Wykład odbywał się w miejscu bardziej oficjalnym, niż sobie to
wyobrażałam. Nie spodziewałam się również aż tylu ludzi. W żaden sposób
nie umiałam sobie tego wytłumaczyć.
"Kto wie, może przez te lata stał się sławny?" - pomyślałam przez
chwilę. O niczym takim nie pisał w swoich listach. Miałam nieprzepartą
ochotę porozmawiać z przybyłymi i zapytać, co ich tu przywiodło.
Niestety, brakło mi odwagi.
Moje zdziwienie jeszcze się wzmogło, kiedy go ujrzałam wchodzącego na
salę. W niczym nie przypominał tamtego chłopca, którego zapamiętałam -
ale jedenaście lat może ludzi zmienić. Wydawał się znacznie
przystojniejszy niż dawniej, a jego oczy były pełne blasku.
- Oddaje nam to, co było niegdyś nasze - powiedziała stojąca obok
kobieta.
Zabrzmiało to zagadkowo.
- Ale co oddaje? - zapytałam zaskoczona.
- To, co nam wcześniej skradziono - wiarę.
- Nieprawda, on nam niczego nie oddaje - wtrąciła młoda dziewczyna
siedząca obok mnie. - Oni nie mogą nam oddawać tego, co już do nas
należy.
- Po co więc pani tu przyszła? - rzuciła pierwsza z irytacją w głosie.
- Chcę go posłuchać. Pragnę dowiedzieć się, co myślą ludzie jego
pokroju. Już raz nas palili na stosie, kto wie, czy nie wpadnie im do
głowy zacząć od nowa.
- On działa samotnie - zauważyła kobieta. - I robi to, co w jego mocy.
Młoda dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie, po czym odwróciła głowę,
ucinając tym samym rozmowę.
- Jak na seminarzystę ma dużo odwagi - ciągnęła dalej kobieta, szukając
zapewne poparcia w moich oczach.
Nie rozumiałam nic a nic, milczałam jak zaklęta, aż w końcu dała mi
spokój. Młoda dziewczyna siedząca obok mrugnęła do mnie porozumiewawczo,
jakbym była jej sprzymierzeńcem. Moje milczenie wynikało jednak z innego
powodu. Rozmyślałam nad słowami mojej rozmówczyni. "Seminarzysta". To
niemożliwe. Powiedziałby mi przecież.
Zaczął mówić, ale nie potrafiłam się skupić na jego słowach. "Powinnam
się chyba była inaczej ubrać" - myślałam, nie wiedząc właściwie,
dlaczego miałoby mi na tym zależeć. Wkrótce zauważył mnie wśród
zgromadzonych ludzi. Próbowałam odgadnąć jego myśli. Jakie sprawiłam na
nim wrażenie? Jaka była różnica pomiędzy osiemnastoletnią dziewczyną a dwudziestodziewięcioletnią kobietą?
Kiedy skończył mówić, otoczył go wianuszek słuchaczy. Stałam z boku
pełna niepokoju, jakie wrażenie wywrę na nim po tylu latach. Czułam się
jak małe dziecko - nieufna, zazdrosna o jego nowych przyjaciół i zła, bo
poświęcał im więcej uwagi niż mnie.
W końcu podszedł do mnie i zarumienił się. Nie był to już ten sam
mężczyzna, który jeszcze przed chwilą perorował z taką powagą. Z wolna
zamieniał się w chłopca, który niegdyś chował się ze mną w pustelni
świętego Saturnina i całymi godzinami opowiadał o swoich marzeniach, by
przemierzyć świat dookoła - a w tym samym czasie nasi rodzice wzywali
policję, sądząc, że potopiliśmy się w rzece.
- Witaj, Pilar - powiedział.
Pocałowałam go nieśmiało w policzek. Mogłam mu powiedzieć kilka miłych
słów. Mogłam poskarżyć się, że byłam znużona, czekając tyle czasu w tłumie. Mogłam przypomnieć jakąś zabawną anegdotę z naszego dzieciństwa.
Mogłam powiedzieć, że jestem z niego dumna, widząc, jak podziwiają go
inni. Mogłam wyjaśnić, że śpieszę się na ostatni autobus do Saragossy.
Mogłam. Nigdy nie zdołamy zrozumieć sensu tego słowa, gdyż w każdej
chwili naszego życia istnieją sytuacje, które mogły się wydarzyć, ale z jakichś powodów się nie wydarzyły. Istnieją magiczne chwile, które choć
mijają niezauważone, to jednak niewidzialna Ręka Opatrzności zmienia
bezpowrotnie nasz los.
I to właśnie stało się teraz. Zamiast tego wszystkiego, co mogłam
zrobić, wypowiedziałam zdanie, które parę tygodni później przywiodło
mnie na brzeg tej rzeki i sprawiło, że dziś piszę te słowa.
- Możemy napić się kawy? - spytałam wtedy.
A on odwrócił głowę w moją stronę i przyjął propozycję, którą zesłał mu
los.
- Muszę koniecznie z tobą porozmawiać. Jutro mam kolejny wykład w Bilbao. Wynająłem nawet samochód.
- Właściwie powinnam wrócić do Saragossy - odrzekłam, nie zdając sobie
sprawy, że zatrzaskiwałam za sobą ostatnie drzwi umożliwiające ucieczkę.
Ale w ułamku sekundy - może dlatego, że poczułam się znowu dzieckiem, a może dlatego, że to nie my piszemy najlepsze scenariusze naszego życia -
powiedziałam:
- Za parę dni nadchodzi święto Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia.
Mogę ci więc towarzyszyć do Bilbao i stamtąd wrócić do domu.
Korciło mnie, żeby zapytać o "seminarzystę".
- Mam wrażenie, iż chciałabyś o coś jeszcze mnie zapytać - powiedział,
jakby czytał w moich myślach.
- Tak - odrzekłam niepewnie, jednak w ostatniej chwili brakło mi
śmiałości. - Przed wykładem pewna kobieta powiedziała, że oddajesz jej
to, co kiedyś do niej należało.
- Ach, to nic ważnego.
- Ale dla mnie to jest ważne. Nic nie wiem o twoim życiu i dziwi mnie,
że tak wielu ludzi tu przyszło.
Uśmiechnął się i odwrócił w stronę swoich słuchaczy.
- Chwileczkę - chwyciłam go za ramię. - Nie odpowiedziałeś na moje
pytanie.
- To dla ciebie nic ciekawego, Pilar.
- Nie szkodzi. Chciałabym jednak wiedzieć.
Wziął głęboki oddech i poprowadził mnie w drugi koniec sali.
- Wszystkie trzy wielkie religie monoteistyczne tego świata - judaizm,
katolicyzm i islam - są męskie. Mężczyźni są w nich kapłanami, oni także
trzymają pieczę nad dogmatami wiary i ustanawiają prawa.
- A więc co tamta kobieta miała na myśli?
Zawahał się przez chwilę, ale w końcu odrzekł.
- Tylko to, że mam nieco inny pogląd na te sprawy. Wierzę w kobiece
oblicze Boga.
Odetchnęłam z ulgą, moja rozmówczyni musiała się mylić. Nie mógł być
seminarzystą, ponieważ seminarzyści nie mogą mieć odmiennych poglądów.
- Świetnie to wyjaśniłeś - dodałam uspokojona.
Dziewczyna, która mrugnęła do mnie porozumiewawczo na sali, czekała
nieopodal drzwi wejściowych.
- Sądzę, że należymy do tej samej tradycji - powiedziała na mój widok. -
Mam na imię Brida.
- Nie wiem, o czym mówisz - odrzekłam nieco zaskoczona.
- Jasne, że wiesz - zaśmiała się.
Wzięła mnie pod rękę i pociągnęła za sobą tak szybko, że nie było już
czasu na dalsze wyjaśnienia. Wieczór był chłodny i właściwie nie
wiedziałam, co mam ze sobą począć do następnego dnia.
- Dokąd idziemy? - zapytałam.
- Do pomnika Bogini - odrzekła nieco tajemniczo.
- Szukam taniego hoteliku na noc.
- Nie bój się, coś później znajdziemy.
Wolałam wprawdzie usiąść w jakiejś kawiarni, porozmawiać trochę i dowiedzieć się o nim jak najwięcej, ale nie chciałam wdawać się z nią w niepotrzebne dyskusje. Pozwoliłam jednak, by poprowadziła mnie aleją
Kastylijską, gdyż przyjemnie było przypomnieć sobie Madryt po latach.
Dość nieoczekiwanie zatrzymała się pośrodku alei i wskazała na niebo.
- Spójrz - wykrzyknęła.
Księżyc w pełni prześwitywał pomiędzy konarami bezlistnych drzew.
- Jest piękny - przyznałam.
Lecz ona już nie słuchała. Rozkrzyżowała szeroko ramiona, odwróciła
dłonie do nieba i stała nieruchomo, kontemplując księżyc.
"W co ja się wpakowałam? - mówiłam sobie w duchu. - Przyjechałam na
odczyt, a znalazłam się w alei Kastylijskiej w towarzystwie tej
obłąkanej kobiety. Na dodatek jutro wyjeżdżam z nim do Bilbao".
- Zwierciadło Bogini Ziemi! - wyszeptała z zamkniętymi oczami
dziewczyna. - Wskaż nam naszą moc i spraw, aby mężczyźni nas rozumieli.
Ty, który w niebiosach rodzisz się, świecisz, umierasz i zmartwychwstajesz, to ty objawiłeś nam cykl nasienia i owocu.
Wyciągnęła ramiona ku niebu i przez dłuższy czas stała nieruchomo.
Mijający nas przechodnie patrzyli spod oka i śmiali się ukradkiem, ale
ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Za to ja, stojąc u jej boku,
umierałam ze wstydu.
- Musiałam to uczynić, aby Bogini wzięła nas pod swoje opiekuńcze
skrzydła - rzekła, kiedy złożyła już hołd księżycowi.
- Przepraszam, o czym ty właściwie mówisz?
- O tym samym, co twój przyjaciel, tyle że w prawdziwych słowach.
Poczułam żal do siebie, że nie słuchałam uważniej wykładu, bo tak
naprawdę nie miałam bladego pojęcia, o czym on mówił.
- My dobrze znamy kobiece oblicze Boga - powiedziała dziewczyna, kiedy
ruszyłyśmy dalej. - My, kobiety, rozumiemy i kochamy Wielką Matkę. Za
naszą wiedzę zapłaciłyśmy prześladowaniami i płonącymi stosami, jednak
udało nam się przetrwać i dotrzeć do jej tajemnic.
Stosy. Czarownice. Spojrzałam baczniej na tę dziewczynę. Była ładna,
miała długie, rude włosy sięgające do pasa.
- Kiedy mężczyźni wyruszali na polowanie, my pozostawałyśmy w jaskiniach, w brzuchu Matki, opiekując się dziećmi. Tam właśnie Wielka
Matka nauczyła nas żyć. Mężczyzna żył w ciągłym ruchu, a my, pozostając
niezmiennie w łonie Matki, spostrzegłyśmy, że z nasion wyrastają rośliny
- i podzieliłyśmy się naszym odkryciem z mężczyznami. Upiekłyśmy
pierwszy chleb, aby ich nakarmić. Ulepiłyśmy pierwszy dzban, aby mogli
ugasić pragnienie. I pojęłyśmy cykl tworzenia, gdyż nasze ciało
powielało rytm faz księżyca.
Nagle zatrzymała się.
- Oto Ona.
Spojrzałam. W centralnym punkcie placu, rojącym się od samochodów,
tryskała fontanna, a pośrodku stał posąg kobiety w rydwanie
zaprzęgniętym w lwy.
- To plac Cybeli - powiedziałam, chcąc pochwalić się, że znam Madryt.
Dziesiątki razy widziałam tę rzeźbę na kartach pocztowych. Lecz
dziewczyna wcale mnie nie słuchała. Stała na środku ulicy, próbując
przedrzeć się przez potok samochodów.
- Pójdźmy tam! - krzyczała, wymachując ramionami.
Postanowiłam ją dogonić tylko po to, żeby podała mi nazwę jakiegoś
hotelu. Całe to szaleństwo zaczynało mnie nużyć i chciałam już być sama.
Do fontanny dotarłyśmy niemal równocześnie - ja z mocno bijącym sercem,
ona z promiennym uśmiechem na ustach.
- Woda! - krzyknęła. - To właśnie woda jest jej ucieleśnieniem.
- Podaj mi, proszę, nazwę jakiegoś taniego hoteliku.
W tej samej chwili Brida zanurzyła obie dłonie w fontannie.
- Zrób to samo - powiedziała zachęcająco. - Dotknij tafli wody.
- Ani mi się śni. Ale nie przeszkadzaj sobie. Ja idę na poszukiwanie
noclegu.
- Proszę, zaczekaj jeszcze chwilę.
Wyjęła z torebki mały flet i zaczęła grać. Muzyka płynąca z instrumentu
zdawała się mieć wręcz hipnotyczne działanie. Hałas ulicy stawał się
coraz bardziej daleki, a moje serce nagle się uspokoiło. Usiadłam na
brzegu fontanny i oglądając na niebie księżyc w pełni, wsłuchiwałam się
w dźwięki fletu i szmer wody. Coś mi mówiło - choć dokładnie tego nie
rozumiałam - że tu właśnie znajdowała się cząstka mej kobiecej natury.
Nie wiem, jak długo grała, ale kiedy skończyła, odwróciła się w stronę
fontanny.
- Cybela jest jednym z wcieleń Wielkiej Matki - rzekła dziewczyna. - To
ona sprawuje pieczę nad plonami, ochrania miasta i przywraca kobiecie
rolę kapłanki.
- Kim ty właściwie jesteś? - zapytałam. - I dlaczego tak ci zależało na
mojej obecności?
Spojrzała mi w oczy i rzekła:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Od Autora
Pewien hiszpański misjonarz odwiedzający nieznaną wyspę napotkał tam
trzech azteckich kapłanów.
- Powiedzcie mi, jak się tu modlicie? - zapytał.
- Znamy tylko jedną modlitwę - rzekł jeden z Azteków. - Oto ona: "Boże,
Ty jesteś Trójcą i my jesteśmy trójcą. Miej litość nad nami".
- To piękne słowa - odpowiedział misjonarz. - Wszelako nie takiej
modlitwy Bóg wysłucha. Nauczę was innej, o wiele lepszej.
I nauczył ich modlitwy chrześcijańskiej, po czym podjął swą ewangeliczną
wędrówkę. Po latach, gdy płynął z powrotem do Hiszpanii, jego statek
ponownie przybił do brzegów owej wyspy. Dostrzegłszy z pokładu trzech
znajomych kapłanów, uczynił gest powitania w ich stronę.
A wtedy trzej mężowie ruszyli ku niemu, stąpając po wodzie.
- Ojcze! Ojcze! - zawołał jeden z nich, zbliżając się do statku. - Naucz
nas, proszę, raz jeszcze modlitwy, której Bóg wysłucha, albowiem nie
zdołaliśmy jej zapamiętać!
- Nie warto - rzekł misjonarz, widząc, że stał się cud. W duchu zaś
prosił Boga, by mu wybaczył, że dotąd nie pojął, iż przemawia On
przecież we wszystkich językach.
Historia ta ilustruje dokładnie to, co pragnę przekazać czytelnikowi w niniejszej powieści. Rzadko bowiem zdajemy sobie sprawę, że żyjemy
otoczeni Niezwykłością. Wokół nas codziennie dzieją się cuda, Boskie
znaki wytyczają nam drogę, zaś anioły próbują na wszelkie sposoby dać
znać o sobie. Jednak nie zwracamy na to większej uwagi, ponieważ
nauczono nas, że jedynie kanony i nakazy prowadzą do Boga. Nie jesteśmy
w stanie pojąć, że On jest wszędzie tam, gdzie pozwalamy Mu wejść.
Oczywiście, że tradycyjne praktyki religijne są ważne, gdyż dają nam
możliwość wspólnego przeżywania kultu i modlitwy. Niemniej nigdy nie
powinniśmy zapominać o tym, iż doznanie duchowe jest nade wszystko
praktycznym doświadczaniem Miłości. A w Miłości nie ma żadnych reguł.
Choćbyśmy trzymali się wiernie podręczników, sprawowali nadzór nad
sercem, postępowali zgodnie z góry ustalonym planem - wszystko to nie
zda się na nic. Bowiem o wszystkim decyduje serce i ono ustanawia prawa.
Każdy z nas miał okazję doświadczyć tego na własnej skórze. Nieraz
zdarzyło się nam skarżyć we łzach: "Cierpię z powodu miłości, która tego
niewarta". Cierpimy, bo czujemy, że dajemy więcej, niż otrzymujemy w zamian. Cierpimy, bo nasza miłość jest niedoceniana. Cierpimy, bo nie
udaje nam się narzucić naszych reguł gry.
Ale cierpimy przecież daremnie, bo już w samej miłości tkwi ziarno
naszego rozkwitu. Im bardziej kochamy, tym bardziej zbliżamy się do
duchowego poznania. Ludzie oświeceni, o sercach rozpalonych Miłością,
zawsze zwyciężali przesądy swojej epoki, śpiewając, śmiejąc się, modląc
na głos, tańcząc doznawali tego, co święty Paweł zwykł obdarzać mianem
"świętego szaleństwa". Byli to ludzie szczęśliwi, ponieważ ten, kto
kocha, podbija świat - bez obawy, że cokolwiek utraci. Prawdziwa miłość
to akt całkowitego oddania.
Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam jest książką o istocie
owego daru. Pilar i jej przyjaciel są postaciami fikcyjnymi,
symbolizującymi sprzeczności, które towarzyszą nam w poszukiwaniu
Drugiego Człowieka. Wcześniej czy później nadchodzi czas, by
przezwyciężyć nasze lęki, gdyż droga duchowa wiedzie poprzez codzienne
doświadczanie miłości.
Brat Tomasz Merton mawiał: "Życie duchowe nie jest niczym innym, jak
właśnie miłością. Kochać wcale nie znaczy czynić dobro, wspomagać czy
też chronić kogoś, bowiem w ten sposób traktujemy bliźniego jak zwykły
przedmiot, zaś siebie samych postrzegamy jako istoty mądre i szlachetne.
A to nie ma nic wspólnego z miłością. Kochać - znaczy połączyć się z drugim człowiekiem i dostrzec w nim iskrę Boga".
Niechaj łzy Pilar na brzegu rzeki Piedry wiodą nas drogą ku temu
zespoleniu.
Paulo Coelho
Całe dzieciństwo i wiek młodzieńczy spędziliśmy razem. Potem on wyjechał
daleko, tak jak wyjeżdżają wszyscy chłopcy z małych miast. Mówił, że
jedzie poznać świat, że jego marzenia unoszą go daleko od pól Sorii.
Przez parę lat nie miałam od niego żadnych wieści. Od czasu do czasu
przychodził wprawdzie jakiś list, ale to było wszystko - nigdy już
bowiem nie powrócił do świata naszego dzieciństwa.
Skończyłam szkołę, przeniosłam się do Saragossy i dopiero wtedy
odkryłam, jak bardzo miał rację. Soria była maleńką mieściną, a jej
jedyny sławny poeta powiedział, że drogę wytycza się idąc. Dostałam się
na studia, znalazłam sobie narzeczonego. I rozpoczęłam przygotowania do
egzaminu konkursowego na stanowisko urzędnicze, którego nie rozpisywano
przez długi czas. Przyjęłam posadę sprzedawczyni, by opłacić studia,
oblałam egzamin, zerwałam zaręczyny.
W tym czasie jego listy przychodziły częściej, opatrzone znaczkami
pocztowymi z coraz to innych zakątków świata. Zazdrościłam mu. Od
dzieciństwa był dla mnie jak starszy brat, który wie wszystko,
przemierza świat i pozwala rosnąć swym skrzydłom - podczas gdy ja
próbowałam zapuścić korzenie.
Dość nieoczekiwanie jego listy zaczęły przychodzić z jednego miejsca we
Francji, i pojawił się w nich Bóg. W jednym z nich wyraził chęć
wstąpienia do seminarium duchownego i poświęcenia życia modlitwie.
Odpisałam mu, by jeszcze się wstrzymał, by zakosztował smaku wolności,
zanim podejmie tak istotną decyzję.
Ale kiedy skończyłam pisać mój list, postanowiłam go podrzeć. Kim byłam,
aby prawić mu morały o wolności czy obowiązkach? On wiedział, co znaczą
te słowa, ja nie.
Pewnego dnia dowiedziałam się, że prowadzi wykłady. Zdziwiłam się, gdyż
był zbyt młody, aby nauczać czegokolwiek. Jednak przed dwoma tygodniami
napisał mi, że ma zabrać głos przed niewielką grupą słuchaczy w Madrycie, i że bardzo mu zależy na mojej obecności.
Jechałam cztery godziny z Saragossy do Madrytu, bo zapragnęłam go znowu
zobaczyć. Chciałam go posłuchać, posiedzieć w jakiejś kawiarni i powspominać czasy, gdy bawiliśmy się razem i sądziliśmy, że świat jest
zbyt duży, aby móc go objechać wokół.