III
W poniedziałek, zjadłszy śniadanie, Irena zaczęła rozmyślać, czyby na kilka godzin nie pójść do biura.
W domu było nudno, pusto, głucho. Bronek wrócił do podchorążówki i nawet w niedzielę po południu wpadł jak po ogień, donosząc, że ma mnóstwo pracy i może zostać tylko do kolacji. Witold od ósmej rano siedział w banku, odrabiając zaległą robotę. Jadwinia krzątała się cicho po domu. Lekki odgłos jej kroków zupełnie głuszyły miękkie, filcowe pantofle.
Za oknem świszczał wicher i padał wstrętny, jesienny deszcz, zmieszany z zeschniętymi liśćmi strąconymi z półnagich drzew rozdygotanych na wietrze.
Smutno, pusto, nudno, obrzydliwie...
Chyba pójdę do biura - pomyślała Irena, skończywszy bezmyślne przerzucanie jakiejś dawno przeczytanej książki. - Tam przynajmniej gwar, życie, a tu...
Stanęła jej w oczach duża, jasna sala z weneckim oknem. Rząd stołów pod ścianami i pochylone sylwetki koleżanek... Maszyny do pisania stukają, tylko ta jedna, pod oknem, ta jedna maszyna milczy od kilku dni. Nagle - otwierają się drzwi... Na progu stanął on - jej bezpośredni zwierzchnik, jej szef: Stefan Łącki. Stanął i patrzy. Jednym błyskawicznym spojrzeniem ogarnął całą salę, dojrzał puste miejsce pod oknem, dojrzał blaszane, czarne wieko zamkniętej maszyny. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem po sali, i nagle jego silny, niski głos zadźwięczał w zwięzłym zapytaniu:
- Panna Nidecka - nie przyszła?
Irena słyszy, jak po sekundzie milczenia sypnął się cały grad pośpiesznych odpowiedzi. Panny Nideckiej nie ma. Nie przyszła. Nie może jeszcze przyjść. Matka jej umarła w piątek. W "Kurierze" jest ogłoszenie... A potem widzi Irena, o, jak dokładnie widzi: wszystkie, ile ich jest, zrywają się z miejsc jak różnobarwne ptaki, otaczają Łąckiego zwartym kołem. Proszą o urlop na wtorek. Chociaż na dwie godziny. Bo przecież one wszystkie pragną wziąć udział w pogrzebie. Wszystkie...
Uśmiechnęła się ironicznie do własnych myśli. Dobre, kochane koleżanki! Jak one jej serdecznie współczują! Jakie przejęte jej żałobą, jakie troskliwe o nią...! Na pewno Tamara, ta moskiewska Żydóweczka, wyrwie się pierwsza z usłużnym oświadczeniem: ona załatwi wszystko za pannę Nidecką... Wszystkie kawałki, całą korespondencję! Może pójść nawet do gabinetu szefa i pisać pod dyktando długie listy w nadgodzinach, płatnych osobno...
- Drogie koteczki! - szepnęła Irena, budząc się z zamyślenia. - Jakby im szybko było wygryźć mnie, zająć moje miejsce! Ale nic z tego! Nic z tego...! - rzuciła groźnie w przestrzeń.
Nagle ogarnęła ją niechęć - powszednia niechęć do tych wszystkich koleżanek obłudnych i głupich! Och, jak głupich! On jeden wie, co jest warta Irena Nidecka. On, Stefan Łącki, który ją z całej plejady wyróżnił i na pewno - w razie potrzeby - obroni.
Wstała z wolna i przeciągnęła się ruchem znużonym, niezmiernie miękkim, jak kot. Podeszła do okna, popatrzyła na strugi deszczu, na zachlapane chodniki. Wstrząsnął nią dreszcz.
- Nie! Nie pójdę do biura. Niech się dzieje, co chce, nie pójdę... Nic się ważnego nie stanie. Wszyscy wiedzą, dlaczego nie przychodzę. Mam prawo.
A potem - nagłe olśnienie.
- On myśli o mnie. Może się niepokoi. Niech wie. Niech pamięta, że jestem smutna, śmiertelnie smutna w tej chwili. Że przez te wszystkie dni cierpiałam bardzo, bardzo, podczas gdy on...
Roztkliwiła się nagle nad sobą i zaczęła myśleć o matce, o tragicznych, ostatnich jej chwilach... Jak te biedne, nieprzytomne z bólu oczy rozwarły się nagle szeroko, jaki zduszony szept wybiegł z gardła:
- Ireno...
Nic więcej, tylko to imię. I niepokój, niepokój - prawie lęk zastygły, zmętniały w rozszerzonych źrenicach...
Wielkie łzy żalu nabiegły do oczu Ireny. Nigdy, już nigdy matka nie powie: "Ireno" tym przejmującym szeptem. Nikt tak nie powie, już nikt. Te ostatnie tygodnie to była męka. Jedna, wielka męka, zarówno dla niej, jak dla nich. Ile to razy, patrząc na zmienioną, zoraną cierpieniem twarz, Irena powtarzała w duchu na wpół przytomnie, z uporem: "Żeby to się skończyło... Niech się to skończy!"
A teraz - skończyło się naprawdę. Ustała ta straszna szarpanina nerwów, ustała męka bez nazwy, a został jakiś głuchy ból, że się skończyło, że musiało tak się skończyć, że to było nieuniknione rozwiązanie i kres tylu niedospanych tygodni, tylu dni tępej rezygnacji, tylu godzin przepłakanych w skrytości i tylu chwil rozpaczliwego buntu przeciw niezbadanym i niezmożonym, wszechwładnym prawom śmierci.
Nowa fala łez napłynęła do oczu. Gorzkie były i słone, piekły powieki żywym ogniem, do bólu. Irena długo płakała z dłońmi przyciśniętymi do mokrych policzków. W końcu podniosła głowę, w mocnym postanowieniu zdławiła ostatnie łzy. Dosyć, dosyć - po co? Nic się przez to nie zmieni, nie wróci nic. Wszystko tak się musiało stać - a teraz koniec.
Podeszła do lustra i zaczęła ścierać chusteczką wilgotne ślady łez. W miejscach, którędy spływały, skóra była błyszcząca i jakby lekko opuchnięta. Irena sięgnęła po flakonik z wodą kolońską i starannie, raz przy razie, przetarła twarz. Potem przypudrowała ją mocniej niż zwykle i znów spojrzała w lustro. Twarz, wychylająca się z ram mahoniowych, była matowa i blada. Dawne rumieńce znikły bez śladu, dokoła oczu kładł się błękitnawy cień - zdawały się większe i jeszcze bardziej "romantyczne".
Przypomniała sobie nagle to określenie Łąckiego słyszane niedawno na korytarzu, gdzie się spotkali przypadkiem, gdzie w ostatnich czasach po kilka razy dziennie "przypadkiem" się spotykali.
Irena znowu się uśmiechnęła - oczy w lustrze zalśniły błękitnawym blaskiem. Schyliła głowę i spojrzała spod brwi wzrokiem tragiczki na scenie... Oczy w lustrze skrył mrok - dwa półksiężyce cieni spłynęły na policzki.
Ogarnęła ją dawna pasja robienia min do lustra. Zupełnie jak kiedyś, gdy była jeszcze małą dziewczynką i przed zwierciadłem w salonie otulała swą drobną postać w kaszmirowy babciny szal. Bawiło ją, że widzi pocieszną figurkę przybierającą najrozmaitsze pozy: śmiała się wtedy - i lustro się śmiało, chociaż milcząco. Stuliła usta w podkówkę - i osóbka w lustrze zrobiła taką samą minkę, jakby chciała zapłakać...
Och, kaszmirowy babciny szal...!
Irena chwyciła z poręczy krzesła czarny welon i zarzuciła na głowę, na twarz. Teraz oczy patrzyły zza niego tajemniczo, jakby z dalekiej otchłani. Cienki nos rysował się jasną, prostą linią poprzez subtelną przejrzystość tkaniny.
Żałoba... żałoba... - pomyślała Irena i przypomniał jej się widziany kiedyś obrazek. Może to była nawet reprodukcja na zwykłej pocztówce: twarz młodej kobiety w welonie, ogromne, podcienione oczy, z melancholią patrzące przed siebie...
Zaczęła szukać zapałek, potarła jedną o pudełko: po chwili lekki swąd przypalonego korka rozszedł się po pokoju. Ostrożnie, aby nie zaprószyć oczu, Irena przeciągnęła korkiem po powiekach. Raz - i jeszcze raz... A potem pod oczami. Dobrze. Spojrzała znowu w lustro: delikatnie wtarła w skórę czarniawy pyłek końcami palców...
Teraz i w lustrze prześliczne podcienione oczy patrzyły z melancholią przed siebie...
Jak na obrazku.
Nagle tuż przy drzwiach rozległy się ciche kroki. Irena zdążyła tylko zrzucić welon i odskoczyć od lustra, gdy do pokoju weszła Jadwinia.
- Irenko, przyszła ciocia Ludwika i chce się z tobą widzieć, koniecznie.
- Dobrze, idę. Czego chce ta nieznośna baba? - mruknęła, starając się ukryć zmieszanie.
- Ależ, Irenko... Jak możesz tak mówić! Przecież to prawie siostra mamy...
- Dobrze już, dobrze. Gdzie ona jest?
- W jadalni. Pije kawę. Idź tam, pogawędź z nią trochę, a ja tymczasem tutaj posprzątam, bo tak porozrzucane...
- Nic mi nie ruszaj! Zostaw to! - krzyknęła Irena tak niecierpliwie, że biedna Jadwinia podniosła na nią zdumiony wzrok.
- Ach, Boże, jakaś ty mizerna! - szepnęła, składając ręce. - Nawet przez moje szkła widzę... I taka jesteś zdenerwowana... Musisz być bardzo zmęczona. A może chora jesteś, Irenko?
- Nie jestem chora. Daj mi spokój. Chodźmy stąd - odparła tamta, popychając siostrę lekko ku wyjściu. Nagle objęła dziewczynę ramionami i przytuliła mocno do siebie:
- Jakie my jesteśmy strasznie, strasznie biedne! Prawda, Jadwiniu? Moja złota Jadwiniu, moja kochana siostrzyczko, moje biedactwo...
I raptownie, czując nabiegające do oczu łzy, zakończyła z uniesieniem:
- Ale nie wolno ci płakać, Jadwiniu! Nie będziesz płakała, prawda? I ja się postaram... nie płakać więcej... od dziś. Chodźmy już obie do tej nudnej ciotki Ludwiki!