Ktoś
Gdybym miała przedstawić drogę swojego życia jako znak graficzny, byłaby to potrójnie skręcona spirala. Pierwsze kółko: Warszawa, Paryż, Kościelisko; drugie: Paryż, Kościelisko, Warszawa. Aktualnie jestem przy trzecim - znowu w Kościelisku. I pewnie tu zostanę. Lubię swoje życie na wsi, pośród zwykłych, serdecznych ludzi, życie bez napięć, wielkich ambicji i uganiania się za sukcesem. Lubię chodzić w starych dżinsach i wyciągniętym swetrze, siedzieć z przyjaciółmi w schronisku, gotować pomidorową i milczeć. Po latach miotania się i uciekania spiralny ruch mojego losu zwolnił i zmienił kierunek. Obraca się do wewnątrz. Nareszcie jestem blisko z samą sobą. Czekałam na ten moment.
Mój życiowy bilans na dziś przedstawia się z grubsza tak: czterdzieści pięć lat, jedno dziecko, cztery śluby, cztery rozwody, dwadzieścia pięć przeprowadzek, dwie emigracje i trzy kariery - aktorska, reklamowa i dziennikarska. Jestem samoukiem, nie mam formalnego wykształcenia. Wszystkie instytucje, które próbowały mnie czegoś nauczyć, poniosły klęskę. Mam dysleksję, dysgrafię i ADHD. Kiepski zestaw jak na podstawówkę w latach siedemdziesiątych. Miałam dziewięć lat, gdy nauczyciele mnie skreślili: "Młynarska - nic z ciebie nie będzie".
To, co dziś wiem i potrafię, wynika z doświadczenia. Jedyne dokumenty, jakie otrzymałam w wyniku ukończenia kursów, to prawo jazdy i licencja nurka. Obce języki opanowałam, tylko dlatego że musiałam jakoś porozumiewać się z ludźmi. Książki czytałam (i nadal czytam) wyłącznie dla przyjemności. Miałam poważne powody, by rzucić szkołę i opuścić rodzinny dom. Kilka z nich opiszę, resztę zostawię dla siebie.
W związku z moją "niestatystyczną" drogą życiową przechodziłam przez bardzo różne etapy w postrzeganiu i mówieniu o sobie. Bunt, poczucie niższości maskowane pseudopewnością siebie, użalanie się nad swoim losem, próby leczenia kompleksu braku wykształcenia kłamstwami, obrażanie się na system i podlizywanie się do niego - wszystko to przerobiłam. Fakt, że wiele osób podchodzi do mnie z rezerwą, spodziewając się, że skoro nie mam matury, to pewnie też nie grzeszę rozumem, nie jest może zbyt łatwy do zaakceptowania dla mojego ego, ale przynajmniej trzyma je w ryzach. Całe szczęście, bowiem w świecie, z którego pochodzę, pycha mocno się rozpycha. Talent, wykształcenie, sukces - to "święta trójca" na mojej planecie. Fetysze, bez których jesteś NIKIM, a przecież w życiu chodzi o to, by być KIMŚ.
Pamiętam, jak mając pewnie nie więcej niż cztery lata, starałam się wytłumaczyć dorosłym jakąś niezwykle ważną dla mnie sprawę. Ale w tym wieku słowa nie zawsze płyną tak wartko, jak byśmy sobie tego życzyli. Zaplątałam się, zacukałam iiii... eeeee...
- Puentuj! Puentuj wreszcie! - usłyszałam nad głową zdecydowany męski głos.
Tak, tam, gdzie się wychowałam, nawet małe dzieci musiały "mieć puentę". Wszyscy wokół byli sławni, wybitni, nieprzeciętni, niesamowici. Mama wracała w nocy po spektaklu z przyjaciółmi i otwierała drzwi do naszego pokoju, by pokazać im śpiące córeczki. Ale ja nie spałam. Czekałam, aż wróci, a kiedy już się zjawiała, wolałam nie otwierać oczu. Chyba chciałam być grzecznym dzieckiem pogrążonym we śnie, tak jak tego oczekiwała. Pochylała się nade mną i dawała mi całusa. Pachniała pudrem i kurzem. Teatrem. Ojciec od rana pisał na maszynie. Popołudniami grywał w tenisa na kortach Legii. I oczywiście koncertował.
Odkąd pamiętam, tęskniłam za rodzicami. Szczytem moich marzeń było mieszkanie w bloku, mama czekająca z obiadem, jak u moich koleżanek. My mieszkaliśmy w ogromnym domu z ogrodem na Mokotowie, a o nasze codzienne potrzeby i wychowanie dbała niania Hela. To do niej biegłam na przytulasy, kiedy budziłam się w nocy, to jej zwierzałam się ze swoich problemów. Hela była moją wielką zakazaną miłością, bardzo chciałam być jej dzieckiem i jednocześnie wstydziłam się tego pragnienia, jakby było straszliwą zdradą wobec własnej matki. Przy Heli nie trzeba było się wysilać, nie trzeba było znać tej cholernej "puenty". Można było być małym dzieckiem, które bawi się i przewraca. Przy rodzicach i ich nieprzeciętnych przyjaciołach trzeba było bardziej się postarać.
Obracając się w takich kręgach, bardzo łatwo podłapać nadęty sposób bycia, w którym nie ma już miejsca na zwykłe, przyziemne sprawy. Nie ma czasu na wysłuchanie, co dziecko ma do powiedzenia, nie ma czasu na wspólne milczenie. Jeśli chcesz przetrwać, masz być KIMŚ. A to pochłania mnóstwo energii.
W latach mojej młodości, czyli w realnej komunie, w środowisku inteligenckim, z którego się wywodzę, nie kasa stanowiła główny wyznacznik bycia KIMŚ, lecz wykształcenie. Najlepiej, jeśli szło ono w parze z sukcesem twórczym lub naukowym. Kasę to mieli prywaciarze badylarze.
Szanowny Pan Profesor! Pani Redaktor! Pan Aktor! Pan Reżyser! Pan Poeta! To jest KTOŚ! To się liczyło i w to się grało. Mogłeś, człowieku, być totalnym dupkiem, bić żonę i nie wiedzieć, jak mają na imię twoje własne dzieci, ale jeśli mieściłeś się w którejś z tych kategorii i nauczyłeś się być KIMŚ wśród KIMSIÓW, miałeś pełne prawo pogardzać resztą świata. Ja, nie mając nawet matury, nigdy nie poczułam się KIMŚ w wyżej opisanym znaczeniu. I coś mi mówi, że jest to zbawienne dla mojej duszy!
Nie znaczy to, że niczego nie żałuję. Przeciwnie - jest mnóstwo takich rzeczy i brak wykształcenia na pewno jest jedną z nich.
Okazja, by zostać KIMŚ, nadarzyła się w moim życiu wyjątkowo wcześnie. Już niemal zasypiałam w swoim pokoju, gdzie pudełko z lalkami Barbie ciągle było pod ręką, upchnięte pod tapczan, a na nocnym stoliku leżało Przeminęło z wiatrem, które czytałam z wypiekami na twarzy, kiedy niespodziewanie wkroczyła moja mama i usiadła na brzegu łóżka. Zapytała, czy chciałabym pójść na zdjęcia próbne do filmu. Jasne, że chciałam!
Kilka lat wcześniej moja siostra Agata zagrała w serialu telewizyjnym Rodzina Leśniewskich. Zazdrościłam jej tego całym swoim kilkuletnim sercem. Teraz nadarzała się okazja, by jej dorównać! I tak, punktem zero mojej spiralnej drogi życiowej stał się udział w filmie Andrzeja Wajdy Kronika wypadków miłosnych. Był tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty rok. Miałam czternaście lat i powierzono mi główną rolę!
Scenariusz przewidywał dwie sceny erotyczne z udziałem mojej postaci. Starałam się o tym nie myśleć, w nadziei, że do ich zagrania zostanie zatrudniona dublerka. Ostatecznie postanowiono jednak, że zagram je osobiście. Dla ułatwienia podano mi relanium i kazano popić butelką piwa. Więcej nie pamiętam, wszystkiego serdecznie żałuję. To nie powinno się zdarzyć. Po premierze filmu fotosy z planu trafiły na rozkładówkę miesięcznika "Ekran". Pewnego dnia po prostu przyszłam do szkoły i zorientowałam się, że połowa moich kolegów i koleżanek oraz wszyscy nauczyciele z wypiekami na twarzach wpatrują się w moje nagie zdjęcie. To też nie powinno się zdarzyć. Obiecano mi, że podczas kręcenia TEJ sceny nikt nie będzie robił zdjęć do promocji. Dzięki, kochana ekipo, dzięki, mądry reżyserze - zrobiliście prawdziwą niespodziankę uczennicy pierwszej klasy liceum.
Do dziś nie wiem, jakim cudem to udźwignęłam. Nie wybiegłam ze szkoły, nie wściekłam się. Udałam, że to nie ma znaczenia. Przecież wiadomo, że grałam w filmie! W filmie Andrzeja Wajdy, więc się odwalcie! Na zewnątrz śmiałam się i żartowałam. Ale w środku przeżywałam eksplozję. Tłumiąc ją, przysięgłam sobie, że przy najbliższej okazji dam nogę z Polski. Rojenia przewrażliwionej nastolatki? Być może. Ale kaliber tego, co się wydarzyło, był dla mnie tak ogromny, a siła wewnętrznego wybuchu tak niszczycielska, że od tej chwili wszystkie swoje życiowe siły zaangażowałam tylko w to, by dopiąć swego. Niestety, udało mi się.
Na planie Kroniki miałam przyjaciela. Marcin był Polakiem na stałe mieszkającym z mamą w Paryżu. Przygotowywał się do egzaminu na reżyserię i załapał się u Wajdy jako stażysta. Po zakończeniu zdjęć przyjaźniliśmy się nadal, a Marcin odwiedzał mnie w Warszawie, ilekroć przyjeżdżał. Planowaliśmy, że kiedy osiągnie pełnoletność, wystawi mi zaproszenie do Francji, a ja na tej podstawie wyrobię sobie paszport i wizę. Potem wyjadę, niby na wakacje, i nigdy nie wrócę. We Francji oczywiście zostanę wielką aktorką i będę mogła chrzanić to wszystko!
Pewnego wiosennego dnia Marcin pojawił się u mnie z zaproszeniem w garści. Rodzice byli, jak zwykle, tak zajęci swoimi sprawami, że bez zbędnych pytań pogodzili się z perspektywą mojego wyjazdu na dwa miesiące do Paryża. Puścili mnie nawet nieco przed końcem roku szkolnego. I tak, piętnastego czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku z dwiema studolarówkami w kieszeni, w obciachowej kurteczce z zielonego sztruksu, z tragiczną trwałą na głowie i walkmanem na uszach (Dire Straits) porzuciłam wszystko, co znałam: rodzinny dom, szkołę, znajomych i cały ten pieprzony burdel, w który mnie wpakowano.
Do dziś zastanawiam się, dlaczego w ogóle pozwolono mi zagrać w tym filmie. Czy dorośli ludzie, którzy mnie otaczali, myśleli, że skoro rzecz dzieje się w ramach przedsięwzięcia artystycznego, skoro główny menedżer przedsięwzięcia jest KIMŚ, to nie może w tym być nic złego? Przyjrzyjmy się kilku faktom, które mogą sporo wytłumaczyć. Do końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku o nadużyciach seksualnych wobec nieletnich nie mówiło się wcale, a jeśli już, to w duchu Nabokova lub - jak ktoś woli - biskupa Michalika: "Jaka tam niewinna, pewnie sama chciała!".
W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku włoski reżyser Franco Zefirelli zrealizował, nagrodzoną Oscarem, adaptację ekranową dramatu Szekspira Romeo i Julia z parą nastolatków w głównych rolach. Świat filmu padł na kolana przed ich młodzieńczą fizycznością i seksualnością. Dodajmy, że za żelazną kurtynę film trafił z kilkuletnim opóźnieniem. Nie słyszałam, by ktokolwiek miał zastrzeżenia do faktu, że dzieci zagrały odważne sceny erotyczne. Przeciwnie, krążyły legendy, jakoby reżyser miał wywieźć tę parkę na jakąś bezludną wyspę, gdzie mieli się "bliżej poznać" i przełamać lody, czyli po prostu uprawiać seks. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiem, kto i dlaczego zachwycał się tak nowatorskim i odważnym podejściem do tematu.
Z kolei David Hamilton, brytyjski fotograf specjalizujący się w erotycznych zdjęciach pokwitających dziewczynek, był gwiazdą epoki rozciągającej się na całe lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte ubiegłego stulecia. Jego "lolitki", zdobiące niejedno smakowicie urządzone inteligenckie wnętrze, były po prostu dziećmi, których wizerunek został użyty w bardzo konkretnym celu. Na marginesie dodam, że jedna z paryskich agencji modelek, dla których pracowałam w latach osiemdziesiątych, wysłała mnie kiedyś do Hamiltona na casting. "Dobrze wyglądasz jak na starszą panią", stwierdził, a ja byłam na tyle ogłupiała, że przyjęłam "komplement". Na szczęście ostatecznie okazałam się jednak za stara do jego sesji. Nie dziwota, miałam dziewiętnaście lat.
W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku czterdziestoletni Roman Polański zaciągnął czternastoletnią Samanthę Geimer do domu Jacka Nicholsona w Los Angeles, upił szampanem, poczęstował prochami i zgwałcił. O tym, jak bardzo niedorzeczne musiały mu się wydawać zarzuty sformułowane przeciwko niemu przez amerykański wymiar sprawiedliwości, przed którym reżyser ucieka do dziś dnia, może świadczyć fakt, że już dwa lata po swojej ucieczce z USA kręcił w Europie Tess z szesnastoletnią Nastassją Kinski w roli głównej. Po obu stronach Atlantyku huczało od plotek. Spekulowano: "Mają romans czy nie?".
Jako podlotek wychowany w teatralnych garderobach i salach prób, a potem zatrudniony do pracy w filmie, wielokrotnie przysłuchiwałam się rozmowom dorosłych na ten temat i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że ani razu nie usłyszałam, by ktokolwiek wspomniał, że ewentualny romans nastolatki z reżyserem w średnim wieku może mieć w sobie coś niestosownego. Nic dziwnego, skoro nawet ojciec Nastassji, wybitny niemiecki aktor Klaus Kinski, w tym samym czasie udzielał licznych wywiadów, w których nie ukrywał swojego upodobania do seksu z nastolatkami. Twierdził wręcz, że to absurd zabraniać tego w Europie, skoro na innych kontynentach dziewczęta w tym wieku wydaje się za mąż. Nie przypominam sobie wielkiego zgorszenia tymi słowami, ale pamiętam zachwyt nad kolejnymi rolami Kinskiego. Po latach okazało się, że aktor gwałcił swoją starszą córkę Polę od piątego roku jej życia, a i młodsza Nastassja była przez niego molestowana.
W osiemdziesiątym czwartym, kiedy Andrzej Wajda kręcił Kronikę wypadków miłosnych, zaangażowanie dziewczynki z ósmej klasy podstawówki do zagrania nagich scen erotycznych mogło jeszcze ujść płazem. Podobnie jak ekscesy panów Polańskiego, Kinskiego czy Hamiltona. Pod koniec lat osiemdziesiątych coś się jednak zmieniło. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Konwencję o Prawach Dziecka, która okazała się jednym z najbardziej normotwórczych dokumentów w historii zachodniej cywilizacji. Polska ratyfikowała ją dwa lata później. Nietykalność cielesna i ochrona praw dziecka stały się poważnie dyskutowanym tematem. Ruszyła lawina pozwów sądowych wytaczanych przez ofiary. Kościół, szkoła, chór dziecięcy, klub sportowy czy filmowy plan. Okazało się, że nadużycia seksualne wobec nieletnich zdarzają się wszędzie, a opinia publiczna nie przyjmuje już tak łatwo przerzucania odpowiedzialności na ofiarę pod hasłem "Sama się, puszczalska, prosiła!". Okazało się, że nie ma żadnego znaczenia, czy ofiara gwałtu, molestowania czy innej formy nadużycia "lubi te rzeczy", czy się "puszcza", z kim i w jakich okolicznościach. To sprawca jest winny. Sprawcy z najwyższej półki, sprawcy z "mojego" świata, przyzwyczajeni do przywilejów, oklaskiwani i pełni pychy, nie zamierzali się jednak z tym pogodzić ani tym bardziej uderzyć w pierś.
Niemal czterdzieści lat po gwałcie Samantha Geimer wydała wstrząsającą książkę, w której cytuje list, jaki po latach napisał do niej Roman Polański. Reżyser pisze w nim, że pozostaje "pod wrażeniem jej prawości i inteligencji". Niebywałe! Najpierw przez lata konstruował swoją obronę tak, by nikt nie śmiał wątpić, że "mała puszczalska" sama tego chciała, a teraz jest "pod wrażeniem jej prawości i inteligencji"! A co by było, gdyby Samantha nie była prawa i inteligentna, tylko pokręcona i nierozgarnięta? Czy wtedy bardziej zasługiwałaby na gwałt? Czytając te słowa, nie wierzyłam własnym oczom. Zniszczył jej życie, a teraz jeszcze ją ocenia (a nawet docenia)! Nie ma tam szczerych przeprosin reżysera, który u szczytu światowej kariery sięgnął seksualnie po anonimową dziewczynkę, co piekielnym obrotem zdarzeń sprawiło, że jej nazwisko stało się znane na całym globie. Odebrał jej kawał dzieciństwa, zniszczył młodość, zniweczył marzenia, a po latach znacząco wpłynął na życie jej dzieci, które muszą słuchać o analnym gwałcie na własnej matce.
Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ odkąd ośmieliłam się publicznie opowiedzieć o nadużyciu, którego byłam ofiarą na planie Kroniki wypadków miłosnych, ja też nieustannie słyszę, że mam za sobą jakąś mroczną, podejrzaną przeszłość. Słowem: jestem puszczalska. W tej sytuacji dobrze jest móc podzielić się własną wersją wydarzeń. Mnie też odebrano kawał dzieciństwa. Nigdy od nikogo nie doczekałam się słów: "Przepraszam, to nie powinno się zdarzyć". Jednak jest jeszcze jeden powód - o wiele ważniejszy. Będąc ofiarą nadużycia lub gwałtu, łatwo dać się wpędzić w poczucie winy. To, jaka lub jaki jesteś, kim jesteś, gdzie polazłaś/polazłeś i po co, ma tłumaczyć zachowanie sprawcy. Są kraje, gdzie ofiary nadużyć seksualnych się kamienuje. U nas spada na nie grad słów i lawina podejrzeń.
Miałam myśli samobójcze i latami zmagałam się z depresją. Wreszcie pojęłam, że to nie jest opowieść o tym, co JA zrobiłam, ale o tym, co zrobiono MNIE.