Przed dwudziestu około laty,
pewnego dnia zimowego, w najobszerniejszym i najozdobniejszym
hotelu gubernjalnego miasta N., panował ruch niezwykły. Na
dziedzińcu w pobliżu wrot stajennych, śród grubej warstwy śniegu,
stały wygodne, rozłożyste sanie, z których nie zdjęto jeszcze
okrywającego je kosztownego kobierca. Czwórka pocztowych koni snać
tylko co od sani tych odłożona, okryta pianą zmęczenia, pośpieszną
zdradzającego jazdę, pobrzękiwała dzwonkami niecierpliwie,
wyrywając się z rąk trzymającego ją za uzdy pocztyljona, na widok
stajni. Z pańska ubrany i wyglądający kamerdyner zdejmował z sań
tłómoki, których spora liczba i wykwintna zewnętrzna postać
znamionowały, że właściciel ich był możnym i nawykłym do
różnorodnych wygód i wygódek życia człowiekiem. Z tłómoków tych
można było jeszcze wnioskować, iż należały one do mężczyzny
młodego, rozmiłowanego we wszystkich eleganckich drobnostkach
których wartość w istocie bardzo drobną, pobyt na wielkim świecie
podnosi do znaczenia nieodbitej prawie potrzeby. Toteż służący w
płaszczu futrzanym, z pod którego widniało czarne cienkie ubranie,
z prawdziwą pieczołowitością, rzec można z uszanowaniem zdejmował z
sań podróżne przybory, napełnione jak się zdawało kosztownemi a
wątłej mocy przedmiotami, i ostrożnie stąpając po wschodach, niósł
je ku świeżo zajętemu, a na pierwszem piętrze budowy znajdującemu
się mieszkaniu swego pana. Wytworny służący dźwigający również
zapewne wytworne rzeczy, mijał się po drodze ze służbą hotelową,
niezmiernie pośpiesznie i gorliwie biegającą na wsze strony, jak
zwykle bywa gdy do podobnego zakładu zawita gość znany z
zamożności, a co więcej z hojności, obiecującej obfite za usługi
wynagrodzenie. Każdy tam śpieszył się, pragnął pierwszym być w
usłużeniu, i okazać się najgorliwszym w spełnianiu rozkazów.
Rozkazów tych musiało być wiele, wnosząc z nadzwyczajnej bieganiny
i krzątaniny, jakie poruszały całą hotelową ludność. Gość był snać
wymagającym, do zbytku i posłuszeństwa nawykłym; a jeśli nie mógł
ograniczyć się byle czem, wszyscy wiedzieli dobrze o tem, że i
zapłata jaką wynagradzał oddane mu usługi, nie bywała byle jaką.
U szczytu wschodów prowadzących na pierwsze piętro zjawił
się kelner w białym fartuchu, i całem ciałem przechylając się nad
poręczą, z całej siły krzyknął do stojącego na dole towarzysza.
- Pod numer 10-ty! Filiżanka buljonu, jarząbek, komput z
pomarańcz i butelka madery!
Wydawszy rozkaz zniknął, a ten który go otrzymał, rzucił się
z wielkim pędem ku szklanym drzwiom prowadzącym do bufetu i sali
restauracyjnej. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i szyby brzęknęły
tak, że aż stojący przy bufecie posługacz wyższego stopnia,
przestraszony odwrócił głowę.
- Czegoż tak pędzisz, jakby cię kto z batogiem doganiał!
Wystraszysz gości! - zawołał z gniewem do przebiegającego chłopca.
- Jaśnie Wielmożny pan Anatol Dembieliński! - w kształcie
objaśnienia odkrzyknął zagadnięty, i nie zatrzymując się pobiegł co
tchu w swoją stronę.
Człowiek strzegący bufetu skinął głową i podniósł brwi
wsposób, który objawiał myśl: - To co innego!
Ze wschodów zwolna i w zamyśleniu zstępował jeden z
hotelowych gości; kelner, ten sam który przed chwilą wydawał
dyspozycję śniadania, zbiegając zgóry potrącił go tak, że gość aż
się zachwiał, i zapominając nawet o przeproszeniu, pędził ku bramie
dziedzińca. - Do licha! - zawołał gość potrącony, co się wam stało
dzisiaj! biegacie, hałasujecie, roztrącacie ludzi po drodze; kto
tam taki przyjechał? król czy papież?
- Pan ober-sekretarz! - nie odwracając głowy odpowiedział
kelner, i wpadłszy na dziedziniec zawołał donośnie: - Pocztyljon
pana ober-sekretarza!
Wezwany poskoczył ku wołającemu, a ten wyciągnął doń rękę z
assygnatą.
- Tryngielt od pana ober-sekretarza! - wymówił z rodzajem
namaszczenia.
Pocztyljon także z rodzajem namaszczenia przyjął podarek, i
uchylił czapki przed oddającym go kelnerem, jak gdyby uważał go w
tej chwili za przedstawiciela samego dawcy. Stosownie do zwyczajów,
tryngielt był w istocie królewskim; ale też i konie pianą okryte,
zdyszane, świadczyły że ten kto niemi władał, zapracował nań dobrze
kosztem sił i zdrowia niewinnych zwierząt.
Rządca hotelu stał w pobliżu drzwi swego mieszkania, i z
powagą odpowiednią stanowisku zwierzchnika, przypatrywał się
bieganiu i krzątaniu się podwładnych. Zdałoby się, że oczekiwał na
kogoś, komuby mógł ważne jakieś zadać pytanie, bo wyraźna ciekawość
malowała się na jego twarzy.
Ile razy służący nowoprzybyłego pana przechodził mimo niego,
rządca ścigał go wzrokiem; widząc jednak pośpiech i staranność z
jakiemi pełnił swe zajęcie, nie zaczepił go, lubo widoczną miał do
tego ochotę. Nakoniec przyszła chwila, w której służący pośpiesznie
wprawdzie, ale już bez tłómoków, zstąpił ze wschodów i skierował
się ku bramie wiodącej na ulice miasta.
Rządca uczynił parę kroków naprzód.
- Dzień dobry panie Ignacy! - wymówił uprzejmym tonem
zwiastującym dobrą znajomość.
- Dzień dobry, panie Józefie! - odpowiedział sługa uchylając
czapki z galonem.
Podali sobie ręce na powitanie.
- Cóż tam słychać? - zagadnął rządca.
- Gdzie? z kim?
- A no, ze starym panem Dembielińskim?
- Zdrów zupełnie.
- Jakto! wyzdrowiał! - zawołał rządca z pewnem zdziwieniem w
głosie.
- Umarł! - lakonicznie odpowiedział lokaj.
Rządca cmoknął ustami.
- W takim razie, - wymówił zwolna - pan ober-sekretarz jest
teraz panem całą gębą...
Jakiś ironicznie złośliwy wyraz wybił się na twarzy lokaja.
- Alboż dotąd nie był takim? - zapytał.
- Zapewne! zapewne! ale teraz odziedziczył po ojcu dobra...
- A tak! dobra! - powtórzył lokaj, a z gardła jego wydobył
się dźwięk podobny do stłumionego śmiechu.
Ale rządca nie zwracał uwagi na wyraz twarzy i intonację
głosu tego z kim rozmawiał.
- Powiedz mi panie Ignacy, - wypytywał dalej - czy wracacie
do stolicy?
- A naturalnie...
- Pan ober-sekretarz nie ma więc zamiaru zamieszkać w swoich
dobrach...
- Nie, takiego zamiaru pan ober-sekretarz niema...
- Zapewne! zapewne! taką robiąc karjerę! taki młody a już
jest ober-sekretarzem... Ale może kiedyś w przyszłości zamieszka w
swoich dobrach...
- Może kiedyś w przyszłości zamieszka... powtórzył sługa
zawsze z tym samym wyrazem ukrywanej ironji na twarzy.. Patrzył na
otwierającą się w tej chwili bramę, i zdawał się mieć wielką ochotę
zakończyć rozmowę. Ale rządca przytrzymywał go za pętlę u płaszcza.
- Słyszałem... nie pamiętam doprawdy od kogo... ot tak mi
obiło się coś o uszy, że stary pan Dembieliński miał długi. Musiało
to być coś nieznaczącego... jakaś bagatela... taki pan i taką
karjerę zapewnił synowi... w stolicy niepodobna zrobić karjery bez
pieniędzy...
Lokaj milczał i patrzył na bramę.
- Jakże to tam jest, panie Ignacy?
- Z czem takiem?
- A no, z temi długami.
Lokaj usunął się tak żywo, że pętla jego płaszcza wymknęła
się z przytrzymujących ją palców rządcy.
- Śpieszy mi się! - zawołał - wszak to już pierwsza godzina!
I z kieszeni kamizelki wydobył dość piękny zegarek, z
wyraźną intencją błyśnięcia nim przed oczami rządcy. Spojrzał na
wskazówki, które w istocie ukazywały godzinę pierwszą popołudniu,
skinął głową swemu interlokutorowi, i uczynił parę kroków ku
bramie.
- A dokąd to? - zawołał za nim rządca nie zrażony chłodnem
pożegnaniem lokaja.
- Do pani Ewy Dembielińskiej - była odpowiedź. Pan
ober-sekretarz życzy sobie wiedzieć czy zdrowa, i o której godzinie
może się z nią widzieć.
- Zdrowa! zdrowa! i ślicznie wygląda! Widziałem ją dziś jak
jechała z córeczką przez miasto, zapewne na spacer...
W tej chwili dwaj rozmawiający znaleźli się znowu obok
siebie. Rządca poufale złożył rękę na ramieniu lokaja, i ciekawie
zaglądając mu w oczy wymówił półgłosem:
- Pan ober-sekretarz będzie miał śliczną żonę, nieprawda?
- To się rozumie! i bogatą naturanie.
- Wszakże zaręczeni z sobą, nieprawdaż?
- Podobno że tak...
- Jakto! więc to jeszcze rzecz niepewna?
Twarz lokaja przybrała wyraz uroczysty. Westchnął i rzekł:
- I cóż jest pewnego na tym świecie, szanowny panie Józefie!
Mówiąc to, wyszedł na ulicę, a rządca stał jeszcze chwilę na
miejscu, jakby rozmyślał nad tajemniczem znaczeniem filozoficznej
uwagi, wypowiedzianej przez lokaja pana ober-sekretarza.
Tymczasem w świeżo zajętym apartamencie tylko co przybyłego
gościa, wszystko już było urządzone, ustawione, do najdoskonalszego
ładu doprowadzone; dwa niewielkie lecz dość wykwintnie przybrane
pokoje świeciły czystością i polorem, jakie im zdołała już nadać
wprawna i umiejętna ręka kamerdynera, znającego nawyknienia i
upodobania swego pana. Znajdowało się tam wszystko co tylko służyć
może ku uwygodnieniu i uprzyjemnieniu kilku dni spędzonych w
podróży: puszyste dywany, miękkie we wschodnie desenie wyszywane
poduszki, lustro w szerokich srebrnych ramach, ostawione mnóstwem
toaletowych przyborów, głębokie składane krzesło na biegunach,
okryte cenną tkaniną jedwabną, a mogące służyć tak do poobiedniej
drzemki, jak do prowadzenia miłej gawędki z osobą poufałą; wielki
portfel z angielskiej skóry wyciskami z kości słoniowej kunsztownie
przyozdobionej; kilka książek nakoniec, z których część wyglądała
bardzo poważnie, inne oprawą i objętością zdradzały treść lekką, ku
rozrywce umysłowej służącą.
Właściciel tych wszystkich cennych i wykwintnych
przedmiotów, gość nazywany przez hotelową ludność jaśnie wielmożnym
Dembielińskim, lub panem ober-sekretarzem, był młodym i
niepospolicie pięknym mężczyzną. Bogato rozwinięte i doskonale
wykończone kształty jego ciała, zwrócić mogły na siebie baczną
uwagę lubującego się we wszelkich objawach piękna artysty; marząca
kobieta przez długą chwilę zatrzymałaby swe oko na twarzy jego o
regularnych a zarazem wyrazistych, i energicznemi linjami
zakreślonych rysach. Ale najmniej już postać ta męzka i twarz
energicznie piękna ujść mogła uwagi myśliciela, lubiącego wczytywać
się w te znaki i kształty, w jakie zewnętrzną powłokę człowieka
urabia wewnętrzna jego istota. Wielkie czoło młodego człowieka,
wydęte nieco nad brwiami hebanowej czarności, znamionowało umysł
bystry, rzutki, pojętny lecz niespokojny. Jakieś cienie i
zmarszczki błąkały się wciąż po niem, znikały i powracały znowu;
były to zapewne chmurne szlaki myśli, które natłokiem przepływały
przez głowę, albo wybijające się na zewnątrz niepokoje ducha,
targającego się w wątpliwościach, rwącego się z buntem, z żądzą ku
celom które spostrzegał i dosięgnąć usiłował. Nad czołem tem mądrem
lecz niespokojnem, panował gęsty las włosów kruczej czarności
pokręconych w tysiąc kędziorów, i harmonizujących z wielkiemi
również czarnemi źrenicami, które pływały po niebieskawych
wypukłych białkach, a patrzyły przed siebie z dumą hardą i
wyzywającą, lecz bez pogody i słodyczy. Nos prosty, doskonale
grecki, z cienkiemi i ruchomemi nozdrzami, zgadzał się dobrze z
zarysem ust kształtnych i pąsowych, z niższą wargą nieco wydętą,
jak bywa zwykle u ludzi zuchwałych i pogardliwych. Na całej twarzy
tej rozlewała się bladość śniada, matowa, jednostajna, zdradzająca
życie miejskie, długie lata spędzone bez promieni słonecznych,
obficie sypiących się z nieba nie przysłonionego niczem, bez
świeżych powiewów swobodnie przelatujących szerokiemi polami, bez
uciech prostych jak natura a zdrowych i jędrnych jak ona; życie
pędzone śród grubych murów stolicy, nie dozwalających ludziom
patrzyć prosto w błękity i słońce, gorączkowe, sztuczne, dzień w
noc, a noc w dzień przemieniające, owiane chaotycznym gwarem ulic,
napełnione tłokiem i hałasem ścierających się w szalonym boju
namiętności i interesów, napojone narkotykiem pychy i próżności,
przesiąknięte na wskróś trucizną łatwych, a nie zawsze niewinnych
rozkoszy.
To życie stołeczne, wykwintne, zbytkowne, całe niby na
zewnątrz wylane a jednak obłudne, niby ku ważnym sprawom dążące a
jednak uganiające się za drobiazgowemi effektami, i tą
doskonałością pozorów które mają pokrywać niedoskonałość gruntu -
to życie odarte z blasków słonecznych a przysypane złocistym
pyłkiem modnych świecidełek, odzwierciadlało się tak w pełnej
niepokoju grze fizjonomji Anatola Dembielińskiego, w oczach jego
migocących jakimś stalowym zimnym połyskiem, w zarysie ust dumnym i
pogardliwym, w ruchach i giestach wymierzonych i niejako
systematycznych, w ubraniu nakoniec pełnem wykwintu i tej
drobiazgowej staranności, która jeśli jej dobry smak nie strzeże,
przechodzi w przesadę i staje się śmiesznością. Młody Dembieliński
musiał jednak posiadać wiele dobrego smaku, bo pomimo niezmiernej
starannosci i wykwintności swego ubrania, nie miał wcale pozoru
stołecznego dandysa - i niktby go nie mógł wziąć za jednego z
bohaterów kawiarnianych, lub zakulisowych Donżuanów i salonowych
księżyców, jakich pełno posiada każde wielkie i wielobarwne miasto.
I owszem, jeżeli można było z ruchów, postawy i ubioru
Dembielińskiego wyprowadzić wnioski o tem czem okazać się on
pragnął, ku czemu dążył, na wzór jakiego typu kształtował całą swą
zewnętrzność, - to już najłatwiej nasuwał się myśli jakiś typ
wysokiego dostojnika, zwierzchnika kierującego szerokim zakresem
prac ważnych, i trzymającego w swej dłoni losy wielu podwładnych;
jakiegoś męża stanu nakoniec pełnego powagi, stanowczości, i tego
chłodu urzędowego, pod którym kryć się mogą wulkany, nigdy wszakże
nie wybuchając, lub wybuchając w najgłębszej tylko tajemnicy z
obawy zamącenia tego tła jednostajnego, na którem monarchowie i
ludy kreślą najchętniej votum zaufania. Wulkanom nie ufa nikt
rozsądny i o bezpieczeństwo swoje dbały, bo kapryśne są one, a
uścisk ich to otchłań napełniona żuzlami. Za to gładka i równa
powierzchnia wody zachęca ludzi, aby powierzali jej łodzie losów
swoich; odzwierciedla ona pogodę niezmąconą, a w łonie swem dla oka
nieprzeniknionem, każe domyślać się głębi i bogactw tem więcej
nęcących, że okrytych tajemnicą.
Widoczną było rzeczą, że Dembieliński nie był jeszcze ani
wysokim dygnitarzem, ani zwierzchnikiem ludzi pracujących nad
ważnemi rzeczami, ani mężem stanu zdobywającym zaufanie u monarchów
i ludów. Nie osiągnął on jeszcze żadnego z tych wysokich stanowisk,
ale osiągnąć wyraźnie pragnął i starał się; a przewidując że cel
swych dążeń i pragnień prędzej lub później otrzyma, zawczasu już
uczył się na pamięć roli, jaką obrał sobie na scenie społecznego
życia - kształtując zewnętrzność swą, a zapewne i wewnętrzną istotę
tak, aby najlepiej odpowiadać jej mogły. Wszystko na nim, począwszy
od sposobu w jaki układały się włosy aż do węzła czarnego krawatu,
łańcuszka od zegarka i rodzaju haftu przyozdabiającego koszulę,
wykwintnem było i kosztownem; zbytnią przecież błyskotliwością nie
uderzało, przystając wybornie do siebie i zlewając się w całość
pełną powagi i surowości, z za których jakby od niechcenia,
przebijał się dostatek do bogactwa posunięty.
Ale w powadze i surowości, jaką przyodział siebie ten
człowiek, który nie przestał jeszcze być młodzieńcem, umiejętnie
godząc je z wykwintem bogatego mieszkańca stolicy, niebyło ani
pogody wewnętrznej głębokiego myśliciela, ani zadowolenia z
własnych czynów szlachetnego pracownika; widniały z nich za to dwie
cechy charakteru, dwa niejako żywioły władające duszą mieszkającą w
tem pięknem ciele: energja i ambicja. Anatol był energicznym,
poznać to można było z postawy jego, zarysu w jaki układały się
usta; że był ambitnym, wydawały to jego spojrzenia tonące w próżnej
przestrzeni, niby w pogoni za czemś, lub od czasu do czasu
podnoszące się w górę jakby w chęci dosięgnięcia wzrokiem wysokich
jakichś szczytów; musiał być także śmiałym, bo głowę nosił wysoko,
a na ustach miewał zuchwałe uśmiechy - i zaprawionym do ukrywania
uczuć swych i myśli, bo wulkany wewnętrzne, które błyskawicami
wybuchały mu ze źrenic, i cienie gorączkowych niepokojów rzucały na
czoło, osłaniać umiał sztucznym chłodem, rozważną jednostajnością
poruszeń, na której wielce tylko wprawne oko omylić się nie mogło.
Teraz w ozdobnem hotelowem mieszkaniu, otoczony wszystkiem
co tylko może otaczać najwybredniejszego sybarytę znajdującego się
w podróży, Anatol leżał na miękkiej sofie z głową na dłoń
opuszczoną, w głębokiem pogrążony zamyśleniu. Na twarzy jego
rozlewało się jakieś przykre, cierpkie uczucie; z pod wpół
spuszczonych ciemnych powiek, widać było źrenice zapalające się
gwałtownie, i z niespokojną szybkością przebiegające z jednego
kwadratu woskowanej posadzki na inny, lub szklanno z rodzajem
osłupienia, długiemi chwilami wpatrujące się w jedno miejsce; dumne
usta przycięte były nieco jakby pod wpływem bólu lub gniewu; czoło
naznaczone głęboką zmarszczką, wyrażało namysł a zarazem silnie
poczuwaną dolegliwość. Wprawdzie ledwie widzialny biały brzeżek
odbijający od czarnego tła ubrania, a oznaczający świeżo
przywdzianą żałobę, usprawiedliwiać mógł na pozór to jakby bolesne
zadumanie młodego człowieka. Po bliższem wszakże przyjrzeniu się
można było dostrzedz, że nie było ono jedynie wypływem żalu po tem
co było drogiem a żyć przestało, ani tkliwych wspomnień, jakiemi,
jakby żałobnemi kwiatami, serce zranione, w ciszy i zadumie
posiewać lubi mogiły ukochanych. W zamyśleniu Anatola przebijał się
gniew głuchy i niepokój z trwogą niemal graniczący. Znać cios jakiś
zwalił się nagle na kwiatami dotąd usłane życie tego szczęśliwca,
postawił zaporę pośród drogi którą on postępował łatwo i już
wprawnie, zagroził zdruzgotaniem tych gmachów, jakie budowane
gorącą wyobraźnią młodzieńca, były przedmiotem namiętnych żądz jego
i ambitnych dążeń. Śniadanie oddawna już zastawione było na
przygotowanym do tego stole; kelner wchodził co chwilę na palcach,
poprawiał nakrycie, ustawiał krzesła, wychodził bez szelestu i
wkrótce wracał znowu, spodziewając się nowych rozkazów, - a gość
ten siedział wciąż pogrążony w dziwnem swem zamyśleniu, nie zdając
się poczuwać drażniącego przyjemnie zmysł powonienia zapachu
wyśmienitych potraw, ani słyszeć ostrożnych stąpań gorliwego
posługacza. I niewiadomo jak długo pozostawałby tak nieruchomy z
posągowo ułożoną na sofie postawą, z błyskawicami gwałtownych uczuć
w nawpół przysłonionych powieką oczach, z goryczą w wyrazie ust
zaciśnionych, z chmurami niepokoju płynącemi po zmarszczonem czole,
gdyby nie otworzyły się głośniej drzwi wiodące z hotelowego
korytarza, i nie wszedł przez nie kamerdyner przed półgodziną
wysłany przez pana swego na miasto.
- Pani Ewa Dembielińska... - wymówił sługa zatrzymując się o
kilka kroków od sofy.
Na dźwięk jego głosu, a może wymówionego imienia, Anatol
wyprostował się, cała twarz jego zmieniła wyraz, i z chmurnej stała
się nagle promieniejącą.
- Pani Ewa Dembielińska, kończył służący, życzy sobie
widzieć jaśnie wielmożnego pana o godzinie szóstej wieczorem.
- O szóstej, - jakby machinalnie powtórzył Anatol, - o
szóstej! a któraż godzina teraz?
- Niespełna druga! - odparł kamerdyner spoglądając na swój
piękny zegarek, którym pysznił się widocznie.
Wyraz zdziwienia odbił się na twarzy młodego człowieka,
czarne brwi jego podniosły się lekko w górę, oczy utkwiły w twarzy
lokaja.
- Czy nie omyliłeś się? - zapytał. - Czyś dobrze słyszał, że
proszono mię abym przyszedł o szóstej?
- Tak mi powiedziała Aloiza, panna służąca pani
Dembielińskiej.
- A! Aloiza! - samej więc pani nie widziałeś?
- Nie zostałem wezwany przed obecność samej pani, jaśnie
wielmożny panie.
- A! nie zostałeś wezwany! Aloiza więc powiedziała ci że o
szóstej?
- Tak, jaśnie wielmożny panie!
- A teraz która?
- Niespełna druga!
Anatol spuścił znowu powieki, i przez chwilę wzrok jego
szklany znowu utkwiony był w ziemię.
- Może pani Dembielińska chora? - rzucił po chwili pytanie
nie podnosząc oczu, i nie zmieniając kierunku ani wyrazu
spojrzenia.
- Nie, jaśnie wielmożny panie, przyjmowała gości...
Na te wyrazy Anatol powstał. Po czole jego i policzkach
rumieńce przepłynęły szybką, gorącą falą.
- Gości przyjmowała! - wymówił przez zaciśnięte zęby. - I
kogóż to?
Zdawało się, że pytanie to zadawał więcej sobie samemu niż
stojącemu przed nim słudze, ale ten czuł się w obowiązku
odpowiedzieć.
- U pani Dembielińskiej znajdował się hrabia Seweryn Horski.
Anatol jakby spostrzegł niestosowność takiej rozmowy ze swym
kamerdynerem, podniósł głowę, przywołał na twarz zwyczajny wyraz
chłodnej powagi, i zwracając się ku oknu wymówił niedbale:
- Możesz odejść!
Zaledwie służący usłuchał pozwolenia, które było rozkazem,
Dembieliński odwrócił się od okna, i począł przechadzać się po
pokoju. Krok jego równy i mierzony jak też i ruchy wyniosłe i jakby
nieco niedbałe, nie objawiały wewnętrznego wzburzenia; snać
człowiek ten tak długo panował nad swoją powierzchownością i
nastrajał ją według pewnej żądanej normy, że nawet w chwilach
gwałtownych wzruszeń zdradzić go już ona nie mogła. Ale po twarzy
schmurzonej znowu przepływały teraz co chwilę różowe strugi nagle
ukazujących się i nagle znikających rumieńców, a w czarnych
źrenicach bystro i niespokojnie przebiegających z przedmiotu na
przedmiot, krzyżowały się jakieś ostre, stalowe, a coraz żywsze
blaski. Stanął nagle na środku pokoju, i białą rękę zapuścił w
krucze włosy. O godzinie szóstej! - wymówił zwolna, - pięknej mojej
narzeczonej niezbyt pilno jak widać ujrzeć mię po tak długiem
rozłączeniu! Rozkazuje abym czekał cztery godziny, a tymczasem
przyjmuje gości! Dawniej! o, dawniej...
Nie dokończył swej myśli i stał długo w zamyśleniu ze
wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Miłem snać jakiemś przywołany
wspomnieniem, słodszy, łagodniejszy blask rozświecił mu oczy;
szybko jednak minął, i twarz Anatola wróciła do chmurnego wyrazu
jaki okrywał ją przed chwilą.
- Nie! - zawołał rzucając się na sofę, - to być nie może!
Miałażby ona zawieść mię i zdradzić w najważniejszej i najcięższej
chwili mego życia? Fortuna i kobieta miałyżby jednocześnie odwrócić
się odemnie, aby cios po ciosie zadawać najpiękniejszym moim
nadziejom?
Gdy usta Anatola cichym lecz gwałtownym szeptem wypowiadały
te wyrazy, twarz jego pobladła widocznie. Przypuszczenie jakie
czynił, musiało do głębi wstrząsnąć jego istotą; związek z kobietą
o której myślał, był mu snać bardzo drogim. Siedział długo
nieruchomy i zadumany, a z wyrazu twarzy jego poznać można było, że
z bacznym namysłem a razem z głębokiem wzruszeniem rozważał różne
szanse losu, z których jedne wynieść go mogły na szczyt szczęścia,
inne strącić w walki i śmiertelne zwątpienia. Ostatnie przecież
obrazy jakie ukazały się oczom Anatla w tej tajemniczej dziedzinie
przyszłości, w jaką wpatrywał się z natężeniem, światłemi snać
malowane były barwami, bo czoło jego rozjaśniało się stopniowo,
oczy napełniły się znowu tym wyrazem śmiałości i dumy, który znikł
z nich na chwilę, głowę podniósł wysoko, stanął, wyprostował się i
odetchnął z głębi piersi.
- Nie! - wymówił, - tak źle nie będzie! Kobieta mię nie
opuści, a fortuna powróci do mnie. Nie na tom stworzony aby borykać
się z nędznemi przeciwnościami i maluczkiemi okolicznostkami życia,
których zwyciężanie bywa udziałem pospolitych miernostek! Dotknęło
mię wprawdzie nieszczęście wielkie i niespodziane, lecz cóż ztąd?
Nie ostatnia to jeszcze stawka gry mojej, i nie przedostatnia
nawet! Młodość, ukształcenie, stosunki w świecie, miłość Ewy...
Uśmiech okrążył mu usta, oczy zaświeciły znowu nie tym co
wprzódy zimnym stalowym blaskiem, ale gorącemi ogniami, które
widocznie wydobywały się z samego serca.
- O! bo ona mię kocha! - szepnął, - tyle lat... tyle
miesięcy... tyle dni żyła myślą o mnie... Alboż kobieta może
kiedykolwiek wyrzec się takiej miłości?...
Machinalnie spojrzał w wielkie, odbijające całą jego postać
źwierciadło, i zatapiając w niem spojrzenie, wyrazem twarzy
dopowiedział: - I takiego jak ja człowieka!...
Rozmyślanie to przerwało wejście hotelowego sługi, który
przychodził pytać się o rozkazy j. w. pana ober-sekretarza, a
zarazem wielce nieśmiało objawił niepokój swój o śniadanie, które
ostygło i zapewne smakować dobrze nie będzie. Dembieliński po raz
pierwszy rzucił wzrokiem na stół obficie zastawiony, a po chwili
topił nóż wyostrzony jak brzytwa w białej i kruchej piersi
jarząbka. Apetyt z jakim zabrał się do ostygłego już nieco
śniadania, objawiał wyborne zdrowie młodzieńcze, gastronomiczne
przywyknienia wytwornego smakosza, i zupełne prawie uspokojenie
umysłu, sprawione zapewne przedchwilowem długiem rozmyślaniem.
Jarząbek zniknął wkrótce z półmiska wraz z towarzyszącym mu
komputem, opleśniała butelka wypróżnioną została w czwartej części.
Młody sybaryta rozkazał przynieść sobie filiżankę czarnej kawy, i
zapalając hawańskie cygaro, z cicha zanucił parę strof jakiejś
pieśni. Nagle przerwał sobie nucenie. Traf, czy naprężony ku
jednemu przedmiotowi kierunek myśli, przyniósł mu do pamięci ową
figlarną a jednak smutnego znaczenia pełną piosenkę z modnej
podówczas opery Rigoletto: "La donna e mobile". Przestał śpiewać,
opuścił rękę niosącą już ku ustom zapalone cygaro, i szklanemi
znowu oczyma wpatrując się w przestrzeń, wymówił zcicha:
- Tak! Kobieta zmienną jest! Czyliż tej prawdy nie nauczyło
mię życie w stolicy!
Oparł głowę na dłoni, pogrążył się w zamyśleniu, a po twarzy
jego przesuwał się na przemian wyraz to pełnej wiary w przyszłość
ufności, to goryczy, obawy i zwątpienia. Ostatnią godzinę
oczekiwania Dembieliński spędził w długiem, biegunowem, na sposób
amerykański urządzonem krześle. Kołysał się zwolna, rozmyślał, i co
chwilę spoglądał na zegarek. O trzy kwadranse na szóstą powstał, i
zbliżywszy się do źwierciadła, kilku rzutami wprawnej ręki
przyprowadził do porządku krucze swoje włosy, rozrzucone nieco w
czasie niespokojnych przedchwilowych dumań. Przy tej czynności
uśmiech zadowolenia parę razy zjawił się na jego ustach. Wiedział
widocznie że jest pięknym; ale po sposobie w jaki przypatrywał się
twarzy swojej i postaci odbitej w źwierciedle, poznać można było,
że powierzchowna piękność ta nie była dla niego, jak dla
pospolitych miejskich dandysów i elegantów, przedmiotem próżnej
chluby i narzędziem drobnych salonowych powodzeń; ale że uważał ją
jako jedną z sił któremi władał, a które umiejętnie użyte zdobyć
musiały to, co stanowiło osnowę dumnych jego zamysłów i marzeń,
sięgających kędyś wysoko.
- Hrabia Horski! - wyrzekł do siebie Anatol, odwracając się
od źwierciadła. Hrabia Seweryn Horski! - powtórzył tonem człowieka,
który sili się na przypomnienie sobie czegoś. A! - zawołał, nagle
dłonią uderzając czoło, - wszakże to ten filozof! - on starał się o
jej rękę kiedy była jeszcze młodziuchną... Wspomnienia!
wspomnienia! - dodał z ironją, i zaśmiał się półgłosem, przykrym
jakimś i cierpkim śmiechem. Miałyżby one zwyciężyć teraźniejszość?
I raz jeszcze spojrzał na zegarek. Kilka już tylko minut brakowało
do szóstej. Zadzwonił na kamerdynera, a po chwili w kosztownem
futrze zarzuconem na ramiona, w błyszczącym i na znak żałoby wązką
przepaską z czarnej krepy otoczonym kapeluszu, wychodził na
korytarz. Idąc kończył wkładanie jasnych rękawiczek. Krok jego
jednostajny był i równy, postawa nacechowana pewnością siebie,
twarz wypogodzona i poważna. Posługacze z głębokiem uszanowaniem
usuwali się na bok przed J. W. panem ober-sekretarzem, w bramie
rządca hotelu nisko uchylił przed nim czapki, szwajcar z poskokiem
otworzył bramę, prowadzącą na ulicę. Jakaś młoda, ze średniej snać
klassy pochodząca kobieta, w kapeluszu i salopie, a stojąc za
szklannemi drzwiami mieszkania szwajcara, długo ścigała wzrokiem
przechodzącego młodzieńca, a gdy oddalił się wymówiła pół głosem:
"Jakiżto piękny mężczyzna!" - "A jaka w nim powaga, jaki rozum i
grzeczność! to prawdziwy wielki pan!" - dorzucił z boku jeden ze
starszych lokajów, i spojrzał na kamerdynera, który towarzyszył
swemu panu aż na dół wschodów. Kamerdyner nic nie odpowiadał na te
uwagi, ale dziwnie jakoś uśmiechał się pod bujnym wąsem.
Ktokolwiek nie gardzi różnemi drobnemi objawami,
wybijającemi się na twarze ludzi stojących u samego dołu
społeczeństwa, ten niejednokrotnie mógł zauważyć, że uśmiechy ludzi
służących u młodych i pięknych panów, miewają w sobie często coś
złowieszczego. Nie darmo powiedziano, ze nikt nie uchodzi za
wielkiego męża w oczach swego lokaja. Kamerdyner Anatola
Dembielińskiego widocznie nie uważał swego pana za szczęśliwca,
wcielającego w siebie bogactwo, potęgę i doskonale powodzenie, za
jakiego mieli go ci, co spoglądali nań z oddalenia.
Wieczór zimowy mroźny był nieco, ale pogodny i oświetlony
srebrną pół obręczą księżyca, która wystąpiła na blady lecz jasny
błękit nieba. Tu i owdzie na ulicach i placach miasta zapalano
żółtawo świecące latarnie, przechodniów było sporo, środkiem ulic z
brzękiem dzwoneczków przesuwały się liczne sanie. Jedne z tych sań
najszybciej ze wszystkich pędzące, zatrzymały się przed niewielkim,
ale ładnie zbudowanym domem, zakrawającym na pałacyk, i
umieszczonym w głębi obszernego dziedzińca, oddzielonego od ulicy
ozdobnemi sztachetami.
Byłoto miejsce oddalone od środka miasta, a blisko
przysunięte ku otaczającym je polom. Z za domu widniały nagie teraz
szkielety licznych a wysokich i rozłożystych drzew, które w lecie
musiały tworzyć rozległy i gęstą zielenią napełniony ogród; pośród
dziedzińca, z grubej warstwy śniegowej, wystawały smukłe kształty
słomą owiniętych kosztownych snać krzewów, biały kompas świecił
pośrodku pod padającym nań promieniem księżyca. W pałacyku kilka
okien pierwszego piętra na wpół przysłoniętych malowniczą draperją
firanek, jaśniało białem, obfitem światłem. Całe to mieszkanie
miało pozór wpół wiejskiej willi, i wyglądało pięknie, zamożnie, a
całkiem po pańsku.
Sanie zatrzymały się przed sztachetami; Anatol wysiadł,
szparkim krokiem przebył dziedziniec, i przez wysokie oszklone
drzwi wszedł do niezbyt obszernej ale bardzo ozdobnej sieni, gdzie
u stóp wschodów szerokich, wysłanych kobiercem, siedział w liberję
przybrany sługa, i czytał pod światłem spuszczającej się od sufitu
lampy, ulotne jakieś pisemko. Na widok wchodzącego, sługa powstał i
oddał mu głęboki ukłon; Dembieliński skinąwszy mu głową, wstąpił na
oświetlone wschody. W przedpokoju na pierwszem piętrze znalazł
innego sługę przyodzianego już nie w liberję, ale w czarne cienkie
ubranie, i rzuciwszy mu futro, które tenże skwapliwie przyjął, udał
się w głąb apartamentu.
Apartament pani Ewy Dembielińskiej składał się z sali
jadalnej, dwóch bawialnych salonów, i dwóch czy trzech małych
potulnych gabinecików. Wszystko zresztą w pięknych tych pokojach
potulne było, miękkie, wonne, i błyszczące tym na wpół
przysłonionym blaskiem, który objawia dobry smak połączony z
bogactwem, już przez samą powściągliwość z jaką wystawia na pokaz
to ostatnie. Pomiędzy wszystkiemi jednak cechami tego mieszkania,
najwybitniejszą była miękkość - miękkość nie tylko już kobieca, ale
posunięta do dziecięcego niemal rozpieszczenia. Znać było, że
istota będąca panią i mieszkanką tych komnat, nie znosiła niczego
coby w najlżejszy sposób razić mogło którykolwiek z jej zmysłów.
Półświatła krzyżowały się tam z pół barwami, w powietrzu unosiły
się pół-wonie, posadzki zasłane kobiercami, wydawały pod dotykającą
ich stopą stłumione pół-odgłosy. Żadnej nigdzie jaskrawości,
żadnego choćby cokolwiek żywszego tonu, żadnej nieco ostrzejszej
linji dostrzedzby tam niepodobna; wszystko było miękko zaokrąglone,
łagodnie wycieniowane, wychuchane z troskliwą pieczołowitością,
nakształt gniazdka usłanego puchem, jedwabiem i różanemi listkami.
- Czy było to odbicie się tych cech mieszkania, czy też głębsze
jakieś wzruszenie serca, dość, że na twarzy Anatola ukazał się
wyraz miękki, graniczący niemal z rzewnością, i spędził z niej do
szczętu dotychczasową powagę i chłód urzędownie nieco wyglądający.
Po chwili jednak, twarz ta wyrazista i ruchoma wtedy tylko gdy nikt
na nią nie patrzył, zadrżała niepokojem i stłumionym jakby bolem.
Było tak może właśnie dla tego, że nikt dotąd twarzy tej nie
spotkał słodkiem powitalnem wejrzeniem; że nie było tam nikogo, na
kimby spocząć mogły czarne oczy młodego człowieka, płonące w tej
chwili niecierpliwością i oszklone mgłą rozrzewnienia. Anatol
przebył już salę jadalną i dwa bawialne salony, zatrzymał się w
progu rozkosznie urządzonego gabinetu, i stał tam parę minut
nieruchomy, wyczekujący - a nikt jeszcze nie wyszedł na jego
spotkanie. Służący, którego znalazł w przedpokoju, znikł był na
chwilę w oddalonej głębi mieszkania, kędy zapewne oznajmiał swej
pani przybycie gościa; potem ukazał się znowu, cichym krokiem
przeszedł długi rząd komnat, a nikt nie ukazywał się jeszcze z za
tej portjery podniesionej ręką sługi i zapadłej znowu, a za którą
kryły się niedostępne obcym oczom i krokom, komnaty.
Anatol stał w progu buduaru, i ciężkie snać jakieś uczucie
przykuło go do miejsca, bo stał nieruchomy, i można było rzec, że
wsłuchiwał się w tę głęboką ciszę jaka go otaczała, przerywana
tylko jednostajnym odgłosem zegara, rozświetlona łagodnemi blaskami
białych i bladobłękitnych lamp płonących w etruskich wazach pod
ażurowemi przysłonami, lub pomiędzy gałęźmi malowniczo ustawionych
roślin. Ciężką, bardzo ciężką widocznie dla młodego człowieka była
ta chwila wytężonego oczekiwania, bo kilka razy twarz jego pobladła
bardzo, a potem zabarwiła się błyskawicznym rumieńcem; bo oczy jego
nawpół osłonione ciemną spuszczoną powieką, strzeliły posępnemi
jakiemiś ognikami; hebanowe brwi ściągnęły się tworząc na czole
głęboką zmarszczkę, a dumna warga przycięta i pobladła, drżała od
chwili do chwili w takt z oddechem gwałtownie pracującej piersi. -
"La donna e mobile", wyszeptał Anatol, i nieopisany uśmiech
bolesnego sarkazmu okrążył mu usta.
Nagle podniosła się tajemnicza zasłona, a z za niej wybiegło
dziecię śliczne jak archanioł wymalowany ręką zachwyconego mistrza.
Była to dziewięcioletnia najwyżej dziewczynka, z białą jak
przezroczysty alabaster twarzyczką, z wielkiemi ciemnemi oczami, z
mnóstwem czarnych zwojów okrywających główkę i opływających drobne
obnażone ramiona. Wbiegła jak motylek, niby skrzydłami wiewając
sukienką z błękitnego jedwabiu, i stopkami błękitno obutemi
zaledwie dotykając puszystego kobierca. Z okrzykiem radości rzuciła
się ku stojącemu w progu gościowi.
- Kuzynku! - zawołała, - to ty! doprawdy to ty! tak dawno
cię nie widziałam! myślałam żeś o nas zapomniał, że nie przyjdziesz
już do twojej małej Krysi!
Było coś orzeźwiającego w tym dziecięcym srebrnym głosiku,
który dzwonił szczerą radością niewinnego serca, i tą świeżością
niewysłowioną, która stanowi wiecznie zwycięzki wdzięk wiosny życia
i natury. To też Anatol rozpogodził czoło, i uprzejmie uśmiechnął
się do dziecięcia, które stało przed nim z główką podniesioną ku
jego twarzy, z różanemi usteczkami otwartemi uśmiechem,
powtarzającym się niby w źwierciedle, w roziskrzonych przeczystych
źrenicach. - Jak się masz, Krysiu? - wymówił ściskając w dłoniach
swych jej drobne rączęta. Nie zapomniałaś więc o mnie jeszcze?
tęskniłaś za mną trochę?
W głosie młodzieńca gdy wymawiał te wyrazy, dźwięczała
tłumiona jakaś boleść. Snać zwątpił on przed chwilą o tem, aby
ktokolwiek tęsknił za nim w tym domu.
- Kuzynie! - wymówiło dziecię, - byłeś zawsze dla mnie taki
dobry! jabym o tobie nigdy zapomnieć nie mogła, nigdy!
Anatol pochylił się żywo, i przytknął usta do alabastrowego
czoła dziewczynki. Pocałunek ten krótki był, ale gorący; można zeń
było poznać, że powitanie tego dziecka ulżyło ciężarowi, jaki spadł
był na serce młodzieńca razem z tą ciszą i samotnością, jakie same
jedne powitały go w tych progach. Sięgnął do trzymanego w ręku
kapelusza, i wydobył zeń wykwintną bombonierkę.
- To dla ciebie Krysiu - rzekł, - widzisz, i ja pamiętałem o
tobie, bom ci przywiózł cukierków ze stolicy.
Dziecię wzięło cacko napełnione przysmakami, ale rzuciło nań
zaledwie parę obojętnych spojrzeń. - Dziękuję ci! - rzekło, - wszak
ja od ciebie zawsze miewam cukierki, przysyłasz je dla mamy i dla
mnie, ale teraz daleko to milej żeś je sam przywiózł! A wiesz? ja
się już uczę grać i rysować. Monsieur Viret powiada, że mam wielką
zdolność do rysunku, et qu'avec le temps je deviendrai artiste.
Ostatnie wyrazy wymówiła figlarnie, prostując się z dumą.
Francuzka wymowa tego dziecka była bez zarzutu, a sposób w jaki się
wyrażała, objawiał wczesne rozwinięcie umysłu i tę śmiałość, jaką
posiadają dzieci hodowane w domach zamożnych, napełnionych zawsze
ludźmi i gwarem.
- Nie wiem czy będziesz artystką - rzekł Anatol, - ale że
jesteś ślicznem dzieckiem, to pewno!
Krysia rozśmiała się głośno, i zrobiła dyg głęboki.
- Dziękuję! - zawołała, - a chcę tylko wiedzieć czy bardzo
kochasz mię za to, że jestem ślicznem dzieckiem?
Anatol miał odpowiedzieć na to pytanie, gdy tuż przy nim
rozlała się w powietrzu delikatna woń heljotropu, i zabrzmiał
miękki jak jedwab, a cichy jak tchnienie głos kobiecy:
- Christine! va rejoindre M-lle Flore!
Na dźwięk tego głosu, rumieniec długą i purpurową strugą
przepłynął po czole i policzkach Anatola; potem zniknął nagle, i
pozostawił po sobie tę głęboką bladość, która oznajmia, że wszystka
krew namiętnie wzruszonego człowieka, skupiła się w gwałtownie
bijącem jego sercu. Podniósł głowę, którą dotąd pochylał ku
pięknemu dziecięciu, i oko w oko spotkał się ze stojącą o kilka
kroków, panią Ewą Dembielińską. Była to postać tak smukła i
powiewna, że możnaby ją wziąć nie za postać kobiecą, ale za
nadpowietrzny uplot tych bladych i drżących świateł, które
napełniały przestrzeń śród której się ukazała. Twarz jej o
ściągłych, niezmiernie delikatnych, ale też doskonale regularnych
rysach, posiadała bladość śniegu, a przezroczystość porcelany;
podłużnie wykrojone oczy, powłóczysto i miękko patrzyły z za gęstej
złotej rzęsy, a barwą źrenic swych iść mogły o lepsze z
niezapominajkami kwitnącemi na łące, albo z rozpogodzonem niebem
letniem, lub tym turkusem, który otoczony rzędami pereł, zapinał
bogatą draperję stanika jej, poniżej łabędziej jej szyi. Na szyję
tę, jak fale roztopionego złota, spływały zwoje włosów pokręconych
w kędziory i warkocze, które podnosząc się w misterną koronę,
obejmowały śnieżne, pochylone nieco czoło. Drobniuchne usta
rozkwitały śród tej ślicznej twarzy, jak pączek bladoróżowej róży,
tak że cała kobieta wraz ze swą powłóczystą, miękko wijącą się w
koło niej szatą, przywodziła na myśl same kwiaty, alabastry,
łagodne światła, i te nadprzyrodzone zjawiska, które w dziedzinie
bajek słyną pod imieniem wieszczek lub nimf. Z powabu jakim
tchnęła, i uroku jaki wywierać mogła, była to prawdziwa Ewa; ale w
niczem niepodobna do owej mieszkanki raju, która stworzona pod
gorącym blaskiem słonecznym, na wskroś przyjęta ożywczemi powiewami
krzyżujących się w przestrzeni wiatrów, nie znająca ni puchu ni
jedwabiów, ni sztucznych woni, ni takichże uczuć - ze snu z którego
wywołała ją ręka Twórcy, powstała prosta, kwitnąca, silna i zdrowa,
jak prawdziwa matka ludzkiego rodzaju. Ta Ewa, która teraz stanęła
przed wpatrzonym w nią rozkochanym wzrokiem młodzieńca, była Ewą
nowoczesną, stworzoną i wyrosłą śród raju salonów, puchu, atłasów,
narkotycznych woni, perfum i sztucznych zefirów wiejących z
usypiająco szeleszczących wachlarzy. Była to uosobiona miękkość,
delikatność, przezroczystość, wiotkość i chwiejność; był to
najczystszy ekstrakt tego co w pewnym świece nosi nazwę dystynkcji;
był to nakoniec wdzięk śniegowego płatka, alabastrowej bombonierki,
heljotropu hodowanego w cieplarni - wdzięk powabny, drażniący
wyobraźnię, zdolny obudzić miłość podobną do litości, rozpalić
namiętność kończącą się spazmem; wdzięk potężny w pewnej mierze,
ale skarłowaciały jak ta sfera, ten odłam ludzkości, której był
dziecięciem, okazem, i chorobliwym lubo ponętnym wykwitem.
Małej Krysi nie było już w pokoju; Ewa i Anatol stali przez
chwilę naprzeciw siebie, rozdzieleni zaledwie przestrzenią kilku
kroków, a żadne z nich nie mogło zdobyć się jeszcze na słowo
powitania. Oboje byli bardzo wzruszeni, ale każde inaczej. Twarz
mężczyzny mieniła się namiętną radością kochanka, witającego
nakoniec w rzeczywistości tę, której obraz napełniał sny jego i
marzenia; we wzruszeniu kobiety przemagało głębokie zmieszanie, nad
którem widocznie zapanować pragnęła a nie mogła. Anatol pierwszy
wyciągnął rękę, i ujmując miękką jak aksamit a białą jak śnieg dłoń
narzeczonej, wymówił z cicha:
- Ewo! najdroższa moja! nakoniec widzę cię!
W tej chwili był tak przenikniony własnem uczuciem, że nie
mógł się wczytywać w twarz kobiety którą witał, i zapomniał nawet o
wyrzutach, jakie niósł tu z sobą za to, że ona mu zbyt długo na
powitanie czekać kazała. Lecz nagle ręka Anatola w dół opadła, a
cała postać wyprostowała się jakby pod wpływem zdumienia czy
obrazy. Poczuł, że palce pięknej kobiety zlekka tylko i zimno
dotknęły jego dłoni; oddała mu ukłon ceremonjalny, i zefirowym swym
głosem wymówiła:
- Bonjour monsieur!
Poczem niedbale i miękko opuściła się na aksamitne poduszki
sofy, i powolnym, zaokrągloną linję kreślącym gestem, wskazała
gościowi swemu poblizki fotel.
Nastąpiła dość długa chwila milczenia. Ewa oparła głowę na
dłoni i patrzyła w ziemię ze zmieszaniem, które jak złe sumienie,
opuścić jej nie chciało; Anatol stał o kilka kroków od niej w
nieruchomej postawie. Boleść wyryła mu znów na czole głęboką fałdę,
poczucie upokorzenia nizko pochyliło mu głowę.
- Pani! - wymówił po chwili głosem, który z trudnością
wydobywał się z jego piersi, a dźwięczał nawpół namiętnym bólem,
nawpół srodze zranioną dumą; - pani! powitanie takie jest dla mnie
zupełnie, zupełnie niespodzianem! Sądziłem... spodziewałem się, że
rozkaz twój dzisiejszy, abym kilka godzin czekał na widzenie się z
tobą, był jednym z tych kaprysów kobiecych, które rodzą się z
nicości i kończą się niczem... Teraz niewiem co mam myśleć, czego
spodziewać się...
Umilkł, bo głos ustał mu w gardle. Patrzył na milczącą
kobietę, która wzroku nie odrywała od ziemi, oczami gorejącemi i
mglącemi się na przemian. W tej walce jednak, która toczyła się w
piersi jego pomiędzy poczuwaną miłością i obrażoną dumą, pierwsza
przemogła.
- Ewo! - wymówił po chwili milczenia - Ewo moja! - i chciał
ku niej przystąpić, ale zatrzymał się jak wryty, bo
niezapominajkowe oczy kobiety podniosły się na niego, i wydały mu
się podobne do kryształu zimnego, błękitną napojonego barwą.
- Panie! - zaczęła głosem silniejszym niż wprzódy, który
jednak drżał trochę zrazu, - powinieneś pan wiedzieć, dla czego
przyjmuję cię w ten sposób. Pomiędzy nami wszystko powinno być
skończonem. Vous m'aves mortellement offensé, monsieur.
Ta kobieta kłamała widocznie, i mówiła o obrazie, której nie
czuła. To też zmieszanie, na wzór upartego sumienia, które
odepchnięte wraz powraca, ogarnęło ją znowu i zamknęło jej usta,
które zadrżały i nic już więcej powiedzieć nie mogły.
- Ja obraziłem cię Ewo! czem? jak? - wymówił Anatol z
wyrazem głębokiego i zupełnie szczerego zdziwienia. - Powiedz mi
pani com uczynił, a może wytłómaczyć się zdołam?
Kobieta z wyraźnem wysileniem podniosła powieki, spojrzenie
jej jednak niespokojne i zmącone jakąś tajemną wewnętrzną walką,
nie utkwiło w tym z kim rozmawiała, ale w przeciwległej ścianie.
- Vous m'avez négligé complétement! ozwała się przeciągle i
z cicha. Pisywałeś pan do mnie ze stolicy rzadko, bardzo rzadko;
listy pana wyglądały tak jakby były pisane z musu. Enfin, z podróży
ze stolicy nie wstąpiłeś pan do N. aby się ze mną widzieć, i od
kilku już tygodni zostajesz w tych stronach, a dziś dopiero po raz
pierwszy pomyślałeś pan o mnie...
Przytoczone pobudki gniewu pięknej kobiety musiały wydać się
Anatolowi bardzo błahemi, bo twarz jego rozpogodziła się, i lekki
nawet uśmiech wstąpił na jego usta. Słuchając słów narzeczonej,
przypisywać je musiał znowu jednemu z tych kaprysów kobiecych,
które rodzą się z nicości i kończą się niczem; myślał, że z
łatwością wytłómaczyć się potrafi z oskarżeń, i gniew, nie mający
słusznych przyczyn, rozbroi. Toteż pewniejszym już krokiem zbliżył
się do sofy, i usiadł w pobliżu na umieszczonym fotelu.
Przy jego zbliżeniu się kobieta usunęła się zlekka, i
przechyliła głowę w inną stronę. Brwi Anatola zsunęły się, ale
tylko na chwilę; uśmiechnął się znowu, i patrząc na kobietę
odwracającą się od niego, jak na rozkapryszone dziecko, łagodnie
mówić zaczął:
- Najdroższa moja, najpiękniejsza, najlepsza...
- Monsieur! - wymówiła kobieta zwolna obracając ku niemu
głowę, - proszę nie przemawiać do mnie w ten sposób.
Fala bladości przepłynęła po czole Anatola. Kobieta ta
zadawała mu prawdziwe tortury, a jednak kochał ją wszystkiemi
siłami swej istoty; znać to było w spojrzeniu jakiem ogarniał głowę
jej oblaną złotemi włosami, i niechętnie odwracającą się od niego.
- A więc! - wymówił po chwili milczenia - pozwól pani abym
wytłómaczył się z tych błahych zarzutów jakie mi czynisz, a które w
obec miłości mojej dla ciebie wydają mi się tak drobnemi, tak
drobnemi, że są aż zupełnie niczem...
- Pan mnie nie kochasz! nie kochałeś nigdy! - zawołała
kobieta, i dalej jeszcze usunęła się od niego.
Po tym wykrzyku Anatol stał się bardzo poważnym.
- Ewo! - wyrzekł starając się spotkać oczami wejrzenie jej
ustawicznie zwracające się ku ziemi; - Ewo, ty sama nie wierzysz w
to coś powiedziała.
Wyrzekł te słowa z wielką prawdą i siłą szczerego
przekonania w głosie. Nie mylił się. Ewa w istocie nie wierzyła
własnym słowom; wiedziała ona dobrze iż jest kochaną, a tylko
tajemnemi jakiemiś wiedziona pobudkami, czyniła mu zarzut, którego
niesprawiedliwość czuła. Toteż nie odpowiedziała nic, i tylko głową
uczyniła gest rozpieszczonego dziecka, które upiera się przy
swojem. Anatol mówił dalej:
- Pisywałem do ciebie ze stolicy, tak jak to czyniłem od
czasu gdy zostałaś wolną, i pozwoliłaś mi spodziewać się, że kiedyś
będę tak szczęśliwy, iż posiędę rękę twoją i serce. Listy do ciebie
wysyłałem w tych odstępach czasu, jakie sama naznaczyłaś, a nie
były one nigdy zbyt częste dla mnie, który myślałem o tobie ciągle.
Niewiem jak listy te wydać się mogły komuś, ktoby je czytał z
chłodną rozwagą, i dla czego wydały ci się jakby były pisane z
musu. Pisałem je zawsze ze wzruszeniem, z miłością, z tęsknotą
niewysłowioną do tej chwili, która miała połączyć już nas na
zawsze, a o której przyśpieszenie błagałem cię, choć nigdy o nic
nie błagam nikogo. Być może iż w gwarze i wirze stolicy, śród
natłoku zajęć i interesów jakim się oddawałem, pod palącym wpływem
uczucia mego dla ciebie, które w coraz silniejszą rosło namiętność,
przestałem być kiedykolwiek panem pióra i myśli moich... Być może,
iż zbyt śmiały wyraz jaki wymknął się na papier z kipiącej mej
głowy; może myśl jaka niedopowiedziana, z wątkiem przerwanym troską
czy nawałem pracy, obraziła wybredny twój umysł. Przebacz mi to
Ewo! - mimowolnego przewinienia nie przerabiaj na nieodpuszczalną
zbrodnię! Z drobnostki sprowadzonej trafem, nie czyń ciosu, któryby
zachwiać mógł mojem a i twojem może istnieniem! Podaj mi twą rękę,
spojrz na mnie twoim dobrym wzrokiem, w którego przeczystej głębi
tak lubię czytać dobroć twego serca i niewinność myśli, ja, co tak
ciągle, ciągle ocieram się o złość ludzką, i patrzę na zbrukane
sprawy tego świata wśród jakiego żyję...
Zatrzymał się, i na siedzącą przy nim kobietę patrzył z
miłością i błaganiem. Ale ona nie podawała mu swej ręki, i nie
zwracała na niego oczu, które przysłonione spuszczonemi powiekami,
świeciły z za gęstych rzęs jakiemś uczuciem wewnętrznej walki.
Widocznie pasowała się sama z sobą, a dwie potęgi które w niej
bojowały, jednako musiały być wytrwałe w boju, bo delikatne rysy
jej twarzy jakby zesztwniały, i pokryły się wyrazem głuchego uporu.
Milczała. Anatol z coraz cięższą chmurą na czole, mówił dalej:
- Pozostaje mi jeszcze usprawiedliwić się przed tobą z tego,
że kilka tygodni przepędziwszy w tych okolicach, dziś dopiero po
raz pierwszy przybywam do ciebie. Lecz czyliż nie wiesz o
nieszczęściu, które mię spotkało? Czyliż nie pisałem do ciebie z
drogi, że jadę do umierającego ojca, że jeśli chcę ujrzeć go raz
jeszcze, to już ani chwili tracić nie powinienem? Przybyłem, i
znalazłem go złożonego ciężką niemocą. Nie zaraz jednak skończyło
sie wszystko. Miesiąc cały przesiedziałem przy śmiertelnem łożu
ojca. Mógłżem go odstąpić? Powiedz Ewo, ty, co sama byłaś dla matki
twej tak dobrą i wylaną córką, że dobroć ta twoja wznieciła we mnie
pierwszą iskrę miłości dla ciebie, - powiedz, czy powinienem był
odejść od śmiertelnego łoża ojca, dla własnej uciechy porzucić
wezgłowie, na którem spoczywała siwa głowa człowieka, ostatnią
miłością i troską, ostatnim wyrzutem i niepokojem tchnącego dla
mnie?... O! Ewo! Ewo! - gdybyś wiedziała wszystko com przebył i
przecierpiał w tych dniach posępnych i nocach ponurych, w których
głos ojca zamierający w schorzałej piersi, błagał mię o
przebaczenie za utratę wielkiej pradziadowskiej spuścizny, za to,
że napoiwszy mą głowę najdumniejszemi nadziejami, rzuciwszy mię w
burzliwy odmęt świetnych lecz zwodniczych żywiołów, pozostawiał mię
odartym z mienia, nakształt żebraka nieposiadającego nic, oprócz
złoconych łachmanów jakiemi niby na pośmiewisko długo przyodziewano
jego członki, aby po opadnięciu ich tem boleśniej uczuł swoją
nagość... Jam nie myślał mu przebaczać, bom ani na chwilę nie uczuł
gniewu; ale wtedy gdy jęki konającego rozległy się w koło mnie, i
żalem przeszywały me serce; gdy przyszłość moja, którą roiłem tak
świetną, ukazywała mi się niepewna jak widmo wyśnione, ciernista
jak ubóstwo, - jam myślał o tobie Ewo, z nadzieją że nie odstąpisz
mię w tej stanowczej życia mego porze, z ufnością w twoje serce
tkliwe, kobiece, w które gdybym postradał wiarę... w cóżbym już
wierzył na ziemi? Jam rozpieszczony szczęściem, wykołysany miękko
powodzeniem nieodstępującem mię dotąd ani na chwilę, napojony
marzeniami, których cele wysokie bardzo, wydawały mi się już
blizkiemi... i wtedy gdy cios po ciosie spadał na barki moje
szczędzone łaskawym dotąd losem, gdy otoczyły mię obrazy ponurej
śmierci, a przyszłość moja zachwiała się przedemną jak wiotki cień,
któremu nagle zbrakło podstawy bytu - jam pocieszał się myślą o
tobie, i nią jak rosą rzęźwił głowę moją, słodził gorycz
napływającą do serca... A ty Ewo, wyrzucasz mi żem o tobie nie
myślał, żem do ciebie nie spieszył...
Umilkł Anatol zmęczony długiem mówieniem, w czasie którego
ogniste rumieńce wystąpiły mu na policzki, a pierś oddychała szybko
i z ciężkością. Przestał mówić, i patrzył na uparcie milczącą
kobietę.
- Ewo! - ozwał się raz jeszcze cichym głosem, - czyliż nie
masz dla mnie ani jednego słowa odpowiedzi, jednego choćby
spojrzenia? Dla czego tak uparcie wzrok odwracasz odemnie? Spójrz w
moje oczy, one czyste - bo mówiłem prawdę...
Ewa milczała, a rysy jej powleczone bladością i
zesztywniałe, nie wyrażały nic; tylko drobna ręka konwulsyjnym
ruchem mięła fałdę jedwabnej sukni, a białe ząbki przygryzały
pobladłą wargę, tak, że aż wystąpiła na nią purpurowa kropelka
krwi. W kobiecie tej widocznie odbywała się walka.
- Ewo! - wyrzekł Anatol, i sięgnął po jej rękę. Ale ona
uczyniła żywe poruszenie, i krzyżując ramiona na piersi, zawołała:
- Panie! pomiędzy nami wszystko skończone być powinno!
Młody mężczyzna porwał się z miejsca, i obie ręce jego
utonęły na chwilę w kruczych jego kędziorach.
- To okropne! - zawołał. Wszystko skończone! wszystko
zerwane! Dla czego? czy przestałaś mię kochać? Nie, tysiąc razy
nie! - a więc dla czegoż?
Nagle ramiona Anatola opadły, jakby się na nie zwaliło
niewidzialne jakieś brzemię; wszystkie fibry jego twarzy zadrgały,
oczy posępną strzeliły błyskawicą.
- Dla czego? - powtórzył głosem nabrzmiałym grozą, -
czyliżby dla tego, że utraciłem majątek? żem został ubogim?
Na dźwięk tych wyrazów, Ewa zadrżała całem ciałem, i z
poruszeniem przestraszonego dziecka, zasunęła się w najgłębszy
zakąt sofy. Zarazem gruba, błyszcząca łza, długo snać ukrywana pod
powieką, stoczyła się po złotej rzęsie, i spadła pomiędzy atłasowe
fałdy stanika. Anatol widział drżenie kobiety, i pobladł bardzo;
oznajmiało mu ono, że to co przypuszczał, było prawdą. Ale dojrzał
on także łzę tej którą kochał, i pociągany nieprzezwyciężoną siłą
namiętności, lub ostatnim promieniem nadziei jaki błysnął przed nim
w tej kryształowej kropli, raz jeszcze przybliżył się do kobiety,
której twarz zesztywniała wciąż była milczącą, ale której drżenie i
łza przemawiały wyraźnie.
Usiadł i pochylił się ku niej tak, że spojrzenie jej umknąć
niemogło szukającym go jego oczom.
- Ewo! - mówił, - powiedz że to nie prawda! powiedz żeś nie
myślała nawet o tem! Wyrzucaj mi żem cię niesłusznie posądził?
Skarć mię srogo, odepchnij mię od siebie, ale powiedz, że to nie
prawda!
W głosie jego był zrazu gwałt kilku pomieszanych z sobą
uczuć: proźby namiętnej, głuchego gniewu i trwogi; ale z oczu Ewy
druga łza popłynęła, a na jej widok rzewne uczucie ogarnęło znowu
młodego mężczyznę.
- Nie, to być nie może! jam się omylił okropnie! - mówił
wpatrując się w nią rozkochanym wzrokiem, - nieprawdaż Ewo, że ty
daleką byłaś od takiej myśli i od takich uczuć? I któż lepiej
wiedzieć o tem może nademnie? Kto lepiej nademnie zna twoje dobre,
szlachetne serce? Wszakże znałem cię młodziuchną dziewczyną, gdy
sam jeszcze byłem nieledwie dzieckiem; widziałem jak fatalny zbieg
okoliczności, namowy, proźby, skłoniły cię do przyjęcia ręki mego
krewnego, starca z ciałem steranem, a duszą roztraconą w
nieporządnem życiu. Czułaś się nieszczęśliwą Ewo, a jednak
szanowałaś siwe włosy człowieka, któregoś nosiła imię; jak łagodne
dziecię znosiłaś miłość jego, która dręczyła cię nakształt zmory;
nakazywałaś milczenie sercu w imię tej dumy i czystości
niewieściej, których poniżyć, pokalać nie chciałaś... Któż o tem
wszystkiem lepiej wiedział nademnie?
Przestał mówić na chwilę, i wsparł na dłoni głowę ciężką
wspomnieniami, które wszakże złotą snać i miękką snuły się przędzą,
bo oczy jego nabrały pięknego blasku, a usta okrążyły się pełnym
marzeń uśmiechem. W tej chwili nie byłto już dumny, ambitny
człowiek, w gwarze świetnej stolicy upatrujący tej drabiny, po
którejby najłatwiej wstąpić mógł na najwyższe szczyty społecznych
wielkości; ale byłto młodzieniec, który u stóp ukochanej kobiety
wspominał drogie i piękne chwile wspólnej ich przeszłości, i stawił
je przed jej oczyma, jako moc zdolną zakląć i obalić tę nieznaną mu
zaporę, która nagle rozpostarła się pomiędzy niemi.
- Czy pamiętasz Ewo, jak gdyś czuwała nad twą chorą matką, a
ja na mocy pokrewieństwa które wiązało mię z twym mężem, mogłem
przez długie dnie przebywać w twym domu i patrzeć na ciebie ciągle,
- czy pamiętasz jak wówczas zwyciężony tym łagodnym wdziękiem, i tą
pełną starań anielską dobrocią, z jakiemi czuwałaś nad łożem
chorej, nie mogłem dłużej powstrzymać uniesień serca, które rwało
się ku tobie, i tu, w tym samym pokoju, pochwyciwszy twą rękę
powiedziałem ci, powiedziałem ci po raz pierwszy, że... kocham
cię... Wtedy tyś stanęła jak wryta, strumień krwi napłynął do
twarzy twej wybladłej śród nocy bezsennie nad umierającą
spędzanych, ręka twoja płonęła w mojej dłoni, oczy jaśniały
blaskami, jakie tryskają z serca, które się budzi - ale
nieodpowiedziałaś nic, tylko wyciągnąłaś rękę ku drzwiom na wpół
otwartym, i milczącym gestem wskazałaś mi widniejącą przez nie,
białemi włosami okrytą, głowę twojego męża... Jam cię zrozumiał
Ewo, zrozumiałem, że pragnęłaś pozostać czystą i niepokalaną
fałszem przed człowiekiem z którym żyłaś... Byłem jeszcze bardzo
młody, ale życie w stolicy, ścieranie się z ludzi tysiącem, i
jakich ludzi, napoczęło już mą świeżość młodzieńczą... Wiele już
wtedy postradałem wiar, które nigdy więcej nie wróciły do mnie; z
wielu rzeczy czczonych gdzieindziej, szydziłem... A jednak
zrozumiałem cię w onej chwili, i uczciłem... Zamknąłem się w sobie,
ale patrząc na cię myślałem zawsze: "Kobiecie tej można wierzyć!" A
czy ty wiesz Ewo, czem jest wiara taka dla młodego mężczyzny,
pędzącego życie śród ludności, która nie wierzy prawdziwie w nic...
dla mężczyzny zarażonego niewiarą, a mimo wszystko, nie mogącego w
żaden sposób zabić w sobie wyższej natury ludzkiej, rozkazującej mu
wierzyć? Jam potem w stolicy wspólnie z wesołymi towarzyszami
szydził z cnoty niewieściej; ale gdy usta moje wymawiały słowa
strącające w błoto ideał kobiety, myśl biegła ku tobie, a serce
napełniało się tą niewymowną radością, jakiej doświadcza człowiek,
który głośno bluźni rzeczom pięknym lub świętym, lecz w najdalszej
głębi swej duszy samemu sobie powiedzieć może: to kłamstwo!
I znowu była chwila milczenia, w czasie której Anatol nie
patrzył na Ewę. Czoło jego było na dłoń schylone, głęboka zaduma
twarz mu pokrywała i w dół skłaniała jego powieki. Za to jej wzrok
obejmował teraz schyloną jego głowę spojrzeniem, w którem łzy
krzyżowały się z blaskami coraz żywiej rozpalających się
źrenic.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.