Dramatis Personae
Dramatis Personae
Nożownik: skrytobójca
Scillara: jego towarzyszka
Iskaral Krost: wielki kapłan Cienia, Mag, bóg bhok'arala
Siostra Złośliwość: jednopochwycona
Mogora: okazjonalna żona Iskarala
Barathol Mekhar: turysta
Chaur: łagodny mężczyzna
Mappo Konus: Trell
Wykałaczka: dawna żołnierka z Podpalaczy Mostów i jedna z udziałowców
Baru K'rula
Niewidka: dawna żołnierka z Podpalaczy Mostów i jedna z udziałowców Baru
K'rula
Nerwusik: dawny żołnierz z Podpalaczy Mostów i jeden z udziałowców Baru
K'rula
Młotek: dawny żołnierz z Podpalaczy Mostów i uzdrowiciel
Niebieska Perła: dawny żołnierz z Podpalaczy Mostów
Rybak: bard, regularny gość w Barze K'rula
Duiker: dawny historyk imperialny Imperium Malazańskiego
Bellam Nom: młody mężczyzna
Rallick Nom: przebudzony skrytobójca
Torvald Nom: kuzyn Rallicka
Tiserra: żona Torvalda
Coll: rajca z Darudżystanu
Estraysian D'Arle: rajca z Darudżystanu
Hanut Orr: rajca z Darudżystanu, bratanek nieżyjącego Turbana Orra
Shardan Lim: rajca z Darudżystanu
Murillio: bawidamek
Kruppe: pękaty człowieczek
Meese: właścicielka gospody "Pod Feniksem"
Irilta: regularny gość gospody "Pod Feniksem"
Scurve: barman w gospodzie "Pod Feniksem"
Sulty: kelnerka w gospodzie "Pod Feniksem"
Challice: żona Vidikasa, córka Estraysiana D'Arle
Gorlas Vidikas: najnowszy członek darudżystańskiej Rady, dawny bohater
fety
Krute z Talientu: agent Gildii Skrytobójców
Gazz: zabójca
Thordy: żona Gazza
Quell: nawigator i czarodziej z Gildii Kupieckiej Trygalle
Blada: udziałowiec
Reccanto Ilk: udziałowiec
Najsłodsza Udręka: udziałowiec
Glanno Tarp: udziałowiec
Amby Pień: dawny bojownik z Mottańskich Pospolitaków i nowy udziałowiec
Jula Pień: dawny bojownik z Mottańskich Pospolitaków i nowy udziałowiec
Skarbunia Naparstek: dawna bojowniczka z Mottańskich Pospolitaków i nowy
udziałowiec
Zrzęda: strażnik karawanowy na przedłużającym się urlopie
Stonny Menackis: właścicielka szkoły pojedynków
Harllo: dziecko
Bedek: "wujek" Harlla
Myrla: "ciocia" Harlla
Przypon: dziecko
Bainisk: robotnik w kopalni
Venaz: robotnik w kopalni
Plama: nowo wynajęty strażnik
Leff: nowo wynajęty strażnik
Madrun: nowo wynajęty strażnik podwórzowy
Lazan Drzwi: nowo wynajęty strażnik podwórzowy
Sukosmyk (albo Sumienny Kosmyk): kasztelan
Skromny Wkład: tajemniczy człowiek działający w przestępczym półświatku
Darudżystanu
Odmrozin: demon
Baruk: członek Koterii T'orrud
Vorcan: mistrzyni Gildii Skrytobójców
Seba Krafar: mistrz Gildii Skrytobójców
Apsal'ara: jedna z Zabitych w Dragnipurze
Kadaspala: jeden z Zabitych w Dragnipurze
Derudan: czarownica władająca Tennes
K'rul: pradawny bóg
Draconus: jeden z Zabitych w Dragnipurze
Korlat: jednopochwycona Tiste Andii
Orfantal: jednopochwycony Tiste Andii, brat Korlat
Kallor: pretendent
Pani Zawiść: bierna obserwatorka
Anomander Rake: Syn Ciemności, Rycerz Ciemności, władca Czarnego Koralu
Spinnock Durav: Tiste Andii
Endest Silann: czarodziej Tiste Andii
Caladan Brood: wódz
Kaptur: Bóg Śmierci
Przekop: jeden z Zabitych w Dragnipurze
Samar Dev: czarownica
Karsa Orlong: wojownik z Teblorów Toblakai
Wędrowiec: nieznajomy
Tron Cienia: Bóg Cienia
Kotylion: Sznur, bóg patron skrytobójców
Prorok Błagacz: wielki kapłan Upadłego, dawniej przeciętny artysta zwany
Munugiem
Silanah: Eleint
Starucha: Wielki Kruk
Raest: jaghucki tyran (emerytowany)
Klips: Śmiertelny Miecz Ciemności
Nimander Golit: Tiste Andii
Kleszcz: Tiste Andii
Nenanda: Tiste Andii
Aranatha: Tiste Andii
Kedeviss: Tiste Andii
Desra: Tiste Andii
Sordiko Qualm: wielka kapłanka
Salind: wielka kapłanka
Jasnodomin: mieszkaniec Czarnego Koralu
Gradithan: zbir
Mnisiszczur: mag
Baran: Ogar Cienia
Gear: Ogar Cienia
Blind: Ogar Cienia
Rood: Ogar Cienia
Shan: Ogar Cienia
Pallid: nowy Ogar Cienia
Lock: nowy Ogar Cienia
Chodzący po Krawędzi: podróżnik
Chodzący z psami: dwoje świadków
Prolog
Prolog
Mów prawdę i czekaj spokojnie, aż wody między nami będą czyste.
Medytacje Tiste Andii
- Nie znam nazwy tego miasta - przyznał obdarty mężczyzna, pociągając za
wystrzępione obrąbki bogatego ongiś płaszcza. Za pleciony pas zatknął
sobie zwinięty kawałek skórzanej smyczy, zbutwiałej i rozlatującej się.
- Ktoś chyba powinien mu ją nadać - ciągnął, podnosząc głos, by
przekrzyczeć wściekłe warczenie walczących psów. - Mnie jednak nie
dopisuje wyobraźnia, a nikt inny nie jest zainteresowany.
Te wygłoszone miłym tonem uwagi kierował do kobiety, która dopiero przed
chwilą przystanęła u jego boku. Po jej poprzednim życiu pozostało bardzo
niewiele śladów. Nigdy nie miała psa, a mimo to szła teraz główną ulicą
tego dziwnego, rozpadającego się miasteczka, ściskając w rękach smycz
ciągniętą przez złośliwe bydlę rzucające się na wszystkich przechodniów.
Zbutwiała skóra w końcu puściła i zwierzę pomknęło przed siebie, by
zaatakować psa mężczyzny.
Oba zwierzaki walczyły na śmierć i życie pośrodku ulicy. Jedynymi
świadkami walki byli ich domniemani właściciele. Kurz ustąpił miejsca
krwi oraz strzępkom skóry.
- Był tu ongiś garnizon złożony z trzech żołnierzy, którzy nie znali się
nawzajem - oznajmił mężczyzna. - Ale odeszli stąd, jeden po drugim.
- Nigdy przedtem nie miałam psa - odezwała się kobieta i nagle
uświadomiła sobie, że to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od... No
cóż, od tamtej chwili.
- Ja również nie - przyznał mężczyzna. - Do tej pory mój pies był
jedynym w mieście. O dziwo, jakoś nie zdołałem polubić wrednego bydlaka.
- Jak długo już... hm, tu mieszkasz?
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że od zawsze.
Rozejrzała się wokół, a potem skinęła głową.
- Ze mną jest tak samo.
- Niestety, twój zwierzak chyba zdechł.
- Och! Rzeczywiście. - Przyjrzała się z uwagą zerwanej smyczy. - W takim razie pewnie nie będę potrzebowała nowej.
- Nie bądź taka pewna - ostrzegł ją mężczyzna. - Mam wrażenie, że tu
wszystko się powtarza. Dzień po dniu. Ale wiesz co? Weź moją. Jak
widzisz i tak jej nie używam.
Przyjęła od niego zwiniętą smycz.
- Dziękuję - powiedziała i podeszła do martwego, rozszarpanego
zwierzęcia. Zwycięzca czołgał się ku swemu panu, zostawiając za sobą
ślad krwi.
Wszystko wydawało się dziwnie wypaczone. Uświadomiła sobie, że to samo
dotyczy jej odruchów. Przykucnęła i delikatnie uniosła zmasakrowany łeb
psiska. Przesunęła go przez pętlę, którą wsunęła na rozdartą szyję.
Potem położyła zakrwawioną, brudną od śliny głowę z powrotem na ziemi i wyprostowała się, ze smyczą luźno zwisającą z prawej dłoni.
Mężczyzna podszedł do niej.
- Trudno się w tym wszystkim połapać, co?
- Ehe.
- A myśleliśmy, że to życie jest skomplikowane.
Obrzuciła go spojrzeniem.
- To znaczy, że umarliśmy?
- Tak sądzę.
- Czegoś nie rozumiem. Mieli mnie pochować w krypcie. Była piękna i solidna. Wiem, bo ją widziałam. Bogato wyposażona i zabezpieczona przed
złodziejami. Wypełniono ją beczułkami wina, suszonym mięsem i owocami na
drogę. - Wskazała na spowijające ją łachmany. - Mieli mnie ubrać w najpiękniejsze szaty i włożyć całą biżuterię.
Przyjrzał się jej uważniej.
- To znaczy, że byłaś bogata.
- Tak.
Ponownie zerknęła na martwego psa.
- Ale to już przeszłość.
Łypnęła ze złością na mężczyznę, nagle jednak uświadomiła sobie, że
gniew nic tu nie pomoże.
- Nigdy przedtem nie widziałam tego miasta. Całe się rozpada.
- Ehe. To trafne spostrzeżenie.
- Nie wiem, gdzie mieszkam... To dziwnie zabrzmiało, co? - Znowu się
rozejrzała. - Wszędzie tylko kurz i zgnilizna. I chyba nadciąga burza.
Wskazała na widoczny na końcu ulicy horyzont. Nad ogołoconymi wzgórzami
zbierały się gęste, dziwnie rozświetlone chmury.
Przyglądali się im przez pewien czas. Wydawało się, że kapią z nich
nefrytowe łzy.
- Byłem kiedyś kapłanem - odezwał się mężczyzna. Pies położył się na
ziemi wsparty o jego stopy. Dyszał ciężko, a z pyska kapała mu krew. -
Kiedy zbliżała się burza, zamykaliśmy oczy i śpiewaliśmy jeszcze
głośniej.
Popatrzyła nań z lekkim zaskoczeniem.
- Byłeś kapłanem? To... czemu nie jesteś u swego boga?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, rzeczywiście zaznałbym
oświecenia, w które ongiś bezpodstawnie wierzyłem. - Wyprostował się
nagle. - Och, mamy gościa.
Wysoka istota zbliżała się urywanym krokiem. Była tak wysuszona, że jej
kończyny przypominały korzenie drzew, kości twarzy zaś pokrywała
zbutwiała, wyschnięta skóra. Z bladej, łuszczącej się skóry głowy
opadały długie siwe włosy.
- Pewnie będę się musiała przyzwyczaić do takich widoków - mruknęła
kobieta.
Jej towarzysz nie odezwał się ani słowem. Oboje z uwagą obserwowali
wychudłego, utykającego przybysza. Kiedy ich minął, odwrócili się i zobaczyli następnego. Dorównywał wzrostem pierwszemu, a jego ciało
spowijała wystrzępiona, ciemnoszara szata. Żaden nie zwracał uwagi na
przyglądających im się ludzi.
- Witaj, Chodzący po Krawędzi - rzekł zakapturzony osobnik.
- Wezwałeś mnie tu, żebym... załagodził - odparł tamten.
- To prawda.
- Zajęło ci to sporo czasu.
- Można by tak pomyśleć, Chodzący po Krawędzi.
- Dlaczego teraz? - zapytał, unosząc głowę, siwowłosy mężczyzna, który z pewnością nie żył już od dawna.
Zakapturzony odwrócił się nieco. Kobieta pomyślała, że być może patrzy
na martwego psa.
- Wstręt - wyjaśnił.
Chodzący po Krawędzi odpowiedział cichym, ochrypłym śmiechem.
- Co to za okropne miejsce? - dobiegł z zaułka kolejny, syczący głos.
Kobieta wypatrzyła tam sylwetkę - zamazaną plamę cienia - która robiła
wrażenie wspartej na lasce. Wtem nowego przybysza otoczyły ogromne
bestie: dwie, cztery, pięć.
Kapłan chrząknął.
- Ogary Cienia. Gdybyż tylko mój bóg mógł być tego świadkiem!
- Może patrzy na to twoimi oczyma?
- Och, wątpię w to.
Chodzący po Krawędzi i jego zakapturzony towarzysz skierowali spojrzenia
na widmową postać. Była niska i migotliwa, ale potem nabrała
solidniejszych kształtów. Czarna laska stukała o podłoże, wzbijając
obłoczki kurzu. Ogary oddaliły się od niej z opuszczonymi łbami, węsząc.
Żaden nie zbliżał się do ścierwa psa należącego do kobiety ani do żywego
zwierzęcia, które ziajało u stóp jej nowego przyjaciela.
- Okropne? - powtórzył zakapturzony. - Pewnie masz rację. To coś w rodzaju nekropolii, Tronie Cienia. Wioska odrzuconych. Ponadczasowa i,
tak jest, bezużyteczna. Takie miejsca można znaleźć wszędzie.
- Mów za siebie - sprzeciwił się Tron Cienia. - Tylko na nas spójrz.
Czekamy. Wciąż czekamy. Och, gdybym tylko był zwolennikiem przyzwoitości
i stosownego zachowania! - Zachichotał niespodziewanie. - Gdyby
ktokolwiek z nas nim był!
Wszystkie Ogary wróciły nagle do niego. Jeżyły sierść, spoglądając na
coś widocznego w oddali.
- Jeszcze jeden - wyszeptał kapłan. - Jeszcze jeden i, tak jest,
ostatni.
- Czy to się powtórzy? - zapytała kobieta. Przeszył ją strach. Ktoś się
zbliża. O, bogowie, ktoś się zbliża. - Jutro? Odpowiedz mi!
- Myślę, że raczej nie - odparł po chwili kapłan. Przeniósł spojrzenie
na martwego psa. - Nie - powtórzył. - Myślę, że nie.
Od wzgórz dobiegły dźwięki gromów i nefrytowego deszczu, gęstego jak
strzały z dziesięciu tysięcy bitew. Na ulicy rozległ się łoskot kół
karety.
Kobieta odwróciła się z uśmiechem, usłyszawszy ten ostatni odgłos.
- Och - rzekła z ulgą. - Nadjeżdża mój transport.
***
Był ongiś czarodziejem z Pale i desperacja doprowadziła go do zdrady.
Anomandera Rake'a nic jednak nie obchodziła desperacja ani żadne inne
usprawiedliwienia, jakie mogliby przedstawić Przekop i jego towarzysze.
Karą za zdradzenie Syna Ciemności był pocałunek Dragnipura. Gdzieś w tłumie trudzących się w nieustannym mroku znalazłby znajome twarze,
znajome oczy. Cóż jednak mógłby w nich wyczytać?
Tylko to, co kryło się w jego własnych. Desperacja to za mało.
Podobne myśli nawiedzały go rzadko i były gośćmi widzianymi równie
niemile jak inne. Drwiły z niego, swobodnie się pojawiając i znikając.
Kiedy nie było ich w pobliżu, być może unosiły się gdzieś pod obcymi
niebami, na ciepłych wiatrach delikatnych jak śmiech. Tylko sam Przekop
i ci, których widział wokół siebie, nie mogli uciec od tłustego błota,
ostrych, czarnych kamieni, przebijających zbutwiałe podeszwy jego butów,
i od morderczej wilgoci, z powodu której skórę pokrywała mu brudna,
śliska warstewka, jakby cały świat dręczyła gorączka i zlewał pot. Od
słabych krzyków, które zawsze wydawały się Przekopowi dziwnie odległe -
a także od znacznie bliższego zgrzytu i chrzęstu potężnej konstrukcji z drewna i brązu oraz stłumionego pobrzękiwania łańcuchów.
Naprzód, ciągle naprzód. Ścigająca ich burza była coraz bliżej, chmury
piętrzyły się wysoko, srebrzyste, skłębione, poprzeszywane wygiętymi
włóczniami z żelaza. Z nieba zaczął się sypać popiół i od tej pory padał
już bez przerwy. Jego drobiny były zimne jak płatki śniegu, ale popiół
nie topniał, lecz pokrywał błoto warstwą szlaki i innych odpadów.
Choć Przekop był czarodziejem, nie należał do słabych i wątłych.
Cechował się twardością, przywodzącą na myśl zbirów albo rzezimieszków,
jakich znał w poprzednim życiu. Miał grube, kanciaste, toporne rysy
twarzy. Był silnym mężczyzną, ale wcale mu to nie pomagało, gdy został
przykuty łańcuchami do Brzemienia. Nie wewnątrz mrocznej duszy
Dragnipura.
Wysiłek był nie do zniesienia, lecz mimo to jakoś go znosił. Droga przed
nimi ciągnęła się bez końca, przywołując szaleństwo, ale on uczepił się
zdrowych zmysłów, jak tonący chwyta się wystrzępionej liny, i wlókł się
naprzód krok po kroku. Kończyny krwawiły mu od żelaznych okowów i nie
mógł liczyć na wytchnienie. Po obu bokach widział pokryte błotem
sylwetki towarzyszy. Dalej w mroku majaczył niezliczony tłum kolejnych.
Czy wspólna niedola mogła się stać źródłem pociechy? Już samo to pytanie
wywoływało histeryczny śmiech, grożący zepchnięciem w otchłań
szaleństwa. Z pewnością nie znajdzie w tym pocieszenia. Doprowadziły ich
tu lekkomyślność, pech i uporczywa głupota, a te cechy nie sprzyjały
braterstwu. Poza tym jego sąsiedzi zmieniali się co chwila, jeden
nieszczęsny dureń zastępował drugiego w mrocznych tumanach popiołu.
Ciągnęli ze wszystkich sił łańcuchy, nie pozwalając Brzemieniu się
zatrzymać. Ta koszmarna ucieczka nie zostawiała im czasu ani siły na
rozmowy. Dlatego Przekop zignorował dłoń, która szturchnęła go w ramię
raz, a potem drugi. Za trzecim razem uderzenie było jednak tak silne, że
czarodziej się zachwiał. Zaklął, odwrócił się i spojrzał ze złością na
tego, kto szedł teraz u jego boku.
Kiedyś, dawno temu, wzdrygnąłby się trwożnie na widok podobnej zjawy.
Serce załomotałoby mu z przerażenia.
Demon był olbrzymi i masywnie zbudowany. Jego ongiś królewska krew nie
zapewniała mu w Dragnipurze żadnych przywilejów. Przekop zauważył, że
istota niesie upadłych, pokonanych. Co najmniej dwadzieścia ciał wlokło
za sobą łańcuchy. Demon napinał mięśnie, brnąc z wysiłkiem naprzód.
Wychudli, bezwładni nieszczęśnicy sterczeli spod jego pach, upakowani
gęsto jak szczapy drewna na opał. Kobieta, która była nadal przytomna,
choć jej głowa zwisała bezwładnie, siedziała na jego szerokich plecach
niczym małpi noworodek. Jej szkliste spojrzenie padło na twarz
czarodzieja.
- Ty durniu, rzuć ich na wóz! - warknął Przekop.
- Nie ma miejsca - odparł demon piskliwym, dziecięcym głosikiem.
Czarodziej nie miał już jednak w sobie więcej współczucia. Gdyby demon
kierował się tylko własnym interesem, powinien porzucić upadłych, ale
wtedy wszyscy odczuliby dodatkowy ciężar żałosnych ofiar. Co jednak się
stanie, jeśli on również padnie? Jeśli zawiodą go nadzwyczajna siła i wola?
- Przeklęty głupiec! - warknął Przekop. - Czemu nie zabije kilku
kolejnych smoków, do cholery?
- Słabniemy - oznajmił demon.
Przekop miał ochotę zawyć. Czyż to nie było oczywiste dla wszystkich?
Drżący głos istoty był jednak tak smętny i zarazem pełen zdziwienia, że
przeniknął aż do serca maga.
- Wiem, przyjacielu. Już niedługo.
- I co stanie się wtedy?
- Nie wiem - odparł Przekop, kręcąc głową.
- A kto wie?
Na to czarodziej również nie potrafił odpowiedzieć.
- Musimy znaleźć kogoś, kto wie - nie ustępował demon. - Pójdę już. Ale
wrócę. Proszę, nie lituj się nade mną.
Szarość i czerń zawirowały nagle i miejsce u boku Przekopa zajęła jakaś
przypominająca niedźwiedzia bestia, zbyt zmęczona i otępiała, by
spróbować na niego skoczyć. Niektóre istoty nadal to robiły.
- Spędziłeś tu zbyt długi czas, przyjacielu - oznajmił jej Przekop.
Kto wie? To było interesujące pytanie. Czy ktoś wiedział, co się stanie,
gdy chaos ich dopędzi? Ktoś tu, w Dragnipurze?
Wkrótce po tym, jak zaznał pocałunku miecza, w przerwach między
rozpaczliwymi próbami ucieczki i przeraźliwymi krzykami, zasypywał
wszystkich pytaniami. Próbował się zwrócić do Ogara, ale zajęta
szarpaniem łańcucha bestia omal go nie stratowała. Z jej potężnego pyska
ciekła piana. Przekop już nigdy więcej jej nie widział.
Ktoś jednak mu odpowiedział, ktoś do niego przemówił. Mówił o... nie
zapamiętał niczego poza imieniem.
Draconus.
***
Podczas tej ciągnącej się bez końca przerwy w jej karierze była
świadkiem wielu wydarzeń, nic jednak nie przyprawiło jej o większą
frustrację niż ucieczka dwóch Ogarów Cienia. Nie godziło się, by ktoś
taki jak Apsal'ara, Pani Złodziei, kalał swą egzystencję haniebnym
wysiłkiem, jakim było ciągnięcie łańcuchów przez całą wieczność. Z okowów należało się uwalniać, a od dźwigania brzemion sprytnie wykręcać.
Już od chwili, gdy zjawiła się nagle w tym miejscu, skupiła się na
zadaniu zerwania łańcuchów więżących ją w tym straszliwym królestwie.
Było to jednak niemal niemożliwe, dopóki była zmuszona ciągnąć ten
przeklęty wóz. Nie miała też najmniejszej ochoty ponownie oglądać
koszmarnego korowodu na samym końcu łańcuchów: pokaleczonych ochłapów
nadal żywego mięsa wleczonych po błotnistym gruncie, nagle otwierających
się oczu, kikutów wyciągających się ku niej rozpaczliwie, straszliwej
armii pokonanych - tych, którzy się poddali, i tych, którym zabrakło
sił.
Nie, Apsal'ara przesuwała się stopniowo w stronę olbrzymiego wozu, aż
wreszcie znalazła się obok jednego z potężnych, drewnianych kół. Potem
zwolniła kroku i zajęła pozycję tuż za kołem. Następnie przesunęła się
ku środkowi, pod poskrzypujące łoże wozu i deszcz brązowej wody, krwi
oraz wydalin kapiący nieustannie z gnijących, ale wciąż żywych ciał.
Wlokąc za sobą łańcuch, przesunęła się do półki podwozia, tuż nad
przednią osią, a wreszcie wcisnęła się w ciasną szczelinę, podciągając
nogi i opierając się plecami o śliskie drewno.
Ogień był darem, skradzionym darem, ale w tym wilgotnym, podziemnym
świecie nie sposób go było rozpalić. Pozostało jej jedynie... tarcie.
Zaczęła pocierać jednym kawałkiem łańcucha o drugi.
Ile już lat minęło? Nie miała pojęcia. Nie znała tu głodu ani
pragnienia. Łańcuch przesuwał się w przód i w tył. Poczuła ciepło,
przesuwające się ogniwo po ogniwie, aż wreszcie wniknęło w jej dłonie.
Czy żelazo zmiękło? Czy pojawiły się na nim srebrzyste wyżłobienia?
Dawno już przestała to sprawdzać. Wystarczał jej sam wysiłek. Wystarczał
jej przez bardzo długi czas.
Ale wszystko zmieniły te cholerne Ogary.
A także oczywisty fakt, że wóz posuwał się coraz wolniej, a tych, którzy
leżeli na nim, było tyle samo, co tych, którzy nadal ciągnęli uparcie za
łańcuchy. Tuż nad jej głową było słychać rozpaczliwe jęki nieszczęśników
przygniecionych ciałami niezliczonych towarzyszy.
Ogary uderzyły o boki wozu i zniknęły w paszczy ciemności po-środku.
Był też nieznajomy, który nie nosił łańcuchów. Drwił z Ogarów... z Ogarów! Pamiętała jego twarz, och tak, nawet gdy już zniknął.
Apsal'ara spróbowała podążyć za bestiami, ale powstrzymał ją straszliwy
chłód bijący z portalu. Był tak porażający, że niszczył ciało,
zimniejszy niż sama Omtose Phellack. Chłód zaprzeczenia. Odmowy.
Nie było straszliwszej klątwy niż nadzieja. Mniej warta istota
rozpłakałaby się w owej chwili, dałaby za wygraną, rzuciła się pod jedno
z kół, by wóz powlókł ją za sobą jako kolejny ochłap krwawiącego mięsa i połamanych kości, podskakujący w kamienistym błocie. Ona jednak wróciła
na swą grzędę i znowu zaczęła pocierać łańcuchy.
Kiedyś ukradła księżyc.
Ukradła ogień.
Chodziła po milczących salach o łukowatych sklepieniach, w mieście
wewnątrz Odprysku Księżyca.
Była Panią Złodziei.
A miecz ukradł jej życie.
Tak nie może być. Tak nie może być.
***
Leżący jak zwykle na płaskim głazie przy brzegu strumienia, sparszywiały
pies o uszkodzonym biodrze uniósł raptem głowę. Owady zerwały się z bzyczeniem do lotu. Po chwili zwierzę wstało. Grzbiet pokrywały mu
blizny, niektóre tak głębokie, że docierały aż do mięśni. Pies żył w wiosce, ale nie był jej częścią. Nie wchodził też w skład wioskowej
sfory. Nie spał przed wejściem do żadnej z chat, nikomu nie pozwalał się
do siebie zbliżać. Unikały go nawet będące własnością plemienia konie.
Wszyscy się zgadzali, że w jego oczach widać głęboką gorycz i jeszcze
głębszy smutek. Starcy Urydów mówili, że dotknęli go bogowie. Dzięki tym
słowom zwierzę nigdy nie zaznało głodu i nikt też go nie odpędzał.
Tolerowano je, jak wszystko, co zaznało boskiego dotyku.
Choć pies miał zniekształcone biodro, poruszał się zaskakująco zwinnie.
Przemierzył truchtem całą przecinającą wioskę drogę, minął południową
granicę osady i podążał dalej w dół zbocza, omijając omszałe głazy oraz
pozostawione przez Urydów sterty kości.
Jego odejście nie umknęło uwagi dwóch dziewcząt, które nadal dzielił co
najmniej rok od nocy przejścia w dorosłość. Ich twarze były podobne,
wiekiem również nie odbiegały zbytnio od siebie. Jedna urodziła się
zaledwie kilka dni po drugiej. Nie były też zbyt rozmowne. Połączyła je
ze sobą chęć zachowania milczenia - wspólne cechy często zdarzają się u bliźniaczek, jakimi przecież nie były. Wydawało się, że to im wystarcza.
Gdy ujrzały, że utykający pies opuszcza wieś, wymieniły spojrzenia,
zebrały zapasy i broń, jakie miały pod ręką, i ruszyły w ślad za
zwierzęciem.
Mieszkańcy zauważyli ich odejście, ale to wszystko.
Zmierzały na południe, schodząc z wysokich, rodzinnych gór, gdzie wokół
szczytów krążyły kondory, a wilki wyciem witały nadejście zimowych
wichrów.
Na południe, ku ziemiom znienawidzonych nathijskich dzieci, gdzie
mieszkali ci, którzy przynosili Teblorom wojnę i zarazę, zabijając ich
albo obracając w niewolników. Nathijczycy mnożyli się niczym lemingi,
wydawało się, że wkrótce na świecie nie będzie miejsca dla nikogo poza
nimi.
Podobnie jak kulawy pies, dziewczęta były śmiałe i nieustraszone. Choć o tym nie wiedziały, odziedziczyły te cechy po ojcu, którego nie znały.
Pies nie oglądał się, a kiedy go dogoniły, zachował obojętność. Jak
mówili starsi, dotknęli go bogowie.
W wiosce matce i córce opowiedziano o ucieczce ich dzieci. Córka
płakała, ale matka nie. Poczuła nisko w ciele nagłe ciepło i na chwilę
pogrążyła się we wspomnieniach.
***
- Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy...
Pusta równina pod pustym, nocnym niebem. Samotne ognisko, płonące tak
słabo, że jego blask niemal całkowicie niknął za pierścieniem
poczerniałych, spękanych głazów, który je otaczał. Na jednym z płaskich
kamieni blisko ognia siedział niski, pękaty człowieczek o rzadkich,
przetłuszczonych włosach. Wyblakłą czerwoną kamizelkę włożył na lnianą
koszulę o brudnych, ongiś białych mankietach, z których wystawały
pulchne dłonie. Pyzata, rumiana twarz błyszczała w świetle płomieni. Z małego, wystającego podbródka wyrastał kosmyk czarnych włosów -
niestety, jeszcze za krótki, by można go było spleść w warkocz.
Mężczyzna głaskał się po tej nowej ozdobie albo pociągał za nią, gdy
tylko pogrążył się w głębokim - bądź nawet płytkim - zamyśleniu. W gruncie rzeczy robił to także wtedy, gdy w ogóle nie myślał, a jedynie
starał się wywrzeć takie wrażenie na ewentualnych obserwatorach.
Teraz również głaskał i pociągał kosmyk, wpatrując się z uwagą w ogień.
Jak brzmiały słowa, które wyśpiewał dziś wieczór siwowłosy bard na
niewielkiej scenie w Barze K'rula? Słuchał go wówczas ze spokojem,
zadowolony ze swego miejsca we wspaniałym grodzie, który nieraz już
uratował.
"Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy...".
- Muszę ci coś powiedzieć, Kruppe.
Pękaty mężczyzna obejrzał się i zobaczył zakapturzoną postać, która
siedziała na drugim płaskim kamieniu, wyciągając ku ognisku chude, blade
dłonie. Grubasek odchrząknął.
- Minęło już wiele czasu, odkąd Kruppe ostatnio siedział w miejscu, w którym widzisz go teraz. Dlatego też, gdy tylko się tu znalazł, doszedł
do wniosku, że chcesz mu przekazać coś tak straszliwie ważnego, że tylko
Kruppe jest godny to usłyszeć.
W ciemności pod kapturem coś błysnęło.
- Nie biorę udziału w tej wojnie.
Kruppe pogłaskał mizerne kosmyki brody, zachwycając się własnym
milczeniem.
- Dziwi cię to? - zapytał pradawny bóg.
- Kruppe zawsze spodziewa się niespodzianek, stary przyjacielu. Jak
mogłeś się spodziewać, że jest inaczej? Kruppe jest wstrząśnięty. Ale
zjawia się myśl, popchnięta w stronę mózgu przez szarpnięcie za tę
wspaniałą brodę. K'rul oznajmia, że nie bierze udziału w tej wojnie.
Kruppe podejrzewa jednak, że ma on się stać w niej łupem.
- Tylko ty to rozumiesz, przyjacielu - rzekł z westchnieniem pradawny
bóg. Uniósł głowę. - Przedtem tego nie zauważyłem, ale chyba jesteś
smutny.
- Smutek ma wiele smaków, a Kruppe poznał je wszystkie.
- Pragniesz pomówić o tych sprawach? Sądzę, że jestem dobrym słuchaczem.
- Kruppe widzi, że masz poważne kłopoty. To chyba nie jest odpowiednia
chwila.
- To nie ma znaczenia.
- Dla Kruppego ma.
K'rul zerknął w bok. Zbliżał się ku nim siwy, wychudły mężczyzna.
- Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy... A reszta? -
zaśpiewał Kruppe.
- Wciska się w szczeliny, szukając schronienia - odpowiedział głębokim
głosem przybysz.
Pradawny bóg westchnął.
- Dołącz do nas, przyjacielu - zaproponował Kruppe. - Usiądź z nami przy
ognisku. Jak dobrze wiesz, ta scena uwieczniła się w historii naszego
rodzaju. Noc, ognisko i historia do opowiedzenia. Mój drogi K'rulu,
najmilszy przyjacielu Kruppego, widziałeś kiedyś, jak Kruppe tańczy?
Nieznajomy usiadł. Na jego twarzy malowały się smutek i ból.
- Nie widziałem - odparł pradawny bóg. - Nie wydaje mi się. Ani tańca
kończyn, ani słów.
Kruppe uśmiechnął się blado. W jego oczach coś błysnęło.
- Zostańcie więc tu na noc, przyjaciele. I bądźcie świadkami.
Rozdział pierwszy
O, bezbronne miasto!
Do którego przybywają obcy,
Wciskając się w szczeliny,
Żeby tu pozostać.
O, błękitne miasto!
Starzy przyjaciele zbierają westchnienia
Przy wejściu do portu
Po przypływie.
Nieukoronowane miasto!
Gdzie wróble lądują
Na pajęczych śladach
Pokrywających parapety.
Skazane miasto!
Noc jest coraz bliżej.
Historia się budzi,
Żeby tu pozostać.
Wiek bezbronności
Rybak kel Tath
Stała samotnie na balkonie pośrodku miasta błękitnego ognia. Ciemność,
nieproszonego gościa podczas pierwszego dnia Fety Gedderone, wygnano z nieba. Na ulicach Darudżystanu kłębiły się radosne tłumy, pogodnie
przyjmujące katastrofę, jaką były koniec starego roku i początek nowego.
W wilgotnym nocnym powietrzu unosiły się niezliczone wonie.
Urządzono bankiety. Przedstawiono publicznie młodzieńców i panny na
wydaniu. Stoły zastawione egzotycznymi potrawami, damy spowite w jedwabie, mężczyźni i kobiety w niedorzecznych, ociekających pozłotą
mundurach - miasto nie miało regularnej armii, co doprowadziło do
powstania licznych prywatnych milicji oraz chaotycznej proliferacji
szumnie brzmiących tytułów, przyznawanych niemal wyłącznie szlachetnie
urodzonym.
Na wszystkich przyjęciach, na których zjawiła się tego wieczoru, wsparta
na ramieniu męża, nie spotkała ani jednego prawdziwego oficera
darudżystańskiej Straży Miejskiej, ani jednego autentycznego żołnierza z płaszczem o zakurzonym obrąbku, rysami na wyczyszczonych butach, mieczu
o rękojeści owiniętej zwykłą skórą i gałce wytartej ze zużycia.
Zauważyła za to noszone wysoko na miękkich, tłustych ramionach obręcze
przypominające odznaczenia przyznawane żołnierzom malazańskiej armii.
Armii imperium, które nie tak dawno służyło darudżystańskim matkom jako
straszak dla buntujących się bachorów. "Malazańczycy, dziecko! Czają się
w mroku, by porwać głupie szkraby! Zrobią z was niewolników swej
straszliwej cesarzowej. Tak jest! Tu, w naszym mieście!".
Obręczy, które dziś widziała, nie wykonano jednak ze zwykłego brązu czy
lekko wytrawionego srebra, jak autentyczne malazańskie odznaczenia czy
symbole rangi, przypominające zabytki jakiegoś dawno wymarłego kultu,
które można było kupić na miejskim targowisku. Nie, te obręcze były ze
złota i wysadzano je klejnotami. Najczęstszy był błękit szafirów, nawet
wśród barwionych szkiełek, błękit ognia, z którego słynęło miasto,
błękit symbolizujący jakiś wielki, odważny czyn dokonany w służbie
Darudżystanowi.
Dotknęła kiedyś podobnej obręczy, noszonej na ramieniu przez jej męża.
Pod nią jednak przynajmniej były prawdziwe mięśnie. Ich twardość
dorównywała wzgardzie, z jaką przyglądał się grupkom szlachetnie
urodzonych w wielkiej, gwarnej sali. Odkąd został członkiem Rady,
zachowywał się jak właściciel całego miasta. Lekceważenie widniało w jego oczach już wcześniej i wzmogło się jeszcze po ostatnim, triumfalnym
zwycięstwie.
Gdy kroczyli majestatycznie przez tłum, pozdrawiano ich typowymi dla
Daru gestami gratulacji i szacunku. Z każdym kolejnym pozdrowieniem rysy
twarzy jej męża tężały, ramię twardniało, a kostki dłoni zaciśniętych na
pasie bielały. Zgodnie z panującą obecnie wśród pojedynkowiczów modą
wsunął kciuki w pętle z plecionej skóry. Och, radował się myślą, że jest
teraz jednym z zebranych tu ludzi, a nawet stoi wyżej od wielu. Dla
Gorlasa Vidikasa nie znaczyło to jednak, że musi lubić któregokolwiek z nich. Im bardziej mu się przymilali, tym głębsza stawała się jego
pogarda. Podejrzewała, że fakt, iż brak owej uniżoności uznałby za
zniewagę, był sprzecznością, nad którą wolał się nie zastanawiać.
Szlachetnie urodzeni jedli i pili, stali, przybierali dumne pozy,
krążyli po pomieszczeniach, paradowali i tańczyli, aż wreszcie ogarnęło
ich znużenie. Teraz w licznych salach bankietowych i recepcyjnych nie
było słychać nic poza powolnymi krokami służby. Jednakże na ulicach,
poza wysokimi murami posiadłości, plebs nadal bawił się w najlepsze.
Zamaskowani, półnadzy ludzie wykonywali na bruku obłąkany taniec
obdarcia ze skóry Fander, jakby świt nigdy nie miał nadejść, a przesłonięty mgiełką księżyc znieruchomiał w czeluści nieba,
przypatrując się ze zdumieniem ich szaleństwom. Patrole Straży Miejskiej
przyglądały się temu obojętnie. Strażnicy otulali się zakurzonymi
płaszczami, wspierając zakute w pancerne rękawice dłonie na uchwytach
mieczy i pałek.
Pod balkonem, na którym stała, znajdowała się fontanna, szemrząca cicho
w nieoświetlonym ogrodzie, osłoniętym wysokimi murami przed tłumami
rozbawionych obywateli, przez które musiała przedzierać się ich kareta,
gdy wracali do domu. W falującej lekko wodzie sadzawki otaczającej
fontannę odbijała się zamazana plama księżyca.
Błękitny ogień płonął tej nocy zbyt jasno, przyćmiewał nawet żałobny
księżyc. Sam Darudżystan był szafirem lśniącym w obręczy świata.
Mimo to pozostawała dzisiejszej nocy głucha na piękno miasta, na jego
zachwyt i dumę, jego niezliczone głosy.
Tej nocy pani Vidikas ujrzała własną przyszłość. Każdy jej kolejny rok.
Będzie się wspierała na twardym ramieniu męża. A księżyc, no cóż,
wyglądał jak echo przeszłości, zatarte przez czas wspomnienie, które
mimo to zaniosło ją z powrotem na balkon podobny do tego. Wydawało się,
że to się stało tak dawno.
Pani Vidikas, która ongiś była Challice D'Arle, ujrzała własną
przyszłość. I wsparta o poręcz pośród nocy uświadomiła sobie, że
przeszłość była lepsza.
***
Akurat tej nocy zabrakło im rhivijskich podpłomyków. Chwila nie mogłaby
być gorsza. Wykałaczka przeklinała pod nosem, przepychając się przez
tłum wygłodniałych, pijanych tubylców na targowisku w Dzielnicy
Przybrzeżnej. Gdy tylko było to potrzebne, pomagała sobie łokciami i witała złowrogim łypnięciem spode łba każdy zwrócony ku niej oszołomiony
uśmiech. W końcu dotarła do wylotu brudnego zaułka pokrytego sięgającymi
kostek stertami śmieci, gdzieś na południe od Parku Borthen. To nie była
najlepsza droga powrotna do baru, ale feta osiągnęła właśnie punkt
szczytowy.
Ściskając zapakowane podpłomyki pod lewą pachą, zatrzymała się, by
poluzować sznurki grubego płaszcza. Skrzywiła się na widok nowej plamy
pozostawionej przez nieostrożnego przechodnia. To było jakieś groteskowo
słodkie gadrobijskie ciastko. Spróbowała zetrzeć ślad, ale to pogorszyło
tylko sprawę. Rozeźlona ruszyła w głąb zaułka.
Jeśli Pani pociągnęła, Niebieskiej Perle i Nerwusikowi powiodło się
lepiej. Zapewne znaleźli już saltoańskie wino i zmierzali z powrotem do
K'rula. Ją zaś od baru dzieliło jeszcze dwanaście przecznic, dwa
przejścia przez mury i jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy szalonych
głupców. Czy towarzysze na nią zaczekają? Nie ma szans. Niech szlag
trafi Niewidkę z jej uzależnieniem od rhivijskich podpłomyków! Ten nałóg
w połączeniu z faktem, że skręciła sobie kostkę, zmusił Wykałaczkę do
wyjścia na ulice w pierwszą noc fety. Zakładając, że kostka rzeczywiście
była skręcona. Wykałaczka raczej w to wątpiła, bo Młotek tylko popatrzył
na bolącą nogę, a potem wzruszył ramionami.
Z drugiej strony po Młotku trudno się było ostatnio spodziewać czegoś
więcej. Uzdrowiciel był przygnębiony od chwili przejścia w stan
spoczynku, a szanse, że w jego życiu wzejdzie słońce, były równie
niewielkie jak nadzieje na to, że Kaptur zapomni o prowadzeniu
rachunków. Młotek nie był zresztą w tym odosobniony, nieprawdaż?
Po co właściwie zaprzątała sobie głowę tymi wielokrotnie już przeżutymi
myślami?
Bo czuła się od tego lepiej. To proste.
***
Dester Thrin, szczelnie opatulony w czarny płaszcz z kapturem,
obserwował, jak kobieta o tłustym zadku toruje sobie drogę przez odpadki
na drugim końcu zaułka. Zauważył, jak wychodziła przez tylne drzwi Baru
K'rula, i to stanowiło kulminację czterech nocy oczekiwania w starannie
wybranym, ukrytym w mroku punkcie, z którego było wyraźnie widać wąską
furtkę.
Naczelnik klanu ostrzegał go, że wszystkie ich cele są byłymi
żołnierzami, Dester nie zauważył jednak nic, co by świadczyło, że nadal
utrzymują się w wysokiej formie. Byli starzy i zapuszczeni, rzadko
bywali trzeźwi, a ta kobieta, no cóż, nosiła obszerny, gruby, wełniany
płaszcz, bo znacznie utyła i najwyraźniej nie chciała tego pokazywać.
Śledzenie jej w tłumie nie sprawiło mu większych trudności. Była o głowę
wyższa od przeciętnego Gadrobijczyka, a trasa, jaką zmierzała na ten
szmatławy rhivijski rynek w Dzielnicy Przybrzeżnej, jakby celowo omijała
ulice zamieszkane przez Daru. Kobieta wkrótce zapłaci życiem za tę
dziwną predylekcję.
W żyłach Destera płynęła krew Daru, co pozwalało mu wyraźnie widzieć
przepychającą się przez rozbawiony tłum Malazankę.
Ruszył w stronę wylotu zaułka, gdy tylko kobieta go opuściła. Dotarł do
końca uliczki szybkim krokiem łowcy i opuścił ją ukradkiem akurat na
czas, by zobaczyć, jak Malazanka znika w przejściu przez Mur Drugiego
Poziomu. Tunel pod Murem Trzeciego Poziomu znajdował się tuż za nim.
Wojny o sukcesję w gildii, które zaczęły się po zniknięciu Vorcan,
zakończyły się przy stosunkowo niewielkim rozlewie krwi. Desterowi
raczej się podobał nowy wielki mistrz. Był zarówno bezwzględny, jak i sprytny, podczas gdy większość pozostałych kandydatów była tylko
bezwzględna. Skrytobójca z gildii nie musiał już więcej być głupcem, by
spoglądać w przyszłość z pewną dozą optymizmu.
Dowód na to stanowił między innymi ten kontrakt. Był nieskomplikowany,
lecz mimo to jego wykonanie z pewnością zapewni Desterowi i ludziom z jego klanu znaczny prestiż.
Potarł urękawicznionymi dłońmi gałki sztyletów zawieszonych na
pendentach pod pachami. Dotyk bliźniaczych noży ze stali Daru zawsze go
uspokajał. Nasady ich głowni wysmarowano gęstą trucizną o konsystencji
pasty - produkowanym przez Moranthów tralbem.
Trucizna stała się ostatnio zabezpieczeniem używanym przez większość
ulicznych zabójców z gildii, a nawet przez część tych, którzy wędrowali
nocą prowadzącą po dachach Drogą Złodziei. Pewien skrytobójca, bliski
przyjaciel samej Vorcan, zademonstrował, zdradzając klan, jak doskonale
potrafi sobie radzić bez pomocy magii. Owa legendarna, krwawa noc
dowiodła wyższości niemagicznych substancji.
Dester słyszał, że nowicjusze z niektórych klanów budują tajne kaplice
ku czci Rallicka Noma. Członkowie kultu mieli sekretne znaki pozwalające
im się rozpoznawać. Rzecz jasna, Seba Krafar, nowy wielki mistrz, niemal
natychmiast wyjął kult spod prawa. Doszło do swego rodzaju czystki,
pięciu ludzi podejrzewanych o to, że są przywódcami kultu, przywitało
świt uśmiechami na gardłach.
Niemniej jednak, Dester słyszał od tego czasu wiele pogłosek
sugerujących, że kult bynajmniej nie jest martwy. Po prostu ukrył się
głębiej.
Prawdę mówiąc, nikt nie wiedział, jakich trucizn używał Rallick Nom,
Dester sądził jednak, że był to tralb, ponieważ nawet najmniejsza dawka
tej substancji wprowadzona do krwi powodowała utratę przytomności, a potem głęboką śpiączkę, nieuchronnie prowadzącą do śmierci. Zwiększenie
dawki przyśpieszało tylko proces, zapewniając przejście przez Bramę
Kaptura.
Kobieta o tłustym zadku lazła ciężko przed siebie.
Do Baru K'rula pozostały jeszcze cztery przecznice, o ile ofiara
rzeczywiście szła przewidzianą przez Destera trasą. Musi przejść przez
długi, wąski zaułek. Po lewej będzie miała wewnętrzną ścianę Zbrojowni
Muru Trzeciego Poziomu, a po prawej wysoki mur łaźni, gruby i niemal
całkowicie lity, pomijając kilka okienek na górnych piętrach. Znaczyło
to, że w przejściu jest niemal zupełnie ciemno.
Tam właśnie ją zabije.
***
Przycupnięty na kwiatonie słupka w narożniku wysokiego muru Odmrozin
skierował nieruchome spojrzenie na chaszcze. Za plecami miał zaniedbany
ogród, w którego centrum ulokowano płytki staw. Niedawno go odnowiono,
ale zdążył już zarosnąć rzęsą. Wszędzie walały się obalone, porośnięte
mchem kolumny. Przed nim, po drugiej stronie muru, z powykręcanych pni
drzew wyrastały nieregularnie gałęzie. Zwisały z nich ciemne, zeschłe
liście przypominające martwe owady. Nierówny grunt porastały kępy
brudnej trawy, a wijąca się między nimi, wyłożona poprzechylanymi w różne strony płytami ścieżka prowadziła do posępnego, przysadzistego
domku, którego architektura nie przypominała żadnego innego budynku w całym Darudżystanie.
Zza zamkniętych szczelnie okiennic rzadko wydobywało się światło, a gdy
już tak się stało, ono również było bezbarwne i posępne. Drzwi nigdy się
nie otwierały.
Wśród swoich pobratymców Odmrozin uchodził za olbrzyma. Był ciężki jak
borsuk, a pod jego kolczastą skórą rysowały się potężne mięśnie. Złożone
skrzydła stworzenia były niemal za małe, by unieść jego ciężar nad
ziemię. Przy każdym ruchu skórzastych wachlarzy z gardła demona
wydobywało się stęknięcie.
Tym razem będzie bardzo ciężko. Minęły miesiące, odkąd ostatnio ruszał
się z miejsca. Siedział ukryty w cieniu konaru jesiona rosnącego w ogrodzie posiadłości za jego plecami. Gdy jednak ujrzał nagły błysk
ruchu, gdy coś wydostało się z czarnego, sękatego domu i ruszyło
ścieżką, gdy ziemia eksplodowała po obu jej stronach, tworząc szereg
głodnych dołów, a korzenie wysunęły się z nich, by pojmać zbiega,
Odmrozin uświadomił sobie, że jego czuwanie dobiegło końca.
Cień przycupnął na dłuższą chwilę pod niskim murkiem Domu Azath.
Wydawało się, że obserwuje wyciągające się ku niemu korzenie. Potem
wstał, przepłynął nad kamiennym murkiem niczym mroczna ciecz i zniknął.
Odmrozin rozpostarł ze stęknięciem skrzypiące skrzydła, potrząsnął nimi,
by rozprostować rozpięte między przypominającymi żebra palcami błony, i zeskoczył ze słupka. Złapał w skrzydła słaby powiew i zamachał nimi
szaleńczo. Coraz gwałtowniejsze stęknięcia świadczyły o straszliwym
wysiłku. Po chwili stworzenie zwaliło się na pokrytą mierzwą ziemię.
Demon wypluł gałązki i liście, a potem popędził w stronę muru. Słyszał
wyciągające się ku niemu korzenie. Wdrapał się z powrotem na słupek,
rozpaczliwie wbijając pazury w zaprawę murarską. Oczywiście nie powinien
mieć powodów do obaw. Korzenie nigdy nie sięgały poza mur Azath.
Obejrzał się, by się uspokoić...
I zerwał się z piskiem do lotu. Tym razem wzniósł się wysoko nad ogród.
Och, dlaczego nikt nie lubił demonów!
Nad zarośniętą fontanną unosiło się chłodne powietrze. Odmrozin jeszcze
gwałtowniej załopotał skrzydłami i wzbił się w noc.
Musi przekazać słówko swemu panu. Tak jest, nadzwyczajne słówko. Tak
bardzo niespodziewane, prowokujące, groźne!
Odmrozin poruszał skrzydłami ze wszystkich sił - otyły demon unoszący
się w mroku nad jaśniejącym błękitnym blaskiem miastem.
***
Zechan Rzut i Giddyn Szybki znaleźli idealne miejsce na zasadzkę.
Dwadzieścia kroków za początkiem wąskiej uliczki znajdowało się dwoje
zwróconych ku sobie drzwi umieszczonych w płytkich niszach. Przed paroma
chwilami przeszło tędy czterech pijaków i żaden nie zauważył czających
się w nieprzeniknionej ciemności skrytobójców. A odkąd sobie poszli,
droga była wolna... wystarczy jeden krok naprzód i popłynie krew.
Pojawiły się dwa cele. Obaj mężczyźni nieśli gliniane dzbanki i chwiali
się lekko na nogach. Wydawało się, że się kłócą, ale Zechan nie rozumiał
ani słowa. Pewnie mówili po malazańsku. Zerknął pośpiesznie w lewo.
Czterech pijaków właśnie docierało do wylotu uliczki, by zniknąć w rozbawionym tłumie.
Zechan i Giddyn śledzili obu mężczyzn już od Baru K'rula. Malazańczycy
dotarli do sklepu winnego, przez pewien czas targowali się z właścicielką o dwa dzbanki trunku, aż wreszcie uzgodnili cenę i ruszyli
z powrotem.
Gdzieś po drodze z pewnością wyciągnęli zatyczki z dzbanków, bo mówili
coraz głośniej. Ten nieco wyższy, który stawiał stopy palcami do
wewnątrz i miał niebieską skórę - Zechan dostrzegał z kryjówki jego
sylwetkę - zatrzymał się i oparł o ścianę, jakby miał zamiar zwrócić
kolację.
Wkrótce jednak się wyprostował. Kłótnia najwyraźniej nagle się
zakończyła. Wyższy mężczyzna podszedł do towarzysza i - sądząc po
szuraniu butami po bruku - obaj ruszyli w dalszą drogę.
Znakomicie.
Nie będzie żadnych komplikacji, absolutnie żadnych. Zechan uwielbiał
takie noce.
***
Dester popędził naprzód. Jego mokasyny uderzały bezgłośnie o bruk.
Kobieta szła przed siebie nieświadoma jego obecności. Dwanaście kroków,
osiem, cztery...
Nagle się odwróciła, płaszcz zawirował wokół niej.
Szmelcowana na niebiesko stal zatoczyła z błyskiem łuk. Dester pośliznął
się na bruku, próbując uskoczyć przed ciosem - długi miecz, Beru, broń!
- i coś dotknęło jego gardła. Obrócił się i skoczył w lewo, wyciągając
oba sztylety, by powstrzymać kobietę, gdyby próbowała podejść bliżej.
Długi miecz!
Ciepło spływało mu po szyi i piersi, wnikając pod koszulę z jeleniej
skóry. Zaułek zakołysał się przed jego oczyma. Przesłaniała go ciemność.
Dester Thrin zachwiał się na nogach, rozpaczliwie wymachując sztyletami.
W skroń trafił go but albo zakuta w pancerną rękawicę pięść. Na bruk
spłynęło jeszcze więcej płynu. Nie mógł już utrzymać sztyletów. Upadły
ze stukiem na kamienie.
Leżał na twardej powierzchni, ślepy i ogłuszony. Było mu zimno.
Jego myśli wypełniło dziwne rozleniwienie. Narastało szybko, aż wreszcie
go pochłonęło.
***
Wykałaczka przystanęła nad trupem. Jej wzrok przyciągnęła błyszcząca
czerwona plama na końcu miecza. Z jakiegoś powodu przypominała jej maki
po deszczu. Kobieta chrząknęła. Skurwysyn był szybki, mało brakowało, a zdążyłby uskoczyć przed jej cięciem. Gdyby mu się udało, mogłaby mieć
więcej roboty. Niemniej jednak i tak załatwiłaby durnia, chyba że
potrafił bardzo biegle rzucać tymi swoimi sztylecikami.
Przepychanie się przez tłumy Gadrobijczyków groziło co najwyżej utratą
mieszka. To był wyjątkowo łagodny naród. Dlatego właśnie tak łatwo było
zauważyć, gdy ktoś cię śledził. Pod warunkiem, że ten ktoś nie był
Gadrobijczykiem oczywiście.
Mężczyzna leżący u jej stóp był Daru. Kiedy za nią szedł, jego
zakapturzona głowa wyraźnie wystawała nad tłum. Równie dobrze mógłby
nosić na niej latarnię.
Ale... Przyjrzała mu się uważniej.
Nie byłeś zwykłym zbirem. Zbiry nie używają takich sztyletów.
Na oddech Kaptura.
Schowała miecz i ponownie otuliła się płaszczem, by ukryć pod nim pochwę
z bronią. Gdyby złapała ją Straż Miejska, wylądowałaby w pudle i musiałaby zapłacić cholernie wysoką grzywnę. Ścisnęła mocniej podpłomyki
pod pachą i ruszyła w dalszą drogę.
Niewidka będzie miała poważne kłopoty.
***
Zechan i Giddyn wyskoczyli jednocześnie z nisz, unosząc gotowe do ciosu
sztylety.
Wyższy mężczyzna pisnął z bólu, gdy noże Giddyna wbiły się głęboko. Pod
Malazańczykiem ugięły się kolana. Z jego ust trysnęły wymiociny. Osunął
się na bruk i ze stłuczonego dzbanka popłynęło wino.
Broń Zechana przebiła skórzaną kurtkę. Ostrza zgrzytnęły o żebra.
Celował nożami w oba płuca. Wyrwał sztylety i cofnął się o krok, by
patrzeć, jak rudowłosy mężczyzna pada na ziemię.
Nagle w bok szyi wbił mu się krótki miecz.
Zechan był martwy, zanim zwalił się na bruk.
Stojący nad klęczącym Malazańczykiem Giddyn uniósł wzrok.
Na jego głowie zacisnęły się dłonie. Jedna zamknęła mu mocno usta i jego
płuca natychmiast wypełniła woda. Tonął. Dłoń zacisnęła się mocniej,
palce zamknęły nozdrza. Giddyna zalała ciemność i świat zniknął powoli.
***
Nerwusik prychnął pogardliwie, wyszarpnął broń i kopnął jeszcze
skrytobójcę w twarz, by podkreślić malujący się na niej wyraz
zaskoczenia. Niebieska Perła uśmiechnął się do niego.
- Widziałeś, jak rozpostarłem rzygi na bruku? Jeśli to nie było
genialne, nie wiem, co...
- Zamknij się - warknął Nerwusik. - Nie wiem, czy zauważyłeś, ale to nie
były bandziory spragnione darmowego wina.
Mag przyjrzał się z uwagą leżącemu przed nim ciału. Z ust i nosa
zabitego wypływała woda. Napańczyk pogłaskał się po wygolonej czaszce.
- Ehe. Ale to i tak byli amatorzy. Kapturze, ich oddech było widać z połowy długości ulicy. A kiedy przechodzili ci pijacy, przestali
oddychać, co nam powiedziało, że to nie oni są celem. Czyli...
- My nim byliśmy. Ehe, to właśnie próbowałem ci powiedzieć.
- Wracajmy - zaproponował nagle zaniepokojony mag.
Nerwusik pociągnął za wąsy, a potem skinął głową.
- Zrób znowu tę iluzję, Niebieska Perła. Dziesięć kroków przed nami.
- Spokojnie, sierżancie...
- Nie jestem już sierżantem.
- Tak? To czemu ciągle wydajesz mi rozkazy?
***
Gdy Wykałaczka wreszcie ujrzała frontowe wejście Baru K'rula, jej gniew
osiągnął stan wrzenia. Zatrzymała się, rozejrzała wokół i zauważyła
kogoś, kto stał ukryty w cieniu naprzeciwko drzwi. Miał na głowie
kaptur, a dłonie schowane pod płaszczem.
Ruszyła w stronę nieznajomego.
Zauważył ją, gdy dzieliło ich dziesięć kroków. Wyprostował się. Wyraźnie
zaniepokojony poruszył ukrytymi pod płaszczem kończynami. Obok przeszło
chwiejnym krokiem kilku świętujących tubylców. Gdy ich minęli,
Wykałaczka postawiła ostatni dzielący ją od mężczyzny krok.
Być może spodziewał się, że oskarży go głośnymi słowami, z pewnością
jednak nie był przygotowany na brutalne kopnięcie między nogi. Kiedy
osuwał się na bruk, podeszła bliżej i walnęła go prawą ręką w potylicę,
przyśpieszając upadek. Mężczyzna uderzył czołem o bruk z przyprawiającym
o mdłości trzaskiem. Ciałem targnęły spazmy.
Jakiś przechodzień zatrzymał się, spoglądając na leżącego
nieszczęś-nika.
- Hej, ty! - warknęła Wykałaczka. - Z czym masz problem?
Popatrzył na nią zaskoczony, a potem wzruszył ramionami.
- Z niczym, kochanie. Słusznie mu się należało za to, że tak tu stał.
Hej, wyjdziesz za mnie?
- Spadaj.
Rozżalony niepowodzeniem miłosnym mężczyzna oddalił się nieśpiesznie.
Wykałaczka rozejrzała się raz jeszcze, by sprawdzić, czy ktoś nie ucieka
z pobliskiej kryjówki. Być może wydarzyło się to, kiedy nie patrzyła,
najprawdopodobniej jednak ukryty obserwator czaił się na którymś z pobliskich dachów.
Leżący na ziemi mężczyzna przestał się poruszać.
Odwróciła się i ruszyła ku wejściu do Baru K'rula.
- Wykałaczka!
Zatrzymała się dwa kroki od poobtłukiwanych drzwi i spojrzała za siebie.
Biegli za nią Nerwusik i Niebieska Perła. Obaj ściskali dzbanki
saltoańskiego wina, a były sierżant miał wściekłą minę. Idący pół kroku
za nim mag zerknął na nieruchome ciało leżące po drugiej stronie ulicy.
Gadrobijska dziewczynka opróżniała właśnie jego kieszenie.
- Chodźcie tu obaj! - warknęła Wykałaczka. - Miejcie oczy otwarte!
- Zakupy miały mordercze zakończenie - odezwał się Nerwusik. - Niebieska
Perła przez większą część drogi pomagał nam iluzjami, bo zwietrzyliśmy
zasadzkę...
Wykałaczka zerknęła raz jeszcze na ulicę, złapała obu mężczyzn za
ramiona i popchnęła ich bezceremonialnie ku drzwiom.
- Schowajcie się, idioci.
To niewiarygodne, ale dzisiejsza noc rozwścieczyła mnie do tego stopnia,
że odrzuciłam pierwszą porządną propozycję małżeństwa od dwudziestu lat.
Niewidka siedziała tam, gdzie zawsze siadała, gdy zwęszyła kłopoty: za
małym, skrytym w cieniu stolikiem po prawej. Wtopiła się w tło bardzo
skutecznie, ale jej nogi wystawały na zewnątrz i każdy, kto wszedłby do
środka, musiałby się o nie potknąć.
Wykałaczka zatrzymała się w wejściu i porządnie kopnęła czarne buciory.
- Ojej, moja kostka!
Wykałaczka rzuciła pakunek na kolana Niewidki.
- Au!
Niebieska Perła i Nerwusik przepchnęli się do środka. Były sierżant
prychnął pogardliwie.
- Naszych drzwi broni nieustraszona strażniczka. Nie ma do powiedzenia
nic poza "ojej" i "au".
Siedząca za stolikiem kobieta odzyskała już jednak równowagę i odwijała
podpłomyki.
- Wiesz co, Niewidka? - zaczęła Wykałaczka, siadając za kontuarem. -
Rhivijskie staruchy piekące te podpłomyki zawsze spluwają na patelnię,
nim wyleją ciasto. Podobno to błogosławieństwo starożytnych duchów...
- Nie o to chodzi - przerwała jej Niewidka, prostując opakowanie. -
Skwierczenie świadczy o tym, że patelnia już się rozgrzała.
- No jasne - mruknął Niebieska Perła.
Wykałaczka łypnęła na niego spode łba, a potem skinęła głową.
- Dobra. Chodźmy wszyscy do naszego gabinetu. Niewidka, idź poszukać
Młotka.
- Wybrał nieodpowiednią chwilę - mruknęła druga kobieta.
- Kto?
- Trzpień, wyruszając na tę swoją pielgrzymkę.
- Miał farta.
Niewidka wstała powoli.
- Duiker? - zapytała, przeżuwając kawałek podpłomyka.
- Zapytaj go - odparła Wykałaczka po chwili wahania. - Jeśli będzie
chciał, to niech przyjdzie.
Niewidka zamrugała powoli.
- Zabiłaś dziś kogoś, Wykałaczka?
Brak odpowiedzi był wystarczającą odpowiedzią. Wykałaczka popatrzyła
podejrzliwie na grupkę ludzi, którzy byli zbyt pijani, by wytoczyć się z baru z dwunastym dzwonem, jak nakazywał zwyczaj. Byli to bez wyjątku
stali klienci. Dadzą sobie radę. Wykałaczka skinieniem nakazała
pozostałym podążyć za nią i ruszyła ku schodom.
Na końcu głównej sali ten cholerny bard beczał jedną z mniej znanych
wersji Anomandarisa, ale nikt go nie słuchał.
***
Wszyscy trzej uważali się za nowy rodzaj darudżystańskich rajców.
Shardan Lim był z nich najchudszy i najwyższy, miał smagłą twarz,
wyblakłe niebieskie oczy, haczykowaty nos i wąskie usta o wiecznie
opadających kącikach, jakby nie potrafił ukryć pogardy dla świata.
Mięśnie na lewym nadgarstku miał dwukrotnie grubsze niż na prawym,
naznaczyły go też demonstrowane z dumą blizny. Patrzył w oczy Challice,
jakby miał zamiar zapytać jej męża, czy pozwoli mu wkrótce z niej
skorzystać. Czuła się, jakby zaciskał na jej gardle zimną dłoń
właściciela. Po chwili jednak skierował spojrzenie wyblakłych oczu na
coś innego i uśmiechnął się, sięgając po stojący na kominku kielich.
Hanut Orr stał naprzeciwko Shardana Lina, po drugiej stronie niemal
całkowicie już wygasłego ognia. Głaskał długimi palcami starożytne
tłuczki kamienne, z których zbudowano kominek. Dostarczał rozrywki
połowie szlachetnie urodzonych kobiet w mieście, pod warunkiem, że były
zamężne bądź też straciły dziewictwo w innych okolicznościach.
Faktycznie stanowił bardzo atrakcyjne połączenie niebezpiecznego uroku z dominującą arogancją, które to cechy pozwalały mu uwodzić skądinąd
inteligentne kobiety. Powszechnie wiedziano, że uwielbia, gdy kochanki
padają przed nim na kolana, błagając o choć odrobinę jego uwagi.
Mąż Challice rozwalił się w swym ulubionym fotelu po lewej stronie
Hanuta Orra. Rozprostował nogi, spoglądając z namysłem w głąb kielicha.
Kręcił powoli dłonią i wino barwy błękitnej krwi wirowało ospale.
- Droga żono, czy balkonowe powietrze cię odświeżyło? - odezwał się,
przeciągając samogłoski w typowy dla siebie sposób.
- Wina? - zapytał Shardan Lim, unosząc brwi, jakby usługiwanie jej było
dlań celem życia.
Czy mąż powinien się czuć urażony ledwie skrywaną lubieżnością, z jaką
tak zwani przyjaciele spoglądali na jego żonę? Gorlas nie zwracał na to
uwagi.
- Nie, dziękuję, rajco Lim. Chciałam tylko życzyć wam wszystkim dobrej
nocy. Gorlas, długo tu jeszcze zostaniesz?
Nie oderwał wzroku od wina, poruszył tylko ustami, jakby po raz kolejny
smakował ostatni łyk i przekonał się, że resztki są lekko kwaśne.
- Nie musisz na mnie czekać, żono.
Zerknęła mimo woli na Shardana i wyczytała w jego oczach wesołość oraz
niedwuznaczne zapewnienie, że on nie potraktowałby jej tak lekceważąco.
Nagle zawładnęła nią mroczna przewrotność. Challice spojrzała mu prosto
w oczy i odwzajemniła uśmiech.
Można z całą pewnością stwierdzić, że Gorlas Vidikas nie zauważył tej
wymiany spojrzeń, Hanut Orr jednak ją dostrzegł i zareagował wesołością
o bardziej gwałtownym, wzgardliwym charakterze.
Challice odwróciła się, czując się zbrukana.
Służąca ruszyła za nią po szerokich schodach i tylko ona widziała, jak
sztywne są plecy zmierzającej do sypialni pani Vidikas.
Drzwi zamknęły się za nimi i Challice zrzuciła krótki płaszcz.
- Przynieś moją biżuterię - zażądała.
- Pani?
- Chcę zobaczyć swoją biżuterię! - wrzasnęła na staruszkę.
Kobieta pochyliła głowę i pobiegła wykonać polecenie.
- Tę starą! - zawołała za nią Challice.
Miała na myśli błyskotki z dawnych czasów, gdy była jeszcze niewiele
więcej niż dzieckiem, zachwycającym się darami zalotników, łapówkami
mającymi kupić jej uczucia, nadal jeszcze wilgotnymi od spoconych dłoni.
Och, otwierało się przed nią wówczas tak wiele możliwości.
Przymrużyła powieki, stając przed toaletką.
No cóż, być może nie tylko wówczas. Czy to cokolwiek oznaczało? Czy
jeszcze jej zależało?
Jej mąż miał, czego pragnął. Trzech pojedynkowiczów, twardych mężczyzn
przemawiało zdecydowanym głosem na posiedzeniach Rady. Stał się teraz
jednym z nich i to było wszystko, o co mu chodziło.
A co z tym, czego ona chciała?
Ale... czego właściwie chcę?
Nie miała pojęcia.
- Pani.
Challice się odwróciła.
Rozłożone na wytartej powierzchni toaletki skarby jej panieńskiego wieku
wydawały się... tanie. Na sam ich widok Challice poczuła się niedobrze.
- Schowaj je z powrotem do szkatułki - rozkazała służącej. - Jutro
wszystko sprzedamy.
***
Nie trzeba było zostawać w ogrodzie. Uwodzicielska gospodyni, wdowa
Sepharla, zapadła w pijacki sen na marmurowej ławie. W jednej ręce nadal
ściskała kielich, a głowę odchyliła do tyłu, rozdziawiając szeroko usta.
W parnym, nocnym powietrzu niosło się głośne chrapanie. Nieudane
przedsięwzięcie rozbawiło Murillia. Stał jeszcze nad nią przez pewien
czas, popijając wino i radując się wonią kwiatów, gdy nagle usłyszał
ciche kroki.
Uniósł wzrok i zobaczył córkę wdowy.
Tego również nie należało robić.
Była o połowę młodsza od niego, ale ten fakt nie czynił już jego
zainteresowania niestosownym. Przekroczyła próg trzy, może cztery lata
temu i zbliżała się do wieku, w którym mężczyzna nie potrafi ocenić, czy
kobieta ma dwadzieścia, czy trzydzieści lat. Po przekroczeniu owego
punktu wszystkie podobne oceny opierały się zresztą na złudzeniach i nie
miały większego znaczenia.
Niewykluczone, że wypił za dużo wina. Wystarczająco wiele, by osłabiło
ono jego determinację, pozwoliło mu zapomnieć, ile lat ma już za sobą,
choć nieustannie przypominała mu o tym malejąca liczba pożądliwych
spojrzeń, jakimi obrzucały go kobiety. Co prawda, można to było zwać
doświadczeniem, umiejętnością zadowalania się kochankami potrafiącymi
docenić podobne cechy. Niemniej umysł mężczyzny szybko przeskakuje od
tego, jak sprawy mają się w rzeczywistości, do tego, jakimi chciałby je
widzieć, albo - jeszcze gorzej - jak wyglądały w przeszłości. Jak
brzmiało przysłowie: gdy chodzi o prawdę, każdy mężczyzna jest
pojedynkowiczem zbroczonym krwią z dziesięciu tysięcy cięć.
Żadna z tych myśli nie przemknęła jednak przez głowę Murillia w chwili,
gdy patrzył w oczy Delish, niezamężnej córki wdowy Sepharii. Doszedł
później do wniosku, że to musiało być wino. Upał i parna atmosfera fety,
słodki zapach kwiatów unoszący się w ciepłym, wilgotnym powietrzu. Fakt,
że dziewczyna była prawie zupełnie naga, miała na sobie tylko koszulę z cienkiego jedwabiu. Jasnokasztanowe włosy obcięła niewiarygodnie krótko,
co było ostatnio modne wśród młodych dziewcząt. Twarz miała białą jak
śmietanka, usta pełne, a nos leciutko garbaty. Błyszczące piwne oczy
były wielkie jak u żebrzącego na ulicy dziecka, ale nie trzymała w dłoniach pękniętej miseczki na monety. Jej potrzeby kierowały się gdzie
indziej.
Uspokojony dobiegającym z marmurowej ławy chrapaniem - i przerażony
własną ulgą - Murillio pokłonił się nisko.
- Zjawiłaś się w odpowiedniej chwili, moja droga - rzekł, prostując się.
- Zastanawiałem się, jak mam zanieść twoją matkę do łóżka. Masz jakieś
sugestie?
Pokręciła pięknie ukształtowaną głową.
- Przesypia tu większość nocy. Tak po prostu.
Jej głos był młody, ale nie brzmiał nosowo ani nie wydawał się zbyt
wysoki, jak u bardzo wielu młodych dziewcząt w dzisiejszych czasach.
Dlatego nie przypomniał mu o wielkiej różnicy wieku między nimi.
Och, spoglądając wstecz, popełnił tej nocy mnóstwo błędów!
- Nie wierzyła, że przyjmiesz jej zaproszenie - ciągnęła Delish,
spoglądając w dół. Zrzuciła jeden sandał i dotykała go teraz delikatnie
palcem stopy. - W końcu wszyscy cię pożądają. To znaczy jako gościa.
Zwłaszcza tej nocy.
Okazała się stanowczo za sprytna, podtrzymując w ten sposób jego
osłabione ego.
- Czemu tu przyszłaś, moja droga? Z pewnością masz niezliczone zastępy
zalotników, a wśród nich...
- Wśród nich nie ma nikogo, kogo można zwać mężczyzną.
Czy tym jednym lekceważącym zdaniem złamała tysiąc ogłupiałych od
hormonów serc? Czy łóżka podskakiwały nagle w nocy, a stopy zrzucały
przepocone kołdry? Murillio mógłby niemal w to uwierzyć.
- To dotyczy również Prelicka.
- Przepraszam, kogo?
- Zapijaczonego, durnego nicponia, który śpi teraz w holu. Przez całą
noc potykał się o własny rapier. To było okropne.
Okropne. Tak, teraz rozumiem.
- Młodzi są skłonni do nadmiernego entuzjazmu - zauważył Murillio. - Nie
wątpię, że biedny Prelick czekał na tę noc od tygodni, być może nawet od
miesięcy. Dlatego uległ nerwowemu podnieceniu, wywołanemu bliskością
twej pięknej osoby. Lituj się nad takimi młodzieńcami, Delish. Zasługują
przynajmniej na to.
- Nie jestem zainteresowana litością, Murillio.
Nie powinna była wypowiadać jego imienia takim tonem. A on w ogóle nie
powinien jej słuchać.
- Delish, czy potrafisz wysłuchać dziś rady kogoś takiego jak ja?
Dziewczyna skinęła głową, choć jej twarz wyrażała z trudem utrzymywaną
cierpliwość.
- Wybieraj tych spokojnych. Nie tych, którzy się puszą i demonstrują
nadmierną arogancję. Spokojnych i uważnych, Delish.
- Nie znam nikogo w tym rodzaju.
- Och, są tacy. Trzeba się tylko uważniej przyjrzeć, żeby ich zauważyć.
Zdjęła już oba sandały i zlekceważyła jego słowa machnięciem białej
dłoni, przesuwając się ku niemu o krok. Uniosła wzrok, jakby nagle się
zlękła, ale spoglądała mu w oczy zbyt długo, by mogła to być autentyczna
bojaźliwość.
- Nie chcę cichych. Nie chcę tych, którzy potrzebują litości. Nie
chcę... dzieci! Nie dzisiejszej nocy, Murillio. Nie pod tym księżycem.
Nagle znalazła się w jego ramionach. Miękkie, aż nazbyt chętne ciało
okrywał tylko cienki jedwab. Miał wrażenie, że wpełza na niego niczym
sylf. Pod tym księżycem? - pomyślał.
Niestety był to jej ostatni poetyczny gest. Zaczęła zdzierać z niego
ubranie, rozchyliła pełne, wilgotne usta, wysuwając język, i ugryzła go
w wargi. Jedną ręką chwycił dziewczynę za pierś, a drugą sięgnął ku
pośladkom, unosząc ją. Rozchyliła nogi i oplotła je wokół jego bioder.
Usłyszał trzask sprzączki, gdy pas spadł na chodnik między jego butami.
Nie była wysoką kobietą. Nie ważyła zbyt wiele, ale miała zaskakująco
dużo siły. Ujeżdżała go z takim zapałem, że przy każdym gwałtownym ruchu
strzelało mu w krzyżu. W tym punkcie pogrążył się w typowej dla siebie
obojętności, która zapewniała mu imponującą wytrzymałość. Poświęcił
chwilę na to, by się upewnić, że z tyłu nadal słychać chrapanie. Ów
donośny dźwięk natychmiast wydał mu się przepowiednią upadku,
kapitulacji przed latami walki, z jakich składało się życie.
Tak właśnie kończą się dni nas wszystkich.
Ta chwila całkowicie pozbawiłaby go męskości, gdyby pozwolił jej trwać
dłużej. Tymczasem Delish zaczynała już odczuwać zmęczenie. Jej
westchnienia stawały się coraz szybsze i bardziej ochrypłe. Ciało
dziewczyny ogarnęło drżenie i Murillio uległ wreszcie przyjemności - był
już najwyższy czas - kończąc razem z nią z bezradnym westchnieniem.
Uczepiła się go. Czuł gwałtowne walenie jej serca. Postawił ją powoli na
ziemi i odsunął się delikatnie.
Zważywszy wszystko razem, nie mogłoby być gorszej chwili, by ujrzeć
błysk klingi przed oczyma. Murillia przeszył palący ból. Sztych wbił się
w jego pierś, przechodząc na wylot, a pijany dureń trzymający broń
zatoczył się do przodu, niemalże wpadając w ramiona ofiary.
Murillio osunął się na ziemię. Klinga wysunęła się z jego ciała z niechętnym mlaśnięciem.
Delish krzyknęła przeraźliwie. Twarz Prelicka rozbłysła triumfem.
- Ha! Giń, gwałcicielu!
Znowu usłyszał kroki. Ich dźwięk dobiegał od strony domu. Ludzie
krzyczeli. Oszołomiony Murillio dźwignął się z ziemi, podciągnął
pantalony i zapiął pas. Jego żółtozieloną jedwabną koszulę zbrukały
purpurowe plamy. Miał na podbródku krew, wypływającą z ust razem z cichymi, charczącymi kaszlnięciami. Wyciągały się ku niemu ręce, ale
odtrącił wszystkie i uciekł chwiejnym krokiem ku bramie.
Tak jest, przepychając się przez obojętny tłum, żałował tego, co się
stało. Chwile jasności umysłu przeplatały się z okresami spowitymi
mroczną, czerwoną mgiełką. Pamiętał, że stał wsparty ręką o kamienny mur
i wypluwał strumienie krwi. Och, żałował bardzo wielu rzeczy.
Na szczęście nie sądził, by musiał cierpieć długo.
***
Co sprawiało, że z twarzy Plamy nigdy nie znikał wyraz zdumienia? Nawyk
czy jakiś dziwaczny wybryk dziedziczności? Nie sposób było tego
określić, ponieważ każde słowo wypowiadał tonem niedowierzania, jakby
nie mógł być pewien tego, co zmysły mówią mu o świecie zewnętrznym, a myślom kołaczącym się we własnej głowie ufał w jeszcze mniejszym
stopniu. Wytrzeszczał teraz oczy, gapiąc się na Leffa, i rozdziawiał
szeroko usta, od czasu do czasu oblizując wargi. Leff ze swej strony
przyglądał mu się z uwagą, jakby demonstrowany przez przyjaciela
debilizm budził w nim chroniczną podejrzliwość.
- Nie będą na nas czekać wiecznie, Leff! Nie trzeba było tego
podpisywać! Mówię ci, zwiejmy najbliższym statkiem. Do Dhavranu albo
nawet nad morze! Czy nie masz kuzyna w Mengalu?
Leff zamrugał ospale.
- Ehe, Plama. Spędza w pace tak wiele czasu, że pozwolili mu umeblować
własną celę. Chcesz mieć na głowie również jego kłopoty? Poza tym wtedy
my też znaleźlibyśmy się na liście.
Na twarzy Plamy pojawiło się zdumienie pomieszane ze strachem. Mężczyzna
odwrócił wzrok.
- Właśnie ta lista nas dobiła - wyszeptał. - Lista...
- Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe - przerwał mu Leff, licząc, że
może uda się go uspokoić. - Takie sprawy zawsze są trudne.
- Ale nikogo nie znaleźliśmy!
- Minął dopiero tydzień, Plama.
Nadszedł czas na ciche odkaszlnięcie, otarcie tłustego czoła jedwabną
chusteczką i pełne namysłu pociągnięcie za rzadką bródkę.
- Panowie! - Ach, udało mu się przyciągnąć ich uwagę. - Spójrzcie na
Harcowników, którzy wyszli na pole, i na Monetę Najemnika, lśniącą, jak
zawsze lśnią złote wabiki... tu czy gdzie indziej, ale zwłaszcza tu.
Kłykcie nadal spoczywają w spoconej dłoni zaskoczonego Plamy. Zbyt długo
już ściska je nierzucone. Bez końca ciągnie się ta gra, gdy cierpliwy
Kruppe przycupnął na krawędzi chwalebnego zwycięstwa!
Leff skrzywił się wściekle.
- Wcale nie wygrywasz, Kruppe! Przegrywasz, i to fatalnie, nawet jeśli
masz Monetę. Zresztą, na co ci się ona zda? Nie widzę na polu Najemnika,
więc kogo nią opłacisz? Nikogo!
Uśmiechnięty grubasek rozparł się wygodniej na krześle.
Dzisiejszej nocy gospodę "Pod Feniksem" wypełniał hałaśliwy tłum. Z brudnych, zakurzonych ulic napływało do środka coraz więcej uradowanych
pijaków. Kruppe, rzecz jasna, darzył ich wszystkich sympatią, jak
przystało jego wspaniałomyślnej naturze.
Plama rzucił kłykcie i wbił spojrzenie w sześć kości zwiastujących jego
klęskę.
Faktycznie ją zwiastowały. Kruppe ponownie pochylił się nad stolikiem.
- Ho, pojawiła się Prosta Droga. Spójrzcie, jak na pole maszeruje
sześciu Najemników! Zabijają wszystkich na lewo i prawo! Jeden rzut
kłykci i wszechświat się zmienił! Oto złowroga nauczka, drodzy
towarzysze Kruppego. Gdy Moneta się odsłoni, prędzej czy później sięgnie
po nią czyjaś ręka!
Praktycznie żaden rzut w Turze Rewanżowej nie mógłby uratować dwóch
pechowych Królów i ich równie pechowych właścicieli, Plamy i Leffa. Leff
warknął ze złością i przesunął ręką nad polem, rozrzucając bierki. W tym
samym ruchu złapał Monetę i schowałby ją za pasem, gdyby Kruppe nie
pokręcił głową i nie wyciągnął po nią pulchnej dłoni.
Leff zaklął pod nosem i upuścił Monetę w zagłębienie ręki grubaska.
- Łupieżca zgarnia zwycięstwo - oznajmił z uśmiechem Kruppe. - Niestety,
dla biednych Plamy i Leffa ta Moneta to tylko drobny ułamek bogactw,
jakie wpadną w ręce triumfującego Kruppego. Po dwie rady od każdego,
tak?
- To nasza tygodniowa wypłata za tydzień, który jeszcze nie nadszedł -
odparł Leff. - Będziemy twoimi dłużnikami, przyjacielu.
- To skandaliczny precedens! Niemniej jednak Kruppe zdaje sobie sprawę,
że nagłe odwrócenie się fortuny może zaskoczyć człowieka. To w pełni
zrozumiałe, no bo w końcu jest nagłe. Dlatego, z uwagi na konieczność
spędzenia tygodnia na szlachetnej pracy, Kruppe jest w stanie przesunąć
o tydzień termin spłaty rzeczonego długu.
Plama wyprostował się z jękiem.
- Lista, Leff. Wróciliśmy do tej cholernej listy.
- Wielu jest tych, którzy uchylają się od spłaty - przyznał z westchnieniem grubasek. - A ci, którzy domagają się rekompensaty, są tak
niecierpliwi, że sporządzili straszliwą listę. A za zmniejszenie liczby
figurujących na niej imion wynagradzają hojnie tych, którzy zajmują się
ściąganiem długów, tak?
Obaj mężczyźni wytrzeszczyli oczy. Mina Plamy sugerowała, że przed
chwilą otrzymał potężny cios w głowę i nie odzyskał jeszcze w pełni
przytomności. Leff skrzywił się ze złością.
- Ehe, chodzi o tę listę, Kruppe. Zgodziliśmy się przyjąć tę pracę, bo
nie mieliśmy nic innego do roboty od chwili nagłego... zgonu Boca. A teraz wychodzi na to, że nasze imiona też mogą się na niej znaleźć!
- Nonsens! Czy raczej, Kruppe uściśla, owa groźba nie zawiśnie nad wami
z powodu ewentualnego uchylenia się od spłaty długów, jakie u niego
zaciągnęliście. Listy tego rodzaju są w istocie zgubne i zapewne dają
efekt odwrotny do zamierzonego. Kruppe uważa sam fakt ich istnienia za
godny ubolewania. Mądra rada brzmi tak, by nie przejmować się tym
zanadto. Chyba że oczywiście termin spłaty szybko się zbliża, a w sakiewce nie ma nic poza kłaczkami. Kolejna sugestia, odnieście sukces w sprawie listy, odbierzcie należną nagrodę i natychmiast zgłoście się do
Kruppego, by spłacić skromny dług. Alternatywą, niestety, byłoby
zupełnie inne rozwiązanie.
- A jakie? - zapytał Leff, oblizując nerwowo wargi.
- Skromna pomoc Kruppego w sprawie rzeczonej listy, rzecz jasna. W zamian za maleńki udział.
- Jeśli dostaniesz działkę, pomożesz mam wytropić tych, którzy są na
liście?
- Leżałoby to w najlepiej pojętym interesie Kruppego, z uwagi na dług,
jaki u niego zaciągnęliście.
- Ile to miałoby być?
- Trzydzieści trzy procent.
- I to ma być skromny udział?
- Nie. Powiedziałem, że jest maleńki. Najdrożsi przyjaciele, czy
znaleźliście chociaż jednego człowieka z tej listy?
Odpowiedziało mu ponure milczenie, choć Plama nadal miał lekko ogłupiałą
minę.
- W całym Darudżystanie nie ma nikogo, kogo Kruppe nie potrafiłby
odnaleźć - oznajmił grubasek, nadymając pierś tak bardzo, że aż
zagroziło to dwóm ocalałym guzikom kamizelki.
Wypuścił powietrze i dzielne guziki zalśniły blaskiem zwycięstwa.
Nagle rozległy się krzyki. Pod drzwiami doszło do jakiegoś zamieszania.
Meese zawołała Kruppego po imieniu.
Zaskoczony człowieczek wstał, ale widok nadal zasłaniali mu wyjątkowo
wysocy goście. To było bardzo irytujące. Okrążył stolik i zaczął się
przepychać do szynkwasu, dysząc i stękając. Irilta wciągała na kontuar
zbroczonego krwią Murillia, rozrzucając przy tym kufle i kielichy.
- Ojej. - Kruppe spojrzał w oczy Meese i wyczytał z nich strach oraz
niepokój. - Leć natychmiast po Colla.
Pobladła kobieta skinęła głową. Tłum rozstąpił się przed nią. Jak
mawiali Gadrobijczycy, nawet pijak pozna głupca. Goście mogli być
pijani, ale żaden z nich nie był na tyle głupi, by stawać jej na drodze.
***
Miecz Wykałaczki leżał na stole, jego sztych zbrukała krzepnąca krew.
Nerwusik położył obok swój krótki miecz o klindze znacznie bardziej
uwalanej krwią. Ów oręż stanowił nieme wprowadzenie do improwizowanego
zebrania.
Niebieska Perła usiadł u końca długiego stołu, walcząc z bólem głowy za
pomocą kufla ale. Niewidka zajęła miejsce pod drzwiami. Opierała się o framugę, krzyżując ręce na piersi. Młotek usiadł na lewo od Napańczyka.
Jego nerwowość zdradzało wyłącznie drżenie nogi. Kolano i udo mu się
trzęsły, ale twarz nic nie wyrażała. Nie chciał patrzeć nikomu w oczy.
Pod wystrzępionym gobelinem, pamiętającym czasy, gdy lokal był jeszcze
świątynią, stał Duiker, ongiś historyk imperialny, a obecnie złamany
starzec.
Szczerze mówiąc, Wykałaczka poczuła się nieco zaskoczona, gdy zgodził
się przyjść na zebranie. Być może w popiołach jego duszy tlił się nadal
płomyk ciekawości, choć Duiker sprawiał wrażenie bardziej
zainteresowanego sceną wyobrażoną na wyblakłym gobelinie. Powietrzna
flotylla smoków zbliżała się na niej do świątyni bardzo podobnej do tej,
w której się znajdowali.
Nikt nie miał ochoty przemówić pierwszy. Typowe. To zadanie zawsze
spadało pod jej stopy niczym ranna gołębica.
- Gildia Skrytobójców przyjęła kontrakt - zaczęła celowo brutalnym
tonem. - Kto jest celem? W najlepszym przypadku ja, Nerwusik i Niebieska
Perła, ale najprawdopodobniej wszyscy udziałowcy. - Przerwała, czekając
na głosy sprzeciwu. Nie usłyszała żadnych. - Nerwusik, czy odrzuciliśmy
jakąś ofertę zakupu lokalu?
- Wykałaczka - odparł Falarczyk identycznym tonem. - Nikt nigdy nie
chciał go kupić.
- Znakomicie. A czy ktoś słyszał pogłoski o wskrzeszeniu starożytnego
kultu K'rula? Może w mieście pojawił się jakiś wielki kapłan, który
chciałby odzyskać świątynię?
Niebieska Perła skwitował tę sugestię pogardliwym prychnięciem.
- Co chciałeś nam w ten sposób powiedzieć? - zapytała kobieta, łypiąc
nań ze złością.
- Nic - mruknął napański mag. - Nie słyszałem o nikim w tym rodzaju,
Wykałaczka. Gdyby Ganoes Paran wrócił z miejsc, w którym przebywa,
mógłby nam udzielić pewnej odpowiedzi, nie sądzę jednak, by istniał
jakiś kult pragnący nas stąd wykopać.
- Skąd wiesz? - zainteresował się Nerwusik. - Potrafiłbyś ich zwęszyć
albo coś?
- Och, nie w tej chwili - poskarżył się Niebieska Perła. - Nie chcę już
dziś więcej pytań. Mockra zrobiła mi z głowy miazgę. Nie znoszę tej
groty.
- Chodzi o duchy - wyjaśnił Młotek dziwnie łagodnym głosem. Spojrzał na
maga. - Mam rację? Nie szepczą nic, czego by nie szeptały od chwili, gdy
się wprowadziliśmy. Słyszymy te same jęki i błagania o krew, co zawsze.
- Przesunął spojrzenie na leżące na stole miecze. - Krew rozlaną tutaj,
oczywiście. Przyniesiona z zewnątrz się nie liczy. Na szczęście.
- Postaraj się nie zacinać przy goleniu, Nerwusik - wtrąciła Niewidka.
- Na dole czasem zdarzają się bijatyki - zauważyła Wykałaczka,
spoglądając z zasępioną miną na uzdrowiciela. - Chcesz powiedzieć, że to
one karmiły te cholerne duchy?
Młotek wzruszył ramionami.
- Było tego za mało, żeby cokolwiek zmienić.
- Potrzebujemy nekromanty - skonkludował Niebieska Perła.
- Zbaczamy z tematu - oznajmiła Wykałaczka. - Przede wszystkim
powinniśmy się martwić o ten cholerny kontrakt. Musimy się dowiedzieć,
kto za nim stoi. Jak już się dowiemy, wrzucimy mu wstrząsacz przez okno
sypialni i spokój. Trzeba opracować plan ataku - ciągnęła, omiatając
spojrzeniem zebranych. - Zacznijmy od zgromadzenia informacji. Czy ktoś
ma jakieś pomysły?
Odpowiedziała jej cisza.
Niewidka odsunęła się od drzwi.
- Ktoś idzie - oznajmiła.
Wszyscy już słyszeli głośne kroki. Ktoś wchodził po schodach,
odprowadzany syczącymi sprzeciwami gości.
Nerwusik podniósł miecz ze stołu. Niebieska Perła wstał powoli i Wykałaczka poczuła woń budzących się czarów. Uniosła rękę.
- Zaczekajcie, do Kaptura.
Drzwi otworzyły się nagle.
Do środka wszedł wysoki, dobrze ubrany mężczyzna. Dyszał ciężko, a spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu przesunęło się po twarzach
wszystkich obecnych i zatrzymało się na Młotku. Uzdrowiciel wstał.
- Rajco Collu, co się stało?
- Potrzebuję twojej pomocy - oznajmił szlachetnie urodzony Daru.
Wykałaczka słyszała w jego głosie niepokój. - Wielka Denul. Natychmiast.
Nim Młotek zdążył odpowiedzieć, Wykałaczka podeszła do mężczyzny.
- Rajco Collu, przyszedłeś tu sam?
Mężczyzna zmarszczył brwi, a potem wskazał za siebie.
- Z niewielką eskortą. Dwóch strażników. - Dopiero w tej chwili zauważył
leżący na stole miecz. - Co tu się dzieje?
- Wykałaczka - odezwał się Młotek. - Wezmę Niebieską Perłę...
- To mi się nie podoba...
- Potrzebujemy informacji, tak? - przerwał jej uzdrowiciel. - Coll może
nam pomóc. Poza tym z pewnością na początek rzucili przeciwko nam tylko
jeden klan i już się z nim załatwiliście. Gildia potrzebuje czasu, by
ponownie ocenić problem. Mamy co najmniej dobę.
Wykałaczka spojrzała na rajcę. Coll mógł nie wiedzieć, co się wydarzyło,
ale usłyszał już wystarczająco wiele, by się domyślić.
- Ktoś najwyraźniej pragnie naszej śmierci - oznajmiła mu z westchnieniem. - Pewnie lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś się w tej
chwili z nami nie zadawał...
Coll pokręcił jednak głową, ponownie wbijając spojrzenie w Młotka.
- Uzdrowicielu, proszę.
Młotek skinął głową do Niebieskiej Perły, który łypał nań spode łba.
- Prowadź, rajco. Pójdziemy z tobą.
***
...Znalazł Ossericka, swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do nieprzytomności. Anomander osunął się na kolana i przywołał
Tysiąc Bogów, którzy spojrzeli na Ossericka i zobaczyli krew na jego
twarzy. Ogarnięci litością obudzili go i wstał.
I Anomander wstał również, i spojrzeli na siebie, Światło na Ciemność,
Ciemność na Światło.
Anomanderem zawładnął gniew.
- Gdzie jest Draconnus? - zapytał wiernego sojusznika. Nim bowiem
Anomander się oddalił, zły tyran Draconnus, Zabójca Eleintów, został
własną ręką Anomandera pozbawiony przytomności, a twarz zbroczyła mu
krew. Osserick, któremu powierzono zadanie pilnowania Draconnusa, osunął
się na kolana i wezwał Tysiąc Bogów, by ich miłosierdzie osłoniło go
przed furią Anomandera.
- Zostałem pokonany! - zawołał w odpowiedzi. - Siostra Złośliwość mnie
zaskoczyła. Och, Tysiąc Bogów odwróciło spojrzenie, gdy jej cios
pozbawił mnie przytomności. Spójrz, mam krew na twarzy!
- Pewnego dnia nasz sojusz się skończy i ponownie zapanuje między nami
wrogość, o Synu Światła, Dziecko Światła - poprzysiągł Anomander i przerodził się w ciemność straszliwej burzy, aż Osserick skulił się
niczym słońce schowane za chmurą. - Będziemy walczyć o każdy kawałek
ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze słodką wodą. Stoczymy tysiąc
bitew i nie będzie między nami litości. Ześlę cierpienia na twoją
rodzinę, na twoje córki. Zakażę ich umysły Nieświadomą Ciemnością.
Rozproszę je po nieznanych królestwach i w ich sercach nie będzie
litości, albowiem między nimi a Tysiącem Bogów na zawsze zawiśnie chmura
ciemności.
Taka była furia Anomandera i, choć był sam, Ciemność naprzeciwko
Światła, wewnątrz jego dłoni zalegała słodycz, wspomnienie
zdradzieckiego dotyku Pani Zawiści. Światło naprzeciwko Ciemności,
Ciemność naprzeciwko Światła, dwaj mężczyźni, którzy stali się bronią w rękach dwóch sióstr, córek Draconnusa. Stali tak, niewidziani przez
nikogo, i radowali się tym, co ujrzeli.
Ustalono, że Anomander ponownie wyruszy w pościg za złym tyranem, by
unicestwić jego i jego przeklęty miecz, który jest ohydą w oczach
Tysiąca Bogów i wszystkich, którzy przed nimi klękają. Osserick
natomiast miał odnaleźć Złośliwość i wywrzeć na niej sprawiedliwą
zemstę.
Jeśli zaś chodzi o przysięgę złożoną przez Anomandera, Osserick znał
gniew, z którego się zrodziła, i w swoim czasie on również złożył
przysięgę. Zapowiedział w niej, że będzie walczył, pojedynkował się,
toczył bój o każdy kawałek ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze
słodką wodą. Takie sprawy muszą jednak spoczywać na spokojnej ziemi
niczym ziarno czekające na życie.
W końcu nadal stał przed nimi problem Draconnusa, a teraz również
Złośliwości. Czyż Dzieci Tiam nie domagały się wymierzenia kary? Krew
splamiła twarze zbyt wielu Eleintów i dlatego Anomander i Osserick
podjęli się owych pamiętnych łowów.
Gdyby Eleintowie wiedzieli, co z tego wyniknie, odebraliby swe
piorunowe tchnienie zarówno Anomanderowi, jak i Osserickowi. Nikt jednak
nie mógł wówczas przewidzieć, co przyniesie los, i dlatego właśnie
Tysiąc Bogów zapłakało...
Wielki alchemik Baruk potarł powieki i oparł się wygodniej. Podejrzewał,
że oryginalna wersja tekstu znacznie się różniła od stylizowanego
bełkotu, który czytał. Te staromodne, oklepane frazy wywodziły się z przejściowego wieku, gdy historycy próbowali ożywić dziedzictwo
przekazywanych ustnie tekstów celem podkreślenia wiarygodności relacji
naocznych świadków. Rezultat przyprawiał go o ból głowy.
Nigdy nie słyszał o Tysiącu Bogów. Wzmianki o tym panteonie nie można
było znaleźć w żadnym kompendium poza Ciemnością i Światłem Dillat.
Baruk podejrzewał, że autorka po prostu ich wymyśliła, co z kolei
prowadziło do pytania, co jeszcze w książce było zmyślone?
Ponownie pochylił się nad woluminem, poprawił knot lampy i zaczął
przerzucać kruszące się stronice, aż jego uwagę przyciągnął kolejny
fragment.
W owych dniach wśród smoków trwała wojna. Wszyscy Pierworodni, poza
jednym, ugięli karki przed ofertą K'rula. Ich dzieci - pozbawione
wszystkiego, co miały odziedziczyć - pomknęły wielkimi chmurami ku
niebu, opuszczając wieże, lecz nadal nie były zjednoczone w niczym poza
odrzuceniem Pierworodnych. Pojawiły się wśród nich frakcje i na
wszystkie Królestwa spadł czerwony deszcz. Szczęki zaciskały się na
szyjach. Szpony rozpruwały brzuchy. Tchnienie chaosu oddzielało ciało od
kości.
Anomander, Osserick i inni posmakowali już krwi Tiam, teraz zaś
nadeszli kolejni, gnani gwałtownym pragnieniem. Z owego karmazynowego
nektaru zrodziło się wiele demonicznych monstrów. Dopóki Bramy Starvald
Demelain pozostawały otwarte, niestrzeżone i niekontrolowane przez
nikogo, wojna nie mogła się skończyć i na wszystkie Królestwa padał
czerwony deszcz.
Kurald Liosan była pierwszym królestwem, które zamknęło portal
prowadzący do Starvald Demelain. Opowieść, która teraz nastąpi, mówi o rzezi, jakiej dopuścił się Osserick, oczyszczając swój świat ze
wszystkich pretendentów i rywali, jednopochwyconych i zdziczałych
Eleintów czystej krwi, a także przeganiając ze swej ziemi pierwszych
d'iversów.
Wszystko to zaczęło się w chwili, gdy Osserick starł się z Anomanderem
po raz szesnasty i obaj mieli krew na twarzach, nim wreszcie
Kilmandaros, ta, która przemawia za pomocą pięści, podjęła się zadania
rozdzielenia walczących...
Baruk uniósł wzrok, a potem obrócił się na krześle, by spojrzeć na
gościa, który muskał sobie pióra na stole mapowym.
- Starucha, sprzeczności w tym tekście doprowadzają mnie do szału.
Ptaszysko uniosło głowę i otworzyło dziób, zaśmiawszy się krótko.
- Niby dlaczego? - zapytało. - Pokaż mi historyczne kroniki, które mają
sens, a pokażesz mi czystą fikcję. Jeśli o nią ci chodzi, szukaj gdzie
indziej! Mój pan zdecydował, że bzdury spisane przez Dillat będą
świetnym dodatkiem do twojej kolekcji. Jeśli rzeczywiście czujesz się
niezadowolony, ma w bibliotece mnóstwo innych głupot, i to tylko wśród
ksiąg, które chciało mu się zabrać z Odprysku Księżyca. No wiesz,
zostawił tam całe pokoje zapchane podobnymi śmieciami.
Baruk zamrugał powoli, starając się nie okazywać przerażenia.
- Nie, nie wiedziałem o tym.
Starucha nie dała się nabrać i skwitowała jego słowa chichotem.
- Mojego pana najbardziej rozśmieszyła wizja tego, jak padł na kolana i wezwał krzykiem Stu Bogów...
- Tysiąc. To jest Tysiąc Bogów.
- Wszystko jedno. - Wielki Kruk pochylił głowę i rozpostarł lekko
skrzydła. - A także myśl, że poprzysiągł walczyć z Osserkiem. Ich sojusz
rozpadł się z powodu narastającej wzajemnej antypatii. Klapa z Draconusem zapewne zadała mu śmiertelny cios. Wyobraź sobie, uległ
podstępom kobiety, i to córki Draconusa! Dlaczego Osserc nawet nie
podejrzewał, że jej motywy mogą nie być czyste? Ha! W każdym istniejącym
gatunku samce są okropnie... przewidywalne!
- O ile dobrze pamiętam Anomandarisa Rybaka, Pani Zawiść dokonała tej
samej sztuki z twoim panem, Starucha - zauważył z uśmiechem Baruk.
- Ale on świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje - odparło
ptaszysko, podkreślając swe słowa dziwacznym, gdaczącym dźwiękiem. - Mój
pan zawsze zdawał sobie sprawę, że czasem konieczne są poświęcenia. -
Starucha nastroszyła pióra barwy onyksu. - Pomyśl o rezultatach!
Baruk skrzywił się z niezadowoleniem.
- Jestem głodna! - zawołała Starucha.
- Nie skończyłem kolacji - poinformował ją mężczyzna. - Na tym
talerzu...
- Wiem, wiem! Jak myślisz, dlaczego zgłodniałam? Zdumiewaj się moją
cierpliwością, wielki alchemiku. Czytałeś i czytałeś bez końca.
- Jedz szybko, stara przyjaciółko, byś nie umarła z niedożywienia.
- Nigdy przedtem nie byłeś tak niedbałym gospodarzem - poskarżyło się
ptaszysko. Wskoczyło na stół i nadziało na dziób kawałek mięsa. - Coś
cię gnębi, wielki alchemiku.
- Wiele spraw. Rhivijczycy twierdzą, że Barghastowie z klanu Białych
Twarzy zniknęli. Bez śladu.
- Zaiste - zgodziła się Starucha. - Zaraz po upadku Koralu i przejęciu
władztwa przez Tiste Andii.
- Starucha, jesteś Wielkim Krukiem. Twoje dzieci unoszą się na wietrze i widzą wszystko.
- Być może.
- Dlaczego więc nie chcesz mi powiedzieć, dokąd odeszli?
- No cóż, jak ci wiadomo, Szare Miecze pomaszerowały na południe, do
Elingarthu - odparło ptaszysko, okrążając krótkimi podskokami talerz. -
A tam nabyły okręty. - Wielki Kruk uniósł głowę. - Czy ujrzały ślad? Czy
potrafiły za nim podążyć? A może pośrodku oceanu znajduje się wielka
dziura wciągająca wszystkie statki w śmiertelną otchłań?
- Białe Twarze wyruszyły na morze? To nadzwyczajne. A Szare Miecze
podążyły za nimi?
- Nic z tego nie ma znaczenia, wielki alchemiku.
- Znaczenia dla kogo?
- Dla twojego niepokoju oczywiście. Zasypujesz pytaniami zmęczonego
gościa, by na chwilę zapomnieć o zmartwieniach.
Od poprzedniej wizyty Staruchy minęły miesiące i Baruk doszedł z żalem
do wniosku, że serdeczne stosunki łączące go z Synem Ciemności dobiegły
końca, nie z powodu jakiegoś sporu, lecz chronicznego znudzenia typowego
dla Tiste Andii. Opowiadano, że wieczny mrok panujący w Czarnym Koralu
bardzo odpowiada jego mieszkańcom - zarówno Andii, jak i ludziom.
- Starucha, przekaż, proszę, swemu panu moje serdeczne podziękowania za
niespodziewany, jakże hojny dar. Chciałbym go zapytać, jeśli nie jest to
z mojej strony zbytnia śmiałość, czy ponownie rozważy złożoną przez
naszą Radę oficjalną propozycję nawiązania stosunków dyplomatycznych
między naszymi miastami. Delegaci czekają na jego zaproszenie i wyznaczono też odpowiednie miejsce pod budowę ambasady. To niedaleko
stąd w gruncie rzeczy.
- W posiadłości zniszczonej przez haniebny upadek jednopochwyconego
demona - stwierdziła Starucha. Zrobiła sobie krótką przerwę na śmiech,
po czym nadziała na dziób kolejny kąsek. - Brr, to jarzyna! Paskudztwo!
- W rzeczy samej, Starucha, chodzi o tę posiadłość. Jak już mówiłem, to
niedaleko stąd.
- Pan rozważa rzeczoną prośbę i podejrzewam, że nadal będzie ją
rozważał.
- Jak długo?
- Nie mam pojęcia.
- Czy coś go niepokoi?
Pochylony nad talerzem Wielki Kruk uniósł głowę i przyglądał się
Barukowi przez długą chwilę.
Wielki alchemik poczuł, że dopadają go lekkie mdłości. Odwrócił wzrok.
- A więc mam powody do obaw.
- Pan pyta: kiedy to się zacznie?
Baruk spojrzał na stos luźno oprawionych stronic, który był darem od
Anomandera, i skinął głową. Nie odpowiedział jednak.
- Pan pyta: czy potrzebujesz pomocy?
Wielki alchemik skrzywił się z niezadowoleniem.
- Pan pyta: czy rzeczona pomoc nie powinna być raczej potajemna niż
oficjalna? - ciągnęła nieustępliwa Starucha.
Bogowie na dole.
- Pan pyta: czy słodka Starucha powinna pozostać na noc jako gość
Baruka, oczekując odpowiedzi na zadane pytania?
Coś zastukało w okno. Baruk wstał pośpiesznie i poszedł je otworzyć.
- Demon! - zawołało ptaszysko, rozpościerając lekko skrzydła.
- To jeden z moich - uspokoił je Baruk. Uchylił okno o żelaznych ramach
i cofnął się o krok.
Odmrozin przecisnął się przez szparę, postękując z wysiłku.
- Panie Baruku! - pisnął. - Wyszła! Wyszła! Wyszła!
Wielki alchemik przed chwilą czuł się niedobrze, teraz jednak dreszcz
przeniknął go aż do szpiku kości. Zamknął powoli okno i spojrzał na
Wielkiego Kruka.
- Starucha, zaczęło się.
Demon zobaczył ptaka i obnażył ostre jak igły kły.
- Groteskowe monstrum!
Starucha zagroziła mu dziobem.
- Opasła ropucha!
- Uspokójcie się oboje! - warknął Baruk. - Starucha, tak, zostaniesz do
rana jako mój gość. Odmrozin, znajdź sobie jakieś miejsce. Mam dla
ciebie kolejne zadanie. Odszukam cię, gdy nadejdzie czas.
Przysadzisty demon pokazał Wielkiemu Krukowi rozwidlony język i poczłapał w stronę kominka. Wlazł na rozżarzone węgielki, a potem
zniknął w kominie. W dół buchnęły kłęby czarnej sadzy.
Starucha się rozkasłała.
- Masz źle wychowanych służących, wielki alchemiku - poskarżyła się.
Baruk jej jednak nie słuchał.
Wyszła.
Wyszła!
To słowo wypełniło swym brzmieniem jego umysł. Głośne niczym świątynny
dzwon zagłuszyło wszystko inne, choć zdołał jeszcze pochwycić szybko
cichnące echo.
...swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do
nieprzytomności...
Rozdział drugi
Anomander nigdy nie kłamał ani nie żył w kłamstwie
i gdybyż tylko owo kalectwo mogło
być dlań błogosławieństwem w dniach i nocach
po czarnych deszczach Czarnego Koralu.
Niestety, tak się nie stało.
...
Dlatego woleliśmy nie słyszeć
Straszliwego skrzypienia, stukotu
Drewnianych kół, drżenia kamienia
I złowrogiego grzechotu łańcuchów, jakby
To na jakimś innym świecie ciemność
Wydobywała się z przeklętej, eterycznej kuźni
I żadne słońce nie wschodziło
Nad przesłoniętą zmarszczkami linią horyzontu.
Zaiste, to jakiś inny świat, wcale nie nasz.
Pobłogosław nas, Anomanderze, tym
Świętoszkowatym kłamstwem i delikatną pociechą.
A niewolnicy to nie my, ów ciężar
Jest tylko iluzją, te okowy mogą pęknąć
Od jednej myśli, a wszystkie te krzyki i
Jęki są czymś mniej niż szeptami
Uśpionego serca. Wszystko to tylko opowieść,
Przyjaciele, ten wysoki mężczyzna, który odmawia
przyjęcia czci,
A noszony przezeń miecz nie zawiera nic,
Żadnych wspomnień, a jeśli w tej przytulnej wizji
Jest jakieś miejsce dla potępionych dusz
Ciągnących przed siebie wykorzenioną świątynię,
To znajduje się ono wyłącznie w skażonej wyobraźni
I nie ma związku z trzeźwą analizą.
Nic nie jest równie skomplikowane
Jak ten skomplikowany świat,
I owa pocieszająca myśl
Pozbawia nas słuchu, wzroku i czucia, pozwala
Spokojnie mieszkać w wyimaginowanej
Krainie naszego ukochanego ładu...
Monolog
Anomandaris, Księga IV
Rybak kel Tath
Smocza Wieża spoglądała z góry na Czarny Koral niczym wbita w ziemię
pochodnia. Zbudowano ją w północno-zachodnim narożniku Nowego Pałacu
Andii z litego, czarnego bazaltu pokrytego spękanym, fasetkowanym
obsydianem, błyszczącym w wiecznym mroku panującym w mieście. Na płaskim
dachu przysiadł smok o karmazynowych łuskach. Skrzydła miał złożone, a klinowata głowa wysuwała się poza krawędź, wydawało się więc, że bestia
spogląda z góry na szalony, mroczny labirynt budynków, zaułków i ulic
rozpościerający się daleko w dole.
Część mieszkańców Czarnego Koralu - ale byli to wyłącznie ludzie - nadal
wierzyła, że ów groźny strażnik to tylko rzeźba wykonana z kamienia
przez jakiegoś biegłego rzemieślnika Tiste Andii. Ten pomysł wypełniał
Endesta Silanna gorzką wesołością. Tak, rozumiał, dlaczego niektórzy
wolą żyć w nieświadomości. Myśl, że prawdziwy, żywy smok kieruje
złowróżbne spojrzenie na miasto z jego tłumami krzątających się
mieszkańców, przeraziłaby większość nich. Gdyby podeszli do Silanah
wystarczająco blisko, by ujrzeć głód błyszczący w jej wielofasetkowych
oczach, już dawno uciekliby w ślepej panice z Czarnego Koralu.
Smoczyca siedziała niemal zupełnie bez ruchu dniami i nocami, przez
tygodnie i miesiące, a teraz już przez prawie cały rok, dla Eleintów nie
było to jednak niczym nadzwyczajnym. Endest Silann wiedział o tym jak
mało kto.
Kiedyś, w Odprysku Księżyca, był potężnym, choć już podstarzałym
czarodziejem, teraz jednak przerodził się w ledwie kompetentnego
kasztelana Nowego Pałacu Andii. Szedł powoli Mieczową, aż dotarł do
miejsca, gdzie ulica zakręcała na południe, ku bezdrzewnemu parkowi o nazwie Szare Wzgórze. Opuścił jasno oświetloną Dzielnicę Rybną, gdzie
Targowisko Zewnętrznych Wód przyciągało tak wielu wypełniających
wszystkie ulice i zaułki mieszkańców, że ci, którzy przywlekli tu
dwukołowe wózki, by załadować na nie zakupy, byli zmuszeni zostawiać je
na placu na północ od Szarego Wzgórza. Niezliczone tłumy tragarzy
zbierające się co dzień o świcie na Placu Wózków zwiększały jeszcze
chaos panujący między straganami. Objuczeni tobołami tragarze
przeciskali się przez tłum, wijąc się niczym węgorze. Choć targowisko
zawdzięczało swą nazwę obfitości ryb łowionych w morzu poza Nocą -
chmurą wiecznej ciemności spowijającą miasto i jego otoczenie w promieniu prawie mili - można było na nim kupić również blade stworzenia
o błyszczących jak klejnoty oczach, pochodzące z Nocnych Wód Zatoki
Koralowej.
Endest Silann zamówił trupie węgorze na przyszły tydzień u nowego
dostawcy, ponieważ kuter poprzedniego wciągnęło w głębiny coś zbyt
wielkiego dla jego sieci. Cała załoga zginęła. Niestety, Nocne Wody nie
były po prostu nieoświetlonym kawałkiem morza. Były Kurald Galain,
prawdziwą manifestacją groty, a ich czeluść mogła nie mieć dna. Od czasu
do czasu w wodach Zatoki Koralowej pojawiały się nieprzyjemne
stworzenia. Obecnie coś tam się czaiło i rybacy byli zmuszeni używać
haczyków i linek zamiast sieci. Ta metoda była skuteczna jedynie dzięki
temu, że tuż pod powierzchnią roiły się dziesiątki tysięcy węgorzy
przygnanych tu strachem. Większość wyciąganych na pokład ryb unosiła się
bezwładnie w wodzie.
Na południe od Szarego Wzgórza na ulicach było mniej latarń. Endest
Silann dotarł do dzielnicy Andii. Jak zwykle na ulicach widziało się
niewielu jego pobratymców. Nikt nie siedział na ganku, nie wychylał się
ze straganu, by zachwalać towar albo po prostu gapić się na
przechodniów. Wszyscy spotykani z rzadka Tiste Andii dokądś zmierzali,
zapewne do domów przyjaciół albo krewnych, by uczestniczyć w nielicznych
rytuałach odprawianych jeszcze w ich społeczeństwie. Albo też wracali do
domu po tym nieprzyjemnym przeżyciu, snując się jak dym z dogasającego
ogniska.
Żaden z nich nie patrzył w oczy Endesta Silanna, gdy mijali go bez słowa
niczym duchy. Rzecz jasna, chodziło tu o coś więcej niż zwykła dla ich
rasy obojętność, ale zdążył się już do tego przyzwyczaić. Starcy muszą
mieć grubą skórę, a czyż nie był zdecydowanie najstarszy z nich
wszystkich? Pomijając Anomandera Dragnipurake'a.
Mimo to Endest pamiętał swą młodość, choć czas zatarł już lekko
wspomnienie chwili, gdy po raz pierwszy postawił stopę na tym świecie.
Tamtej szalonej nocy niebem władały straszliwe burze.
Och, owa przerażająca nawałnica, zimna woda na twarzy... nadal pamiętam
tę chwilę.
Ujrzeli przed sobą nowy świat. Gniew ich pana słabł już, ale powoli,
skapywał zeń na podobieństwo deszczu. Z zadanej mieczem rany na lewym
barku Anomandera sączyła się krew. A wyraz jego oczu...
Endest ruszył w górę wspinającą się na stok ulicą. Z jego ust wydobyło
się urywane, ochrypłe westchnienie. Po lewej miał stertę gruzu -
wszystko, co pozostało ze starego pałacu. Tu i ówdzie było jeszcze widać
fragment stojących murów, a robotnicy utworzyli ścieżki pośród ruin,
wydobywając z nich kamienie oraz nieliczne drewniane belki, których nie
strawiły płomienie. W kościach Endesta nadal utrzymywały się echa huku
towarzyszącego zawaleniu się gmachu. Zwolnił kroku, opierając się jedną
ręką o mur. Nacisk powrócił. Kasztelan zacisnął zęby, aż skrzypnęły
szczęki. Czaszkę przeszył mu ból.
Błagam, nie, znowu to samo.
Nie, tak nie mogło być. Te czasy już się skończyły. Przetrwał. Zrobił
to, co nakazał mu pan. Nie zawiódł go. Tak z pewnością nie mogło być.
Zatrzymał się i zacisnął mocno powieki. Po twarzy spływał mu pot.
Dlatego nikt nie chciał mu patrzeć w oczy. Przez tę... słabość.
Anomander Dragnipurake doprowadził dwudziestkę swych ocalałych
zwolenników na plażę nowego świata. Pod gorejącym gniewem w jego oczach
krył się triumf.
Endest Silann powiedział sobie, że to warto zapamiętać. Tego wspomnienia
warto się trzymać.
Dźwigamy brzemiona, gdy to konieczne, i radzimy sobie z tym. A życie
toczy się dalej.
Jego umysł wypełniło nowsze wspomnienie. Niemożliwy do zniesienia nacisk
głębin, woda otaczająca go ze wszystkich stron.
- Jesteś moim wielkim magiem, Endeście Silann. Czy zrobisz to dla
mnie?
- W morzu, panie? W morskich głębinach?
- Potrafisz to dla mnie zrobić, stary przyjacielu?
Spróbuję, panie.
Morze jednak pragnęło Odprysku Księżyca, och tak, jego głód był potężny
i nieubłagany. Uderzało z wściekłością o kamienne mury, oblegało
latającą fortecę, zamykając ją w miażdżącym uścisku. W końcu nie było
już można powstrzymać jego mrocznych, spienionych legionów.
Endest Silann zachował ich przy życiu przez wystarczająco długą chwilę,
ale gdy jego pan wezwał ostatnie rezerwy latającej fortecy, by wydobyć
ją z głębin i wznieść z powrotem ku niebu, ściany już się waliły.
Tak wielki ciężar, tak strasznie przygniatający...
Obrażeń Odprysku Księżyca nie sposób było uleczyć. Latająca forteca była
już wówczas martwa, tak samo jak moc Endesta Silanna.
Utonęliśmy wówczas oboje. Oboje umarliśmy.
Potężne czarne wodospady spływające z hukiem, łzy płynące z kamienia.
Och, jak rozpaczliwie płakał Odprysk Księżyca. Poszerzające się z każdą
chwilą szczeliny, głuchy łoskot konającego piękna...
Powinienem był odejść razem z fortecą, gdy wreszcie pozwolił jej
pogrążyć się w falach. Tak jest, to właśnie należało zrobić. Przykucnąć
wśród tych, których tam pochowano. Mój pan szanuje mnie za poświęcenie,
jakiego dokonałem, ale każde jego słowo jest dla mnie jak popiół sypiący
się na twarz. Otchłani na dole, czułem, jak każda kolejna sala się
rozpada! Pękające ściany były dla mnie jak rany zadane duszy mieczem.
Jakże okropnie krwawiliśmy, jak jęczeliśmy, jak zapadaliśmy się w siebie
od śmiertelnych obrażeń!
Nacisk nie ustawał. Endest nosił go teraz w sobie. Morze pragnęło zemsty
i nie przestawało go atakować bez względu na to, gdzie się znajdował.
Pycha ściągnęła nań klątwę, na jego duszy wypaliło się piętno. A potem
wdało się zakażenie. Był zbyt głęboko złamany, by móc z nim walczyć.
Jestem teraz Odpryskiem Księżyca. Miażdży mnie napór wód i nie mogę
dotrzeć do powierzchni. Opadam coraz niżej, a ciśnienie rośnie. Tak
straszliwie rośnie!
Nie, tak nie mogło być. Ze świstem zaczerpnął tchu, odepchnął się od
muru i ruszył chwiejnie naprzód. Nie był już wielkim magiem. Był nikim.
Zwykłym kasztelanem, zajmującym się zaopatrzeniem kuchni, harmonogramem
służb straży, drewnem do palenisk. Woskiem dla żółtookich producentów
świec. Sepią dla skrybów o poplamionych dłoniach...
Gdy rozmawiał teraz ze swoim panem, mówił mu o trywialnych sprawach.
Takie było jego dziedzictwo, wszystko, co mu pozostało.
Czyż jednak nie stałem z nim na tej plaży? Czyż nie jestem ostatnim
wśród żywych, kto dzieli z nim owo wspomnienie?
Ciśnienie zelżało powoli. Po raz kolejny uszedł z życiem z jego objęć.
Ale co się stanie następnym razem? Nie sposób było tego przewidzieć, nie
sądził jednak, by zdołał wytrzymać to jeszcze długo. Miażdżący pierś
ucisk, huk wypełniający czaszkę.
Znaleźliśmy nowe źródło trupich węgorzy. To właśnie mu powiem. A on
skinie z uśmiechem głową, a być może też położy mi dłoń na ramieniu i uściśnie je delikatnie, by mieć pewność, że niczego nie złamie. Powie
coś o wdzięczności.
Za węgorze.
***
Najlepszym dowodem jego odwagi i hartu ducha był fakt, że nigdy nie
przeczył, iż był jasnodominem w Pannion Domin, a co więcej, służył
obłąkanemu tyranowi w twierdzy, która obecnie zamieniła się w stertę
gruzów, odległą tylko o rzut kamieniem od gospody "Pod Druciakiem".
Używał nadal tego tytułu nie z powodu jakiejś szalonej, źle ulokowanej
lojalności. Ten mężczyzna o wyrazistym spojrzeniu rozumiał, czym jest
ironia, i choć czasem któryś z ludzkich mieszkańców miasta oburzał się,
słysząc, że przedstawia się w taki sposób, jasnodomin potrafił o siebie
zadbać. Tego jednego dziedzictwa nie miał powodu się wstydzić.
Spinnock Durav nie wiedział o nim wiele więcej, pomijając fakt, że miał
spory talent do starożytnej gry Tiste Andii, której właśnie się
oddawali. Kef Tanar zdobyła ostatnio wielką popularność wśród
mieszkańców Czarnego Koralu, a także wielu innych miast, aż po sam
Darudżystan.
Było w niej tylu królów albo królowych, ilu graczy. Pole bitwy
powiększało się z każdą turą i zawsze wyglądało inaczej. Walczyli na nim
żołnierze, najemnicy, magowie, skrytobójcy i szpiedzy. Spinnock Durav
wiedział, że inspiracją dla gry były boje o sukcesję wśród Pierworodnych
Dzieci Matki Ciemność. W rzeczy samej, jeden z królów miał grzywę
pomalowaną srebrną farbą, innego zaś wykonano z białego drewna kostnego.
Była też królowa z białego ognia w opalowej koronie oraz inne figury,
które Spinnock mógłby nazwać, gdyby mu się chciało - zakładając, że
kogokolwiek to obchodziło, co jednak wydawało się wątpliwe.
Większość twierdziła, że białą grzywę dodano dopiero niedawno jako wyraz
drwiącego uznania dla trzymającego się na dystans władcy Czarnego
Koralu. Płytki samego pola miały barwy odpowiadające aspektom Ciemności,
Światła i Cienia. Płytki Wielkiego Miasta i Twierdzy uważano za
odpowiednik Czarnego Koralu, Spinnock Durav wiedział jednak, że ciągle
rozrastające się Wielkie Miasto (przeznaczono dla niego ponad
pięćdziesiąt płytek, a gracz mógł w razie potrzeby zrobić następne) było
w rzeczywistości Kharkanas, Pierwszym Miastem Ciemności.
To jednak nie było istotne. Liczyła się sama gra.
Spinnock Durav, jedyny Tiste Andii w gospodzie, zasiadł do gry z czterema przeciwnikami. Wokół stolika zgromadził się tłumek gapiów
obserwujących tytaniczną walkę, która trwała już od pięciu dzwonów.
Główną salę gospody wypełniały kłęby unoszącego się tuż nad jego głową
dymu, przesłaniające blask pochodni i świec. Tu i ówdzie było widać
grubo ciosane słupy podtrzymujące sufit. Zbudowano je z fragmentów
starego pałacu oraz samego Odprysku Księżyca, połączonych niewprawnie w całość. Niektóre przechylały się złowrogo, a w zaprawie murarskiej
pojawiały się już szczeliny. Na wyłożonej nierównymi kamiennymi płytami
podłodze zbierały się kałuże ale. Łaziły po niej twardogrzbiete
salamandry, pod wpływem alkoholu próbujące się parzyć z nogami gości.
Trzeba je było co chwila odkopywać.
Jasnodomin siedział za stolikiem naprzeciwko Spinnocka. Dwóm pozostałym
graczom przypadła rola wasali, obu podporządkowała sobie królowa w opalowej koronie, należąca do jasnodomina. Siły trzeciego gracza zostały
zepchnięte w róg pola. Mężczyzna zastanawiał się, czy nie przyłączyć się
do jasnodomina albo Spinnocka Durava.
Jeśli wybierze pierwszą opcję, Spinnock będzie miał kłopoty, choć nie
musiało to jeszcze oznaczać przegranej. W końcu był weteranem w tej
grze. Zdobywał doświadczenie przez blisko dwadzieścia tysięcy lat.
Był potężnie zbudowany jak na Tiste Andii. Miał szerokie bary i sylwetką
nieco przypominał niedźwiedzia. Jego długie, rozpuszczone włosy miały
lekko rudawy odcień, a szeroko rozstawione oczy były osadzone w stosunkowo płaskiej twarzy o wydatnych kościach policzkowych. Wąska
szrama ust zastygła w rzadko się zmieniającym uśmiechu.
- Jasnodominie, masz nadzwyczajny talent do Kef Tanar - oznajmił
Spinnock, gdy osaczony gracz nadal się zastanawiał, zasypywany poradami
przez stojących za krzesłem przyjaciół.
Jasnodomin uśmiechnął się tylko.
W poprzedniej turze rzut kłykci wzbogacił jego królewski skarbiec o monetę najemnika. Spinnock spodziewał się ataku z flanki przy użyciu
czterech ocalałych najemnych figur, celem wywarcia nacisku na trzeciego
króla, gdyby postanowił zachować niezależność albo przyłączyć się do
niego. Możliwa była też próba wdarcia się głęboko na terytorium gracza
Tiste Andii. Niemniej jednak jasnodominowi została tylko garstka płytek
pola i nie wyciągnięto jeszcze Bramy. Postąpiłby rozsądniej,
powstrzymując się od ataku.
Wszyscy wstrzymali oddechy, gdy trzeci gracz sięgnął do woreczka po
płytkę pola. Wyciągnął rękę, chowając płytkę w zaciśniętej pięści, i spojrzał Spinnockowi prosto w oczy.
Nerwy i chciwość.
- Trzy monety, Tiste, i będę twoim wasalem.
Spinnock zacisnął usta jeszcze mocniej. Potrząsnął głową.
- Nie kupuję wasali, Garsten.
- W takim razie przegrasz.
- Myślę, że mój przeciwnik również nie zechce zapłacić za twą wierność.
- Przyjdź do mnie natychmiast. Na rękach i kolanach - zażądał
jas-nodomin.
Garsten przenosił nerwowo spojrzenie z jednej strony na drugą,
zastanawiając się, która ze żmij ukąsi go mniej boleśnie. Po chwili
warknął pod nosem i odsłonił płytkę.
- Brama!
- Bardzo się cieszę, że siedzisz na prawo ode mnie - stwierdził
Spinnock.
- Wycofuję się przez nią!
To było tchórzliwe posunięcie, ale łatwe do przewidzenia. Garsten tylko
w ten sposób mógł zachować monety, które miał w skarbcu. Spinnock i jasnodomin przyglądali się, jak wycofuje z pola swe bierki.
Potem przyszła kolej na Spinnocka. W grze pojawiła się Brama i mógł
teraz wezwać pięć zgromadzonych przez siebie smoków. Wszystkie
przeleciały wysoko nad potężnymi fortyfikacjami jasnodomina. Spinnock
stracił tylko jednego, na skutek rozpaczliwych ataków dwóch wielkich
magów ulokowanych na szczytach wież Wielkiej Twierdzy przeciwnika.
Ten jeden atak zniszczył dwie trzecie Wewnętrznego Dworu jasnodomina, w praktyce izolując jego królową.
Naziemną obronę opanował chaos spowodowany nagłą utratą dowództwa.
Spinnock zaatakował klinem własnych najemników, a także pułkiem
Doborowej Konnicy, przecinając nieprzyjacielskie siły na dwie części.
Obaj wasale natychmiast się zbuntowali i zdołali pozostać na polu
wystarczająco długo, by zadać oblężonym siłom jasnodomina dalsze straty,
nim wycofali się przez Bramę. Gdy wreszcie przyszła kolej na jego ruch,
jasnodomin nie miał innego wyboru, jak wyciągnąć rękę i przewrócić
królową.
Wokół rozległy się głosy, gdy rozstrzygano zawarte zakłady.
Spinnock Durav pochylił się, by zgarnąć wygraną.
- Resto! Dzbanek ale do naszego stolika!
- Bardzo hojnie obchodzisz się z moimi pieniędzmi - zauważył skwaszony,
lecz rozbawiony jasnodomin.
- Na tym polega sekret hojności, przyjacielu.
- To miło, że postanowiłeś mnie pocieszyć.
- Oczywiście.
Zgodnie ze zwyczajem gracze, którzy się wycofali, nie mieli prawa
uczestniczyć w świętowaniu zwycięstwa, Spinnock i jasnodomin mogli więc
podzielić się dzbankiem, co było satysfakcjonującym zakończeniem tak
biegle rozegranej kampanii. Tłum rozproszył się powoli i kelnerzy znowu
mieli mnóstwo roboty.
- Problem z nocnymi sowami, takimi jak my... - zaczął nagle jasnodomin,
pochylając się nad kuflem. Wydawało się, że nic więcej nie powie, nagle
jednak dodał: - Żadne spojrzenie na to brudne okno nie ujawni za nim
makowego pocałunku jutrzenki.
- Jutrzenki? Ach, znaku zakończenia nocy - rzekł Spinnock, kiwając
głową. - Nas, Tiste Andii, ciągle zaskakuje fakt, że tak wielu ludzi
postanowiło tu zostać. Słyszałem, że nieprzerwana ciemność jest ciężarem
dla waszych dusz.
- Ehe, może nas wpędzić w obłęd, jeśli nie ma przed nią ucieczki. Tu
jednak wystarczy krótka wycieczka za północną bramę, do Kurhanu, by
ujrzeć jasny dzień. To samo dotyczy rybaków pływających po Zewnętrznych
Wodach. Gdybyśmy nie mieli tej furtki, Andii zaiste zostaliby w Czarnym
Koralu sami. Odprysk Księżyca rzuca cień jeszcze długo po swej śmierci.
Tak przynajmniej śpiewają poeci. Coś ci jednak powiem. - Jasnodomin
pochylił się, by znowu napełnić kufel. - Mnie osobiście podoba się
wieczna ciemność.
Spinnock wiedział o tym już przedtem, gdyż siedzący naprzeciwko niego
mężczyzna nosił w sobie smutek gęstszy i znacznie mroczniejszy niż
jakikolwiek cień. Możliwe, że było w nim więcej z Tiste Andii niż z człowieka, poza tylko jedną sprawą, która sprawiała, że Spinnockowi
Duravowi łatwo było zwać go przyjacielem. Choć jasnodomina wypełniał
żal, potrafił on powstrzymać rozpacz, oprzeć się oblężeniu, które tak
dawno temu doprowadziło do klęski Tiste Andii. Z pewnością była to cecha
typowa dla ludzi, a nawet coś więcej niż cecha, fundamentalna cnota
odporności, podnosząca Spinnocka na duchu, mimo że nie potrafił znaleźć
jej w sobie ani w żadnym ze swych pobratymców. Karmił się nią w tak
wielkim stopniu, że czasami czuł się jak pasożyt. Zrodziła się w nim też
obawa, że tylko to jedno podtrzymuje go przy życiu.
Jasnodomin dźwigał już wystarczająco wiele brzemion. Spinnock był
zdeterminowany nie pozwolić, by jego przyjaciel kiedykolwiek sobie
uświadomił, jak bardzo niezbędne dla Tiste Andii stały się partie Kef
Tanar, noce spędzone w wiecznej ciemności, nędzna oberża i dzbanki
taniego ale, w którym było za dużo bąbelków gazu.
- Ta kampania mnie zmęczyła - mówił człowiek, odstawiając pusty kufel. -
Myślałem, że już cię mam. Tak, wiedziałem, że Brama nie weszła jeszcze
do gry. Gdyby dwie płytki przeszły obok ciebie, wszystko byłoby moje.
Spinnock nie potrafił mu na to odpowiedzieć. Obaj wiedzieli, że ten
jeden ruch zadecydował o wyniku gry. Niezwykły był jednak fakt, że
jasnodomin uznał za konieczne się tłumaczyć.
- Idź się trochę przespać - poradził mu Spinnock.
Człowiek uśmiechnął się ironicznie. Zawahał się, jakby nie wiedział, czy
coś rzec, czy po prostu podążyć za radą przyjaciela i powlec się do
domu. Nie mów mi o zmęczeniu. Proszę.
- Popadłem ostatnio w nawyk wchodzenia na ruiny - zaczął jasnodomin,
spoglądając na jakieś drobne zamieszanie, do którego doszło przy
szynkwasie. - Lubię patrzeć z góry na Nocne Wody. Pamiętasz tych starych
kotoludzi i ich rodziny? Chyba znowu się mnożą, ale to oczywiście już
nie będzie to samo. Zupełnie nie to samo. - Umilkł na chwilę, a potem
obrzucił Spinnocka pośpiesznym, niespokojnym spojrzeniem. - Widuję tam
waszego władcę.
- Anomandera Rake'a? - zapytał Tiste Andii, unosząc brwi.
Człowiek skinął głową.
- Pierwszy raz zobaczyłem go dwa tygodnie temu. Teraz... widzę go
codziennie, około dwunastego dzwonu. Stoi na murze nowego donżonu i patrzy na morze, tak samo jak ja.
- On... lubi samotność - wyjaśnił Spinnock.
- To stwierdzenie zawsze wydaje mi się podejrzane - odparł jas-nodomin.
Tak, potrafię zrozumieć dlaczego.
- To nieodłączna część władzy. Stracił większą część dawnego dworu.
Korlat, Orfantal, Sorrit, Pra'iran, wszyscy zaginęli albo nie żyją. To
nie ułatwia mu zadania. Ale z drugiej strony niektórzy nadal żyją. Na
przykład Endest Silann.
- Kiedy widzę, że stoi tam zupełnie sam... - Jasnodomin odwrócił wzrok.
- To budzi mój lęk.
- Jak rozumiem, wszyscy działamy tak na ludzi - zauważył Spinnock. -
Wydajemy się wam duchami straszącymi w tym mieście.
- Wartownikami, którzy nie mają czego pilnować.
Tiste Andii zastanawiał się przez chwilę nad tymi słowami.
- Syn Ciemności również? - zapytał wreszcie. - Czy drażnią was jego
obojętne rządy?
- Gdyby tylko wszyscy władcy byli tak obojętni - odparł jasnodomin,
krzywiąc się. - Nie, "obojętne" to nie jest odpowiednie słowo. Jest tam,
gdzie jest potrzebny. Jego administracji i zwierzchnictwa nie sposób
podważyć, zresztą nie ma powodu tego robić. Syn Ciemności jest...
wyrozumiały.
Spinnock pomyślał o mieczu, który jego pan nosił na plecach. Ta wizja
przydała słowom jasnodomina cierpkiego posmaku mimowolnej ironii. Potem
wspomniał wymarłe miasta na północy. Maurik, Setta, Lest.
- No cóż, żadne z sąsiednich królestw nie kieruje na Czarny Koral
pożądliwego spojrzenia. Wszystkie albo zginęły, albo, jak na południu,
pogrążyły się w całkowitym chaosie. To znaczy, że nie grozi nam wojna.
Cóż więc pozostaje władcy? Jak już wspomniałeś, administracja i zwierzchnictwo.
- Nie przekonałeś mnie, przyjacielu - odrzekł jasnodomin, mrużąc
powieki. - Syn Ciemności. Czy to jest tytuł dla biurokraty? Nie bardzo.
Czy Rycerz Ciemności ma się zajmować ściganiem zbirów na ulicach?
- Na tym polega przekleństwo długiego życia - zauważył Spinnock. - Raz
się zyskuje na znaczeniu, a raz się traci, i ten cykl powtarza się
wielokrotnie. Przed przybyciem tutaj toczyliśmy wielką, kosztowną wojnę
z Pannion Domin. Przed nią był jeszcze bardziej krwawy i znacznie
dłuższy konflikt z Imperium Malazańskim. A przed tym konfliktem
Jacuruku. Jasnodominie, Anomander Rake zasłużył na odpoczynek. Zasłużył
na spokój.
- Być może więc to on jest rozdrażniony. Patrzy na wzburzone wody
Szczeliny Ortnalskiej, a dwunasty dzwon rozbrzmiewa w mroku niczym tren.
- To bardzo poetyczne - zauważył z uśmiechem Spinnock, serce wypełnił mu
jednak chłód, jakby wizja przywołana przez słowa przyjaciela była zbyt
bolesna. Spoważniał pod wpływem tej myśli. - Nie wiem, czy mój pan jest
rozdrażniony. Nigdy nie byłem aż tak ważny. Jestem tylko wojownikiem,
jednym z tysięcy. Nie rozmawiałem z nim już chyba od stuleci.
Jasnodomin spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Przecież to absurd!
- Czyżby? Spójrz na mnie, jasnodominie. Jestem zbyt kapryśny. Ta klątwa
wisi nade mną od wieków. Nigdy nie pragnąłem dowodzić, nawet drużyną.
Zabłądziłem w Puszczy Mott i przez pięć dni przedzierałem się przez
chaszcze i głogi. - Spinnock machnął ze śmiechem ręką. - Moja sprawa od
dawna jest beznadziejna, przyjacielu.
- Spinnock, powszechnie się sądzi, że wszyscy Tiste Andii, którzy
przeżyli dawne wojny, są siłą rzeczy elitą, najgroźniejszymi wojownikami
w całej rasie.
- Byłeś żołnierzem, więc powinieneś wiedzieć, że tak nie jest. Och, w szeregach Andii nie brakuje bohaterów, ale równie wielu spośród nas po
prostu miało szczęście. Tak to już jest. Znaczną część naszych wielkich
bohaterów straciliśmy w bitwach z Malazańczykami.
- Twierdzisz, że twoja sprawa jest beznadziejna - zauważył jasnodomin ze
skrzywioną miną. - A mimo to jesteś mistrzem w Kef Tanar.
- Żołnierzami wystruganymi z drewna potrafię dowodzić znakomicie, ale z żywymi sprawy mają się zupełnie inaczej.
Człowiek chrząknął, porzucając temat.
Przez chwilę milczeli. Resto przyniósł kolejny dzbanek ale. Gdy trunek
popłynął z dzbanka przez kufel do ust, Spinnock pomyślał z ulgą, że to
powinno położyć kres rozmowom o dawnych czynach na odległych polach
bitew. Gdyby je kontynuowali, mogłoby to zdemaskować półprawdy i całkowite kłamstwa, które przed chwilą wygłosił.
Niedługo później jutrzenka rozpostarła swój makowy rumieniec, gdzieś
daleko na wschodnim horyzoncie. W Czarnym Koralu nikt nie mógł tego
zauważyć, lecz mimo to Spinnock Durav skinął głową. Nawet przebywając w wiecznej ciemności, Tiste Andii zawsze wiedzieli, kiedy zjawiało się
światło. W tym również kryła się ironia. Spośród mieszkańców Nocy tylko
ludzie nie zdawali sobie sprawy z nadejścia dnia, nie byli świadomi, że
ukryte za mrokiem słońce znów rozpoczęło odwieczną wędrówkę po niebie.
Nim kompletnie się upili, umówili się jeszcze na nową grę. Wreszcie
jasnodomin podźwignął się z trudem, pomachał od niechcenia ręką na
pożegnanie i powlókł się chwiejnym krokiem ku drzwiom. Spinnock życzył
mu bezpiecznej drogi do domu.
To było bardzo uprzejme pożegnanie, nawet jeśli wypowiedział je tylko w myśli.
Anomander Rake z pewnością zmierzał już do sali tronowej, gdzie stawi
czoło bezlitosnym żądaniom kolejnego dnia: przyznawaniu uposażeń,
rozpatrywaniu skarg kupców, raportom o stanie zapasów, jednemu albo dwóm
posłom z odległych wolnych miast, zabiegającym o umowy handlowe oraz
traktaty wzajemnej ochrony (tak, było ich mnóstwo).
Wszak Rycerz Ciemności walczył z wszelkiego rodzaju bestiami i demonami,
nieprawdaż?
***
Ciemność skapitulowała. Ale przecież tak działo się zawsze. Nie sposób
było określić, jak długo trwała podróż przez Kurald Galain ani jaki
dystans pokonali, posuwając się naprzód krok za krokiem. Wszędzie
panowała dysharmonia, wszystko było beznadziejne i nieubłagane. Nimander
Golit raz po raz odnosił wrażenie, że przebudził się nagle, uświadamiał
sobie z drżeniem, że przez jakiś czas szedł jak automat obok towarzyszy.
Wszyscy świecili słabym blaskiem. Wydawało się, że unoszą się w eterycznej pustce. Ten, którego zwano Klipsem, wyprzedził pozostałych o kilka kroków, zmierzając naprzód z determinacją, której nie byli w stanie naśladować. W takich chwilach Nimander po raz kolejny zdawał
sobie sprawę, że się zagubił.
Zrozumienie, gdzie się znajduje, nie sprawiało mu satysfakcji, jeszcze
gorsze zaś było przypomnienie sobie, kim jest. Młodzieniec zwany
Nimanderem Golitem był niewiele więcej niż zlepkiem wspomnień
pozbawionym czucia przez kombinację zapamiętanych wrażeń. Piękna kobieta
konała w jego ramionach; inna kobieta umierała pod naciskiem jego dłoni,
jej twarz ciemniała jak chmura burzowa niezdolna eksplodować deszczem, a oczy wyłaziły na wierzch. Mimo to nie przestawał zaciskać rąk. Miotające
się ciało przeszywało powietrze, rozbijało okno i znikało w strugach
deszczu.
Łańcuszki mogły wirować przez całą wieczność, obrączki zaś błyszczeć
jakimś tajemniczym rodzajem życia. Znoszone buty mogły się posuwać
naprzód, jeden po drugim, niczym ostrza nożyc. Można było wygłaszać
obietnice, wymuszać posłuszeństwo, jak wpycha się obrzękłą dłoń w ciasną
rękawicę. Wszyscy mogli zatrzymać się w miejscu, otoczeni swą pewnością,
bądź też pozwolić, by gnała ich ona naprzód niby wiatr, który wie, dokąd
wieje. Każdy mógł pragnąć jej ciepłego objęcia.
Wszystko to jednak nie miało znaczenia, podskakiwało przed jego oczyma
jak marionetki na splątanych sznurkach. Gdy tylko wyciągał rękę, chcąc
je rozsupłać, umykały poza jego zasięg.
Kleszcz, który zawsze wszystko przyjmował z uśmiechem, szedł u boku
Nimandera, wyprzedzając go o pół kroku. Nimander nie widział za dobrze
twarzy kuzyna, nie wiedział więc, jak zareagował on na rozpościerającą
się przed nimi ciemność, gdy jednak nieprzebyta otchłań wreszcie się
rozproszyła i ujrzeli przed sobą pnie sosen, Kleszcz zwrócił się ku
niemu, uśmiechając się ironicznie.
- Nie było tak źle - wyszeptał, czyniąc każde wypowiedziane słowo
kłamstwem. Drwina wyraźnie sprawiła mu przyjemność.
Powietrze wokół nich zrobiło się wilgotne, czuli jego chłodny dotyk.
Klips zwolnił kroku. Kiedy się odwrócił, zobaczyli, jak bardzo jest
zmęczony. Obrączki zatoczyły jeszcze jeden krąg, a potem łańcuszki w jego dłoniach znieruchomiały naprężone.
- Rozbijemy tu obóz - oznajmił ochrypłym głosem.
Zbroja i ubranie Klipsa były w strzępach po jakiejś stoczonej przedtem
walce. Widać na nich było plamy zaschniętej krwi. Odniósł tak wiele ran,
że gdyby zadano mu wszystkie jednocześnie, zapewne by zginął. Owej nocy
w Drugim Forcie Dziewiczym, gdy wezwał ich wszystkich, znacznie trudniej
było to zauważyć.
Nimander i Kleszcz przyglądali się, jak ich kuzyni siadają na miękkiej
gliniastej glebie lasu. Ich oczy niczego nie wyrażały, wszyscy sprawiali
wrażenie zagubionych.
Tak jest. "Wyjaśnienia są efemeryczne. Są mieczem i tarczą ataku. Za
nimi kryje się motywacja. Mają na celu znalezienie słabego punktu, co
umożliwi wymuszenie posłuszeństwa i stworzy możliwość bezwarunkowej
kapitulacji".
Tak napisał dawno temu Andarist w traktacie Walka i negocjacje.
Kleszcz, którego pociągła twarz błazna była lekko zapadnięta ze
zmęczenia, pociągnął Nimandera za rękaw, wskazał głową na drzewa i ruszył w tamtą stronę. Po chwili Nimander podążył za nim.
Jego kuzyn zatrzymał się jakieś trzydzieści kroków od prowizorycznego
obozu i przykucnął.
Nimander zrobił to samo, spoglądając na niego.
Słońce już wschodziło, jego krwawy blask rozpraszał leśny mrok. Dzień
niósł ze sobą lekki zapach morza.
- Herold Matki Ciemność - rzekł cicho Kleszcz, jakby chciał poddać
próbie wartość tych słów. - Śmiertelny Miecz. To szumne tytuły,
Nimander. Wymyśliłem też po jednym dla nas obu, bo podczas tej
niekończącej się drogi nie miałem czym zająć myśli. Kleszcz, Ślepy
Błazen Domu Ciemności. Jak ci się podoba?
- Nie jesteś ślepy.
- Naprawdę?
- O czym właściwie chciałeś porozmawiać? - zapytał Nimander. - Mam
nadzieję, że nie o głupich tytułach.
- To zależy. Klips dumnie obnosi się ze swoimi.
- Nie wierzysz mu?
- Kuzynie, ja w ogóle wierzę w bardzo niewiele - odparł Kleszcz,
uśmiechając się półgębkiem. - Pomijając niewytłumaczalny fakt, że
rzekomo inteligentne osoby z radością udają głupców. Moim zdaniem winny
jest chaotyczny tumult emocji, który pożera rozum, jak woda pochłania
śnieg.
- "Emocje rodzą się z prawdziwych motywacji, czy to świadomych, czy nie"
- zacytował Nimander.
- Mój kuzyn pamięta, co przeczytał. To czyni go niebezpiecznym, a czasami również nudnym.
- O czym właściwie mieliśmy rozmawiać? - zapytał z lekką irytacją
Nimander. - Niech się tytułuje, jak zechce. W końcu, co możemy na to
poradzić?
- Możemy zdecydować, czy będziemy go słuchać, czy nie.
- Nawet na to jest już za późno. Posłuchaliśmy go. Podążyliśmy za nim do
Kurald Galain, a teraz przyprowadził nas tutaj. A z czasem dotrzemy do
kresu podróży.
- I staniemy przed obliczem Anomandera Rake'a, tak jest. - Kleszcz
wskazał na otaczający ich las. - Moglibyśmy po prostu odejść. Niech
Klips sam zmierza ku swej dramatycznej konfrontacji z Synem Ciemności.
- Dokąd chciałbyś pójść, Kleszcz? Nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy. Co to
za królestwo? Jaki świat czeka na nas poza tym lasem? Kuzynie, nie mamy
dokąd iść.
- To znaczy, że możemy pójść dokądkolwiek. W naszej obecnej sytuacji z pierwszego wynika drugie, Nimander. To tak, jakbyś dotarł do drzwi przez
wszystkich uważanych za zamknięte na skobel, i one otworzyły się szeroko
pod twoim dotykiem. Widzisz ten las? Czy to bariera, czy raczej dziesięć
tysięcy ścieżek prowadzących do cudów i tajemnic? Las pozostaje taki
sam, bez względu na to, którą odpowiedź wybierzesz. Nie zmienia się
stosownie do twojej decyzji.
- Na czym polega żart, kuzynie?
- Śmiech i płacz to tylko stany umysłu.
- I?
Kleszcz odwrócił wzrok, spoglądając na obóz.
- Klips mnie... śmieszy.
- Czemu mnie to nie zaskakuje?
- Wyobraża sobie doniosłą, pamiętną chwilę, gdy wreszcie stanie twarzą w twarz z Synem Ciemności. Słyszy marszową muzykę, łoskot bębnów i zawodzenie rogów, rozbrzmiewające wokół wysokiej, kołyszącej się na
wietrze wieży, w której z pewnością dojdzie do tej konfrontacji. Widzi w oczach Anomandera Rake'a strach, zrodzony z furii gorejącej w jego
własnych oczach.
- To znaczy, że jest głupcem.
- Młodym to często się zdarza. Powinniśmy mu to wyjaśnić.
- Co? Że jest głupcem?
Przez krótką chwilę Kleszcz uśmiechał się szerzej. Potem znowu spojrzał
kuzynowi w oczy.
- Chyba trzeba będzie wyrazić to subtelniej.
- Na przykład jak?
- Las się nie zmienia.
Tym razem to Nimander odwrócił wzrok, wpatrzył się w szarość świtu, w mgłę kłębiącą się wokół podstaw drzew.
Umarła w moich ramionach. Potem zginął Andarist, wykrwawił się na bruk.
A Phaed wyrwano mi z rąk i wyrzucono przez okno. Spojrzałem w oczy jej
zabójcy i wyczytałem w nich, że zrobił to... dla mnie.
Las się nie zmienia.
- Pewne sprawy warto rozważyć, Nimander - ciągnął cichym głosem Kleszcz.
- Jest nas sześcioro Tiste Andii i Klips. Razem siedmioro. Gdziekolwiek
się znaleźliśmy, to nie jest nasz świat. Jestem jednak przekonany, że to
świat, który nauczyliśmy się uważać za swój. Świat Ławicy Avalii,
naszego pierwszego, wyspiarskiego więzienia. Świat Imperium
Malazańskiego, przybocznej Tavore i wyspy, która stała się dla nas
drugim więzieniem. To ten sam świat. Być może w tej krainie czeka na nas
Anomander Rake. Klips raczej nie prowadziłby nas przez Kurald Galain do
jakiegoś miejsca położonego daleko od Syna Ciemności. Może znajdziemy go
w tym lesie, parę mil stąd.
- A dlaczego nie dotarliśmy pod jego frontowe drzwi?
Kleszcz uśmiechnął się z zadowoleniem.
- No właśnie, dlaczego? Tak czy inaczej, Anomander Rake nie będzie sam.
Z pewnością towarzyszą mu inni Tiste Andii. Społeczność, Nimander. Czyż
nie zasłużyliśmy na taki dar?
Nimander miał ochotę się rozpłakać.
Nie zasłużyłem na nic poza naganą. Potępieniem. Wzgardą ich wszystkich,
w tym również samego Anomandera Rake'a. Społeczność osądzi mnie za
wszystkie niepowodzenia.
Mógłby się użalać nad sobą jeszcze długo, otrząsnął się jednak z tego
nastroju. Tak jest, mógł ofiarować ten jeden, ostatni dar swym
towarzyszom. Kleszcz, Desra, Nenanda, Kedeviss i Aranatha zasłużyli
przynajmniej na to.
Ale to nie on im go ofiaruje, tylko Klips.
Klips, uzurpator, który zagarnął moją pozycję.
- Wróciliśmy do punktu wyjścia - skonkludował wreszcie. - Nie opuścimy
Klipsa, dopóki nie doprowadzi nas do naszych współbraci.
- Pewnie masz rację - zgodził się Kleszcz. Sprawiał wrażenie
zadowolonego z ich konwersacji, jakby rzeczywiście coś dzięki niej
osiągnęli. Nimander nie miał pojęcia, co właściwie mogłoby to być.
Jaśniejące niebo sprowokowało śpiew ptaków, z gleby popłynęło ciepłe,
łagodne tchnienie stęchlizny. Powietrze było tu nieprawdopodobnie
czyste. Nimander potarł twarz i nagle zobaczył, że Kleszcz skierował
spojrzenie podłużnych oczu gdzieś za jego ramię. Odwrócił się w tej
samej chwili, w której trzask pękającej gałęzi oznajmił, że ktoś się
zbliża.
- Chodź do nas, kuzynko! - zawołał Kleszcz.
Aranatha poruszała się niepewnie jak zagubione dziecko. Zawsze była
nieśmiała i zalękniona. Otworzyła szeroko oczy - jak zwykle, gdy wracała
do świata realnego - i podeszła bliżej.
- Nie mogłam spać - wyjaśniła. - Nenanda pytał Klipsa o najróżniejsze
rzeczy, aż wreszcie Desra kazała mu sobie pójść.
- Desra? - zapytał Kleszcz, unosząc brwi. - Poluje teraz na Klipsa? No
cóż, dziwię się tylko, że to trwało tak długo. Co prawda, w Kurald
Galain nie miała zbyt wielu okazji.
- Czy Nenanda zdołał wyciągnąć z Klipsa, gdzie właściwie jesteśmy? -
zapytał dziewczynę Nimander. - I jak długa droga jeszcze przed nami?
Aranatha nie przestawała zbliżać się do nich powoli. W bladym świetle
świtu wyglądała jak posąg z obsydianu i srebra. Jej długie czarne włosy
błyszczały, równie czarna skóra była lekko matowa, w srebrzystych oczach
lśniła zaś zapowiedź żelaza, która nigdy się nie materializowała.
Można by ją wziąć za Boginię Nadziei. Ale taką, której jedyną siłą jest
optymizm odporny na wszelkie klęski. Odporny na rzeczywistość, krótko
mówiąc.
- Opuściliśmy grotę nieco na południe od miejsca przeznaczenia. Klips
wyjaśniał, że istnieją "warstwy oporu". - Wzruszyła ramionami. - Nie
rozumiem, co to znaczy, ale tak właśnie powiedział.
Nimander zerknął w oczy Kleszcza, a potem uśmiechnął się do Aranathy.
- A czy mówił, ile czasu zajmie nam jeszcze droga?
- Więcej, niż się spodziewał. Powiedzcie mi, czujecie zapach morza?
- Tak - potwierdził Nimander. - Nie może być zbyt daleko. Chyba na
wschód od nas.
- Powinniśmy tam pójść. Może znajdziemy jakieś wioski.
- Masz imponujące rezerwy sił, Aranatha... - zauważył Kleszcz.
- To nie jest daleko...
Kleszcz wyprostował się z ironicznym uśmiechem na twarzy.
Nimander podążył za jego przykładem.
Łatwo było iść ku wschodzącemu słońcu, przełazić przez zwalone drzewa i omijać leje krasowe. Nie było tu żadnych ścieżek poza wydeptanymi przez
zwierzynę, i to nie wyższą od jeleni, więc konary zwisały nisko. Żadna z nich nie prowadziła ku morzu. Zrobiło się cieplej, a potem nagle
chłodniej. Usłyszeli przed sobą szum wiatru poruszającego liśćmi i gałęziami, a potem łoskot fal. Między drzewami na powierzchnię wyłaniało
się pochyłe podłoże skalne. Musieli się wdrapywać na coraz bardziej
strome zbocze.
Wreszcie dotarli na szczyt wietrznego, skalnego urwiska, porośniętego
karłowatymi, wypaczonymi drzewkami. Na dole rozpościerało się błyszczące
w promieniach słońca morze. O niegościnny, skalisty brzeg tłukły ogromne
fale. Zarówno na północy, jak i na południu wybrzeże wyglądało tak samo,
jak daleko mogli sięgnąć spojrzeniem. W pewnej odległości od brzegu
piana tryskała w górę, zdradzając obecność podwodnych raf i płycizn.
- Tu nie znajdziemy żadnych wiosek - stwierdził Kleszcz. - Wątpię, czy
trafimy na cokolwiek. Jeśli zaś chodzi o wędrówkę brzegiem morza, to
również nie wydaje się możliwe. Chyba że nasz wspaniały przywódca
potrafi rozkruszyć kopniakami skały na piasek i zrobić nam plażę - dodał
z uśmiechem. - Albo wezwać skrzydlate demony, żeby nas nad tym wszystkim
przeniosły. Jeśli nic w tym rodzaju się nie stanie, sugeruję, byśmy
wrócili do obozu, zagrzebali się w sosnowych igłach i położyli spać.
Nikt się nie sprzeciwiał, wrócili więc tą samą drogą, którą tu przyszli.
***
Widok gniewu nieustannie kipiącego pod powierzchnią jaźni młodego
wojownika imieniem Nenanda był dla Klipsa źródłem nieustannej pociechy.
Z nim mógł coś zrobić. Jego będzie w stanie ukształtować. Natomiast w Nimandera nie wierzył prawie wcale. Młodego Tiste Andii zmuszono do
grania roli przywódcy, która wyraźnie mu nie odpowiadała. Był stanowczo
zbyt wrażliwy. Brutalna rzeczywistość świata z reguły niszczyła takich
jak on. Zakrawało na cud, że w przypadku Nimandera tak się dotąd nie
stało. Klips spotykał już przedtem takich żałosnych osobników. Być może
rzeczywiście było to zjawisko typowe dla Tiste Andii. Stulecia życia
stawały się niemożliwym do udźwignięcia ciężarem. Podobne indywidua
wypalały się bardzo szybko.
Tak jest, na Nimandera nie było sensu tracić czasu. A jego najbliższy
towarzysz, Kleszcz, był niewiele lepszy. Klips musiał przyznać, że
dostrzega w nim pewne podobieństwo do siebie - ta jego drwiąca ironia,
łatwy sarkazm. To również były cechy często spotykane wśród Andii.
Kleszczowi brakowało jednak twardego, okrutnego rdzenia, jaki u Klipsa
występował w nadmiarze.
O pewnych sprawach decydowała konieczność. Trzeba było ją rozpoznać, a następnie zrozumieć, jakie zadania należy wykonać, by z całą precyzją
osiągnąć to co konieczne. Trudne decyzje były jedynymi, jakie można było
uznać za szlachetne. Klips doskonale poznał trudne decyzje oraz możliwe
do zaakceptowania brzemię szlachetności. Był gotów dźwigać owo brzemię
przez resztę życia, które z pewnością będzie bardzo długie.
Nenanda może się okazać godny tego, by stać u jego boku podczas
wszystkiego, co się wydarzy.
Spośród młodych kobiet z jego świty tylko Desra wyglądała na
potencjalnie użyteczną. Ambitna i z pewnością bezlitosna, mogła stać się
nożem w jego ukrytej pochwie. Poza tym względy atrakcyjnej dziewczyny
same w sobie były nagrodą, czyż nie tak? Kedeviss była za krucha,
złamana wewnętrznie tak samo jak Nimander. Klips widział już śmierć
kroczącą w jej cieniu. Aranatha nadal była dzieckiem o pełnych zdumienia
oczach. Być może zawsze nim pozostanie. Nie, z całej tej grupy, którą
zwerbował na wyspie, tylko Nenanda i Desra mogli mu się do czegoś
przydać.
Liczył na więcej. W końcu to byli ocaleni z Ławicy Avalii. Stali u boku
samego Andarista i krzyżowali miecze z wojownikami Tiste Edur. I z demonami. Wszyscy posmakowali krwi, poznali triumf i żałobę. Powinni być
twardymi weteranami.
No cóż, dawał już sobie radę z gorszym materiałem.
Na chwilę został sam. Aranatha oddaliła się od obozu i zapewne zdążyła
już zabłądzić, Nenanda, Desra i Kedeviss wreszcie zasnęli, a Nimander i Kleszcz byli gdzieś w lesie. Z pewnością dyskutowali o wiekopomnych
decyzjach w sprawach istotnych tylko dla nich. Klips poluzował łańcuszek
owinięty wokół nadgarstka. Lśniące obrączki stuknęły o siebie cicho.
Obracały się powoli w przeciwnych kierunkach, co było świadectwem
zawartej w nich mocy. Miniaturowe portale zamknięte w zimnym metalu
pojawiały się, znikały i znów pojawiały.
Stworzenie tych artefaktów pochłonęło większą część mocy Andii
mieszkających w podziemnej fortecy, jaką była Andara. Jak się okazało,
uczyniło to jego kuzynów bezbronnymi wobec ataku letheryjskich łowców.
Wszystkim, co zostało po jego rodzinie żałosnych nieudaczników, była
kakofonia dusz uwięzionych w obrączkach. Teraz on był ich panem.
Czasami Klipsowi przypadała nagroda nawet wtedy, gdy sprawy nie układały
się po jego myśli.
Tak, to dowód, że jestem wybrańcem.
Łańcuszek wirował. Obrączki uderzały o siebie z dźwiękiem
przypominającym zawodzenie tysiąca uwięzionych dusz. Klips słuchał tego
z uśmiechem.
***
Droga z gospody "Pod Druciakiem" do Nowego Pałacu biegła skrajem ruin
wielkiej fortecy, której upadek oznaczał kres Pannion Domin.
Nieoświetlona, spowita wiecznym mrokiem sterta czarnych kamieni nadal
cuchnęła ogniem i śmiercią. Idący ulicą, zwaną obecnie Granicznym
Spacerkiem, Spinnock Durav miał po swej lewej stronie wyszczerbione
ściany zniszczonego gmachu. Przed nim, nieco na prawo, wznosiła się
Smocza Wieża. Czuł, że karmazynowe oczy Silanah przyglądają się mu z wielkiej wysokości. Nikt nigdy nie pragnął przyciągać spojrzenia
Eleintów, nawet jeśli Tiste Andii Rake'a przyzwyczaili się do obecności
Silanah.
Spinnock świetnie pamiętał kilka ostatnich przypadków, gdy był świadkiem
uwolnienia gniewu smoczycy. Płomienie przeszywające gąszcz Puszczy Mott,
opadające w dół morderczym potopem przy akompaniamencie ogłuszającego
huku, który zagłuszał śmiertelne krzyki niezliczonych stworzeń ginących
na dole. Mogło wśród nich być również kilku Karmazynowych Gwardzistów
bądź kilkunastu Mottańskich Pospolitaków.
To przypominało polowanie na mrówki toporem.
I nagle, z samego serca płomiennego wiru wytrysnęły toksyczne czary,
uderzając w Silanah skrzącą się falą. Krzyk bólu smoczycy przeszył
powietrze, głośny jak huk gromu. Bestia wiła się gwałtownie, próbując
rozerwać uścisk przeciwnika. Potem umknęła do Odprysku Księżyca, ciągnąc
za sobą strumienie krwi.
Przypomniał sobie gniew Anomandera Rake'a i to, jak utrzymywał go w swych oczach niczym demona przykutego łańcuchem woli, jak stał
nieruchomo i spokojnym, niemal znudzonym tonem wypowiedział tylko jedno
słowo. Imię.
Czepiec.
Na dźwięk tego imienia w jego smoczych oczach rozgorzała jeszcze
straszliwsza furia.
Potem zaczęły się łowy, takie, w jakich chciałby uczestniczyć tylko
głupiec. Rake polował na najgroźniejszego czarodzieja z Karmazynowej
Gwardii. Spinnock przypomniał sobie chwilę, gdy stał na półce ulokowanej
wysoko na powierzchni Odprysku Księżyca i obserwował magiczne burze,
wypełniające połowę nocnego nieba na północy. Zadał sobie wówczas
pytanie, czy świat zaraz zostanie rozerwany na strzępy, i z głębin jego
duszy wydostała się wypaczona, złośliwa myśl.
Znowu...
Gdy na pole bitwy wkraczały potężne moce, sytuacja często wymykała się
spod kontroli.
Czy to Czepiec pierwszy mrugnął? Wycofał się, ustąpił pola, zwiał?
A może to był Syn Ciemności?
Spinnock wątpił, by miał się kiedykolwiek tego dowiedzieć. Anomanderowi
Rake'owi nie zadawało się takich pytań. Po pewnym czasie Tiste Andii
dowiedzieli się, że Czepiec pojawił się znowu, tym razem w Darudżystanie. Znowu wywoływał kłopoty, ale na szczęście nie pozostał w mieście zbyt długo.
Kolejna wizja Silanah, zastawiającej pułapkę na jaghuckiego tyrana
pośród Wzgórz Gadrobi. Tam również zadano jej rany, również użyto
straszliwej magii. Krążyła nad spustoszoną równiną, a pięciu
jednopochwyconych Tiste Andii podążało za nią jak wrony towarzyszące
orłowi.
Spinnockowi nasunęła się myśl, że być może tylko jego niepokoi sojusz
między Tiste Andii a Eleintami. W końcu Anomander Rake toczył ongiś
wojnę ze smokami czystej krwi. W czasach, gdy owe istoty zerwały się z okowów, z dawien dawna podporządkowujących je woli K'rula, i próbowały
zdobyć władzę dla siebie. Motywy, które skłoniły Rake'a do
przeciwstawienia się ich ambicjom, były jak zwykle niejasne. Przybycie
Silanah - znacznie późniejsze - stanowiło kolejne wydarzenie spowite
mgłą tajemnicy.
Nie, Spinnock Durav z pewnością nie był zachwycony beznamiętnym
spojrzeniem smoczycy.
Dotarł pod bramę Nowego Pałacu i ruszył w górę po wyłożonej kamiennymi
płytami rampie. Na zewnątrz nie było wartowników. Nigdy ich tu nie było.
Pchnął jedne z bliźniaczych drzwi i wszedł do środka. Znalazł się w korytarzu o ścianach wspartych przyporami, który ludziom wydałby się
nienaturalnie wąski. Po dwudziestu krokach dotarł do kolejnego łuku
bramy, wiodącej do obszernej komnaty o kopulastym sklepieniu. W podłogę
z gładzonego czarnodrewna wprawiono dwadzieścia osiem spiralnych
terondai Matki Ciemność. Wszystkie wykonano z czarnego srebra.
Spinnock uważał, że ten hołd dla bogini, która się od nich odwróciła,
jest czymś zdumiewającym i głęboko niestosownym.
Och, mędrcy mogli debatować, kto owej nocy odwrócił się pierwszy, nikt
jednak nie mógłby zaprzeczyć, że przepaść jest straszliwie szeroka. Czy
to miała być jakaś spóźniona próba zagojenia starożytnej rany? Spinnock
tego nie rozumiał. Niemniej Anomander Rake osobiście zlecił wykonanie
terondai, przedstawiających Niewidzialne Słońce i otaczającą je
szaloną, wirującą koronę płomienia barwy onyksu.
Jeśli manifestacja Kurald Galain w tym królestwie miała serce, to
znajdowało się ono tutaj, w tej komnacie. Przemierzając ją w trakcie
pokonywania drogi ku krętym, białym jak kość schodom, Spinnock nie czuł
jednak żadnej obecności, żadnego upiornego tchnienia mocy. Tuż za
zakrętem schodów ujrzał plamę światła kołyszącej się lampy.
Dwóch ludzkich służących szorowało alabastrowe stopnie. Ujrzawszy
Spinnocka, usunęli mu się pośpiesznie z drogi.
- Uwaga, mokre - mruknął jeden z nich.
- Dziwię się, że w ogóle trzeba je myć - stwierdził Tiste Andii,
przesuwając się bokiem. - W całym pałacu mieszka tylko piętnaście osób.
- To prawda, panie - zgodził się człowiek, kiwając głową.
Spinnock zatrzymał się i spojrzał za siebie.
- To po co zadajecie sobie trud? Nie wierzę, by kasztelan kazał wam to
robić.
- Nie, panie, nie kazał nam. Po prostu, hm, nudziliśmy się.
Oszołomiony Tiste Andii przystanął na chwilę. Potem znowu ruszył w górę.
Nie potrafił zrozumieć tych krótko żyjących istot.
Droga do komnat zamieszkanych przez Syna Ciemności była długa i trzeba
ją było pokonać w samotności. Pełne ech korytarze, otwarte, niestrzeżone
drzwi. Nieliczna grupka skrybów i rozmaitych biurokratów podlegających
kasztelanowi urzędowała w gabinetach na parterze. Kucharze, czyściciele
ubrań, pracze, palący w kominkach i zapalający świece, wszyscy mieszkali
na niższych piętrach. Tutaj, na górze, ciemność władała królestwem
niemal całkowicie pozbawionym mieszkańców.
W końcu Spinnock Durav dotarł do wydłużonej komnaty z widokiem na Nocne
Wody, gdzie znalazł swego pana.
Anomander Rake siedział przed kryształowym oknem zajmującym całą
wychodzącą na zatokę ścianę. Jego długie srebrnobiałe włosy lśniły lekko
w słabym, rozproszonym świetle przedostającym się do środka przez
fasetkowany kwarc. Dragnipura nigdzie nie było widać.
Spinnock zrobił trzy kroki w głąb komnaty i zatrzymał się nagle.
- Jak poszła gra, Spinnock? - zapytał Syn Ciemności, nie odwracając się.
- Znowu wygrałeś, panie. Ale walka była trudna.
- Brama?
Spinnock uśmiechnął się.
- Gdy już wydawało się, że wszystko stracone...
Być może Anomander Rake skinął głową, słysząc te słowa, a może tylko
przesunął skierowane na Nocne Wody spojrzenie na znajdujący się bliżej
obiekt. Łódź rybacką albo grzbiet lewiatana, który wyłonił się na moment
z głębiny. Tak czy inaczej, gość usłyszał jego westchnienie.
- Spinnock, stary przyjacielu, cieszę się, że wróciłeś.
- Dziękuję, panie. Ja również jestem szczęśliwy, że moje wędrówki
dobiegły końca.
- Wędrówki? Tak, zapewne mogłeś to tak widzieć.
- To cały kontynent, panie. Odnalezienie ukrytych na nim niezliczonych
prawd wymagało sporej dawki... wędrówek.
- Długo się zastanawiałem nad szczegółami twojej opowieści, Spinnocku
Durav. - Rake nadal się nie odwracał. - Wszystko prowadzi do jednego
pytania. Czy muszę się tam udać?
Spinnock zmarszczył brwi.
- Na Assail? Panie, sytuacja, która tam panuje...
- Tak, rozumiem. - Syn Ciemności odwrócił się powoli. Wydawało się, że
jego oczy ukradły blask kryształowemu oknu. Rozbłysły nagle, a potem
wyblakły niczym wspomnienie. - A więc wkrótce.
- Panie, ostatniego dnia, trzy mile od morza...
- Słucham?
- Straciłem już rachubę, ilu ich zabiłem, by dotrzeć na tę odludną
plażę. Panie, w chwili gdy wszedłem do wody wystarczająco daleko, by móc
zniknąć pod falami, cała zatoka zrobiła się czerwona. Fakt, że przeżyłem
to wszystko, jest...
- Łatwy do zrozumienia - przerwał mu Anomander Rake z bladym
uśmieszkiem. - Przynajmniej w opinii twojego pana. - Uśmiech zniknął z jego twarzy. - Straszliwie nadużyłem twych zdolności, przyjacielu.
Spinnock uniósł głowę. Nie potrafił się powstrzymać przed zadaniem
pytania:
- I dlatego pozwala mi się dowodzić żołnierzami z drewna i kamienia na
splamionym winem stoliku? Z każdym dniem moje mięśnie wiotczeją, a ambicja zanika.
- Czy tak właśnie odbierasz zasłużony odpoczynek?
- Niektóre noce są gorsze od pozostałych, panie.
- Gdy słyszę, jak mówisz o ambicji, Spinnock, przypominam sobie inne
miejsce, bardzo dawno temu. My dwaj...
- Wtedy wreszcie poznałem swe przeznaczenie - rzekł Spinnock bez śladu
goryczy.
- Czyny dokonane bez świadków. Niewidziane przez nikogo. Bohaterskie
wysiłki nagradzane wdzięcznością tylko jednej osoby.
- Broni trzeba używać, panie. W przeciwnym razie rdzewieje.
- Ale broń, której używa się zbyt często, robi się tępa i wyszczerbiona,
Spinnock.
Muskularny Tiste Andii pochylił głowę, usłyszawszy te słowa.
- Być może, panie, z takiej broni należy zrezygnować i znaleźć nową.
- Ta chwila jeszcze nie nadeszła, Spinnocku Durav.
Spinnock znowu się pokłonił.
- Panie, moim zdaniem w przewidywalnej przyszłości nie będziesz musiał
podróżować do Assail. Panujący tam obłęd... nie wydostaje się na
zewnątrz.
Anomander Rake przyglądał się przez chwilę twarzy Spinnocka. Potem
skinął głową.
- Graj dalej, przyjacielu. Przeprowadź króla przez trudne chwile. Aż do
chwili...
Znowu odwrócił się w stronę kryształowego okna. Nie musiał kończyć tego
zdania. Spinnock pokłonił się po raz trzeci i wyszedł z komnaty,
zamykając za sobą drzwi.
W korytarzu minął utykającego powoli Endesta Silanna. Na widok Spinnocka
stary kasztelan uniósł wzrok.
- Ach. Czy nasz pan jest w komnacie? - zapytał.
- Tak.
Uśmiech starego Tiste Andii nie był dla Spinnocka nagrodą. Wydawał się
straszliwie wymuszony, pełen smutku i wstydu. Być może Endest miał prawo
do tego pierwszego uczucia - był ongiś potężnym magiem, a potem go
złamano - z pewnością jednak nie zasłużył sobie na drugie. Spinnock nie
potrafił jednak ulżyć jego brzemieniu. Wszystko, co mógłby powiedzieć,
zabrzmiałoby banalnie. Być może powinien spróbować czegoś bardziej...
zjadliwego, co wyrwałoby starszego Tiste Andii z otchłani użalania się
nad sobą.
- Muszę z nim porozmawiać - oznajmił Endest, sięgając ręką do drzwi.
- Ucieszy się z tego - zdołał wykrztusić Spinnock.
Znowu ten uśmiech.
- Jestem tego pewien. - Spojrzał rozmówcy prosto w oczy. - Mam dla niego
wspaniałe wieści.
- Naprawdę?
Endest Silann uniósł haczyk.
- Tak. Znalazłem nowego dostawcę trupich węgorzy.
***
- Władca tego, Syn tamtego, to wszystko nieważne, tak? - Mężczyzna
skończył obierać kozikiem owoc i rzucił łupiny na bruk. - Rzecz w tym,
że on w ogóle nie jest człowiekiem, tak? To tylko kolejny z tych
starożytnych, czarnoskórych demonów o martwym spojrzeniu.
- Cały świat tak zręcznie obierasz ze skóry, co? - zapytał drugi
siedzący przy stoliku mężczyzna, mrugając znacząco do trzeciego, który
nie odezwał się dotąd ani słowem.
- Robię zręcznie wiele różnych rzeczy. Lepiej w to uwierz - mruknął
pierwszy. Kroił owoc na plasterki i wkładał je sobie do ust nadziane na
czubek noża.
Kelner podkręcił knot stołowej lampy i zniknął w mroku.
Trzej mężczyźni siedzieli w jednej z nowych ulicznych restauracji, choć
być może było to zbyt górnolotne określenie dla lokalu mogącego się
pochwalić tylko kilkoma stolikami i drewnianymi krzesłami, z których
każde było inne. Kuchnia była niewiele więcej niż przerobionym wozem
nakrytym płócienną markizą, pod którą rodzina krzątała się przy ruszcie
będącym ongiś korytem dla koni.
Trzy z czterech stolików były zajęte. Wszyscy goście byli ludźmi. Tiste
Andii nie zwykli jeść publicznie, nie wspominając już o czczych
pogawędkach nad kubkami gorącego bastiońskiego kelyku, wonnego napoju,
który ostatnio stał się popularny w Czarnym Koralu.
- Lubisz gadać - zauważył drugi mężczyzna, sięgając po swój kubek. - Ale
słowami nikt nigdy nie wykopał rowu.
- Nie tylko ja stoję po właściwej stronie - odparł pierwszy. - Jest nas
więcej. To oczywiste, że jeśli Władcę Syna szlag trafi, cała ta cholerna
ciemność zniknie i znowu będziemy mieli normalne dni i noce.
- Nie możesz tego zagwarantować - odezwał się sennym głosem trzeci
mężczyzna.
- Powiedziałem już, że to oczywiste. Jeśli tego nie widzisz, to tylko
twój problem, nie nasz.
- Nasz?
- Ehe, właśnie tak.
- Masz zamiar wbić mu ten kozik w serce?
Drugi z rozmówców roześmiał się chrząkliwie.
- Może i żyją długo - mruknął cicho pierwszy. - Ale krwawią tak samo jak
wszyscy.
- Nie mów mi, że to ty zaplanowałeś to wszystko, Policzek - powiedział
trzeci mężczyzna, tłumiąc ziewanie.
- Nie ja - przyznał pierwszy, Policzek. - Ale byłem jednym z pierwszych,
którzy złożyli przysięgę.
- To kto za tym stoi?
- Nie mogę powiedzieć. Nie wiem. Tak właśnie organizuje się podobne
sprawy.
Drugi z rozmówców podrapał się po porastającej mu szczękę szczecinie.
- Wiecie co? - zaczął. - W końcu nie mieszka ich tu milion. Połowa
dorosłych mężczyzn wśród nas była żołnierzami w Domin, a nawet
wcześniej. I nikt nie zabrał nam broni i zbroi, prawda?
- To tylko świadczy o ich głupocie - zgodził się Policzek, kiwając
głową. - Powinni zapłacić za taką arogancję.
- Kiedy następne spotkanie? - zapytał drugi mężczyzna.
Trzeci z nich poruszył się nagle na krześle.
- Właśnie się na nie wybieramy, Harak. Pójdziesz z nami?
Gdy wszyscy trzej sobie poszli, jasnodomin dopił kelyk, zaczekał kilka
uderzeń serca, a potem wstał i otulił się płaszczem, sięgając
jednocześnie pod spód, by poluzować miecz w pochwie.
Zatrzymał się, skierował twarz dokładnie ku północy, zamknął oczy i odmówił cichą modlitwę.
Następnie ruszył swobodnym krokiem mniej więcej w tym samym kierunku, w którym oddalili się trzej mężczyźni.
***
Wysoko na wieży czerwona smoczyca widziała wszystko. W fasetkach jej
oczu odbijały się sceny z każdej ulicy, każdego zaułka, gorączkowy ruch
panujący na targowiskach, kobiety i dzieci wieszające pranie na płaskich
dachach, postacie wałęsające się między budynkami. W tych oczach miasto
kipiało ruchem.
Gdzieś poza Nocą słońce przyniosło na ziemię pogodny, upalny ranek. Na
niebie pojawiły się smużki dymu z ognisk palonych w prowizorycznych
obozach powstałych przy krętych, wydeptanych szlakach biegnących z północy. Potem nadeszli pielgrzymi wypełniający trakty nieprzerwanym
strumieniem, a w promieniach słońca zalśnił złotym blaskiem wąż pyłu
gnany wiatrem aż do Wielkiego Kurhanu.
Najubożsi pielgrzymi nieśli błyszczące muszelki zebrane w morzu i w przybrzeżnych kałużach, gładzone kamyki albo samorodki surowej miedzi.
Zamożniejsi mieli biżuterię, wysadzane klejnotami futerały, pasy cennego
jedwabiu, delantińskie płótno, srebrne i złote rady Daru, łupy zabrane
trupom na polach bitew, kosmyki włosów szanowanych krewnych i wyimaginowanych bohaterów oraz niezliczone inne wartościowe przedmioty.
W odległości dnia drogi od Wielkiego Kurhanu nie musieli się już obawiać
złodziei i bandytów. Śpiewali głośno, maszerując ku ogromnej chmurze
ciemności spowijającej ziemię na południu.
Wszyscy wiedzieli, że pod potężnym kurhanem usypanym ze skarbów
spoczywają śmiertelne szczątki Odkupiciela.
Jeszcze skuteczniejszą ochronę zapewniała im Noc z jej złowrogimi,
milczącymi strażnikami.
Wąż pyłu maszerował ku zbawieniu.
Rhivijczycy z Północnej Genabackis mieli porzekadło, mówiące, że
człowiek, który budzi węża, jest człowiekiem, który nie zna strachu. A człowiek, który nie zna strachu, zapomniał o władających życiem
zasadach.
Silanah słuchała ich pieśni i modlitw.
I obserwowała ich uważnie.
Czasami śmiertelnicy rzeczywiście zapominają. Czasami trzeba im...
przypomnieć.
Rozdział trzeci
Wiedział, że stanie w tym miejscu
Będzie niewdzięcznym zadaniem,
Nieubłaganym jak złożone ofiary
I krwawe przysięgi.
Wiedział, że musi czekać sam
Na szarżę żaru furii,
Na hymny zemsty,
W momencie gdy miecze się skrzyżują,
A tam, gdzie ongiś byli śmiertelnicy,
Nadal trwają sny o domu,
Jeśli choć jedne pozłacane drzwi
Uda się wyważyć.
Czy targował się na próżno,
Albo odwracał się od nadchodzącej chwili?
Czy uśmiechał się z zadowoleniem,
Czekając na skarcenie?
(Widzę go nadal, stoi tam,
A wy wciąż pozostajecie nieprzejednani.
Poeta was potępia,
Artysta krzyczy głośno,
Ten, który płacze,
Odwraca twarz.
Wasze umysły wypełniają
Nieistotne szczegóły,
Najdrobniejsze detale,
A żaden z nich
Nie znaczy nic
Dla nikogo.
On odbiera wam cały gniew,
Wszystkie zbrodnie...
Czy tego chcecie,
Czy nie...
Złożone ofiary
I przysięgi.
Stoi sam.
Ponieważ nikt z was nie śmie
Stanąć u jego boku).
Wyzwanie rzucone przez Rybaka słuchaczom,
gdy przestał recytować Grzywę Chaosu
Owego ranka, tak pogodnego i świeżego od ciepłej bryzy dmącej od
jeziora, do miasta przybyli goście. Czy było ono żywą istotą? Czy miało
oczy? Czy jego zmysły mógł przebudzić odgłos kroków? Czy Darudżystan
owego pięknego poranka patrzył na tych, którzy zatrzymali na nim swe
spojrzenia? Przybysze, potężni i skromni, kroki cichsze od szeptu albo
wstrząsające samymi kośćmi Śpiącej Bogini. Czy podobne sprawy składają
się na puls miasta?
Ale nie, miasta nie mają oczu ani innych narządów zmysłów. Gładzone
kamienie i stwardniały tynk, drewniane belki i ocienione gzymsami
fasady, otoczone murami ogrody i spokojne sadzawki z szemrzącymi
fontannami, wszystko to było niewrażliwe na niszczące poczynania
obywateli. Miasto nie znało głodu, nie mogło się obudzić ani nawet
poruszać nerwowo w grobie.
Podobne sprawy lepiej zostawić pękatemu człowieczkowi, który siedział za
stolikiem w głębi gospody "Pod Feniksem", pochłaniając obfite śniadanie.
Mężczyzna znieruchomiał na chwilę z ustami wypełnionymi ciastem z jabłkami i nagle się zakrztusił. Oczy mu wyszły na wierzch, twarz
zrobiła się szkarłatna. Potem wypluł resztki ciasta prosto w twarz
rozpaczliwie skacowanej Meese siedzącej naprzeciwko. Kobieta, mająca na
twarzy ciasto, które sama wczoraj upiekła, uniosła zaspane oczy i przeszyła bazyliszkowym spojrzeniem kaszlącego, charczącego grubaska.
Gdyby jakieś słowa były konieczne, z pewnością by je wypowiedziała.
Człowieczek nie przestawał kasłać. Z oczu płynęły mu łzy.
Sulty podeszła do stolika ze ścierką w ręku i zaczęła delikatnie
wycierać twarz siedzącej nieruchomo jak posąg Meese.
***
Gwałtowne podmuchy wiatru niosły wąską, pochyłą ulicą, biegnącą na prawo
od wejścia do szynku "U Quipa", resztki pozostałe po nocnych
szaleństwach. Przed chwilą nie było tu nikogo, teraz jednak na ulicy
pojawiły się kwiczące, spienione konie tłukące kopytami o bruk z siłą
żelaznych młotów. Konie - dwa, cztery, sześć - a za nimi ogromna karoca,
na wpół obrócona w bok, ślizgająca się po bruku z głośnym grzechotem.
Tył pojazdu uderzył z trzaskiem w budynek. Tynk, fragmenty markizy oraz
okiennej ramy posypały się na wszystkie strony. Ludzie uciekali od
monstrualnego pojazdu, który przechylił się gwałtownie, omal się nie
przewracając, a potem się wyprostował przy akompaniamencie łoskotu
walącego się domu. Na ulicę padali kolejni ludzie, przetaczający się
rozpaczliwie po bruku, by uniknąć wysokich na wzrost mężczyzny kół.
Konie nadal się nie zatrzymywały. Jeszcze przez pewien czas wlokły w dół
wehikuł, zostawiając na ulicy jego fragmenty, kawały tynku oraz inne,
jeszcze mniej przyjemne rzeczy, nim wreszcie zdołały zwolnić, a potem
się zatrzymać. W znacznym stopniu pomógł im w tym fakt, że na wszystkich
sześciu kołach zacisnęły się drewniane hamulce.
Siedzącym na koźle stangretem cisnęło nagle do przodu. Mężczyzna
przeleciał wysoko nad podrzucającymi łbami końmi i wylądował na wózku na
śmieci, niemal całkowicie pogrzebanym w pozostałościach po fecie.
Odpadki zapewne uratowały mu życie, choć gdy wszystko się uspokoiło,
widoczne były tylko podeszwy jego butów, nieruchome jak przystało
nieprzytomnemu.
Ulicę za karetą zaściełały nie tylko zwykłe śmieci, lecz również ludzkie
szczątki w różnych stadiach rozkładu. Niektóre były miękkie i gnijące, z innych zaś została tylko naciągnięta na kości skóra. Część z nich drżała
jeszcze lub przemieszczała się bezwiednie po bruku niczym odcięte
kończyny owadów. Z częściowo zmiażdżonej ściany sklepu, o który wehikuł
zawadził prawym tylnym rogiem, sterczała głowa trupa. Wbiła się tak
głęboko, że było widać tylko oko, policzek oraz kawałek żuchwy. Oko
zatoczyło się złowieszczo. Usta zadrżały, jakby usiłowały się z nich
wydostać jakieś słowa, a potem rozciągnęły się w groteskowym uśmieszku.
Bardziej kompletne postacie wyrzucone z karety w różne strony podnosiły
się powoli z bruku albo - w dwóch przypadkach - leżały zupełnie bez
ruchu. Kąt nachylenia ich karków i kończyn świadczył jednoznacznie, że
pechowi osobnicy nigdy już nie poruszą się o własnych siłach ani nawet
nie zaczerpną tchu.
Jakaś staruszka wychyliła się przez okno na piętrze, spojrzała
przelotnie na widoczną na dole jatkę i zatrzasnęła drewniane okiennice.
Z częściowo zniszczonego sklepu dobiegły jakieś stuki. Potem rozległ się
stłumiony krzyk. Na sąsiedniej ulicy zaczął wyć pies.
Drzwi karety otworzyły się ze skrzypieniem, zakołysały na zawiasach i spadły z grzechotem na bruk.
Udziałowiec Blada, czołgająca się na rękach i kolanach piętnaście kroków
od karety, uniosła obolałą głowę i odwróciła się ostrożnie w stronę
wehikułu, akurat na czas, by zobaczyć, że nawigator Quell wyskoczył na
ulicę i przetoczył się po bruku jak rhivijska lalka. Ciągnęły się za nim
obłoki dymu.
Bliżej stał, chwiejąc się na nogach, Reccanto Ilk. Rozglądał się wokół z głupią miną, aż wreszcie zatrzymał wzrok na poobijanym szyldzie szynku
"U Quipa". Powlókł się w tamtą stronę.
Blada wstała, strzepnęła pył z brudnego od mięsa ubrania i skrzywiła się
ze złością, widząc, że łuski zbroi sypią się na kamienie jak monety. Z jednej z dziur w kolczudze wydobyła zakończony szponem palec.
Przyglądała mu się przez chwilę, a potem odrzuciła go na bok i podążyła
za Reccantem.
Nim dotarła do drzwi, dołączyła do niej Najsłodsza Udręka. Niska, gruba
kobieta człapała jak kaczka, ale nie zmniejszało to jej determinacji.
Sięgnęła drobnymi dłońmi ku drzwiom baru.
Glanno Tarp wygrzebywał się już z wózka na śmieci.
Wsparty na rękach i kolanach Quell uniósł wzrok.
- To nie jest nasza ulica - stwierdził.
Blada pochyliła głowę i weszła do mrocznego wnętrza baru. Zatrzymała się
na chwilę, aż wreszcie usłyszała hałas dobiegający spod ściany. Reccanto
zwalił się na krzesło, jedną ręką zrzucając ze stolika pozostawione
przez kogoś resztki. Najsłodsza Udręka przyciągnęła sobie drugie krzesło
i klapnęła na nie.
Trzej pijacy, jedyni goście w lokalu, śledzili wzrokiem przemierzającą
salę Bladą. Nagrodziła wszystkich złowrogim spojrzeniem.
Quip Młodszy - jego ojciec otworzył ten lokal w nagłym przypływie
ambicji i optymizmu, który potrwał może z tydzień - wylazł zza kontuaru
takim samym ciężkim krokiem, jakim poruszał się jego stary, i dotarł do
stolika w tej samej chwili, co Blada.
Nikt nie odezwał się ani słowem.
Oberżysta zmarszczył brwi i wrócił na stanowisko.
Pojawili się Quell oraz śmierdzący odpadkami Glanno Tarp.
Chwilę później za stolikiem siedziało już czworo udziałowców oraz wielki
mag nawigator Gildii Kupieckiej Trygalle. Nie wymieniali spojrzeń. Nic
nie mówili.
Quip Młodszy - który kiedyś kochał się w Bladej, w czasach, gdy nikt
jeszcze nie słyszał o Gildii Kupieckiej Trygalle, na długo przed tym,
nim przystała do tej bandy szaleńców - przyniósł pięć kufli i pierwszy
dzbanek ale.
Pięć drżących dłoni sięgnęło po kufle i zacisnęło się mocno na
uchwytach.
Quip zawahał się, zatoczył oczyma i zaczął nalewać kwaśny, tani trunek.
***
Kruppe pociągnął łyk ciemnopurpurowego wina - kosztowało całą radę za
butelkę! - i obracał płyn w ustach, aż wreszcie wypłukał kawałki ciasta
ze szczelin między zębami. Potem przechylił się i wypluł wino na
podłogę.
- Ach. - Uśmiechnął się do Meese. - Znacznie lepiej, co?
- Wezmę od razu pieniądze za tę butelkę - stwierdziła kobieta. - Dzięki
temu będę mogła sobie pójść i nie patrzeć, jak marnujesz znakomity
trunek.
- Ojej, czyżby kredyt Kruppego tak szybko się wyczerpał? Wyłącznie z powodu niefortunnego incydentu, do którego doszło podczas dzisiejszego
śniadania?
- Chodzi o zniewagi, ty tłusta świnio. Nazbierało się ich tak wiele, że
czuję się, jakbym brodziła w plugastwie. - Wyszczerzyła zęby. -
Plugastwie w czerwonej kamizelce.
- Ajajaj, cóż za złośliwy atak. Kruppe jest ugodzony w serce... -
Sięgając raz jeszcze po zakurzoną butelkę, dodał: - I nie ma innego
wyboru, jak złagodzić spoczywający na jego duszy ciężar za pomocą
kolejnego pysznego łyku.
Meese pochyliła się nad stolikiem.
- Jeśli znowu je wyplujesz, Kruppe, skręcę ci kark.
Grubasek przełknął pośpiesznie wino i wciągnął gwałtownie powietrze.
- Kruppe znowu omal się nie udławił. Cóż za ranek! Omeny i ciasto, jęki
i wino!
Rozległy się ciężkie kroki. Ktoś schodził z piętra.
- Ach, nadchodzi malazański zbawca. Młotek, drogi przyjacielu Kruppego,
czy Murillio, słodki książę rozczarowania, odzyskał już pełnię sił?
Chodź, przyłącz się do mnie w tej chwili wzburzenia. Meese, słodka
dziewczyno, czy mogłabyś przynieść kielich dla uzdrowiciela?
Jej oczy zmieniły się w wąziutkie szparki.
- A co z kielichem dla ciebie, Kruppe?
- To zachwycająca sugestia.
Grubasek otarł otwór butelki brudnym rękawem i uśmiechnął się radośnie.
Kobieta wstała i oddaliła się sztywnym krokiem.
Malazański uzdrowiciel opadł z głośnym westchnieniem na krzesło, zamknął
oczy i energicznie potarł bladą, pucołowatą twarz. Potem rozejrzał się
po sali.
- Gdzie są wszyscy?
- Twego towarzysza z minionej nocy Kruppe odesłał do domu, zapewniając
go, że nie grozi ci żadna krzywda. Dziś o świcie, przyjacielu, czy
raczej rankiem depczącym świtowi po pozłacanych piętach. Statki
przybijają do nabrzeży, trapy opuszczają się z łoskotem, tworząc
chwilowe mosty między dwoma światami. Drogi zakręcają raptownie, z bram
wypadają makabryczne, klekoczące mechanizmy, z których sypią się
fragmenty ciał niby mroczne nasiona zagłady! Oczy obserwują obcych spod
opadających powiek, dzierzby krzyczą na parujących płaszczyznach nad
jeziorem, psy drapią się z wigorem za uszami... ach, Meese przyniosła
nam swe najlepsze puchary! Chwileczkę, niech Kruppe usunie pajęczyny,
ciała owadów i inne dowody wielkich wartości owych naczyń... proszę,
siedźmy i przyglądajmy się z zadowoleniem, jak napełnia nam kielichy z chwalebnym meniskiem. Wszak...
- Niech to Kaptur - przerwał mu Młotek. - Jest jeszcze za wcześnie, bym
mógł znieść twoje towarzystwo, Kruppe. Błagam, pozwól mi wypić wino i uciec, dopóki jestem przy zdrowych zmysłach.
- Ależ Młotek, drogi przyjacielu, czekamy na ocenę fizycznego stanu
Murillia.
- Będzie żył. Ale przez tydzień albo i dwa nici z tańców. - Zawahał się
i spojrzał z zasępioną miną na kielich, stwierdzając ze zdziwieniem, że
znowu jest pusty. - Pod warunkiem, że opuści go przygnębienie. Zły stan
umysłu nieraz spowalnia proces zdrowienia ciała. A nawet może go
odwrócić.
- Nie gryź się ciasnym, acz skrupulatnym umysłem Murillia, przyjacielu -
uspokoił go grubasek. - Takie sprawy zawsze znajdują rozwiązanie dzięki
mądrym staraniom Kruppego. Czy Coll nadal czuwa przy łóżku chorego?
Młotek skinął głową, odstawił kielich i wstał.
- Idę do domu. - Łypnął spode łba na grubaska. - Jeśli Oponn pociągną,
może nawet uda mi się tam dotrzeć.
- Niegodziwym nieprzyjaciołom najbardziej sprzyja nieprzyjemny, nocny
chaos, drogi uzdrowicielu. Kruppe z przekonaniem zapewnia, że bez
najmniejszych przeszkód wrócisz na swą niekonwencjonalną kwaterę.
Młotek chrząknął.
- A co daje ci tę pewność?
- To, że będziesz miał odpowiednią strażniczkę, oczywiście! - Nalał
sobie resztę wina i uśmiechnął się do Malazańczyka. - Widzisz te drzwi i niepowstrzymaną Iriltę, która pod nimi czuwa? Nikczemnych kontraktów
pragnących doprowadzić do waszej smutnej śmierci zaiste nie wolno
tolerować. Tak oto Kruppe korzysta ze swych wielkich możliwości, by
bronić waszego życia!
Uzdrowiciel nie przestawał się na niego gapić.
- Kruppe, czy wiesz, kto oferował gildii ten kontrakt?
- Olśniewające objawienia wkrótce nadejdą, najdroższy przyjacielu.
Kruppe obiecuje.
Uzdrowiciel chrząknął po raz drugi, odwrócił się i ruszył ku drzwiom i swej strażniczce. Kobieta uśmiechała się, krzyżując muskularne ręce na
piersiach.
Kruppe odprowadzał ich wzrokiem. Ależ była z nich para!
Meese osunęła się na krzesło porzucone przez Młotka.
- Kontrakt Gildii Skrytobójców - wyszeptała. - No wiesz, może to po
prostu imperialne porządki. W końcu Malazańczycy otworzyli tu nową
ambasadę. Czy to możliwe, że któryś z jej pracowników usłyszał pogłoski
o malazańskich dezerterach prowadzących cholerny bar? Karą za dezercję
jest śmierć, czyż nie?
- To by było zbyt ryzykowne, słodka Meese - odparł grubasek, wyciągając
jedwabną chusteczkę, by wytrzeć czoło. - Niestety, Imperium Malazańskie
ma własnych skrytobójców, a dwaj z nich są obecni w rzeczonej
ambasadzie. Wszystko jednak wskazuje na to, że to dłoń gildii Krafara
dokonała wczorajszego zamachu. - Uniósł kiełbaskowaty palec. - Ten, kto
pragnie śmierci nieszkodliwych malazańskich dezerterów, pozostaje
nieznany, ale ów stan rzeczy nie potrwa długo, o nie! Kruppe odkryje
wszystko, co wymaga odkrycia!
- Świetnie - ucieszyła się Meese. - A teraz odkryj tę radę za wino,
Kruppe.
Grubasek sięgnął z westchnieniem do małej sakiewki u pasa, wsadził rękę
do środka i uniósł brwi w wyrazie nagłej trwogi.
- Najdroższa Meese, Kruppe dokonał jeszcze jednego odkrycia...
***
Plama łypał ze złością na ruchliwe nabrzeże. Powieki mu opadały.
- Po prostu łodzie rybackie wracają z porannych połowów - stwierdził. -
Nie ma sensu tu siedzieć, Leff.
- Ludzie, którzy chcą uciec, przyjdą do portu wcześnie - sprzeciwił się
jego towarzysz, wyskrobując z muszli nożem kawałek słodkowodnego
ślimaka, którego przed chwilą kupił. Przełknął kąsek białego,
błyszczącego mięsa. - Czekają na pierwsze statki z Gredfallanu. Późnym
rankiem, tak? Dzięki nowym śluzom w Dhavranie wszystko jest regularne i przewidywalne. Poświęcą jeden dzień na podróż do Gredfallanu, przenocują
tam, a o świcie wypłyną dalej. Zdesperowani ludzie pierwsi ustawiają się
w kolejce, Plama, dlatego że są zdesperowani.
- Nie znoszę siedzieć z nogami zwisającymi w powietrzu - poskarżył się
Plama, przesuwając się z niezadowoleniem na stosie skrzyń.
- Stamtąd jest najlepszy widok - zauważył Leff. - Zaraz do ciebie wejdę.
- Nie wiem, jak możesz to jeść. W mięsie powinna być krew. Mięso bez
krwi to nie mięso.
- Ehe. To ślimak.
- Stwór z oczami na końcach macek. Gapi się, jak tniesz jego ciało na
kawałeczki. Tylko popatrz, jak te szypułki się obracają, odprowadzają
każdy kąsek do twoich ust. Gapi się, jak go żresz!
- I co z tego?
Nad niskimi molami krążyły wielkie stada wrzeszczących przeraźliwie mew.
Rybacy nieśli kosze pełne rybików. Podążały za nimi dzieci, liczące na
to, że zapłacą im za naciąganie ryb na sznurki, by zdążyć na poranne
targowisko. Szarogrzbiete gadrobijskie koty, zdziczałe już od tysiąca
pokoleń, polowały na mewy. Dochodziło do epickich walk, pierze sypało
się w powietrze, a kłaczki kociej sierści unosiły się na wietrze jak
dmuchawce.
Na dole, w mroku między palami, chodziły stare kobiety, uzbrojone w długie, cienkie pręty wyposażone w zadziory. Nadziewały na nie rybiki,
które zdołały wydostać się z koszy i spaść na ziemię srebrzystym
deszczem. Gdy żniwa były skąpe, staruchy często okładały się nawzajem
zębatymi prętami.
Plama widział z miejsca, w którym siedział, ich opatulone sylwetki
poruszające się w tę i we w tę i wymachujące prętami w wiecznym cieniu.
- Przysięgałem, że nigdy nie zjem niczego, co pochodzi z tego jeziora -
mruknął. - Babciu na górze... Widzisz, że pamiętam rany i dziury na
twoich chudych rękach. Pamiętam je, babciu, i przysięgałem.
- Co się stało? - dobiegł z dołu głos Leffa.
- Nic. Chciałem tylko powiedzieć, że marnujemy tu czas.
- Cierpliwości, Plama. Mamy listę. Mamy kłopoty. Czy nie słyszałeś, że
Brokul może spróbować ucieczki?
- Tu jest cholerny tłok, Leff.
- Musimy tylko skupić uwagę na ustawiających się kolejkach.
- Nie widzę żadnych kolejek, Leff.
Stojący na dole mężczyzna przerzucił pustą muszlę przez mur przybrzeżny.
Spadła z grzechotem na dziesięć tysięcy podobnych.
- Jeszcze nie - zgodził się. - Ale wkrótce się uformują.
***
Tuż za rozstajami dróg w Urs resztki karawany skierowały się do
południowego Miasta Zgryzoty. Poganiacze bydła i robotnicy z kamieniołomów zmierzający do Kruków schodzili na pobocze, a potem się
zatrzymywali, gapiąc się na cztery nadpalone, okopcone wozy kupieckie,
które ich mijały. Każdy wóz ciągnął jeden koń zaprzężony w prowizoryczne
jarzmo. Choć nawet tak małym karawanom z reguły towarzyszył cały oddział
strażników, tu był tylko jeden. Mężczyzna siedział skulony w gadrobijskim siodle, niemal całkowicie spowity w zakurzony płaszcz z kapturem. Z rozcięć w wyblakłej, brązowej tkaninie, tuż nad łopatkami
strażnika, sterczały wytarte uchwyty i gałki dwóch kordelasów. Na
wspartych na wysokim łęku dłoniach miał skórzane rękawice, pełne plam i dziur, przez które prześwitywała niemal jednolicie wytatuowana na czarno
skóra.
Pod kapturem błyszczały dziwnie kocie oczy wpatrzone w drogę. Po obu
stronach polnej drogi wyłaniały się z porannej mgły pierwsze walące się
chaty południowego Miasta Zgryzoty, przypominające niedbale sklecone
gniazda jakichś gigantycznych drapieżnych ptaków. Ze szczelin i dziur w pochyłych ścianach karawanę i jej strażnika obserwowały błyszczące oczy.
Wkrótce zagłębili się już w labiryncie Miasta Zgryzoty. Tłumy wyrzutków
życiowych wyłaniały się z cieni jak duchy, żebrząc słabymi głosami o pieniądze i jedzenie. Tylko nieliczne karawany przybywające z południa
wjeżdżały do Darudżystanu tą drogą. Trasa wiodąca przez nędzne
przedmieścia była wąska i kręta, a ci, którzy byli za słabo bronieni,
mogli paść ofiarą nagiej desperacji otaczających ich ze wszystkich stron
mieszkańców.
Sto kroków na południe od głównego traktu znanego jako Zgryzota Jatema
zaczęło wyglądać na to, że taki właśnie los spotka pechową karawanę i jej jedynego strażnika.
Gdy brudne, wyciągnięte ręce zacisnęły się na szprychach wozów, inne zaś
chwyciły za lejce, zakapturzony mężczyzna obejrzał się i ściągnął wodze.
Wyprostował się w siodle - wydawało się, że urósł nagle.
Ludzie spoglądali na niego ukradkiem, wyraźnie nabierając odwagi. Jakiś
odziany w łachmany mężczyzna wskoczył na kozioł pierwszego wozu obok
woźnicy, który podobnie jak strażnik miał na sobie skórzaną pelerynę z kapturem. Gdy zgryzotnik złapał go za ramię i szarpnął nim, kaptur spadł
raptownie.
Pojawiła się zasuszona twarz trupa. Niemal zupełnie łysa głowa obróciła
się ku intruzowi, kierując ku niemu puste oczodoły.
Zgryzotnik wrzasnął przeraźliwie i zeskoczył z kozła. Strażnik
karawanowy wyciągnął kordelasy. Ich szerokie żelazne klingi pokrywały
czarne i bladopomarańczowe pasy. Kaptur opadł, odsłaniając twarz
wytatuowaną w taki sam wzór. Strażnik uśmiechnął się, odsłaniając
wystające kły. W jego minie nie było śladu wesołości, tylko zapowiedź
rozlewu krwi.
To wystarczyło, by tłuszcza rozpierzchła się z krzykiem.
Po paru chwilach cztery wozy i ich jedyny strażnik wznowili podróż.
Karawana dotarła do Zgryzoty Jatema i włączyła się do ruchu, posuwając
się ospale ku miejskiej bramie. Wytatuowany strażnik schował broń, ale
trup z gołą głową najwyraźniej nie miał ochoty jej zasłaniać. Po
krótkiej chwili martwego woźnicę otaczała eskorta trzech kraczących,
wymachujących skrzydłami wron. Ptaszyska walczyły o miejsce na szarej,
wystrzępionej łysinie. Gdy karawana dotarła do bramy, jedna wrona
siedziała na głowie martwiaka, a dwie pozostałe na jego ramionach.
Wszystkie pracowicie odrywały strzępy mięsa z jego twarzy.
Wartownik wyszedł ze stróżówki, by przyjrzeć się dokładniej strażnikowi
karawanowemu o pasiastej, zwierzęcej twarzy.
- Jesteś Zrzęda, tak? Widzę, że walczyliście. Czy to karawana Sirika...
Bogowie na dole! - zawołał nagle, ujrzawszy woźnicę.
- Lepiej pozwól nam przejechać - wychrypiał cicho Zrzęda. - Nie mam
ochoty na więcej niż jedną rozmowę, a prawa do niej ma Sirik. Jak
rozumiem, przeniósł się już do nowej rezydencji?
Mężczyzna skinął głową. Twarz mu pobladła, a w oczach pojawił się lekki
ślad szaleństwa. Odsunął się i skinął dłonią, przepuszczając karawanę.
Na szczęście droga do rezydencji Sirika trwała krótko. Przejechali obok
Barbakanu Despoty i skręcili w lewo, mijając Górne Wzgórze Szubieniczne,
nim wreszcie ujrzeli świeżo otynkowany mur i wysoki łuk bramy
prowadzącej na podwórze posiadłości kupca.
Wiadomość o ich przybyciu musiała tu dotrzeć przed nimi, bo Sirik czekał
już na nich. Przed słońcem osłaniał go trzymany przez sługę parasol.
Kupca otaczało sześciu osobistych strażników w zbrojach. Jego mina
szybko zrzedła, gdy zobaczył, że na podwórze wtaczają się tylko cztery
wozy. Gdy strażnicy ujrzeli pierwszego woźnicę, w przesyconym pyłem
powietrzu poniosły się głośne przekleństwa. Środkowa wrona postanowiła
rozpostrzeć lekko skrzydła, by odzyskać równowagę zachwianą w chwili,
gdy martwiak zatrzymał wóz.
Zrzęda ściągnął wodze i zsunął się powoli z siodła.
Sirik machnął bezradnie ręką.
- Przecież... przecież...
Strażnik karawanowy zdjął płaszcz, odsłaniając uszkodzoną kolczugę.
Ogniwa z czarnej blachy stalowej popękały od uderzeń miecza, pełno w niej było rys i dziur, a całość pokrywała zakrzepła krew.
- To była banda Mieszkalników - mruknął, znowu się uśmiechając.
- Przecież...
- Sprawiliśmy się nieźle - podjął Zrzęda, uważnie się przyglądając
stojącym za kupcem strażnikom. - A gdybyś użyczył nam paru tych
zarozumialców, mogłoby być jeszcze lepiej. Banda była liczna. Stu
wrzeszczących dzikusów. Durnie podpalili pozostałe wozy, nie zadowalając
się ograbieniem ich.
Kapitan straży Sirika, mężczyzna o naznaczonym blizną obliczu, podszedł
bliżej i przyjrzał się z niezadowoleniem wozom.
- Mówisz stu dzikusów? A ty miałeś pod swoim dowództwem... Ilu? Ośmiu
strażników? Masz nas za idiotów, Zrzęda? Gdybyście spotkali stu
Mieszkalników, nie byłoby cię tutaj.
- Nie, Kest, nie jesteś idiotą - przyznał Zrzęda. - Tępogłowym brutalem
tak, ale nie idiotą.
Kapitan i jego ludzie zjeżyli się. Sirik powstrzymał ich, unosząc
drżącą dłoń.
- Zrzęda, Gisp siedzi na koźle, ale nie żyje.
- To prawda. Podobnie jak trzej pozostali.
- Ale... jak to możliwe?
Wytatuowany mężczyzna wzruszył ramionami w zamaszystym, złowrogim
geście.
- Nie jestem pewien - przyznał. - Ale, tak czy inaczej, wykonywali moje
rozkazy. Co prawda byłem zdesperowany i wykrzykiwałem słowa, których
normalnie bym nie powiedział, ale przecież zostałem sam, a były jeszcze
cztery wozy i cztery konie... - Ponownie wzruszył ramionami. - Zapłać mi
teraz, Sirik. Dostałeś połowę zamówionego bastiońskiego kelyku. To
lepsze niż nic.
- A co mam zrobić z czterema martwiakami?! - wrzasnął kupiec.
Zrzęda odwrócił się i łypnął na Gispa.
- Spadajcie wszyscy do Kaptura. Natychmiast.
Woźnice oklapli nagle i zwalili się na ziemię. Trzy wrony dziobiące
rozoraną twarz Gispa wrzasnęły z oburzeniem, po czym przefrunęły na dół,
by ponownie podjąć przerwaną ucztę.
Sirik wziął się już w garść w wystarczającym stopniu, by móc okazać
irytację.
- Jeśli chodzi o zapłatę...
- Dostanę wszystko - przerwał mu Zrzęda. - Ostrzegałem cię, że jest nas
za mało. Kest może i nie jest idiotą, ale ty nim jesteś, Sirik. Przez
twoją głupotę zginęło szesnastu naszych ludzi, nie wspominając już o stu
Mieszkalnikach. Pójdę do cechu, zgodnie z wymogami. Jeśli otrzymam całą
sumę, zachowam swoją opinię dla siebie. W przeciwnym razie... - Pokręcił
głową. - Nie wynajmiesz więcej strażników karawanowych. Już nigdy.
Sirik wykrzywiał przez chwilę spoconą twarz, aż wreszcie w jego oczach
pojawił się wyraz rezygnacji.
- Kapitanie Kest, zapłać mu.
***
Po krótkiej chwili Zrzęda wyszedł na ulicę. Zatrzymał się, spojrzał na
poranne niebo i ruszył w stronę domu. Pomimo upału włożył płaszcz i postawił kaptur. Te cholerne znaki na skórze uwidaczniały się podczas
walki i miną tygodnie, nim znowu przerodzą się w ledwie dostrzegalne
cienie. Do tego czasu, im mniej będzie się rzucał w oczy, tym lepiej.
Podejrzewał, że w norze, którą zwał domem, zabarykadowała się już zgraja
akolitów czekających na jego powrót. Kobieta o tygrysiej skórze, która
ogłosiła się wielką kapłanką miejscowej świątyni, z pewnością słyszała
przeraźliwy okrzyk wojenny Śmiertelnego Miecza Trake'a, nawet z odległości stu mil dzielących Darudżystan od Równiny Mieszkalnej. Na
pewno strasznie się podekscytowała i jak zwykle będzie rozpaczliwie
próbowała przyciągnąć jego uwagę.
Zrzęda nie dbał ani o nią, ani o parszywych nieudaczników, których
zgromadziła w swej świątyni. Zabicie dzikusów, którzy zaatakowali
karawanę, nie sprawiło mu przyjemności. Nie lubił przelewu krwi, nie
zachwycał go własny, straszliwy gniew. Stracił tamtego dnia przyjaciół,
w tym dwóch ostatnich towarzyszy z Capustanu. Takie rany były bez
porównania głębsze od tych, które zadano jego ciału, i minie znacznie
więcej czasu, nim się zagoją.
Mimo że niósł za pasem wypchany radami mieszek, był w paskudnym
nastroju. Nie miał zamiaru przepychać się przez tłumy wypełniające
główne ulice miasta. Wystarczy jedno popchnięcie albo warknięcie za
dużo, by wyciągnął kordelasy i zaczął torować sobie drogę przez ciżbę. W takim przypadku musiałby uciekać z Darudżystanu, by nie zadyndać na
Górnym Wzgórzu Szubienicznym. Dlatego po przejściu przez Bramę Majątków,
tuż na południe od Parku Borthen, zszedł rampą do Dzielnicy
Przybrzeżnej, a potem ruszył okrężną drogą przez wąskie, kręte zaułki i pełne śmieci przejścia między budynkami.
Nieliczni napotkani ludzie szybko schodzili mu z drogi, jakby instynkt
samozachowawczy nauczył ich nagle łagodności.
Skręcił w nieco szerszą uliczkę i przekonał się, że blokuje ją wysoka
kareta, wyglądająca, jakby zaatakował ją oszalały tłum. Zrzęda
przypomniał sobie, że nadal trwa feta. Gdy jednak podszedł bliżej,
ujrzał pod nogami urwane, zmumifikowane kończyny i krzepnącą powoli
krew. Potem zobaczył wielką dziurę w miejscu, gdzie powinny być drzwi
karocy. Jej mroczne wnętrze wypełniała szara, nieruchoma mgiełka. Konie
stały w zaprzęgu, brudne od zeschłego potu i piany. Wrak nie był
strzeżony, ale najwyraźniej nikt nie miał ochoty go okraść. Zrzęda
uświadomił sobie, że to jedna z tych cholernych karet Gildii Trygalle,
słynących z tego, że zjawiają się nagle, w niewyjaśniony i zawsze
gwałtowny sposób.
Równie irytujący był fakt, że Trygalle stanowiła konkurencję dla
miejscowego Cechu Karawanserajowego, a jej system udziałów nie miał
precedensu. Jego cech dawno już powinien wpaść na coś podobnego, choć -
jeśli słyszane przez Zrzędę pogłoski miały cokolwiek wspólnego z prawdą
- śmiertelność wśród udziałowców Trygalle była przerażająco wysoka,
znacznie wyższa, niż byłby to skłonny zaakceptować zdrowy na umyśle
strażnik karawanowy.
Z drugiej strony był jedynym ocalałym strażnikiem karawany Sirika i choć
otrzymał pełen rad mieszek, kupiec zarobi na kelyku znacznie więcej,
zwłaszcza że nie musiał już płacić woźnicom. Rzecz jasna, będzie też
zmuszony kupić nowe wozy i naprawić te, które Zrzęda doprowadził na
miejsce, ale część kosztów pokryje mu ubezpieczenie.
Okrążył karetę i przyjrzał się jej uważniej. Musiał z niechęcią
przyznać, że Gildia Trygalle solidnie budowała te skurwysyństwa - pojazd
mógł wytrzymać niemal wszystko. Widział ślady po ogniu, pazurach i zębach jakichś bestii, przypominających niedźwiedzie z równin, oraz
uderzeń mieczów. Kolorowa farba łuszczyła się, jakby oblano ją kwasem.
Wehikuł wyglądał jak wóz bojowy po bitwie.
Minął konie i po pięciu krokach zatrzymał się zaskoczony. Przeszedł
bardzo blisko i zwierzęta powinny wpaść w panikę. Nawet te, które
przyzwyczaił do swego zapachu, drżały, gdy ich dosiadał, dopóki ich
strachu nie złagodziło wyczerpanie. Ale te... Skrzywił się, spoglądając
w oczy jednego z koni. Nie wyczytał w nich nic poza znudzeniem i obojętnością.
Zrzęda pokręcił głową i ruszył w dalszą drogę.
To było cholernie dziwne. Ale z drugiej strony przydałby mu się taki
koń.
Chociaż czy nie lepszy byłby martwy? Taki jak Gisp?
Ta myśl przypomniała mu o paru nieprzyjemnych faktach, nad którymi wolał
się w tej chwili nie zastanawiać.
Na przykład o tym, że potrafił rozkazywać umarłym.
Był już za stary, by odkrywać w sobie nowe talenty.
***
Łódka ze skór morsów zakołysała się niebezpiecznie na falach między
dwiema barkami handlowymi. W każdej chwili groziło jej zmiażdżenie
między ich burtami. Płynący nią człowiek rozpaczliwie poruszył wiosłami
i przemknął między barkami, by przybić do ubłoconego molo pełnego
pułapek na raki. Potem wygramolił się z szalupy. Od pasa w dół był
zupełnie mokry, a w plecaku, który przerzucił sobie przez ramię,
pluskała woda. Gdy dotarł do wytartych kamiennych schodów prowadzących
na nabrzeże, okazało się, że plecak przecieka.
Mężczyzna był zaniedbany, miał dwu- albo trzydniowy zarost, a jego
skórzany strój stanowił dziwne połączenie wkładanej pod zbroję
przeszywanicy z ubiorem noszonym przez nathijskich rybaków podczas
szkwału. Wykonany z foczej skóry kapelusz o opadającym rondzie był
zdeformowany, wyblakły w słońcu i pokrywał go nalot soli. Poza plecakiem
miał też dziwnie wyglądający bułat w rozszczepionej pochwie związanej
wystrzępionymi rzemieniami. Gałkę w kształcie głowy węża zdobiły puste
oczodoły, z których wyjęto klejnoty, a także długie kły i kołnierz.
Wysoki, żylasty mężczyzna poruszał się szybko i nieco ukradkowo. Po
wejściu na górę wtopił się w tłum, zmierzając ku zaułkom po drugiej
stronie Frontowej.
Przy brzegu ktoś krzyczał, dopytując się, kto zostawił ledwie się
trzymającą na wodzie łódkę między barkami.
Mężczyzna dotarł do wylotu zaułka, postąpił kilka kroków w głąb niego i zatrzymał się w cieniu między wysokimi murami magazynów. Zdjął kapelusz
i wytarł nim brud z czoła. Jego czarne włosy z przodu już rzedniały, z tyłu jednak opadały do krzyża, związane w długi kucyk do tej pory
schowany pod kapeluszem. Czoło i twarz przybysza naznaczyły blizny,
brakowało mu też większej części lewego ucha. Drapał się przez chwilę po
brodzie, po czym włożył kapelusz i ruszył przed siebie.
Po niespełna dziesięciu krokach zaskoczyło go dwóch ludzi, którzy
wypadli z wnęk po obu stronach. Ten z lewej przycisnął mu do żeber
sztych sztyletu, drugi zaś machnął krótkim mieczem, zmuszając ofiarę do
przesunięcia się pod brudną ścianę.
Mężczyzna uczynił to bez słowa. Wytężył wzrok, przyglądając się w półmroku człowiekowi z mieczem.
- Leff.
Napastnik uśmiechnął się, odsłaniając zepsute zęby.
- Cześć, stary wspólniku. Kto by pomyślał, że się tu zjawisz?
Mężczyzna z nożem prychnął pogardliwie.
- Myślałeś, że cię nie poznamy w tym głupim kapeluszu, co?
- Plama! Nie macie pojęcia, jak bardzo się cieszę, że widzę was obu.
Bogowie na dole, byłem przekonany, że dawno już spotkał was paskudny
koniec. To wspaniała wiadomość, przyjaciele! Gdybym tylko miał
pieniądze, chociaż odrobinę, zaraz postawiłbym wam kolejkę...
- Starczy tego - warknął Leff, nie przestając wymachiwać mieczem przed
twarzą mężczyzny. - Jesteś na naszej liście, Torvaldzie Nom. Co prawda,
bardzo nisko, bo większość wierzycieli doszła do wniosku, że od dawna
już nie ma cię w mieście i prawie od równie dawna nie żyjesz. Ale
uciekłeś przed spłatą długu i ten dług wciąż rośnie, nie wspominając o tym, że porzuciłeś mnie i Plamę.
- Nieprawda! Pamiętam, że oficjalnie ze sobą zerwaliśmy po tej nocy,
gdy...
- Cicho, do cholery! - wysyczał Plama. - Nikt nic o tym nie wie!
- Chciałem tylko powiedzieć, że wcale was nie porzuciłem - wyjaśnił
pośpiesznie Torvald.
- Nieważne - uznał Leff. - Przecież nie dlatego jesteś na liście, tak?
- Musicie być naprawdę zdesperowani, jeśli się podjęliście...
- Może tak, a może nie - przerwał mu Plama. - Mówisz, że jesteś bez
grosza? To niedobrze, Torvald. Gorzej dla ciebie niż dla nas, bo musimy
cię oddać w ręce lichwiarza Gareba. Ojej, ale się ucieszy.
- Chwileczkę! Znajdę tę forsę! Spłacę dług! Potrzebuję tylko czasu...
- Nie możemy ci go dać. - Leff pokręcił głową. - Przykro mi, stary
druhu.
- Jedna noc. Nie proszę o nic więcej.
- Jedna noc wystarczy, żebyś uciekł daleko.
- Nie! Przysięgam. Bogowie, dopiero co wróciłem! Chcę spłacić wszystkie
długi!
- Naprawdę? A jak zamierzasz to zrobić?
- Szczegóły lepiej zostaw mnie, Plama. W ten sposób nie będziecie z Leffem niczemu winni. Posłuchajcie. Na pewno jestem nisko na tej liście,
bo przecież minęło już wiele lat. To znaczy, że nikt nie liczy na to, że
mnie przyprowadzicie, tak? Dajcie mi tylko jedną noc, nie proszę o więcej. Możemy się tu spotkać jutro o tej samej porze. Nie ucieknę, daję
słowo.
- Chyba masz nas za idiotów - obruszył się Leff.
- Posłuchajcie, jak już spłacę dług Garebowi, będę mógł wam pomóc. Z tą
listą. Kto lepiej zna się na takich sprawach ode mnie?
Plama rozciągnął twarz w wyrazie niedowierzania tak bardzo, że oczy omal
nie wypadły mu z orbit. Oblizał wargi i zerknął na Leffa.
Torvald Nom zauważył to i skinął głową.
- Ehe, obaj macie kłopoty. Te listy niszczą wszystkich, którzy się nimi
zajmą. Muszę wam powiedzieć, że jestem zdumiony, a także głęboko
rozczarowany, widząc, że obaj upadliście tak nisko od chwili mojego
wyjazdu. Bogowie, gdybym tylko to przewidział, mógłbym rozważyć
możliwość zostania...
- To cholerne kłamstwo - żachnął się Leff.
- Dobra, może trochę przesadziłem. To ile zdaniem Gareba jestem mu
winien?
- Tysiąc srebrnych rad.
Torvald Nom rozdziawił usta. Krew odpłynęła z jego twarzy.
- W imię Kaptura, postawił mi tylko kolację i może ze dwa dzbanki.
Zresztą myślałem wtedy, że po prostu jest hojny. Chciał, bym wykonał dla
niego jakąś robotę albo coś w tym rodzaju. Poczułem się znieważony,
kiedy przysłał mi rachunek za tamten wieczór...
- Odsetki, Torvald - przerwał mu Leff. - Wiesz, jak to jest.
- Poza tym po prostu wziąłeś i uciekłeś - dodał Plama. - Gdzie się
podziewałeś przez cały ten czas?
- Nigdy byś mi nie uwierzył.
- Czy to, co masz na rękach, to ślady od kajdan?
- Ehe, i jeszcze gorsze. Poznałem nathijskie zagrody dla niewolników,
malazańskich handlarzy, całą drogę aż do Siedmiu Miast. Beru, broń,
przyjaciele, nic z tego nie było przyjemne. Jeśli zaś chodzi o długą
podróż powrotną, to, gdybym był bardem, mógłbym zbić majątek na tej
opowieści!
Miecz wiszący przed twarzą Torvalda zakołysał się nagle, obniżył,
wreszcie opadł. Nóż dotykający jego żeber również się cofnął. Przybysz
spojrzał szybko w twarze obu mężczyzn.
- Jedna noc, przyjaciele, i wszystko załatwię. Mogę też zacząć pomagać
wam z listą.
- Już mamy pomoc - przyznał Leff, choć w jego głosie nie słyszało się
zadowolenia.
- Tak? A kto wam pomaga?
- Kruppe. Pamiętasz go?
- Ten tłusty, przypochlebny paser, który zawsze siedzi "Pod Feniksem"?
Chyba zwariowaliście.
- To nasz nowy lokal - wyjaśnił Plama. - Odkąd Bormen wyrzucił nas z...
- Nie opowiadaj mu o takich sprawach, Plama.
- Jedna noc - powtórzył Torvald, kiwając głową. - Zgoda? W porządku, nie
będziecie żałować.
Leff odsunął się i schował miecz do pochwy.
- Już tego żałuję. Posłuchaj, Torvald, jeśli uciekniesz, będziemy cię
ścigać po całym świecie. Nawet jeśli wrócisz prosto do nathijskich
zagród, będziemy tam na ciebie czekać. Rozumiesz?
Torvald przyglądał mu się przez chwilę. Wreszcie skinął głową.
- Rozumiem, Leff. Możesz być spokojny. Wróciłem do miasta i nigdy już go
nie opuszczę.
- Jedna noc.
- Ehe. Lepiej wróćcie do obserwacji portu. Nigdy nie wiadomo, kto będzie
chciał uciec następnym statkiem.
Na twarzach obu mężczyzn nagle pojawił się niepokój. Leff odepchnął
Torvalda na bok i ruszył w stronę przystani. Plama podążył za nim.
Torvald odprowadzał ich wzrokiem, gdy dobiegli do wylotu zaułka, a potem
zniknęli w tłumie na Frontowej.
- Jak to się dzieje, że kompletni idioci nigdy nie mogą zginąć? -
mruknął pod nosem.
Poprawił pelerynę produkcji Moranthów, upewniając się, że żaden z ukrytych w wewnętrznych kieszeniach przedmiotów nie poluzował się albo -
bogowie, brońcie - nie pękł. Nic z nich nie kapało. Nic go nie parzyło,
nie czuł oślizłej obecności... czegokolwiek. To bardzo dobrze. Wepchnął
mocniej kapelusz na głowę i ruszył w dalszą drogę.
Ta sprawa z Garebem była cholernie irytująca. No cóż, będzie musiał coś
przedsięwziąć, prawda?
Jedna noc. Znakomicie. Niech i tak będzie. Reszta może zaczekać.
Mam taką nadzieję.
***
Skromny Wkład urodził się przed dwudziestu siedmiu laty w Jednookim
Kocie. W jego żyłach płynęła mieszana krew - Rhivijska kobieta,
sprzedana miejscowemu kupcowi za dwanaście sztab hartowanego żelaza, po
roku wydała na świat bękarta. Osiem lat później ojciec uznał chłopaka i uczynił go pełnoprawnym domownikiem. Skromny Wkład został uczniem w sklepie z wyrobami żelaznymi i z czasem odziedziczyłby cały interes,
gdyby nie nadeszła straszliwa noc, która położyła kres jego
bezpiecznemu, spokojnemu życiu.
Miasto obległa cudzoziemska armia. Nastały dni i noce bardzo ekscytujące
dla młodzieńca. Po ulicach krążyły pogłoski, że przynależność do
wielkiego i bogatego Imperium Malazańskiego zapowiada dla miasta
wspaniałe korzyści, ale głupcy z pałacu nie chcą skapitulować. Oczy jego
ojca zapłonęły na myśl o wyimaginowanej szansie. Z pewnością to właśnie
podobne wizje skłoniły starzejącego się kupca do spiskowania z agentami
imperium celem otwarcia bram. Podjęta pewnej nocy próba zakończyła się
katastrofalnym niepowodzeniem. Kupca aresztowano, a potem stracono, do
jego rezydencji wtargnęli zaś żołnierze z miejskiego garnizonu z mieczami w rękach.
Po tym incydencie pozostały Skromnemu Wkładowi koszmarne wspomnienia,
które nigdy nie miały zniknąć. Widział, jak zgwałcono i zamordowano jego
matkę oraz przyrodnie siostry. Krzyki, dym i krew - wszędzie krew niczym
gorzki dar jakiegoś mrocznego boga - och, zapamiętał ją bardzo
dokładnie. Pobito go, zakuto w łańcuchy i wywleczono na ulicę. Czekałby
go ten sam los, co pozostałych, gdyby nie obecność kompanii najemników
sprzymierzonej z miastem. Jej dowódca, wysoki, gwałtowny wojownik zwany
Jorrickiem Ostrą Lancą, zagarnął dla siebie garstkę ocalałych więźniów.
Później kompanię wygnali z miasta jego paranoidalni władcy. Jorrick i jego ludzie przepłynęli statkami na drugi brzeg Jeziora Starego Króla na
krótko przed tym, nim kolejny akt zdrady okazał się bardziej udany od
pierwszego. Znowu nastała noc rzezi, lecz tym razem krew przelewały
wprawne ręce skrytobójców ze Szponu. Jednooki Kot przeszedł pod
panowanie Imperium Malazańskiego.
Jorrick zabrał więźniów i wysadził ich na dzikim, południowym brzegu
jeziora, u samych podstaw Gór Jednookiego, zostawiając im wystarczająco
wiele zapasów, by mogli przejść przez góry i dotrzeć na Płaskowyż
Starego Króla. Stamtąd Skromny Wkład poprowadził ocalałych domowników -
zarówno niewolników, jak i wolnych obywateli - do miasta zwanego
Niedźwiedziem. Po krótkim postoju ruszyli w dalszą drogę, do Łaty i na
Trakt Rhivijski.
Zatrzymali się na pewien czas w Pale, lecz znowu musieli uciekać przed
malazańskim oblężeniem. W końcu obdarta kolumna uchodźców dotarła do
Darudżystanu.
Skromny Wkład odnalazł tam ostatnie ocalałe biuro firmy ojca i rozpoczął
długi proces ostrożnej rozbudowy, dzięki któremu znacznie udoskonalił
swe taktyczne zdolności i wyrobił hart ducha.
Długa, pełna niebezpieczeństw droga zapewniła mu lojalność pracowników.
Niewolników nagrodził wyzwoleniem i żaden z nich nie odrzucił oferty
zatrudnienia. Handel żelazem rozkwitał. Przez pewien czas wydawało się,
że klątwa, jaką było Imperium Malazańskie, mogła go znowu wytropić,
ofiarowano jednak dar, dar krwi, który Skromny Wkład świetnie teraz
rozumiał, i miasto ocalało.
Na jak długo? Skromny Wkład doskonale znał metody stosowane przez
Imperium Malazańskie. Infiltracja, sprytnie przeprowadzana
destabilizacja, zamachy skrytobójcze, szerzenie paniki i rozkład
panującego porządku. Ambasada, otworzona ostatnio w mieście, była
jedynie środkiem umożliwiającym sprowadzenie do Darudżystanu
śmiercionośnych agentów. On jednak skończył już z uciekaniem.
Przodkowie jego ojca zajmowali się handlem żelazem już od dwunastu
pokoleń. Tutaj, w biurze firmy ulokowanym w Dzielnicy Gadrobijskiej
Darudżystanu, w piwnicach położonych głęboko poniżej poziomu ulicy,
odnalazł spisane rejestry sięgające wstecz niemal sześćset lat. W najstarszych welinowych zwojach Skromny Wkład odkrył coś niezwykłego.
Darudżystan nie wpadnie w łapy Imperium Malazańskiego. Znalazł sposób,
by to zapewnić. By dopilnować, że żadne zagraniczne mocarstwo nigdy już
nie zagrozi miastu, które zwał teraz domem, jego rodzinie i wszystkim,
których kochał.
Skromny Wkład świetnie zdawał sobie sprawę, że będzie potrzebował całego
swego sprytu, by zrealizować skomplikowany plan. Niezbędne okażą się też
wielkie ilości gotówki, te jednak zdołał już zgromadzić. Niestety będzie
musiał działać bezlitośnie.
Tak, to wcale nie będzie przyjemne, ale czasami ofiar nie da się
uniknąć.
Główne biuro firmy Wyroby Żelazne Eldra było rozległym zgrupowaniem
budynków, magazynów i warsztatów położonym tuż na północ od Bramy Dwóch
Wołów. Cały kompleks otaczał wysoki mur. Trzy kuźnie zbudowano
naprzeciwko wydłużonej, jednokondygnacyjnej odlewni wspartej o jego
zachodni odcinek. Pod budynkiem przepływał podziemny strumień wpadający
do Maitenu. Spływające nim zanieczyszczenia sprawiły, że zatoce, do
której się wlewał, nadano nazwę Brązowej Wody. W większość dni plama
sięgała daleko od brzegów Lazuru. To były niefortunne konsekwencje
wytapiania żelaza, jak zawsze powtarzał miejskim urzędnikom, gdy
gadrobijscy rybacy skarżyli się zbyt głośno, by można to było ignorować.
Propozycje rekompensaty z reguły jednak wystarczały, by uciszyć
protesty. Skromny Wkład dostrzegał w tym lekko gorzką ironię. Jej
podstawę stanowił fakt, że wszyscy potrzebowali żelaza, a popytowi na
nie nie było końca. Z tego metalu produkowano wszystko: od haczyków
rybackich i osęk, aż po miecze i zbroje... ale ten ostatni szczegół
Skromny Wkład rozsądnie zachowywał dla siebie.
Budynek zarządu zbudowano pod południowym murem. Znajdowały się w nim
zarówno gabinety, jak i pokoje mieszkalne. Skrzydło położone najbliżej
południowego końca odlewni zdominowały kwatery dla personelu. W centralnym bloku umieszczono archiwa i biuro. Ostatnie skrzydło było
najstarszą częścią budowli, jego fundamenty wywodziły się z czasów, gdy
podstawowym metalem był brąz, a cywilizacja nie wyszła jeszcze poza
stadium nowej obietnicy. Głęboko pod ziemią ukrywały się starożytne,
kręte schody, wiodące przez warstwy wapienia do szeregu wykutych w skale
krypt, od pokoleń używanych jako magazyny. Skromny Wkład podejrzewał
jednak, że w dawnych czasach służyły one mniej prozaicznym,
mroczniejszym celom.
Niedawno przerobił jedno z tych pomieszczeń na swój tajny gabinet. Mógł
tam pracować sam, chroniony przez sieć od dawna uśpionych osłon. Spędzał
tu większą część każdej nocy, dziwnie niestrudzony, jakby szlachetność
sprawy pobłogosławiła go nadludzkimi siłami. Stało się to dlań kolejnym
dowodem, że jego wysiłki zaczynają przynosić dary, coś w rodzaju
uznania, od mocy, w których przetrwanie do współczesnych czasów wierzyło
tylko niewielu.
Myślał o podobnych sprawach nawet za dnia, a zwłaszcza dzisiaj, gdy jego
najwierniejszy sługa - jedyny człowiek, który wiedział o istnieniu
tajemnych krypt i o wielkim planie Skromnego Wkłada - wszedł do
gabinetu, położył na biurku woskową książeczkę i wyszedł.
Skromny Wkład podekscytował się nagle, ale mina szybko mu zrzedła, gdy
otworzył książeczkę i przeczytał wypisaną w wosku wiadomość.
To było bardzo niefortunne. Czterech skrytobójców i żadnemu się nie
powiodło. Gildia zapewniała, że to już się nie powtórzy.
Okazało się, że ofiary rzeczywiście są tak niebezpieczne, jak
podejrzewał Skromny Wkład. Niestety nie pocieszyło go to zbytnio.
Odłożył książeczkę, sięgnął po spoczywający na podgrzewanej płycie wałek
i ostrożnie stopił tekst.
Gildia będzie musiała spisać się lepiej, bo w przeciwnym razie utraci
wiarę w nią i poszuka... innych rozwiązań.
Z góry dobiegał brzęk żelaznych sztab staczanych z palet na prowadzące
do magazynu szyny. Brzmiał on jak szczęk oręża na polu bitwy. Skromny
Wkład skrzywił się, słysząc ten dźwięk.
Wszystko, co będzie konieczne. Wszystko.
***
Cudzoziemski statek zbliżający się do Dolnego Pirsu bardzo szybko
przyciągnął uwagę kłębiących się na nabrzeżu tłumów. Zaskoczenie
uciszyło nieustanny ryk handlarzy, dokerów, wróżbitów, prostytutek,
tragarzy oraz rybaków. Wszyscy wytrzeszczali oczy. Ludzie przerywali
rozmowy, wciągali powietrze w płuca i wstrzymywali oddech pod wpływem
szoku. Ktoś parsknął śmiechem, inni poszli za jego przykładem.
Na dziobie nisko wystającego nad wodę statku stała kobieta, opierająca
piękną, bladą dłoń na galionie ukształtowanym na podobieństwo końskiej
głowy.
Gdyby nie jej oszałamiająca, eteryczna uroda, wyniosła, królewska poza
nieznajomej graniczyłaby z karykaturą. Kobieta miała na sobie
szmaragdowozieloną bluzkę, spływającą po jej sylwetce jak woda w lodowatym potoku. Za szeroki, skórzany pas zatknęła trzy nagie sztylety.
Niżej miała obcisłe, skórzane spodnie i nogawice z niegarbowanej skóry.
Za jej plecami, na pokładzie i na masztach, roiło się około dwudziestu
bhok'arala. Trzy dalsze walczyły o miejsce na wiośle sterowym.
We wszystkich portach na świecie krążyły opowieści o niezwykłych
statkach, które do nich zawijały, nic jednak nie mogło się równać z tym
widokiem. Tak przynajmniej zapewniali w następnych latach świadkowie,
opowiadający o owym wydarzeniu w domach i w szynkach. Gdy statek zbliżał
się do pirsu, wydawało się, że katastrofa jest blisko. W końcu
bhok'arala były tylko zwykłymi małpami, nie przerastały inteligencją
przeciętnego psa. Marynarze? To śmieszne. Prowadzący precyzyjnie statek
do brzegu? Wykluczone. Niemniej jednak w ostatniej chwili trzy walczące
o kontrolę nad wiosłem sterowym stworzenia jakimś cudem przechyliły
żaglowiec. Słomiane bufory złagodziły uderzenie kadłuba o kamienny pirs.
Na brzeg posypał się chaotyczny deszcz cum. Tylko nieliczne spadły w zasięgu czekających robotników portowych, to jednak wystarczyło, by
bezpiecznie zacumować. Wysoko na grotmaszcie topsel załopotał głośno.
Potem płótno zwinęło się i spadło na pokład, więżąc na chwilę jednego
bhok'arala. Stworzenie szarpało się z głośnym piskiem.
Przebywające na pokładzie małpy zbiegały się ze wszystkich stron ku
trapowi, przepychając się szaleńczo. Wszyscy w porcie gapili się na to
ze zdumieniem. Wreszcie szara, wypaczona deska spadła z głośnym stukiem
na kamienie pirsu. Trzy albo cztery czarne skrzydlate zwierzątka wpadły
do wody, piszcząc żałośnie.
W odległości kilkunastu kroków od statku zatrzymał się przedstawiciel
kapitana portu, wyraźnie obawiając się podejść bliżej, by zażądać opłaty
portowej. Bhok'arala wylazły z wody i wdrapały się z powrotem na pokład.
Jeden trzymał w zębach wielką rybę. Reszta zbiegła się ku niemu, chcąc
wydrzeć mu tę zdobycz.
Kobieta odsunęła się od dziobu, ale zamiast podążyć w stronę trapu i wyjść na ląd, zniknęła pod pokładem.
Urzędnik zbliżył się w końcu do trapu, ale wycofał się szybko, gdy kilka
siedzących na relingu bhok'arala wyszczerzyło groźnie kły.
Jak zwykle fascynacja tłumu szybko wygasła. Wokół statku nie działo się
nic ciekawego, poza bezowocnymi wysiłkami urzędnika próbującego zmusić
do uiszczenia opłaty portowej zgraję skrzydlatych małp, które warczały
na niego w odpowiedzi i robiły miny, a jedna posunęła się nawet do tego,
że rzuciła weń świeżym rybim łbem. Gapie stopniowo wracali do swych
obowiązków. Wieści o wspaniałej kobiecie i absurdalnej załodze jej
statku szybko szerzyły się w mieście, przelatując od ulicy do ulicy
szybko jak szpaki. Popołudnie ciągnęło się bez końca.
***
Siedząca w kajucie kapitana Scillara przyglądała się, jak Siostra
Złośliwość z bladym uśmieszkiem na pełnych ustach napełnia kielichy
winem. Następnie ustawiła je przed siedzącymi za stołem mapowym gośćmi.
Gdy Nożownik odwrócił się na krześle, zbyt sfrustrowany, by zaakceptować
ten gest pokoju, uśmiech zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca
zasępionej minie, być może nieco przesadzonej.
- Och, doprawdy - obruszyła się Złośliwość. - Miło by było, gdybyś choć
raz zechciał okazać dojrzałość. To prawda, że rejs trwał długo,
powtarzam jednak, że najrozsądniej będzie zaczekać z wyjściem na ląd do
zmierzchu.
- Nie mam tu wrogów - warknął ze złością Nożownik. - Tylko przyjaciół.
- Być może tak jest rzeczywiście - przyznała Złośliwość. - Zapewniam cię
jednak, młody skrytobójco, że Darudżystan nie jest już tym samym
miastem, które opuściłeś przed laty. Sytuacja jest niepewna, nadchodzą
bardzo groźne wydarzenia...
- Wiem o tym! Czuję to. Czułem to, nim jeszcze wsiadłem na pokład
twojego przeklętego statku! Jak ci się zdaje, dlaczego bierne siedzenie
na pokładzie wydaje mi się najgorszą możliwą decyzją? Muszę zobaczyć się
z ludźmi, ostrzec ich...
- Ojej... - przerwała mu Złośliwość. - Naprawdę wierzysz, że tylko ty
zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństwa? Że tylko ty możesz przechylić
szalę? Ach, młodzieńcza arogancja!
Scillara napełniła fajkę rdzawym liściem i poświęciła krótką chwilę, by
ją zapalić. Kajutę wypełniały ciężkie, posępne uczucia. Rzecz jasna, nie
było to żadną nowością. Całemu rejsowi towarzyszyły chaos i konflikty,
już od chwili, gdy ją, Nożownika, Barathola i Chaura wyłowiono z morza,
a z nieba spadły wielkie okruchy ognia. Pełne czci bhok'arala, okropny
muł i stara wiedźma zmieniająca się w chmarę pająków, gdy tylko ktoś
spojrzał na nią z ukosa. Chudy, kompletnie zwariowany wielki kapłan
Cienia i Trell o złamanym sercu. I choć Złośliwość zachowywała się jak
rozpieszczona księżniczka, była w rzeczywistości jednopochwyconą
czarodziejką, straszliwie potężną i niebezpiecznie nieobliczalną jak
pradawna bogini. Scillara nie potrafiła sobie wyobrazić bardziej
niedobranej grupy pasażerów i załogi.
A teraz przybyliśmy na miejsce. Biedny Darudżystan!
- To już nie potrwa długo - zapewniła Nożownika. - Lepiej nie
przyciągajmy niczyjej uwagi.
Iskaral Krost - siedzący na krześle i podciągający nogi w ten sposób, że
jego ropusza twarz wyglądała spomiędzy kolan - zakrztusił się nagle,
słysząc te słowa. Wybałuszył oczy, łypiąc na stół.
- Nasza załoga składa się z szalonych małp! - Uniósł głowę i wbił
podekscytowane spojrzenie w Scillarę. - Moglibyśmy ją wykorzystać do
wędzenia ryb! Wystarczyłoby zawiesić parę w jej włosach! Oczywiście
później wszyscy byśmy się nimi zatruli. Może na tym właśnie polega jej
plan! Nie można jej dopuszczać do jedzenia i napojów. Tak jest,
przejrzałem ją. Wielkiego kapłana Cienia nie da się tak łatwo oszukać. O nie. Na czym to stanąłem? - Zmarszczył brwi, a potem zerwał się z krzesła, spoglądając groźnie na Scillarę. - Nie przyciągajmy uwagi!
Dlaczego nie możemy po prostu ukryć się w tej twojej chmurze, kobieto?
Posłała mu całusa przez obłok dymu.
Złośliwość odstawiła kielich.
- Zapewne warto by przedyskutować dalszy plan działania, nie sądzicie?
Wszyscy obecni odpowiedzieli na to pytanie pozbawionymi wyrazu
spojrzeniami.
Złośliwość westchnęła.
- Mappo Konusie, tego, którego szukasz, nie ma na tym kontynencie.
Niemniej radzę ci, byś ruszył dalej drogą lądową, być może docierając aż
do Lamatath, gdzie powinno ci się udać znaleźć statek płynący do
złowrogiego Imperium Letheryjskiego.
Trell spojrzał na nią spod ciężkich brwi.
- W takim razie nie będę tu zalegał.
- Och, nie wolno mu zalegać - wyszeptał Iskaral Krost. - Nie, nie, nie.
Zbyt wiele gniewu, zbyt wiele żalu. Przerośnięty przygłup nie może
zalegać ani tym bardziej oblegać. Obleganie byłoby czymś okropnym i zapewne też sprzecznym z prawem. Tak jest, może udałoby mi się załatwić,
by go aresztowano. Zamknięto w jakimś okropnym lochu i zapomniano o nim.
Och, muszę pomedytować nad tą ewentualnością, cały czas uśmiechając się
dobrodusznie!
Uśmiechnął się.
Mogora prychnęła pogardliwie.
- Mężu... - zaczęła słodko. - Wywróżyłam twój los. W Darudżystanie
odnajdziesz swego pogromcę, nastąpi katastrofalna kolizja. Zniszczenia,
cierpienie dla wszystkich, uwolnienie przerażających klątw i potężnych
mocy. Ruina, tak straszliwa, że co noc śnię o błogosławionym pokoju,
który przywróci we wszechświecie równowagę.
- Trudno mi sobie wyobrazić, by Cień mógł gdziekolwiek przywrócić
równowagę - stwierdziła Złośliwość. - Twój mąż służy diabolicznemu,
nadzwyczaj niesympatycznemu bogu. Jeśli zaś chodzi o twoje wróżby,
Mogora, to tak się składa, że wiem, że nie posiadasz żadnych talentów w tej...
- Ale zawsze mogę mieć nadzieję, tak?
- W tym świecie nie wolno ulegać złudzeniom, moja droga.
- Nie mów do mnie "moja droga"! Takie czarownice jak ty są najgorsze!
Ładne! To dowód, że uroda jest jedynie iluzją...
- Och, żono, gdybyś tylko potrafiła rzucać takie iluzje - mruknął
Iskaral Krost. - Wreszcie przestałyby mnie dręczyć mdłości...
Mogora warknęła wściekle i zmieniła się w skłębioną masę pająków.
Stworzenia zlazły z krzesła na podłogę i rozpierzchły się we wszystkie
strony.
Wielki kapłan Cienia zachichotał.
- Dlatego właśnie siedzę z nogami na krześle, wy durnie! Ugryzie was,
gdy tylko będzie miała okazję. - Wyciągnął sękaty palec, wskazując na
Scillarę. - Oprócz ciebie oczywiście. Od ciebie zrobiłoby się jej
niedobrze!
- To świetnie - odparła i spojrzała na Barathola.
Potężnie zbudowany czarnoskóry mężczyzna obserwował pozostałych,
uśmiechając się półgębkiem. Stojący za jego plecami Chaur tupał w podłogę, próbując rozdeptywać pająki. Z jego twarzy ani na moment nie
znikał głupawy uśmiech.
- A co z tobą, kowalu? - zapytała Scillara. - Czy śpieszno ci do
poznania tego wspaniałego miasta błękitnego ognia?
Barathol wzruszył ramionami.
- Chyba tak, choć minęło już sporo czasu, odkąd ostatnio otaczały mnie
tłumy. Podejrzewam, że anonimowość może mi nawet sprawić przyjemność.
Spojrzał nagle na swoje dłonie spoczywające na blacie przed nim.
Najwyraźniej zauważył w siatce pokrywających je blizn coś, co kazało mu
zmarszczyć brwi, a potem schować ręce. Odwrócił spojrzenie od Scillary w geście bliskim nieśmiałości.
Świetnie wiedziała, że kowal nie jest człowiekiem lubiącym szumne
wyznania. Jeden błąd mógł zdruzgotać tysiąc chwalebnych czynów, a Barathol Mekhar popełnił w życiu więcej błędów, niż większość
śmiertelników byłaby w stanie znieść. Nie był już też na tyle młody, by
móc się z nich wszystkich otrząsnąć - oczywiście, jeśli przyjmie się
założenie, że młodość faktycznie jest czasem nieulękłej odwagi, śmiałej
obojętności na przyszłość, pozwalającej na niemal wszystko, pod
warunkiem, że spełnia to jakąś doraźną potrzebę.
- Muszę przyznać, że gdy odwiedzam pełne życia miasta, jak ten
Darudżystan, ogarnia mnie lekka melancholia - rzekła Złośliwość. -
Długie życie uczy nas, że tego rodzaju chwalebny rozkwit szybko
przemija. Nieraz już odwiedzałam grody, które znałam w latach ich
wspaniałości, po to tylko, by odnaleźć rozsypujące się mury, pył i odludzie.
Nożownik obnażył zęby we wściekłym grymasie.
- Darudżystan przetrwał już dwa tysiące lat i przetrwa kolejne dwa -
oznajmił. - A nawet więcej.
Złośliwość skinęła głową.
- No właśnie.
- My raczej nie mamy przywileju życia trwającego tysiąclecia,
Złośliwości...
- Najwyraźniej mnie nie słuchałeś - przerwała mu. - Przywilej nie ma tu
nic do rzeczy. Pomyśl o znużeniu, jakiemu często ulega twój gatunek w późnym okresie życia, a potem zwielokrotnij je. Takie jest brzmię
długiego życia.
- Daj mi chwilę, niech nad tobą popłaczę - odciął się Nożownik.
- Cóż za niewdzięczność! Proszę bardzo, młodzieńcze, możesz nas opuścić.
Jeżeli już cię więcej nie zobaczę, będę wiedziała, jaki los czeka tych,
którzy zachowują się jak uprzywilejowani!
Nożownik potarł twarz. Wydawało się, że zaraz zacznie wyrywać włosy z głowy. Zaczerpnął głęboki haust powietrza i wypuścił je powoli.
- Zaczekam - mruknął.
- Naprawdę? - Złośliwość uniosła nieskazitelne, wąskie brwi. - W takim
razie może należą mi się przeprosiny?
- Przepraszam - wymamrotał Nożownik. - Chodzi o to, że boję się o moje
miasto, i marnowanie czasu, choćby nawet krótkiego... hm, nie jest
łatwe.
Wzruszył ramionami.
- Przeprosiny z zastrzeżeniami nie mają wartości - stwierdziła
Złośliwość, wstając z krzesła. - Czy jest już ciemno? Nie moglibyście
wszyscy odczołgać się na chwilę na swe koje? Albo pospacerować po
ładowni czy coś w tym rodzaju? Ten nieuprzejmy Nożownik gryzie się
sprawami, na które nie ma wpływu, ja jednak wyczuwam w Darudżystanie...
osobistości o takiej naturze, że mogą zaniepokoić nawet mnie. W związku
z tym chciałabym się chwilę zastanowić... najlepiej sama.
Scillara wstała.
- Chodźmy, Nożownik - powiedziała, ujmując go za ramię.
***
Barathol poszedł za Trellem do ładowni. Chaur powlókł się za nimi. Na
statku nie było koi wystarczająco dużej dla Mappa, zrobił więc sobie
miejsce między belami ładunku. Kowal zauważył, że Trell już się
spakował. Wepchnął hamak, zbroję i broń do luźnego worka zawiązanego
rzemieniem z niewyprawionej skóry. Siedział teraz na skrzyni, patrząc na
niego.
- Chcesz o czymś porozmawiać, Barathol?
- Złośliwość powiedziała mi, że Trellów dawno temu wygnano z tego
kontynentu.
- Mój lud już od tysiącleci pada ofiarą ataków. - Mappo wzruszył
ramionami. - Być może wydajemy się innym tak brzydcy, że nie są w stanie
znieść naszej obecności.
- Przed tobą długa podróż. Nasuwa mi się myśl, że...
Mappo uniósł rękę.
- Nie, przyjacielu. Muszę to zrobić sam.
- Przemierzyć cały kontynent, być może wszędzie napotykając wrogów?
Mappo, ktoś musi strzec twoich pleców.
Ciemne, głęboko osadzone oczy Trella przyglądały mu się przez kilka
uderzeń serca.
- Baratholu Mekhar, dobrze się poznaliśmy podczas tej podróży. Nie
potrafię sobie wyobrazić lepszego kandydata do strzeżenia moich pleców.
- Pokręcił głową. - Nie mam zamiaru przemierzać kontynentu. Są... inne
ścieżki. Być może bardziej niebezpieczne, ale zapewniam cię, że niełatwo
mnie zabić. To była moja wina i muszę ją zmazać. Odpowiedzialność
spoczywa wyłącznie na mnie. Nie zgodzę się, nie mogę się zgodzić, by
inni narażali dla mnie życie. Nie ty, przyjacielu. I nie błogosławiony
Chaur. Proszę, pozwól, bym zrobił to sam.
- Stawiasz mnie w obliczu jeszcze straszliwszej decyzji - rzekł z westchnieniem Barathol.
- Tak?
- Muszę zdecydować, co uczynić z własnym życiem - wyjaśnił, uśmiechając
się ironicznie.
Mappo roześmiał się chrząkliwie.
- Nie nazwałbym jej straszliwą. Przynajmniej nie z mojego punktu
widzenia.
- Rozumiem, co to znaczy determinacja - odparł Barathol. - Mam wrażenie,
że to jedyne, co rozumiem. W Siedmiu Miastach, no cóż, omal udało mi się
przekonać samego siebie, że mam wszystko, czego potrzebuję, ale to było
kłamstwo. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie nie mogą po prostu... się
wycofać. To za bardzo przypomina kapitulację.
- Byłeś kowalem.
- Z przypadku. Byłem żołnierzem, Mappo. Czerwonym Mieczem.
- Niemniej kucie żelaza to szlachetne zajęcie. Być może byłeś kiedyś
żołnierzem, ale odłożyć broń i znaleźć sobie nowy zawód to jeszcze nie
kapitulacja. Jeśli jednak jesteś innego zdania, w tym mieście z pewnością nie brak majątków i wiele z nich chętnie zatrudniłoby
strażnika z twoim doświadczeniem. Są też kupcy organizujący karawany. Na
koniec miasto na pewno ma własny garnizon. Wojownik nie musi się obawiać
bezrobocia. Na jego umiejętności zawsze jest popyt.
- To smutne, Mappo.
Trell znowu wzruszył ramionami.
- Mam wrażenie, Barathol, że jeśli ktoś potrzebuje strzeżenia pleców, to
z pewnością Nożownik.
Barathol westchnął sfrustrowany.
- Bardzo mało mówi o swoich planach. Zresztą to jego miasto. Znajdzie
tych, którzy będą wiedzieli, jak zapewnić mu bezpieczeństwo. Tak czy
inaczej, widziałem, jak ćwiczył z tymi swoimi nożami, i niewykluczone,
że to raczej Darudżystan musi się obawiać jego powrotu.
- Jest zbyt porywczy.
- Mam nadzieję, że Scillara weźmie go w cugle.
- Barathol, pora się pożegnać. Muszę wkrótce wyruszyć w drogę.
- A gdybym nie zszedł za tobą pod pokład?
- Kiepsko sobie radzę z pożegnaniami.
Odwrócił wzrok.
- W takim razie przekażę je innym w twoim imieniu. Nożownik będzie...
zmartwiony. Z nas wszystkich to on znał cię najdłużej.
- Wiem. Przykro mi. Pod wieloma względami jestem okropnym tchórzem.
Barathol jednak świetnie go rozumiał. To nie było tchórzostwo, lecz
raczej coś w rodzaju wstydu, głęboko wypaczonego i wykraczającego poza
wszelkie możliwe usprawiedliwienia. Utrata Icariuma stanowiła tak świeżą
i straszliwą ranę, że myśl o niej usuwała na bok wszystko inne.
Przyjaciół, lojalność, życie i historię. Mappo nie mógł walczyć z ową
wezbraną falą ani z losem, ku jakiemu go niosła. Barathol podejrzewał,
że cała sprawa skończy się niewyobrażalną tragedią.
Jeśli nawet Icarium Złodziej Życia nie uwolnił jeszcze swej mocy,
wkrótce się to stanie. Mappo przybędzie za późno, by zapobiec
katastrofie. Trudno było zostawić Trella jego losowi, po prostu się
odwrócić, cóż jednak innego mógł zrobić? Mappo jasno wyraził swe
życzenia.
- Zostawię cię twoim... ścieżkom, Mappo. Życzę ci wszystkiego
najlepszego. Bezpiecznej podróży i jej zadowalającego zakończenia.
- Dziękuję, przyjacielu. Mam nadzieję, że znajdziesz w Darudżystanie
dom. - Wstał, uścisnął dłoń kowala, a potem objął Chaura, który
roześmiał się zachwycony i spróbował zatańczyć z Trellem. Mappo skrzywił
się i odsunął od niego. - Żegnaj, Chaur. Opiekuj się Baratholem.
Gdy Chaur wreszcie zrozumie, że już nie zobaczy Mappa, z jego oczu
popłyną łzy. Tego typu otwarte, dziecięce reakcje miały w sobie proste
piękno. Baratholowi przemknęło przez głowę, że z nich wszystkich być
może to Chaur kroczy przez życie najprawdziwszą ścieżką.
Położył dłoń na muskularnym ramieniu towarzysza i uśmiechnął się do
Mappa.
- Jest darem, na który nie zasługuję.
Trell skinął głową.
- Darem, na który nie zasługuje ten świat. Chciałbym zostać sam na parę
ostatnich chwil.
Barathol pokłonił się i poprowadził Chaura do drabiny wiodącej na
pokład.
***
Iskaral Krost wdrapał się na środkową koję z trzech umieszczonych jedna
nad drugą. Uderzył się w głowę o spód najwyższej i zaklął pod nosem.
Potem zaklął znowu, znalazłszy garść odrażających ofiar zostawionych pod
poduszką przez bhok'arala. Gnijące rybie łby, grudki łuskowatego kału,
błyskotki ukradzione Złośliwości i pękniętą kaolinową fajkę zwędzoną
Scillarze. Ciśnięte w dół obrzydlistwa spadły ze stukiem w szerokie na
dwie deski przejście, tuż pod kopyta muła, który lubił niekiedy
zatrzymywać się pod koją właściciela. Owe postoje zawsze utrudniały
Iskaralowi życie, czego zresztą należało się spodziewać po całkowicie
bezmózgim, ale dziwnie wiernym zwierzęciu.
Z górnej koi dobiegło prychnięcie.
- Ten luk jest za ciasny, mężu - stwierdziła Mogora. - Dzięki tobie to
staje się oczywiste.
- A może przy mnie wszystko jest oczywiste, pomyślałaś o tym? Nie,
pewnie że nie pomyślała. Ona nigdy nie myśli. Ma dziesięć tysięcy oczu,
ale żadnym nie potrafi dostrzec nic, co jest dalej niż włosy w jej
nosie. Wysłuchaj mnie uważnie, kobieto. Wszyscy wiedzą, że muły są
doskonalsze od koni. Pod każdym względem, również gdy chodzi o przechodzenie przez luki. Moja błogosławiona służka woli nawet korzystać
z wychodków, zamiast po prostu załatwiać się na drodze. Potrafi się
zachować obyczajnie, czego o tobie raczej nie można powiedzieć,
nieprawdaż?
- Czy nie powinieneś podłubać sobie w nosie albo coś? No wiesz, twoi
czciciele modlą się o znak.
- Ale przynajmniej mam czcicieli. Ty swoich odstraszasz. Wszyscy się
ciebie boją.
- Nawet ty?
- Ja z pewnością nie. Bogowie na dole, boję się jej panicznie! Nie mogę
pozwolić, by się o tym dowiedziała. To by było fatalne. Muszę szybko coś
zrobić. Może urwać jej nogi? Tak jest, to dobry pomysł. Niech sobie leży
na grzbiecie i wymachuje rękami, wydając żałosne, miaukliwe dźwięki.
Och, wyobraźnia to wspaniała rzecz, czyż nie tak?
- Jeśli nie zostało ci nic więcej.
- Nie zostało mi nic więcej niż co? Co znowu za idiotyzmy wygadujesz? To
było niesamowite. Całkiem jakby czytała w moich myślach. Całe szczęście,
że tego nie potrafi.
- Chwileczkę - wysyczała Mogora. - Ten muł był samcem! Mogłabym
przysiąc!
- Sprawdzałaś to, tak?
- Jeszcze jeden krok na tej ścieżce, mężu, a zabiję cię własnymi rękami.
- Hi, hi. Masz takie okropne, odrażające skojarzenia, żono.
- Nie, tym razem nie uda ci się odwrócić mojej uwagi. Twój muł przed
chwilą zmienił płeć. Znając ciebie, zapewne mam do czynienia z rywalką,
ale wiesz co? Może sobie ciebie zabrać! Z moim błogosławieństwem, tak
jest!
- Popularność jest przekleństwem - stwierdził Iskaral, przeciągając się
z rękami nad głową. Wbił wzrok w naciągnięte sznury wiszącego nad nim
hamaka. - No, ale ona nic o tym nie wie. Najlepiej będzie, jak odwiedzę
miejscową świątynię, by zdobyć tyrańską dominację nad wszystkimi
akolitami, a także fakirami, którzy każą się zwać kapłanami i kapłankami. Kapłanki! Może jedna albo dwie będą ładne. Jako wielki
kapłan mam prawo wyboru. Złożę ofiary Cieniowi między jej nogami, tak
jest...
- Dowiem się o tym, Iskaralu Krost - warknęła Mogora, przesuwając się na
hamaku nad nim. - Dowiem się, wezmę w rękę nóż, pewnej nocy, gdy
będziesz spał, i ciach, ciach, będziesz śpiewał jak dziecko i siusiał
w kucki. Jaka kobieta albo mulica cię wtedy zechce?
- Wyłaź z mojej głowy, jędzo!
- Nietrudno jest zgadnąć, o czym myślisz.
- Tak ci się zdaje? Robi się coraz bardziej niebezpieczna, konieczny
będzie rozwód. Ale czy nie dlatego właśnie większość małżeństw się
rozpada? Kiedy kobieta robi się zbyt niebezpieczna? Na pewno. No cóż,
wreszcie będę wolny. Wolny!
Muł zaryczał.
Mogora roześmiała się tak gwałtownie, że aż się posikała. To
przynajmniej sugerowały skapujące z góry cuchnące krople.
***
Scillara i Nożownik zajęli koje znajdujące się najbliżej rufy, chcąc
zapewnić sobie choć odrobinę prywatności. Rozwiesili też w przejściu
płachtę żaglowego płótna. Mimo to szalony śmiech Mogory dotarł do ich
uszu. Nożownik znowu się skrzywił.
- Gdyby tych dwoje wreszcie sobie uświadomiło, jak świetnie do siebie
pasują, moglibyśmy mieć chwilę spokoju.
- Jestem pewna, że o tym wiedzą - stwierdziła z uśmiechem Scillara. -
Większość małżeństw ma od czasu do czasu ochotę zamordować się nawzajem.
- Masz dziwne wyobrażenia, Scillara. O większości spraw.
- Zastanawiałam się, czy chcesz, bym ci towarzyszyła, gdy pójdziesz nocą
do miasta? Czy może wolisz iść sam?
Nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Przeciągnął się demonstracyjnie, a potem położył się na koi.
- Pewnie, że chcę - odparł. - Spodoba ci się w gospodzie "Pod Feniksem".
Polubisz Meese, Iriltę, Murillia, Colla i Kruppego. No, może Kruppego
nie, bo on niektórym ludziom działa na nerwy. Ale jest zupełnie
niegroźny... jak sądzę. - Grzebał przez chwilę w mieszku, który miał u pasa, aż wreszcie wyciągnął stamtąd monetę, srebrne berło bite przez
Niebieskich Moranthów. Zaczął ją zręcznie obracać w palcach. - Ależ się
zdziwią, kiedy mnie zobaczą.
Zdołała się uśmiechnąć.
- Spóźniony powrót Nożownika.
- Hm, to nie jest imię, pod którym mnie znają. W tamtych czasach byłem
znany jako Crokus Younghand.
- I gdzie on się teraz podział? Ten Crokus Younghand?
Nożownik obracał jeszcze przez chwilę pieniążek, nim wreszcie jej
odpowiedział:
- Umarł. Już dawno temu.
- A co powiedzą na to twoi przyjaciele?
Usiadł nagle zaniepokojony. Nadal nie chciał spojrzeć jej w oczy.
- Nie wiem. Chyba nie będą zadowoleni.
- Myślę, że z tobą nie pójdę, Nożownik - oznajmiła Scillara. - Wybiorę
się z Baratholem i Chaurem połazić po nocnych targowiskach i tak dalej.
W mieście trwa feta, tak? To brzmi zachęcająco. Lepiej zaczekaj dzień
albo dwa, nim mnie przedstawisz przyjaciołom.
Zerknął na nią.
- Jesteś pewna? Nie...
- Jestem pewna - przerwała mu. - Potrzebujesz tej nocy dla siebie. I tak
będziesz musiał odpowiedzieć na mnóstwo pytań. Moja obecność dodatkowo
skomplikowałaby sprawy.
- Dobra - zgodził się. Choć starał się ukryć ulgę, łatwo było ją
zauważyć. - Ale jutro... wszyscy wiedzą, gdzie jest gospoda "Pod
Feniksem". Musisz tylko zapytać.
- Oczywiście - odpowiedziała, wstając z koi. - Lepiej poszukam
Barathola, żeby nie poszedł beze mnie.
- Zmierzch niedługo nadejdzie.
- To prawda, Nożownik. Życzę ci pociągnięcia Pani dzisiejszej nocy.
- Dziękuję - odparł z roztargnieniem w głosie.
Scillara ruszyła w stronę wyjścia. Była zmuszona odepchnąć tego
cholernego muła na bok. Powtarzała sobie, że ból, który czuje, nie jest
uzasadniony. Nożownik znalazł pocieszenie w jej ramionach, ponieważ nie
miał nikogo innego. To nie była miłość. Ani razu o niej nie wspominali,
nawet nie szeptali w sennych chwilach po zbliżeniu. Nie kryło się w tym
nic więcej niż wzajemne pocieszenie i wygoda. Ale chwila już minęła.
Nożownik pragnął spotkać się z przyjaciółmi, wrócić do dawnego świata, w którym znał swoje miejsce. I tak może być mu trudno się do niego
przystosować, a towarzystwo otyłej, palącej fajkę byłej kurwy
przynosiłoby mu tylko wstyd.
Znajomość z Nożownikiem ją zmieniła, uświadomiła sobie Scillara,
zatrzymując się tuż przed lukiem. Wchłonęła w siebie esencję jego
niepewności, jego braku wiary w siebie. Nie była już tak bezczelna i wybuchowa jak kiedyś. Nie zbywała wszystkiego drwiącym uśmiechem,
utraciła zbroję chroniącą ją dotąd przed kaprysami tego cholernego
świata. Zaledwie kilkanaście kroków dzieliło ją od największego miasta,
jakie w życiu widziała. To nie był czas i miejsce na podobną słabość.
No cóż, bliskość Barathola zapewni jej bezpieczeństwo. Przynajmniej na
jakiś czas.
Wyszła na główny pokład i znalazła się w samym środku nasilającej się
burzy. Bhok'arala tłoczyły się na relingu, biegając po nim w tę i we w tę. Na drugim końcu trapu stał agent kapitana portu w towarzystwie
sześciu strażników miejskich, którzy wyciągali pałki, sposobiąc się do
ataku na statek.
Barathol i Chaur wyszli właśnie z ładowni. Kowal przepychał się przez
tłum wrzeszczących, plujących małp.
Scillara świetnie rozumiała, dlaczego chciał zapobiec eskalacji
konfliktu. Złośliwość nie należała do najspokojniejszych kobiet, jakie
spotkała w życiu. Jeśli kłótnia wyrwie się spod kontroli, wściekła
smoczyca może zniszczyć port i połowę miasta. I wszystko to z powodu
nieporozumienia w sprawie opłaty portowej.
Nici z dyskretnego przybycia.
Scillara pobiegła do trapu, wyciągając po drodze sakiewkę.
***
Obudziło go nagłe uderzenie w skroń. Przetoczył się, w jego obu dłoniach
zjawiły się jednocześnie noże, ich ostrza przeorały brudną, kamienną
posadzkę. Uderzył barkiem w ścianę i zamrugał w półmroku.
Stała nad nim wysoka postać. Czarna, skórzana zbroja z żelaznymi
okuciami zwisała w strzępach. Pod rozdartą zieloną skórą błyszczały
połamane żebra. Twarz spowijały cienie, oczy były pustymi jamami, a z szerokiej szramy ust wystawały ku górze kły.
Rallick Nom przyjrzał się zjawie. Noże, które ściskał w urękawicznionych
dłoniach, były bezużyteczne. Spuścił wzrok, spoglądając na sztywne,
stwardniałe palce sterczące z gnijących mokasynów demona.
- Kopnąłeś mnie.
- Tak - wychrypiało stworzenie.
- Dlaczego?
- Miałem wrażenie, że to dobry pomysł - odparł demon po chwili wahania.
Znajdowali się w wąskim korytarzu. Po lewej stronie Rallick miał lite
drzwi z czarnego drewna, wyposażone w okucia z brązu. Po prawej, tuż za
demonem, widział skrzyżowanie w kształcie litery T. W przeciwległej
ścianie umieszczono dwuskrzydłowe drzwi. Stworzenie trzymało w długopalcej, wyschniętej dłoni lampę. W jej bladym zimnym świetle
przedmioty rzucały rozmyte, niewyraźne cienie. Sufit był lekko łukowaty,
u jego szczytu kamienie stawały się mniejsze i cieńsze. Najwyraźniej
połączono je bez użycia zaprawy. Pachniało tu kurzem, rozkładem i suchą
martwotą.
- Chyba... nic nie pamiętam - odezwał się Rallick.
- Daj sobie czas.
Wszystkie stawy miał zesztywniałe. Wystarczyło, by usiadł, wsparty
plecami o ścianę, a mięśnie zaczęły mu drżeć z wysiłku. Bólu głowy nie
mogły wyjaśnić wyłącznie echa tego cholernego kopniaka.
- Jestem spragniony. Jeśli nie zamierzasz mnie pobić na śmierć, demonie,
znajdź mi coś do picia.
- Nie jestem demonem.
- To zawsze trudno określić - odwarknął Rallick.
- Jestem Jaghutem. Nazywam się Raest, kiedyś byłem tyranem, a teraz
zostałem więźniem. "Tego, kto się wywyższa, czeka upadek. Ten, kto
upadnie, będzie zapomniany". Tak powiedział Gothos, choć, niestety,
wygląda na to, że będziemy musieli czekać całą wieczność, nim jego imię
popadnie w zapomnienie.
Do kończyn Rallicka wracały powoli siły.
- Coś sobie przypominam... krwawa noc... Feta Gedderone. Malazańczycy w mieście...
- Pamiętne wydarzenia, pozbawione jakiegokolwiek znaczenia zarówno
wówczas, jak i obecnie. Przespałeś dość długi czas, skrytobójco. Nawet
trucizna na twoich nożach utraciła moc. Jednakże otataral nadal krąży w twych żyłach i lata go nie osłabiły. Niewielu jest takich, którzy
odważyliby się zrobić to, co ty. I całe szczęście.
Rallick schował noże i wstał z wysiłkiem. Świat wokół niego zawirował.
Zamknął oczy, czekając, aż zawroty głowy ustaną.
- Rzadko wędruję po domu - ciągnął Raest. - Mogło minąć sporo czasu, nim
sobie uświadomiłem, że zniknęła.
- Kto zniknął? - zapytał Rallick, przyglądając się z uwagą wysokiemu,
zgarbionemu Jaghutowi.
- To była prawdziwa demonica. Chyba używa obecnie imienia Vorcan.
Leżałeś obok niej, niewrażliwy na upływ czasu. Ale teraz się
przebudziła, a nawet uciekła. Można by to uznać za powód do niepokoju.
Jeśli kogoś to obchodzi.
Vorcan, mistrzyni Gildii Skrytobójców. Tak jest, teraz sobie
przypomniał. Była ranna, umierająca, a on niósł ją z wysiłkiem, nie
wiedząc, czego właściwie szuka. Zaniósł ją do domu, który wyrósł z ziemi. Domu zwanego przez Malazańczyków Azath, zrodzonego z Finnestu
tyrana. Rallick przyjrzał się uważniej Raestowi.
- Ten dom jest twoim więzieniem.
Jaghut wzruszył zmumifikowanymi ramionami. Kości zgrzytnęły głośno.
- Taki już jest los właścicieli nieruchomości.
- To znaczy, że siedzisz tu od tamtej chwili. Cały czas byłeś sam, nawet
nie spacerowałeś po domu. Za towarzystwo miałeś tylko dwa półtrupy
leżące w korytarzu. Jak długo to trwało, Raest?
- Nie mnie o to pytaj. Czy na zewnątrz słońce nadal wznosi się na
niebie, by potem opaść? Czy rozbrzmiewają dzwony oznajmiające panowanie
nad tym, nad czym nie sposób zapanować? Czy śmiertelni głupcy nadal
liczą odcinki prowadzące do ich zgonu, zestawiają przyjemności z kosztami, czepiają się złudzenia, że czyny mają wartość, a świat i wszyscy bogowie osądzają każdą decyzję, którą podejmą, czy której nie
podejmą? Czy...
- Dość już tego - przerwał mu Rallick. Wyprostował się, wspierając się o ścianę tylko jedną ręką. - Pytałem "jak długo?", nie "dlaczego?" czy "w jakim celu?". Jeśli nie znasz odpowiedzi, po prostu to powiedz.
- Nie znam. Powinienem jednak skorygować jedno z twoich założeń. Nie
zawsze byłem tu sam, choć w tej chwili nie towarzyszy mi nikt, oprócz
ciebie, oczywiście, ale ty zapewne nie zostaniesz tu długo. Legion
lekkomyślnych głupców, których zwiesz swoimi rodakami, z pewnością nie
może się doczekać twego powrotu. Krew czeka na twoje sztylety, twoja
sakiewka łaknie monet, które wypełnią ją w zamian za każde ukradzione
przez ciebie życie. I tak dalej.
- Raest, jeśli przedtem nie byłeś sam...
- Ach tak, pogrążyłem się w rozważaniach nad daremnością ludzkich
poczynań. Przez pewien czas Władca Talii był tu dzikim lokatorem, żeby
użyć pospolitego określenia.
- A potem?
- Odszedł.
- To znaczy, że ten Władca nie był tu więźniem.
- Zaiste. Podobnie jak ciebie, nie wzruszał go mój nieszczęsny los. Czy
zechcesz teraz skorzystać ze swego przywileju, skrytobójco?
- To znaczy?
- Czy opuścisz ten dom, by nigdy już tu nie wrócić? Porzucisz mnie na
pastwę wiecznej samotności, nie zostawiając mi nic poza pajęczynami w łóżku, pustymi szafkami w kuchni, drwiącymi przeciągami i postukiwaniem
martwych gałęzi o okiennicę? A czasami również krzykiem, gdy ziemia i korzenie na podwórku pożerają coś nieprzyjemnego. Czy zostawisz mnie
takiemu światu, skrytobójco?
Rallick Nom przeszył Jaghuta zdumionym spojrzeniem.
- Nie miałem pojęcia, że moja nieświadoma obecność łagodzi w tak wielkim
stopniu twoją samotność, Raest.
- Podobna niewrażliwość z twojej strony nie zaskakuje mnie nawet w najmniejszym stopniu.
- Moja odpowiedź brzmi: "Tak, zostawię cię twojemu światu".
- Jesteś niewdzięcznikiem.
Rallick otulił ramiona płaszczem i sprawdził broń. Pokrywająca ją stara
krew osypywała się na podłogę niczym czarny śnieg.
- Wybacz. Dziękuję za kopniaka w głowę, Raest.
- Nie ma sprawy. A teraz idź już. Znudziłeś mnie.
Drzwi otworzyły się z głośnym, przeciągłym skrzypieniem. Za nimi
panowała noc, lecz nieustępliwe błękitne płomienie Darudżystanu
odpychały ciemność ku górze. Z oddali dobiegały odgłosy rozbawionego,
pijanego tłumu zalewającego ulice. Kolejna feta, jeszcze jedno szalone
święto ku czci przetrwania.
Ta myśl obudziła w duszy Rallicka Noma niecierpliwość, oczyściła ją z resztek pyłu pozostałego po zapewne bardzo długim śnie. Nim drzwi za
jego plecami się zamknęły, obrócił się jeszcze i wypatrzył wysoką
sylwetkę stojącego w mrocznym korytarzu Raesta.
- Dlaczego mnie obudziłeś? - zapytał.
W odpowiedzi Jaghut zatrzasnął z hukiem drzwi. Spanikowane ptaki uciekły
w noc. Rallick zwrócił się w stronę ścieżki i zauważył, że korzenie w glebie po obu jej stronach wiją się niczym węże. Po raz kolejny
sprawdził noże, opatulił się płaszczem i ruszył w drogę, by ponownie
odkryć rodzinne miasto.
***
Mieszkańcy Darudżystanu zachowywali się dziś wyjątkowo hałaśliwie, do
tego stopnia, że mogło się wydawać, iż feta żyje własnym życiem.
Faktycznie byli lekkomyślni, nie zastanawiali się nad przyszłością, czy
to odległą o rok, czy tylko o parę chwil. Gaz palił się z sykiem,
akrobaci i mimowie tańczyli w tłumie, oświetleni błękitnym płomieniem,
sto tysięcy muzycznych instrumentów walczyło ze sobą na polach pieśni.
Niektórzy uczeni zapewniali, że ów dźwięk jest nieśmiertelny, że unosi
się na wiecznych prądach, nigdy niedocierających do śmiertelnego brzegu,
czy to w czasie, czy w przestrzeni, że jego brzmienie jest miarą życia.
W czasach pogodnego błękitu i wtedy, gdy zbierały się chmury, w chórze
witającym... tych, którzy przybywają, światy nie przestawały żyć,
nieśmiertelne jak sen.
Na szczycie wieży bastionu stała kobieta spowita w czerń. Jej zimne jak
u drapieżnego ptaka oczy spoglądały z góry na szeregi dachów, sypiące
iskrami kominy ruder w odległej Dzielnicy Gadrobijskiej. Ta kobieta
myślała o przyszłości, długo i intensywnie.
Na ulicy biegnącej nieopodal majątku Colla zatrzymał się nagle odziany w płaszcz mężczyzna. Stał nieruchomo niczym kamień, podczas gdy wokół
szalała feta. Gdy tylko doszedł do wniosku, że publiczny powrót, jaki
pierwotnie planował, może się okazać nierozsądny, pojawił się drugi
człowiek - młodszy, lecz o równie twardym spojrzeniu - zmierzający do
gospody "Pod Feniksem".
Daleko za nim, w porcie, kowal, służący mu półgłówek oraz kobieta,
której bujne kształty przyciągały pełne podziwu spojrzenia, zmierzali
nieśpiesznie ku nocnym targowiskom Dzielnicy Gadrobijskiej, patrząc na
wszystko z zachwytem i zadowoleniem, oglądanym wyłącznie u cudzoziemców
przybywających po raz pierwszy do tego miasta, jednego z największych na
świecie.
Bliżej statku, z którego wysiedli, wielki kapłan Cienia pomknął
pośpiesznie ku najbliższym cieniom, ścigany przez unoszące się na dmącej
od jeziora bryzie pająki. Za nimi lazło dwadzieścia bhok'arala, w większości niosących nowe ofiary oraz błyskotki, jakie uznały za
stosowne sobie przywłaszczyć. Zębaty szkwał przedzierał się przez tłum
przy akompaniamencie okrzyków zdziwienia i przerażenia, a także
przekleństw, jako że skarbiec niesiony przez stworzenia powiększał się o każdy mieszek, sakiewkę albo klejnot, które znalazły się w zasięgu
pazurzastych łapek.
Na pokładzie została tylko kapitan statku. Przywdziała teraz luźne,
powłóczyste szaty z czarnego i karmazynowego jedwabiu. Twarz miała bladą
jak księżyc. Zmarszczyła brwi, spoglądając na miasto. W powietrzu unosił
się zapach pełen dawnych wspomnień. Ach, akurat w tym miejscu... czy to
naprawdę mógł być przypadek? Złośliwość nie wierzyła w przypadki.
Dlatego wahała się, wiedząc, że pierwszy krok postawiony przez nią na
stałym lądzie zdradzi... Doszła do wniosku, że może lepiej będzie
zaczekać.
Ale nie za długo.
Tyle, ile będzie trzeba.
W innej części Darudżystanu kupiec żelazny wysłał kolejne pismo do
mistrza Gildii Skrytobójców, po czym udał się do swej tajnej biblioteki,
by raz jeszcze przejrzeć starożytne, niebezpieczne woluminy. Niezbyt
daleko od niego strażnik wytatuowany w blaknące pręgi wpatrywał się w kubek grzanego wina ściskany w wielkich, naznaczonych bliznami rękach. Z sąsiedniego pokoju dobiegł śmiech dziecka i mężczyzna skrzywił się,
słysząc ten dźwięk.
W okolicy, gdzie znajdowały się nowe majątki kilku lichwiarzy - ongiś
uważano ich za przestępców, ale teraz zdołali już sobie kupić powszechne
poważanie - zubożały Torvald Nom zbliżał się ukradkiem do wysokiego,
najeżonego kolcami muru jednej z takich posiadłości. Miał długi, tak? No
cóż, ten problem łatwo da się rozwiązać. Czy postradał umiejętności? Z pewnością nie. Wyszlifował je jeszcze podczas pełnej niebezpieczeństw,
zasługującej na uwiecznienie w legendach podróży przez pół cholernego
świata. Jego chwalebny powrót do Darudżystanu nadal czekał na właściwy
moment. Ale gdy nadejdzie ranek, tak, gdy tylko nadejdzie...
W tej samej chwili, w pokoiku nad główną salą gospody "Pod Feniksem"
leżał w łóżku na wznak mężczyzna, nadal osłabiony po utracie krwi.
Wędrował w myślach po cmentarzu swej przeszłości, muskał koniuszkami
palców zwietrzałe nagrobki i słupki nagrobne, widział skłębioną trawę
porastającą pokryte pyłem urny, podczas gdy za nim ciągnął się cień jego
młodości - coraz słabszy, bledszy i bardziej zamazany. Nie uniósł
jeszcze ręki, by dotknąć twarzy, poczuć zmarszczki i bruzdy, symbole
znużenia latami, dogasającego życia.
Och, ciało można uzdrowić, ale...
Na dole, pośród tłumu krzyczących, słaniających się na nogach pijaków
oraz wrzaskliwych kurew obojga płci, mały, pękaty człowieczek siedzący
spokojnie na swym zwykłym miejscu znieruchomiał nagle z ustami
wypchanymi chlebem z miodem. Usłyszawszy brzmienie dziesiątego dzwonu
niosące się nad miastem, uniósł głowę i wbił spojrzenie paciorkowatych
oczek w drzwi gospody.
Przybywają.
Chwała i omeny, radosne spotkania i straszliwa groźba, skrzydlaty ten i skrzydlaty tamten, ucieczki, wyzwolenia, nadciągające starcia i niegodziwe żądania rekompensaty za łyk wyplutego wina, cóż za noc!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki