SPIS RYCIN I TABLIC
RYCINY CZARNO-BIAŁE
Rysunki Pabla Helguery
Marcel Duchamp,
Fontanna (1917)
Gustave Courbet,
Pochodzenie świata (1866)
Édouard Manet,
Śniadanie na trawie (1863)
Utagawa Hiroshige,
Stacja Otsu (ok. 1848-1849)
Edgar Degas,
Lekcja tańca (1874)
Vincent van Gogh,
Jedzący kartofle (1885)
Auguste Rodin,
Pocałunek (1901-1904)
Constantin Brâncuşi,
Pocałunek (1907-1908)
Alberto Giacometti,
Idący człowiek 1 (1960)
El Greco,
Otwarcie piątej pieczęci (1608-1614)
Georges Braque,
Skrzypce i paleta (1909)
Pablo Picasso,
Ma Jolie (1911-1912)
Giacomo Balla,
Dynamizm psa na smyczy (1912)
Umberto Boccioni,
Jedyna forma ciągłości w przestrzeni (1913)
Kazimierz Malewicz,
Czarny kwadrat (1915)
Władimir Tatlin,
Kontr-relief narożnikowy (1915)
Władimir Tatlin,
Pomnik Trzeciej Międzynarodówki (Wieża) (1919-1920)
Marcel Breuer,
Krzesło B3 -
Wassily (1925)
Walter Gropius, Bauhaus w Dessau (1926)
Kurt Schwitters,
Merzbau (1933)
Louise Bourgeois,
Mama (1999)
Jeff Koons,
Szczeniak (1992)
Pablo Picasso,
Troje tancerzy (1925)
René Magritte,
Zagrożony zabójca (1927)
Man Ray,
Prymat materii nad myślą (1929)
Hans Namuth,
Jackson Pollock malujący Nr 1,
z Lee Krasner (1950)
Eduardo Paolozzi,
Byłam zabawką bogacza (1947)
Michelangelo Pistoletto,
Wenus wśród szmat (1967)
Dan Flavin,
Pomnik 1 dla W. Tatlina (1964)
Sol LeWitt,
Projekt cykliczny nr 1 (ABCD) (1966)
Cindy Sherman,
Fotos z filmu bez tytułu nr 21 (1978)
Jeff Wall,
Zniszczony pokój (1978)
Eug?ne Delacroix,
Śmierć Sardanapala (1827)
Jeff Wall,
Przedrzeźnianie (1982)
Damien Hirst,
Tysiąc lat (1990)
Damien Hirst,
Fizyczna niemożliwość śmierci w umyśle istoty żyjącej (1991)
Jeff Koons,
Zrobione w niebie (1989)
Ai Weiwei,
Upuszczanie wazy z czasów dynastii Han (1995)
Banksy,
Zamiatająca pokojówka (2006)
TABLICE BARWNE
Eug?ne Delacroix,
Wolność wiodąca lud na barykady (1830)
Édouard Manet,
Olimpia (1863)
J.M.W. Turner,
Deszcz, para, szybkość (1844)
Claude Monet,
Impresja, wschód słońca (1872)
Vincent van Gogh,
Gwiaździsta noc (1889)
Paul Gauguin,
Wizja po kazaniu (Walka Jakuba z aniołem) (1888)
Georges Seurat,
Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte (1884-1886)
Koło barw
Paul Cézanne,
Martwa natura z jabłkami i brzoskwiniami (1905)
Paul Cézanne,
Góra Sainte-Victoire z wielką sosną (ok.1887)
Henri Matisse,
Radość życia (1905-1906)
Henri Rousseau,
Głodny lew rzucający się na antylopę (1905)
Pablo Picasso,
Panny z Awinionu (1907)
Umberto Boccioni,
Stany duszy: Pożegnania (1911)
Wassily Kandinsky,
Kompozycja VII (1913)
El Lissitzky,
Czerwonym klinem bij w białych (1919)
Lubow Popowa,
Model sukienki (1923-1924)
Piet Mondrian,
Kompozycja C (nr III), z czerwienią, żółcią i błękitem (1935)
Gerrit Rietveld,
Krzesło czerwono-niebieskie (1923)
Joan Miró,
Karnawał Arlekina (1924-1925)
Frida Kahlo,
Sen (1940)
Willem de Kooning,
Kobieta 1 (1950-1952)
Mark Rothko,
Ochra (Ochra, czerwień na czerwieni) (1954)
Robert Rauschenberg,
Monogram (1955-1959)
Andy Warhol,
Dyptyk Marilyn (1962)
Roy Lichtenstein,
Whaam! (1963)
Donald Judd,
Bez tytułu (1972)
Sarah Lucas,
Dwa jajka sadzone i kebab (1992)
Tracey Emin,
Wszyscy, z którymi spałam, 1963-1995 (1995)
WPROWADZENIE
Na co patrzymy?
W 1972 roku londyńska Tate Gallery nabyła
rzeźbę zatytułowaną Ekwiwalent VIII Carla Andre'a, amerykańskiego
minimalisty. Wykonana w 1966 roku praca składa się ze 120 cegieł
ogniotrwałych, które zgodnie z instrukcją artysty można ułożyć w osiem
różnych wzorów o identycznej objętości (stąd tytuł). Kiedy w połowie lat
70. Tate ją wystawiła, miała kształt prostokąta o głębokości dwóch
cegieł.
Cegły nie wyróżniały się niczym szczególnym; każdy mógł je kupić po
kilka pensów za sztukę. Galeria zapłaciła za nie ponad dwa tysiące
funtów. Brytyjska prasa wpadła w zbiorową wściekłość. "Marnować naszą
krajową kasę na stertę cegieł!", krzyczały gazety. Nawet "Burlington
Magazine", prestiżowy periodyk poświęcony sztuce, pytał: "Czy Tate
oszalała?". Dlaczego, chciało wiedzieć jedno z czasopism, Tate trwoni
cenne publiczne pieniądze na coś, co "mogło przyjść do głowy każdemu
murarzowi"?
Mniej więcej trzydzieści lat później Tate znowu wydała pieniądze
brytyjskich podatników i nabyła nietypowe dzieło sztuki. Tym razem
postanowiła kupić kolejkę ludzi. Właściwie to nie do końca prawda. Nie
kupiono samych ludzi, co jest obecnie nielegalne, ale kupiono kolejkę. A ściślej: kartkę z instrukcją słowackiego artysty Romana Ondáka do
performansu, do którego należało zatrudnić garstkę aktorów. Ondák
zaznaczył, że mają oni ustawić się w uporządkowaną kolejkę przed
zamkniętymi lub zablokowanymi drzwiami. Po "zainstalowaniu" - w żargonie
artystycznym - wszyscy mieli stać twarzą w stronę drzwi i przybrać
postawę cierpliwego oczekiwania. Chodziło o to, aby ich obecność
intrygowała przechodniów i przyciągała ich uwagę, tak by albo sami
ustawili się w ogonku (jak wynika z mojego doświadczenia, często to
robili), albo przechodząc obok niej, marszczyli brwi i kpiąco się
zastanawiali, co też mogą przegapić.
Kochanie, "naśladowczy" to nieładne słowo.
Zabawny pomysł, ale czy to sztuka? Jeśli murarz mógłby wymyślić
Ekwiwalent VIII Andre'a, to udawaną kolejkę Ondáka można by uznać za
bardziej kapryśny przykład gatunku jackass1. Media z pewnością zwariują.
A jednak nikt nawet nie mruknął: żadnej krytyki, żadnego oburzenia,
nawet garści cierpkich czy szyderczych nagłówków od co bardziej
dowcipnych przedstawicieli prasy brukowej - nic. Jedynymi relacjami z nabycia dzieła było kilka aprobujących linijek w lepiej usposobionych do
sztuki gazetach skierowanych do zamożniejszych czytelników. Co się więc
wydarzyło przez te trzydzieści lat? Co się zmieniło? Dlaczego sztuka
nowoczesna i współczesna przeszła z pozycji powszechnie uważanej za
kiepski żart na pozycję czegoś, co jest szanowane na całym świecie?
Wiele wspólnego mają z tym pieniądze. W ciągu ostatnich kilku
dziesięcioleci do świata sztuki napłynęła ogromna ich ilość. Nie
szczędzono państwowych finansów na modernizację starych muzeów i budowę
nowych. Upadek komunizmu i deregulacja rynków doprowadziły do
globalizacji i powstania międzynarodowej klasy superbogaczy, dla których
sztuka stała się rozsądną inwestycją z wyboru. Podczas gdy giełdy się
załamywały, a banki bankrutowały, wartość najwyższej klasy sztuki
nowoczesnej stale rosła, podobnie jak liczba osób wchodzących na rynek.
Kilka lat temu międzynarodowy dom aukcyjny Sotheby's podczas jednej ze
swoich największych aukcji sztuki nowoczesnej liczył na obecność
oferentów z trzech krajów. Obecnie liczba ta przekracza czterdzieści
osób, wliczając w to nowych, bogatych kolekcjonerów z Chin, Indii i Ameryki Południowej. Oznacza to, że w grę wchodzą podstawowe prawa
ekonomii rynkowej: mamy do czynienia z podażą i popytem, przy czym popyt
znacznie przewyższa podaż. Wartość wysoko cenionych dzieł nieżyjących (a zatem nieproduktywnych) artystów - takich jak Picasso, Warhol, Pollock i Giacometti - stale idzie w górę jak winda.
Ceny windują świeżo upieczeni bankierzy i pozostający w cieniu
oligarchowie, ambitne prowincjonalne miasta i kraje nastawione na
turystów pragnące "zrobić Bilbao" - czyli odmienić wizerunek i podnieść
prestiż za sprawą zbudowania przyciągającej wzrok galerii sztuki
nowoczesnej. Wszyscy oni odkryli, że zakupienie rezydencji czy
wzniesienie supernowoczesnego muzeum jest łatwe, natomiast wypełnienie
go jakąś w miarę przyzwoitą sztuką, która zrobi wrażenie na
zwiedzających, jest o wiele trudniejsze. A to dlatego, że nie ma jej
dużo.
Po prostu czujemy się nieskrępowani, pracując z nieżyjącymi artystami.
A jeśli wysokiej jakości "klasyczna" sztuka nowoczesna jest
nieosiągalna, to najlepszym rozwiązaniem jest "współczesna" sztuka
nowoczesna (dzieła żyjących artystów). Tutaj jednak także ceny dzieł
twórców uznawanych za gwiazdy, takich jak amerykański artysta pop Jeff
Koons, wzrosły niepomiernie.
Koons zasłynął z gigantycznego Szczeniaka wysadzanego kwiatami (1992,
zob. ryc. 22), a także z postaci z kreskówek z aluminium, które
wyglądają, jakby były wykonane z balonów. W połowie lat 90. ubiegłego
wieku dzieło Koonsa można było kupić za kilkaset tysięcy dolarów. W 2010
roku ceny jego cukierkowych rzeźb dochodziły do milionów. Stał się
marką, a wtajemniczeni rozpoznawali jego prace równie szybko jak logo
Nike. Jest jednym z wielu żyjących artystów, którzy w niezwykle krótkim
czasie wzbogacili się dzięki boomowi na sztuki piękne.
Ubodzy niegdyś artyści są dziś multimilionerami z wszystkimi oznakami
towarzyszącymi bogactwu gwiazd filmowych: sławnymi przyjaciółmi,
prywatnymi odrzutowcami i nienasyconymi mediami, które chętnie donoszą o każdym ich efektownym posunięciu. Rozkwitający sektor kolorowych
periodyków końca XX wieku z radością przyłożył rękę do budowy wizerunku
tego nowego, obeznanego z mediami pokolenia twórców. Zdjęcia barwnych,
kreatywnych ludzi stojących obok swoich barwnych dzieł wiszących w efekciarskich, designerskich pomieszczeniach, w których spotykają się
bogaci i sławni, były niczym uczta wizualna dla wścibskich. Ambitni
czytelnicy tych czasopism chciwie ją pochłaniali (Tate Gallery
zatrudniła nawet wydawcę "Vogue'a" do produkcji swojego pisma "Tate
Members").
Te publikacje wraz z kolorowymi dodatkami do gazet wykreowały nowych,
modnych, kosmopolitycznych odbiorców nowej, modnej, kosmopolitycznej
sztuki i artystów. Była to młodzieżowa publiczność, niezainteresowana
wszystkimi tymi starymi brązowymi obrazami, które wielbiło poprzednie
pokolenie. Rosnące szeregi współczesnych bywalców galerii pragnęły
sztuki, która mówi o ich czasach. Sztuki świeżej, dynamicznej i ekscytującej: sztuki, która dotyczy tu i teraz. Sztuki, która jest taka
jak oni: atrakcyjna i nowoczesna. Trochę rock'n'rollowa: głośna,
buntownicza, rozrywkowa i fajna.
Problem, któremu musi stawić czoło ta nowa publiczność, problem, z którym mierzymy się wszyscy, kiedy stykamy się z nowym dla nas dziełem
sztuki, to kwestia zrozumienia. Nie ma znaczenia, czy jest się uznanym
marszandem, wybitnym naukowcem czy kuratorem muzeum; każdy może poczuć
się zagubiony, stając przed obrazem lub rzeźbą, która właśnie wyszła z pracowni artysty. Nawet Nicholas Serota, cieszący się międzynarodowym
uznaniem szef brytyjskiego imperium Tate, bywa skonsternowany.
Powiedział mi kiedyś, że wchodząc do pracowni artysty i widząc dzieło po
raz pierwszy, czuje się czasem trochę "przestraszony". "Często nie wiem,
co myśleć - wyznał. - Czasem stwierdzam, że jest bardzo onieśmielające".
To dość odważne wyznanie człowieka, który jest światowym autorytetem w dziedzinie sztuki nowoczesnej i współczesnej. A co my mamy powiedzieć?
No cóż, powiedziałbym, że coś możemy. Bo nie sądzę, żeby tak naprawdę
chodziło o ocenę, czy zupełnie nowe dzieło sztuki współczesnej jest
dobre czy złe - czas wykona to zadanie za nas. Chodzi raczej o zrozumienie, jak i dlaczego wpisuje się ono w historię sztuki
nowoczesnej. W naszym romansie ze sztuką nowoczesną kryje się pewien
paradoks: z jednej strony miliony ludzi odwiedzają takie muzea, jak
Pompidou w Paryżu, MoMA w Nowym Jorku i Tate Modern w Londynie, a z drugiej strony, rozpoczynając rozmowę na ten temat, najczęściej słyszę:
"Och, nic nie wiem o sztuce".
To dobrowolne przyznanie się do niewiedzy nie wynika z braku
inteligencji czy świadomości kulturowej. Słyszałem to od znanych
pisarzy, odnoszących sukcesy reżyserów filmowych, wysoko postawionych
polityków i uczonych pracowników uniwersytetów. Oczywiście wszyscy bez
wyjątku się mylą. Coś o sztuce wiedzą. Wiedzą, że Michał Anioł wymalował
Kaplicę Sykstyńską. Wiedzą, że Leonardo da Vinci namalował Monę Lisę.
Prawie na pewno wiedzą, że Auguste Rodin był rzeźbiarzem, i w większości
przypadków potrafiliby wymienić jedno czy dwa jego dzieła. Tak naprawdę
mają na myśli, że nic nie wiedzą o sztuce nowoczesnej. A właściwie mają
na myśli, że mogą coś o niej wiedzieć - na przykład, że Andy Warhol
stworzył dzieło sztuki z puszkami zupy Campbell's - ale jej nie
rozumieją. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego coś, co ich zdaniem mogłoby
zrobić dziecko, jest rzekomo arcydziełem. Podejrzewają w głębi serca, że
to lipa, ale teraz, ponieważ moda się zmieniła, przekonują się, że
powiedzenie tego w towarzystwie jest nie do przyjęcia.
Nie sądzę, żeby to była lipa. Sztuka nowoczesna (obejmująca mniej więcej
okres od lat 60. XIX wieku do lat 70. XX wieku) i sztuka współczesna
(głównie obejmująca dzieła żyjących artystów) nie są długotrwałym
żartem, który garstka wtajemniczonych robi naiwnym odbiorcom. To prawda,
że wiele (a nawet większość) dzieł powstających teraz nie przetrwa próby
czasu, ale z drugiej strony będą takie, które przeszły całkowicie
niezauważone, a pewnego dnia zostaną uznane za arcydzieła. Naprawdę
wyjątkowe dzieła powstające obecnie oraz stworzone w ciągu ostatniego
stulecia należą do największych osiągnięć ludzkości w erze nowożytnej.
Tylko głupiec umniejszałby geniusz Pabla Picassa, Paula Cézanne'a,
Barbary Hepworth, Vincenta van Gogha i Fridy Kahlo. Nie trzeba być
muzykalnym, żeby wiedzieć, że Bach potrafił napisać melodię, a Sinatra
umiał śpiewać.
Moim zdaniem najlepszym punktem wyjścia, jeśli chodzi o docenianie
sztuki nowoczesnej i współczesnej oraz delektowanie się nimi, nie jest
ocena jej wartości, lecz zrozumienie, jak ewoluowała od klasyczności
Leonarda da Vinci do dzisiejszych marynowanych rekinów i niepościelonych
łóżek. Tak jak w wypadku większości pozornie nieprzystępnych tematów,
sztuka jest jak każda gra: wystarczy, że poznamy podstawowe zasady i reguły, aby to, co kiedyś wydawało się nam zagadkowe, zaczęło nabierać
sensu. Na przykład sztuka konceptualna postrzegana jako zasada spalonego
w sztuce nowoczesnej - taka, której nikt nie potrafi do końca pojąć ani
wytłumaczyć przy filiżance kawy - jest zaskakująco prosta.
Wszystko, co trzeba wiedzieć, aby opanować podstawy, znajdziemy w tej
obejmującej ponad 150 lat historii sztuki nowoczesnej. Sztuka wpłynęła w tym czasie na zmianę świata, a świat wpłynął na zmianę sztuki. Wszystkie
kierunki, wszystkie "izmy" są misternie z sobą powiązane, jeden prowadzi
do drugiego, jak ogniwa w łańcuchu. Jednak każdy z nich prezentuje
własne, indywidualne podejście, odrębne style i metody będące kulminacją
szerokiej gamy wpływów: artystycznych, politycznych, społecznych i technologicznych.
To niesamowita historia, która, mam nadzieję, sprawi, że Wasza kolejna
wizyta w Tate, Museum of Modern Art, Pompidou czy lokalnej galerii
stanie się nieco mniej onieśmielająca, a nieco bardziej interesująca.
Historia ta wygląda mniej więcej tak...
Słowo "jackass" pochodzi od tytułu amerykańskiego programu rozrywkowego pokazującego niebezpieczne, szokujące lub głupie wyczyny amatorów (przyp. tłum.). [wróć]
1
FONTANNA, 1917
Poniedziałek, 2 kwietnia 1917 roku. W Waszyngtonie prezydent USA Woodrow Wilson wzywa Kongres do wystosowania
formalnej deklaracji o przystąpieniu do wojny z Niemcami. Tymczasem w Nowym Jorku trzech elegancko ubranych młodych mężczyzn opuszcza wytworny
dwupoziomowy apartament przy Zachodniej Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy 33
i wyrusza do miasta. Spacerują i rozmawiają uśmiechnięci, od czasu do
czasu wybuchając powstrzymywanym śmiechem. Szczupły, elegancki Francuz
pośrodku i jego dwaj bardziej krępi amerykańscy przyjaciele takie
wycieczki zawsze przyjmują z radością. Francuz jest artystą, który
mieszka w mieście dopiero od dwóch lat: wystarczająco długo, by się w nim orientować, zbyt krótko, żeby być znudzonym jego ekscytującymi,
zmysłowymi urokami. Emocje towarzyszące spacerowi na południe przez
Central Park i dalej, w kierunku Columbus Circle, niezmiennie podnoszą
go na duchu; spektakularny widok drzew płynnie zmieniających się w budynki jest dla niego jednym z cudów świata. Jeśli o niego chodzi, Nowy
Jork jest wielkim dziełem sztuki: parkiem rzeźb wypełnionym po brzegi
wspaniałymi nowoczesnymi eksponatami, który ma w sobie więcej życia i pośpiechu niż Wenecja, inne wielkie dzieło architektoniczne.
Trio przemierza Broadway, niechlujnego intruza wśród ulic zarówno
bogatych, jak i pięknych. Gdy zbliżają się do centrum, słońce znika za
nieprzeniknionymi blokami betonu i szkła, zostawiając w powietrzu
wiosenny chłód. Dwaj Amerykanie rozmawiają nad głową przyjaciela,
którego zaczesane do tyłu włosy odsłaniają wysokie czoło i głębokie
zakola. Podczas rozmowy on rozmyśla. Oni idą, on się zatrzymuje. Zagląda
w witrynę sklepu z artykułami gospodarstwa domowego. Unosi dłonie, by
osłonić oczy i nie widzieć odbić w szybie, ukazując długie palce z zadbanymi paznokciami i wyraźnymi żyłami: ma w sobie coś z osoby dobrze
urodzonej.
Przerwa trwa krótko. Francuz odchodzi od witryny sklepowej i podnosi
wzrok. Jego znajomi już poszli. Rozgląda się, wzrusza ramionami i zapaliwszy papierosa, przechodzi przez ulicę, nie po to, by szukać
przyjaciół, ale by znaleźć ciepłe objęcia słońca. Jest 16.50; ogarnia go
niepokój. Sklepy wkrótce zostaną zamknięte, a on pilnie czegoś
potrzebuje.
Rusza trochę szybciej. Próbuje zamknąć umysł na dochodzące do niego
bodźce wizualne, ale jego mózg nie chce się poddać: jest tak wiele do
przyswojenia, do przemyślenia, do delektowania się. Słyszy, jak ktoś
woła jego imię, i podnosi wzrok. To Walter Arensberg, niższy z jego
dwóch przyjaciół, który wspierał artystyczne przedsięwzięcia Francuza w Ameryce niemal od momentu, gdy ten zszedł ze statku w wietrzny czerwcowy
poranek 1915 roku. Arensberg skinieniem ręki nakazuje mu przejść z powrotem na drugą stronę ulicy, minąć Madison Square i wejść na Piątą
Aleję. Syn notariusza z Normandii uniósł głowę i skupił teraz uwagę na
ogromnym betonowym kawałku sera. Budynek Flatiron urzekł francuskiego
artystę na długo przed jego przybyciem do Nowego Jorku, był pierwszą
wizytówką miasta, które później miało stać się jego domem.
Po raz pierwszy zobaczył słynny wieżowiec zaraz po jego zbudowaniu, gdy
sam wciąż mieszkał w Paryżu. Natknął się na zdjęcie
dwudziestodwupiętrowej budowli wykonane przez Alfreda Stieglitza w 1903
roku opublikowane we francuskim czasopiśmie. Teraz, czternaście lat
później, zarówno Flatiron, jak i Stieglitz, amerykański fotograf i właściciel galerii, znajdują się w orbicie jego życia w Nowym Świecie.
Z zadumy wyrywa go kolejne płaczliwe wołanie Arensberga, tym razem
podszyte nutą poirytowania, gdy tęgi mecenas i kolekcjoner sztuki
energicznie macha do Francuza. Drugi mężczyzna z ich grupy się śmieje.
Joseph Stella (1877-1946) również jest artystą. Rozumie precyzyjny, choć
kapryśny umysł galijskiego przyjaciela i zdaje sobie sprawę z jego
bezradności w konfrontacji z obiektem zainteresowania.
Znów razem zmierzają na południe Piątą Aleją. Wkrótce docierają do celu:
sklepu firmowego J.L. Mott Iron Works pod numerem 118, specjalizującego
się w hydraulice. Arensberg i Stella tłumią chichot, podczas gdy ich
towarzysz kręci się wśród wystawionych wanien i klamek. Po kilku
minutach przywołuje sprzedawcę i wskazuje niepozorny, płaski pisuar z białej porcelany. Dołączają do nich dwaj Amerykanie, a nieufny
sprzedawca informuje ich, że model pisuaru to Bedfordshire. Francuz kiwa
głową, Stella uśmiecha się ironicznie, a Arensberg energicznie klepie
sprzedawcę w plecy, mówiąc, że go kupi.
Wychodzą. Arensberg i Stella idą zamówić taksówkę. Ich cichy
filozofujący francuski przyjaciel stoi na chodniku, trzymając ciężki
pisuar, rozbawiony planem, jaki wymyślił dla tego porcelanowego
utensylium: zrobić z niego żart i zdenerwować nim wyniosły świat sztuki.
Spoglądając na jego lśniącą, białą powierzchnię, Marcel Duchamp
(1887-1968) uśmiecha się do siebie: jest przekonany, że wywoła lekkie
poruszenie.
Duchamp zabiera pisuar do swojej pracowni. Kładzie ciężki porcelanowy
przedmiot na plecach i obraca; teraz wygląda, jakby był do góry nogami.
Następnie czarną farbą podpisuje go pseudonimem i opatruje datą po lewej
stronie zewnętrznej krawędzi: "R. Mutt 1917". Jego praca jest prawie
ukończona. Pozostało tylko jedno zadanie: musi nadać mu nazwę. Wybiera
Fontannę. Zaledwie kilka godzin wcześniej był to niepozorny,
powszechnie dostępny przedmiot, a dzięki działaniom artysty stał się
dziełem sztuki (zob. ryc. 1).
Ryc. 1. Marcel Duchamp, Fontanna, 1917, replika 1964
Przynajmniej tak uważał Duchamp. Wierzył, że wynalazł nowy rodzaj
rzeźby: taki, w którym artysta może wybrać dowolny już istniejący,
masowo produkowany przedmiot bez oczywistych walorów estetycznych i uwalniając go od jego funkcji - innymi słowy, czyniąc go bezużytecznym -
nadając mu nazwę, zmieniając kontekst oraz perspektywę, z jakiej
normalnie się go ogląda, przekształcić w dzieło sztuki. Nazwał ten nowy
rodzaj sztuki "ready made" - rzeźbą, która już wcześniej była gotowa.
Pracował nad tym pomysłem od kilku lat, zacząwszy jeszcze we Francji od
przymocowania przedniego koła rowerowego na jego widelcu do stołka.
Wtedy konstrukcja stanowiła dla niego rozrywkę: lubił kręcić kołem i patrzeć, jak wiruje. Później jednak zaczął uważać ją za dzieło sztuki.
Kontynuował tę praktykę po przybyciu do Ameryki. Kupił kiedyś łopatę do
odśnieżania, którą, zanim powiesił ją za uchwyt pod sufitem, podpisał.
Podpisał się swoim prawdziwym nazwiskiem, ale dodał "od", a nie
"zrobiona przez" Marcela Duchampa. W ten sposób jasno określił swoją
rolę w tym procesie: "od" artysty pochodził pomysł, w przeciwieństwie do
dzieła sztuki, które jest zrobione "przez" artystę. Wraz z Fontanną
przeniósł tę koncepcję na inny poziom, wystawiając ją na widok publiczny
i poddając konfrontacji z odbiorcami. Miał zamiar pokazać ją na wystawie
artystów niezależnych w 1917 roku, największej wystawie sztuki
nowoczesnej, jaka odbyła się w Ameryce. Już sama ekspozycja stanowiła
wyzwanie dla amerykańskiego establishmentu artystycznego. Została
zorganizowana przez Society of Independent Artists, grupę
wolnomyślicieli, patrzących w przyszłość intelektualistów, którzy
sprzeciwiali się konserwatywnemu i ograniczającemu swobodę twórczą
podejściu National Academy of Design.
Ogłosili, że każdy artysta może zostać członkiem ich towarzystwa po
wpłaceniu jednego dolara wpisowego, a każdy członek może w 1917 roku
zgłosić dwie prace na Wystawę Niezależnych, pod warunkiem że uiści
dodatkową opłatę w wysokości pięciu dolarów za każdą. Marcel Duchamp był
dyrektorem towarzystwa i członkiem komitetu organizacyjnego wystawy.
Przynajmniej częściowo wyjaśnia to, dlaczego wolał podpisać się
pseudonimem na swej złośliwej w wymowie pracy. Z drugiej strony, w charakterze Duchampa leżała zabawa słowami, żarty i kpiny z nadętego
świata sztuki.
Nazwisko Mutt to gra słów z Mott, nazwą sklepu, w którym kupił pisuar.
Mówi się również, że jest to nawiązanie do komiksu w odcinkach Mutt and
Jeff, który po raz pierwszy ukazał się w "San Francisco Chronicle" w 1907 roku, z jednym tylko bohaterem, A. Muttem. Kierowała nim wyłącznie
chciwość, był tępym cwaniakiem z obsesją na punkcie hazardu i nieprzemyślanych planów szybkiego wzbogacenia się. Jeff, jego
łatwowierny pomocnik, był pensjonariuszem zakładu psychiatrycznego.
Biorąc pod uwagę, że w zamierzeniu Duchampa Fontanna miała stanowić
krytykę chciwych, spekulujących kolekcjonerów i nadętych, niedouczonych
dyrektorów muzeów, taka interpretacja nie jest wykluczona. Podobnie jak
domniemanie, że inicjał "R." odnosi się do richard, francuskiego
kolokwializmu oznaczającego "sakwę pieniędzy". U Duchampa nic nigdy nie
jest proste, w końcu wolał szachy od sztuki.
Kiedy Duchamp przekształcał pisuar w "gotową" rzeźbę, miał też inne
cele. Chciał zakwestionować samo pojęcie dzieła sztuki, tak jak
definiują je akademicy i krytycy, których uważał za samozwańczych i przeważnie niekompetentnych arbitrów gustu. To do artystów należy
decyzja w kwestii tego, co jest, a co nie jest dziełem sztuki. Francuz
stał na stanowisku, że jeśli artysta uzna coś za dzieło sztuki,
wpływając na jego kontekst i znaczenie, to jest to dzieło sztuki. Zdawał
sobie sprawę, że założenie to, choć dość łatwe do zrozumienia, może
wywołać rewolucję w świecie sztuki.
Sprzeciwiał się też twierdzeniu, że medium - płótno, marmur, drewno czy
kamień - ma dyktować artyście, jak powinien lub może tworzyć dzieło
sztuki. Medium zawsze stawiano na pierwszym miejscu, dopiero na drugim
artysta mógł rzutować na nie swoje idee, używając malarstwa, rzeźby czy
rysunku. Duchamp chciał to odwrócić. Medium uważał za drugorzędne:
najważniejsza była idea. Dopiero po ustaleniu i rozwinięciu koncepcji
artysta powinien wybrać takie medium, za pomocą którego pomysł daje się
najskuteczniej wyrazić. A jeśli oznacza to użycie porcelanowego pisuaru,
niech to będzie pisuar. W gruncie rzeczy wszystko może być sztuką, jeśli
artysta tak chce. To była wielka idea.
Duchamp chciał obnażyć fałszywość innego powszechnie panującego poglądu:
że artyści są w jakiś sposób wyższą formą ludzkiego życia. Że zasługują
na wysoki status, jaki przyznaje im społeczeństwo przekonane o ich
wyjątkowej inteligencji, wnikliwości i mądrości. Duchamp uważał to za
nonsens. Artyści traktowali siebie i byli traktowani zbyt poważnie.
Ukryte znaczenia Fontanny nie kończą się na grze słów i prowokacji.
Artysta wybrał pisuar, ponieważ jako w dużej mierze erotyczny ma on
wiele do powiedzenia w kwestii tego aspektu życia, który Duchamp często
eksplorował w swojej twórczości. Nie trzeba mieć wiele wyobraźni, aby w odwróconym do góry nogami pisuarze dostrzec jego konotacje seksualne.
Aluzja ta pozostała całkowicie niezauważona przez osoby zasiadające obok
Duchampa w komitecie i dlatego nie była powodem, dla którego inni
dyrektorzy odmówili przyjęcia Fontanny na Wystawę Niezależnych.
Kiedy kilka dni po wyjściu na zakupy Duchampa, Arensberga i Stelli
dzieło sztuki trafiło na salę wystawową Grand Central Palace przy
Lexington Avenue, natychmiast wywołało konsternację zmieszaną z odrazą.
Chociaż dołączona koperta od R. Mutta zawierała wymagane sześć dolarów
(jeden dolar za członkostwo, pięć dolarów za dzieło), większość zarządu
towarzystwa (kilka osób, wśród nich Arensberg i oczywiście Duchamp,
którzy doskonale znali pochodzenie i cel dzieła, zaciekle argumentowało
na jego korzyść) uważała, że pan Mutt sobie z nich żartuje. Tak
oczywiście było.
Duchamp rzucał wyzwanie swoim kolegom z towarzystwa i statutowi
organizacji, w którego pisaniu brał udział. Rzucał im wyzwanie, by
realizowali ideały, które wspólnie ustanowili, a mianowicie
przeciwstawili się establishmentowi artystycznemu i autorytarnemu
głosowi konserwatywnej National Academy of Design, stosując nowe,
liberalne i postępowe zasady: jeśli jesteś artystą i zapłaciłeś, to
twoja praca jest wystawiana. Kropka.
Konserwatyści wygrali bitwę, ale - co teraz wiemy - spektakularnie
przegrali wojnę. Eksponat R. Mutta uznano za obraźliwy i wulgarny,
argumentując, że przedstawia pisuar, a więc temat, który nie był uważany
za odpowiedni do dysput dla amerykańskiej purytańskiej klasy średniej.
Zespół Duchampa natychmiast zrezygnował z członkostwa w zarządzie.
Fontanna nigdy nie została pokazana. Nikt nie wie, co stało się z dziełem Francuza podpisanym pseudonimem. Mówiono, że zostało zniszczone
przez jednego z członków zdegustowanego komitetu, co rozwiązało problem,
czy ją wystawić czy nie. Z drugiej strony, kilka dni później w swojej
galerii "291" Alfred Stieglitz zrobił zdjęcie tego gorszącego obiektu,
ale mogła to być pospiesznie zrobiona nowa wersja "ready made". Ona
również zniknęła.
Jednak wielka siła idei polega na tym, że nie da się ich od-myśleć.
Zdjęcie Stieglitza stało się przełomowe. Sfotografowanie dzieła przez
jednego z najbardziej szanowanych artystów, który prowadził również
liczącą się galerię sztuki nowoczesnej na Manhattanie, było ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, stanowiło swego rodzaju potwierdzenie ze
strony artystycznej awangardy, że Fontanna jest pełnoprawnym dziełem
sztuki, a zatem zasługuje na udokumentowanie przez wiodącą galerię i cieszącą się uznaniem osobę. Po drugie, stworzyło fotograficzny zapis:
dowód istnienia obiektu. Bez względu na to, ile razy sceptycy niszczyli
dzieło Duchampa, mógł on wrócić do J.L. Motta, kupić nowe i po prostu
skopiować układ podpisu ze zdjęcia Stieglitza. I to właśnie się stało. W kolekcjach na całym świecie znajduje się piętnaście kopii Fontanny
zatwierdzonych przez Duchampa.
Dziwne jest to, że gdy jeden z tych egzemplarzy zostaje pokazany na
wystawie, ludzie traktują go bardzo poważnie. Widzimy tabuny ponurych
wielbicieli sztuki wyciągających szyje, żeby go obejrzeć, wpatrujących
się w niego godzinami, stających z boku, oglądających go ze wszystkich
stron. To pisuar! To nawet nie oryginał. Sztuka to pomysł, nie sprowadza
się do przedmiotu.
Marcela Duchampa rozbawiłoby, z jakim szacunkiem obecnie traktowana jest
Fontanna. Wybrał pisuar właśnie ze względu na jego brak walorów
estetycznych (coś, co nazywał antyretinalnością). Jest to "gotowa"
rzeźba, która nigdy nie była prezentowana publicznie, w rzeczywistości
będąc jedynie prowokacyjnym żartem, ale ostatecznie stała się
najbardziej znaczącym dziełem sztuki XX wieku. Idee, które ucieleśniała,
bezpośrednio wpłynęły na kilka ważnych kierunków artystycznych, w tym
dadaizm, surrealizm, ekspresjonizm abstrakcyjny, pop-art i konceptualizm. Współcześni twórcy, od Ai Weiweia po Damiena Hirsta,
niewątpliwie najbardziej spośród wszystkich artystów szanują właśnie
Marcela Duchampa i najczęściej się do niego odwołują.
Ten po lewej to ready made, ten w środku to wierna kopia, a ten po
prawej to tylko naśladownictwo.
No dobrze, ale czy to jest sztuka? A może tylko duchampowski żart? Czy
artysta zrobił z nas wszystkich głupców, którzy drapią się po brodzie i "doceniają" najnowszą wystawę konceptualnej sztuki współczesnej? Czy z legionów kolekcjonerów z szoferami, naiwnych "sakiewek z pieniędzmi",
którzy pozwalając, by chciwość ich zaślepiła, stali się dumnymi
posiadaczami całych galerii tandety, zrobił Muttów? I czy postawione
przed kuratorami wyzwanie, żeby stali się postępowi i otwarci, nie
przyniosło odwrotnego skutku? Czy dając do zrozumienia, że idea jest
ważniejsza niż medium, a tym samym stawiając filozofię ponad stroną
techniczną, zapchał uczelnie artystyczne dogmatami i sprawił, że boją
się rzemiosła i je lekceważą? A może Duchamp jest geniuszem, który
wyzwolił sztukę z mroków jej średniowiecznego bunkra - jak Galileusz
trzysta lat wcześniej uczynił z odkryciami - umożliwiając jej rozkwit i wywołując dalekosiężną rewolucję intelektualną?
Moim zdaniem to drugie. Duchamp na nowo zdefiniował sztukę, czym jest i czym może być. Z całą pewnością nadal obejmowała malarstwo i rzeźbę, ale
były to po prostu dwa media pośród wielu innych, które służyły
przekazywaniu idei artysty. To on ponosi winę za całą debatę na temat:
"Czy to jest sztuka", o co oczywiście mu chodziło. Z jego punktu
widzenia rola artysty w społeczeństwie jest zbliżona do roli filozofa;
nie ma nawet znaczenia, czy umie malować albo rysować. Zadanie twórcy
nie polega na dostarczaniu przyjemności estetycznej - mogą to robić
projektanci; ma on zdystansować się od świata i spróbować nadać mu sens
lub skomentować go poprzez prezentację idei, które nie pełnią żadnej
funkcji poza byciem ideą. Jego interpretację sztuki doprowadził do
ekstremum performans z przełomu lat 50. i 60. praktykowany przez takich
artystów jak np. Joseph Beuys (1921-1986), którzy stali się nie tylko
twórcami idei, ale także jej medium.
Wpływy Marcela Duchampa - najpierw jako zwolennika kubizmu, później jako
ojca konceptualizmu - są w historii sztuki nowoczesnej powszechne.
Artysta nie jest jednak jedyną gwiazdą tej historii, bogatej w postaci
ponadprzeciętne, które odegrały w niej ważne role. Obok niego jaśnieją:
Claude Monet, Pablo Picasso, Frida Kahlo, Paul Cézanne i Andy Warhol. A także nazwiska może mniej znane: Gustav Courbet, Katsushika Hokusai,
Donald Judd i Kazimierz Malewicz.
Duchamp z historii sztuki nowoczesnej się wyłonił - nie on ją
zapoczątkował. Rozpoczęła się jeszcze przed jego narodzinami, w XIX
stuleciu, kiedy wydarzenia na świecie sprzysięgły się, by najbardziej
ekscytującym intelektualnie miejscem na świecie uczynić Paryż, miasto
kipiące ekscytacją, gdzie w powietrzu wciąż unosił się zapach rewolucji.
A jej wcale niemały powiew wdychała grupa lubiących ryzyko artystów,
którzy mieli obalić stary porządek establishmentu artystycznego i zapoczątkować nową erę w sztuce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki