Z godzinę dobrą kroczyli już nasi wędrowcy, gdy Hurry
niespodzianie zatrzymał się przed olbrzymim pniem powalonéj lipy.
Zbliżył się on do szerokiego jego końca i, usunąwszy kilka kawałków
kory, zasłaniających wydrążony otwór, wyciągnął ku wielkiemu
zdumieniu Sokolego oka małą łódkę z siedzeniami i wiosłami.
Milcząc, zarzucił sobie Hurry z pomocą swego towarzysza lekki ten
statek na ramię i podążył ku jezioru, które niespełna w kwadrans
roztoczyło przed niemi swe zwierciadło. Zamknięte między
zalesionemi wzgórzami, ciągnęło się ono na trzy godziny przeszło
drogi, a tak piękne było, że Sokole oko nie mógł się dosyć
nalubować widokiem wspaniałych tych miejscowości.
Hurry, zepchnąwszy łódkę na wodę, wsiadł w nią z swym towarzyszem
i odbił od brzegu. Może pół godziny płynęli wzdłuż jeziora, gdy
nagle przed oczyma ich wynurzyła się forteczka Huttera. Stała ona
ponad wodą, wsparta na potężnych słupach i otoczona mocnemi
palisadami. Hurry w krótkich słowach objaśnił Sokolemu oku, czemu
Tomasz Hutter w ten sposób urządził sobie siedlisko. "Trzy razy złoczyńcy Indjanie spalili staremu myśliwcowi chatę
jego na lądzie, biedny więc Tom musiał na wodzie szukać
bezpiecznego schronienia. Bez pomocy łodzi nikt się do jego
mieszkania zbliżyć nie zdoła, w razie zaś napadu na łodziach, łatwo
zgadnąć, która strona będzie górą. Hutter bowiem zaopatrzył się
wybornie w broń i amunicję, forteczka zaś, jak widzisz, jest
zbudowaną z potężnych pni dębowych, które niezłą stanowią tarczę
przeciwko kulom nieprzyjacielskim." Gdy Hurry tak się rozwodził, łódka zbliżyła się tymczasem do małéj
twierdzy; jeszcze jedno uderzenie wiosła, a cel podróży już był
osiągnięty. Hurry przywiązał mocno łódkę u brzegu i wyskoczył wraz
z Sokolem okiem na wystający naprzeciw wejścia do forteczki taras
skalisty. "Zdaje mi się," zawołał po chwili, "że żywéj duszy niema w domu:
pewno cała rodzina wyruszyła po jaką zdobycz i prawdopodobnie przed
zapadnięciem zmroku do domu nie wróci." Podczas, gdy Hurry w przedsieniu oglądał sieci, więcierze i inne
przedmioty, stanowiące nieodzowną przynależność wszystkich
pogranicznych siedlisk, Sokole oko wstąpił do wnętrza forteczki,
któréj drzwi Hurry potrafił otworzyć. Wszystko wewnątrz znajdowało
się we wzorowym porządku, zupełnie jak w blokhauzach, rozsypanych w
głębi kraju. Gdy się Sokole oko wszystkiemu należycie przypatrzył,
opuścił forteczkę i udał się znów na taras do Hurrego, który
wzrokiem wciąż błądził po niezmierzonem zwierciedle jeziora.
Zaledwie skierował wzrok swój w stronę, ku któréj zwrócony był
Hurry, gdy w pewnem oddaleniu pokazał się osobliwy statek, w którym
Hurry natychmiast poznał arkę, jak nazywano w okolicy łódź Huttera. "Jestto pływające mieszkanie rodziny Huttera," rzekł Hurry do
towarzysza. "Zbudowanem jest ono z potężnych belek i składa się z
kilku jakby pokoi, na wzór stałych domostw. Na statku tym mogą się
schronić mieszkańcy forteczki i wypłynąć na jezioro, gdyby im
groziło niebezpieczeństwo ze strony nieprzyjaciela." Arka tymczasem coraz się bardziéj zbliżała. Była jeszcze oddaloną
może o 200 kroków, wkrótce więc przybiła do progów budowli. Hutter niezmiernie się zdziwił, widząc przy boku swego przyjaciela
drugą, zupełnie mu nieznaną osobę. Opuściwszy z córkami statek,
zbliżył się do Hurrego, który po krótkiem powitaniu przedstawił mu
swego towarzysza. "Spójrz, stary Tomie," ,rzekł, "to Sokole oko, strzelec znakomity,
co niedarmo nosi nazwę swoją. Sporą część młodości swojéj spędził
między Delawarami i może nam w razie napadu ze strony Indjan być
nieocenioną pomocą." "Bądź pozdrowiony, młodzieńcze!" zwrócił się Hutter przyjaźnie do
swego gościa i na znak przychylności wyciągnął doń twardą, żylastą
dłoń. "Liczę na twoją pomoc," ciągnął daléj, "i spodziewam się, że
będziesz dzielnym obrońcą mych dzieci." "Przyrzekam to wam," odpowiedział Sokole oko, wstrząsając silnie
prawicą Huttera, jakby na potwierdzenie swéj obietnicy. "Powiedz że mi, przyjacielu," przemówił Hutter do młodzieńca,
"zkąd przychodzisz w dziką tę krainę? Co cię właściwie tu
sprowadziło?" "Opowiem ci to w paru słowach, ojcze Hutter," odpowiedział Sokole
oko. "Wysłuchaj méj historji: Jestem jeszcze młody i nigdym jeszcze
na ścieżkę wojny nie wstępował. Wiele lat spędziłem wśród
Delawarów, plemienia Indyjskiego, dzielnego, lecz spokojnego, które
wiele ucierpiało ze strony Huronów. Prosili mię więc Delawarowie,
bym się udał do ludzi méj barwy z prośbą o pomoc i radę. Uczyniłem
to, i tu właśnie mam oczekiwać na Czyngachguka, jednego z
najszlachetniejszych wojowników między czerwonoskórymi, by mu
udzielić wiadomości o skutku, jaki osiągnęły układy moje z białymi.
Jeżeli przy téj sposobności będę mógł okazać się wam pożytecznym,
będzie mi to bardzo miło. Z góry mogę was zapewnić, że i mój
przyjaciel Czyngachguk nie odmówi wam nigdy pomocy swéj broni." Zaledwie Sokole oko ukończył swe opowiadanie, gdy Hetty i Judyta,
córki Huttera, które podczas rozmowy mężczyzn krzątały się w
kuchni, zjawiły się na tarasie, prosząc ojca, by wraz z swymi
gośćmi udał się na kolację. Uroczyście wstąpili więc do wnętrza
forteczki i wkrótce zachwycali się smakiem soczystéj sarniéj
pieczeni. Tymczasem zmrok zapadł; Hutter atoli zakazał córkom
zapalać światła, aby nie zwrócić na domostwo uwagi wroga, który
często nocną porą włóczył się na wybrzeżach jeziora. "Wśród jasnego dnia," zauważył przezorny starzec, "poza temi
grubemi palami nie obawiam się i tysiąca dzikich; mam dosyć oręża i
amunicji; lecz napad nocną porą może być niebezpiecznym. Dzicy
mogliby się skrycie na łodziach przybliżyć i wtargnąć do forteczki;
pomimo wszelkich środków obronnych zginęlibyśmy niechybnie." Po tych słowach podnieśli się mężczyźni; Hetty z Judytą udały się
do swego pokoju na spoczynek, poczem Hutter wyłożył swe plany przed
gośćmi. "W naszem położeniu," rzekł, "główne usiłowania winniśmy skierować
ku temu, by panowanie nad wodą było w naszych rękach. Każda łódka
ma dla nas tęż wartość, co okręt wojenny. Obecnie cztery takie
statki znajdują się w okolicy. Trzy posiadamy przy sobie, ostatni
zaś ukryty jest jeszcze na wybrzeżu w wydrążeniu drzewa. Podług
mnie, najlepiéj byłoby sprowadzić tu i tamten, dzicy bowiem mają
powonienie wyżłów, i nic łatwiejszego nad to, by się dostał w ich
ręce."
Słowa te tak Hurry, jak i jego towarzysz, Sokole oko,
uznali za słuszne; postanowili tedy bezzwłocznie udać się po ukrytą
w lesie łódź.