Na cichej wsi - Zofia Kowerska

-
Proszę czekać

[Na cichej wsi]

Michał Iłowski z dalszych pokoi wybiegł do salonu, przyciskając drżącymi palcami czoło tak silnie, iż prawie dziwne było, że się w nie nie wpiły i wiecznych na nim nie zostawiły śladów.

- Przytomności! - wołał na siebie w duchu. - Mam obowiązek nie tracić przytomności!

Wszakże bał się, że zmysły postrada, że w jednej chwili, wśród szalonego natężenia myśli i uczuć, przytomność go odbiegnie, gdy jej tak bardzo potrzebował.

Spojrzał przestraszony wokoło siebie.

- Konrad! - zawołał półgłosem. - Czemu Konrada przy mnie nie ma?

I rozszalałym myślom jego wydało się na chwilę, że jakaś pomoc, jakiś ratunek mógł mu przybyć wraz z Konradem.

Wyciągnął śpiesznie z kieszeni notatnik i wydarłszy z niego kartkę, napisał na niej ołówkiem:

"Stenia chora, czy ty słyszysz? Bardzo chora. Przyjeżdżaj! Dlaczego ciebie tu nie ma? Lekarze mówią, że to..."

Ostatni wyraz zadławił go w gardle i ołówek drżący w rozgorączkowanych palcach nie śmiał wyrazu tego napisać. Przed straszną nazwą choroby myśl niespokojna stanęła jak wryta, jakby doniosłość samej choroby po raz pierwszy objąć zdołała. Michał spojrzał na papier, na którym wyraz nienapisany był jedynym, który czytał wyraźnie i nagle rozdzierające łkanie wyrwało się z jego piersi.

Własnego płaczu odgłos, którego nie znał, gdyż od dzieciństwa głośno nie płakał, otrzeźwił go i przywołał odbiegającą przytomność i odwagę. Z wysiłkiem zdobył się na wyraz spokoju i obojętności, z którym przychodzącemu na odgłos dzwonka służącemu oddał kartkę do Konrada Turzańskiego. Potem chciał przejść do pokojów żony, ale się zawahał. Stał w progu, oddychając ciężko i usiłując opanować własne uczucia i myśli.

W przyległym pokoju usłyszał kroki i rozmowę wchodzących lekarzy, o których, gdy nie byli przy łóżku chorej, nikt z jej rodziny nie myślał i którymi nikt się nie zajmował. Służący pamiętali o ich wygodach, ale towarzystwa nikt im nie dotrzymywał. Błąkali się więc po domu i ogrodzie, zatrzymywani prośbami gospodarza, ile razy wyjechać chcieli, a potem znowu zostawieni samym sobie, osamotnieni, doznający uczuć rozbitków lub więźniów pragnących oswobodzenia. Jeden z nich, dowcipniś, któremu żarty płynęły we krwi jak nieuleczalna choroba, przyciszonym głosem wypowiedział jakiś koncept, po czym obaj się roześmieli.

Michał drgnął i rozpacz jego dzikszą w tej chwili się stała. Na głowę zwaliło mu się straszne przeświadczenie o braku solidarności między ludźmi, o ich obojętności i chłodnym egoizmie. Ci dwaj lekarze tylko co byli wydali wyrok straszny, tylko co byli wyrzekli, że zostawał tylko cień nadziei, że jego najdroższa, jego nad wszystko ukochana żona stawała do walki ze śmiercią, niedbającą o młodość, którą podcina, niedbającą o serca, po których depcze... I ci ludzie, wyrzekłszy taki wyrok, śmieli się teraz z nędznego, płaskiego konceptu. Śmieli się, gdy jemu serce rwało się w piersi. Począł nimi pogardzać z całej duszy i to znowu wytrzeźwiło go trochę ze strasznej myśli wyłącznej. Potem wydało mu się, że skoro ludzie w tym domu śmiać się mogli, więc może wszystko nie było jeszcze stracone, może był jeszcze jaki środek ratunku...

Wszedł do pokoju, w którym się znajdowali lekarze i wszystko, co w nim było namiętnym pragnieniem znalezienia choćby błysku nadziei, skupiło się w jego oczach w wyraz oczekiwania i prośby. Tym pałającym, a jednocześnie żebrzącym wzrokiem pytał, czy lekarze nie odkryli jakiego ratunku, czy śmiech ich nie miał swego źródła w jakim podpatrzonym pocieszającym symptomacie.

Na jego widok lekarze przybrali wyraz powagi. Uśmiech znikł z ich ust, przy czym dostrzec mogli, że oczy Michała zachmurzyły się, usta zadrgały boleśnie, a pytanie urwało mu się w gardle i załamało w jakiś dźwięk zachrypły.

- Byliśmy właśnie u chorej... - zaczął jeden z lekarzy.

- Może pan życzy sobie sprowadzić jeszcze Polanowicza z Warszawy? - pochwycił drugi. - Będzie pan spokojniejszy... Przynajmniej będziemy mogli sobie powiedzieć, że się nic nie opuściło... - A widząc wyraz bezbrzeżnej rozpaczy, przebiegający po twarzy Michała, lekarz dodał: - Może też Polanowicz znajdzie stan mniej groźnym, niż się on nam wydaje...

Michał wyszedł śpiesznie z pokoju, po chwili zaś powrócił, by zapytać o adres Polanowicza. Poczęto adresu szukać w kalendarzu, wreszcie, zdobywszy go, Michał pobiegł sam do stajni, by wysłać furmana z telegramem do stacji.

Myśl nieszczęśliwego uczepiła się teraz osoby i przybycia Polanowicza, jak deski ratunku. Z rozkładem ruchu pociągów w ręku wyliczał minuty, czynił przypuszczenia, obrachowywał, jak długo mógł iść telegram terminowy i którym pociągiem wyjedzie Polanowicz... Ta myśl uboczna, szukająca niespokojnie sławnego lekarza i obliczająca jego ruchy, zasłoniła na chwilę przed Michałem myśl wyłączną, pomotała w jego umyśle samowiedzę i grozę chwili obecnej. Wszedł do pokoju żony. Był w stanie wejść tam z pozornym spokojem i uśmiechem.

Leżała z przymkniętymi oczami, bez najmniejszego ruchu, z wyrazem cierpienia w rysach niezwykłej piękności. Sądził, że śpi lub może usypia, więc stał zapatrzony w twarz ukochaną, z sercem pełnym wielkiej miłości dla tej chorej, dla której ratunek zbliżał się może w osobie oczekiwanego lekarza.