Na całej połaci krew - Alek Rogoziński

-
Proszę czekać

Postaci

 

Róża Krull - autorka powieści kryminalnych, którą szukanie inspiracji do książki zawiodło prosto w oko cyklonu, i to w dodatku religijnego.

 

Paweł "Pepe" Kwiatek - agent Róży, skuszony przez nią do wizyty na wsi wizją spędzenia tam spokojnego sylwestra i dumający nad tym, jaka pomroczność go ogarnęła w chwili, kiedy się na to godził.

 

Miłka Wężowska - literatka i przyjaciółka Róży, uważająca, że polska "swojska" wiejska rzeczywistość przerosła nawet jej wyobraźnię, choć w ostatniej książce pisała o romansie osiemnastoletniego wilkołaka, cierpiącego na łysienie plackowate, ze stuletnim wampirem w trakcie andropauzy, i to w dodatku podczas przygotowań do bitwy pod Grunwaldem.

 

Felicja Kozłówka - ciotka Róży, twierdząca, że Ciszaniec jest najbardziej fascynującym miejscem w naszym kraju, co de facto okazało się prawdą.

 

Kazimierz Pytlak - sołtys Ciszańca, owładnięty ideą zrobienia z tej zapomnianej przez Stwórcę wioski sennego marzenia turystów z całego świata.

 

Zuzanna Moś - przyjaciółka Felicji, zastanawiająca się, co opętało je obie, kiedy uwierzyły jakiemuś psycholowi.

 

Arkadiusz "Tonos" Azorek - fałszywy prorok, głoszący, że świat za moment trafi szlag i w związku z tym trzeba mu zaufać, bo wie, jak to przetrwać.

 

Edyta Azorek - żona Arkadiusza, patrząca z politowaniem na jego wyczyny.

 

Kamila Malinowska - bizneswoman, pragnąca wyrwać swoją babcię ze szponów sekty.

 

Joanna Malinowska - babcia Kamili, rozdarta między miłością do wnuczki a chęcią przetrwania nieuchronnie zbliżającego się końca świata.

 

Radomir Oleski - narzeczony Kamili, zakochany bardziej w jej pieniądzach niż w niej samej.

Stefan Dobrzyk - reżyser, pragnący nakręcić w Ciszańcu nową wersję bitwy pod Grunwaldem, tylko jeszcze nie wymyślił, kto ma w niej wygrać.

Sara Dobrzyk - żona Stefana, aktorka, dumająca, czy sąd da jej rozwód, kiedy jako przyczynę poda, że jej mąż zidiociał, porzucając intratną fuchę w stolicy i przenosząc się na zadupie, gdzie nie dolatują nawet komary.

 

Joachim Kret - rolnik, sprawiający wrażenie, że pole orne jest dla niego wybiegiem dla modeli.

 

Michał Kret - młodszy brat Joachima, od niepamiętnych czasów żyjący w jego cieniu.

 

Anna Naruszewicz - sąsiadka Joachima i Michała oraz mimowolna bohaterka afery miłosnej na miarę "Kogla Mogla".

 

Jan Naruszewicz - ojciec Anny, przekonany, że córka powinna odziedziczyć po nim majątek i gospodarować nim w stylu swojej babci, która w czasie wojny nabiła na widły hitlerowca i w ten sposób stała się bohaterką całej wsi.

 

Tadeusz Bodnarski - aspirant z Olsztyna, zaskoczony, że w tak nudnym miejscu jak Ciszaniec mogło dojść do jakiejkolwiek zbrodni.

 

Krystian Kujawski - podwładny Bodnarskiego i największy wielbiciel Róży Krull na Warmii, a może i nie tylko.

 

Jerzy Rutkowiak - proboszcz parafii w Ciszańcu, który nie był w stanie pojąć, co kierowało jego parafianami, kiedy dali się omamić wizjami gorszymi od tych, które Święty Jan spisał w swoim dziele pod wielce optymistycznym tytułem "Apokalipsa".

 

Oraz gościnnie:

 

Manuela Konopka - dziennikarka i łowczyni sensacyjnych tematów, które mogłyby stać się viralem.

 

Krzysztof Darski - inspektor policji, przerażony faktem, że może być bratem Róży i widywać ją na wszystkich zjazdach rodzinnych po wsze czasy.

 

Beata "Betty" Janowska - narzeczona Darskiego, pragnąca spędzić z nim sylwestra.

Prolog

Lichawe światło telefonicznej latarki było jedynym jasnym elementem, jak by to napisał poeta: "ostatnim promieniem nadziei", w ciemnościach panujących w miejscu, w którym dobę wcześniej podstępem zamknięto dwadzieścia pięć osób. Znajdujący się tu ludzie znali się znakomicie, bo od dawna byli sąsiadami. Ich mała wioska na Warmii wydawała się od kilkudziesięciu lat najnudniejszym miejscem na planecie, aż do czasu, kiedy pojawił się w niej... on.

Od pierwszej chwili mieszkańcy Ciszańca wiedzieli, że oto zamieszkał wśród nich ktoś, kto nie jest ot, takim zwyczajnym człowiekiem. Nowo przybyły był olbrzymiej postury, brodaty, zawsze ubrany na czarno, poważny, a nawet ponury. Jego spojrzenie działało hipnotycznie, a każde słowo wymawiane było tak, jakby niosło ze sobą prawdę objawioną. Trudno mu było odmówić charyzmy, zwłaszcza kiedy po kilku tygodniach wdał się w czasie kazania w dyskusję z miejscowym księdzem. Ileż to się wtedy ojczulo napocił, próbując polemizować z jego słowami o tym, że historia biblijnego potopu nie znajduje żadnego, nawet najbledszego potwierdzenia w geologii, a z biologicznego punktu widzenia zmieszczenie wszystkich gatunków zwierząt na arce i późniejsza odbudowa populacji z jednej pary są niemożliwe. Nie mówiąc już o tym, że Jonasz, otoczony w brzuchu wieloryba kwasami żołądkowymi, miałby mniejsze szanse na przeżycie niż po skoku na główkę z trzydziestego piętra Pałacu Kultury. Zaś Jerozolima, biblijna stolica wielkiego imperium Salomona i Dawida, była w ich czasach jedynie malutką górską osadą. W końcu jedynym argumentem wielebnego stało się powtarzane bez końca: "Należy wierzyć!", co wzbudziło wątpliwości nawet największej dewotki Ciszańca, dziewięćdziesięcioletniej Frani Sztuckiej, która po zakończeniu mszy osądziła, że jej samej wydawało się zawsze dziwne, że skoro na początku świata byli tylko Adam i Ewa, to znaczy, że reszta ludzi pochodzi od ich potomstwa, które musiało w tym celu ze sobą współżyć, a to nie mieści jej się w głowie bardziej niż "chłopy, które malują se paznokcie".

Po przegraniu pierwszej bitwy wielebny dość szybko zorientował się, że oto wśród jego owieczek pojawił się wilk. Parafianki nie przychodziły już tak często pomagać w sprzątaniu i dekorowaniu kościoła, parafianie zerkali na niego z niechęcią i nawet jego gosposia, która uprzednio opowiadała mu wszystkie plotki z Ciszańca i okolicznych wiosek, ograniczała się do zdawkowych mruknięć na powitanie i pożegnanie. Kiedy zaś przestała robić dla niego swój równie pyszny, co czasochłonny kołacz, wielebny wpadł w prawdziwą panikę i zaczął węszyć na własną rękę. Kiedy wreszcie dotarło do niego, z czym ma do czynienia, było już za późno...

- Nie chcę cię martwić - wspominająca w myślach owe "miłe złego początki", Felicja Kozłówka usłyszała szept swojej przyjaciółki Zuzanny Moś - ale za chwilę wyładuje mi się komórka. Wiesz, co to oznacza...

- Wiem - przyznała równie cicho starsza pani.

- Jesteś pewna, że ona nas uratuje? - Zuzanna zadała to pytanie nie pierwszy raz, odkąd znalazły się w tym miejscu. - Nie wiem, czy można dać temu wiarę. Tyle razy mi o niej opowiadałaś i z tych wszystkich historii wychodziło tylko to, że jest niezrównoważoną wariatką...

- Owszem - potaknęła Felicja. - Róża od dzieciństwa była postrzelona, wyczyniała różne głupoty, nigdy nie umiała usiedzieć w jednym miejscu, nie mówiąc już o znalezieniu sobie chłopa i założeniu rodziny. Ale dwóch rzeczy nie można jej odmówić. Dobrego serca i uporu. Kiedy zobaczy, że mnie nie ma, zrobi wszystko, aby mnie odnaleźć. Tego jestem pewna!

- Obyś miała rację - wyszeptała Zuzanna i w tym momencie, zgodnie z zapowiedzią, jej telefon skończył swój żywot.

Przyjaciółki usłyszały kilka pełnych przestrachu westchnięć, a potem zapadła cisza. Gdzieś w oddali szalała śnieżyca, wiał przenikliwy, lodowaty wiatr i wieczór właśnie zamieniał się w noc. Na zewnątrz ludzie szykowali się już do świętowania ostatniego dnia roku, myśląc z niepokojem, ale i nadzieją o tym, co przyniesie nowy.

W sercach dwudziestu pięciu osób z Ciszańca nadzieja właśnie powoli gasła...

Rozdział I

Chcę wyjechać na wieś

 

Trzy dni wcześniej

 

- Czy można wiedzieć, co ty masz na głowie? - Paweł Kwiatek, zwany przez wszystkich Pepe, patrzył z wyraźnym oszołomieniem na swoją podopieczną, a zarazem pracodawczynię, popularną pisarkę powieści kryminalnych, Różę Krull. - I co złego zrobiłaś osobie fryzjerskiej, która jest twórcą tego wstrząsającego dzieła?

Róża popatrzyła na niego z politowaniem, po czym na wszelki wypadek zerknęła do wiszącego w przedpokoju lustra. W jej oczach koafiura prezentowała się całkiem nieźle. Z przodu pisarka miała rozprostowane włosy i asymetryczną grzywkę, zalotnie opadającą na lewe oko, a tył zebrany w upięty na szczycie głowie kok, z którego wystawały pojedyncze pasemka. Jej zdaniem uczesanie to za jednym zamachem ją odmładzało, czyniło bardziej ponętną i dodawało oryginalności.

- To nie żadna osoba, tylko Kristobal - rzekła z wyrzutem, wracając spojrzeniem do swojego agenta.

- Nikt normalny nie może mieć tak na imię. - Pepe pokiwał głową tak, jakby mu się wszystko zgadzało.

- To chyba nie jest jego imię, tylko pseudonim artystyczny. - Róża lekko się zawahała, uświadamiając sobie, że druga fryzjerka zawołała do niego: "Hej, Heniutku, podaj mi szczotkę!", zanim została zgromiona gniewnym wzrokiem. - Znaczy się fryzjerski. Coś a la Antoine De Paris. Nieważne. Dla twojej wiadomości, moja fryzura to ostatni krzyk mody...

- Chyba ostatni przed śmiercią - zawyrokował Pepe stanowczo. - Choć z drugiej strony, nie wyglądasz już jak alpaka, więc w sumie jest to jakiś postęp. Może za dziesięć, dwadzieścia lat dojdziesz do czegoś, co nie będzie się kojarzyło z żadną fauną...

- Sam jesteś Faun. - Róża przewróciła oczami. - A raczej satyr. Czemu zawdzięczam twoją wizytę, którą jak czuję, za moment skrócimy do niezbędnego minimum?

- Też cię kocham - zapewnił ją Pepe, rozglądając się po kuchni.

Mieszkanie Krull zostało zaprojektowane tak, że na dzień dobry wchodziło się właśnie do tego pomieszczenia, a potem dopiero do salonu.

- Masz coś do picia? Tylko coś normalnego, a nie te twoje dziwne wynalazki.

- Jakie wynalazki? - zdziwiła się pisarka.

- Ostatnio usiłowałaś mnie częstować matchą, kambuchą i yerba mate - przypomniał Kwiatek, z nieufnością zbliżając się do wielkiej misy wypełnionej dziwnie zieloną masą. - A to co takiego?!

- Sernik - odparła Róża.

Pepe popatrzył na nią z ciekawością.

- Ale że ci zgnił? - zapytał nieufnie.

- Nie zgnił, ciołku - warknęła Krull. - Po prostu nasypało mi się do niego spiruliny. Przez przypadek. W smaku jest dobry, tylko kolor ma taki średnio apetyczny.

- Wygląda jak zwłoki w trakcie rozkładu - osądził Kwiatek, odsuwając misę z lekkim obrzydzeniem. - To co z tym piciem?

- Otwórz lodówkę i sam sobie wybierz - zbyła go Róża. - I tak się tu wiecznie szarogęsisz.

- Głównie sprzątam - westchnął Pepe. - Gdyby nie ja, już dawno musiałabyś kupić kilof.

- Po co?

- Żeby sobie wyrąbywać przejście w kurzu - wyjaśnił Kwiatek ze złośliwym grymasem. - Pani Cecylii nie ma ledwie dwa tygodnie, a tu już się można przylepić do podłogi.

- Bez przesady. - Krull wzruszyła ramionami, choć sama też zauważyła z lekkim niepokojem, że odkąd dała świąteczne wolne swojej gosposi, porządek w jej mieszkaniu uległ, jak to zwykła mawiać jedna z jej przyjaciółek, lekkiej dekompozycji. Nie zamierzała jednak przyznawać racji Kwiatkowi, który jej zdaniem stanowczo przesadzał z wiecznym sprzątaniem i przerobił swój apartament bez mała w laboratorium medyczne, i to jeszcze takie, w którym bada się śmiercionośne wirusy. - Po Nowym Roku wszystko się ogarnie.

- A zanim to nastąpi, spędzisz sylwestra wśród szczurów i prusaków, które się tu zalęgną - przepowiedział złowieszczo Pepe, wyciągając z lodówki karton z sokiem pomarańczowym.

- Nie, bo wyjeżdżam - oznajmiła Róża.

- O... - Kwiatek zrobił zdziwioną minę. - A niby dokąd? I dlaczego ja nic o tym nie wiem?

- Do mojej ciotki... - wyjaśniła Krull. - Nalejesz też i mnie? I chyba powinniśmy omówić przyszłoroczną trasę, zanim znowu mnie wrobisz w jakieś historie pod tytułem "uroczyste otwarcie przedszkola".

- Tak je uroczyście otworzyłaś - przypomniał Pepe - że o mało co nie zabiłaś nożycami burmistrza Radzionkowa.

- Kto mógł przypuszczać, że te nożyce są takie gigantyczne i ciężkie? - Pisarka wzruszyła obojętnie ramionami i popiła łyk podanego jej przez Kwiatka soku. - No więc tak... Przede wszystkim nie chcę jechać na Bandę, po tym jak mnie teraz niby zaprosili, tylko zapomnieli uwzględnić w budżecie i oczekiwali, że będę spała pod mostem, żywiąc się okruszkami po gołębiach...

- Chwila! - przerwał jej stanowczo Pepe, do którego dopiero teraz dotarło, co przed chwilą usłyszał od swojej przyjaciółki. - Jak to: jedziesz do ciotki?! Co się stało, że nie spędzisz sylwestra jak co roku? Pod kołdrą, obżerając się czipsami i zalewając trunkami w zimnego trupa.

- A kiedy ja tak niby spędzałam ten dzień?! - oburzyła się Róża.

- Zawsze, odkąd cię znam - wyjaśnił uprzejmie Kwiatek. - A nie, przepraszam! Raz dałaś mi się wyciągnąć pod Pałac Kultury. Całe sto metrów od twojego domu! Po czym non stop narzekałaś, że jest zimno, dostaniesz zapalenia płuc i umrzesz albo trafi cię petarda i urwie ci głowę.

- Jadę po natchnienie. - Krull stanowczo wolała przerwać jego wspomnienia, tym bardziej że doskonale wiedziała, jak dużo prawdy jest w słowach przyjaciela. - Brakuje mi pomysłu na nową książkę...

- Typowe - mruknął Pepe.

- ... a moja ciotka mieszka w Ciszańcu. - Pisarka zignorowała jego uwagę. - Mówi ci coś ta nazwa?

- Nie. - Kwiatek pokręcił głową. - A powinna?

- Niekoniecznie - przyznała Róża. - To wieś na Warmii.

- A coś więcej?

Krull odczekała chwilę, jakby zastanawiała się, od czego najlepiej zacząć.

- Ma interesującą historię - oznajmiła tajemniczym tonem. - Taką nie z tej ziemi!

- O nie! - westchnął Pepe, zakręcając karton i odstawiając sok do lodówki. - Znowu jakieś wiedźmy, jasnowidze, magiczne głazy i takie tam opowieści dziwnej treści? Nie możesz tego zostawić Świętokrzyskiemu i siostrze Chmielewskiej?

- Żadne wiedźmy! - Róża pokręciła głową. - W przypadku Ciszańca chodzi o opętania.

- Jeszcze lepiej! - Pepe przewrócił oczami. - Jakie znowu opętania?!

- W miejscowym kościele odprawiano egzorcyzmy - wyjaśniła pisarka. - I to jedne z najbardziej... Jak by to nazwać? Ciężkich? Nie, to niedobre słowo. Może... niecodziennych.

- Coś a la "Egzorcysta"? - zaciekawił się Kwiatek.

- No weź! - Krull popatrzyła na niego z politowaniem. - Prawdziwe. Nie takie, jakie pokazują w filmach, z meblami latającymi po pokoju i telewizorami wciągającymi do środka małe dziewczynki. Te w Ciszańcu były znacznie gorsze. Pierwszy przypadek dotyczył nastolatki... - Róża popiła odrobinę soku, po czym kontynuowała: - Moja ciotka mówi, że przywieziono ją do kościoła późnym wieczorem, kiedy świątynia była już zamknięta. Podobno wcześniej przez długi czas zachowywała się bardzo dziwnie.

- Świątynia? - zapytał zdziwiony Pepe.

- Głupiś! - warknęła Róża. - Dziewczyna! Miewała napady furii, a potem długie okresy melancholii, w ciągu sekundy z rozbawienia wpadała w rozpacz, zamykała się w pokoju i wpatrywała w sufit...

- Brzmi jak zwyczajne dzieciństwo co drugiej nastolatki w naszym kraju. - Agent nadal miał sceptyczną minę.

- Niby tak, ale ona wiedziała też o sprawach, których nie powinna znać. O rodzinnych sekretach. O rozmaitych sprawkach, które mieli na sumieniu jej rodzice, a o których nigdy jej nie mówili. Poza tym twierdziła, że ktoś wiecznie jej towarzyszy. Ktoś, kogo obecność czuje, ale go nie widzi. Rodzice zaprowadzili ją do psychiatry, ten przepisał jej jakieś leki i wysłał na badania, ale to nie na wiele się zdało. Gdy podczas jednego z ataków wściekłości zaczęła mówić po łacinie, i to bynajmniej nie tej furmańskiej, rodzina uznała, że pora skontaktować się z księdzem. Ten początkowo próbował ich przekonać, żeby jednak zaufali medycynie, ale później wydarzyło się coś, co sprawiło, że zmienił zdanie.

- Co?

- Podczas jednej z rozmów dziewczyna opowiedziała mu rzeczy dotyczące jego własnego życia. Z detalami!

Pepe wzruszył ramionami.

- Ktoś jej pewnie coś opowiedział, a ona to wykorzystała.

- Mógłbyś przez pięć minut nie próbować wszystkiego racjonalizować? - poprosiła lekko już zirytowana Róża.

- Owszem, mógłbym - odrzekł Kwiatek - ale tylko wtedy, kiedy przestaniesz mnie częstować fabułą marnego horroru. Bo niby co się stało takiego wielkiego? Jakaś nastolatka miała humory, a jej rodzice okazali się dewotami. I co z tego wynika?

- Może akcja książki - rozmarzyła się pisarka, po czym sięgnęła po argument, który z reguły zamykał usta jej oponentom: - Nie jesteś artystą, więc tego nie zrozumiesz.

- Według twoich kryteriów jestem. - Pepe nie zamierzał ustępować. - Napisałem pięć książek.

- Kucharskich! - parsknęła Krull. - Faktycznie! Jesteś artystą od tarcia parmezanu do carbonary!

Mina Kwiatka dała jej znać, że przeholowała.

- Przepraszam. Dobrze wiesz, że uwielbiam twoje przepisy - rzekła ugodowo - i uważam, że powinieneś zostać jurorem w "Master Chefie". I że jesteś o wiele przystojniejszy od Pascala Brodnickiego. I lepiej od niego mówisz po polsku. Ale to nie oznacza, że pozwolę ci lekceważyć moje przeczucia.

Pepe jeszcze przez chwilę się dąsał.

- Przeczucia? - zapytał wreszcie. - Dotyczące czego?

- Tego, że moja ciotka wie o wiele więcej, niż mi przez te lata opowiadała - wyjaśniła Róża. - Bo tylko raz, dawno temu, wyrwało jej się, że była świadkiem tych egzorcyzmów. Jako dzieciak.

Kwiatek spojrzał na nią znad szklanki.

- Jakim cudem ktoś ją do tego dopuścił? - zaciekawił się mimowolnie.

- Tego mi nie wyjaśniła - odpowiedziała Krull. - Myślę, że nie pytała nikogo o zdanie. Sam wiesz, jak to bywa. Jeśli chcesz się gdzieś dostać, to z reguły dopniesz swego. W sumie nieistotne, jak to zrobiła, ale wszystko widziała. Wspominała, że tamtej nocy w kościele było tylko kilka osób. I że to było straszne. Ta dziewczyna krzyczała przez cały czas, od kiedy przekroczyli próg świątyni. Najgorsze jednak było to, że momentami przestawała.

- To chyba dobrze?

- Nie, bo wtedy zaczynała mówić. Według mojej ciotki w takich momentach miała niski, prawie męski, spokojny głos, niemal znudzony, jakby nie należał do niej, tylko do kogoś, kto obserwuje to wszystko z boku i nie robi to na nim żadnego wrażenia. Ten głos zwracał się do obecnych w kościele ludzi po imieniu, wyciągał na światło dzienne ich sekrety, a kiedy ksiądz próbował go uciszyć, zaczynał się śmiać. Zaś na koniec wydarzyło się coś znacznie trudniejszego do wyjaśnienia. Kiedy kapłan zaczął odprawiać egzorcyzm, nagle zgasły świece.

- Ja ci to wyjaśnię - przerwał jej Pepe. - Zjawisko, które to spowodowało, nazywa się przeciąg.

- Ale wszystkie naraz!

- Bardzo mocny przeciąg.

- Kiedy drzwi były zamknięte i okna też. To niby co tam się miało przeciągać? - oburzyła się Róża. - Znaczy się, powiewać... Nie, też niedobrze. Jak to się mówi?

- Po prostu wiać. - Kwiatek zastanowił się przez moment. - No dobrze... Dla mnie nadal wygląda to na maskaradę. Przygotowaną przez kogoś bardzo pomysłowego. Jakiegoś domorosłego wiejskiego Copperfielda.

Krull uśmiechnęła się mimo woli.

- Niech ci będzie - mruknęła. - A co powiesz na to, że ledwo co zapalono świece na nowo, dziewczyna zaczęła pukać w ławkę, do której ją wcześniej przywiązano. Według schematu: trzy razy, pauza, trzy razy, pauza i na koniec sześć razy. A po chwili ktoś jej odpowiedział.

- To znaczy?

- Na cały kościół rozległ się dudniący dźwięk. Dochodził spod podłogi. I zabrzmiał dokładnie tak samo. Dwa razy po trzy razy z pauzami i na koniec sześć. Ha!

- Na razie trzy po trzy to pleciesz ty - przypadkowo zrymował Pepe. - Wiesz doskonale, że ludzie lubią dorabiać ideologię do wszystkiego. Pewnie coś pukało w piwnicach. A resztę sobie dopowiedziano.

- Niewierny Tomasz - westchnęła pisarka. - Tak czy siak egzorcyzmy trwały w tym kościele przez kilkanaście miesięcy. Po tej dziewczynie przywieziono parę innych osób. Za każdym razem było przy tym więcej świadków. Ludzi ze wsi. Jedni chcieli się modlić, inni przychodzili z ciekawości, a jeszcze inni zwyczajnie po to, by mieć o czym gadać przy piwie. Ciotka mówiła, że najbardziej przerażające było to, jak szybko wszystko to zamieniło się w widowisko. Ludzie stali pod kościołem, przekazywali sobie plotki, dopowiadali szczegóły, a każda kolejna wersja historii była bardziej makabryczna od poprzedniej.

- Czyli social media, tylko bez internetu.

- W pewnym sensie. W końcu doszło do czegoś, co sprawiło, że przestano tam odprawiać egzorcyzmy. Otóż podczas ostatniego z nich ktoś zmarł.

- Kto?

- Podobno przypadkowy człowiek, który przyszedł tam z ciekawości.

- Jak zmarł? Wykitował na zawał?

Róża przez moment nic nie mówiła.

- Taka była wersja oficjalna - rzekła tajemniczym tonem. - Tyle że ciocia Felicja twierdziła, że tuż przed śmiercią mężczyzna spojrzał na nią i powiedział: "Ona nie jest sama". Egzorcyzm dotyczył jakiejś starszej pani, którą podejrzewano o to, że wyprawiła na tamten świat swojego męża.

- To dziwne, że zajął się nią ksiądz, a nie prokurator - mruknął Pepe.

- Nic jej nie udowodniono - pospieszyła z wyjaśnieniem Krull - ale ponieważ nadal zachowywała się dziwacznie, jej sąsiedzi, którzy przyłapali ją na tym, że obserwuje z dziwnym wyrazem twarzy ich bawiące się na podwórku dzieci, i podsłuchali, że mamrocze przy tym dziwaczne słowa brzmiące jak zaklęcia, wezwali do niej egzorcystę. I wyobraź sobie, że kiedy wynoszono ciało tego człowieka, ona nagle jakby się ocknęła. Zaczęła pytać, gdzie jest i jak tam trafiła. Nie pamiętała nic z tego, co się działo przez ostatnie tygodnie, ale na koniec rzekła do księdza, że widzi na noszach dwie postaci. Owego zmarłego oraz kogoś, kto unosi się nad nim.

Kwiatek zmarszczył brwi.

- Według ciotki ów ktoś uwiązał się do duszy zmarłego, żeby razem z nim przedostać się do raju - dokończyła Róża.

Jej agent wzniósł oczy z cierpiętniczą miną.

- I niby ty w to wszystko wierzysz? - zapytał z wyraźnym politowaniem, a kiedy Róża nie odpowiedziała, dodał szybko: - Tylko nie przychodź do mnie, jak będę chory.

- Bo? - Krull popatrzyła na niego ze zdumieniem.

- Bo nie chcę skończyć w piecu na trzy zdrowaśki - brzmiała uprzejma odpowiedź Kwiatka. - Skoro już zaczęłaś ufać historiom o demonach, czarach-marach i wędrówkach dusz, to dzieli cię tylko krok od wiary w gusła i magiczne zaklęcia. Zamykam oczy i widzę cię jako średniego wieku i pokaźnej tuszy szamankę w "Sprawie dla reportera", grającą pani Jaworowicz na bębenkach i zawodzącą: "Ejo, ejo, ejooo!".

- Wypchaj się! Sam jesteś średniego wieku! - pufnęła Róża, ostatkiem sił hamując się przed wypomnieniem Pepe tuszy, bo też i jego figura zawsze stanowiła przedmiot jej zazdrości. Tym bardziej że jej agent potrafił jeść jak potwór Gargantua i nie przytyć ani grama, w chwili, kiedy jej przybywał kilogram jedynie od patrzenia na zawartość jego talerza. - Chcę po prostu wykorzystać to do książki. Zjawiska nadprzyrodzone, tajemnice i historie, które wydarzyły się naprawdę i są niewytłumaczalne. Sam wiesz, że to atrakcyjne dla czytelników!

Kwiatek miał ochotę wygłosić kolejną kąśliwą uwagę, ale wrodzone poczucie sprawiedliwości sprawiło, że ją sobie darował. Doskonale zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że czytelnicy Róży kochają opowieści z dreszczykiem, a znał swoją pracodawczynię na tyle, aby wiedzieć, że do napisania książki potrzebuje ona zobaczyć i "poczuć" miejsce, w którym później osadzi akcję swojego kryminału.

- Ale dlaczego musisz tam jechać teraz? - zapytał w zamian. - Nie możesz ruszyć po Nowym Roku?

- Nie. - Krull pokręciła głową. - Ciotka na początku stycznia leci do rodziny w Kanadzie. I to nie na krótkie wakacje, ale na kilka miesięcy, a może nawet i lat. Jej córka, która tam mieszka, namawia ją do przeprowadzki, a Felicja coraz częściej mówi, że ma już dosyć życia w Polsce.

- Czyli jeżeli chcesz usłyszeć jej opowieści, to masz ostatnią szansę?

- Ano właśnie...

- I rozumiem, że jeśli ciotka nie opowie ci tych historii dobrowolnie, to sama odprawisz egzorcyzm na niej, żeby tylko wydobyć to, co ci jest potrzebne?

- Bez przesady!

- Róża, znam cię od lat - mruknął Pepe.

- Co z tego? - zdziwiła się Krull.

- I wiem, że jeśli istnieje na świecie coś bardziej niebezpiecznego od demona, to jest to pisarz ze zbliżającym się terminem oddania książki.

Róża popatrzyła na niego wzrokiem ranionej łani.

- Czyli mam rację - westchnął Kwiatek, po czym przejechał sobie ręką po czole. - No dobrze, pojadę tam z tobą.

- Serio? - ucieszyła się pisarka. - Bo nie śmiałam nawet o to prosić. Ale bardzo się cieszę. To spokojna wieś. Tak swojska. Ja pomagluję ciotkę, a ty sobie odpoczniesz. Przyda ci się po tak ciężkim roku jak ten...

- Już ty mnie tak nie agituj, przecież powiedziałem, że jadę - rzekł Pepe, po czym westchnął z rezygnacją: - Przecież ktoś musi pilnować, żeby cię coś nie opętało. To znaczy coś dodatkowego poza tym, co już cię dopadło w kołysce.

* * *