Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam - Paulo Coelho

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (34,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wykład odby­wał się w miej­scu bar­dziej ofi­cjal­nym, niż sobie to wyobra­ża­łam. Nie spo­dzie­wa­łam się rów­nież aż tylu ludzi. W żaden spo­sób nie umia­łam sobie tego wytłu­ma­czyć.

"Kto wie, może przez te lata stał się sławny?" - pomy­śla­łam przez chwilę. O niczym takim nie pisał w swo­ich listach. Mia­łam nie­prze­partą ochotę poroz­ma­wiać z przy­by­łymi i zapy­tać, co ich tu przy­wio­dło. Nie­stety, bra­kło mi odwagi.

Moje zdzi­wie­nie jesz­cze się wzmo­gło, kiedy go ujrza­łam wcho­dzą­cego na salę. W niczym nie przy­po­mi­nał tam­tego chłopca, któ­rego zapa­mię­ta­łam - ale jede­na­ście lat może ludzi zmie­nić. Wyda­wał się znacz­nie przy­stoj­niej­szy niż daw­niej, a jego oczy były pełne bla­sku.

- Oddaje nam to, co było nie­gdyś nasze - powie­działa sto­jąca obok kobieta.

Zabrzmiało to zagad­kowo.

- Ale co oddaje? - zapy­ta­łam zasko­czona.

- To, co nam wcze­śniej skra­dziono - wiarę.

- Nie­prawda, on nam niczego nie oddaje - wtrą­ciła młoda dziew­czyna sie­dząca obok mnie. - Oni nie mogą nam odda­wać tego, co już do nas należy.

- Po co więc pani tu przy­szła? - rzu­ciła pierw­sza z iry­ta­cją w gło­sie.

- Chcę go posłu­chać. Pra­gnę dowie­dzieć się, co myślą ludzie jego pokroju. Już raz nas palili na sto­sie, kto wie, czy nie wpad­nie im do głowy zacząć od nowa.

- On działa samot­nie - zauwa­żyła kobieta. - I robi to, co w jego mocy.

Młoda dziew­czyna uśmiech­nęła się iro­nicz­nie, po czym odwró­ciła głowę, uci­na­jąc tym samym roz­mowę.

- Jak na semi­na­rzy­stę ma dużo odwagi - cią­gnęła dalej kobieta, szu­ka­jąc zapewne popar­cia w moich oczach.

Nie rozu­mia­łam nic a nic, mil­cza­łam jak zaklęta, aż w końcu dała mi spo­kój. Młoda dziew­czyna sie­dząca obok mru­gnęła do mnie poro­zu­mie­waw­czo, jak­bym była jej sprzy­mie­rzeń­cem. Moje mil­cze­nie wyni­kało jed­nak z innego powodu. Roz­my­śla­łam nad sło­wami mojej roz­mów­czyni. "Semi­na­rzy­sta". To nie­moż­liwe. Powie­działby mi prze­cież.

Zaczął mówić, ale nie potra­fi­łam się sku­pić na jego sło­wach. "Powin­nam się chyba była ina­czej ubrać" - myśla­łam, nie wie­dząc wła­ści­wie, dla­czego mia­łoby mi na tym zale­żeć. Wkrótce zauwa­żył mnie wśród zgro­ma­dzo­nych ludzi. Pró­bo­wa­łam odgad­nąć jego myśli. Jakie spra­wi­łam na nim wra­że­nie? Jaka była róż­nica pomię­dzy osiem­na­sto­let­nią dziew­czyną a dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nią kobietą?

Kiedy skoń­czył mówić, oto­czył go wia­nu­szek słu­cha­czy. Sta­łam z boku pełna nie­po­koju, jakie wra­że­nie wywrę na nim po tylu latach. Czu­łam się jak małe dziecko - nie­ufna, zazdro­sna o jego nowych przy­ja­ciół i zła, bo poświę­cał im wię­cej uwagi niż mnie.

W końcu pod­szedł do mnie i zaru­mie­nił się. Nie był to już ten sam męż­czy­zna, który jesz­cze przed chwilą pero­ro­wał z taką powagą. Z wolna zamie­niał się w chłopca, który nie­gdyś cho­wał się ze mną w pustelni świę­tego Satur­nina i całymi godzi­nami opo­wia­dał o swo­ich marze­niach, by prze­mie­rzyć świat dookoła - a w tym samym cza­sie nasi rodzice wzy­wali poli­cję, sądząc, że poto­pi­li­śmy się w rzece.

- Witaj, Pilar - powie­dział.

Poca­ło­wa­łam go nie­śmiało w poli­czek. Mogłam mu powie­dzieć kilka miłych słów. Mogłam poskar­żyć się, że byłam znu­żona, cze­ka­jąc tyle czasu w tłu­mie. Mogłam przy­po­mnieć jakąś zabawną aneg­dotę z naszego dzie­ciń­stwa. Mogłam powie­dzieć, że jestem z niego dumna, widząc, jak podzi­wiają go inni. Mogłam wyja­śnić, że śpie­szę się na ostatni auto­bus do Sara­gossy.

Mogłam. Ni­gdy nie zdo­łamy zro­zu­mieć sensu tego słowa, gdyż w każ­dej chwili naszego życia ist­nieją sytu­acje, które mogły się wyda­rzyć, ale z jakichś powo­dów się nie wyda­rzyły. Ist­nieją magiczne chwile, które choć mijają nie­zau­wa­żone, to jed­nak nie­wi­dzialna Ręka Opatrz­no­ści zmie­nia bez­pow­rot­nie nasz los.

I to wła­śnie stało się teraz. Zamiast tego wszyst­kiego, co mogłam zro­bić, wypo­wie­dzia­łam zda­nie, które parę tygo­dni póź­niej przy­wio­dło mnie na brzeg tej rzeki i spra­wiło, że dziś piszę te słowa.

- Możemy napić się kawy? - spy­ta­łam wtedy.

A on odwró­cił głowę w moją stronę i przy­jął pro­po­zy­cję, którą zesłał mu los.

- Muszę koniecz­nie z tobą poroz­ma­wiać. Jutro mam kolejny wykład w Bil­bao. Wyna­ją­łem nawet samo­chód.

- Wła­ści­wie powin­nam wró­cić do Sara­gossy - odrze­kłam, nie zda­jąc sobie sprawy, że zatrza­ski­wa­łam za sobą ostat­nie drzwi umoż­li­wia­jące ucieczkę.

Ale w ułamku sekundy - może dla­tego, że poczu­łam się znowu dziec­kiem, a może dla­tego, że to nie my piszemy naj­lep­sze sce­na­riu­sze naszego życia - powie­dzia­łam:

- Za parę dni nad­cho­dzi święto Matki Boskiej Nie­po­ka­la­nego Poczę­cia. Mogę ci więc towa­rzy­szyć do Bil­bao i stam­tąd wró­cić do domu.

Kor­ciło mnie, żeby zapy­tać o "semi­na­rzy­stę".

- Mam wra­że­nie, iż chcia­ła­byś o coś jesz­cze mnie zapy­tać - powie­dział, jakby czy­tał w moich myślach.

- Tak - odrze­kłam nie­pew­nie, jed­nak w ostat­niej chwili bra­kło mi śmia­ło­ści. - Przed wykła­dem pewna kobieta powie­działa, że odda­jesz jej to, co kie­dyś do niej nale­żało.

- Ach, to nic waż­nego.

- Ale dla mnie to jest ważne. Nic nie wiem o twoim życiu i dziwi mnie, że tak wielu ludzi tu przy­szło.

Uśmiech­nął się i odwró­cił w stronę swo­ich słu­cha­czy.

- Chwi­leczkę - chwy­ci­łam go za ramię. - Nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie.

- To dla cie­bie nic cie­ka­wego, Pilar.

- Nie szko­dzi. Chcia­ła­bym jed­nak wie­dzieć.

Wziął głę­boki oddech i popro­wa­dził mnie w drugi koniec sali.

- Wszyst­kie trzy wiel­kie reli­gie mono­te­istyczne tego świata - juda­izm, kato­li­cyzm i islam - są męskie. Męż­czyźni są w nich kapła­nami, oni także trzy­mają pie­czę nad dogma­tami wiary i usta­na­wiają prawa.

- A więc co tamta kobieta miała na myśli?

Zawa­hał się przez chwilę, ale w końcu odrzekł.

- Tylko to, że mam nieco inny pogląd na te sprawy. Wie­rzę w kobiece obli­cze Boga.

Ode­tchnę­łam z ulgą, moja roz­mów­czyni musiała się mylić. Nie mógł być semi­na­rzy­stą, ponie­waż semi­na­rzy­ści nie mogą mieć odmien­nych poglą­dów.

- Świet­nie to wyja­śni­łeś - doda­łam uspo­ko­jona.

Dziew­czyna, która mru­gnęła do mnie poro­zu­mie­waw­czo na sali, cze­kała nie­opo­dal drzwi wej­ścio­wych.

- Sądzę, że nale­żymy do tej samej tra­dy­cji - powie­działa na mój widok. - Mam na imię Brida.

- Nie wiem, o czym mówisz - odrze­kłam nieco zasko­czona.

- Jasne, że wiesz - zaśmiała się.

Wzięła mnie pod rękę i pocią­gnęła za sobą tak szybko, że nie było już czasu na dal­sze wyja­śnie­nia. Wie­czór był chłodny i wła­ści­wie nie wie­dzia­łam, co mam ze sobą począć do następ­nego dnia.

- Dokąd idziemy? - zapy­ta­łam.

- Do pomnika Bogini - odrze­kła nieco tajem­ni­czo.

- Szu­kam taniego hote­liku na noc.

- Nie bój się, coś póź­niej znaj­dziemy.

Wola­łam wpraw­dzie usiąść w jakiejś kawiarni, poroz­ma­wiać tro­chę i dowie­dzieć się o nim jak naj­wię­cej, ale nie chcia­łam wda­wać się z nią w nie­po­trzebne dys­ku­sje. Pozwo­li­łam jed­nak, by popro­wa­dziła mnie aleją Kasty­lij­ską, gdyż przy­jem­nie było przy­po­mnieć sobie Madryt po latach.

Dość nie­ocze­ki­wa­nie zatrzy­mała się pośrodku alei i wska­zała na niebo.

- Spójrz - wykrzyk­nęła.

Księ­życ w pełni prze­świ­ty­wał pomię­dzy kona­rami bez­list­nych drzew.

- Jest piękny - przy­zna­łam.

Lecz ona już nie słu­chała. Roz­krzy­żo­wała sze­roko ramiona, odwró­ciła dło­nie do nieba i stała nie­ru­chomo, kon­tem­plu­jąc księ­życ.

"W co ja się wpa­ko­wa­łam? - mówi­łam sobie w duchu. - Przy­je­cha­łam na odczyt, a zna­la­złam się w alei Kasty­lij­skiej w towa­rzy­stwie tej obłą­ka­nej kobiety. Na doda­tek jutro wyjeż­dżam z nim do Bil­bao".

- Zwier­cia­dło Bogini Ziemi! - wyszep­tała z zamknię­tymi oczami dziew­czyna. - Wskaż nam naszą moc i spraw, aby męż­czyźni nas rozu­mieli. Ty, który w nie­bio­sach rodzisz się, świe­cisz, umie­rasz i zmar­twych­wsta­jesz, to ty obja­wi­łeś nam cykl nasie­nia i owocu.

Wycią­gnęła ramiona ku niebu i przez dłuż­szy czas stała nie­ru­chomo. Mija­jący nas prze­chod­nie patrzyli spod oka i śmiali się ukrad­kiem, ale ona nie zwra­cała na to naj­mniej­szej uwagi. Za to ja, sto­jąc u jej boku, umie­ra­łam ze wstydu.

- Musia­łam to uczy­nić, aby Bogini wzięła nas pod swoje opie­kuń­cze skrzy­dła - rze­kła, kiedy zło­żyła już hołd księ­ży­cowi.

- Prze­pra­szam, o czym ty wła­ści­wie mówisz?

- O tym samym, co twój przy­ja­ciel, tyle że w praw­dzi­wych sło­wach.

Poczu­łam żal do sie­bie, że nie słu­cha­łam uważ­niej wykładu, bo tak naprawdę nie mia­łam bla­dego poję­cia, o czym on mówił.

- My dobrze znamy kobiece obli­cze Boga - powie­działa dziew­czyna, kiedy ruszy­ły­śmy dalej. - My, kobiety, rozu­miemy i kochamy Wielką Matkę. Za naszą wie­dzę zapła­ci­ły­śmy prze­śla­do­wa­niami i pło­ną­cymi sto­sami, jed­nak udało nam się prze­trwać i dotrzeć do jej tajem­nic.

Stosy. Cza­row­nice. Spoj­rza­łam bacz­niej na tę dziew­czynę. Była ładna, miała dłu­gie, rude włosy się­ga­jące do pasa.

- Kiedy męż­czyźni wyru­szali na polo­wa­nie, my pozo­sta­wa­ły­śmy w jaski­niach, w brzu­chu Matki, opie­ku­jąc się dziećmi. Tam wła­śnie Wielka Matka nauczyła nas żyć. Męż­czy­zna żył w cią­głym ruchu, a my, pozo­sta­jąc nie­zmien­nie w łonie Matki, spo­strze­gły­śmy, że z nasion wyra­stają rośliny - i podzie­li­ły­śmy się naszym odkry­ciem z męż­czy­znami. Upie­kły­śmy pierw­szy chleb, aby ich nakar­mić. Ule­pi­ły­śmy pierw­szy dzban, aby mogli uga­sić pra­gnie­nie. I poję­ły­śmy cykl two­rze­nia, gdyż nasze ciało powie­lało rytm faz księ­życa.

Nagle zatrzy­mała się.

- Oto Ona.

Spoj­rza­łam. W cen­tral­nym punk­cie placu, roją­cym się od samo­cho­dów, try­skała fon­tanna, a pośrodku stał posąg kobiety w rydwa­nie zaprzę­gnię­tym w lwy.

- To plac Cybeli - powie­dzia­łam, chcąc pochwa­lić się, że znam Madryt. Dzie­siątki razy widzia­łam tę rzeźbę na kar­tach pocz­to­wych. Lecz dziew­czyna wcale mnie nie słu­chała. Stała na środku ulicy, pró­bu­jąc prze­drzeć się przez potok samo­cho­dów.

- Pójdźmy tam! - krzy­czała, wyma­chu­jąc ramio­nami.

Posta­no­wi­łam ją dogo­nić tylko po to, żeby podała mi nazwę jakie­goś hotelu. Całe to sza­leń­stwo zaczy­nało mnie nużyć i chcia­łam już być sama.

Do fon­tanny dotar­ły­śmy nie­mal rów­no­cze­śnie - ja z mocno biją­cym ser­cem, ona z pro­mien­nym uśmie­chem na ustach.

- Woda! - krzyk­nęła. - To wła­śnie woda jest jej ucie­le­śnie­niem.

- Podaj mi, pro­szę, nazwę jakie­goś taniego hote­liku.

W tej samej chwili Brida zanu­rzyła obie dło­nie w fon­tan­nie.

- Zrób to samo - powie­działa zachę­ca­jąco. - Dotknij tafli wody.

- Ani mi się śni. Ale nie prze­szka­dzaj sobie. Ja idę na poszu­ki­wa­nie noc­legu.

- Pro­szę, zacze­kaj jesz­cze chwilę.

Wyjęła z torebki mały flet i zaczęła grać. Muzyka pły­nąca z instru­mentu zda­wała się mieć wręcz hip­no­tyczne dzia­ła­nie. Hałas ulicy sta­wał się coraz bar­dziej daleki, a moje serce nagle się uspo­ko­iło. Usia­dłam na brzegu fon­tanny i oglą­da­jąc na nie­bie księ­życ w pełni, wsłu­chi­wa­łam się w dźwięki fletu i szmer wody. Coś mi mówiło - choć dokład­nie tego nie rozu­mia­łam - że tu wła­śnie znaj­do­wała się cząstka mej kobie­cej natury.

Nie wiem, jak długo grała, ale kiedy skoń­czyła, odwró­ciła się w stronę fon­tanny.

- Cybela jest jed­nym z wcie­leń Wiel­kiej Matki - rze­kła dziew­czyna. - To ona spra­wuje pie­czę nad plo­nami, ochra­nia mia­sta i przy­wraca kobie­cie rolę kapłanki.

- Kim ty wła­ści­wie jesteś? - zapy­ta­łam. - I dla­czego tak ci zale­żało na mojej obec­no­ści?

Spoj­rzała mi w oczy i rze­kła:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Od Autora

Pewien hisz­pań­ski misjo­narz odwie­dza­jący nie­znaną wyspę napo­tkał tam trzech aztec­kich kapła­nów.

- Powiedz­cie mi, jak się tu modli­cie? - zapy­tał.

- Znamy tylko jedną modli­twę - rzekł jeden z Azte­ków. - Oto ona: "Boże, Ty jesteś Trójcą i my jeste­śmy trójcą. Miej litość nad nami".

- To piękne słowa - odpo­wie­dział misjo­narz. - Wsze­lako nie takiej modli­twy Bóg wysłu­cha. Nauczę was innej, o wiele lep­szej.

I nauczył ich modli­twy chrze­ści­jań­skiej, po czym pod­jął swą ewan­ge­liczną wędrówkę. Po latach, gdy pły­nął z powro­tem do Hisz­pa­nii, jego sta­tek ponow­nie przy­bił do brze­gów owej wyspy. Dostrze­gł­szy z pokładu trzech zna­jo­mych kapła­nów, uczy­nił gest powi­ta­nia w ich stronę.

A wtedy trzej mężo­wie ruszyli ku niemu, stą­pa­jąc po wodzie.

- Ojcze! Ojcze! - zawo­łał jeden z nich, zbli­ża­jąc się do statku. - Naucz nas, pro­szę, raz jesz­cze modli­twy, któ­rej Bóg wysłu­cha, albo­wiem nie zdo­ła­li­śmy jej zapa­mię­tać!

- Nie warto - rzekł misjo­narz, widząc, że stał się cud. W duchu zaś pro­sił Boga, by mu wyba­czył, że dotąd nie pojął, iż prze­ma­wia On prze­cież we wszyst­kich języ­kach.

Histo­ria ta ilu­struje dokład­nie to, co pra­gnę prze­ka­zać czy­tel­ni­kowi w niniej­szej powie­ści. Rzadko bowiem zda­jemy sobie sprawę, że żyjemy oto­czeni Nie­zwy­kło­ścią. Wokół nas codzien­nie dzieją się cuda, Boskie znaki wyty­czają nam drogę, zaś anioły pró­bują na wszel­kie spo­soby dać znać o sobie. Jed­nak nie zwra­camy na to więk­szej uwagi, ponie­waż nauczono nas, że jedy­nie kanony i nakazy pro­wa­dzą do Boga. Nie jeste­śmy w sta­nie pojąć, że On jest wszę­dzie tam, gdzie pozwa­lamy Mu wejść.

Oczy­wi­ście, że tra­dy­cyjne prak­tyki reli­gijne są ważne, gdyż dają nam moż­li­wość wspól­nego prze­ży­wa­nia kultu i modli­twy. Nie­mniej ni­gdy nie powin­ni­śmy zapo­mi­nać o tym, iż dozna­nie duchowe jest nade wszystko prak­tycz­nym doświad­cza­niem Miło­ści. A w Miło­ści nie ma żad­nych reguł. Choć­by­śmy trzy­mali się wier­nie pod­ręcz­ni­ków, spra­wo­wali nad­zór nad ser­cem, postę­po­wali zgod­nie z góry usta­lo­nym pla­nem - wszystko to nie zda się na nic. Bowiem o wszyst­kim decy­duje serce i ono usta­na­wia prawa.

Każdy z nas miał oka­zję doświad­czyć tego na wła­snej skó­rze. Nie­raz zda­rzyło się nam skar­żyć we łzach: "Cier­pię z powodu miło­ści, która tego nie­warta". Cier­pimy, bo czu­jemy, że dajemy wię­cej, niż otrzy­mu­jemy w zamian. Cier­pimy, bo nasza miłość jest nie­do­ce­niana. Cier­pimy, bo nie udaje nam się narzu­cić naszych reguł gry.

Ale cier­pimy prze­cież darem­nie, bo już w samej miło­ści tkwi ziarno naszego roz­kwitu. Im bar­dziej kochamy, tym bar­dziej zbli­żamy się do ducho­wego pozna­nia. Ludzie oświe­ceni, o ser­cach roz­pa­lo­nych Miło­ścią, zawsze zwy­cię­żali prze­sądy swo­jej epoki, śpie­wa­jąc, śmie­jąc się, modląc na głos, tań­cząc dozna­wali tego, co święty Paweł zwykł obda­rzać mia­nem "świę­tego sza­leń­stwa". Byli to ludzie szczę­śliwi, ponie­waż ten, kto kocha, pod­bija świat - bez obawy, że cokol­wiek utraci. Praw­dziwa miłość to akt cał­ko­wi­tego odda­nia.

Na brzegu rzeki Pie­dry usia­dłam i pła­ka­łam jest książką o isto­cie owego daru. Pilar i jej przy­ja­ciel są posta­ciami fik­cyj­nymi, sym­bo­li­zu­ją­cymi sprzecz­no­ści, które towa­rzy­szą nam w poszu­ki­wa­niu Dru­giego Czło­wieka. Wcze­śniej czy póź­niej nad­cho­dzi czas, by prze­zwy­cię­żyć nasze lęki, gdyż droga duchowa wie­dzie poprzez codzienne doświad­cza­nie miło­ści.

Brat Tomasz Mer­ton mawiał: "Życie duchowe nie jest niczym innym, jak wła­śnie miło­ścią. Kochać wcale nie zna­czy czy­nić dobro, wspo­ma­gać czy też chro­nić kogoś, bowiem w ten spo­sób trak­tu­jemy bliź­niego jak zwy­kły przed­miot, zaś sie­bie samych postrze­gamy jako istoty mądre i szla­chetne. A to nie ma nic wspól­nego z miło­ścią. Kochać - zna­czy połą­czyć się z dru­gim czło­wie­kiem i dostrzec w nim iskrę Boga".

Nie­chaj łzy Pilar na brzegu rzeki Pie­dry wiodą nas drogą ku temu zespo­le­niu.

Paulo Coelho

Całe dzie­ciń­stwo i wiek mło­dzień­czy spę­dzi­li­śmy razem. Potem on wyje­chał daleko, tak jak wyjeż­dżają wszy­scy chłopcy z małych miast. Mówił, że jedzie poznać świat, że jego marze­nia uno­szą go daleko od pól Sorii.

Przez parę lat nie mia­łam od niego żad­nych wie­ści. Od czasu do czasu przy­cho­dził wpraw­dzie jakiś list, ale to było wszystko - ni­gdy już bowiem nie powró­cił do świata naszego dzie­ciń­stwa.

Skoń­czy­łam szkołę, prze­nio­słam się do Sara­gossy i dopiero wtedy odkry­łam, jak bar­dzo miał rację. Soria była maleńką mie­ściną, a jej jedyny sławny poeta powie­dział, że drogę wyty­cza się idąc. Dosta­łam się na stu­dia, zna­la­złam sobie narze­czo­nego. I roz­po­czę­łam przy­go­to­wa­nia do egza­minu kon­kur­so­wego na sta­no­wi­sko urzęd­ni­cze, któ­rego nie roz­pi­sy­wano przez długi czas. Przy­ję­łam posadę sprze­daw­czyni, by opła­cić stu­dia, obla­łam egza­min, zerwa­łam zarę­czyny.

W tym cza­sie jego listy przy­cho­dziły czę­ściej, opa­trzone znacz­kami pocz­to­wymi z coraz to innych zakąt­ków świata. Zazdro­ści­łam mu. Od dzie­ciń­stwa był dla mnie jak star­szy brat, który wie wszystko, prze­mie­rza świat i pozwala rosnąć swym skrzy­dłom - pod­czas gdy ja pró­bo­wa­łam zapu­ścić korze­nie.

Dość nie­ocze­ki­wa­nie jego listy zaczęły przy­cho­dzić z jed­nego miej­sca we Fran­cji, i poja­wił się w nich Bóg. W jed­nym z nich wyra­ził chęć wstą­pie­nia do semi­na­rium duchow­nego i poświę­ce­nia życia modli­twie. Odpi­sa­łam mu, by jesz­cze się wstrzy­mał, by zakosz­to­wał smaku wol­no­ści, zanim podej­mie tak istotną decy­zję.

Ale kiedy skoń­czy­łam pisać mój list, posta­no­wi­łam go podrzeć. Kim byłam, aby pra­wić mu morały o wol­no­ści czy obo­wiąz­kach? On wie­dział, co zna­czą te słowa, ja nie.

Pew­nego dnia dowie­dzia­łam się, że pro­wa­dzi wykłady. Zdzi­wi­łam się, gdyż był zbyt młody, aby nauczać cze­go­kol­wiek. Jed­nak przed dwoma tygo­dniami napi­sał mi, że ma zabrać głos przed nie­wielką grupą słu­cha­czy w Madry­cie, i że bar­dzo mu zależy na mojej obec­no­ści.

Jecha­łam cztery godziny z Sara­gossy do Madrytu, bo zapra­gnę­łam go znowu zoba­czyć. Chcia­łam go posłu­chać, posie­dzieć w jakiejś kawiarni i powspo­mi­nać czasy, gdy bawi­li­śmy się razem i sądzi­li­śmy, że świat jest zbyt duży, aby móc go obje­chać wokół.