Na chwilę - Adrian Zawadzki

Kup ebooka

25.62 zł
21.26 zł (25,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Przez wiele miesięcy słuchałem ludzi.

Nie polityków.

Nie ekspertów.

Nie tych, którzy występują w telewizji.

Ludzi wracających po zmianie.

Z magazynów.

Z produkcji.

Z warsztatów.

Z budowy.

Z miejsc, których zwykle nie pokazuje się na okładkach gazet.

Spotykałem ich w Gardelegen, Mieste, Magdeburgu, Haldensleben i okolicach.

Przy kawie.

W samochodach.

W salach lekcyjnych po pracy.

W kuchniach pachnących zupą i zmęczeniem.

Przy papierosie przed halą.

Na przystankach autobusowych.

W ciszy, która przychodzi po całym dniu pracy.

Na początku opowiadali o języku.

O niemieckich słowach, które trudno wymówić.

O urzędach.

O formularzach.

O pierwszych rozmowach z lekarzem.

Potem rozmowy schodziły głębiej.

Zawsze.

Prędzej czy później.

Na rodziców.

Na dzieci.

Na rozwody.

Na śmierć.

Na samotność.

Na tęsknotę.

Na rzeczy, o których człowiek zwykle nie mówi obcym.

I nagle okazywało się, że historia emigracji nie jest historią o pieniądzach.

Albo nie tylko o pieniądzach.

Jest historią o czasie.

O tym, co człowiek zyskuje.

I o tym, czego nie da się odzyskać.

Niektórzy mieszkają tutaj od dwóch lat.

Inni od dwudziestu.

Jedni mówią już płynnie po niemiecku.

Inni wciąż szukają słów.

Jedni chcą wrócić.

Inni już nie wiedzą, dokąd mieliby wracać.

Ale wszystkich łączy coś wspólnego.

Życie pomiędzy.

Pomiędzy krajami.

Pomiędzy językami.

Pomiędzy dawnym sobą a człowiekiem, którym stali się tutaj.

Nie szukałem bohaterów.

Nie szukałem ludzi niezwykłych.

Przeciwnie.

Szukałem zwyczajności.

Bo właśnie w niej ukrywa się większość życia.

W tych rozmowach nie ma wielkich zwycięzców.

Nie ma też przegranych.

Są ludzie.

Tacy, jakich można spotkać codziennie.

Przy taśmie produkcyjnej.

W wózku widłowym.

Przy spawarce.

Przy magazynowym regale.

Przy stole po pracy.

Niektórzy zgodzili się opowiedzieć swoje historie.

Inni tylko ich fragmenty.

Każdy głos jest prawdziwy.

Nawet jeśli pamięć czasem myli daty.

Bo pamięć nie służy do zapamiętywania wydarzeń.

Pamięć służy do przechowywania bólu, miłości, strachu i nadziei.

Ta książka jest o ludziach.

I o tym, jak próbują znaleźć dla siebie miejsce między dwoma światami.

Andrzej, 54 lata, Gardelegen

- Pierwszy raz przyjechałem do Niemiec w 2008 roku. Pamiętam parking pod Szczecinem. Była noc. Ludzie palili papierosy i udawali odważnych. Jak żołnierze przed wojną.

Nikt nie mówił, że się boi.

Ja też nie.

Miałem trzydzieści kilka lat. Kredyt. Dwóch synów. W domu mówiłem, że jadę zarobić. Tak się mówiło. Nie wyjeżdżało się dlatego, że człowiek się dusił. Że codziennie budził się z myślą, jak przeżyć do pierwszego.

Mówiło się: "jadę dorobić".

Przyjechałem do Gardelegen.

W Polsce nawet nie wiedziałem, że istnieje takie miasto.

Dostałem pokój z trzema innymi facetami. Każdy miał swoją szafkę. Szafka była granicą państwa. Dalej nie wolno było wchodzić.

Wieczorem słyszeliśmy, jak jeden przez telefon płacze do żony. Cicho. Myślał, że nikt nie słyszy.

Słyszeli wszyscy.

Tylko nikt nic nie powiedział.

Rano człowiek szedł do pracy.

Praca była prosta. Ciało wiedziało, co robić. Gorzej było z językiem.

Niemiec mówił trzy zdania.

Ja rozumiałem jedno słowo.

Albo żadne.

I człowiek nagle stawał się głupi.

W Polsce byłem brygadzistą.

Tutaj nie umiałem powiedzieć, że boli mnie kręgosłup.

Najgorsze nie jest zmęczenie.

Najgorsze jest to, że przestajesz być sobą.

Pamiętam pierwsze zajęcia językowe.

Siedzieliśmy po pracy.

Ręce jeszcze pachniały metalem i smarem.

Ciało pamięta każde zadanie.

Jeden zasypiał.

Drugi mówił, że jest za stary.

Trzeci pytał, po co mu to wszystko.

Ale przychodziliśmy.

Bo człowiek nie chce całe życie pokazywać palcem.

Nie chce być niemową.

Po kilku miesiącach poszedłem sam do urzędu.

Sam.

Ktoś z Polski tego nie zrozumie.

To był dla mnie większy sukces niż prawo jazdy.

Wracałem do domu i miałem ochotę kupić sobie tort.

Śmieszne?

Może.

Ale emigracja składa się właśnie z takich rzeczy.

Nie z wielkich wydarzeń.

Z małych zwycięstw.

Pierwsza rozmowa z lekarzem.

Pierwszy żart po niemiecku.

Pierwsza kłótnia przez telefon z firmą ubezpieczeniową.

Wtedy człowiek wie, że już tu trochę jest.

Ale dom...

Dom zawsze jest gdzie indziej.

Matka umarła, kiedy pracowałem tutaj.

Nie zdążyłem.

Pociągi, formalności, telefon.

Przyjechałem na pogrzeb.

Pamiętam, że stałem nad grobem i myślałem o zmianie w pracy.

Wstyd mi było za tę myśl.

Ale tak działa emigracja.

Żyjesz w dwóch miejscach naraz.

I w żadnym do końca.

Dzisiaj mam wnuczkę.

Mówi do mnie przez kamerę.

Czasami pokazuje mi rysunki.

Ja siedzę w Gardelegen.

Ona mieszka pod Poznaniem.

Między nami jest ekran.

Kiedyś była tylko granica, ale ogarnąłem Internet na niemieckim numerze.

Nie wiem, co gorsze.

Może nic.

Może po prostu tak wygląda teraz życie.

Przyjechałem na chwilę.

Miałem zostać rok.

Minęło osiemnaście lat.

Czasem jadę rowerem przez miasto i myślę:

"A więc tutaj się zestarzeję?"

Nie znam odpowiedzi.

Nikt z nas nie zna.

Emigrant zawsze jest trochę w drodze.

Nawet kiedy stoi w miejscu.

Beata, 43 lata, Mieste

- W Polsce pracowałam w sklepie mięsnym.

Tutaj pakuję części samochodowe.

Kiedy człowiek jest dzieckiem, myśli, że życie będzie miało jakiś sensowny scenariusz.

Że wszystko będzie się układało.

A potem okazuje się, że życie jest bardziej podobne do magazynu.

Wszędzie stoją pudła.

Na każdym etykiety.

Przyjechałam po rozwodzie.

To był najgorszy rok mojego życia.

Ludzie mówią: "wyjechała za pieniędzmi".

Nie.

Ja wyjechałam, bo nie mogłam już patrzeć na ściany swojego mieszkania.

Każdy pokój przypominał mi coś, czego nie chciałam pamiętać.

Kiedy autobus przekroczył granicę, płakałam.

Nie dlatego, że opuszczam Polskę.

Dlatego, że nie wiedziałam, kim będę jutro.

W Mieste wszystko wydawało mi się ciche.

Nawet pociągi jeździły ciszej niż w Polsce.

Po pracy wracałam do pokoju.

Cztery ściany.

Czajnik.

Telefon.

I tak przez wiele miesięcy.

Najbardziej bałam się niedziel.

W tygodniu człowiek pracuje.

W niedzielę zostaje sam ze sobą.

A to nie zawsze jest dobre towarzystwo.

Pewnego dnia zaczęłam uczyć się języka.

Powoli.

Jak dziecko.

Nazywać rzeczy od początku.

Die Tür. Drzwi.

Das Fenster. Okno.

Das Haus. Dom.

Die Haltestelle. Przystanek.

Der Arzt. Lekarz.

To dziwne doświadczenie.

Masz czterdzieści lat i nagle wracasz do pierwszej klasy.

Ale razem z językiem wracała odwaga.

Zaczęłam rozmawiać z ludźmi.

Zaczęłam wychodzić.

Kupiłam kwiaty do mieszkania.

Wiesz - niech będzie jak w domu.

Niech wygląda na dom, nawet pusty.

To był sygnał.

Że nie czekam już na życie.

Że ono już trwa.

Czasem myślę, że emigracja to nie zmiana kraju.

To zmiana w człowieku.

Przyjeżdża jedna osoba.

Po kilku latach wraca inna.

I nikt nie potrafi dokładnie powiedzieć, kiedy właściwie to się stało.

Marek, 38 lat, Magdeburg

- Najpierw przyjechał mój brat.

Tak się zwykle zaczyna.

Jeden wyjeżdża, potem ciągnie drugiego.

Mówi: "Pracy jest dużo. Dasz radę".

Nigdy nie mówi, jak bardzo będzie samotnie.

To każdy zostawia dla siebie.

Pracowałem wcześniej na budowach pod Wrocławiem. Raz była robota, raz nie było. Człowiek ciągle żył między telefonami.

Zadzwonią czy nie zadzwonią?

W Niemczech po raz pierwszy dostałem umowę, którą ktoś mi spokojnie wyjaśnił.

Patrzyłem na te papiery jak na dokument z innej planety.

W Polsce przywykłem do tego, że trzeba się domyślać.

Tutaj wszystko było napisane.

Nawet to, kiedy mam przerwę.

Pamiętam pierwszy dzień w Magdeburgu.

Był listopad.

Szaro.

Deszcz.

Dworzec.

I ja z jedną walizką.

W filmach ludzie przyjeżdżają do nowych miast i zaczynają nowe życie.

W rzeczywistości człowiek najpierw szuka sklepu z najtańszym chlebem.

Porównuje cenę niemieckiego chleba z ceną w Polsce.

Przez pierwsze miesiące pracowałem przy rozbiórkach.

Wieczorem bolało wszystko.

Ręce.

Plecy.

Kolana.

Nawet miejsca, o których nie wiedziałem, że istnieją.

Wracałem do pokoju i zasypiałem w ubraniu.

Czasami budziłem się o drugiej w nocy i nie wiedziałem, gdzie jestem.

Przez chwilę myślałem, że jestem w domu.

Potem słyszałem niemiecki za ścianą.

I wszystko wracało.

Najtrudniejsze nie były jednak godziny pracy.

Najtrudniejsze były telefony do córki.

Miała wtedy siedem lat.

Pytała:

"Tato, kiedy wrócisz?"

Mówiłem:

"Niedługo."

A sam nie wiedziałem, co to znaczy.

Dzieci mierzą czas inaczej.

Dla dziecka pół roku to wieczność.

Dla dorosłego - pół roku mija między rachunkami.

Pamiętam pewną zimę.

Wróciłem do Polski na święta.

Córka pokazała mi zeszyt.

Było zadanie: "Narysuj swoją rodzinę".

Narysowała mamę.

Siebie.

Psa.

A mnie w telefonie.

Tak mnie wtedy widziała.

Nie jako człowieka.

Jako ekran.

To mnie zabolało bardziej niż wszystkie nadgodziny.

Potem zacząłem przyjeżdżać częściej.

Mniej zarabiałem.

Ale częściej byłem.

Nie wszystko można przeliczyć.

Człowiek przyjeżdża do Niemiec po pieniądze.

A po kilku latach odkrywa, że najdroższe są rzeczy, których nie można kupić.

Dzisiaj pracuję w magazynie.

Jest lżej.

Mam swoich ludzi.

Polaków.

Rumunów.

Niemców.

Ukraińców.

Przy jednej kawie wszyscy jesteśmy podobni.

Wszyscy narzekają na szefa.

Wszyscy martwią się o dzieci.

Wszyscy liczą lata do emerytury.

Kiedy zaczęła się wojna w Ukrainie, jeden kolega przez kilka dni nie mógł dodzwonić się do rodziców.

Pamiętam jego twarz.

Nikt nic nie mówił.

Po prostu siedzieliśmy obok.

Czasami człowiekowi nie potrzeba słów.

Emigranci dobrze rozumieją ciszę.

Bo większość z nas przyjechała tutaj z czymś, czego nie opowiada się od razu.

Każdy niesie jakiś ciężar.

Rozwód.

Długi.

Śmierć kogoś bliskiego.

Strach.

Zmęczenie.

Marzenia.

Często wszystko naraz.

Wieczorami chodzę nad Łabę.

Patrzę na wodę.

Rzeka płynie dalej i nie pyta nikogo o narodowość.

Nie obchodzi jej, skąd przyjechałeś.

Dokąd wracasz.

Myślę wtedy o tym, ile razy chciałem rzucić wszystko i wyjechać.

Było takich momentów dużo.

Ale następnego dnia szedłem do pracy.

Potem znowu.

I znowu.

Tak właśnie wygląda większość życia.

Nie wielkie decyzje.

Tylko zwykłe dni.

Jeden po drugim.

Aż pewnego ranka patrzysz w lustro i widzisz człowieka starszego o dziesięć lat.

I zastanawiasz się, gdzie podział się ten chłopak z walizką na dworcu w Magdeburgu.

Może nadal gdzieś tam stoi.

W tym listopadowym deszczu.

I jeszcze nie wie, ile będzie kosztowała go ta podróż.

Ewa, 53 lat, Haldensleben

- Nie planowałam wyjazdu.

Ludzie często myślą, że emigracja zaczyna się od decyzji.

U mnie zaczęła się od telefonu.

Siostra zadzwoniła wieczorem.

Powiedziała:

"Przyjechałabyś?"

Tak po prostu.

Bez wielkich planów.

Bez map.

Bez marzeń o Niemczech.

Miałam wtedy czterdzieści trzy lata.

Męża już nie miałam.

Dzieci były prawie dorosłe.

Pracowałam w piekarni.

Wstawałam o drugiej w nocy.

Wracałam zmęczona.

I któregoś dnia zrozumiałam, że żyję tylko od zmęczenia do zmęczenia.

Przyjechałam do Haldensleben.

Pamiętam zapach pierwszego mieszkania.

Farba.

Nowe meble.

I cisza.

Ta cisza mnie przestraszyła.

W Polsce zawsze coś było słychać.

Sąsiad.

Telewizor.

Samochody.

Tutaj wieczorem słyszałam własne myśli.

Nie wiedziałam jeszcze, że człowiek może się ich bać.

Pracę znalazłam szybko.

Sprzątanie.

Potem produkcja.

Potem znowu coś innego.

Praca fizyczna jest podobna wszędzie.

Różnią się maszyny.

Ból pleców jest taki sam.

Najtrudniej było nauczyć się prosić o pomoc.

W Polsce zawsze sobie radziłam.

Tutaj nagle nie rozumiałam formularzy.

Listów.

Instrukcji.

Czasem płakałam nad urzędowym pismem.

Nie dlatego, że było straszne.

Dlatego, że było niezrozumiałe.

Człowiek czuje się wtedy bardzo mały.

Jakby ktoś zmniejszył go do połowy.

Pamiętam pewnego starszego Niemca.

Mieszkał piętro niżej.

Spotykaliśmy się przy skrzynkach pocztowych.

Na początku mówiliśmy tylko guten Tag. Dzień dobry.

Potem dwa zdania.

Potem trzy.

Po roku rozmawialiśmy o pogodzie, polityce i pomidorach.

Najczęściej o pomidorach.

Miał ogródek.

Był z nich dumny.

Kiedy zachorował, przez kilka tygodni nie wychodził.

Zorientowałam się, że martwię się o niego.

Pomyślałam wtedy:

"Czy to już jest moje miejsce?"

Bo człowiek zaczyna należeć do miejsca nie wtedy, kiedy dostaje meldunek.

Tylko wtedy, kiedy zaczyna się martwić o innych ludzi.

Dzieci zostały w Polsce.

To była najtrudniejsza część.

Moja córka urodziła pierwsze dziecko, kiedy pracowałam tutaj.

Pamiętam zdjęcie wysłane telefonem.

Patrzyłam na nie w szatni.

Wokół ludzie jedli kanapki.

Rozmawiali.

Śmiali się.

A ja siedziałam i patrzyłam na twarz wnuczki.

Nie mogłam jej dotknąć.

Tylko powiększać zdjęcie.

Technologia jest dziwna.

Pozwala zobaczyć wszystko.

I nie pozwala poczuć niczego.

Dzisiaj wnuczka ma dziewięć lat.

Mówi czasem:

"Babciu, kiedy wrócisz na stałe?"

Nie wiem.

Naprawdę nie wiem.

W Polsce jest rodzina.

Tutaj jest życie.

To nie zawsze jest to samo.

Ludzie pytają, gdzie jest mój dom.

Kiedyś odpowiadałam od razu.

Dzisiaj się zastanawiam.

Dom to miejsce, gdzie się urodziłam?

Gdzie wychowałam dzieci?

Czy może tam, gdzie nauczyłam się zaczynać od nowa?

Może człowiek w pewnym wieku ma już kilka domów.

A może żadnego naprawdę.

Kilka miesięcy temu wracałam autobusem z pracy.

Było ciemno.

Na szybie odbijała się moja twarz.

Nagle pomyślałam:

"Przecież jestem tutaj już prawie dziesięć lat."

Dziesięć lat.

Kiedyś wydawało mi się, że to ogrom czasu.

Teraz wygląda jak jedno długie popołudnie.

Minęło szybko.

Za szybko.

Ale chyba nie żałuję.

Nie dlatego, że było łatwo.

Było bardzo trudno.

Tylko że człowiek czasem odkrywa swoją siłę dopiero wtedy, gdy nie ma już innego wyjścia.

Ja swoją odkryłam tutaj.

Między pracą, autobusami, obcym językiem i zwykłymi dniami.

I może właśnie dlatego nadal tu jestem.

Aneta, 47 lat, Haldensleben

- Najpierw wyjechał mój mąż.

Jak u wielu.

Rok później wyjechałam ja.

Jeszcze rok później wyjechał syn.

A córka została w Polsce.

Nasza rodzina rozpadła się nie przez kłótnię.

Nie przez zdradę.

Przez kilometry.

To też się zdarza.

Tylko nikt nie robi o tym filmów.

Kiedy byłam młoda, myślałam, że emigracja wygląda inaczej.

Że człowiek jedzie gdzieś daleko, zarabia pieniądze i wraca.

Jakby życie było prostą linią.

Tymczasem ono bardziej przypomina nitkę w kieszeni.

Splątaną.

Pełną supełków.

Pracuję przy produkcji.

Zmiany.

Hałas.

Ruch.

Wszystko odmierzane przez zegar.

Po tylu latach czasem budzę się kilka minut przed budzikiem.

Ciało nauczyło się tej pracy lepiej niż głowa.

Pamięta wszystko.

Najbardziej pamięta zmęczenie.

Był taki okres, kiedy pracowałam sześć dni w tygodniu.

Wracałam do mieszkania.

Brałam prysznic.

I siadałam na łóżku.

Nie kładłam się.

Siadałam.

Bo wiedziałam, że jeśli się położę, to już nie wstanę.

Patrzyłam wtedy przez okno.

Na parking.

Na lampę.

Na ludzi wracających z pracy.

I zastanawiałam się, czy oni też czasem mają wrażenie, że życie przecieka między palcami.

Może każdy tak ma.

Może tylko rzadko się do tego przyznajemy.

Najtrudniejszy był okres, kiedy córka została w Polsce sama.

Miała dziewiętnaście lat.

Dorosła na papierze.

Ale nie w sercu.

Dzwoniłam codziennie.

Pytałam, czy jadła.

Czy wszystko dobrze.

Czy zamknęła drzwi.

Głupie pytania.

Matki są specjalistkami od głupich pytań.

Pewnego dnia powiedziała:

"Mamo, nie musisz się o mnie tak martwić."

Pamiętam, że po rozmowie długo siedziałam w kuchni.

Bo nagle zrozumiałam, że dziecko nauczyło się żyć beze mnie.

To powinno cieszyć.

A trochę bolało.

W emigracji jest dużo takich uczuć.

Dwa naraz.

Duma i smutek.

Radość i tęsknota.

Nadzieja i zmęczenie.

Nic nie jest całkiem czarne ani całkiem białe.

Kilka lat temu zachorowała moja mama.

Wracałam do Polski przy każdej okazji.

Autobus.

Pociąg.

Samochód.

Wszystko jedno.

Byle szybciej.

Pamiętam szpital.

Zapach środków dezynfekcyjnych.

Białe ściany.

Jej rękę.

Coraz lżejszą.

Coraz chłodniejszą.

Siedziałyśmy razem.

Powiedziała wtedy coś, czego długo nie mogłam zapomnieć.

Powiedziała:

"Nie miej do siebie pretensji o ten wyjazd."

Nie odpowiedziałam.

Nie wiedziałam, że noszę w sobie takie pretensje.

Ale ona wiedziała.

Matki często wiedzą.

Po jej śmierci długo nie mogłam wrócić do normalności.

Pracowałam.

Rozmawiałam.

Śmiałam się.

A jednocześnie czułam, jakby coś ważnego zostało wyłączone.

Jak światło w pokoju.

Pokój nadal istnieje.

Tylko jest ciemniej.

Od tamtego czasu częściej myślę o czasie.

Nie o pieniądzach.

Nie o pracy.

O czasie.

Ile jeszcze rozmów przede mną?

Ile świąt?

Ile zwykłych wtorków?

Bo człowiek z wiekiem odkrywa, że największą częścią życia są właśnie zwykłe wtorki.

Nie wielkie wydarzenia.

Nie sukcesy.

Nie katastrofy.

Redaktor Adrian Zawadzki

Korektor ADQ HAUS

Projektant okładki Adrian Zawadzki

Ilustracja na okładce AI

? Adrian Zawadzki, 2026

? Adrian Zawadzki, projekt okładki, 2026

Wyjechali na chwilę. Na rok. Na dwa. Do pierwszych oszczędności. Do lepszego życia. Minęły lata.

W Gardelegen, Mieste, Magdeburgu i Haldensleben pracują na produkcji, w magazynach, warsztatach i fabrykach. Wracają zmęczeni po zmianie, dzwonią do dzieci, wspominają rodziców, uczą się nowego języka i próbują odnaleźć własne miejsce między dwoma krajami.

Trzydzieści rozmów o pracy, samotności, miłości, stracie, nadziei i czasie. O ludziach, którzy wyjechali na chwilę.

I zostali.

ISBN 978-83-8455-580-4

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero