2.
Obudziła mnie cisza. Musieli zamknąć tunel, w przeciwnym razie sznur samochodów warczałby jak sfora wściekłych psów. Po pół roku mieszkania w centrum Katowic nadal nie przywykłam do harmidru. Tramwaj łomotał po szynach, pantograf ocierał się o przewody wysokiego napięcia niczym kotka w rui. Lubiłam patrzeć, jak ciosa iskry. Wysłannik piekieł, dlatego żałowałam, że mam widok na centrum handlowe Silesia City Center, a nie na Spodek, obok którego biegła linia tramwajowa. Kierowcy pewnie rozlali się dorzeczem przyległych ulic, stąd poranna martwota.
Wsunęłam stopy w miękkie kapcie i wyszłam na balkon, zapalić. Facet, od którego wynajmowałam tę norę, zamontował czujnik dymu. Gdyby nie ten drobiazg, zignorowałabym zakaz palenia w mieszkaniu. Z salonu, jak szumnie nazywał podczas okazania kwadrat z popękanym sufitem i wysłużonymi meblami z Ikei, wchodziło się do sypialni i do kuchni. Z łóżka małżeńskiego można było obserwować drzwi z łuszczącą się farbą lub ścianę, której sporą część zajmowało okno ślepej kuchni. Kiedyś z opcją otwierania, dziś zabite na amen. Górna część notorycznie się blokowała, a jeśli udawało się ją podsunąć do góry, opadała, ilekroć ktoś trzasnął drzwiami balkonowymi. Facet wstawił pięć nowych szyb, a przy szóstej dodatkowo użył gwoździ i zamalował im główki. Pachniało płynem do płukania tkanin. Na balkonie, po lewej, spod sufitu zwisały nogawki kilku par spodni i dwa rzędy workowatych sukienek. Idealnie skrojone na sąsiadkę, która lata temu zapomniała, co znaczy słowo talia.
Zaciągnęłam się mocno i wydmuchałam dym kątem ust. Wyszarpałam spomiędzy pośladków spodnie od piżamy. Nie musiałam przejmować się Michałem, kręcił program w jakiejś wsi pod Łodzią, pewnie dlatego nie odzywał się od tygodnia. Ja też nie dzwoniłam, bo nie miałam z czym. Poza tym zbieram materiał do nowej książki, zajęta jestem. Przemknęło mi przez głowę, że mógłby pomóc w kilku tematach. Ale jeszcze zdąży. Przerabialiśmy ten sam scenariusz od roku, z przerwami. Zapytam, jak leci, Michał powie, że spoko, ledwo żyje, ale temat jest tego wart, a potem zacznie pierdolić, żebym wprowadziła się do niego. Z pragmatyzmu; szybciej odłożymy na wesele, a nie tak, każdy sobie. I że czuje się samotny, a ja mogę w prosty sposób temu zaradzić. No i jak mam wytłumaczyć, gdzie mam tę jego samotność? Największą zaletą Michała jest, że nie muszę go codziennie oglądać. W tej chwili najbardziej kocham niezależność. I pracę. Bo praca nigdy mnie nie zawiodła, a wszyscy wokół tak. Z rodzicami na czele.
Od zawsze czułam, że coś jest na rzeczy. Może podświadomość podsuwała wspomnienia, może intuicja. Niewykluczone, że podsłuchałam rozmowę dorosłych, ale jako dziecko niewiele z niej zrozumiałam. Coś z tego wlazło jak zadra, obrosło latami, zakamuflowało się i gdy zaczęła się odwilż dorastania, smród zaczął się wydobywać na zewnątrz. Mama od razu powiedziała prawdę. Ojciec milczał, ale nie potrzebowałam potwierdzenia z jego ust. Niczego już od nich nie chciałam. I nic im nie byłam winna. Wiele lat oswajałam się ze świadomością, że oszukiwali. Dla mojego dobra, w moim własnym, najlepiej pojętym interesie. Z miłości.
- Bo myśmy cię, Anitko, pokochali od razu - mówiła matka. - I zawsze traktowaliśmy cię jak własne dziecko. Mieliśmy w sobie tyle miłości, a dobry Bóg nakazał się nią dzielić. I zesłał nam ciebie. Taką biedną, porzuconą zaraz po porodzie. Miałaś szczęście, że kobieta, która cię urodziła, zrzekła się praw rodzicielskich, nie musiałaś przechodzić piekła w domu dziecka.
- Trzeba było wziąć psa ze schroniska, przynajmniej okazałby wdzięczność - mruknął ojciec podczas którejś z licznych awantur.
W odpowiedzi rzuciłam w niego pierwszą rzeczą, która się nawinęła, a że tam, gdzie był Zenon Wejnart, były i butelki po wysokoprocentowych trunkach, jego napuchnięta twarz wzbogaciła się o trzy szwy na czole.
Wiatr szarpał rozpuszczone pasma włosów. Zacisnęłam mocniej wargi na papierosie i mrużąc od dymu przekrwione oczy, splątałam włosy na czubku głowy w kok i związałam go gumką.
Zapach kawy momentalnie przegonił resztki poranka.
- Dzień dobry.
Zza przegrody oddzielającej sąsiedni balkon uśmiechał się nieznajomy mężczyzna. Skinęłam głową, a ponieważ nie miałam ochoty na ugrzecznione formułki, obrałam kurs powrotny.
- Dla ciebie też zrobiłem.
O współdzielony murek stuknęła szklanka z duraleksu.
- Czym sobie zasłużyłam? - Objęłam dłońmi gorące naczynie. W oddali meandrowały samochody wielkości resoraków, zachowując dystans od Galerii Rondo Sztuki, pod którą biegł tunel.
- Zaciągasz u mnie dług wdzięczności.
Uniosłam brwi.
- Ryzykowne. - Upiłam kilka łyków i zaraz się skrzywiłam. - Ale lubię ryzyko.
- W przeciwieństwie do gorzkiej kawy. - Zaśmiał się.
Czekałam, aż przyniesie cukiernicę, ale facet wrósł w ziemię. Wreszcie sięgnął po coś, co chował za plecami, i pomachał czekoladowym wafelkiem.
- Może być?
- Anita - przedstawiłam się, wyjmując mu z ręki Prince Polo.
- Wiem. - Oderwał się od balustrady i zniknął w głębi mieszkania.
- Skąd?
Nasłuchiwałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
- A kij ci w oko.
- Lepiej nie, bo stracisz oddanego czytelnika.
Trzaśnięcie balkonowych drzwi ucięło rozmowę. Wpatrywałam się w przegrodę między balkonami. Drewniane listewki nadżarte zębem czasu porastał bluszcz. W świetle dnia dało się dostrzec zarys sylwetki, niewyraźny kształt, o zmroku tylko wtedy, gdy człowiek wiedział, że ktoś tam jest. Odkąd tu zamieszkałam, nigdy nie spotkałam sąsiadów, musieli niedawno wynająć mieszkanie. Albo on, on je wynajął. Dla siebie.
Mogłabym wyjść na korytarz, zastukać do sąsiada i domagać się wyjaśnień, ale nie przepadałam za podobnymi zagrywkami. Patrzyłam przez chwilę, jak wiatr maluje gęsią skórkę na moim przedramieniu, po czym zniknęłam w mieszkaniu. Opadłam na fotel, wyciągnęłam nogi na stole i odgryzłam wafelkowi głowę.
Telefon wołał mnie z sypialni dwukrotnie w ciągu pięciu minut, ale nie ruszyłam się z miejsca. Analizowałam dźwięk. To nie Michał - dla niego zapisałam warkot motocykla, mama też nie, dla niej ustawiłam kawałek Pauliny Przybysz, której się śniło, że ma wielki biust. Ojciec odzywał się tak rzadko, że dla niego nie warto było się wysilać. A skoro Janis Joplin zapętliła się w kawałku Mercedes Benz, znaczyło, że dzwoniącym może być każdy. Czyli nikt szczególny. Telemarketer, pani z administracji, księgowa, komornik. Albo ktoś, z kim umówiłam się na spotkanie w ramach pozyskiwania informacji do książki, i ten ktoś właśnie przypomniał sobie, że jednak nie chce rozmawiać, co oznajmi, jak tylko do niego oddzwonię. Powód? Nie musi się tłumaczyć, taką podjął decyzję, ciach.
Kiedyś tak pięknie można było uderzyć słuchawką o widełki, dziś opuszką palca dotyka się czerwonego guziczka na wyświetlaczu. Nie ma jak ulżyć sobie, wypuścić na zewnątrz nadgniłe emocje, plunąć zdenerwowaniem bez użycia śliny.
- Anita Wejnart, miałam połączenie z tego numeru. - Nawet dwa, dodałam w myślach.
Rozmówca dyszał do mikrofonu, a odgłosy skojarzyły się z próbą zaczerpnięcia oddechu po przebieżce. Jeśli to sąsiad zza ściany, który lewą dłonią wykonuje posuwiste ruchy, przyciskając telefon do ramienia, to obleję jego drzwi benzyną i podpalę. Jak tylko odzyskam siły, bo chwilowo jestem wrakiem człowieka.
Praworęczny mężczyzna od czasu do czasu zabawia się lewą, bo to tak, jakby był z kimś innym. Lewa ręka jest trochę obca, trochę cudza, a to, że przyrośnięta do ramienia? Na tych kilka minut można zapomnieć.
- Zmieniłam zdanie jednak. - Sapanie miało zdecydowanie kobiecą barwę, gdy uzbroiło się w słowa.
- Jednak?
- Mówię przecież. Rozważałam za i przeciw, i ostatecznie wyszło, że nie. Bo widzi pani, mnie tam sława zbyteczna. Ale! - Zaczerpnęła powietrza. - Pomyślałam, że przecież już i tak stoję nad grobem, to co mi szkodzi. Może warto powspominać. - Kobieta zakaszlała i charknęła. Wyobraziłam sobie, jak strumień wody rozrzedził wydzielinę i porwał ją w odmęty kanalizacji.
- Człowiek chce coś dobrego zostawić po sobie, to ja bym mogła powiedzieć, co i jak. Ale nie. - Kręciła się w kółko. - Nie. - Podkreśliła z mocą.
- Nie dosłyszałam, z kim rozmawiam.
- Beata Więcek. - Kobieta się żachnęła. - A, bo mi Izunia nowy numer kupiła, tamten nieaktywny już. Wię-cek - sylabizowała.
- Teraz poznaję. Pani Beato - sięgnęłam po paczkę z papierosami, wystukałam jednego i wzięłam w kleszcze dwóch palców - proszę się jeszcze zastanowić.
Na rozmowie z tą rodziną zależało mi najbardziej, ale po kilku próbach umówienia się na spotkanie, zaczęłam oswajać się z myślą, że reportaż ukaże się bez historii pani Beaty i jej siostrzenicy. Po śmierci cenionej śląskiej artystki, Edyty Adamus, nastoletnia Iza mogła trafić do domu dziecka lub do ciotki, której prawie nie znała. Ostatecznie cioteczka przygarnęła sierotkę i jej rentę po matce, wynajęła mieszkanie nieboszczki i spełniła największe marzenie - pojechała na wczasy do Bułgarii.
- Szanuję pani decyzję, ale może warto porozmawiać z siostrzenicą raz jeszcze?
Czułam, że opór Beaty Więcek spowodowany jest niechętną postawą Izabeli, od której złamana chorobą starowina była uzależniona. Jeśli Bóg istnieje, to cechuje go niezdrowe poczucie humoru.
- Historia pani życia powinna zyskać rozgłos. Niewielu odważyłoby się wziąć na siebie ciężar wychowania cudzego dziecka, nawet córki siostry. Tym bardziej, że kiedy zmarła Edyta Adamus, Iza wchodziła w okres nastoletniego buntu. To musiało być dla pani trudne.
- To był koszmar - wyrwało się babinie. - Ale Iza... Co się wydarzyło w rodzinie, w rodzinie musi pozostać.
- A gdybym zrobiła ten wywiad tylko z panią, bez Izabeli?
Włożyłam papierosa do ust i rozejrzałam się za zapalniczką. Ściskałam ją mocno, głód nikotynowy przyssał się do żołądka. Odwlekałam moment ulgi. Jeszcze chwilę i wyjdę na balkon. Pieprzony czujnik. Wydrapię go pazurami jak zdeterminowany alkoholik wszywkę.
- Ja się zastanawiałam, pani mi wierzy, ale nie. Nie. - Wróciła zacięta płyta.
- Jestem teraz w podróży służbowej, odezwę się za kilka dni, jak tylko wrócę do Katowic. Porozmawiamy spokojnie, teraz muszę już kończyć.
Skłamałam i nie wiedziałam, dlaczego. Zabiegałam o spotkanie z Beatą Więcek od kilku tygodni, tymczasem zamiast ją docisnąć, robię unik. Typowe, schować głowę w piasek, wziąć na przeczekanie. Pozwolić sprawom toczyć się z coraz większą siłą i obserwować, jak uderzają o mur albo trafiają na wzniesienie i wytracają pęd. Trochę zdać się na los, choć równie dobrze mogłabym rzucić monetą.
Historia tej rodziny nie wyróżniała się szczególnie na tle pozostałych, ale zamierzałam rozłupać skorupę zaschniętego brudu, wejrzeć głębiej. Ludzie zawsze pokazywali siebie z lepszego profilu, zadaniem reportażysty było chwycić ich za mordę i kazać spojrzeć sobie prosto w oczy. Zmusić, żeby przestali kłamać. Przedrzeć się przez żal, pretensje, pielęgnowaną latami indolencję. Stłuc fasadę, patrzeć, jak rozpierzcha się robactwo dobrych intencji i ich zgniłych postępków. Doprowadzić człowieka nad przepaść, odciąć drogę odwrotu i kazać wyznać prawdę. Jeśli taka w ogóle miała rację bytu.
Strata - to jej postanowiłam stawić czoło w najnowszym reportażu. Utrata dziecka jako konsekwencja emigracji zarobkowej, rozłąki spowodowanej odsiadywaniem wyroku za kratami, aborcji, wreszcie śmierci. Nie szukałam winnych, nie zamierzałam oceniać. Chciałam słuchać, składać słowa jak origami, by wreszcie pokazać czytelnikom wymyślne modele i zapytać, czy im się podobają. A potem zatkać uszy i wydłubać sobie oczy. Dla własnego komfortu. Czytelnicy bywają bezwzględni. Wylewają własne frustracje, oceniając pracę innych. Najczęściej anonimowo. Liczy się ulga, nieważne, że tłumiona gorycz spłynie na autora, niczym nieczystości w kanale ściekowym. Kto dziś przejmuje się drugim człowiekiem?
Nie opowiadałam Michałowi o projektach, kiedy zaledwie kiełkowały w mojej głowie. Nie chciałam zapeszać. Jeśli naciskał, dukałam coś nieskładnie, kanciastymi literami, które ocierały się o siebie. Tym razem było jeszcze trudniej. Pomysł przyszedł którejś nocy jak senna mara, wczepił się w piersi i siedział tam po dziś dzień. Jeśli się z tym nie zmierzę, któregoś pięknego poranka zwyczajnie umrę. To znaczy umrę niezależnie od tego, czy napiszę ten cholerny reportaż, czy nie, ale wolałabym dać sobie jeszcze trochę czasu.
- Tak nie znajdziesz odpowiedzi - skwitował Michał na którymś, z założenia romantycznym, wyjeździe, gdy w środku nocy paliliśmy w łóżku po średnio udanym seksie, a styczeń mienił się kryształkami mrozu na parapecie. Światło ulicznej latarni podglądało nas przez szczelinę w niedosuniętych zasłonach. - Nie w ten sposób.
Mogłam zapytać, czy ma lepszy pomysł, ale byłam pewna, że przytaknie. Dlatego uchyliłam okno i pstryknęłam papierosem w ciemność. Los peta obchodził mnie tak samo, jak opinia Michała.
Podłączyłam komórkę do ładowania i wróciłam do łóżka. Nakryłam się cała, włącznie z głową. Ciepło, ciemno, bezpiecznie. Nie, to ostatnie na pewno nie. Przynajmniej dopóki nie znajdę odpowiedzi.
Muszę się dowiedzieć, dlaczego.