowskiej
księżniczki, z diademem na głowie, zeszła po schodach, ciągnąc za sobą
swój kocyk. Betsy, splatając ramiona na piersi, stanęła na ich szczycie.
- Proooszę, pozwól mi zostać w domu - odezwała się błagalnie.
- Tik-tak, tik-tak.
- Tata nie musi tam jechać.
- Tata jest zajęty - przypomniała jej matka. - A ty nie.
Betsy tupnęła i odwróciła się gwałtownie.
- Jasne - mruknęła i naburmuszona ruszyła do swojego pokoju.
- Pamiętam, jak bardzo chciałam mieć córkę - odezwała się Tami, stając
obok Jolene. - Ostatnio nie jestem pewna.
- Cokolwiek powiem czy zrobię, wszystko nie tak. Uwierz mi, ona
codziennie łamie mi kawałek serca. Przysięga, że ucieknie ze szkoły,
jeżeli pojawię się na dniu karier. Jak widać, matka w wojsku to prawie
taka sama żenada jak matka w więzieniu.
Tami objęła ją ramieniem.
- Ciebie wychowały wilki, nie wiesz więc, że to całkiem normalne. Moja
mama przysięgała, że chciała mnie oddać Cyganom, kiedy miałam dwanaście
lat. Nie znalazła chętnych.
- Seth będzie na imprezie?
- Oczywiście. To chłopiec. Oni są jak szczenięta, a dziewczynki jak
koty. Chce mi sprawić przyjemność i bierze ze sobą gierki komputerowe. W naszym domu na razie nie rozgrywają się dramaty. Chociaż przyznam, że
brakuje mu Betsy.
Jolene podniosła oczy na podest.
- Mam nadzieję, że będzie dla niego milsza.
Tami pokiwała głową.
- Mój syn nie jest na fali. To mózgowiec, którego rajcuje odpowiadanie
na pytania z biologii. Betsy chce się trzymać z popularnymi
dziewczętami. Ja to rozumiem. Naprawdę. Pokazywanie się z Sethem jest
towarzyskim samobójstwem, a to, że kiedyś byli przyjaciółmi, wcale jej
nie pomaga. Niestety, on tego nie rozumie. Nie może się nadziwić, że ona
nie ma już ochoty jeździć na deskorolce ani łapać krabów. W jego pokoju
nadal wisi plakat, który zrobiła mu na urodziny.
Jolene nie bardzo wiedziała, co na to powiedzieć. Zanim cokolwiek
przyszło jej do głowy, Lulu zeskoczyła z ostatniego stopnia i puściła
się do niej biegiem. Złapała ją, posadziła sobie na biodrze i zaniosła
do terenówki. Kiedy zapięła ją w foteliku, wróciła do domu.
- Betsy, czekamy!
Dziewczynka zeszła ciężko po schodach z nadętą miną i słuchawkami iPoda
w uszach. Przekaz był jasny: jadę, bo mnie zmusiłaś. Jolene, przymykając
oko na ten bunt, ruszyła za córką do SUV-a.
- Gdzie Seth?! - ryknęła, otwierając drzwi samochodu.
Jolene siadła za kierownicą.
- Seth z ojcem spotkają się z nami na miejscu. Rano pojechali na ryby.
Bądź dla niego miła.
Betsy już nie słuchała. Zapięła pas i manipulowała przy iPodzie.
- Jaka płytka? - Jolene zwróciła się do Tami.
- Dzisiaj królowa. Na twoją cześć.
- Czyli Madonna. - Wsunęła CD do odtwarzacza i ruszyła przy znajomych
dźwiękach Material Girl.
Przyjaciółki rozmawiały i nuciły na zmianę. Lulu nie zamykała się buzia.
Betsy milczała jak zaklęta.
Po chwili zajechały do Gig Harbor, na teren jednostki Ravenwood.
Gwardziści zjechali się tu z całej tej części stanu - niektórym droga
zajęła nawet kilka godzin.
Kapitan mieszkał na osiedlu identycznych, okolonych werandą domków w kolorze niebieskich zdobień na porcelanie Wedgwood. Dzieciaki,
hałasując, biegały po terenie. Dom i jego otoczenie stanowiły
odzwierciedlenie rodziny i człowieka, który tu mieszkał. Trawnik był
zadbany, a rośliny starannie poprzycinane. Pięćdziesięcioletni kapitan
Benjamin Lomand należał do najsympatyczniejszych ludzi, jakich Jolene
znała.
Większość załóg śmigłowców wraz z rodzinami już zdążyła przyjechać;
świadczył o tym wielokolorowy wąż samochodów zaparkowanych na kończącej
się ślepo alejce. Co prawda Jolene z tego miejsca nie widziała podwórka
za domem, lecz domyślała się, że jej współtowarzysze z Gwardii
zgromadzili się wokół grilla z butelkami domowego piwa i puszkami coli,
natomiast ich żony i mężowie rozmawiali zbici w gromadki, przy okazji
mając oko na dzieci. I była pewna, że wszyscy są w dobrym humorze.
Zaparkowała terenówkę na skraju podjazdu. Carl z Sethem stali przed
garażem. Machając do niej, szybko zbliżyli się do samochodu. Carl, w workowatych dżinsach, koszulce z logo Seahawks i bejsbolówce nasuniętej
na czoło, żeby ukryć przerzedzone włosy, wyglądał jak jeden z tych,
obecnie już nieco otyły, dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy w szkole
byli gwiazdami drużyny futbolowej, a teraz pracowali przy taśmie w Boeingu. Idealnie pasował do tego wizerunku, z tą tylko różnicą, że
posiadał własny warsztat samochodowy.
Seth ani trochę nie przypominał ojca. Był chudym dwunastolatkiem o kanciastych ruchach, z cerą poznaczoną trądzikiem, oczami, które
sprawiały wrażenie nieco za dużych w stosunku do pociągłej twarzy, i kruczoczarnymi włosami sięgającymi niemal do połowy pleców. Dzisiaj
przyszedł ubrany w dopasowane lewisy (wszyscy wiedzieli, że na fali są
bojówki) i w przyduży T-shirt z wizerunkiem zespołu Nine Inch Nails.
Tami wysiadła z samochodu, zabierając ze sobą owinięte folią żaroodporne
naczynie.
- Oto i miłość mojego życia - przywitał ją Carl, otwierając przed nią
ramiona. Śmiejąc się, podała mu szkło. Na pewno przygotowała swoją
słynną siedmiowarstwową zapiekankę.
- Spóźnione, ale najszczersze - Carl zwrócił się do Jolene, kiedy
wysiadła z samochodu.
- Dzięki. - Otworzyła tylne drzwi i odpięła pas Lulu. Zupełnie jakby
uwolniła krakena. Mała zeskoczyła na ziemię i popiskując radośnie,
ruszyła na poszukiwanie towarzyszy zabawy.
Betsy z ociąganiem wyłoniła się z auta, nadal ze słuchawkami w uszach.
Na widok stroju Setha otworzyła szeroko oczy i zacięła usta. Jolene
widziała, że się boi, iż ktoś może zobaczyć, jak rozmawia z przyjacielem
z dziecinnych lat. Pchnęła lekko córkę w stronę chłopaka, a ona
zatoczyła się i zapewne wpadłaby na niego, gdyby w porę nie wyciągnął
ramion.
- Rany... - To krótkie słowo rozpadło się w jego ustach na dwie tonacje.
- Oby nikt tego nie widział - warknęła, odskakując jak oparzona i czym
prędzej się oddalając.
Seth odprowadził ją wzrokiem i wzruszywszy ramionami, skierował się na
trawnik. Usiadł po turecku i zajął się kieszonkową grą.
Jolene odnotowała w pamięci, żeby porozmawiać z Betsy o jej zachowaniu w stosunku do Setha. Naprawdę nie potrafiła pojąć, jak może go tak
traktować.
Z zafoliowaną szklaną miską sałatki coleslaw ruszyła za Tami i Carlem na
podwórko. Gdy skręcili za narożnik domu, miała całe towarzystwo jak na
dłoni - swoich przyjaciół z załóg śmigłowców.
Często się spotykali, bo ta grupa od lat odbywała razem ćwiczenia. W "cywilnym" świecie należeli do różnych środowisk: byli wśród nich
dentyści, drwale i mechanicy. Ale na jeden weekend w miesiącu i na dwa
tygodnie w lecie stawali się żołnierzami. Ćwiczyli ramię w ramię, z dumą
służąc ojczyźnie. I chociaż Michael przy słuchaniu jej opowieści
przewracał oczami, Jolene uwielbiała tych ludzi. Byli podobni do niej;
wstąpili do Gwardii, bo wierzyli w służbę krajowi, w patriotyzm, w konieczność obrony Ameryki. Oni wierzyli. Nie było wśród nich ani jednej
osoby, która nie oddałaby życia za Jolene. Tak samo zresztą jak ona za
nich.
Na jej widok wszyscy chórem odśpiewali Happy Birthday.
Śmiała się, czując przypływ ogromnej, szczerej radości. Tylko jedno
trochę psuło tę radość; żal, że nie ma Michaela. Mogłaby się teraz
odwrócić do niego i szepnąć mu, jak wiele ta przyjaźń dla niej znaczy.
Jak ważna jest dla niej ta chwila. Bóg świadkiem, że rodzice nigdy nie
pamiętali o jej urodzinach.
Po odśpiewaniu piosenki jubilatka obeszła krąg, dziękując wszystkim po
kolei i z każdym zamieniając parę słów. Kiedy wreszcie postawiła miskę z coleslawem na stole, który już się uginał pod ciężarem sałatek,
zapiekanek, deserów oraz najróżniejszych sosów i przypraw, Owen "Smitty"
Smith podał jej szklankę z lemoniadą. Był z ich grona najmłodszy -
piegowaty dwudziestoletni dzieciak, który zaciągnął się do Gwardii, żeby
opłacić studia.
- Dzięki, Smitty.
Uśmiechnął się, błyskając metalowym aparatem na zębach.
- Wszystkiego najlepszego, szefowo - powiedział. - Pani ma tyle samo lat
co moja mama.
- Piękne dzięki. - Zaśmiała się, a on zmył się szybko, żeby dołączyć do
swojej nowej dziewczyny.
- Chorąży Zarkades - odezwał się Jamie Hix, wślizgując się za stół obok
niej i przechylając w toaście butelkę z coroną. Był strzelcem pokładowym
w jej załodze. Świeżo rozwiedziony dwudziestodziewięciolatek walczył z Giną, byłą żoną, o wspólne prawo do opieki nad ośmioletnim synem. Ich
rozwód miał bardzo burzliwy przebieg. - Czterdzieści jeden lat, co?
Sięgnęła po surową marchewkę z tacy i nagarnęła nią ranch dressing.
- Sama nie mogę w to uwierzyć.
- Szkoda, że Michael nie zdołał przyjść.
Nie zaskoczył jej tym stwierdzeniem. Wiedziała, że większość obecnych tu
przyjaciół niejednokrotnie się zastanawiała, dlaczego Michael tak rzadko
pokazuje się na ich spotkaniach. Starali się ją chronić. Niewiele mieli
przed sobą sekretów, bo zbyt długo razem ćwiczyli.
- Dużo pracuje i ma bardzo odpowiedzialną pracę.
- Taak. Gina też rzadko się pokazywała.
To porównanie, chociaż w miarę delikatne, nieco ją ubodło. Już miała mu
to powiedzieć, lecz współczujący wyraz oczu Jamiego sprawił, że nagle
poczuła się samotna. Bąknęła coś, nie bardzo wiedząc co, wstała od
stołu, ominęła grilla, przy którym wszyscy zdawali się świetnie bawić, i skierowała się do różanego ogrodu kapitana. Przyglądała się ciasno
zwiniętym, intensywnie różowym pąkom. Różowe. Ona lubiła czerwone róże.
Kiedyś Michael o tym pamiętał.
- Wszystko w porządku? - spytała Tami, stając przy niej i żartobliwie
szturchając ją biodrem.
- Jasne - odpowiedziała szybko.
- Jestem z tobą - powiedziała cicho przyjaciółka, jakby odgadując jej
myśli. - Wszyscy jesteśmy.
- Wiem.
Powiodła spojrzeniem po twarzach ludzi, którzy tak wiele dla niej
znaczyli. Wszyscy w odpowiedzi machali do niej albo się uśmiechali.
Kochali ją, troszczyli się o nią; ci ludzie byli dla niej rodziną tak
samo jak Michael i dziewczynki. Powiodło jej się w życiu.
Nic nie szkodzi, że nie ma Michaela; nie są nierozłącznymi bliźniętami,
tylko małżeństwem. Nie muszą wszystkiego dzielić.
3
Gdy w środę rano Jolene wracała z przebieżki, natknęła się na werandzie
na Betsy. Córka czekała na nią w szlafroku narzuconym na przyciasną
piżamę i w różowych kozaczkach eskimoskach. Minę miała skrzywioną - dość
typowy obrazek w ostatnich czasach.
Jolene przebiegła przez podjazd, sapiąc i wydmuchując kłęby pary.
- Co się stało?
- Dziś jest środa - przypomniała Betsy takim samym tonem, jakim
wyszeptuje się informację: masz raka.
Aha. O to chodzi.
- Sio! - Jolene zagoniła córkę do ciepłego domu.
- Mamo, nie możesz się pokazać. Powiem, że jesteś chora.
- Nie opuszczę dnia karier - stwierdziła stanowczo Jolene, nastawiając
kawę.
- Wspaniale. Zrujnujesz mi życie! - wytknęła jej piskliwie Betsy.
Uciekła na górę, z hukiem zamykając drzwi swojego pokoju.
- O nie, tak być nie może - mruknęła Jolene, podążając za córką na
piętro. Energicznie zapukała do drzwi.
- Odejdź!
Zapukała jeszcze raz.
- Dobra. Wchodź. I tak wejdziesz. Nie ma prywatności w tym głupim domu.
Jolene przełknęła to sympatyczne zaproszenie i nacisnęła klamkę.
Pokój Betsy stanowił odbicie gustu zarówno dwunastolatki, która obecnie
go zajmowała, jak i tamtego urwisa sprzed zaledwie paru miesięcy. Ściany
nadal były w bladożółtym kolorze, wybranym przez Jolene prawie dziesięć
lat temu. Dawno wywędrowało stąd dziecinne łóżko, toaletka i oprawione w ramki ryciny z Kubusia Puchatka. Teraz stało tu duże łoże z kolumienkami nakryte kapą z denimu i zabytkowa, żółta komódka z niebieskimi gałkami, a ryciny zastąpiły plakaty z kudłatymi chłopakami z ulubionych boysbandów małolat. Wszędzie widoczne były ślady wojny
pomiędzy dzieciństwem a okresem dorastania. Na nocnym stoliku obok słoja
z kamykami z plaży i agatami oraz ulubionej niegdyś siatki do łapania
owadów - prezentu od Setha na ósme urodziny - walały się przybory do
makijażu (wymalowana mogła chodzić wyłącznie po domu). Ubrania, które
przymierzała, pomieszane z rzeczami zdjętymi wczoraj po szkole, walały
się na podłodze.
Naburmuszona Betsy siedziała na łóżku z kolanami podciągniętymi pod
brodę.
Jolene przysiadła na brzegu łóżka. Serce rwało się do córki, którą tak
odmieniła szkoła średnia. Ten kiedyś zadziorny i ufny łobuziak pogubił
się w morzu aroganckich dziewczyn i trudnych towarzyskich wyborów.
Ostatnio brak pewności siebie sprawił, że nic nie przychodziło jej
łatwo, a każda decyzja musiała zyskać aprobatę rówieśniczek. Liczyła się
wyłącznie akceptacja grupy i chyba nie było z tym najlepiej.
- Dlaczego nie chcesz, żebym przyszła na dzień karier?
- Bo mi wstyd. Już ci mówiłam. Nikt, kto jest na topie, nie ma mamy
żołnierza.
Jolene starała się nie odebrać tego osobiście i prawie jej się udało.
Poczuła jedynie lekki żal, podobny do ukłucia igłą.
- Ty nie wiesz, co to wstyd - powiedziała cicho, przypominając sobie
własną matkę, która pijana wtoczyła się na wywiadówkę. "Tco ona
naarobiła?" - wybełkotała.
- Sierra będzie się ze mnie nabijać.
- W takim razie kiepska z niej koleżanka, prawda? Bets, dlaczego mi o niczym nie mówisz? Przecież ty, Sierra i Zoe trzymałyście się razem.
- Bo ty mi wszystkiego zabraniasz. One mogą się malować do szkoły i chodzić do galerii, kiedy chcą, a nie tylko w weekendy.
Znowu te same pretensje.
- Jesteś za młoda na makijaż. Umówiłyśmy się, że kiedy skończysz
trzynaście lat, będziesz mogła się delikatnie malować i przekłuć uszy.
Przecież pamiętasz.
- To ty się umówiłaś - wypomniała jej Betsy z goryczą.
- Jeśli nie lubią cię dlatego, że nie tuszujesz rzęs...
- Ty nic nie rozumiesz.
- Bets - zaczęła Jolene najserdeczniej, jak potrafiła. - Co się stało?
Czułość zrobiła swoje. Betsy zalała się łzami. Jolene przygarnęła córkę
do siebie i trzymała w ramionach, pozwalając jej się wypłakać. Trwało to
całe wieki. Betsy szlochała, jakby pękło jej serce, jakby umarł ktoś,
kogo kochała. Jolene tuliła ją do siebie, gładząc po kręconych włosach.
- W zeszłym tygodniu Si-Si-erra przyniosła papierosy do szkoły -
wychlipała. - Kie-kiedy powiedziałam, że to zabronione, nazwa-nazwała
mnie ofiarą losu i namawiała, żebym zapaliła.
Jolene na wszelki wypadek nabrała powietrza.
- I zapaliłaś?
- Nie, ale one teraz się do mnie nie odzywają. Wyzywają mnie od lizusów.
Jolene żałowała, że nie może trzymać córki w ramionach, dopóki nie miną
zagrożenia, dopóki nie dorośnie na tyle, aby swobodnie i bez zahamowań
radzić sobie z takimi sytuacjami. Pragnęła ją pocieszyć, doradzić coś po
matczynemu, lecz nic nie przychodziło jej do głowy. Dopóki nie znalazła
się w wojsku, gdzie obowiązywały proste i jasne zasady, nigdzie nie
pasowała. Dzieciaki ze szkoły widziały, że jest inna - może z powodu
starych ubrań, a może dlatego, że nie chodziła na imprezy ani nie
zapraszała nikogo do domu. Kto wie? W pewnym sensie dzieci są jak
Rycerze Jedi - wyczuwają najmniejsze zawirowania Mocy. Ale ona już jako
dziecko znalazła wyjście - nauczyła się kontrolować i głęboko chować
swoje uczucia.
Dlatego niewiele wiedziała o tak desperackim pragnieniu dopasowania się
do grupy. W normalnych okolicznościach zapewne zrobiłaby Betsy wykład o sile charakteru i wierze we własne możliwości, może nawet podsunęłaby
pomysł, jak się może odegrać na koleżankach. Ale wiadomość o papierosach
w szkole obudziła jej niepokój. Jeżeli koleżanki Betsy, byłe koleżanki,
popalają, musi stanowczo zareagować.
- Zadzwonię do mamy Sierry i...
- BOŻE, nie! Obiecaj, że tego nie zrobisz. Bo inaczej już nigdy nic ci
nie powiem. - Przeraziła się nie na żarty. - Mamo, obiecaj. Proszę...
- Dobrze. - Jolene ustąpiła. - Na razie nic nie będę robić. Ale,
skarbie, pamiętaj, że jeżeli Sierra i Zoe palą w szkole, nie musisz ich
naśladować. Może poszukałabyś sobie nowych przyjaciół. Na przykład te
dziewczęta z drużyny lekkoatletycznej. Wydają się sympatyczne.
- Tobie wszyscy wydają się sympatyczni.
- A Seth?
Betsy przewróciła oczami.
- To lamus. Wczoraj przyniósł do szkoły gitarę i grał na niej na długiej
przerwie. Ale siara.
- Kiedyś lubiłaś słuchać, jak gra.
- I co z tego? A teraz nie lubię. Wszyscy sobie z niego kpią.
Jolene widziała, że córka jest załamana.
- Oj Betsy! - Westchnęła. - Jak możesz tak traktować Setha? Sama wiesz,
jak ci przykro, kiedy Sierra i Zoe są dla ciebie niedobre.
- Jeżeli będę się z nim kolegować, wszyscy się ode mnie odwrócą.
- Bets, nie możesz być takim lemingiem.
- Co?! Chcesz powiedzieć, że jestem gryzoniem?
- Tak chciałabym ci pomóc. - Westchnęła. - Niestety, musisz sama sobie
radzić. Bardziej się starać. Jeżeli ty będziesz dobra dla ludzi, oni
odpłacą tym samym.
- Chcesz mi pomóc? Odpuść dzień karier.
I tak wróciły do początku rozmowy.
- Nie mogę. Dobrze wiesz. Zobowiązałam się. Kiedy się coś przyrzeka,
trzeba dotrzymać słowa. Na tym polega honorowe postępowanie. A honor i miłość są w życiu najważniejsze.
- No, jasne.
- W przyszłym roku się nie zgłoszę. Co ty na to?
Betsy popatrzyła na nią badawczo.
- Słowo?
- Słowo.
Nareszcie na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Jolene wolała nie
myśleć, że wywołała go obietnicą rezygnacji z uczestniczenia w życiu
córki.
Tak jak myślała, dzień karier okazał się katastrofą. Betsy przeżywała
męki. Jolene starała się zachowywać bardzo powściągliwie i uważnie
kontrolowała głos, opowiadając, jak w wieku osiemnastu lat, ucząc się w szkole średniej, robiła jednocześnie kurs pilotażu. Uczniowie z otwartymi ustami słuchali opowieści o akcjach, w których uczestniczyła,
chociażby takich, jak podjęcie turystów z góry Mount Rainer podczas
zejścia lawiny w zeszłym roku. Zadawali pytania o gogle noktowizyjne,
broń i ćwiczenia wojskowe. Jolene starała się umniejszać swoją rolę i nie mówiła nic o satysfakcji i dumie, jaką czerpała z pilotowania
blackhawka. Nie umknęło jej jednak, że córka coraz niżej wsuwała się pod
ławkę, jakby chciała zniknąć, a po prelekcji pierwsza znalazła się przy
drzwiach. Sierra z Zoe z ironicznymi uśmiechami pokazywały ją palcami z drugiego końca sali gimnastycznej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki