JAK PRZESTAŁYŚMY BYĆ BOGATE I CZY MOŻNA COŚ Z TYM ZROBIĆ?
"Wychowałam się na tym samym co wy podwórku - napisała Katarzyna B. krótko po premierze naszej książki. - Tylko że w Świeradowie".
Katarzyna, mniej więcej w naszym wieku, walczyła o prawo do samostanowienia dojrzałych dorosłych na wysuniętej na południowy zachód placówce, jaką było jej rodzinne miasto.
Teraz uznała, że powinnyśmy połączyć siły, i zaprosiła nas do siebie, a dokładniej na konferencję, którą raz w roku organizuje ze swoimi koleżankami. Nazwały się Boskie Karkonoskie i założyły fundację, która łączy kobiety różnych profesji i z różnych środowisk. Dziewczyny uczą się doceniać i dbać o siebie. Wspierać się, nie bać zmian zawodowych i prosić o pomoc. Miałyśmy wystąpić jako prelegentki. Nie bójmy się powiedzieć tego słowa: ekspertki.
List był miły, ale nie miałyśmy pojęcia, czego możemy nauczyć kobiety, zwłaszcza biznesu. Byłyśmy przekonane, że nasze gospodynie będą chciały sprawdzić, czy na żywo też mówimy od rzeczy, zwłaszcza Magda, ale przyjęłyśmy zaproszenie, żeby choć na chwilę znaleźć się wśród osób Boskich.
Wsiadłyśmy do zafiry i ruszyłyśmy na południe. Jak zwykle zaśmiewałyśmy się z własnych żartów - dobrze bawimy się we własnym towarzystwie. Trudność polega na tym, że nie umiemy ich potem powtórzyć innym. Uwierzcie nam, kiedy ludzie nas nie słyszą, jesteśmy co najmniej tak błyskotliwe jak Ricky Gervais, brytyjski komik wszech czasów, twórca serialu The Office. Próbujemy nawet zapisywać nasze najlepsze dowcipy, jakiś czas potem odkrywając z zażenowaniem, że do łez doprowadziła nas na przykład przygoda jednego z naszych mężów, który musiał sprzątnąć kupę psa. Kupa była wielkości średniej owcy, a do tego rozmazana po domu w tajemnicze wzory przez samoczynny odkurzacz marki Roomba. Sami rozumiecie, że nie możemy podczas spotkań z publicznością opowiadać dowcipów samochodowych, tym bardziej że wyobraźnia od razu podpowiedziała nam pomysł na biznes: mąż jednej z nas, zawinięty w kapę z łóżka i z turbanem na głowie, puszczałby rumbę przez psią kupę, a z wzorów na dywanie - za pieniądze - odczytywałby przyszłość zainteresowanym klientom.
Ewa prowadziła, więc za Kostomłotami pomyliłyśmy drogę i zamiast na Legnicę pojechałyśmy na Strzegom, a dalej przez Świdnicę. To miasto, a dokładniej jedna z małych miejscowości pod Świdnicą, wiele znaczy w życiu Ewy. Kilkanaście lat wcześniej Ewa pokonywała trasę z Warszawy do Jeleniej Góry w towarzystwie niedawno poznanej koleżanki. Ewa była początkującą kierowczynią, a koleżanka miała złamane serce i podły nastrój. Już w okolicach Łodzi zapaliła pierwszego skręta, tłumacząc, że bez niego nie przeżyje zdrady narzeczonego. Ewa, wciąż bez doświadczenia w zakresie biernego palenia marihuany, nie protestowała, bardzo było jej żal koleżanki. Na wysokości Wrocławia atmosfera w aucie znacząco się poprawiła. Koleżanka żartowała, obie były zrelaksowane. Za Świdnicą na prostej szosie Ewa wjechała do rowu, a auto wywróciło się na bok. Dziewczyny uznały, że to bardzo zabawne. Śmiały się, wychodząc z wraku przez okno, a potem poszły do najbliższej wioski i wciąż zataczając się ze śmiechu, pytały napotkane osoby, co robić.
Widok dwóch wesołych pań opowiadających o tym, że ich auto leży w rowie kołami do góry, nie wzbudzał przesadnego współczucia.
Z kolei wezwanie policji nie wchodziło w grę ze zrozumiałych powodów.
Wieczorem zlitował się nad nimi miejscowy rolnik, właściciel kombajnu, i jego dwóch synów. Wyciągnęli auto z rowu, zalepili srebrną taśmą wypadający prawy reflektor i dziewczyny mogły jechać dalej.
Na wszelki wypadek przez piętnaście ostatnich lat Ewa jeździła na Dolny Śląsk wyłącznie koleją. Licho nie śpi.
Na szczęście tym razem obyło się bez interwencji lokalnych rolników. Tylko że za Świdnicą na tablicy rozdzielczej Szkapy zapaliła się pomarańczowa lampka z symbolem dystrybutora. Zjechałyśmy na stację i za ostatnie pięćdziesiąt złotych zatankowałyśmy do niepełna.
Kiedy w 1960 roku Steinbeck podróżował Rosynantem przez Amerykę, był pięćdziesięcioośmioletnim spełnionym, zamożnym i uznanym pisarzem. Bak swojej ciężarówki zawsze miał pełny, a na pokładzie, wśród pościeli, talerzy, latarek i mnóstwa innych potrzebnych rzeczy, wiózł ekspres do kawy. Parzenie w drodze czarnego, smolistego napoju było częścią jego codziennej rutyny.
Wsparte o maskę zafiry, myślałyśmy o tym, parząc usta kawopodobną substancją z rozmiękłych kubeczków. Nie zrozumcie nas źle, nie chodziło nam o to, żeby zacząć nagle, na poboczach polskich dróg, parzyć kawę na maszynce turystycznej. Nas pochłonęła zagadka zamożności amerykańskiego pisarza i braku tego czynnika w naszym przypadku.
Co robiłyśmy nie tak?
Byłyśmy wykształconymi Polkami w wieku przedstarczym. (Informacja dla tych, którzy nie czytali naszej poprzedniej książki: zdaniem radzieckich naukowców wiek przedstarczy zaczyna się w czterdziestym piątym roku życia. Jednak amerykańscy uczeni, nie dość, że pierwsi wysłali człowieka na Księżyc, to jeszcze przesunęli granicę przedstarczości o dwadzieścia lat do przodu. Jeśli to was nie pocieszy, to już nie wiemy, jak wam pomóc). Byłyśmy reporterkami, każda z nas miała na koncie kilka książek, pracowałyśmy w ważnych pismach w czasach, gdy ludzie kupowali papierowe gazety. Miałyśmy w sumie troje dzieci (dwóch chłopców i jedną dziewczynkę), dwóch mężów i trzy psy.
Od trzech lat co tydzień na kanale na YouTubie publikowałyśmy nowy odcinek naszego podcastu Jak się starzeć bez godności, który miał pomóc nam i milionom ludzi w kraju przejść suchą nogą przez trzęsawiska starzenia się po polsku. Nasze konta na Facebooku i Instagramie pęczniały od nowych obserwujących, pozdrawiali nas nieznajomi na ulicy, pokazywała telewizja śniadaniowa (nie podali śniadania). Jako podcasterki i literatki drugiego, trzeciego i dwudziestego pierwszego wieku oczekiwałyśmy profitów wynikających z nowego statusu. Liczyłyśmy na falę propozycji od sponsorów. Widziałyśmy gwiazdy Instagrama prezentujące nowe samochody, luksusowe kosmetyki, biżuterię, drogie sukienki i żywność bio. Też tak chciałyśmy.
Pieniądze to nasze wspólne hobby, choć trudno ukryć, że nie należymy do praktyczek bogactwa i luksusu. Na razie jeszcze jesteśmy jak filatelistki bez znaczków czy melomanki bez płyt. Wystarczy spojrzeć na zafirę.
Prawdziwy hobbysta nie poddaje się jednak łatwo i tworzy swoją kolekcję przez dziesiątki lat. Razem mamy na razie skromny zbiór pieniędzy, który nieustannie uszczuplają gazownicy, energetycy, dentyści, korepetytorzy, producenci żywności i nasze drogie dzieci. My się jednak nie poddajemy i co miesiąc jak dwie Syzyfki staramy się odbudowywać rozproszoną kolekcję.
Zdawałyśmy sobie, rzecz jasna, sprawę, że pewne ścieżki są już dla nas zamknięte i nie zainteresuje się nami producent podpasek, kremu do młodej cery czy testów ciążowych. Ale gdzie byli sprzedawcy luksusowych kremów dla cer dojrzałych? Gdzie projektanci bielizny modelującej ciała poddające się grawitacji, właściciele salonów ujędrniających masaży, stomatolodzy wymieniający żółte, zżarte w latach 70. przez antybiotyki zęby na nowe, lśniące? Gdzie chirurdzy plastyczni podnoszący powieki opadające na policzki?
Nie musiałybyśmy testować kabrioletów w krzykliwych kolorach, byłyśmy gotowe jednak robić jazdy próbne eleganckimi karawanami i porównywać na naszym youtube'owym kanale ich osiągi. Byłyśmy żywymi (wciąż!) nośniczkami reklam wszelkich suplementów diet dla ludzi w naszym wieku, dałybyśmy się dla was zamknąć na miesiąc w luksusowym domu opieki, z basenem i kortem tenisowym, żeby sprawdzić, czy materace przeciwodleżynowe są tam tak miękkie, jak obiecuje folder reklamowy.
Zrobiłyśmy wszakże jedno zastrzeżenie - gdyby się okazało, że producent molestuje, mobbinguje, nie płaci podatków, wykorzystuje pracę nieletnich - zrzuciłybyśmy maski influencerek i jako reporterki opisały to wszystko w gazetach. Wiemy, czym są duma i etos naszego zawodu. Krótko mówiąc - nie sprzedałybyśmy się, nigdy. No, na pewno nie od razu i z wielkim ociąganiem.
Gdybyśmy mogły - kupiłybyśmy te kabriolety i karawany za swoje ciężko zarobione pieniądze. Tak się jednak składa, że ich nie mamy i jest nam zwyczajnie przykro. Może dawniej było inaczej. Żyjemy już tak długo, że każda z nas w ciągu minionego półwiecza zaznała odrobiny luksusu.
W połowie lat 80. XX wieku Ewa dostała w prezencie od Świętego Mikołaja zestaw Lego "Przystanek autobusowy", który składał się z podkładki, znaku stop i kontrolera biletów. Urodzeni w latach 70., zwłaszcza w pierwszej połowie dekady, zdają sobie sprawę, czym był zestaw Lego, nawet przystanek. Obaj sponsorzy świętego musieli pracować na ten prezent półtora miesiąca. Ale to nie wszystko.
Ćwierć wieku później Ewa, młoda reporterka, została wysłana służbowo na festiwal filmowy w Cannes i podwieziona taksówką pod hotel Martinez na bulwarze La Croisette, gdzie miała się spotkać z rozmówcą. Przez jedną setną sekundy fotoreporterzy i paparazzi festiwalowi myśleli, że jest gwiazdą (chwilowo wyglądającą jak początkująca dziennikarka z Europy Środkowo-Wschodniej), ale to wystarczyło, by zrobili jej pierwsze tysiąc zdjęć. W drugiej setnej sekundy już się zorientowali, że to ściema, i odłożyli aparaty. Ewa wie zatem, co znaczą sława i bogactwo.
Z kolei najwspanialszą rzeczą, jaką Magda posiadała w podstawówce, był zestaw trzydziestu sześciu flamastrów, przywieziony jej z Niemiec. W tamtych czasach polskie dziecko nie wiedziało nawet, że na świecie jest tyle kolorów. Magda postanowiła używać swoich mazaków tylko z okazji świąt, a może nawet zostawić je na studia. Podejrzewała, że już nigdy nic tak pięknego nie trafi w jej ręce. Po raz pierwszy wyjęła jeden z flamastrów rok później, żeby narysować nim kwiatek dla mamy. Tak, zgadliście, mazak był wyschnięty. Podobnie jak jego trzydziestu pięciu braci. Praktyczne dziecko socjalizmu przeryczało dzień, a potem przerobiło kolorowe obudowy mazaków na rurki do puszczania baniek z mydła.
Od najmłodszych lat starałyśmy się zarabiać własne pieniądze.
Pierwsze praktyki zawodowe Ewa odbyła na miejskim targowisku w metropolitalnym Sosnowcu, gdzie razem z Agatą P. sprzedawała rękawiczki półskórzane podczas styczniowych mrozów w roku 1989. Były uczennicami liceum, wzorowymi, więc antycypowały przemiany ustrojowe i zaczęły budować kapitalistyczne imperium handlowe. Wszystko szło dobrze: była zima, plastik wspaniale udawał skórę, wujek koleżanki, który przywiózł rękawiczki z Turcji razem ze stu parami dekatyzowanych dżinsów, zapewniał, że nad Bosforem to ostatni krzyk mody.
Jeśli Ewa i Agata nie są dziś współwłaścicielkami Amazona, to tylko dlatego, że było wtedy za zimno, żeby ktokolwiek chciał wyjść na zakupy. Po pięciu godzinach spakowały wyjściowe dziesięć par rękawiczek, z odmrożonymi rękami wróciły do domu i poprosiły rodziców o kieszonkowe, którym pokryły koszt najmu miejsca na targowisku.
Ewa nie porzuciła marzeń o milionach, ale postanowiła najpierw skończyć drugą klasę. Następna okazja pojawiła się na studiach, gdy na drzwiach dziekanatu przeczytała ogłoszenie o tym, że poszukiwane są osoby do zbierania truskawek w angielskim hrabstwie Nottinghamshire. Ewa otworzyła atlas geograficzny. Upewniła się, że farma znajduje się blisko lasów Sherwood, w których mieszkał i pracował Robin Hood. W czasach, o których mówimy, miał on postać Michaela Praeda, niezwykle przystojnego angielskiego aktora, co bardzo motywowało Ewę do wyjazdu. Szansa spotkania żywego Michaela na farmie blisko Sherwood była mała, ale dużo większa niż na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW w Warszawie.
Farma znajdowała się blisko lasu jedynie w wytartym rodzinnym atlasie. W rzeczywistości od Robin Hooda dzieliło ją trzydzieści kilometrów. Ale nawet gdyby oddalona była o dwa, to i tak po pracy na akord czternaście godzin dziennie Ewa potrzebowałaby rehabilitanta i psychologa, żeby zmotywował ją do wycieczki poza bramę gospodarstwa. Bramy były zresztą niewidoczne, ponieważ pola truskawek ciągnęły się za horyzont.
Po pracy przyjmowała jogińską pozycję trupa w kontenerze bez mebli, okien, zlewu i toalety, który zaproszonym na półtora miesiąca studentom z Polski i Czechosłowacji zaproponował przemiły angielski farmer. Zapomniał tylko powiedzieć, żeby przywieźć ze sobą śpiwory i karimaty. Nie był złym Wujkiem Sknerusem: popołudniami przynosił pod kontener truskawki, które nie nadawały się już do transportu, i powtarzał, że nie musimy za nie płacić. Raz, gdy padało tak, że zbieracze zapadali się w grządkach, zapakował studentów na przyczepę traktora i wywiózł do lasu Sherwood, żeby mogli sobie poszukać Robin Hooda. Obiecał, że przyjedzie za pięć godzin. Połowa studentów wróciła do domu z zapaleniem płuc, druga połowa prawdopodobnie błąka się po lesie do dziś. Ewa przywiozła do Polski przeziębienie i mocne postanowienie, żeby kontynuować edukację.
Dzięki doświadczeniu brytyjskiemu, a także rok później holenderskiemu (zbiór cebul hiacyntów; tym razem nielegalna praca wiązała się z koniecznością natychmiastowej ucieczki z pola w razie kontroli służb imigracyjnych i zajęcia bezpiecznej pozycji leżącej pod tirem na parkingu przy farmie) Ewa zobaczyła, jak wygląda rozwinięty kapitalizm. I to zobaczyła go z bliska, z perspektywy żaby, czyli pracownika najemnego w rolnictwie i ogrodnictwie. Interesowała ją już tylko perspektywa tygrysa. Były lata 90. i wczesne dwutysięczne, wszystko było możliwe, żaby zmieniały się w tygrysy biznesu na porządku dziennym.
Kiedy brytyjski szef sopockiego kasyna na rozmowie o pracę zapytał Magdę, jakie ma hobby, odpowiedziała "yes" i w ten sposób została przyjęta na stanowisko recepcjonistki. Był tam jeszcze wakat na stanowisku krupierki, ale wymagano biegłej znajomości tabliczki mnożenia do trzystu, a Magdzie trudność sprawiało mnożenie do pięciu i od tamtej pory się to nie zmieniło. Już po polsku skłamała kadrowej, że studiuje zaocznie - studentów dziennych nie przyjmowali. Warto było jednak zaryzykować, bo w kasynie najniższa wypłata wynosiła czterokrotność miesięcznych zarobków sekretarki w firmie polonijnej, które wówczas otrzymywała mama Magdy.
Akurat był rok 1992, w dzień Magda studiowała historię na Uniwersytecie Gdańskim, a nocami obserwowała, jak wykuwa się przyszłość Polski.
Praca należała do łatwych i tylko czasem nieprzyjemnych. Do zadań usadzonych za ladą par recepcjonistek należało noszenie krótkich spódnic i wysokich obcasów. Gdy jedna odbierała od gościa dowód osobisty i spisywała jego dane wrażliwe do zeszytu akademickiego w kratkę, druga notowała dyskretnie pod blatem, w co gracz jest ubrany.
Kilka osób było zwolnionych z obowiązku legitymowania się w recepcji, między innymi znany warszawski biznesmen pan Pershing i działający w tej samej branży biznesmen z Gdańska pan Nikoś. O przywilej wejścia bez okazywania dowodu stoczyła raz walkę z Magdą znana wówczas z kina i telewizji aktorka, wołając przy tym: "Pani nie wie, kim ja jestem!", co było nieprawdą. Magda wiedziała. Niekomfortowo w recepcji Magda poczuła się tylko raz, gdy gość zamiast dowodu pokazał jej pistolet skierowany otworem lufy w jej stronę. Musiało mu się bardzo spieszyć do ruletek, wpuściła go więc na salę bez dalszych ceregieli. Pozostali gracze rozumieli zasady gry i pokazywali swoje dokumenty bez ociągania.
Już w pierwszym tygodniu pracy Magda zrozumiała dwie rzeczy.
Po pierwsze, częściej się tu przegrywa, niż wygrywa.
Po drugie, elegancja w kasynach obowiązuje być może w Monako i filmach o Jamesie Bondzie. Sopoccy gracze nosili przeważnie tureckie swetry i kreszowe dresy, gość w marynarce był uznawany za osobę wytworną.
Telefon na ladzie recepcji zadzwonił o pierwszej w nocy. Magda usłyszała w słuchawce przytłumiony damski głos:
- Niski, łysy, uszaty, szary sweter w niebieskie trójkąty.
- Pomyłka - odpowiedziała i odłożyła słuchawkę na widełki.
Telefon znów zadzwonił.
- Powtarzam: kurdupel taki, z uszami, łysy, sweter w niebieskie trójkąty. - Głos był zniecierpliwiony.
- Kto mówi?
- Nie wygłupiaj się, kretynko! Tu Anka z kasy. Podaję ci opis gościa, który właśnie wygrał forsę. Muszę zapisać jego nazwisko na zlecenie prokuratury.
Magda poczuła się nagle jak bohaterka radzieckiego filmu szpiegowskiego. Praca w kasynie podobała jej się coraz bardziej.
Niestety, pół roku później stanęła przed dylematem znanym wielu Polakom - pieniądze albo wykształcenie. Studiów dziennych i pracy nocnej nie dawało się jednak połączyć. Początkowo jeszcze walczyła. Prace zaliczeniowe pisała pod blatem recepcji, do egzaminów uczyła się w przerwach między przyjmowaniem gości, ale braku snu nie potrafiła nadrobić. Kiedy podczas egzaminu z historii średniowiecza poprosiła profesora o dowód osobisty, a gościowi kasyna streściła walkę cesarstwa z papiestwem o inwestyturę - zrozumiała, że musi dokonać wyboru.
Odeszła z kasyna, skazując się na wieczny niedostatek.
A potem zostałyśmy dziennikarkami.
Na początku szło całkiem dobrze i jako osoby dorosłe przez moment pławiłyśmy się w dobrobycie. Pamiętamy czasy, gdy dziennikarstwo było profesją zaufania społecznego, a dziennikarze otrzymywali pieniądze za swoją pracę. Magda, na przykład, w roku 2000 za pierwszą wypłatę w "Dużym Formacie" kupiła sobie przedwojenne pianino. Dziś za miesiąc wytężonej pracy na tym samym stanowisku stać by ją było na używany flet z OLX-a.
W tym samym czasie, trzy miesiące po zatrudnieniu w tygodniku opinii, Ewa uzyskała zdolność kredytową. Skorzystała z niej natychmiast, wiążąc się z bankiem i mężem na kolejne dziesięciolecia i zobowiązując do spłaty kredytu we frankach szwajcarskich przeliczanych na złotówki po niedookreślonym, ale coraz wyższym kursie. Mówcie, co chcecie, ale wieloletnie kredyty z pierwszej połowy lat dwutysięcznych wiążą małżeństwa mocniej niż przysięga przed ołtarzem. Im wyższy kurs franka względem złotego - tym silniej. Im wyższa rata, tym trudniej się rozstać. Jeśli chodzi o zdolności - w zeszłym miesiącu bank odmówił Ewie kredytu na żelazko.
Widzicie więc: przypominamy Benjamina Buttona, którego życie biegło wstecz, a to by znaczyło, że bogate już byłyśmy i zmierzamy w stronę bezdomności. Zdecydowałyśmy, że musimy temu zapobiec, nawet jeśli wyglądało to jak zawracanie kijem Wisły.
Gdyby ktoś uważał, że planowanie kariery influencersko-reklamowej przez kobiety w średnim wieku to straceńcza fantazja - niech spróbuje jako kobieta w średnim wieku zatrudnić się w firmie, przedsiębiorstwie, urzędzie lub fabryce. Zobaczy, czym naprawdę jest mission impossible.
Jesteśmy na rynku jak gorący kartofel albo zleżała marchew w warzywniaku, skurczona z zimna jak wiecie co.
Przepytani przez socjologów menedżerowie korporacji narzekają, że osoba w wieku okołomenopauzalnym nie dość, że jest kobietą, to jeszcze nie jest dwudziestopięciolatką, a więc nie będzie częścią młodego zgranego zespołu, który według nich stanowi gwarancję efektywności firmy. Osoba taka "boi się nowych technologii" oraz "bardzo często doświadcza uderzeń gorąca, zmęczenia, wahania nastroju, przestaje pamiętać, także o tym, że w ogóle miała przyjść do pracy".
Pracodawcy brytyjscy obliczyli, że straty z powodu nieobecności związanej z menopauzą wynoszą wartość 14 milionów dni pracy rocznie.
Robi wrażenie, prawda? Kto by chciał zatrudnić osobę, która płacze bez powodu i nie wie, jak się nazywa? Chyba tylko inna kobieta podczas ataku mgły mózgowej.
Kiedy dekadę temu można już było mówić głośno, że w miejscach pracy potrzebna jest różnorodność, pracodawcy mieli nadzieję, że chodzi o możliwość pozbycia się osób w wieku okołoemerytalnym.
Sytuacja zmienia się powoli. Idzie albo raczej pełznie nowe, a to i tak dzięki odważnym osobom takim jak my - Ewa i Magda - pokazującym światu, że osoby w średnim wieku mogą być błyskotliwe, atrakcyjne i wyluzowane.
Dziś menedżerowie chwalą się, że zatrudniają nawet czterdziestolatków. No cóż, demografia jest po naszej stronie. Społeczeństwo się starzeje, wystarczy poczekać. Za dwadzieścia lat to pięćdziesięciolatkowie będą najmłodszymi w "młodych dynamicznych zespołach".
Niestety, za dwadzieścia lat będziemy po siedemdziesiątce. Nie możemy tak długo stać z założonymi rękami w oczekiwaniu, że ktoś nas doceni i zatrudni.
Dlatego przyjęłyśmy bardziej realistyczną strategię i postanowiłyśmy wziąć sprawy w swoje ręce: spieniężyć to, co miałyśmy akurat pod ręką - brak godności. Miałyśmy nadzieję, że będzie łatwy do upłynnienia.
Na zakończenie wizyty na stacji benzynowej, podczas której wytyczyłyśmy cele na przyszłość, za pomocą brudnej gąbki na kiju rozmazałyśmy błotnistą ciecz na przedniej szybie i ruszyłyśmy na Dolny Śląsk, gdzie czekały na nas kobiety chcące żyć na własnych warunkach. Modliłyśmy się, by wystarczyło paliwa.
Nawet nie wiecie, ile znaczy serdeczne spotkanie z osobami takimi jak my same, z podobnymi problemami, w podobnym wieku, z różnym doświadczeniem zawodowym.
W Świeradowie spotkałyśmy historyczki, które projektują ubrania, geodetki, które kochały uczyć, więc zostały korepetytorkami, korpomistrzynię, która zdecydowała się prowadzić rodzinę zastępczą i działać społecznie. Także rękodzielniczki, lekarki i profesorki.
Raz w roku zjeżdżają się, by wymieniać doświadczenia, kontakty, organizować grupy samopomocowe, które docierają do małych miejscowości z misją upodmiotowiania kobiet w każdym wieku.
I wszystkie one śmiały się z naszych dowcipów.
Utwierdziły nas w przekonaniu, że nikt za nas nie weźmie się w garść ani nie zrealizuje naszych ambitnych planów. Na fali entuzjazmu Ewa namówiła Magdę na spacer w góry, a Magda w pomroczności jasnej się zgodziła.
Wieczorem jej jedynym planem było doczołgać się do hotelowego łóżka, a wcześniej zamordować Ewę.
[...]