Myto ogarów. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 8 - Steven Erikson

Kup ebooka

59.00 zł
50.15 zł (48,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dra­ma­tis Per­so­nae

Dra­ma­tis Per­so­nae

Nożow­nik: skry­to­bójca

Scil­lara: jego towa­rzyszka

Iska­ral Krost: wielki kapłan Cie­nia, Mag, bóg bhok'arala

Sio­stra Zło­śli­wość: jed­no­po­chwy­cona

Mogora: oka­zjo­nalna żona Iska­rala

Bara­thol Mekhar: tury­sta

Chaur: łagodny męż­czy­zna

Mappo Konus: Trell

Wyka­łaczka: dawna żoł­nierka z Pod­pa­la­czy Mostów i jedna z udzia­łow­ców Baru K'rula

Nie­widka: dawna żoł­nierka z Pod­pa­la­czy Mostów i jedna z udzia­łow­ców Baru K'rula

Ner­wu­sik: dawny żoł­nierz z Pod­pa­la­czy Mostów i jeden z udzia­łow­ców Baru K'rula

Mło­tek: dawny żoł­nierz z Pod­pa­la­czy Mostów i uzdro­wi­ciel

Nie­bie­ska Perła: dawny żoł­nierz z Pod­pa­la­czy Mostów

Rybak: bard, regu­larny gość w Barze K'rula

Duiker: dawny histo­ryk impe­rialny Impe­rium Mala­zań­skiego

Bel­lam Nom: młody męż­czy­zna

Ral­lick Nom: prze­bu­dzony skry­to­bójca

Torvald Nom: kuzyn Ral­licka

Tiserra: żona Torvalda

Coll: rajca z Daru­dży­stanu

Estray­sian D'Arle: rajca z Daru­dży­stanu

Hanut Orr: rajca z Daru­dży­stanu, bra­ta­nek nie­ży­ją­cego Tur­bana Orra

Shar­dan Lim: rajca z Daru­dży­stanu

Muril­lio: bawi­da­mek

Kruppe: pękaty czło­wie­czek

Meese: wła­ści­cielka gospody "Pod Fenik­sem"

Irilta: regu­larny gość gospody "Pod Fenik­sem"

Scu­rve: bar­man w gospo­dzie "Pod Fenik­sem"

Sulty: kel­nerka w gospo­dzie "Pod Fenik­sem"

Chal­lice: żona Vidi­kasa, córka Estray­siana D'Arle

Gor­las Vidi­kas: naj­now­szy czło­nek daru­dży­stań­skiej Rady, dawny boha­ter fety

Krute z Talientu: agent Gil­dii Skry­to­bój­ców

Gazz: zabójca

Thordy: żona Gazza

Quell: nawi­ga­tor i cza­ro­dziej z Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle

Blada: udzia­ło­wiec

Rec­canto Ilk: udzia­ło­wiec

Naj­słod­sza Udręka: udzia­ło­wiec

Glanno Tarp: udzia­ło­wiec

Amby Pień: dawny bojow­nik z Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków i nowy udzia­ło­wiec

Jula Pień: dawny bojow­nik z Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków i nowy udzia­ło­wiec

Skar­bu­nia Napar­stek: dawna bojow­niczka z Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków i nowy udzia­ło­wiec

Zrzęda: straż­nik kara­wa­nowy na prze­dłu­ża­ją­cym się urlo­pie

Stonny Menac­kis: wła­ści­cielka szkoły poje­dyn­ków

Harllo: dziecko

Bedek: "wujek" Harlla

Myrla: "cio­cia" Harlla

Przy­pon: dziecko

Bainisk: robot­nik w kopalni

Venaz: robot­nik w kopalni

Plama: nowo wyna­jęty straż­nik

Leff: nowo wyna­jęty straż­nik

Madrun: nowo wyna­jęty straż­nik podwó­rzowy

Lazan Drzwi: nowo wyna­jęty straż­nik podwó­rzowy

Suko­smyk (albo Sumienny Kosmyk): kasz­te­lan

Skromny Wkład: tajem­ni­czy czło­wiek dzia­ła­jący w prze­stęp­czym pół­światku Daru­dży­stanu

Odmro­zin: demon

Baruk: czło­nek Kote­rii T'orrud

Vor­can: mistrzyni Gil­dii Skry­to­bój­ców

Seba Kra­far: mistrz Gil­dii Skry­to­bój­ców

Apsal'ara: jedna z Zabi­tych w Dra­gni­pu­rze

Kada­spala: jeden z Zabi­tych w Dra­gni­pu­rze

Deru­dan: cza­row­nica wła­da­jąca Ten­nes

K'rul: pra­dawny bóg

Dra­co­nus: jeden z Zabi­tych w Dra­gni­pu­rze

Kor­lat: jed­no­po­chwy­cona Tiste Andii

Orfan­tal: jed­no­po­chwy­cony Tiste Andii, brat Kor­lat

Kal­lor: pre­ten­dent

Pani Zawiść: bierna obser­wa­torka

Ano­man­der Rake: Syn Ciem­no­ści, Rycerz Ciem­no­ści, władca Czar­nego Koralu

Spin­nock Durav: Tiste Andii

Endest Silann: cza­ro­dziej Tiste Andii

Cala­dan Brood: wódz

Kap­tur: Bóg Śmierci

Prze­kop: jeden z Zabi­tych w Dra­gni­pu­rze

Samar Dev: cza­row­nica

Karsa Orlong: wojow­nik z Teblo­rów Tobla­kai

Wędro­wiec: nie­zna­jomy

Tron Cie­nia: Bóg Cie­nia

Koty­lion: Sznur, bóg patron skry­to­bój­ców

Pro­rok Bła­gacz: wielki kapłan Upa­dłego, daw­niej prze­ciętny arty­sta zwany Munu­giem

Sila­nah: Ele­int

Sta­ru­cha: Wielki Kruk

Raest: jaghucki tyran (eme­ry­to­wany)

Klips: Śmier­telny Miecz Ciem­no­ści

Niman­der Golit: Tiste Andii

Kleszcz: Tiste Andii

Nenanda: Tiste Andii

Ara­na­tha: Tiste Andii

Kede­viss: Tiste Andii

Desra: Tiste Andii

Sor­diko Qualm: wielka kapłanka

Salind: wielka kapłanka

Jasno­do­min: miesz­ka­niec Czar­nego Koralu

Gra­di­than: zbir

Mni­sisz­czur: mag

Baran: Ogar Cie­nia

Gear: Ogar Cie­nia

Blind: Ogar Cie­nia

Rood: Ogar Cie­nia

Shan: Ogar Cie­nia

Pal­lid: nowy Ogar Cie­nia

Lock: nowy Ogar Cie­nia

Cho­dzący po Kra­wę­dzi: podróż­nik

Cho­dzący z psami: dwoje świad­ków

Pro­log

Pro­log

Mów prawdę i cze­kaj spo­koj­nie, aż wody mię­dzy nami będą czy­ste.

Medy­ta­cje Tiste Andii

- Nie znam nazwy tego mia­sta - przy­znał obdarty męż­czy­zna, pocią­ga­jąc za wystrzę­pione obrąbki boga­tego ongiś płasz­cza. Za ple­ciony pas zatknął sobie zwi­nięty kawa­łek skó­rza­nej smy­czy, zbu­twia­łej i roz­la­tu­ją­cej się. - Ktoś chyba powi­nien mu ją nadać - cią­gnął, pod­no­sząc głos, by prze­krzy­czeć wście­kłe war­cze­nie wal­czą­cych psów. - Mnie jed­nak nie dopi­suje wyobraź­nia, a nikt inny nie jest zain­te­re­so­wany.

Te wygło­szone miłym tonem uwagi kie­ro­wał do kobiety, która dopiero przed chwilą przy­sta­nęła u jego boku. Po jej poprzed­nim życiu pozo­stało bar­dzo nie­wiele śla­dów. Ni­gdy nie miała psa, a mimo to szła teraz główną ulicą tego dziw­nego, roz­pa­da­ją­cego się mia­steczka, ści­ska­jąc w rękach smycz cią­gniętą przez zło­śliwe bydlę rzu­ca­jące się na wszyst­kich prze­chod­niów. Zbu­twiała skóra w końcu puściła i zwie­rzę pomknęło przed sie­bie, by zaata­ko­wać psa męż­czy­zny.

Oba zwie­rzaki wal­czyły na śmierć i życie pośrodku ulicy. Jedy­nymi świad­kami walki byli ich domnie­mani wła­ści­ciele. Kurz ustą­pił miej­sca krwi oraz strzęp­kom skóry.

- Był tu ongiś gar­ni­zon zło­żony z trzech żoł­nie­rzy, któ­rzy nie znali się nawza­jem - oznaj­mił męż­czy­zna. - Ale ode­szli stąd, jeden po dru­gim.

- Ni­gdy przed­tem nie mia­łam psa - ode­zwała się kobieta i nagle uświa­do­miła sobie, że to pierw­sze słowa, jakie wypo­wie­działa od... No cóż, od tam­tej chwili.

- Ja rów­nież nie - przy­znał męż­czy­zna. - Do tej pory mój pies był jedy­nym w mie­ście. O dziwo, jakoś nie zdo­ła­łem polu­bić wred­nego bydlaka.

- Jak długo już... hm, tu miesz­kasz?

- Nie mam poję­cia, ale wydaje mi się, że od zawsze.

Rozej­rzała się wokół, a potem ski­nęła głową.

- Ze mną jest tak samo.

- Nie­stety, twój zwie­rzak chyba zdechł.

- Och! Rze­czy­wi­ście. - Przyj­rzała się z uwagą zerwa­nej smy­czy. - W takim razie pew­nie nie będę potrze­bo­wała nowej.

- Nie bądź taka pewna - ostrzegł ją męż­czy­zna. - Mam wra­że­nie, że tu wszystko się powta­rza. Dzień po dniu. Ale wiesz co? Weź moją. Jak widzisz i tak jej nie uży­wam.

Przy­jęła od niego zwi­niętą smycz.

- Dzię­kuję - powie­działa i pode­szła do mar­twego, roz­szar­pa­nego zwie­rzę­cia. Zwy­cięzca czoł­gał się ku swemu panu, zosta­wia­jąc za sobą ślad krwi.

Wszystko wyda­wało się dziw­nie wypa­czone. Uświa­do­miła sobie, że to samo doty­czy jej odru­chów. Przy­kuc­nęła i deli­kat­nie unio­sła zma­sa­kro­wany łeb psi­ska. Prze­su­nęła go przez pętlę, którą wsu­nęła na roz­dartą szyję. Potem poło­żyła zakrwa­wioną, brudną od śliny głowę z powro­tem na ziemi i wypro­sto­wała się, ze smy­czą luźno zwi­sa­jącą z pra­wej dłoni.

Męż­czy­zna pod­szedł do niej.

- Trudno się w tym wszyst­kim poła­pać, co?

- Ehe.

- A myśle­li­śmy, że to życie jest skom­pli­ko­wane.

Obrzu­ciła go spoj­rze­niem.

- To zna­czy, że umar­li­śmy?

- Tak sądzę.

- Cze­goś nie rozu­miem. Mieli mnie pocho­wać w kryp­cie. Była piękna i solidna. Wiem, bo ją widzia­łam. Bogato wypo­sa­żona i zabez­pie­czona przed zło­dzie­jami. Wypeł­niono ją beczuł­kami wina, suszo­nym mię­sem i owo­cami na drogę. - Wska­zała na spo­wi­ja­jące ją łach­many. - Mieli mnie ubrać w naj­pięk­niej­sze szaty i wło­żyć całą biżu­te­rię.

Przyj­rzał się jej uważ­niej.

- To zna­czy, że byłaś bogata.

- Tak.

Ponow­nie zer­k­nęła na mar­twego psa.

- Ale to już prze­szłość.

Łyp­nęła ze zło­ścią na męż­czy­znę, nagle jed­nak uświa­do­miła sobie, że gniew nic tu nie pomoże.

- Ni­gdy przed­tem nie widzia­łam tego mia­sta. Całe się roz­pada.

- Ehe. To trafne spo­strze­że­nie.

- Nie wiem, gdzie miesz­kam... To dziw­nie zabrzmiało, co? - Znowu się rozej­rzała. - Wszę­dzie tylko kurz i zgni­li­zna. I chyba nad­ciąga burza.

Wska­zała na widoczny na końcu ulicy hory­zont. Nad ogo­ło­co­nymi wzgó­rzami zbie­rały się gęste, dziw­nie roz­świe­tlone chmury.

Przy­glą­dali się im przez pewien czas. Wyda­wało się, że kapią z nich nefry­towe łzy.

- Byłem kie­dyś kapła­nem - ode­zwał się męż­czy­zna. Pies poło­żył się na ziemi wsparty o jego stopy. Dyszał ciężko, a z pyska kapała mu krew. - Kiedy zbli­żała się burza, zamy­ka­li­śmy oczy i śpie­wa­li­śmy jesz­cze gło­śniej.

Popa­trzyła nań z lek­kim zasko­cze­niem.

- Byłeś kapła­nem? To... czemu nie jesteś u swego boga?

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Gdy­bym znał odpo­wiedź na to pyta­nie, rze­czy­wi­ście zaznał­bym oświe­ce­nia, w które ongiś bez­pod­staw­nie wie­rzy­łem. - Wypro­sto­wał się nagle. - Och, mamy gościa.

Wysoka istota zbli­żała się ury­wa­nym kro­kiem. Była tak wysu­szona, że jej koń­czyny przy­po­mi­nały korze­nie drzew, kości twa­rzy zaś pokry­wała zbu­twiała, wyschnięta skóra. Z bla­dej, łusz­czą­cej się skóry głowy opa­dały dłu­gie siwe włosy.

- Pew­nie będę się musiała przy­zwy­czaić do takich wido­ków - mruk­nęła kobieta.

Jej towa­rzysz nie ode­zwał się ani sło­wem. Oboje z uwagą obser­wo­wali wychu­dłego, uty­ka­ją­cego przy­by­sza. Kiedy ich minął, odwró­cili się i zoba­czyli następ­nego. Dorów­ny­wał wzro­stem pierw­szemu, a jego ciało spo­wi­jała wystrzę­piona, ciem­no­szara szata. Żaden nie zwra­cał uwagi na przy­glą­da­ją­cych im się ludzi.

- Witaj, Cho­dzący po Kra­wę­dzi - rzekł zakap­tu­rzony osob­nik.

- Wezwa­łeś mnie tu, żebym... zała­go­dził - odparł tam­ten.

- To prawda.

- Zajęło ci to sporo czasu.

- Można by tak pomy­śleć, Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

- Dla­czego teraz? - zapy­tał, uno­sząc głowę, siwo­włosy męż­czy­zna, który z pew­no­ścią nie żył już od dawna.

Zakap­tu­rzony odwró­cił się nieco. Kobieta pomy­ślała, że być może patrzy na mar­twego psa.

- Wstręt - wyja­śnił.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi odpo­wie­dział cichym, ochry­płym śmie­chem.

- Co to za okropne miej­sce? - dobiegł z zaułka kolejny, syczący głos.

Kobieta wypa­trzyła tam syl­wetkę - zama­zaną plamę cie­nia - która robiła wra­że­nie wspar­tej na lasce. Wtem nowego przy­by­sza oto­czyły ogromne bestie: dwie, cztery, pięć.

Kapłan chrząk­nął.

- Ogary Cie­nia. Gdy­byż tylko mój bóg mógł być tego świad­kiem!

- Może patrzy na to two­imi oczyma?

- Och, wąt­pię w to.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi i jego zakap­tu­rzony towa­rzysz skie­ro­wali spoj­rze­nia na wid­mową postać. Była niska i migo­tliwa, ale potem nabrała solid­niej­szych kształ­tów. Czarna laska stu­kała o pod­łoże, wzbi­ja­jąc obłoczki kurzu. Ogary odda­liły się od niej z opusz­czo­nymi łbami, węsząc. Żaden nie zbli­żał się do ścierwa psa nale­żą­cego do kobiety ani do żywego zwie­rzę­cia, które zia­jało u stóp jej nowego przy­ja­ciela.

- Okropne? - powtó­rzył zakap­tu­rzony. - Pew­nie masz rację. To coś w rodzaju nekro­po­lii, Tro­nie Cie­nia. Wio­ska odrzu­co­nych. Ponad­cza­sowa i, tak jest, bez­u­ży­teczna. Takie miej­sca można zna­leźć wszę­dzie.

- Mów za sie­bie - sprze­ci­wił się Tron Cie­nia. - Tylko na nas spójrz. Cze­kamy. Wciąż cze­kamy. Och, gdy­bym tylko był zwo­len­ni­kiem przy­zwo­ito­ści i sto­sow­nego zacho­wa­nia! - Zachi­cho­tał nie­spo­dzie­wa­nie. - Gdyby kto­kol­wiek z nas nim był!

Wszyst­kie Ogary wró­ciły nagle do niego. Jeżyły sierść, spo­glą­da­jąc na coś widocz­nego w oddali.

- Jesz­cze jeden - wyszep­tał kapłan. - Jesz­cze jeden i, tak jest, ostatni.

- Czy to się powtó­rzy? - zapy­tała kobieta. Prze­szył ją strach. Ktoś się zbliża. O, bogo­wie, ktoś się zbliża. - Jutro? Odpo­wiedz mi!

- Myślę, że raczej nie - odparł po chwili kapłan. Prze­niósł spoj­rze­nie na mar­twego psa. - Nie - powtó­rzył. - Myślę, że nie.

Od wzgórz dobie­gły dźwięki gro­mów i nefry­to­wego desz­czu, gęstego jak strzały z dzie­się­ciu tysięcy bitew. Na ulicy roz­legł się łoskot kół karety.

Kobieta odwró­ciła się z uśmie­chem, usły­szaw­szy ten ostatni odgłos.

- Och - rze­kła z ulgą. - Nad­jeż­dża mój trans­port.

***

Był ongiś cza­ro­dzie­jem z Pale i despe­ra­cja dopro­wa­dziła go do zdrady. Ano­man­dera Rake'a nic jed­nak nie obcho­dziła despe­ra­cja ani żadne inne uspra­wie­dli­wie­nia, jakie mogliby przed­sta­wić Prze­kop i jego towa­rzy­sze. Karą za zdra­dze­nie Syna Ciem­no­ści był poca­łu­nek Dra­gni­pura. Gdzieś w tłu­mie tru­dzą­cych się w nie­ustan­nym mroku zna­la­złby zna­jome twa­rze, zna­jome oczy. Cóż jed­nak mógłby w nich wyczy­tać?

Tylko to, co kryło się w jego wła­snych. Despe­ra­cja to za mało.

Podobne myśli nawie­dzały go rzadko i były gośćmi widzia­nymi rów­nie nie­mile jak inne. Drwiły z niego, swo­bod­nie się poja­wia­jąc i zni­ka­jąc. Kiedy nie było ich w pobliżu, być może uno­siły się gdzieś pod obcymi nie­bami, na cie­płych wia­trach deli­kat­nych jak śmiech. Tylko sam Prze­kop i ci, któ­rych widział wokół sie­bie, nie mogli uciec od tłu­stego błota, ostrych, czar­nych kamieni, prze­bi­ja­ją­cych zbu­twiałe pode­szwy jego butów, i od mor­der­czej wil­goci, z powodu któ­rej skórę pokry­wała mu brudna, śli­ska war­stewka, jakby cały świat drę­czyła gorączka i zle­wał pot. Od sła­bych krzy­ków, które zawsze wyda­wały się Prze­kopowi dziw­nie odle­głe - a także od znacz­nie bliż­szego zgrzytu i chrzę­stu potęż­nej kon­struk­cji z drewna i brązu oraz stłu­mio­nego pobrzę­ki­wa­nia łań­cu­chów.

Naprzód, cią­gle naprzód. Ści­ga­jąca ich burza była coraz bli­żej, chmury pię­trzyły się wysoko, sre­brzy­ste, skłę­bione, poprze­szy­wane wygię­tymi włócz­niami z żelaza. Z nieba zaczął się sypać popiół i od tej pory padał już bez prze­rwy. Jego dro­biny były zimne jak płatki śniegu, ale popiół nie top­niał, lecz pokry­wał błoto war­stwą szlaki i innych odpa­dów.

Choć Prze­kop był cza­ro­dzie­jem, nie nale­żał do sła­bych i wątłych. Cecho­wał się twar­do­ścią, przy­wo­dzącą na myśl zbi­rów albo rze­zi­miesz­ków, jakich znał w poprzed­nim życiu. Miał grube, kan­cia­ste, toporne rysy twa­rzy. Był sil­nym męż­czy­zną, ale wcale mu to nie poma­gało, gdy został przy­kuty łań­cu­chami do Brze­mie­nia. Nie wewnątrz mrocz­nej duszy Dra­gni­pura.

Wysi­łek był nie do znie­sie­nia, lecz mimo to jakoś go zno­sił. Droga przed nimi cią­gnęła się bez końca, przy­wo­łu­jąc sza­leń­stwo, ale on ucze­pił się zdro­wych zmy­słów, jak tonący chwyta się wystrzę­pio­nej liny, i wlókł się naprzód krok po kroku. Koń­czyny krwa­wiły mu od żela­znych oko­wów i nie mógł liczyć na wytchnie­nie. Po obu bokach widział pokryte bło­tem syl­wetki towa­rzy­szy. Dalej w mroku maja­czył nie­zli­czony tłum kolej­nych.

Czy wspólna nie­dola mogła się stać źró­dłem pocie­chy? Już samo to pyta­nie wywo­ły­wało histe­ryczny śmiech, gro­żący zepchnię­ciem w otchłań sza­leń­stwa. Z pew­no­ścią nie znaj­dzie w tym pocie­sze­nia. Dopro­wa­dziły ich tu lek­ko­myśl­ność, pech i upo­rczywa głu­pota, a te cechy nie sprzy­jały bra­ter­stwu. Poza tym jego sąsie­dzi zmie­niali się co chwila, jeden nie­szczę­sny dureń zastę­po­wał dru­giego w mrocz­nych tuma­nach popiołu.

Cią­gnęli ze wszyst­kich sił łań­cu­chy, nie pozwa­la­jąc Brze­mie­niu się zatrzy­mać. Ta kosz­marna ucieczka nie zosta­wiała im czasu ani siły na roz­mowy. Dla­tego Prze­kop zigno­ro­wał dłoń, która szturch­nęła go w ramię raz, a potem drugi. Za trze­cim razem ude­rze­nie było jed­nak tak silne, że cza­ro­dziej się zachwiał. Zaklął, odwró­cił się i spoj­rzał ze zło­ścią na tego, kto szedł teraz u jego boku.

Kie­dyś, dawno temu, wzdry­gnąłby się trwoż­nie na widok podob­nej zjawy. Serce zało­mo­ta­łoby mu z prze­ra­że­nia.

Demon był olbrzymi i masyw­nie zbu­do­wany. Jego ongiś kró­lew­ska krew nie zapew­niała mu w Dra­gni­pu­rze żad­nych przy­wi­le­jów. Prze­kop zauwa­żył, że istota nie­sie upa­dłych, poko­na­nych. Co naj­mniej dwa­dzie­ścia ciał wlo­kło za sobą łań­cu­chy. Demon napi­nał mię­śnie, brnąc z wysił­kiem naprzód. Wychu­dli, bez­władni nie­szczę­śnicy ster­czeli spod jego pach, upa­ko­wani gęsto jak szczapy drewna na opał. Kobieta, która była na­dal przy­tomna, choć jej głowa zwi­sała bez­władnie, sie­działa na jego sze­ro­kich ple­cach niczym małpi nowo­ro­dek. Jej szkli­ste spoj­rze­nie padło na twarz cza­ro­dzieja.

- Ty dur­niu, rzuć ich na wóz! - wark­nął Prze­kop.

- Nie ma miej­sca - odparł demon piskli­wym, dzie­cię­cym gło­si­kiem.

Cza­ro­dziej nie miał już jed­nak w sobie wię­cej współ­czu­cia. Gdyby demon kie­ro­wał się tylko wła­snym inte­re­sem, powi­nien porzu­cić upa­dłych, ale wtedy wszy­scy odczu­liby dodat­kowy cię­żar żało­snych ofiar. Co jed­nak się sta­nie, jeśli on rów­nież pad­nie? Jeśli zawiodą go nad­zwy­czajna siła i wola?

- Prze­klęty głu­piec! - wark­nął Prze­kop. - Czemu nie zabije kilku kolej­nych smo­ków, do cho­lery?

- Słab­niemy - oznaj­mił demon.

Prze­kop miał ochotę zawyć. Czyż to nie było oczy­wi­ste dla wszyst­kich? Drżący głos istoty był jed­nak tak smętny i zara­zem pełen zdzi­wie­nia, że prze­nik­nął aż do serca maga.

- Wiem, przy­ja­cielu. Już nie­długo.

- I co sta­nie się wtedy?

- Nie wiem - odparł Prze­kop, krę­cąc głową.

- A kto wie?

Na to cza­ro­dziej rów­nież nie potra­fił odpo­wie­dzieć.

- Musimy zna­leźć kogoś, kto wie - nie ustę­po­wał demon. - Pójdę już. Ale wrócę. Pro­szę, nie lituj się nade mną.

Sza­rość i czerń zawi­ro­wały nagle i miej­sce u boku Prze­kopa zajęła jakaś przy­po­mi­na­jąca niedź­wie­dzia bestia, zbyt zmę­czona i otę­piała, by spró­bo­wać na niego sko­czyć. Nie­które istoty na­dal to robiły.

- Spę­dzi­łeś tu zbyt długi czas, przy­ja­cielu - oznaj­mił jej Prze­kop.

Kto wie? To było inte­re­su­jące pyta­nie. Czy ktoś wie­dział, co się sta­nie, gdy chaos ich dopę­dzi? Ktoś tu, w Dra­gni­pu­rze?

Wkrótce po tym, jak zaznał poca­łunku mie­cza, w prze­rwach mię­dzy roz­pacz­li­wymi pró­bami ucieczki i prze­raź­li­wymi krzy­kami, zasy­py­wał wszyst­kich pyta­niami. Pró­bo­wał się zwró­cić do Ogara, ale zajęta szar­pa­niem łań­cu­cha bestia omal go nie stra­to­wała. Z jej potęż­nego pyska cie­kła piana. Prze­kop już ni­gdy wię­cej jej nie widział.

Ktoś jed­nak mu odpo­wie­dział, ktoś do niego prze­mó­wił. Mówił o... nie zapa­mię­tał niczego poza imie­niem.

Dra­co­nus.

***

Pod­czas tej cią­gną­cej się bez końca prze­rwy w jej karie­rze była świad­kiem wielu wyda­rzeń, nic jed­nak nie przy­pra­wiło jej o więk­szą fru­stra­cję niż ucieczka dwóch Oga­rów Cie­nia. Nie godziło się, by ktoś taki jak Apsal'ara, Pani Zło­dziei, kalał swą egzy­sten­cję hanieb­nym wysił­kiem, jakim było cią­gnię­cie łań­cu­chów przez całą wiecz­ność. Z oko­wów nale­żało się uwal­niać, a od dźwi­ga­nia brze­mion spryt­nie wykrę­cać.

Już od chwili, gdy zja­wiła się nagle w tym miej­scu, sku­piła się na zada­niu zerwa­nia łań­cu­chów wię­żą­cych ją w tym strasz­li­wym kró­le­stwie. Było to jed­nak nie­mal nie­moż­liwe, dopóki była zmu­szona cią­gnąć ten prze­klęty wóz. Nie miała też naj­mniej­szej ochoty ponow­nie oglą­dać kosz­mar­nego koro­wodu na samym końcu łań­cu­chów: poka­le­czo­nych ochła­pów na­dal żywego mięsa wle­czo­nych po błot­ni­stym grun­cie, nagle otwie­ra­ją­cych się oczu, kiku­tów wycią­ga­ją­cych się ku niej roz­pacz­li­wie, strasz­li­wej armii poko­na­nych - tych, któ­rzy się pod­dali, i tych, któ­rym zabra­kło sił.

Nie, Apsal'ara prze­su­wała się stop­niowo w stronę olbrzy­miego wozu, aż wresz­cie zna­la­zła się obok jed­nego z potęż­nych, drew­nia­nych kół. Potem zwol­niła kroku i zajęła pozy­cję tuż za kołem. Następ­nie prze­su­nęła się ku środ­kowi, pod poskrzy­pu­jące łoże wozu i deszcz brą­zo­wej wody, krwi oraz wyda­lin kapiący nie­ustan­nie z gni­ją­cych, ale wciąż żywych ciał. Wlo­kąc za sobą łań­cuch, prze­su­nęła się do półki pod­wo­zia, tuż nad przed­nią osią, a wresz­cie wci­snęła się w cia­sną szcze­linę, pod­cią­ga­jąc nogi i opie­ra­jąc się ple­cami o śli­skie drewno.

Ogień był darem, skra­dzio­nym darem, ale w tym wil­got­nym, pod­ziem­nym świe­cie nie spo­sób go było roz­pa­lić. Pozo­stało jej jedy­nie... tar­cie. Zaczęła pocie­rać jed­nym kawał­kiem łań­cu­cha o drugi.

Ile już lat minęło? Nie miała poję­cia. Nie znała tu głodu ani pra­gnie­nia. Łań­cuch prze­su­wał się w przód i w tył. Poczuła cie­pło, prze­su­wa­jące się ogniwo po ogni­wie, aż wresz­cie wnik­nęło w jej dło­nie. Czy żelazo zmię­kło? Czy poja­wiły się na nim sre­brzy­ste wyżło­bie­nia? Dawno już prze­stała to spraw­dzać. Wystar­czał jej sam wysi­łek. Wystar­czał jej przez bar­dzo długi czas.

Ale wszystko zmie­niły te cho­lerne Ogary.

A także oczy­wi­sty fakt, że wóz posu­wał się coraz wol­niej, a tych, któ­rzy leżeli na nim, było tyle samo, co tych, któ­rzy na­dal cią­gnęli upar­cie za łań­cu­chy. Tuż nad jej głową było sły­chać roz­pacz­liwe jęki nie­szczę­śni­ków przy­gnie­cio­nych cia­łami nie­zli­czo­nych towa­rzy­szy.

Ogary ude­rzyły o boki wozu i znik­nęły w pasz­czy ciem­no­ści po-środku.

Był też nie­zna­jomy, który nie nosił łań­cu­chów. Drwił z Oga­rów... z Oga­rów! Pamię­tała jego twarz, och tak, nawet gdy już znik­nął.

Apsal'ara spró­bo­wała podą­żyć za bestiami, ale powstrzy­mał ją strasz­liwy chłód bijący z por­talu. Był tak pora­ża­jący, że nisz­czył ciało, zim­niej­szy niż sama Omtose Phel­lack. Chłód zaprze­cze­nia. Odmowy.

Nie było strasz­liw­szej klą­twy niż nadzieja. Mniej warta istota roz­pła­ka­łaby się w owej chwili, dałaby za wygraną, rzu­ciła się pod jedno z kół, by wóz powlókł ją za sobą jako kolejny ochłap krwa­wią­cego mięsa i poła­ma­nych kości, pod­ska­ku­jący w kamie­ni­stym bło­cie. Ona jed­nak wró­ciła na swą grzędę i znowu zaczęła pocie­rać łań­cu­chy.

Kie­dyś ukra­dła księ­życ.

Ukra­dła ogień.

Cho­dziła po mil­czą­cych salach o łuko­wa­tych skle­pie­niach, w mie­ście wewnątrz Odpry­sku Księ­życa.

Była Panią Zło­dziei.

A miecz ukradł jej życie.

Tak nie może być. Tak nie może być.

***

Leżący jak zwy­kle na pła­skim gła­zie przy brzegu stru­mie­nia, spar­szy­wiały pies o uszko­dzo­nym bio­drze uniósł rap­tem głowę. Owady zerwały się z bzy­cze­niem do lotu. Po chwili zwie­rzę wstało. Grzbiet pokry­wały mu bli­zny, nie­które tak głę­bo­kie, że docie­rały aż do mię­śni. Pies żył w wio­sce, ale nie był jej czę­ścią. Nie wcho­dził też w skład wio­sko­wej sfory. Nie spał przed wej­ściem do żad­nej z chat, nikomu nie pozwa­lał się do sie­bie zbli­żać. Uni­kały go nawet będące wła­sno­ścią ple­mie­nia konie.

Wszy­scy się zga­dzali, że w jego oczach widać głę­boką gorycz i jesz­cze głęb­szy smu­tek. Starcy Ury­dów mówili, że dotknęli go bogo­wie. Dzięki tym sło­wom zwie­rzę ni­gdy nie zaznało głodu i nikt też go nie odpę­dzał. Tole­ro­wano je, jak wszystko, co zaznało boskiego dotyku.

Choć pies miał znie­kształ­cone bio­dro, poru­szał się zaska­ku­jąco zwin­nie. Prze­mie­rzył truch­tem całą prze­ci­na­jącą wio­skę drogę, minął połu­dniową gra­nicę osady i podą­żał dalej w dół zbo­cza, omi­ja­jąc omszałe głazy oraz pozo­sta­wione przez Ury­dów sterty kości.

Jego odej­ście nie umknęło uwagi dwóch dziew­cząt, które na­dal dzie­lił co naj­mniej rok od nocy przej­ścia w doro­słość. Ich twa­rze były podobne, wie­kiem rów­nież nie odbie­gały zbyt­nio od sie­bie. Jedna uro­dziła się zale­d­wie kilka dni po dru­giej. Nie były też zbyt roz­mowne. Połą­czyła je ze sobą chęć zacho­wa­nia mil­cze­nia - wspólne cechy czę­sto zda­rzają się u bliź­nia­czek, jakimi prze­cież nie były. Wyda­wało się, że to im wystar­cza. Gdy ujrzały, że uty­ka­jący pies opusz­cza wieś, wymie­niły spoj­rze­nia, zebrały zapasy i broń, jakie miały pod ręką, i ruszyły w ślad za zwie­rzę­ciem.

Miesz­kańcy zauwa­żyli ich odej­ście, ale to wszystko.

Zmie­rzały na połu­dnie, scho­dząc z wyso­kich, rodzin­nych gór, gdzie wokół szczy­tów krą­żyły kon­dory, a wilki wyciem witały nadej­ście zimo­wych wichrów.

Na połu­dnie, ku zie­miom znie­na­wi­dzo­nych nathij­skich dzieci, gdzie miesz­kali ci, któ­rzy przy­no­sili Teblo­rom wojnę i zarazę, zabi­ja­jąc ich albo obra­ca­jąc w nie­wol­ni­ków. Nathij­czycy mno­żyli się niczym lemingi, wyda­wało się, że wkrótce na świe­cie nie będzie miej­sca dla nikogo poza nimi.

Podob­nie jak kulawy pies, dziew­częta były śmiałe i nie­ustra­szone. Choć o tym nie wie­działy, odzie­dzi­czyły te cechy po ojcu, któ­rego nie znały.

Pies nie oglą­dał się, a kiedy go dogo­niły, zacho­wał obo­jęt­ność. Jak mówili starsi, dotknęli go bogo­wie.

W wio­sce matce i córce opo­wie­dziano o ucieczce ich dzieci. Córka pła­kała, ale matka nie. Poczuła nisko w ciele nagłe cie­pło i na chwilę pogrą­żyła się we wspo­mnie­niach.

***

- Och, bez­bronne mia­sto, do któ­rego przy­by­wają obcy...

Pusta rów­nina pod pustym, noc­nym nie­bem. Samotne ogni­sko, pło­nące tak słabo, że jego blask nie­mal cał­ko­wi­cie nik­nął za pier­ście­niem poczer­nia­łych, spę­ka­nych gła­zów, który je ota­czał. Na jed­nym z pła­skich kamieni bli­sko ognia sie­dział niski, pękaty czło­wie­czek o rzad­kich, prze­tłusz­czo­nych wło­sach. Wybla­kłą czer­woną kami­zelkę wło­żył na lnianą koszulę o brud­nych, ongiś bia­łych man­kie­tach, z któ­rych wysta­wały pulchne dło­nie. Pyzata, rumiana twarz błysz­czała w świe­tle pło­mieni. Z małego, wysta­ją­cego pod­bródka wyra­stał kosmyk czar­nych wło­sów - nie­stety, jesz­cze za krótki, by można go było spleść w war­kocz. Męż­czy­zna gła­skał się po tej nowej ozdo­bie albo pocią­gał za nią, gdy tylko pogrą­żył się w głę­bo­kim - bądź nawet płyt­kim - zamy­śle­niu. W grun­cie rze­czy robił to także wtedy, gdy w ogóle nie myślał, a jedy­nie sta­rał się wywrzeć takie wra­że­nie na ewen­tu­al­nych obser­wa­to­rach.

Teraz rów­nież gła­skał i pocią­gał kosmyk, wpa­tru­jąc się z uwagą w ogień.

Jak brzmiały słowa, które wyśpie­wał dziś wie­czór siwo­włosy bard na nie­wiel­kiej sce­nie w Barze K'rula? Słu­chał go wów­czas ze spo­ko­jem, zado­wo­lony ze swego miej­sca we wspa­nia­łym gro­dzie, który nie­raz już ura­to­wał.

"Och, bez­bronne mia­sto, do któ­rego przy­by­wają obcy...".

- Muszę ci coś powie­dzieć, Kruppe.

Pękaty męż­czy­zna obej­rzał się i zoba­czył zakap­tu­rzoną postać, która sie­działa na dru­gim pła­skim kamie­niu, wycią­ga­jąc ku ogni­sku chude, blade dło­nie. Gru­ba­sek odchrząk­nął.

- Minęło już wiele czasu, odkąd Kruppe ostat­nio sie­dział w miej­scu, w któ­rym widzisz go teraz. Dla­tego też, gdy tylko się tu zna­lazł, doszedł do wnio­sku, że chcesz mu prze­ka­zać coś tak strasz­li­wie waż­nego, że tylko Kruppe jest godny to usły­szeć.

W ciem­no­ści pod kap­tu­rem coś bły­snęło.

- Nie biorę udziału w tej woj­nie.

Kruppe pogła­skał mizerne kosmyki brody, zachwy­ca­jąc się wła­snym mil­cze­niem.

- Dziwi cię to? - zapy­tał pra­dawny bóg.

- Kruppe zawsze spo­dziewa się nie­spo­dzia­nek, stary przy­ja­cielu. Jak mogłeś się spo­dziewać, że jest ina­czej? Kruppe jest wstrzą­śnięty. Ale zja­wia się myśl, popchnięta w stronę mózgu przez szarp­nię­cie za tę wspa­niałą brodę. K'rul oznaj­mia, że nie bie­rze udziału w tej woj­nie. Kruppe podej­rzewa jed­nak, że ma on się stać w niej łupem.

- Tylko ty to rozu­miesz, przy­ja­cielu - rzekł z wes­tchnie­niem pra­dawny bóg. Uniósł głowę. - Przed­tem tego nie zauwa­ży­łem, ale chyba jesteś smutny.

- Smu­tek ma wiele sma­ków, a Kruppe poznał je wszyst­kie.

- Pra­gniesz pomó­wić o tych spra­wach? Sądzę, że jestem dobrym słu­cha­czem.

- Kruppe widzi, że masz poważne kło­poty. To chyba nie jest odpo­wied­nia chwila.

- To nie ma zna­cze­nia.

- Dla Krup­pego ma.

K'rul zer­k­nął w bok. Zbli­żał się ku nim siwy, wychu­dły męż­czy­zna.

- Och, bez­bronne mia­sto, do któ­rego przy­by­wają obcy... A reszta? - zaśpie­wał Kruppe.

- Wci­ska się w szcze­liny, szu­ka­jąc schro­nie­nia - odpo­wie­dział głę­bo­kim gło­sem przy­bysz.

Pra­dawny bóg wes­tchnął.

- Dołącz do nas, przy­ja­cielu - zapro­po­no­wał Kruppe. - Usiądź z nami przy ogni­sku. Jak dobrze wiesz, ta scena uwiecz­niła się w histo­rii naszego rodzaju. Noc, ogni­sko i histo­ria do opo­wie­dze­nia. Mój drogi K'rulu, naj­mil­szy przy­ja­cielu Krup­pego, widzia­łeś kie­dyś, jak Kruppe tań­czy?

Nie­zna­jomy usiadł. Na jego twa­rzy malo­wały się smu­tek i ból.

- Nie widzia­łem - odparł pra­dawny bóg. - Nie wydaje mi się. Ani tańca koń­czyn, ani słów.

Kruppe uśmiech­nął się blado. W jego oczach coś bły­snęło.

- Zostań­cie więc tu na noc, przy­ja­ciele. I bądź­cie świad­kami.

Roz­dział pierw­szy

O, bez­bronne mia­sto!

Do któ­rego przy­by­wają obcy,

Wci­ska­jąc się w szcze­liny,

Żeby tu pozo­stać.

O, błę­kitne mia­sto!

Sta­rzy przy­ja­ciele zbie­rają wes­tchnie­nia

Przy wej­ściu do portu

Po przy­pły­wie.

Nie­uko­ro­no­wane mia­sto!

Gdzie wró­ble lądują

Na paję­czych śla­dach

Pokry­wa­ją­cych para­pety.

Ska­zane mia­sto!

Noc jest coraz bli­żej.

Histo­ria się budzi,

Żeby tu pozo­stać.

Wiek bez­bron­no­ści Rybak kel Tath

Stała samot­nie na bal­ko­nie pośrodku mia­sta błę­kit­nego ognia. Ciem­ność, nie­pro­szo­nego gościa pod­czas pierw­szego dnia Fety Ged­de­rone, wygnano z nieba. Na uli­cach Daru­dży­stanu kłę­biły się rado­sne tłumy, pogod­nie przyj­mu­jące kata­strofę, jaką były koniec sta­rego roku i począ­tek nowego. W wil­got­nym noc­nym powie­trzu uno­siły się nie­zli­czone wonie.

Urzą­dzono ban­kiety. Przed­sta­wiono publicz­nie mło­dzień­ców i panny na wyda­niu. Stoły zasta­wione egzo­tycz­nymi potra­wami, damy spo­wite w jedwa­bie, męż­czyźni i kobiety w nie­do­rzecz­nych, ocie­ka­ją­cych pozłotą mun­du­rach - mia­sto nie miało regu­lar­nej armii, co dopro­wa­dziło do powsta­nia licz­nych pry­wat­nych mili­cji oraz cha­otycz­nej pro­li­fe­ra­cji szum­nie brzmią­cych tytu­łów, przy­zna­wa­nych nie­mal wyłącz­nie szla­chet­nie uro­dzo­nym.

Na wszyst­kich przy­ję­ciach, na któ­rych zja­wiła się tego wie­czoru, wsparta na ramie­niu męża, nie spo­tkała ani jed­nego praw­dzi­wego ofi­cera daru­dży­stań­skiej Straży Miej­skiej, ani jed­nego auten­tycz­nego żoł­nie­rza z płasz­czem o zaku­rzo­nym obrąbku, rysami na wyczysz­czo­nych butach, mie­czu o ręko­je­ści owi­nię­tej zwy­kłą skórą i gałce wytar­tej ze zuży­cia. Zauwa­żyła za to noszone wysoko na mięk­kich, tłu­stych ramio­nach obrę­cze przy­po­mi­na­jące odzna­cze­nia przy­zna­wane żoł­nie­rzom mala­zań­skiej armii. Armii impe­rium, które nie tak dawno słu­żyło daru­dży­stań­skim mat­kom jako stra­szak dla bun­tu­ją­cych się bacho­rów. "Mala­zań­czycy, dziecko! Czają się w mroku, by porwać głu­pie szkraby! Zro­bią z was nie­wol­ni­ków swej strasz­li­wej cesa­rzo­wej. Tak jest! Tu, w naszym mie­ście!".

Obrę­czy, które dziś widziała, nie wyko­nano jed­nak ze zwy­kłego brązu czy lekko wytra­wio­nego sre­bra, jak auten­tyczne mala­zań­skie odzna­cze­nia czy sym­bole rangi, przy­po­mi­na­jące zabytki jakie­goś dawno wymar­łego kultu, które można było kupić na miej­skim tar­go­wi­sku. Nie, te obrę­cze były ze złota i wysa­dzano je klej­no­tami. Naj­częst­szy był błę­kit sza­fi­rów, nawet wśród bar­wio­nych szkie­łek, błę­kit ognia, z któ­rego sły­nęło mia­sto, błę­kit sym­bo­li­zu­jący jakiś wielki, odważny czyn doko­nany w służ­bie Daru­dży­sta­nowi.

Dotknęła kie­dyś podob­nej obrę­czy, noszo­nej na ramie­niu przez jej męża. Pod nią jed­nak przy­naj­mniej były praw­dziwe mię­śnie. Ich twar­dość dorów­ny­wała wzgar­dzie, z jaką przy­glą­dał się grup­kom szla­chet­nie uro­dzo­nych w wiel­kiej, gwar­nej sali. Odkąd został człon­kiem Rady, zacho­wy­wał się jak wła­ści­ciel całego mia­sta. Lek­ce­wa­że­nie wid­niało w jego oczach już wcze­śniej i wzmo­gło się jesz­cze po ostat­nim, trium­fal­nym zwy­cię­stwie.

Gdy kro­czyli maje­sta­tycz­nie przez tłum, pozdra­wiano ich typo­wymi dla Daru gestami gra­tu­la­cji i sza­cunku. Z każ­dym kolej­nym pozdro­wie­niem rysy twa­rzy jej męża tężały, ramię tward­niało, a kostki dłoni zaci­śnię­tych na pasie bie­lały. Zgod­nie z panu­jącą obec­nie wśród poje­dyn­ko­wi­czów modą wsu­nął kciuki w pętle z ple­cio­nej skóry. Och, rado­wał się myślą, że jest teraz jed­nym z zebra­nych tu ludzi, a nawet stoi wyżej od wielu. Dla Gor­lasa Vidi­kasa nie zna­czyło to jed­nak, że musi lubić któ­re­go­kol­wiek z nich. Im bar­dziej mu się przy­mi­lali, tym głęb­sza sta­wała się jego pogarda. Podej­rze­wała, że fakt, iż brak owej uni­żo­no­ści uznałby za znie­wagę, był sprzecz­no­ścią, nad którą wolał się nie zasta­na­wiać.

Szla­chet­nie uro­dzeni jedli i pili, stali, przy­bie­rali dumne pozy, krą­żyli po pomiesz­cze­niach, para­do­wali i tań­czyli, aż wresz­cie ogar­nęło ich znu­że­nie. Teraz w licz­nych salach ban­kie­to­wych i recep­cyj­nych nie było sły­chać nic poza powol­nymi kro­kami służby. Jed­nakże na uli­cach, poza wyso­kimi murami posia­dło­ści, plebs na­dal bawił się w naj­lep­sze. Zama­sko­wani, pół­na­dzy ludzie wyko­ny­wali na bruku obłą­kany taniec obdar­cia ze skóry Fan­der, jakby świt ni­gdy nie miał nadejść, a prze­sło­nięty mgiełką księ­życ znie­ru­cho­miał w cze­lu­ści nieba, przy­pa­tru­jąc się ze zdu­mie­niem ich sza­leń­stwom. Patrole Straży Miej­skiej przy­glą­dały się temu obo­jęt­nie. Straż­nicy otu­lali się zaku­rzo­nymi płasz­czami, wspie­ra­jąc zakute w pan­cerne ręka­wice dło­nie na uchwy­tach mie­czy i pałek.

Pod bal­ko­nem, na któ­rym stała, znaj­do­wała się fon­tanna, szem­rząca cicho w nie­oświe­tlo­nym ogro­dzie, osło­nię­tym wyso­kimi murami przed tłu­mami roz­ba­wio­nych oby­wa­teli, przez które musiała prze­dzie­rać się ich kareta, gdy wra­cali do domu. W falu­ją­cej lekko wodzie sadzawki ota­cza­ją­cej fon­tannę odbi­jała się zama­zana plama księ­życa.

Błę­kitny ogień pło­nął tej nocy zbyt jasno, przy­ćmie­wał nawet żałobny księ­życ. Sam Daru­dży­stan był sza­fi­rem lśnią­cym w obrę­czy świata.

Mimo to pozo­sta­wała dzi­siej­szej nocy głu­cha na piękno mia­sta, na jego zachwyt i dumę, jego nie­zli­czone głosy.

Tej nocy pani Vidi­kas ujrzała wła­sną przy­szłość. Każdy jej kolejny rok. Będzie się wspie­rała na twar­dym ramie­niu męża. A księ­życ, no cóż, wyglą­dał jak echo prze­szło­ści, zatarte przez czas wspo­mnie­nie, które mimo to zanio­sło ją z powro­tem na bal­kon podobny do tego. Wyda­wało się, że to się stało tak dawno.

Pani Vidi­kas, która ongiś była Chal­lice D'Arle, ujrzała wła­sną przy­szłość. I wsparta o poręcz pośród nocy uświa­do­miła sobie, że prze­szłość była lep­sza.

***

Aku­rat tej nocy zabra­kło im rhi­vij­skich pod­pło­my­ków. Chwila nie mogłaby być gor­sza. Wyka­łaczka prze­kli­nała pod nosem, prze­py­cha­jąc się przez tłum wygłod­nia­łych, pija­nych tubyl­ców na tar­go­wi­sku w Dziel­nicy Przy­brzeż­nej. Gdy tylko było to potrzebne, poma­gała sobie łok­ciami i witała zło­wro­gim łyp­nię­ciem spode łba każdy zwró­cony ku niej oszo­ło­miony uśmiech. W końcu dotarła do wylotu brud­nego zaułka pokry­tego się­ga­ją­cymi kostek ster­tami śmieci, gdzieś na połu­dnie od Parku Bor­then. To nie była naj­lep­sza droga powrotna do baru, ale feta osią­gnęła wła­śnie punkt szczy­towy.

Ści­ska­jąc zapa­ko­wane pod­pło­myki pod lewą pachą, zatrzy­mała się, by polu­zo­wać sznurki gru­bego płasz­cza. Skrzy­wiła się na widok nowej plamy pozo­sta­wio­nej przez nie­ostroż­nego prze­chod­nia. To było jakieś gro­te­skowo słod­kie gadro­bij­skie ciastko. Spró­bo­wała zetrzeć ślad, ale to pogor­szyło tylko sprawę. Roze­źlona ruszyła w głąb zaułka.

Jeśli Pani pocią­gnęła, Nie­bie­skiej Perle i Ner­wu­si­kowi powio­dło się lepiej. Zapewne zna­leźli już sal­to­ań­skie wino i zmie­rzali z powro­tem do K'rula. Ją zaś od baru dzie­liło jesz­cze dwa­na­ście prze­cznic, dwa przej­ścia przez mury i jakieś dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści tysięcy sza­lo­nych głup­ców. Czy towa­rzy­sze na nią zacze­kają? Nie ma szans. Niech szlag trafi Nie­widkę z jej uza­leż­nie­niem od rhi­vij­skich pod­pło­my­ków! Ten nałóg w połą­cze­niu z fak­tem, że skrę­ciła sobie kostkę, zmu­sił Wyka­łaczkę do wyj­ścia na ulice w pierw­szą noc fety. Zakła­da­jąc, że kostka rze­czy­wi­ście była skrę­cona. Wyka­łaczka raczej w to wąt­piła, bo Mło­tek tylko popa­trzył na bolącą nogę, a potem wzru­szył ramio­nami.

Z dru­giej strony po Młotku trudno się było ostat­nio spo­dzie­wać cze­goś wię­cej. Uzdro­wi­ciel był przy­gnę­biony od chwili przej­ścia w stan spo­czynku, a szanse, że w jego życiu wzej­dzie słońce, były rów­nie nie­wiel­kie jak nadzieje na to, że Kap­tur zapo­mni o pro­wa­dze­niu rachun­ków. Mło­tek nie był zresztą w tym odosob­niony, nie­praw­daż?

Po co wła­ści­wie zaprzą­tała sobie głowę tymi wie­lo­krot­nie już prze­żu­tymi myślami?

Bo czuła się od tego lepiej. To pro­ste.

***

Dester Thrin, szczel­nie opa­tu­lony w czarny płaszcz z kap­tu­rem, obser­wo­wał, jak kobieta o tłu­stym zadku toruje sobie drogę przez odpadki na dru­gim końcu zaułka. Zauwa­żył, jak wycho­dziła przez tylne drzwi Baru K'rula, i to sta­no­wiło kul­mi­na­cję czte­rech nocy ocze­ki­wa­nia w sta­ran­nie wybra­nym, ukry­tym w mroku punk­cie, z któ­rego było wyraź­nie widać wąską furtkę.

Naczel­nik klanu ostrze­gał go, że wszyst­kie ich cele są byłymi żoł­nie­rzami, Dester nie zauwa­żył jed­nak nic, co by świad­czyło, że na­dal utrzy­mują się w wyso­kiej for­mie. Byli sta­rzy i zapusz­czeni, rzadko bywali trzeźwi, a ta kobieta, no cóż, nosiła obszerny, gruby, weł­niany płaszcz, bo znacz­nie utyła i naj­wy­raź­niej nie chciała tego poka­zy­wać.

Śle­dze­nie jej w tłu­mie nie spra­wiło mu więk­szych trud­no­ści. Była o głowę wyż­sza od prze­cięt­nego Gadro­bij­czyka, a trasa, jaką zmie­rzała na ten szma­tławy rhi­vij­ski rynek w Dziel­nicy Przy­brzeż­nej, jakby celowo omi­jała ulice zamiesz­kane przez Daru. Kobieta wkrótce zapłaci życiem za tę dziwną pre­dy­lek­cję.

W żyłach Destera pły­nęła krew Daru, co pozwa­lało mu wyraź­nie widzieć prze­py­cha­jącą się przez roz­ba­wiony tłum Mala­zankę.

Ruszył w stronę wylotu zaułka, gdy tylko kobieta go opu­ściła. Dotarł do końca uliczki szyb­kim kro­kiem łowcy i opu­ścił ją ukrad­kiem aku­rat na czas, by zoba­czyć, jak Mala­zanka znika w przej­ściu przez Mur Dru­giego Poziomu. Tunel pod Murem Trze­ciego Poziomu znaj­do­wał się tuż za nim.

Wojny o suk­ce­sję w gil­dii, które zaczęły się po znik­nię­ciu Vor­can, zakoń­czyły się przy sto­sun­kowo nie­wiel­kim roz­le­wie krwi. Deste­rowi raczej się podo­bał nowy wielki mistrz. Był zarówno bez­względny, jak i sprytny, pod­czas gdy więk­szość pozo­sta­łych kan­dy­da­tów była tylko bez­względna. Skry­to­bójca z gil­dii nie musiał już wię­cej być głup­cem, by spo­glą­dać w przy­szłość z pewną dozą opty­mi­zmu.

Dowód na to sta­no­wił mię­dzy innymi ten kon­trakt. Był nie­skom­pli­ko­wany, lecz mimo to jego wyko­na­nie z pew­no­ścią zapewni Deste­rowi i ludziom z jego klanu znaczny pre­stiż.

Potarł urę­ka­wicz­nio­nymi dłońmi gałki szty­le­tów zawie­szo­nych na pen­den­tach pod pachami. Dotyk bliź­nia­czych noży ze stali Daru zawsze go uspo­ka­jał. Nasady ich głowni wysma­ro­wano gęstą tru­ci­zną o kon­sy­sten­cji pasty - pro­du­ko­wa­nym przez Moran­thów tral­bem.

Tru­ci­zna stała się ostat­nio zabez­pie­cze­niem uży­wa­nym przez więk­szość ulicz­nych zabój­ców z gil­dii, a nawet przez część tych, któ­rzy wędro­wali nocą pro­wa­dzącą po dachach Drogą Zło­dziei. Pewien skry­to­bójca, bli­ski przy­ja­ciel samej Vor­can, zade­mon­stro­wał, zdra­dza­jąc klan, jak dosko­nale potrafi sobie radzić bez pomocy magii. Owa legen­darna, krwawa noc dowio­dła wyż­szo­ści nie­ma­gicz­nych sub­stan­cji.

Dester sły­szał, że nowi­cju­sze z nie­któ­rych kla­nów budują tajne kaplice ku czci Ral­licka Noma. Człon­ko­wie kultu mieli sekretne znaki pozwa­la­jące im się roz­po­zna­wać. Rzecz jasna, Seba Kra­far, nowy wielki mistrz, nie­mal natych­miast wyjął kult spod prawa. Doszło do swego rodzaju czystki, pię­ciu ludzi podej­rze­wa­nych o to, że są przy­wód­cami kultu, przy­wi­tało świt uśmie­chami na gar­dłach.

Nie­mniej jed­nak, Dester sły­szał od tego czasu wiele pogło­sek suge­ru­ją­cych, że kult by­naj­mniej nie jest mar­twy. Po pro­stu ukrył się głę­biej.

Prawdę mówiąc, nikt nie wie­dział, jakich tru­cizn uży­wał Ral­lick Nom, Dester sądził jed­nak, że był to tralb, ponie­waż nawet naj­mniej­sza dawka tej sub­stan­cji wpro­wa­dzona do krwi powo­do­wała utratę przy­tom­no­ści, a potem głę­boką śpiączkę, nie­uchron­nie pro­wa­dzącą do śmierci. Zwięk­sze­nie dawki przy­śpie­szało tylko pro­ces, zapew­nia­jąc przej­ście przez Bramę Kap­tura.

Kobieta o tłu­stym zadku lazła ciężko przed sie­bie.

Do Baru K'rula pozo­stały jesz­cze cztery prze­cznice, o ile ofiara rze­czy­wi­ście szła prze­wi­dzianą przez Destera trasą. Musi przejść przez długi, wąski zaułek. Po lewej będzie miała wewnętrzną ścianę Zbro­jowni Muru Trze­ciego Poziomu, a po pra­wej wysoki mur łaźni, gruby i nie­mal cał­ko­wi­cie lity, pomi­ja­jąc kilka okie­nek na gór­nych pię­trach. Zna­czyło to, że w przej­ściu jest nie­mal zupeł­nie ciemno.

Tam wła­śnie ją zabije.

***

Przy­cup­nięty na kwia­to­nie słupka w naroż­niku wyso­kiego muru Odmro­zin skie­ro­wał nie­ru­chome spoj­rze­nie na chasz­cze. Za ple­cami miał zanie­dbany ogród, w któ­rego cen­trum ulo­ko­wano płytki staw. Nie­dawno go odno­wiono, ale zdą­żył już zaro­snąć rzęsą. Wszę­dzie walały się oba­lone, poro­śnięte mchem kolumny. Przed nim, po dru­giej stro­nie muru, z powy­krę­ca­nych pni drzew wyra­stały nie­re­gu­lar­nie gałę­zie. Zwi­sały z nich ciemne, zeschłe liście przy­po­mi­na­jące mar­twe owady. Nie­równy grunt pora­stały kępy brud­nej trawy, a wijąca się mię­dzy nimi, wyło­żona poprze­chy­la­nymi w różne strony pły­tami ścieżka pro­wa­dziła do posęp­nego, przy­sa­dzi­stego domku, któ­rego archi­tek­tura nie przy­po­mi­nała żad­nego innego budynku w całym Daru­dży­sta­nie.

Zza zamknię­tych szczel­nie okien­nic rzadko wydo­by­wało się świa­tło, a gdy już tak się stało, ono rów­nież było bez­barwne i posępne. Drzwi ni­gdy się nie otwie­rały.

Wśród swo­ich pobra­tym­ców Odmro­zin ucho­dził za olbrzyma. Był ciężki jak bor­suk, a pod jego kol­cza­stą skórą ryso­wały się potężne mię­śnie. Zło­żone skrzy­dła stwo­rze­nia były nie­mal za małe, by unieść jego cię­żar nad zie­mię. Przy każ­dym ruchu skó­rza­stych wachla­rzy z gar­dła demona wydo­by­wało się stęk­nię­cie.

Tym razem będzie bar­dzo ciężko. Minęły mie­siące, odkąd ostat­nio ruszał się z miej­sca. Sie­dział ukryty w cie­niu konaru jesiona rosną­cego w ogro­dzie posia­dło­ści za jego ple­cami. Gdy jed­nak ujrzał nagły błysk ruchu, gdy coś wydo­stało się z czar­nego, sęka­tego domu i ruszyło ścieżką, gdy zie­mia eks­plo­do­wała po obu jej stro­nach, two­rząc sze­reg głod­nych dołów, a korze­nie wysu­nęły się z nich, by poj­mać zbiega, Odmro­zin uświa­do­mił sobie, że jego czu­wa­nie dobie­gło końca.

Cień przy­cup­nął na dłuż­szą chwilę pod niskim mur­kiem Domu Azath. Wyda­wało się, że obser­wuje wycią­ga­jące się ku niemu korze­nie. Potem wstał, prze­pły­nął nad kamien­nym mur­kiem niczym mroczna ciecz i znik­nął.

Odmro­zin roz­po­starł ze stęk­nię­ciem skrzy­piące skrzy­dła, potrzą­snął nimi, by roz­pro­sto­wać roz­pięte mię­dzy przy­po­mi­na­ją­cymi żebra pal­cami błony, i zesko­czył ze słupka. Zła­pał w skrzy­dła słaby powiew i zama­chał nimi sza­leń­czo. Coraz gwał­tow­niej­sze stęk­nię­cia świad­czyły o strasz­li­wym wysiłku. Po chwili stwo­rze­nie zwa­liło się na pokrytą mierzwą zie­mię.

Demon wypluł gałązki i liście, a potem popę­dził w stronę muru. Sły­szał wycią­ga­jące się ku niemu korze­nie. Wdra­pał się z powro­tem na słu­pek, roz­pacz­li­wie wbi­ja­jąc pazury w zaprawę murar­ską. Oczy­wi­ście nie powi­nien mieć powo­dów do obaw. Korze­nie ni­gdy nie się­gały poza mur Azath. Obej­rzał się, by się uspo­koić...

I zerwał się z piskiem do lotu. Tym razem wzniósł się wysoko nad ogród.

Och, dla­czego nikt nie lubił demo­nów!

Nad zaro­śniętą fon­tanną uno­siło się chłodne powie­trze. Odmro­zin jesz­cze gwał­tow­niej zało­po­tał skrzy­dłami i wzbił się w noc.

Musi prze­ka­zać słówko swemu panu. Tak jest, nad­zwy­czajne słówko. Tak bar­dzo nie­spo­dzie­wane, pro­wo­ku­jące, groźne!

Odmro­zin poru­szał skrzy­dłami ze wszyst­kich sił - otyły demon uno­szący się w mroku nad jaśnie­ją­cym błę­kit­nym bla­skiem mia­stem.

***

Zechan Rzut i Gid­dyn Szybki zna­leźli ide­alne miej­sce na zasadzkę. Dwa­dzie­ścia kro­ków za począt­kiem wąskiej uliczki znaj­do­wało się dwoje zwró­co­nych ku sobie drzwi umiesz­czo­nych w płyt­kich niszach. Przed paroma chwi­lami prze­szło tędy czte­rech pija­ków i żaden nie zauwa­żył cza­ją­cych się w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści skry­to­bój­ców. A odkąd sobie poszli, droga była wolna... wystar­czy jeden krok naprzód i popły­nie krew.

Poja­wiły się dwa cele. Obaj męż­czyźni nie­śli gli­niane dzbanki i chwiali się lekko na nogach. Wyda­wało się, że się kłócą, ale Zechan nie rozu­miał ani słowa. Pew­nie mówili po mala­zań­sku. Zer­k­nął pośpiesz­nie w lewo. Czte­rech pija­ków wła­śnie docie­rało do wylotu uliczki, by znik­nąć w roz­ba­wio­nym tłu­mie.

Zechan i Gid­dyn śle­dzili obu męż­czyzn już od Baru K'rula. Mala­zań­czycy dotarli do sklepu win­nego, przez pewien czas tar­go­wali się z wła­ści­cielką o dwa dzbanki trunku, aż wresz­cie uzgod­nili cenę i ruszyli z powro­tem.

Gdzieś po dro­dze z pew­no­ścią wycią­gnęli zatyczki z dzban­ków, bo mówili coraz gło­śniej. Ten nieco wyż­szy, który sta­wiał stopy pal­cami do wewnątrz i miał nie­bie­ską skórę - Zechan dostrze­gał z kry­jówki jego syl­wetkę - zatrzy­mał się i oparł o ścianę, jakby miał zamiar zwró­cić kola­cję.

Wkrótce jed­nak się wypro­sto­wał. Kłót­nia naj­wy­raź­niej nagle się zakoń­czyła. Wyż­szy męż­czy­zna pod­szedł do towa­rzy­sza i - sądząc po szu­ra­niu butami po bruku - obaj ruszyli w dal­szą drogę.

Zna­ko­mi­cie.

Nie będzie żad­nych kom­pli­ka­cji, abso­lut­nie żad­nych. Zechan uwiel­biał takie noce.

***

Dester popę­dził naprzód. Jego moka­syny ude­rzały bez­gło­śnie o bruk. Kobieta szła przed sie­bie nie­świa­doma jego obec­no­ści. Dwa­na­ście kro­ków, osiem, cztery...

Nagle się odwró­ciła, płaszcz zawi­ro­wał wokół niej.

Szmel­co­wana na nie­bie­sko stal zato­czyła z bły­skiem łuk. Dester pośli­znął się na bruku, pró­bu­jąc usko­czyć przed cio­sem - długi miecz, Beru, broń! - i coś dotknęło jego gar­dła. Obró­cił się i sko­czył w lewo, wycią­ga­jąc oba szty­lety, by powstrzy­mać kobietę, gdyby pró­bo­wała podejść bli­żej.

Długi miecz!

Cie­pło spły­wało mu po szyi i piersi, wni­ka­jąc pod koszulę z jele­niej skóry. Zaułek zako­ły­sał się przed jego oczyma. Prze­sła­niała go ciem­ność. Dester Thrin zachwiał się na nogach, roz­pacz­li­wie wyma­chu­jąc szty­le­tami. W skroń tra­fił go but albo zakuta w pan­cerną ręka­wicę pięść. Na bruk spły­nęło jesz­cze wię­cej płynu. Nie mógł już utrzy­mać szty­le­tów. Upa­dły ze stu­kiem na kamie­nie.

Leżał na twar­dej powierzchni, ślepy i ogłu­szony. Było mu zimno.

Jego myśli wypeł­niło dziwne roz­le­ni­wie­nie. Nara­stało szybko, aż wresz­cie go pochło­nęło.

***

Wyka­łaczka przy­sta­nęła nad tru­pem. Jej wzrok przy­cią­gnęła błysz­cząca czer­wona plama na końcu mie­cza. Z jakie­goś powodu przy­po­mi­nała jej maki po desz­czu. Kobieta chrząk­nęła. Skur­wy­syn był szybki, mało bra­ko­wało, a zdą­żyłby usko­czyć przed jej cię­ciem. Gdyby mu się udało, mogłaby mieć wię­cej roboty. Nie­mniej jed­nak i tak zała­twi­łaby dur­nia, chyba że potra­fił bar­dzo bie­gle rzu­cać tymi swo­imi szty­le­ci­kami.

Prze­py­cha­nie się przez tłumy Gadro­bij­czy­ków gro­ziło co naj­wy­żej utratą mieszka. To był wyjąt­kowo łagodny naród. Dla­tego wła­śnie tak łatwo było zauwa­żyć, gdy ktoś cię śle­dził. Pod warun­kiem, że ten ktoś nie był Gadro­bij­czy­kiem oczy­wi­ście.

Męż­czy­zna leżący u jej stóp był Daru. Kiedy za nią szedł, jego zakap­tu­rzona głowa wyraź­nie wysta­wała nad tłum. Rów­nie dobrze mógłby nosić na niej latar­nię.

Ale... Przyj­rzała mu się uważ­niej.

Nie byłeś zwy­kłym zbi­rem. Zbiry nie uży­wają takich szty­le­tów.

Na oddech Kap­tura.

Scho­wała miecz i ponow­nie otu­liła się płasz­czem, by ukryć pod nim pochwę z bro­nią. Gdyby zła­pała ją Straż Miej­ska, wylą­do­wa­łaby w pudle i musia­łaby zapła­cić cho­ler­nie wysoką grzywnę. Ści­snęła moc­niej pod­pło­myki pod pachą i ruszyła w dal­szą drogę.

Nie­widka będzie miała poważne kło­poty.

***

Zechan i Gid­dyn wysko­czyli jed­no­cze­śnie z nisz, uno­sząc gotowe do ciosu szty­lety.

Wyż­szy męż­czy­zna pisnął z bólu, gdy noże Gid­dyna wbiły się głę­boko. Pod Mala­zań­czy­kiem ugięły się kolana. Z jego ust try­snęły wymio­ciny. Osu­nął się na bruk i ze stłu­czo­nego dzbanka popły­nęło wino.

Broń Zechana prze­biła skó­rzaną kurtkę. Ostrza zgrzyt­nęły o żebra. Celo­wał nożami w oba płuca. Wyrwał szty­lety i cof­nął się o krok, by patrzeć, jak rudo­włosy męż­czy­zna pada na zie­mię.

Nagle w bok szyi wbił mu się krótki miecz.

Zechan był mar­twy, zanim zwa­lił się na bruk.

Sto­jący nad klę­czą­cym Mala­zań­czy­kiem Gid­dyn uniósł wzrok.

Na jego gło­wie zaci­snęły się dło­nie. Jedna zamknęła mu mocno usta i jego płuca natych­miast wypeł­niła woda. Tonął. Dłoń zaci­snęła się moc­niej, palce zamknęły noz­drza. Gid­dyna zalała ciem­ność i świat znik­nął powoli.

***

Ner­wu­sik prych­nął pogar­dli­wie, wyszarp­nął broń i kop­nął jesz­cze skry­to­bójcę w twarz, by pod­kre­ślić malu­jący się na niej wyraz zasko­cze­nia. Nie­bie­ska Perła uśmiech­nął się do niego.

- Widzia­łeś, jak roz­po­star­łem rzygi na bruku? Jeśli to nie było genialne, nie wiem, co...

- Zamknij się - wark­nął Ner­wu­sik. - Nie wiem, czy zauwa­ży­łeś, ale to nie były ban­dziory spra­gnione dar­mo­wego wina.

Mag przyj­rzał się z uwagą leżą­cemu przed nim ciału. Z ust i nosa zabi­tego wypły­wała woda. Napań­czyk pogła­skał się po wygo­lo­nej czaszce.

- Ehe. Ale to i tak byli ama­to­rzy. Kap­tu­rze, ich oddech było widać z połowy dłu­go­ści ulicy. A kiedy prze­cho­dzili ci pijacy, prze­stali oddy­chać, co nam powie­działo, że to nie oni są celem. Czyli...

- My nim byli­śmy. Ehe, to wła­śnie pró­bo­wa­łem ci powie­dzieć.

- Wra­cajmy - zapro­po­no­wał nagle zanie­po­ko­jony mag.

Ner­wu­sik pocią­gnął za wąsy, a potem ski­nął głową.

- Zrób znowu tę ilu­zję, Nie­bie­ska Perła. Dzie­sięć kro­ków przed nami.

- Spo­koj­nie, sier­żan­cie...

- Nie jestem już sier­żan­tem.

- Tak? To czemu cią­gle wyda­jesz mi roz­kazy?

***

Gdy Wyka­łaczka wresz­cie ujrzała fron­towe wej­ście Baru K'rula, jej gniew osią­gnął stan wrze­nia. Zatrzy­mała się, rozej­rzała wokół i zauwa­żyła kogoś, kto stał ukryty w cie­niu naprze­ciwko drzwi. Miał na gło­wie kap­tur, a dło­nie scho­wane pod płasz­czem.

Ruszyła w stronę nie­zna­jo­mego.

Zauwa­żył ją, gdy dzie­liło ich dzie­sięć kro­ków. Wypro­sto­wał się. Wyraź­nie zanie­po­ko­jony poru­szył ukry­tymi pod płasz­czem koń­czy­nami. Obok prze­szło chwiej­nym kro­kiem kilku świę­tu­ją­cych tubyl­ców. Gdy ich minęli, Wyka­łaczka posta­wiła ostatni dzie­lący ją od męż­czy­zny krok.

Być może spo­dzie­wał się, że oskarży go gło­śnymi sło­wami, z pew­no­ścią jed­nak nie był przy­go­to­wany na bru­talne kop­nię­cie mię­dzy nogi. Kiedy osu­wał się na bruk, pode­szła bli­żej i wal­nęła go prawą ręką w poty­licę, przy­śpie­sza­jąc upa­dek. Męż­czy­zna ude­rzył czo­łem o bruk z przy­pra­wia­ją­cym o mdło­ści trza­skiem. Cia­łem tar­gnęły spa­zmy.

Jakiś prze­cho­dzień zatrzy­mał się, spo­glą­da­jąc na leżą­cego nie­szczęś-nika.

- Hej, ty! - wark­nęła Wyka­łaczka. - Z czym masz pro­blem?

Popa­trzył na nią zasko­czony, a potem wzru­szył ramio­nami.

- Z niczym, kocha­nie. Słusz­nie mu się nale­żało za to, że tak tu stał. Hej, wyj­dziesz za mnie?

- Spa­daj.

Roz­ża­lony nie­po­wo­dze­niem miło­snym męż­czy­zna odda­lił się nie­śpiesz­nie. Wyka­łaczka rozej­rzała się raz jesz­cze, by spraw­dzić, czy ktoś nie ucieka z pobli­skiej kry­jówki. Być może wyda­rzyło się to, kiedy nie patrzyła, naj­praw­do­po­dob­niej jed­nak ukryty obser­wa­tor czaił się na któ­rymś z pobli­skich dachów.

Leżący na ziemi męż­czy­zna prze­stał się poru­szać.

Odwró­ciła się i ruszyła ku wej­ściu do Baru K'rula.

- Wyka­łaczka!

Zatrzy­mała się dwa kroki od poob­tłu­ki­wa­nych drzwi i spoj­rzała za sie­bie. Bie­gli za nią Ner­wu­sik i Nie­bie­ska Perła. Obaj ści­skali dzbanki sal­to­ań­skiego wina, a były sier­żant miał wście­kłą minę. Idący pół kroku za nim mag zer­k­nął na nie­ru­chome ciało leżące po dru­giej stro­nie ulicy. Gadro­bij­ska dziew­czynka opróż­niała wła­śnie jego kie­sze­nie.

- Chodź­cie tu obaj! - wark­nęła Wyka­łaczka. - Miej­cie oczy otwarte!

- Zakupy miały mor­der­cze zakoń­cze­nie - ode­zwał się Ner­wu­sik. - Nie­bie­ska Perła przez więk­szą część drogi poma­gał nam ilu­zjami, bo zwie­trzy­li­śmy zasadzkę...

Wyka­łaczka zer­k­nęła raz jesz­cze na ulicę, zła­pała obu męż­czyzn za ramiona i popchnęła ich bez­ce­re­mo­nial­nie ku drzwiom.

- Scho­waj­cie się, idioci.

To nie­wia­ry­godne, ale dzi­siej­sza noc roz­wście­czyła mnie do tego stop­nia, że odrzu­ci­łam pierw­szą porządną pro­po­zy­cję mał­żeń­stwa od dwu­dzie­stu lat.

Nie­widka sie­działa tam, gdzie zawsze sia­dała, gdy zwę­szyła kło­poty: za małym, skry­tym w cie­niu sto­li­kiem po pra­wej. Wto­piła się w tło bar­dzo sku­tecz­nie, ale jej nogi wysta­wały na zewnątrz i każdy, kto wszedłby do środka, musiałby się o nie potknąć.

Wyka­łaczka zatrzy­mała się w wej­ściu i porząd­nie kop­nęła czarne buciory.

- Ojej, moja kostka!

Wyka­łaczka rzu­ciła paku­nek na kolana Nie­widki.

- Au!

Nie­bie­ska Perła i Ner­wu­sik prze­pchnęli się do środka. Były sier­żant prych­nął pogar­dli­wie.

- Naszych drzwi broni nie­ustra­szona straż­niczka. Nie ma do powie­dze­nia nic poza "ojej" i "au".

Sie­dząca za sto­li­kiem kobieta odzy­skała już jed­nak rów­no­wagę i odwi­jała pod­pło­myki.

- Wiesz co, Nie­widka? - zaczęła Wyka­łaczka, sia­da­jąc za kon­tu­arem. - Rhi­vij­skie sta­ru­chy pie­kące te pod­pło­myki zawsze splu­wają na patel­nię, nim wyleją cia­sto. Podobno to bło­go­sła­wień­stwo sta­ro­żyt­nych duchów...

- Nie o to cho­dzi - prze­rwała jej Nie­widka, pro­stu­jąc opa­ko­wa­nie. - Skwier­cze­nie świad­czy o tym, że patel­nia już się roz­grzała.

- No jasne - mruk­nął Nie­bie­ska Perła.

Wyka­łaczka łyp­nęła na niego spode łba, a potem ski­nęła głową.

- Dobra. Chodźmy wszy­scy do naszego gabi­netu. Nie­widka, idź poszu­kać Młotka.

- Wybrał nie­od­po­wied­nią chwilę - mruk­nęła druga kobieta.

- Kto?

- Trzpień, wyru­sza­jąc na tę swoją piel­grzymkę.

- Miał farta.

Nie­widka wstała powoli.

- Duiker? - zapy­tała, prze­żu­wa­jąc kawa­łek pod­pło­myka.

- Zapy­taj go - odparła Wyka­łaczka po chwili waha­nia. - Jeśli będzie chciał, to niech przyj­dzie.

Nie­widka zamru­gała powoli.

- Zabi­łaś dziś kogoś, Wyka­łaczka?

Brak odpo­wie­dzi był wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią. Wyka­łaczka popa­trzyła podejrz­li­wie na grupkę ludzi, któ­rzy byli zbyt pijani, by wyto­czyć się z baru z dwu­na­stym dzwo­nem, jak naka­zy­wał zwy­czaj. Byli to bez wyjątku stali klienci. Dadzą sobie radę. Wyka­łaczka ski­nie­niem naka­zała pozo­sta­łym podą­żyć za nią i ruszyła ku scho­dom.

Na końcu głów­nej sali ten cho­lerny bard beczał jedną z mniej zna­nych wer­sji Ano­man­da­risa, ale nikt go nie słu­chał.

***

Wszy­scy trzej uwa­żali się za nowy rodzaj daru­dży­stań­skich raj­ców. Shar­dan Lim był z nich naj­chud­szy i naj­wyż­szy, miał sma­głą twarz, wybla­kłe nie­bie­skie oczy, haczy­ko­waty nos i wąskie usta o wiecz­nie opa­da­ją­cych kąci­kach, jakby nie potra­fił ukryć pogardy dla świata. Mię­śnie na lewym nad­garstku miał dwu­krot­nie grub­sze niż na pra­wym, nazna­czyły go też demon­stro­wane z dumą bli­zny. Patrzył w oczy Chal­lice, jakby miał zamiar zapy­tać jej męża, czy pozwoli mu wkrótce z niej sko­rzy­stać. Czuła się, jakby zaci­skał na jej gar­dle zimną dłoń wła­ści­ciela. Po chwili jed­nak skie­ro­wał spoj­rze­nie wybla­kłych oczu na coś innego i uśmiech­nął się, się­ga­jąc po sto­jący na kominku kie­lich.

Hanut Orr stał naprze­ciwko Shar­dana Lina, po dru­giej stro­nie nie­mal cał­ko­wi­cie już wyga­słego ognia. Gła­skał dłu­gimi pal­cami sta­ro­żytne tłuczki kamienne, z któ­rych zbu­do­wano komi­nek. Dostar­czał roz­rywki poło­wie szla­chet­nie uro­dzo­nych kobiet w mie­ście, pod warun­kiem, że były zamężne bądź też stra­ciły dzie­wic­two w innych oko­licz­no­ściach. Fak­tycz­nie sta­no­wił bar­dzo atrak­cyjne połą­cze­nie nie­bez­piecz­nego uroku z domi­nu­jącą aro­gan­cją, które to cechy pozwa­lały mu uwo­dzić skąd­inąd inte­li­gentne kobiety. Powszech­nie wie­dziano, że uwiel­bia, gdy kochanki padają przed nim na kolana, bła­ga­jąc o choć odro­binę jego uwagi.

Mąż Chal­lice roz­wa­lił się w swym ulu­bio­nym fotelu po lewej stro­nie Hanuta Orra. Roz­pro­sto­wał nogi, spo­glą­da­jąc z namy­słem w głąb kie­li­cha. Krę­cił powoli dło­nią i wino barwy błę­kit­nej krwi wiro­wało ospale.

- Droga żono, czy bal­ko­nowe powie­trze cię odświe­żyło? - ode­zwał się, prze­cią­ga­jąc samo­gło­ski w typowy dla sie­bie spo­sób.

- Wina? - zapy­tał Shar­dan Lim, uno­sząc brwi, jakby usłu­gi­wa­nie jej było dlań celem życia.

Czy mąż powi­nien się czuć ura­żony led­wie skry­waną lubież­no­ścią, z jaką tak zwani przy­ja­ciele spo­glą­dali na jego żonę? Gor­las nie zwra­cał na to uwagi.

- Nie, dzię­kuję, rajco Lim. Chcia­łam tylko życzyć wam wszyst­kim dobrej nocy. Gor­las, długo tu jesz­cze zosta­niesz?

Nie ode­rwał wzroku od wina, poru­szył tylko ustami, jakby po raz kolejny sma­ko­wał ostatni łyk i prze­ko­nał się, że resztki są lekko kwa­śne.

- Nie musisz na mnie cze­kać, żono.

Zer­k­nęła mimo woli na Shar­dana i wyczy­tała w jego oczach weso­łość oraz nie­dwu­znaczne zapew­nie­nie, że on nie potrak­to­wałby jej tak lek­ce­wa­żąco.

Nagle zawład­nęła nią mroczna prze­wrot­ność. Chal­lice spoj­rzała mu pro­sto w oczy i odwza­jem­niła uśmiech.

Można z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że Gor­las Vidi­kas nie zauwa­żył tej wymiany spoj­rzeń, Hanut Orr jed­nak ją dostrzegł i zare­ago­wał weso­ło­ścią o bar­dziej gwał­tow­nym, wzgar­dli­wym cha­rak­te­rze.

Chal­lice odwró­ciła się, czu­jąc się zbru­kana.

Słu­żąca ruszyła za nią po sze­ro­kich scho­dach i tylko ona widziała, jak sztywne są plecy zmie­rza­ją­cej do sypialni pani Vidi­kas.

Drzwi zamknęły się za nimi i Chal­lice zrzu­ciła krótki płaszcz.

- Przy­nieś moją biżu­te­rię - zażą­dała.

- Pani?

- Chcę zoba­czyć swoją biżu­te­rię! - wrza­snęła na sta­ruszkę.

Kobieta pochy­liła głowę i pobie­gła wyko­nać pole­ce­nie.

- Tę starą! - zawo­łała za nią Chal­lice.

Miała na myśli bły­skotki z daw­nych cza­sów, gdy była jesz­cze nie­wiele wię­cej niż dziec­kiem, zachwy­ca­ją­cym się darami zalot­ni­ków, łapów­kami mają­cymi kupić jej uczu­cia, na­dal jesz­cze wil­got­nymi od spo­co­nych dłoni. Och, otwie­rało się przed nią wów­czas tak wiele moż­li­wo­ści.

Przy­mru­żyła powieki, sta­jąc przed toa­letką.

No cóż, być może nie tylko wów­czas. Czy to cokol­wiek ozna­czało? Czy jesz­cze jej zale­żało?

Jej mąż miał, czego pra­gnął. Trzech poje­dyn­ko­wi­czów, twar­dych męż­czyzn prze­ma­wiało zde­cy­do­wa­nym gło­sem na posie­dze­niach Rady. Stał się teraz jed­nym z nich i to było wszystko, o co mu cho­dziło.

A co z tym, czego ona chciała?

Ale... czego wła­ści­wie chcę?

Nie miała poję­cia.

- Pani.

Chal­lice się odwró­ciła.

Roz­ło­żone na wytar­tej powierzchni toa­letki skarby jej panień­skiego wieku wyda­wały się... tanie. Na sam ich widok Chal­lice poczuła się nie­do­brze.

- Scho­waj je z powro­tem do szka­tułki - roz­ka­zała słu­żą­cej. - Jutro wszystko sprze­damy.

***

Nie trzeba było zosta­wać w ogro­dzie. Uwo­dzi­ciel­ska gospo­dyni, wdowa Sepharla, zapa­dła w pijacki sen na mar­mu­ro­wej ławie. W jed­nej ręce na­dal ści­skała kie­lich, a głowę odchy­liła do tyłu, roz­dzia­wia­jąc sze­roko usta. W par­nym, noc­nym powie­trzu nio­sło się gło­śne chra­pa­nie. Nie­udane przed­się­wzię­cie roz­ba­wiło Muril­lia. Stał jesz­cze nad nią przez pewien czas, popi­ja­jąc wino i radu­jąc się wonią kwia­tów, gdy nagle usły­szał ciche kroki.

Uniósł wzrok i zoba­czył córkę wdowy.

Tego rów­nież nie nale­żało robić.

Była o połowę młod­sza od niego, ale ten fakt nie czy­nił już jego zain­te­re­so­wa­nia nie­sto­sow­nym. Prze­kro­czyła próg trzy, może cztery lata temu i zbli­żała się do wieku, w któ­rym męż­czy­zna nie potrafi oce­nić, czy kobieta ma dwa­dzie­ścia, czy trzy­dzie­ści lat. Po prze­kro­cze­niu owego punktu wszyst­kie podobne oceny opie­rały się zresztą na złu­dze­niach i nie miały więk­szego zna­cze­nia.

Nie­wy­klu­czone, że wypił za dużo wina. Wystar­cza­jąco wiele, by osła­biło ono jego deter­mi­na­cję, pozwo­liło mu zapo­mnieć, ile lat ma już za sobą, choć nie­ustan­nie przy­po­mi­nała mu o tym male­jąca liczba pożą­dli­wych spoj­rzeń, jakimi obrzu­cały go kobiety. Co prawda, można to było zwać doświad­cze­niem, umie­jęt­no­ścią zado­wa­la­nia się kochan­kami potra­fią­cymi doce­nić podobne cechy. Nie­mniej umysł męż­czy­zny szybko prze­ska­kuje od tego, jak sprawy mają się w rze­czy­wi­sto­ści, do tego, jakimi chciałby je widzieć, albo - jesz­cze gorzej - jak wyglą­dały w prze­szło­ści. Jak brzmiało przy­sło­wie: gdy cho­dzi o prawdę, każdy męż­czy­zna jest poje­dyn­ko­wi­czem zbro­czo­nym krwią z dzie­się­ciu tysięcy cięć.

Żadna z tych myśli nie prze­mknęła jed­nak przez głowę Muril­lia w chwili, gdy patrzył w oczy Delish, nie­za­męż­nej córki wdowy Sepha­rii. Doszedł póź­niej do wnio­sku, że to musiało być wino. Upał i parna atmos­fera fety, słodki zapach kwia­tów uno­szący się w cie­płym, wil­got­nym powie­trzu. Fakt, że dziew­czyna była pra­wie zupeł­nie naga, miała na sobie tylko koszulę z cien­kiego jedwa­biu. Jasno­kasz­ta­nowe włosy obcięła nie­wia­ry­god­nie krótko, co było ostat­nio modne wśród mło­dych dziew­cząt. Twarz miała białą jak śmie­tanka, usta pełne, a nos leciutko gar­baty. Błysz­czące piwne oczy były wiel­kie jak u żebrzą­cego na ulicy dziecka, ale nie trzy­mała w dło­niach pęk­nię­tej miseczki na monety. Jej potrzeby kie­ro­wały się gdzie indziej.

Uspo­ko­jony dobie­ga­ją­cym z mar­mu­ro­wej ławy chra­pa­niem - i prze­ra­żony wła­sną ulgą - Muril­lio pokło­nił się nisko.

- Zja­wi­łaś się w odpo­wied­niej chwili, moja droga - rzekł, pro­stu­jąc się. - Zasta­na­wia­łem się, jak mam zanieść twoją matkę do łóżka. Masz jakieś suge­stie?

Pokrę­ciła pięk­nie ukształ­to­waną głową.

- Prze­sy­pia tu więk­szość nocy. Tak po pro­stu.

Jej głos był młody, ale nie brzmiał nosowo ani nie wyda­wał się zbyt wysoki, jak u bar­dzo wielu mło­dych dziew­cząt w dzi­siej­szych cza­sach. Dla­tego nie przy­po­mniał mu o wiel­kiej róż­nicy wieku mię­dzy nimi.

Och, spo­glą­da­jąc wstecz, popeł­nił tej nocy mnó­stwo błę­dów!

- Nie wie­rzyła, że przyj­miesz jej zapro­sze­nie - cią­gnęła Delish, spo­glą­da­jąc w dół. Zrzu­ciła jeden san­dał i doty­kała go teraz deli­kat­nie pal­cem stopy. - W końcu wszy­scy cię pożą­dają. To zna­czy jako gościa. Zwłasz­cza tej nocy.

Oka­zała się sta­now­czo za sprytna, pod­trzy­mu­jąc w ten spo­sób jego osła­bione ego.

- Czemu tu przy­szłaś, moja droga? Z pew­no­ścią masz nie­zli­czone zastępy zalot­ni­ków, a wśród nich...

- Wśród nich nie ma nikogo, kogo można zwać męż­czy­zną.

Czy tym jed­nym lek­ce­wa­żą­cym zda­niem zła­mała tysiąc ogłu­pia­łych od hor­mo­nów serc? Czy łóżka pod­ska­ki­wały nagle w nocy, a stopy zrzu­cały prze­po­cone koł­dry? Muril­lio mógłby nie­mal w to uwie­rzyć.

- To doty­czy rów­nież Pre­licka.

- Prze­pra­szam, kogo?

- Zapi­ja­czo­nego, dur­nego nic­po­nia, który śpi teraz w holu. Przez całą noc poty­kał się o wła­sny rapier. To było okropne.

Okropne. Tak, teraz rozu­miem.

- Mło­dzi są skłonni do nad­mier­nego entu­zja­zmu - zauwa­żył Muril­lio. - Nie wąt­pię, że biedny Pre­lick cze­kał na tę noc od tygo­dni, być może nawet od mie­sięcy. Dla­tego uległ ner­wo­wemu pod­nie­ce­niu, wywo­ła­nemu bli­sko­ścią twej pięk­nej osoby. Lituj się nad takimi mło­dzień­cami, Delish. Zasłu­gują przy­naj­mniej na to.

- Nie jestem zain­te­re­so­wana lito­ścią, Muril­lio.

Nie powinna była wypo­wia­dać jego imie­nia takim tonem. A on w ogóle nie powi­nien jej słu­chać.

- Delish, czy potra­fisz wysłu­chać dziś rady kogoś takiego jak ja?

Dziew­czyna ski­nęła głową, choć jej twarz wyra­żała z tru­dem utrzy­my­waną cier­pli­wość.

- Wybie­raj tych spo­koj­nych. Nie tych, któ­rzy się puszą i demon­strują nad­mierną aro­gan­cję. Spo­koj­nych i uważ­nych, Delish.

- Nie znam nikogo w tym rodzaju.

- Och, są tacy. Trzeba się tylko uważ­niej przyj­rzeć, żeby ich zauwa­żyć.

Zdjęła już oba san­dały i zlek­ce­wa­żyła jego słowa mach­nię­ciem bia­łej dłoni, prze­su­wa­jąc się ku niemu o krok. Unio­sła wzrok, jakby nagle się zlę­kła, ale spo­glą­dała mu w oczy zbyt długo, by mogła to być auten­tyczna bojaź­li­wość.

- Nie chcę cichych. Nie chcę tych, któ­rzy potrze­bują lito­ści. Nie chcę... dzieci! Nie dzi­siej­szej nocy, Muril­lio. Nie pod tym księ­ży­cem.

Nagle zna­la­zła się w jego ramio­nach. Mięk­kie, aż nazbyt chętne ciało okry­wał tylko cienki jedwab. Miał wra­że­nie, że wpełza na niego niczym sylf. Pod tym księ­ży­cem? - pomy­ślał.

Nie­stety był to jej ostatni poetyczny gest. Zaczęła zdzie­rać z niego ubra­nie, roz­chy­liła pełne, wil­gotne usta, wysu­wa­jąc język, i ugry­zła go w wargi. Jedną ręką chwy­cił dziew­czynę za pierś, a drugą się­gnął ku poślad­kom, uno­sząc ją. Roz­chy­liła nogi i oplo­tła je wokół jego bio­der. Usły­szał trzask sprzączki, gdy pas spadł na chod­nik mię­dzy jego butami.

Nie była wysoką kobietą. Nie ważyła zbyt wiele, ale miała zaska­ku­jąco dużo siły. Ujeż­dżała go z takim zapa­łem, że przy każ­dym gwał­tow­nym ruchu strze­lało mu w krzyżu. W tym punk­cie pogrą­żył się w typo­wej dla sie­bie obo­jęt­no­ści, która zapew­niała mu impo­nu­jącą wytrzy­ma­łość. Poświę­cił chwilę na to, by się upew­nić, że z tyłu na­dal sły­chać chra­pa­nie. Ów dono­śny dźwięk natych­miast wydał mu się prze­po­wied­nią upadku, kapi­tu­la­cji przed latami walki, z jakich skła­dało się życie.

Tak wła­śnie koń­czą się dni nas wszyst­kich.

Ta chwila cał­ko­wi­cie pozba­wi­łaby go męsko­ści, gdyby pozwo­lił jej trwać dłu­żej. Tym­cza­sem Delish zaczy­nała już odczu­wać zmę­cze­nie. Jej wes­tchnie­nia sta­wały się coraz szyb­sze i bar­dziej ochry­płe. Ciało dziew­czyny ogar­nęło drże­nie i Muril­lio uległ wresz­cie przy­jem­no­ści - był już naj­wyż­szy czas - koń­cząc razem z nią z bez­rad­nym wes­tchnie­niem.

Ucze­piła się go. Czuł gwał­towne wale­nie jej serca. Posta­wił ją powoli na ziemi i odsu­nął się deli­kat­nie.

Zwa­żyw­szy wszystko razem, nie mogłoby być gor­szej chwili, by ujrzeć błysk klingi przed oczyma. Muril­lia prze­szył palący ból. Sztych wbił się w jego pierś, prze­cho­dząc na wylot, a pijany dureń trzy­ma­jący broń zato­czył się do przodu, nie­malże wpa­da­jąc w ramiona ofiary.

Muril­lio osu­nął się na zie­mię. Klinga wysu­nęła się z jego ciała z nie­chęt­nym mla­śnię­ciem.

Delish krzyk­nęła prze­raź­li­wie. Twarz Pre­licka roz­bły­sła trium­fem.

- Ha! Giń, gwał­ci­cielu!

Znowu usły­szał kroki. Ich dźwięk dobie­gał od strony domu. Ludzie krzy­czeli. Oszo­ło­miony Muril­lio dźwi­gnął się z ziemi, pod­cią­gnął pan­ta­lony i zapiął pas. Jego żół­to­zie­loną jedwabną koszulę zbru­kały pur­pu­rowe plamy. Miał na pod­bródku krew, wypły­wa­jącą z ust razem z cichymi, char­czą­cymi kaszl­nię­ciami. Wycią­gały się ku niemu ręce, ale odtrą­cił wszyst­kie i uciekł chwiej­nym kro­kiem ku bra­mie.

Tak jest, prze­py­cha­jąc się przez obo­jętny tłum, żało­wał tego, co się stało. Chwile jasno­ści umy­słu prze­pla­tały się z okre­sami spo­wi­tymi mroczną, czer­woną mgiełką. Pamię­tał, że stał wsparty ręką o kamienny mur i wyplu­wał stru­mie­nie krwi. Och, żało­wał bar­dzo wielu rze­czy.

Na szczę­ście nie sądził, by musiał cier­pieć długo.

***

Co spra­wiało, że z twa­rzy Plamy ni­gdy nie zni­kał wyraz zdu­mie­nia? Nawyk czy jakiś dzi­waczny wybryk dzie­dzicz­no­ści? Nie spo­sób było tego okre­ślić, ponie­waż każde słowo wypo­wia­dał tonem nie­do­wie­rza­nia, jakby nie mógł być pewien tego, co zmy­sły mówią mu o świe­cie zewnętrz­nym, a myślom koła­czą­cym się we wła­snej gło­wie ufał w jesz­cze mniej­szym stop­niu. Wytrzesz­czał teraz oczy, gapiąc się na Leffa, i roz­dzia­wiał sze­roko usta, od czasu do czasu obli­zu­jąc wargi. Leff ze swej strony przy­glą­dał mu się z uwagą, jakby demon­stro­wany przez przy­ja­ciela debi­lizm budził w nim chro­niczną podejrz­li­wość.

- Nie będą na nas cze­kać wiecz­nie, Leff! Nie trzeba było tego pod­pi­sy­wać! Mówię ci, zwiejmy naj­bliż­szym stat­kiem. Do Dha­vranu albo nawet nad morze! Czy nie masz kuzyna w Men­galu?

Leff zamru­gał ospale.

- Ehe, Plama. Spę­dza w pace tak wiele czasu, że pozwo­lili mu ume­blo­wać wła­sną celę. Chcesz mieć na gło­wie rów­nież jego kło­poty? Poza tym wtedy my też zna­leź­li­by­śmy się na liście.

Na twa­rzy Plamy poja­wiło się zdu­mie­nie pomie­szane ze stra­chem. Męż­czy­zna odwró­cił wzrok.

- Wła­śnie ta lista nas dobiła - wyszep­tał. - Lista...

- Wie­dzie­li­śmy, że to nie będzie łatwe - prze­rwał mu Leff, licząc, że może uda się go uspo­koić. - Takie sprawy zawsze są trudne.

- Ale nikogo nie zna­leź­li­śmy!

- Minął dopiero tydzień, Plama.

Nad­szedł czas na ciche odkaszl­nię­cie, otar­cie tłu­stego czoła jedwabną chu­s­teczką i pełne namy­słu pocią­gnię­cie za rzadką bródkę.

- Pano­wie! - Ach, udało mu się przy­cią­gnąć ich uwagę. - Spójrz­cie na Har­cow­ni­ków, któ­rzy wyszli na pole, i na Monetę Najem­nika, lśniącą, jak zawsze lśnią złote wabiki... tu czy gdzie indziej, ale zwłasz­cza tu. Kłyk­cie na­dal spo­czy­wają w spo­co­nej dłoni zasko­czo­nego Plamy. Zbyt długo już ści­ska je nie­rzu­cone. Bez końca cią­gnie się ta gra, gdy cier­pliwy Kruppe przy­cup­nął na kra­wę­dzi chwa­leb­nego zwy­cię­stwa!

Leff skrzy­wił się wście­kle.

- Wcale nie wygry­wasz, Kruppe! Prze­gry­wasz, i to fatal­nie, nawet jeśli masz Monetę. Zresztą, na co ci się ona zda? Nie widzę na polu Najem­nika, więc kogo nią opła­cisz? Nikogo!

Uśmiech­nięty gru­ba­sek roz­parł się wygod­niej na krze­śle.

Dzi­siej­szej nocy gospodę "Pod Fenik­sem" wypeł­niał hała­śliwy tłum. Z brud­nych, zaku­rzo­nych ulic napły­wało do środka coraz wię­cej ura­do­wa­nych pija­ków. Kruppe, rzecz jasna, darzył ich wszyst­kich sym­pa­tią, jak przy­stało jego wspa­nia­ło­myśl­nej natu­rze.

Plama rzu­cił kłyk­cie i wbił spoj­rze­nie w sześć kości zwia­stu­ją­cych jego klę­skę.

Fak­tycz­nie ją zwia­sto­wały. Kruppe ponow­nie pochy­lił się nad sto­li­kiem.

- Ho, poja­wiła się Pro­sta Droga. Spójrz­cie, jak na pole masze­ruje sze­ściu Najem­ni­ków! Zabi­jają wszyst­kich na lewo i prawo! Jeden rzut kłykci i wszech­świat się zmie­nił! Oto zło­wroga nauczka, dro­dzy towa­rzy­sze Krup­pego. Gdy Moneta się odsłoni, prę­dzej czy póź­niej się­gnie po nią czy­jaś ręka!

Prak­tycz­nie żaden rzut w Turze Rewan­żo­wej nie mógłby ura­to­wać dwóch pecho­wych Kró­lów i ich rów­nie pecho­wych wła­ści­cieli, Plamy i Leffa. Leff wark­nął ze zło­ścią i prze­su­nął ręką nad polem, roz­rzu­ca­jąc bierki. W tym samym ruchu zła­pał Monetę i scho­wałby ją za pasem, gdyby Kruppe nie pokrę­cił głową i nie wycią­gnął po nią pulch­nej dłoni.

Leff zaklął pod nosem i upu­ścił Monetę w zagłę­bie­nie ręki gru­ba­ska.

- Łupieżca zgar­nia zwy­cię­stwo - oznaj­mił z uśmie­chem Kruppe. - Nie­stety, dla bied­nych Plamy i Leffa ta Moneta to tylko drobny uła­mek bogactw, jakie wpadną w ręce trium­fu­ją­cego Krup­pego. Po dwie rady od każ­dego, tak?

- To nasza tygo­dniowa wypłata za tydzień, który jesz­cze nie nad­szedł - odparł Leff. - Będziemy two­imi dłuż­ni­kami, przy­ja­cielu.

- To skan­da­liczny pre­ce­dens! Nie­mniej jed­nak Kruppe zdaje sobie sprawę, że nagłe odwró­ce­nie się for­tuny może zasko­czyć czło­wieka. To w pełni zro­zu­miałe, no bo w końcu jest nagłe. Dla­tego, z uwagi na koniecz­ność spę­dze­nia tygo­dnia na szla­chet­nej pracy, Kruppe jest w sta­nie prze­su­nąć o tydzień ter­min spłaty rze­czo­nego długu.

Plama wypro­sto­wał się z jękiem.

- Lista, Leff. Wró­ci­li­śmy do tej cho­ler­nej listy.

- Wielu jest tych, któ­rzy uchy­lają się od spłaty - przy­znał z wes­tchnie­niem gru­ba­sek. - A ci, któ­rzy doma­gają się rekom­pen­saty, są tak nie­cier­pliwi, że spo­rzą­dzili strasz­liwą listę. A za zmniej­sze­nie liczby figu­ru­ją­cych na niej imion wyna­gra­dzają hoj­nie tych, któ­rzy zaj­mują się ścią­ga­niem dłu­gów, tak?

Obaj męż­czyźni wytrzesz­czyli oczy. Mina Plamy suge­ro­wała, że przed chwilą otrzy­mał potężny cios w głowę i nie odzy­skał jesz­cze w pełni przy­tom­no­ści. Leff skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Ehe, cho­dzi o tę listę, Kruppe. Zgo­dzi­li­śmy się przy­jąć tę pracę, bo nie mie­li­śmy nic innego do roboty od chwili nagłego... zgonu Boca. A teraz wycho­dzi na to, że nasze imiona też mogą się na niej zna­leźć!

- Non­sens! Czy raczej, Kruppe uści­śla, owa groźba nie zawi­śnie nad wami z powodu ewen­tu­al­nego uchy­le­nia się od spłaty dłu­gów, jakie u niego zacią­gnę­li­ście. Listy tego rodzaju są w isto­cie zgubne i zapewne dają efekt odwrotny do zamie­rzo­nego. Kruppe uważa sam fakt ich ist­nie­nia za godny ubo­le­wa­nia. Mądra rada brzmi tak, by nie przej­mo­wać się tym zanadto. Chyba że oczy­wi­ście ter­min spłaty szybko się zbliża, a w sakiewce nie ma nic poza kłacz­kami. Kolejna suge­stia, odnie­ście suk­ces w spra­wie listy, odbierz­cie należną nagrodę i natych­miast zgło­ście się do Krup­pego, by spła­cić skromny dług. Alter­na­tywą, nie­stety, byłoby zupeł­nie inne roz­wią­za­nie.

- A jakie? - zapy­tał Leff, obli­zu­jąc ner­wowo wargi.

- Skromna pomoc Krup­pego w spra­wie rze­czo­nej listy, rzecz jasna. W zamian za maleńki udział.

- Jeśli dosta­niesz działkę, pomo­żesz mam wytro­pić tych, któ­rzy są na liście?

- Leża­łoby to w naj­le­piej poję­tym inte­re­sie Krup­pego, z uwagi na dług, jaki u niego zacią­gnę­li­ście.

- Ile to mia­łoby być?

- Trzy­dzie­ści trzy pro­cent.

- I to ma być skromny udział?

- Nie. Powie­dzia­łem, że jest maleńki. Naj­drożsi przy­ja­ciele, czy zna­leź­li­ście cho­ciaż jed­nego czło­wieka z tej listy?

Odpo­wie­działo mu ponure mil­cze­nie, choć Plama na­dal miał lekko ogłu­piałą minę.

- W całym Daru­dży­sta­nie nie ma nikogo, kogo Kruppe nie potra­fiłby odna­leźć - oznaj­mił gru­ba­sek, nady­ma­jąc pierś tak bar­dzo, że aż zagro­ziło to dwóm oca­la­łym guzi­kom kami­zelki.

Wypu­ścił powie­trze i dzielne guziki zalśniły bla­skiem zwy­cię­stwa.

Nagle roz­le­gły się krzyki. Pod drzwiami doszło do jakie­goś zamie­sza­nia. Meese zawo­łała Krup­pego po imie­niu.

Zasko­czony czło­wie­czek wstał, ale widok na­dal zasła­niali mu wyjąt­kowo wysocy goście. To było bar­dzo iry­tu­jące. Okrą­żył sto­lik i zaczął się prze­py­chać do szynk­wasu, dysząc i stę­ka­jąc. Irilta wcią­gała na kon­tuar zbro­czo­nego krwią Muril­lia, roz­rzu­ca­jąc przy tym kufle i kie­li­chy.

- Ojej. - Kruppe spoj­rzał w oczy Meese i wyczy­tał z nich strach oraz nie­po­kój. - Leć natych­miast po Colla.

Pobla­dła kobieta ski­nęła głową. Tłum roz­stą­pił się przed nią. Jak mawiali Gadro­bij­czycy, nawet pijak pozna głupca. Goście mogli być pijani, ale żaden z nich nie był na tyle głupi, by sta­wać jej na dro­dze.

***

Miecz Wyka­łaczki leżał na stole, jego sztych zbru­kała krzep­nąca krew. Ner­wu­sik poło­żył obok swój krótki miecz o klin­dze znacz­nie bar­dziej uwa­la­nej krwią. Ów oręż sta­no­wił nieme wpro­wa­dze­nie do impro­wi­zo­wa­nego zebra­nia.

Nie­bie­ska Perła usiadł u końca dłu­giego stołu, wal­cząc z bólem głowy za pomocą kufla ale. Nie­widka zajęła miej­sce pod drzwiami. Opie­rała się o fra­mugę, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Mło­tek usiadł na lewo od Napań­czyka. Jego ner­wo­wość zdra­dzało wyłącz­nie drże­nie nogi. Kolano i udo mu się trzę­sły, ale twarz nic nie wyra­żała. Nie chciał patrzeć nikomu w oczy. Pod wystrzę­pio­nym gobe­li­nem, pamię­ta­ją­cym czasy, gdy lokal był jesz­cze świą­ty­nią, stał Duiker, ongiś histo­ryk impe­rialny, a obec­nie zła­many sta­rzec.

Szcze­rze mówiąc, Wyka­łaczka poczuła się nieco zasko­czona, gdy zgo­dził się przyjść na zebra­nie. Być może w popio­łach jego duszy tlił się na­dal pło­myk cie­ka­wo­ści, choć Duiker spra­wiał wra­że­nie bar­dziej zain­te­re­so­wa­nego sceną wyobra­żoną na wybla­kłym gobe­li­nie. Powietrzna flo­tylla smo­ków zbli­żała się na niej do świą­tyni bar­dzo podob­nej do tej, w któ­rej się znaj­do­wali.

Nikt nie miał ochoty prze­mó­wić pierw­szy. Typowe. To zada­nie zawsze spa­dało pod jej stopy niczym ranna gołę­bica.

- Gil­dia Skry­to­bój­ców przy­jęła kon­trakt - zaczęła celowo bru­tal­nym tonem. - Kto jest celem? W naj­lep­szym przy­padku ja, Ner­wu­sik i Nie­bie­ska Perła, ale naj­praw­do­po­dob­niej wszy­scy udzia­łowcy. - Prze­rwała, cze­ka­jąc na głosy sprze­ciwu. Nie usły­szała żad­nych. - Ner­wu­sik, czy odrzu­ci­li­śmy jakąś ofertę zakupu lokalu?

- Wyka­łaczka - odparł Falar­czyk iden­tycz­nym tonem. - Nikt ni­gdy nie chciał go kupić.

- Zna­ko­mi­cie. A czy ktoś sły­szał pogło­ski o wskrze­sze­niu sta­ro­żyt­nego kultu K'rula? Może w mie­ście poja­wił się jakiś wielki kapłan, który chciałby odzy­skać świą­ty­nię?

Nie­bie­ska Perła skwi­to­wał tę suge­stię pogar­dli­wym prych­nię­ciem.

- Co chcia­łeś nam w ten spo­sób powie­dzieć? - zapy­tała kobieta, łypiąc nań ze zło­ścią.

- Nic - mruk­nął napań­ski mag. - Nie sły­sza­łem o nikim w tym rodzaju, Wyka­łaczka. Gdyby Ganoes Paran wró­cił z miejsc, w któ­rym prze­bywa, mógłby nam udzie­lić pew­nej odpo­wie­dzi, nie sądzę jed­nak, by ist­niał jakiś kult pra­gnący nas stąd wyko­pać.

- Skąd wiesz? - zain­te­re­so­wał się Ner­wu­sik. - Potra­fił­byś ich zwę­szyć albo coś?

- Och, nie w tej chwili - poskar­żył się Nie­bie­ska Perła. - Nie chcę już dziś wię­cej pytań. Moc­kra zro­biła mi z głowy mia­zgę. Nie zno­szę tej groty.

- Cho­dzi o duchy - wyja­śnił Mło­tek dziw­nie łagod­nym gło­sem. Spoj­rzał na maga. - Mam rację? Nie szep­czą nic, czego by nie szep­tały od chwili, gdy się wpro­wa­dzi­li­śmy. Sły­szymy te same jęki i bła­ga­nia o krew, co zawsze. - Prze­su­nął spoj­rze­nie na leżące na stole mie­cze. - Krew roz­laną tutaj, oczy­wi­ście. Przy­nie­siona z zewnątrz się nie liczy. Na szczę­ście.

- Posta­raj się nie zaci­nać przy gole­niu, Ner­wu­sik - wtrą­ciła Nie­widka.

- Na dole cza­sem zda­rzają się bija­tyki - zauwa­żyła Wyka­łaczka, spo­glą­da­jąc z zasę­pioną miną na uzdro­wi­ciela. - Chcesz powie­dzieć, że to one kar­miły te cho­lerne duchy?

Mło­tek wzru­szył ramio­nami.

- Było tego za mało, żeby cokol­wiek zmie­nić.

- Potrze­bu­jemy nekro­manty - skon­klu­do­wał Nie­bie­ska Perła.

- Zba­czamy z tematu - oznaj­miła Wyka­łaczka. - Przede wszyst­kim powin­ni­śmy się mar­twić o ten cho­lerny kon­trakt. Musimy się dowie­dzieć, kto za nim stoi. Jak już się dowiemy, wrzu­cimy mu wstrzą­sacz przez okno sypialni i spo­kój. Trzeba opra­co­wać plan ataku - cią­gnęła, omia­ta­jąc spoj­rze­niem zebra­nych. - Zacznijmy od zgro­ma­dze­nia infor­ma­cji. Czy ktoś ma jakieś pomy­sły?

Odpo­wie­działa jej cisza.

Nie­widka odsu­nęła się od drzwi.

- Ktoś idzie - oznaj­miła.

Wszy­scy już sły­szeli gło­śne kroki. Ktoś wcho­dził po scho­dach, odpro­wa­dzany syczą­cymi sprze­ci­wami gości.

Ner­wu­sik pod­niósł miecz ze stołu. Nie­bie­ska Perła wstał powoli i Wyka­łaczka poczuła woń budzą­cych się cza­rów. Unio­sła rękę.

- Zacze­kaj­cie, do Kap­tura.

Drzwi otwo­rzyły się nagle.

Do środka wszedł wysoki, dobrze ubrany męż­czy­zna. Dyszał ciężko, a spoj­rze­nie jego jasno­nie­bie­skich oczu prze­su­nęło się po twa­rzach wszyst­kich obec­nych i zatrzy­mało się na Młotku. Uzdro­wi­ciel wstał.

- Rajco Collu, co się stało?

- Potrze­buję two­jej pomocy - oznaj­mił szla­chet­nie uro­dzony Daru. Wyka­łaczka sły­szała w jego gło­sie nie­po­kój. - Wielka Denul. Natych­miast.

Nim Mło­tek zdą­żył odpo­wie­dzieć, Wyka­łaczka pode­szła do męż­czy­zny.

- Rajco Collu, przy­sze­dłeś tu sam?

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi, a potem wska­zał za sie­bie.

- Z nie­wielką eskortą. Dwóch straż­ni­ków. - Dopiero w tej chwili zauwa­żył leżący na stole miecz. - Co tu się dzieje?

- Wyka­łaczka - ode­zwał się Mło­tek. - Wezmę Nie­bie­ską Perłę...

- To mi się nie podoba...

- Potrze­bu­jemy infor­ma­cji, tak? - prze­rwał jej uzdro­wi­ciel. - Coll może nam pomóc. Poza tym z pew­no­ścią na począ­tek rzu­cili prze­ciwko nam tylko jeden klan i już się z nim zała­twi­li­ście. Gil­dia potrze­buje czasu, by ponow­nie oce­nić pro­blem. Mamy co naj­mniej dobę.

Wyka­łaczka spoj­rzała na rajcę. Coll mógł nie wie­dzieć, co się wyda­rzyło, ale usły­szał już wystar­cza­jąco wiele, by się domy­ślić.

- Ktoś naj­wy­raź­niej pra­gnie naszej śmierci - oznaj­miła mu z wes­tchnie­niem. - Pew­nie lepiej byłoby dla cie­bie, gdy­byś się w tej chwili z nami nie zada­wał...

Coll pokrę­cił jed­nak głową, ponow­nie wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w Młotka.

- Uzdro­wi­cielu, pro­szę.

Mło­tek ski­nął głową do Nie­bie­skiej Perły, który łypał nań spode łba.

- Pro­wadź, rajco. Pój­dziemy z tobą.

***

...Zna­lazł Osse­ricka, swego wier­nego sojusz­nika, z krwią na twa­rzy i pobi­tego do nie­przy­tom­no­ści. Ano­man­der osu­nął się na kolana i przy­wo­łał Tysiąc Bogów, któ­rzy spoj­rzeli na Osse­ricka i zoba­czyli krew na jego twa­rzy. Ogar­nięci lito­ścią obu­dzili go i wstał.

I Ano­man­der wstał rów­nież, i spoj­rzeli na sie­bie, Świa­tło na Ciem­ność, Ciem­ność na Świa­tło.

Ano­man­de­rem zawład­nął gniew.

- Gdzie jest Dra­con­nus? - zapy­tał wier­nego sojusz­nika. Nim bowiem Ano­man­der się odda­lił, zły tyran Dra­con­nus, Zabójca Ele­in­tów, został wła­sną ręką Ano­man­dera pozba­wiony przy­tom­no­ści, a twarz zbro­czyła mu krew. Osse­rick, któ­remu powie­rzono zada­nie pil­no­wa­nia Dra­con­nusa, osu­nął się na kolana i wezwał Tysiąc Bogów, by ich miło­sier­dzie osło­niło go przed furią Ano­man­dera.

- Zosta­łem poko­nany! - zawo­łał w odpo­wie­dzi. - Sio­stra Zło­śli­wość mnie zasko­czyła. Och, Tysiąc Bogów odwró­ciło spoj­rze­nie, gdy jej cios pozba­wił mnie przy­tom­no­ści. Spójrz, mam krew na twa­rzy!

- Pew­nego dnia nasz sojusz się skoń­czy i ponow­nie zapa­nuje mię­dzy nami wro­gość, o Synu Świa­tła, Dziecko Świa­tła - poprzy­siągł Ano­man­der i prze­ro­dził się w ciem­ność strasz­li­wej burzy, aż Osse­rick sku­lił się niczym słońce scho­wane za chmurą. - Będziemy wal­czyć o każdy kawa­łek ziemi, każdy skra­wek nieba, każde źró­dło ze słodką wodą. Sto­czymy tysiąc bitew i nie będzie mię­dzy nami lito­ści. Ześlę cier­pie­nia na twoją rodzinę, na twoje córki. Zakażę ich umy­sły Nie­świa­domą Ciem­no­ścią. Roz­pro­szę je po nie­zna­nych kró­le­stwach i w ich ser­cach nie będzie lito­ści, albo­wiem mię­dzy nimi a Tysią­cem Bogów na zawsze zawi­śnie chmura ciem­no­ści.

Taka była furia Ano­man­dera i, choć był sam, Ciem­ność naprze­ciwko Świa­tła, wewnątrz jego dłoni zale­gała sło­dycz, wspo­mnie­nie zdra­dziec­kiego dotyku Pani Zawi­ści. Świa­tło naprze­ciwko Ciem­no­ści, Ciem­ność naprze­ciwko Świa­tła, dwaj męż­czyźni, któ­rzy stali się bro­nią w rękach dwóch sióstr, córek Dra­con­nusa. Stali tak, nie­wi­dziani przez nikogo, i rado­wali się tym, co ujrzeli.

Usta­lono, że Ano­man­der ponow­nie wyru­szy w pościg za złym tyra­nem, by uni­ce­stwić jego i jego prze­klęty miecz, który jest ohydą w oczach Tysiąca Bogów i wszyst­kich, któ­rzy przed nimi klę­kają. Osse­rick nato­miast miał odna­leźć Zło­śli­wość i wywrzeć na niej spra­wie­dliwą zemstę.

Jeśli zaś cho­dzi o przy­sięgę zło­żoną przez Ano­man­dera, Osse­rick znał gniew, z któ­rego się zro­dziła, i w swoim cza­sie on rów­nież zło­żył przy­sięgę. Zapo­wie­dział w niej, że będzie wal­czył, poje­dyn­ko­wał się, toczył bój o każdy kawa­łek ziemi, każdy skra­wek nieba, każde źró­dło ze słodką wodą. Takie sprawy muszą jed­nak spo­czy­wać na spo­koj­nej ziemi niczym ziarno cze­ka­jące na życie.

W końcu na­dal stał przed nimi pro­blem Dra­con­nusa, a teraz rów­nież Zło­śli­wo­ści. Czyż Dzieci Tiam nie doma­gały się wymie­rze­nia kary? Krew spla­miła twa­rze zbyt wielu Ele­in­tów i dla­tego Ano­man­der i Osse­rick pod­jęli się owych pamięt­nych łowów.

Gdyby Ele­in­to­wie wie­dzieli, co z tego wynik­nie, ode­bra­liby swe pio­ru­nowe tchnie­nie zarówno Ano­man­de­rowi, jak i Osse­ric­kowi. Nikt jed­nak nie mógł wów­czas prze­wi­dzieć, co przy­nie­sie los, i dla­tego wła­śnie Tysiąc Bogów zapła­kało...

Wielki alche­mik Baruk potarł powieki i oparł się wygod­niej. Podej­rze­wał, że ory­gi­nalna wer­sja tek­stu znacz­nie się róż­niła od sty­li­zo­wa­nego beł­kotu, który czy­tał. Te sta­ro­modne, okle­pane frazy wywo­dziły się z przej­ścio­wego wieku, gdy histo­rycy pró­bo­wali oży­wić dzie­dzic­two prze­ka­zy­wa­nych ust­nie tek­stów celem pod­kre­śle­nia wia­ry­god­no­ści rela­cji naocz­nych świad­ków. Rezul­tat przy­pra­wiał go o ból głowy.

Ni­gdy nie sły­szał o Tysiącu Bogów. Wzmianki o tym pan­te­onie nie można było zna­leźć w żad­nym kom­pen­dium poza Ciem­no­ścią i Świa­tłem Dil­lat. Baruk podej­rze­wał, że autorka po pro­stu ich wymy­śliła, co z kolei pro­wa­dziło do pyta­nia, co jesz­cze w książce było zmy­ślone?

Ponow­nie pochy­lił się nad wolu­mi­nem, popra­wił knot lampy i zaczął prze­rzu­cać kru­szące się stro­nice, aż jego uwagę przy­cią­gnął kolejny frag­ment.

W owych dniach wśród smo­ków trwała wojna. Wszy­scy Pier­wo­rodni, poza jed­nym, ugięli karki przed ofertą K'rula. Ich dzieci - pozba­wione wszyst­kiego, co miały odzie­dzi­czyć - pomknęły wiel­kimi chmu­rami ku niebu, opusz­cza­jąc wieże, lecz na­dal nie były zjed­no­czone w niczym poza odrzu­ce­niem Pier­wo­rod­nych. Poja­wiły się wśród nich frak­cje i na wszyst­kie Kró­le­stwa spadł czer­wony deszcz. Szczęki zaci­skały się na szy­jach. Szpony roz­pru­wały brzu­chy. Tchnie­nie cha­osu oddzie­lało ciało od kości.

Ano­man­der, Osse­rick i inni posma­ko­wali już krwi Tiam, teraz zaś nade­szli kolejni, gnani gwał­tow­nym pra­gnie­niem. Z owego kar­ma­zy­no­wego nek­taru zro­dziło się wiele demo­nicz­nych mon­strów. Dopóki Bramy Sta­rvald Deme­lain pozo­sta­wały otwarte, nie­strze­żone i nie­kon­tro­lo­wane przez nikogo, wojna nie mogła się skoń­czyć i na wszyst­kie Kró­le­stwa padał czer­wony deszcz.

Kurald Lio­san była pierw­szym kró­le­stwem, które zamknęło por­tal pro­wa­dzący do Sta­rvald Deme­lain. Opo­wieść, która teraz nastąpi, mówi o rzezi, jakiej dopu­ścił się Osse­rick, oczysz­cza­jąc swój świat ze wszyst­kich pre­ten­den­tów i rywali, jed­no­po­chwy­co­nych i zdzi­cza­łych Ele­in­tów czy­stej krwi, a także prze­ga­nia­jąc ze swej ziemi pierw­szych d'iver­sów.

Wszystko to zaczęło się w chwili, gdy Osse­rick starł się z Ano­man­de­rem po raz szes­na­sty i obaj mieli krew na twa­rzach, nim wresz­cie Kil­man­da­ros, ta, która prze­ma­wia za pomocą pię­ści, pod­jęła się zada­nia roz­dzie­le­nia wal­czą­cych...

Baruk uniósł wzrok, a potem obró­cił się na krze­śle, by spoj­rzeć na gościa, który muskał sobie pióra na stole mapo­wym.

- Sta­ru­cha, sprzecz­no­ści w tym tek­ście dopro­wa­dzają mnie do szału.

Pta­szy­sko unio­sło głowę i otwo­rzyło dziób, zaśmiaw­szy się krótko.

- Niby dla­czego? - zapy­tało. - Pokaż mi histo­ryczne kro­niki, które mają sens, a poka­żesz mi czy­stą fik­cję. Jeśli o nią ci cho­dzi, szu­kaj gdzie indziej! Mój pan zde­cy­do­wał, że bzdury spi­sane przez Dil­lat będą świet­nym dodat­kiem do two­jej kolek­cji. Jeśli rze­czy­wi­ście czu­jesz się nie­za­do­wo­lony, ma w biblio­tece mnó­stwo innych głu­pot, i to tylko wśród ksiąg, które chciało mu się zabrać z Odpry­sku Księ­życa. No wiesz, zosta­wił tam całe pokoje zapchane podob­nymi śmie­ciami.

Baruk zamru­gał powoli, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać prze­ra­że­nia.

- Nie, nie wie­dzia­łem o tym.

Sta­ru­cha nie dała się nabrać i skwi­to­wała jego słowa chi­cho­tem.

- Mojego pana naj­bar­dziej roz­śmie­szyła wizja tego, jak padł na kolana i wezwał krzy­kiem Stu Bogów...

- Tysiąc. To jest Tysiąc Bogów.

- Wszystko jedno. - Wielki Kruk pochy­lił głowę i roz­po­starł lekko skrzy­dła. - A także myśl, że poprzy­siągł wal­czyć z Osser­kiem. Ich sojusz roz­padł się z powodu nara­sta­ją­cej wza­jem­nej anty­pa­tii. Klapa z Dra­co­nu­sem zapewne zadała mu śmier­telny cios. Wyobraź sobie, uległ pod­stę­pom kobiety, i to córki Dra­co­nusa! Dla­czego Osserc nawet nie podej­rze­wał, że jej motywy mogą nie być czy­ste? Ha! W każ­dym ist­nie­ją­cym gatunku samce są okrop­nie... prze­wi­dy­walne!

- O ile dobrze pamię­tam Ano­man­da­risa Rybaka, Pani Zawiść doko­nała tej samej sztuki z twoim panem, Sta­ru­cha - zauwa­żył z uśmie­chem Baruk.

- Ale on świet­nie zda­wał sobie sprawę z tego, co się dzieje - odparło pta­szy­sko, pod­kre­śla­jąc swe słowa dzi­wacz­nym, gda­czą­cym dźwię­kiem. - Mój pan zawsze zda­wał sobie sprawę, że cza­sem konieczne są poświę­ce­nia. - Sta­ru­cha nastro­szyła pióra barwy onyksu. - Pomyśl o rezul­ta­tach!

Baruk skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Jestem głodna! - zawo­łała Sta­ru­cha.

- Nie skoń­czy­łem kola­cji - poin­for­mo­wał ją męż­czy­zna. - Na tym tale­rzu...

- Wiem, wiem! Jak myślisz, dla­czego zgłod­nia­łam? Zdu­mie­waj się moją cier­pli­wo­ścią, wielki alche­miku. Czy­ta­łeś i czy­ta­łeś bez końca.

- Jedz szybko, stara przy­ja­ciółko, byś nie umarła z nie­do­ży­wie­nia.

- Ni­gdy przed­tem nie byłeś tak nie­dba­łym gospo­da­rzem - poskar­żyło się pta­szy­sko. Wsko­czyło na stół i nadziało na dziób kawa­łek mięsa. - Coś cię gnębi, wielki alche­miku.

- Wiele spraw. Rhi­vij­czycy twier­dzą, że Bar­gha­sto­wie z klanu Bia­łych Twa­rzy znik­nęli. Bez śladu.

- Zaiste - zgo­dziła się Sta­ru­cha. - Zaraz po upadku Koralu i prze­ję­ciu władz­twa przez Tiste Andii.

- Sta­ru­cha, jesteś Wiel­kim Kru­kiem. Twoje dzieci uno­szą się na wie­trze i widzą wszystko.

- Być może.

- Dla­czego więc nie chcesz mi powie­dzieć, dokąd ode­szli?

- No cóż, jak ci wia­domo, Szare Mie­cze poma­sze­ro­wały na połu­dnie, do Elin­gar­thu - odparło pta­szy­sko, okrą­ża­jąc krót­kimi pod­sko­kami talerz. - A tam nabyły okręty. - Wielki Kruk uniósł głowę. - Czy ujrzały ślad? Czy potra­fiły za nim podą­żyć? A może pośrodku oce­anu znaj­duje się wielka dziura wcią­ga­jąca wszyst­kie statki w śmier­telną otchłań?

- Białe Twa­rze wyru­szyły na morze? To nad­zwy­czajne. A Szare Mie­cze podą­żyły za nimi?

- Nic z tego nie ma zna­cze­nia, wielki alche­miku.

- Zna­cze­nia dla kogo?

- Dla two­jego nie­po­koju oczy­wi­ście. Zasy­pu­jesz pyta­niami zmę­czo­nego gościa, by na chwilę zapo­mnieć o zmar­twie­niach.

Od poprzed­niej wizyty Sta­ru­chy minęły mie­siące i Baruk doszedł z żalem do wnio­sku, że ser­deczne sto­sunki łączące go z Synem Ciem­no­ści dobie­gły końca, nie z powodu jakie­goś sporu, lecz chro­nicz­nego znu­dze­nia typo­wego dla Tiste Andii. Opo­wia­dano, że wieczny mrok panu­jący w Czar­nym Koralu bar­dzo odpo­wiada jego miesz­kań­com - zarówno Andii, jak i ludziom.

- Sta­ru­cha, prze­każ, pro­szę, swemu panu moje ser­deczne podzię­ko­wa­nia za nie­spo­dzie­wany, jakże hojny dar. Chciał­bym go zapy­tać, jeśli nie jest to z mojej strony zbyt­nia śmia­łość, czy ponow­nie roz­waży zło­żoną przez naszą Radę ofi­cjalną pro­po­zy­cję nawią­za­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych mię­dzy naszymi mia­stami. Dele­gaci cze­kają na jego zapro­sze­nie i wyzna­czono też odpo­wied­nie miej­sce pod budowę amba­sady. To nie­da­leko stąd w grun­cie rze­czy.

- W posia­dło­ści znisz­czo­nej przez haniebny upa­dek jed­no­po­chwy­co­nego demona - stwier­dziła Sta­ru­cha. Zro­biła sobie krótką prze­rwę na śmiech, po czym nadziała na dziób kolejny kąsek. - Brr, to jarzyna! Paskudz­two!

- W rze­czy samej, Sta­ru­cha, cho­dzi o tę posia­dłość. Jak już mówi­łem, to nie­da­leko stąd.

- Pan roz­waża rze­czoną prośbę i podej­rze­wam, że na­dal będzie ją roz­ważał.

- Jak długo?

- Nie mam poję­cia.

- Czy coś go nie­po­koi?

Pochy­lony nad tale­rzem Wielki Kruk uniósł głowę i przy­glą­dał się Baru­kowi przez długą chwilę.

Wielki alche­mik poczuł, że dopa­dają go lek­kie mdło­ści. Odwró­cił wzrok.

- A więc mam powody do obaw.

- Pan pyta: kiedy to się zacznie?

Baruk spoj­rzał na stos luźno opra­wio­nych stro­nic, który był darem od Ano­man­dera, i ski­nął głową. Nie odpo­wie­dział jed­nak.

- Pan pyta: czy potrze­bu­jesz pomocy?

Wielki alche­mik skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Pan pyta: czy rze­czona pomoc nie powinna być raczej pota­jemna niż ofi­cjalna? - cią­gnęła nie­ustę­pliwa Sta­ru­cha.

Bogo­wie na dole.

- Pan pyta: czy słodka Sta­ru­cha powinna pozo­stać na noc jako gość Baruka, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi na zadane pyta­nia?

Coś zastu­kało w okno. Baruk wstał pośpiesz­nie i poszedł je otwo­rzyć.

- Demon! - zawo­łało pta­szy­sko, roz­po­ście­ra­jąc lekko skrzy­dła.

- To jeden z moich - uspo­koił je Baruk. Uchy­lił okno o żela­znych ramach i cof­nął się o krok.

Odmro­zin prze­ci­snął się przez szparę, postę­ku­jąc z wysiłku.

- Panie Baruku! - pisnął. - Wyszła! Wyszła! Wyszła!

Wielki alche­mik przed chwilą czuł się nie­do­brze, teraz jed­nak dreszcz prze­nik­nął go aż do szpiku kości. Zamknął powoli okno i spoj­rzał na Wiel­kiego Kruka.

- Sta­ru­cha, zaczęło się.

Demon zoba­czył ptaka i obna­żył ostre jak igły kły.

- Gro­te­skowe mon­strum!

Sta­ru­cha zagro­ziła mu dzio­bem.

- Opa­sła ropu­cha!

- Uspo­kój­cie się oboje! - wark­nął Baruk. - Sta­ru­cha, tak, zosta­niesz do rana jako mój gość. Odmro­zin, znajdź sobie jakieś miej­sce. Mam dla cie­bie kolejne zada­nie. Odszu­kam cię, gdy nadej­dzie czas.

Przy­sa­dzi­sty demon poka­zał Wiel­kiemu Kru­kowi roz­wi­dlony język i poczła­pał w stronę kominka. Wlazł na roz­ża­rzone węgielki, a potem znik­nął w komi­nie. W dół buch­nęły kłęby czar­nej sadzy.

Sta­ru­cha się roz­ka­słała.

- Masz źle wycho­wa­nych słu­żą­cych, wielki alche­miku - poskar­żyła się. Baruk jej jed­nak nie słu­chał.

Wyszła.

Wyszła!

To słowo wypeł­niło swym brzmie­niem jego umysł. Gło­śne niczym świą­tynny dzwon zagłu­szyło wszystko inne, choć zdo­łał jesz­cze pochwy­cić szybko cich­nące echo.

...swego wier­nego sojusz­nika, z krwią na twa­rzy i pobi­tego do nie­przy­tom­no­ści...

Roz­dział drugi

Ano­man­der ni­gdy nie kła­mał ani nie żył w kłam­stwie

i gdy­byż tylko owo kalec­two mogło

być dlań bło­go­sła­wień­stwem w dniach i nocach

po czar­nych desz­czach Czar­nego Koralu.

Nie­stety, tak się nie stało.

...

Dla­tego wole­li­śmy nie sły­szeć

Strasz­li­wego skrzy­pie­nia, stu­kotu

Drew­nia­nych kół, drże­nia kamie­nia

I zło­wro­giego grze­chotu łań­cu­chów, jakby

To na jakimś innym świe­cie ciem­ność

Wydo­by­wała się z prze­klę­tej, ete­rycz­nej kuźni

I żadne słońce nie wscho­dziło

Nad prze­sło­niętą zmarszcz­kami linią hory­zontu.

Zaiste, to jakiś inny świat, wcale nie nasz.

Pobło­go­sław nas, Ano­man­de­rze, tym

Świę­tosz­ko­wa­tym kłam­stwem i deli­katną pocie­chą.

A nie­wol­nicy to nie my, ów cię­żar

Jest tylko ilu­zją, te okowy mogą pęk­nąć

Od jed­nej myśli, a wszyst­kie te krzyki i

Jęki są czymś mniej niż szep­tami

Uśpio­nego serca. Wszystko to tylko opo­wieść,

Przy­ja­ciele, ten wysoki męż­czy­zna, który odma­wia

przy­ję­cia czci,

A noszony prze­zeń miecz nie zawiera nic,

Żad­nych wspo­mnień, a jeśli w tej przy­tul­nej wizji

Jest jakieś miej­sce dla potę­pio­nych dusz

Cią­gną­cych przed sie­bie wyko­rze­nioną świą­ty­nię,

To znaj­duje się ono wyłącz­nie w ska­żo­nej wyobraźni

I nie ma związku z trzeźwą ana­lizą.

Nic nie jest rów­nie skom­pli­ko­wane

Jak ten skom­pli­ko­wany świat,

I owa pocie­sza­jąca myśl

Pozba­wia nas słu­chu, wzroku i czu­cia, pozwala

Spo­koj­nie miesz­kać w wyima­gi­no­wa­nej

Kra­inie naszego uko­cha­nego ładu...

Mono­log Ano­man­da­ris, Księga IV Rybak kel Tath

Smo­cza Wieża spo­glą­dała z góry na Czarny Koral niczym wbita w zie­mię pochod­nia. Zbu­do­wano ją w pół­nocno-zachod­nim naroż­niku Nowego Pałacu Andii z litego, czar­nego bazaltu pokry­tego spę­ka­nym, faset­ko­wa­nym obsy­dia­nem, błysz­czą­cym w wiecz­nym mroku panu­ją­cym w mie­ście. Na pła­skim dachu przy­siadł smok o kar­ma­zy­no­wych łuskach. Skrzy­dła miał zło­żone, a kli­no­wata głowa wysu­wała się poza kra­wędź, wyda­wało się więc, że bestia spo­gląda z góry na sza­lony, mroczny labi­rynt budyn­ków, zauł­ków i ulic roz­po­ście­ra­jący się daleko w dole.

Część miesz­kań­ców Czar­nego Koralu - ale byli to wyłącz­nie ludzie - na­dal wie­rzyła, że ów groźny straż­nik to tylko rzeźba wyko­nana z kamie­nia przez jakie­goś bie­głego rze­mieśl­nika Tiste Andii. Ten pomysł wypeł­niał Ende­sta Silanna gorzką weso­ło­ścią. Tak, rozu­miał, dla­czego nie­któ­rzy wolą żyć w nie­świa­do­mo­ści. Myśl, że praw­dziwy, żywy smok kie­ruje zło­wróżbne spoj­rze­nie na mia­sto z jego tłu­mami krzą­ta­ją­cych się miesz­kań­ców, prze­ra­zi­łaby więk­szość nich. Gdyby pode­szli do Sila­nah wystar­cza­jąco bli­sko, by ujrzeć głód błysz­czący w jej wie­lo­fa­set­ko­wych oczach, już dawno ucie­kliby w śle­pej panice z Czar­nego Koralu.

Smo­czyca sie­działa nie­mal zupeł­nie bez ruchu dniami i nocami, przez tygo­dnie i mie­siące, a teraz już przez pra­wie cały rok, dla Ele­in­tów nie było to jed­nak niczym nad­zwy­czaj­nym. Endest Silann wie­dział o tym jak mało kto.

Kie­dyś, w Odpry­sku Księ­życa, był potęż­nym, choć już pod­sta­rza­łym cza­ro­dzie­jem, teraz jed­nak prze­ro­dził się w led­wie kom­pe­tent­nego kasz­te­lana Nowego Pałacu Andii. Szedł powoli Mie­czową, aż dotarł do miej­sca, gdzie ulica zakrę­cała na połu­dnie, ku bez­drzew­nemu par­kowi o nazwie Szare Wzgó­rze. Opu­ścił jasno oświe­tloną Dziel­nicę Rybną, gdzie Tar­go­wi­sko Zewnętrz­nych Wód przy­cią­gało tak wielu wypeł­nia­ją­cych wszyst­kie ulice i zaułki miesz­kań­ców, że ci, któ­rzy przy­wle­kli tu dwu­ko­łowe wózki, by zała­do­wać na nie zakupy, byli zmu­szeni zosta­wiać je na placu na pół­noc od Sza­rego Wzgó­rza. Nie­zli­czone tłumy tra­ga­rzy zbie­ra­jące się co dzień o świ­cie na Placu Wóz­ków zwięk­szały jesz­cze chaos panu­jący mię­dzy stra­ga­nami. Obju­czeni tobo­łami tra­ga­rze prze­ci­skali się przez tłum, wijąc się niczym węgo­rze. Choć tar­go­wi­sko zawdzię­czało swą nazwę obfi­to­ści ryb łowio­nych w morzu poza Nocą - chmurą wiecz­nej ciem­no­ści spo­wi­ja­jącą mia­sto i jego oto­cze­nie w pro­mie­niu pra­wie mili - można było na nim kupić rów­nież blade stwo­rze­nia o błysz­czą­cych jak klej­noty oczach, pocho­dzące z Noc­nych Wód Zatoki Kora­lo­wej.

Endest Silann zamó­wił tru­pie węgo­rze na przy­szły tydzień u nowego dostawcy, ponie­waż kuter poprzed­niego wcią­gnęło w głę­biny coś zbyt wiel­kiego dla jego sieci. Cała załoga zgi­nęła. Nie­stety, Nocne Wody nie były po pro­stu nie­oświe­tlo­nym kawał­kiem morza. Były Kurald Galain, praw­dziwą mani­fe­sta­cją groty, a ich cze­luść mogła nie mieć dna. Od czasu do czasu w wodach Zatoki Kora­lo­wej poja­wiały się nie­przy­jemne stwo­rze­nia. Obec­nie coś tam się cza­iło i rybacy byli zmu­szeni uży­wać haczy­ków i linek zamiast sieci. Ta metoda była sku­teczna jedy­nie dzięki temu, że tuż pod powierzch­nią roiły się dzie­siątki tysięcy węgo­rzy przy­gna­nych tu stra­chem. Więk­szość wycią­ga­nych na pokład ryb uno­siła się bez­wład­nie w wodzie.

Na połu­dnie od Sza­rego Wzgó­rza na uli­cach było mniej latarń. Endest Silann dotarł do dziel­nicy Andii. Jak zwy­kle na uli­cach widziało się nie­wielu jego pobra­tym­ców. Nikt nie sie­dział na ganku, nie wychy­lał się ze stra­ganu, by zachwa­lać towar albo po pro­stu gapić się na prze­chod­niów. Wszy­scy spo­ty­kani z rzadka Tiste Andii dokądś zmie­rzali, zapewne do domów przy­ja­ciół albo krew­nych, by uczest­ni­czyć w nie­licz­nych rytu­ałach odpra­wia­nych jesz­cze w ich spo­łe­czeń­stwie. Albo też wra­cali do domu po tym nie­przy­jem­nym prze­ży­ciu, snu­jąc się jak dym z doga­sa­ją­cego ogni­ska.

Żaden z nich nie patrzył w oczy Ende­sta Silanna, gdy mijali go bez słowa niczym duchy. Rzecz jasna, cho­dziło tu o coś wię­cej niż zwy­kła dla ich rasy obo­jęt­ność, ale zdą­żył się już do tego przy­zwy­czaić. Starcy muszą mieć grubą skórę, a czyż nie był zde­cy­do­wa­nie naj­star­szy z nich wszyst­kich? Pomi­ja­jąc Ano­man­dera Dra­gni­pu­rake'a.

Mimo to Endest pamię­tał swą mło­dość, choć czas zatarł już lekko wspo­mnie­nie chwili, gdy po raz pierw­szy posta­wił stopę na tym świe­cie. Tam­tej sza­lo­nej nocy nie­bem wła­dały strasz­liwe burze.

Och, owa prze­ra­ża­jąca nawał­nica, zimna woda na twa­rzy... na­dal pamię­tam tę chwilę.

Ujrzeli przed sobą nowy świat. Gniew ich pana słabł już, ale powoli, ska­py­wał zeń na podo­bień­stwo desz­czu. Z zada­nej mie­czem rany na lewym barku Ano­man­dera sączyła się krew. A wyraz jego oczu...

Endest ruszył w górę wspi­na­jącą się na stok ulicą. Z jego ust wydo­było się ury­wane, ochry­płe wes­tchnie­nie. Po lewej miał stertę gruzu - wszystko, co pozo­stało ze sta­rego pałacu. Tu i ówdzie było jesz­cze widać frag­ment sto­ją­cych murów, a robot­nicy utwo­rzyli ścieżki pośród ruin, wydo­by­wa­jąc z nich kamie­nie oraz nie­liczne drew­niane belki, któ­rych nie stra­wiły pło­mie­nie. W kościach Ende­sta na­dal utrzy­my­wały się echa huku towa­rzy­szą­cego zawa­le­niu się gma­chu. Zwol­nił kroku, opie­ra­jąc się jedną ręką o mur. Nacisk powró­cił. Kasz­te­lan zaci­snął zęby, aż skrzyp­nęły szczęki. Czaszkę prze­szył mu ból.

Bła­gam, nie, znowu to samo.

Nie, tak nie mogło być. Te czasy już się skoń­czyły. Prze­trwał. Zro­bił to, co naka­zał mu pan. Nie zawiódł go. Tak z pew­no­ścią nie mogło być.

Zatrzy­mał się i zaci­snął mocno powieki. Po twa­rzy spły­wał mu pot.

Dla­tego nikt nie chciał mu patrzeć w oczy. Przez tę... sła­bość.

Ano­man­der Dra­gni­pu­rake dopro­wa­dził dwu­dziestkę swych oca­la­łych zwo­len­ni­ków na plażę nowego świata. Pod gore­ją­cym gnie­wem w jego oczach krył się triumf.

Endest Silann powie­dział sobie, że to warto zapa­mię­tać. Tego wspo­mnie­nia warto się trzy­mać.

Dźwi­gamy brze­miona, gdy to konieczne, i radzimy sobie z tym. A życie toczy się dalej.

Jego umysł wypeł­niło now­sze wspo­mnie­nie. Nie­moż­liwy do znie­sie­nia nacisk głę­bin, woda ota­cza­jąca go ze wszyst­kich stron.

- Jesteś moim wiel­kim magiem, Ende­ście Silann. Czy zro­bisz to dla mnie?

- W morzu, panie? W mor­skich głę­bi­nach?

- Potra­fisz to dla mnie zro­bić, stary przy­ja­cielu?

Spró­buję, panie.

Morze jed­nak pra­gnęło Odpry­sku Księ­życa, och tak, jego głód był potężny i nie­ubła­gany. Ude­rzało z wście­kło­ścią o kamienne mury, oble­gało lata­jącą for­tecę, zamy­ka­jąc ją w miaż­dżą­cym uści­sku. W końcu nie było już można powstrzy­mać jego mrocz­nych, spie­nio­nych legio­nów.

Endest Silann zacho­wał ich przy życiu przez wystar­cza­jąco długą chwilę, ale gdy jego pan wezwał ostat­nie rezerwy lata­ją­cej for­tecy, by wydo­być ją z głę­bin i wznieść z powro­tem ku niebu, ściany już się waliły.

Tak wielki cię­żar, tak strasz­nie przy­gnia­ta­jący...

Obra­żeń Odpry­sku Księ­życa nie spo­sób było ule­czyć. Lata­jąca for­teca była już wów­czas mar­twa, tak samo jak moc Ende­sta Silanna.

Uto­nę­li­śmy wów­czas oboje. Oboje umar­li­śmy.

Potężne czarne wodo­spady spły­wa­jące z hukiem, łzy pły­nące z kamie­nia. Och, jak roz­pacz­li­wie pła­kał Odprysk Księ­życa. Posze­rza­jące się z każdą chwilą szcze­liny, głu­chy łoskot kona­ją­cego piękna...

Powi­nie­nem był odejść razem z for­tecą, gdy wresz­cie pozwo­lił jej pogrą­żyć się w falach. Tak jest, to wła­śnie nale­żało zro­bić. Przy­kuc­nąć wśród tych, któ­rych tam pocho­wano. Mój pan sza­nuje mnie za poświę­ce­nie, jakiego doko­na­łem, ale każde jego słowo jest dla mnie jak popiół sypiący się na twarz. Otchłani na dole, czu­łem, jak każda kolejna sala się roz­pada! Pęka­jące ściany były dla mnie jak rany zadane duszy mie­czem. Jakże okrop­nie krwa­wi­li­śmy, jak jęcze­li­śmy, jak zapa­da­li­śmy się w sie­bie od śmier­tel­nych obra­żeń!

Nacisk nie usta­wał. Endest nosił go teraz w sobie. Morze pra­gnęło zemsty i nie prze­sta­wało go ata­ko­wać bez względu na to, gdzie się znaj­do­wał. Pycha ścią­gnęła nań klą­twę, na jego duszy wypa­liło się piętno. A potem wdało się zaka­że­nie. Był zbyt głę­boko zła­many, by móc z nim wal­czyć.

Jestem teraz Odpry­skiem Księ­życa. Miaż­dży mnie napór wód i nie mogę dotrzeć do powierzchni. Opa­dam coraz niżej, a ciśnie­nie rośnie. Tak strasz­li­wie rośnie!

Nie, tak nie mogło być. Ze świ­stem zaczerp­nął tchu, ode­pchnął się od muru i ruszył chwiej­nie naprzód. Nie był już wiel­kim magiem. Był nikim. Zwy­kłym kasz­te­la­nem, zaj­mu­ją­cym się zaopa­trze­niem kuchni, har­mo­no­gra­mem służb straży, drew­nem do pale­nisk. Woskiem dla żół­to­okich pro­du­cen­tów świec. Sepią dla skry­bów o popla­mio­nych dło­niach...

Gdy roz­ma­wiał teraz ze swoim panem, mówił mu o try­wial­nych spra­wach. Takie było jego dzie­dzic­two, wszystko, co mu pozo­stało.

Czyż jed­nak nie sta­łem z nim na tej plaży? Czyż nie jestem ostat­nim wśród żywych, kto dzieli z nim owo wspo­mnie­nie?

Ciśnie­nie zelżało powoli. Po raz kolejny uszedł z życiem z jego objęć. Ale co się sta­nie następ­nym razem? Nie spo­sób było tego prze­wi­dzieć, nie sądził jed­nak, by zdo­łał wytrzy­mać to jesz­cze długo. Miaż­dżący pierś ucisk, huk wypeł­nia­jący czaszkę.

Zna­leź­li­śmy nowe źró­dło tru­pich węgo­rzy. To wła­śnie mu powiem. A on ski­nie z uśmie­chem głową, a być może też położy mi dłoń na ramie­niu i uści­śnie je deli­kat­nie, by mieć pew­ność, że niczego nie zła­mie. Powie coś o wdzięcz­no­ści.

Za węgo­rze.

***

Naj­lep­szym dowo­dem jego odwagi i hartu ducha był fakt, że ni­gdy nie prze­czył, iż był jasno­do­mi­nem w Pan­nion Domin, a co wię­cej, słu­żył obłą­ka­nemu tyra­nowi w twier­dzy, która obec­nie zamie­niła się w stertę gru­zów, odle­głą tylko o rzut kamie­niem od gospody "Pod Dru­cia­kiem". Uży­wał na­dal tego tytułu nie z powodu jakiejś sza­lo­nej, źle ulo­ko­wa­nej lojal­no­ści. Ten męż­czy­zna o wyra­zi­stym spoj­rze­niu rozu­miał, czym jest iro­nia, i choć cza­sem któ­ryś z ludz­kich miesz­kań­ców mia­sta obu­rzał się, sły­sząc, że przed­sta­wia się w taki spo­sób, jasno­do­min potra­fił o sie­bie zadbać. Tego jed­nego dzie­dzic­twa nie miał powodu się wsty­dzić.

Spin­nock Durav nie wie­dział o nim wiele wię­cej, pomi­ja­jąc fakt, że miał spory talent do sta­ro­żyt­nej gry Tiste Andii, któ­rej wła­śnie się odda­wali. Kef Tanar zdo­była ostat­nio wielką popu­lar­ność wśród miesz­kań­ców Czar­nego Koralu, a także wielu innych miast, aż po sam Daru­dży­stan.

Było w niej tylu kró­lów albo kró­lo­wych, ilu gra­czy. Pole bitwy powięk­szało się z każdą turą i zawsze wyglą­dało ina­czej. Wal­czyli na nim żoł­nie­rze, najem­nicy, mago­wie, skry­to­bójcy i szpie­dzy. Spin­nock Durav wie­dział, że inspi­ra­cją dla gry były boje o suk­ce­sję wśród Pier­wo­rod­nych Dzieci Matki Ciem­ność. W rze­czy samej, jeden z kró­lów miał grzywę poma­lo­waną srebrną farbą, innego zaś wyko­nano z bia­łego drewna kost­nego. Była też kró­lowa z bia­łego ognia w opa­lo­wej koro­nie oraz inne figury, które Spin­nock mógłby nazwać, gdyby mu się chciało - zakła­da­jąc, że kogo­kol­wiek to obcho­dziło, co jed­nak wyda­wało się wąt­pliwe.

Więk­szość twier­dziła, że białą grzywę dodano dopiero nie­dawno jako wyraz drwią­cego uzna­nia dla trzy­ma­ją­cego się na dystans władcy Czar­nego Koralu. Płytki samego pola miały barwy odpo­wia­da­jące aspek­tom Ciem­no­ści, Świa­tła i Cie­nia. Płytki Wiel­kiego Mia­sta i Twier­dzy uwa­żano za odpo­wied­nik Czar­nego Koralu, Spin­nock Durav wie­dział jed­nak, że cią­gle roz­ra­sta­jące się Wiel­kie Mia­sto (prze­zna­czono dla niego ponad pięć­dzie­siąt pły­tek, a gracz mógł w razie potrzeby zro­bić następne) było w rze­czy­wi­sto­ści Khar­ka­nas, Pierw­szym Mia­stem Ciem­no­ści.

To jed­nak nie było istotne. Liczyła się sama gra.

Spin­nock Durav, jedyny Tiste Andii w gospo­dzie, zasiadł do gry z czte­rema prze­ciw­ni­kami. Wokół sto­lika zgro­ma­dził się tłu­mek gapiów obser­wu­ją­cych tyta­niczną walkę, która trwała już od pię­ciu dzwo­nów. Główną salę gospody wypeł­niały kłęby uno­szą­cego się tuż nad jego głową dymu, prze­sła­nia­jące blask pochodni i świec. Tu i ówdzie było widać grubo cio­sane słupy pod­trzy­mu­jące sufit. Zbu­do­wano je z frag­men­tów sta­rego pałacu oraz samego Odpry­sku Księ­życa, połą­czo­nych nie­wpraw­nie w całość. Nie­które prze­chy­lały się zło­wrogo, a w zapra­wie murar­skiej poja­wiały się już szcze­liny. Na wyło­żo­nej nie­rów­nymi kamien­nymi pły­tami pod­ło­dze zbie­rały się kałuże ale. Łaziły po niej twar­do­grz­biete sala­man­dry, pod wpły­wem alko­holu pró­bu­jące się parzyć z nogami gości. Trzeba je było co chwila odko­py­wać.

Jasno­do­min sie­dział za sto­li­kiem naprze­ciwko Spin­nocka. Dwóm pozo­sta­łym gra­czom przy­pa­dła rola wasali, obu pod­po­rząd­ko­wała sobie kró­lowa w opa­lo­wej koro­nie, nale­żąca do jasno­do­mina. Siły trze­ciego gra­cza zostały zepchnięte w róg pola. Męż­czy­zna zasta­na­wiał się, czy nie przy­łą­czyć się do jasno­do­mina albo Spin­nocka Durava.

Jeśli wybie­rze pierw­szą opcję, Spin­nock będzie miał kło­poty, choć nie musiało to jesz­cze ozna­czać prze­gra­nej. W końcu był wete­ra­nem w tej grze. Zdo­by­wał doświad­cze­nie przez bli­sko dwa­dzie­ścia tysięcy lat.

Był potęż­nie zbu­do­wany jak na Tiste Andii. Miał sze­ro­kie bary i syl­wetką nieco przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia. Jego dłu­gie, roz­pusz­czone włosy miały lekko rudawy odcień, a sze­roko roz­sta­wione oczy były osa­dzone w sto­sun­kowo pła­skiej twa­rzy o wydat­nych kościach policz­ko­wych. Wąska szrama ust zasty­gła w rzadko się zmie­nia­ją­cym uśmie­chu.

- Jasno­do­mi­nie, masz nad­zwy­czajny talent do Kef Tanar - oznaj­mił Spin­nock, gdy osa­czony gracz na­dal się zasta­na­wiał, zasy­py­wany pora­dami przez sto­ją­cych za krze­słem przy­ja­ciół.

Jasno­do­min uśmiech­nął się tylko.

W poprzed­niej turze rzut kłykci wzbo­ga­cił jego kró­lew­ski skar­biec o monetę najem­nika. Spin­nock spo­dzie­wał się ataku z flanki przy uży­ciu czte­rech oca­la­łych najem­nych figur, celem wywar­cia naci­sku na trze­ciego króla, gdyby posta­no­wił zacho­wać nie­za­leż­ność albo przy­łą­czyć się do niego. Moż­liwa była też próba wdar­cia się głę­boko na tery­to­rium gra­cza Tiste Andii. Nie­mniej jed­nak jasno­do­mi­nowi została tylko garstka pły­tek pola i nie wycią­gnięto jesz­cze Bramy. Postą­piłby roz­sąd­niej, powstrzy­mu­jąc się od ataku.

Wszy­scy wstrzy­mali odde­chy, gdy trzeci gracz się­gnął do woreczka po płytkę pola. Wycią­gnął rękę, cho­wa­jąc płytkę w zaci­śnię­tej pię­ści, i spoj­rzał Spin­noc­kowi pro­sto w oczy.

Nerwy i chci­wość.

- Trzy monety, Tiste, i będę twoim wasa­lem.

Spin­nock zaci­snął usta jesz­cze moc­niej. Potrzą­snął głową.

- Nie kupuję wasali, Gar­sten.

- W takim razie prze­grasz.

- Myślę, że mój prze­ciw­nik rów­nież nie zechce zapła­cić za twą wier­ność.

- Przyjdź do mnie natych­miast. Na rękach i kola­nach - zażą­dał jas-nodo­min.

Gar­sten prze­no­sił ner­wowo spoj­rze­nie z jed­nej strony na drugą, zasta­na­wia­jąc się, która ze żmij ukąsi go mniej bole­śnie. Po chwili wark­nął pod nosem i odsło­nił płytkę.

- Brama!

- Bar­dzo się cie­szę, że sie­dzisz na prawo ode mnie - stwier­dził Spin­nock.

- Wyco­fuję się przez nią!

To było tchórz­liwe posu­nię­cie, ale łatwe do prze­wi­dze­nia. Gar­sten tylko w ten spo­sób mógł zacho­wać monety, które miał w skarbcu. Spin­nock i jasno­do­min przy­glą­dali się, jak wyco­fuje z pola swe bierki.

Potem przy­szła kolej na Spin­nocka. W grze poja­wiła się Brama i mógł teraz wezwać pięć zgro­ma­dzo­nych przez sie­bie smo­ków. Wszyst­kie prze­le­ciały wysoko nad potęż­nymi for­ty­fi­ka­cjami jasno­do­mina. Spin­nock stra­cił tylko jed­nego, na sku­tek roz­pacz­li­wych ata­ków dwóch wiel­kich magów ulo­ko­wa­nych na szczy­tach wież Wiel­kiej Twier­dzy prze­ciw­nika.

Ten jeden atak znisz­czył dwie trze­cie Wewnętrz­nego Dworu jasno­do­mina, w prak­tyce izo­lu­jąc jego kró­lową.

Naziemną obronę opa­no­wał chaos spo­wo­do­wany nagłą utratą dowódz­twa. Spin­nock zaata­ko­wał kli­nem wła­snych najem­ni­ków, a także puł­kiem Dobo­ro­wej Kon­nicy, prze­ci­na­jąc nie­przy­ja­ciel­skie siły na dwie czę­ści. Obaj wasale natych­miast się zbun­to­wali i zdo­łali pozo­stać na polu wystar­cza­jąco długo, by zadać oblę­żo­nym siłom jasno­do­mina dal­sze straty, nim wyco­fali się przez Bramę. Gdy wresz­cie przy­szła kolej na jego ruch, jasno­do­min nie miał innego wyboru, jak wycią­gnąć rękę i prze­wró­cić kró­lową.

Wokół roz­le­gły się głosy, gdy roz­strzy­gano zawarte zakłady.

Spin­nock Durav pochy­lił się, by zgar­nąć wygraną.

- Resto! Dzba­nek ale do naszego sto­lika!

- Bar­dzo hoj­nie obcho­dzisz się z moimi pie­niędzmi - zauwa­żył skwa­szony, lecz roz­ba­wiony jasno­do­min.

- Na tym polega sekret hoj­no­ści, przy­ja­cielu.

- To miło, że posta­no­wi­łeś mnie pocie­szyć.

- Oczy­wi­ście.

Zgod­nie ze zwy­cza­jem gra­cze, któ­rzy się wyco­fali, nie mieli prawa uczest­ni­czyć w świę­to­wa­niu zwy­cię­stwa, Spin­nock i jasno­do­min mogli więc podzie­lić się dzban­kiem, co było satys­fak­cjo­nu­ją­cym zakoń­cze­niem tak bie­gle roze­gra­nej kam­pa­nii. Tłum roz­pro­szył się powoli i kel­ne­rzy znowu mieli mnó­stwo roboty.

- Pro­blem z noc­nymi sowami, takimi jak my... - zaczął nagle jasno­do­min, pochy­la­jąc się nad kuflem. Wyda­wało się, że nic wię­cej nie powie, nagle jed­nak dodał: - Żadne spoj­rze­nie na to brudne okno nie ujawni za nim mako­wego poca­łunku jutrzenki.

- Jutrzenki? Ach, znaku zakoń­cze­nia nocy - rzekł Spin­nock, kiwa­jąc głową. - Nas, Tiste Andii, cią­gle zaska­kuje fakt, że tak wielu ludzi posta­no­wiło tu zostać. Sły­sza­łem, że nie­prze­rwana ciem­ność jest cię­ża­rem dla waszych dusz.

- Ehe, może nas wpę­dzić w obłęd, jeśli nie ma przed nią ucieczki. Tu jed­nak wystar­czy krótka wycieczka za pół­nocną bramę, do Kur­hanu, by ujrzeć jasny dzień. To samo doty­czy ryba­ków pły­wa­ją­cych po Zewnętrz­nych Wodach. Gdy­by­śmy nie mieli tej furtki, Andii zaiste zosta­liby w Czar­nym Koralu sami. Odprysk Księ­życa rzuca cień jesz­cze długo po swej śmierci. Tak przy­naj­mniej śpie­wają poeci. Coś ci jed­nak powiem. - Jasno­do­min pochy­lił się, by znowu napeł­nić kufel. - Mnie oso­bi­ście podoba się wieczna ciem­ność.

Spin­nock wie­dział o tym już przed­tem, gdyż sie­dzący naprze­ciwko niego męż­czy­zna nosił w sobie smu­tek gęst­szy i znacz­nie mrocz­niej­szy niż jaki­kol­wiek cień. Moż­liwe, że było w nim wię­cej z Tiste Andii niż z czło­wieka, poza tylko jedną sprawą, która spra­wiała, że Spin­nockowi Dura­vowi łatwo było zwać go przy­ja­cie­lem. Choć jasno­do­mina wypeł­niał żal, potra­fił on powstrzy­mać roz­pacz, oprzeć się oblę­że­niu, które tak dawno temu dopro­wa­dziło do klę­ski Tiste Andii. Z pew­no­ścią była to cecha typowa dla ludzi, a nawet coś wię­cej niż cecha, fun­da­men­talna cnota odpor­no­ści, pod­no­sząca Spin­nocka na duchu, mimo że nie potra­fił zna­leźć jej w sobie ani w żad­nym ze swych pobra­tym­ców. Kar­mił się nią w tak wiel­kim stop­niu, że cza­sami czuł się jak paso­żyt. Zro­dziła się w nim też obawa, że tylko to jedno pod­trzy­muje go przy życiu.

Jasno­do­min dźwi­gał już wystar­cza­jąco wiele brze­mion. Spin­nock był zde­ter­mi­no­wany nie pozwo­lić, by jego przy­ja­ciel kie­dy­kol­wiek sobie uświa­do­mił, jak bar­dzo nie­zbędne dla Tiste Andii stały się par­tie Kef Tanar, noce spę­dzone w wiecz­nej ciem­no­ści, nędzna obe­rża i dzbanki taniego ale, w któ­rym było za dużo bąbel­ków gazu.

- Ta kam­pa­nia mnie zmę­czyła - mówił czło­wiek, odsta­wia­jąc pusty kufel. - Myśla­łem, że już cię mam. Tak, wie­dzia­łem, że Brama nie weszła jesz­cze do gry. Gdyby dwie płytki prze­szły obok cie­bie, wszystko byłoby moje.

Spin­nock nie potra­fił mu na to odpo­wie­dzieć. Obaj wie­dzieli, że ten jeden ruch zade­cy­do­wał o wyniku gry. Nie­zwy­kły był jed­nak fakt, że jasno­do­min uznał za konieczne się tłu­ma­czyć.

- Idź się tro­chę prze­spać - pora­dził mu Spin­nock.

Czło­wiek uśmiech­nął się iro­nicz­nie. Zawa­hał się, jakby nie wie­dział, czy coś rzec, czy po pro­stu podą­żyć za radą przy­ja­ciela i powlec się do domu. Nie mów mi o zmę­cze­niu. Pro­szę.

- Popa­dłem ostat­nio w nawyk wcho­dze­nia na ruiny - zaczął jasno­do­min, spo­glą­da­jąc na jakieś drobne zamie­sza­nie, do któ­rego doszło przy szynk­wa­sie. - Lubię patrzeć z góry na Nocne Wody. Pamię­tasz tych sta­rych koto­lu­dzi i ich rodziny? Chyba znowu się mnożą, ale to oczy­wi­ście już nie będzie to samo. Zupeł­nie nie to samo. - Umilkł na chwilę, a potem obrzu­cił Spin­nocka pośpiesz­nym, nie­spo­koj­nym spoj­rze­niem. - Widuję tam waszego władcę.

- Ano­man­dera Rake'a? - zapy­tał Tiste Andii, uno­sząc brwi.

Czło­wiek ski­nął głową.

- Pierw­szy raz zoba­czy­łem go dwa tygo­dnie temu. Teraz... widzę go codzien­nie, około dwu­na­stego dzwonu. Stoi na murze nowego don­żonu i patrzy na morze, tak samo jak ja.

- On... lubi samot­ność - wyja­śnił Spin­nock.

- To stwier­dze­nie zawsze wydaje mi się podej­rzane - odparł jas-nodo­min.

Tak, potra­fię zro­zu­mieć dla­czego.

- To nie­od­łączna część wła­dzy. Stra­cił więk­szą część daw­nego dworu. Kor­lat, Orfan­tal, Sor­rit, Pra'iran, wszy­scy zagi­nęli albo nie żyją. To nie uła­twia mu zada­nia. Ale z dru­giej strony nie­któ­rzy na­dal żyją. Na przy­kład Endest Silann.

- Kiedy widzę, że stoi tam zupeł­nie sam... - Jasno­do­min odwró­cił wzrok. - To budzi mój lęk.

- Jak rozu­miem, wszy­scy dzia­łamy tak na ludzi - zauwa­żył Spin­nock. - Wyda­jemy się wam duchami stra­szą­cymi w tym mie­ście.

- War­tow­ni­kami, któ­rzy nie mają czego pil­no­wać.

Tiste Andii zasta­na­wiał się przez chwilę nad tymi sło­wami.

- Syn Ciem­no­ści rów­nież? - zapy­tał wresz­cie. - Czy draż­nią was jego obo­jętne rządy?

- Gdyby tylko wszy­scy władcy byli tak obo­jętni - odparł jasno­do­min, krzy­wiąc się. - Nie, "obo­jętne" to nie jest odpo­wied­nie słowo. Jest tam, gdzie jest potrzebny. Jego admi­ni­stra­cji i zwierzch­nic­twa nie spo­sób pod­wa­żyć, zresztą nie ma powodu tego robić. Syn Ciem­no­ści jest... wyro­zu­miały.

Spin­nock pomy­ślał o mie­czu, który jego pan nosił na ple­cach. Ta wizja przy­dała sło­wom jasno­do­mina cierp­kiego posmaku mimo­wol­nej iro­nii. Potem wspo­mniał wymarłe mia­sta na pół­nocy. Mau­rik, Setta, Lest.

- No cóż, żadne z sąsied­nich kró­lestw nie kie­ruje na Czarny Koral pożą­dli­wego spoj­rze­nia. Wszyst­kie albo zgi­nęły, albo, jak na połu­dniu, pogrą­żyły się w cał­ko­wi­tym cha­osie. To zna­czy, że nie grozi nam wojna. Cóż więc pozo­staje władcy? Jak już wspo­mnia­łeś, admi­ni­stra­cja i zwierzch­nic­two.

- Nie prze­ko­na­łeś mnie, przy­ja­cielu - odrzekł jasno­do­min, mru­żąc powieki. - Syn Ciem­no­ści. Czy to jest tytuł dla biu­ro­kraty? Nie bar­dzo. Czy Rycerz Ciem­no­ści ma się zaj­mo­wać ści­ga­niem zbi­rów na uli­cach?

- Na tym polega prze­kleń­stwo dłu­giego życia - zauwa­żył Spin­nock. - Raz się zyskuje na zna­cze­niu, a raz się traci, i ten cykl powta­rza się wie­lo­krot­nie. Przed przy­by­ciem tutaj toczy­li­śmy wielką, kosz­towną wojnę z Pan­nion Domin. Przed nią był jesz­cze bar­dziej krwawy i znacz­nie dłuż­szy kon­flikt z Impe­rium Mala­zań­skim. A przed tym kon­fliktem Jacu­ruku. Jasno­do­mi­nie, Ano­man­der Rake zasłu­żył na odpo­czy­nek. Zasłu­żył na spo­kój.

- Być może więc to on jest roz­draż­niony. Patrzy na wzbu­rzone wody Szcze­liny Ort­nal­skiej, a dwu­na­sty dzwon roz­brzmiewa w mroku niczym tren.

- To bar­dzo poetyczne - zauwa­żył z uśmie­chem Spin­nock, serce wypeł­nił mu jed­nak chłód, jakby wizja przy­wo­łana przez słowa przy­ja­ciela była zbyt bole­sna. Spo­waż­niał pod wpły­wem tej myśli. - Nie wiem, czy mój pan jest roz­draż­niony. Ni­gdy nie byłem aż tak ważny. Jestem tylko wojow­ni­kiem, jed­nym z tysięcy. Nie roz­ma­wia­łem z nim już chyba od stu­leci.

Jasno­do­min spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Prze­cież to absurd!

- Czyżby? Spójrz na mnie, jasno­do­mi­nie. Jestem zbyt kapry­śny. Ta klą­twa wisi nade mną od wie­ków. Ni­gdy nie pra­gną­łem dowo­dzić, nawet dru­żyną. Zabłą­dzi­łem w Pusz­czy Mott i przez pięć dni prze­dzie­ra­łem się przez chasz­cze i głogi. - Spin­nock mach­nął ze śmie­chem ręką. - Moja sprawa od dawna jest bez­na­dziejna, przy­ja­cielu.

- Spin­nock, powszech­nie się sądzi, że wszy­scy Tiste Andii, któ­rzy prze­żyli dawne wojny, są siłą rze­czy elitą, naj­groź­niej­szymi wojow­ni­kami w całej rasie.

- Byłeś żoł­nie­rzem, więc powi­nie­neś wie­dzieć, że tak nie jest. Och, w sze­re­gach Andii nie bra­kuje boha­te­rów, ale rów­nie wielu spo­śród nas po pro­stu miało szczę­ście. Tak to już jest. Znaczną część naszych wiel­kich boha­te­rów stra­ci­li­śmy w bitwach z Mala­zań­czy­kami.

- Twier­dzisz, że twoja sprawa jest bez­na­dziejna - zauwa­żył jasno­do­min ze skrzy­wioną miną. - A mimo to jesteś mistrzem w Kef Tanar.

- Żoł­nie­rzami wystru­ga­nymi z drewna potra­fię dowo­dzić zna­ko­mi­cie, ale z żywymi sprawy mają się zupeł­nie ina­czej.

Czło­wiek chrząk­nął, porzu­ca­jąc temat.

Przez chwilę mil­czeli. Resto przy­niósł kolejny dzba­nek ale. Gdy tru­nek popły­nął z dzbanka przez kufel do ust, Spin­nock pomy­ślał z ulgą, że to powinno poło­żyć kres roz­mo­wom o daw­nych czy­nach na odle­głych polach bitew. Gdyby je kon­ty­nu­owali, mogłoby to zde­ma­sko­wać pół­prawdy i cał­ko­wite kłam­stwa, które przed chwilą wygło­sił.

Nie­długo póź­niej jutrzenka roz­po­starła swój makowy rumie­niec, gdzieś daleko na wschod­nim hory­zon­cie. W Czar­nym Koralu nikt nie mógł tego zauwa­żyć, lecz mimo to Spin­nock Durav ski­nął głową. Nawet prze­by­wa­jąc w wiecz­nej ciem­no­ści, Tiste Andii zawsze wie­dzieli, kiedy zja­wiało się świa­tło. W tym rów­nież kryła się iro­nia. Spo­śród miesz­kań­ców Nocy tylko ludzie nie zda­wali sobie sprawy z nadej­ścia dnia, nie byli świa­domi, że ukryte za mro­kiem słońce znów roz­po­częło odwieczną wędrówkę po nie­bie.

Nim kom­plet­nie się upili, umó­wili się jesz­cze na nową grę. Wresz­cie jasno­do­min podźwi­gnął się z tru­dem, poma­chał od nie­chce­nia ręką na poże­gna­nie i powlókł się chwiej­nym kro­kiem ku drzwiom. Spin­nock życzył mu bez­piecz­nej drogi do domu.

To było bar­dzo uprzejme poże­gna­nie, nawet jeśli wypo­wie­dział je tylko w myśli.

Ano­man­der Rake z pew­no­ścią zmie­rzał już do sali tro­no­wej, gdzie stawi czoło bez­li­to­snym żąda­niom kolej­nego dnia: przy­zna­wa­niu upo­sa­żeń, roz­pa­try­wa­niu skarg kup­ców, rapor­tom o sta­nie zapa­sów, jed­nemu albo dwóm posłom z odle­głych wol­nych miast, zabie­ga­ją­cym o umowy han­dlowe oraz trak­taty wza­jem­nej ochrony (tak, było ich mnó­stwo).

Wszak Rycerz Ciem­no­ści wal­czył z wszel­kiego rodzaju bestiami i demo­nami, nie­praw­daż?

***

Ciem­ność ska­pi­tu­lo­wała. Ale prze­cież tak działo się zawsze. Nie spo­sób było okre­ślić, jak długo trwała podróż przez Kurald Galain ani jaki dystans poko­nali, posu­wa­jąc się naprzód krok za kro­kiem. Wszę­dzie pano­wała dys­har­mo­nia, wszystko było bez­na­dziejne i nie­ubła­gane. Niman­der Golit raz po raz odno­sił wra­że­nie, że prze­bu­dził się nagle, uświa­da­miał sobie z drże­niem, że przez jakiś czas szedł jak auto­mat obok towa­rzy­szy. Wszy­scy świe­cili sła­bym bla­skiem. Wyda­wało się, że uno­szą się w ete­rycz­nej pustce. Ten, któ­rego zwano Klip­sem, wyprze­dził pozo­sta­łych o kilka kro­ków, zmie­rza­jąc naprzód z deter­mi­na­cją, któ­rej nie byli w sta­nie naśla­do­wać. W takich chwi­lach Niman­der po raz kolejny zda­wał sobie sprawę, że się zagu­bił.

Zro­zu­mie­nie, gdzie się znaj­duje, nie spra­wiało mu satys­fak­cji, jesz­cze gor­sze zaś było przy­po­mnie­nie sobie, kim jest. Mło­dzie­niec zwany Niman­de­rem Goli­tem był nie­wiele wię­cej niż zlep­kiem wspo­mnień pozba­wio­nym czu­cia przez kom­bi­na­cję zapa­mię­ta­nych wra­żeń. Piękna kobieta konała w jego ramio­nach; inna kobieta umie­rała pod naci­skiem jego dłoni, jej twarz ciem­niała jak chmura burzowa nie­zdolna eks­plo­do­wać desz­czem, a oczy wyła­ziły na wierzch. Mimo to nie prze­sta­wał zaci­skać rąk. Mio­ta­jące się ciało prze­szy­wało powie­trze, roz­bi­jało okno i zni­kało w stru­gach desz­czu.

Łań­cuszki mogły wiro­wać przez całą wiecz­ność, obrączki zaś błysz­czeć jakimś tajem­ni­czym rodza­jem życia. Zno­szone buty mogły się posu­wać naprzód, jeden po dru­gim, niczym ostrza nożyc. Można było wygła­szać obiet­nice, wymu­szać posłu­szeń­stwo, jak wpy­cha się obrzę­kłą dłoń w cia­sną ręka­wicę. Wszy­scy mogli zatrzy­mać się w miej­scu, oto­czeni swą pew­no­ścią, bądź też pozwo­lić, by gnała ich ona naprzód niby wiatr, który wie, dokąd wieje. Każdy mógł pra­gnąć jej cie­płego obję­cia.

Wszystko to jed­nak nie miało zna­cze­nia, pod­ska­ki­wało przed jego oczyma jak mario­netki na splą­ta­nych sznur­kach. Gdy tylko wycią­gał rękę, chcąc je roz­su­płać, umy­kały poza jego zasięg.

Kleszcz, który zawsze wszystko przyj­mo­wał z uśmie­chem, szedł u boku Niman­dera, wyprze­dza­jąc go o pół kroku. Niman­der nie widział za dobrze twa­rzy kuzyna, nie wie­dział więc, jak zare­ago­wał on na roz­po­ście­ra­jącą się przed nimi ciem­ność, gdy jed­nak nie­prze­byta otchłań wresz­cie się roz­pro­szyła i ujrzeli przed sobą pnie sosen, Kleszcz zwró­cił się ku niemu, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

- Nie było tak źle - wyszep­tał, czy­niąc każde wypo­wie­dziane słowo kłam­stwem. Drwina wyraź­nie spra­wiła mu przy­jem­ność.

Powie­trze wokół nich zro­biło się wil­gotne, czuli jego chłodny dotyk.

Klips zwol­nił kroku. Kiedy się odwró­cił, zoba­czyli, jak bar­dzo jest zmę­czony. Obrączki zato­czyły jesz­cze jeden krąg, a potem łań­cuszki w jego dło­niach znie­ru­cho­miały naprę­żone.

- Roz­bi­jemy tu obóz - oznaj­mił ochry­płym gło­sem.

Zbroja i ubra­nie Klipsa były w strzę­pach po jakiejś sto­czo­nej przed­tem walce. Widać na nich było plamy zaschnię­tej krwi. Odniósł tak wiele ran, że gdyby zadano mu wszyst­kie jed­no­cze­śnie, zapewne by zgi­nął. Owej nocy w Dru­gim For­cie Dzie­wi­czym, gdy wezwał ich wszyst­kich, znacz­nie trud­niej było to zauwa­żyć.

Niman­der i Kleszcz przy­glą­dali się, jak ich kuzyni sia­dają na mięk­kiej gli­nia­stej gle­bie lasu. Ich oczy niczego nie wyra­żały, wszy­scy spra­wiali wra­że­nie zagu­bio­nych.

Tak jest. "Wyja­śnie­nia są efe­me­ryczne. Są mie­czem i tar­czą ataku. Za nimi kryje się moty­wa­cja. Mają na celu zna­le­zie­nie sła­bego punktu, co umoż­liwi wymu­sze­nie posłu­szeń­stwa i stwo­rzy moż­li­wość bez­wa­run­ko­wej kapi­tu­la­cji".

Tak napi­sał dawno temu Anda­rist w trak­ta­cie Walka i nego­cja­cje.

Kleszcz, któ­rego pocią­gła twarz bła­zna była lekko zapad­nięta ze zmę­cze­nia, pocią­gnął Niman­dera za rękaw, wska­zał głową na drzewa i ruszył w tamtą stronę. Po chwili Niman­der podą­żył za nim.

Jego kuzyn zatrzy­mał się jakieś trzy­dzie­ści kro­ków od pro­wi­zo­rycz­nego obozu i przy­kuc­nął.

Niman­der zro­bił to samo, spo­glą­da­jąc na niego.

Słońce już wscho­dziło, jego krwawy blask roz­pra­szał leśny mrok. Dzień niósł ze sobą lekki zapach morza.

- Herold Matki Ciem­ność - rzekł cicho Kleszcz, jakby chciał pod­dać pró­bie war­tość tych słów. - Śmier­telny Miecz. To szumne tytuły, Niman­der. Wymy­śli­łem też po jed­nym dla nas obu, bo pod­czas tej nie­koń­czą­cej się drogi nie mia­łem czym zająć myśli. Kleszcz, Ślepy Bła­zen Domu Ciem­no­ści. Jak ci się podoba?

- Nie jesteś ślepy.

- Naprawdę?

- O czym wła­ści­wie chcia­łeś poroz­ma­wiać? - zapy­tał Niman­der. - Mam nadzieję, że nie o głu­pich tytu­łach.

- To zależy. Klips dum­nie obnosi się ze swo­imi.

- Nie wie­rzysz mu?

- Kuzy­nie, ja w ogóle wie­rzę w bar­dzo nie­wiele - odparł Kleszcz, uśmie­cha­jąc się pół­gęb­kiem. - Pomi­ja­jąc nie­wy­tłu­ma­czalny fakt, że rze­komo inte­li­gentne osoby z rado­ścią udają głup­ców. Moim zda­niem winny jest cha­otyczny tumult emo­cji, który pożera rozum, jak woda pochła­nia śnieg.

- "Emo­cje rodzą się z praw­dzi­wych moty­wa­cji, czy to świa­do­mych, czy nie" - zacy­to­wał Niman­der.

- Mój kuzyn pamięta, co prze­czy­tał. To czyni go nie­bez­piecz­nym, a cza­sami rów­nież nud­nym.

- O czym wła­ści­wie mie­li­śmy roz­ma­wiać? - zapy­tał z lekką iry­ta­cją Niman­der. - Niech się tytu­łuje, jak zechce. W końcu, co możemy na to pora­dzić?

- Możemy zde­cy­do­wać, czy będziemy go słu­chać, czy nie.

- Nawet na to jest już za późno. Posłu­cha­li­śmy go. Podą­ży­li­śmy za nim do Kurald Galain, a teraz przy­pro­wa­dził nas tutaj. A z cza­sem dotrzemy do kresu podróży.

- I sta­niemy przed obli­czem Ano­man­dera Rake'a, tak jest. - Kleszcz wska­zał na ota­cza­jący ich las. - Mogli­by­śmy po pro­stu odejść. Niech Klips sam zmie­rza ku swej dra­ma­tycz­nej kon­fron­ta­cji z Synem Ciem­no­ści.

- Dokąd chciał­byś pójść, Kleszcz? Nawet nie wiemy, gdzie jeste­śmy. Co to za kró­le­stwo? Jaki świat czeka na nas poza tym lasem? Kuzy­nie, nie mamy dokąd iść.

- To zna­czy, że możemy pójść dokąd­kol­wiek. W naszej obec­nej sytu­acji z pierw­szego wynika dru­gie, Niman­der. To tak, jak­byś dotarł do drzwi przez wszyst­kich uwa­ża­nych za zamknięte na sko­bel, i one otwo­rzyły się sze­roko pod twoim doty­kiem. Widzisz ten las? Czy to bariera, czy raczej dzie­sięć tysięcy ście­żek pro­wa­dzą­cych do cudów i tajem­nic? Las pozo­staje taki sam, bez względu na to, którą odpo­wiedź wybie­rzesz. Nie zmie­nia się sto­sow­nie do two­jej decy­zji.

- Na czym polega żart, kuzy­nie?

- Śmiech i płacz to tylko stany umy­słu.

- I?

Kleszcz odwró­cił wzrok, spo­glą­da­jąc na obóz.

- Klips mnie... śmie­szy.

- Czemu mnie to nie zaska­kuje?

- Wyobraża sobie donio­słą, pamiętną chwilę, gdy wresz­cie sta­nie twa­rzą w twarz z Synem Ciem­no­ści. Sły­szy mar­szową muzykę, łoskot bęb­nów i zawo­dze­nie rogów, roz­brzmie­wa­jące wokół wyso­kiej, koły­szą­cej się na wie­trze wieży, w któ­rej z pew­no­ścią doj­dzie do tej kon­fron­ta­cji. Widzi w oczach Ano­man­dera Rake'a strach, zro­dzony z furii gore­ją­cej w jego wła­snych oczach.

- To zna­czy, że jest głup­cem.

- Mło­dym to czę­sto się zda­rza. Powin­ni­śmy mu to wyja­śnić.

- Co? Że jest głup­cem?

Przez krótką chwilę Kleszcz uśmie­chał się sze­rzej. Potem znowu spoj­rzał kuzy­nowi w oczy.

- Chyba trzeba będzie wyra­zić to sub­tel­niej.

- Na przy­kład jak?

- Las się nie zmie­nia.

Tym razem to Niman­der odwró­cił wzrok, wpa­trzył się w sza­rość świtu, w mgłę kłę­biącą się wokół pod­staw drzew.

Umarła w moich ramio­nach. Potem zgi­nął Anda­rist, wykrwa­wił się na bruk. A Phaed wyrwano mi z rąk i wyrzu­cono przez okno. Spoj­rza­łem w oczy jej zabójcy i wyczy­ta­łem w nich, że zro­bił to... dla mnie.

Las się nie zmie­nia.

- Pewne sprawy warto roz­wa­żyć, Niman­der - cią­gnął cichym gło­sem Kleszcz. - Jest nas sze­ścioro Tiste Andii i Klips. Razem sied­mioro. Gdzie­kol­wiek się zna­leź­li­śmy, to nie jest nasz świat. Jestem jed­nak prze­ko­nany, że to świat, który nauczy­li­śmy się uwa­żać za swój. Świat Ławicy Ava­lii, naszego pierw­szego, wyspiar­skiego wię­zie­nia. Świat Impe­rium Mala­zań­skiego, przy­bocz­nej Tavore i wyspy, która stała się dla nas dru­gim wię­zie­niem. To ten sam świat. Być może w tej kra­inie czeka na nas Ano­man­der Rake. Klips raczej nie pro­wa­dziłby nas przez Kurald Galain do jakie­goś miej­sca poło­żo­nego daleko od Syna Ciem­no­ści. Może znaj­dziemy go w tym lesie, parę mil stąd.

- A dla­czego nie dotar­li­śmy pod jego fron­towe drzwi?

Kleszcz uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

- No wła­śnie, dla­czego? Tak czy ina­czej, Ano­man­der Rake nie będzie sam. Z pew­no­ścią towa­rzy­szą mu inni Tiste Andii. Spo­łecz­ność, Niman­der. Czyż nie zasłu­ży­li­śmy na taki dar?

Niman­der miał ochotę się roz­pła­kać.

Nie zasłu­ży­łem na nic poza naganą. Potę­pie­niem. Wzgardą ich wszyst­kich, w tym rów­nież samego Ano­man­dera Rake'a. Spo­łecz­ność osą­dzi mnie za wszyst­kie nie­po­wo­dze­nia.

Mógłby się uża­lać nad sobą jesz­cze długo, otrzą­snął się jed­nak z tego nastroju. Tak jest, mógł ofia­ro­wać ten jeden, ostatni dar swym towa­rzy­szom. Kleszcz, Desra, Nenanda, Kede­viss i Ara­na­tha zasłu­żyli przy­naj­mniej na to.

Ale to nie on im go ofia­ruje, tylko Klips.

Klips, uzur­pa­tor, który zagar­nął moją pozy­cję.

- Wró­ci­li­śmy do punktu wyj­ścia - skon­klu­do­wał wresz­cie. - Nie opu­ścimy Klipsa, dopóki nie dopro­wa­dzi nas do naszych współ­braci.

- Pew­nie masz rację - zgo­dził się Kleszcz. Spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z ich kon­wer­sa­cji, jakby rze­czy­wi­ście coś dzięki niej osią­gnęli. Niman­der nie miał poję­cia, co wła­ści­wie mogłoby to być.

Jaśnie­jące niebo spro­wo­ko­wało śpiew pta­ków, z gleby popły­nęło cie­płe, łagodne tchnie­nie stę­chli­zny. Powie­trze było tu nie­praw­do­po­dob­nie czy­ste. Niman­der potarł twarz i nagle zoba­czył, że Kleszcz skie­ro­wał spoj­rze­nie podłuż­nych oczu gdzieś za jego ramię. Odwró­cił się w tej samej chwili, w któ­rej trzask pęka­ją­cej gałęzi oznaj­mił, że ktoś się zbliża.

- Chodź do nas, kuzynko! - zawo­łał Kleszcz.

Ara­na­tha poru­szała się nie­pew­nie jak zagu­bione dziecko. Zawsze była nie­śmiała i zalęk­niona. Otwo­rzyła sze­roko oczy - jak zwy­kle, gdy wra­cała do świata real­nego - i pode­szła bli­żej.

- Nie mogłam spać - wyja­śniła. - Nenanda pytał Klipsa o naj­róż­niej­sze rze­czy, aż wresz­cie Desra kazała mu sobie pójść.

- Desra? - zapy­tał Kleszcz, uno­sząc brwi. - Poluje teraz na Klipsa? No cóż, dzi­wię się tylko, że to trwało tak długo. Co prawda, w Kurald Galain nie miała zbyt wielu oka­zji.

- Czy Nenanda zdo­łał wycią­gnąć z Klipsa, gdzie wła­ści­wie jeste­śmy? - zapy­tał dziew­czynę Niman­der. - I jak długa droga jesz­cze przed nami?

Ara­na­tha nie prze­sta­wała zbli­żać się do nich powoli. W bla­dym świe­tle świtu wyglą­dała jak posąg z obsy­dianu i sre­bra. Jej dłu­gie czarne włosy błysz­czały, rów­nie czarna skóra była lekko matowa, w sre­brzy­stych oczach lśniła zaś zapo­wiedź żelaza, która ni­gdy się nie mate­ria­li­zo­wała.

Można by ją wziąć za Bogi­nię Nadziei. Ale taką, któ­rej jedyną siłą jest opty­mizm odporny na wszel­kie klę­ski. Odporny na rze­czy­wi­stość, krótko mówiąc.

- Opu­ści­li­śmy grotę nieco na połu­dnie od miej­sca prze­zna­cze­nia. Klips wyja­śniał, że ist­nieją "war­stwy oporu". - Wzru­szyła ramio­nami. - Nie rozu­miem, co to zna­czy, ale tak wła­śnie powie­dział.

Niman­der zer­k­nął w oczy Klesz­cza, a potem uśmiech­nął się do Ara­na­thy.

- A czy mówił, ile czasu zaj­mie nam jesz­cze droga?

- Wię­cej, niż się spo­dzie­wał. Powiedz­cie mi, czu­je­cie zapach morza?

- Tak - potwier­dził Niman­der. - Nie może być zbyt daleko. Chyba na wschód od nas.

- Powin­ni­śmy tam pójść. Może znaj­dziemy jakieś wio­ski.

- Masz impo­nu­jące rezerwy sił, Ara­na­tha... - zauwa­żył Kleszcz.

- To nie jest daleko...

Kleszcz wypro­sto­wał się z iro­nicz­nym uśmie­chem na twa­rzy.

Niman­der podą­żył za jego przy­kła­dem.

Łatwo było iść ku wscho­dzą­cemu słońcu, prze­ła­zić przez zwa­lone drzewa i omi­jać leje kra­sowe. Nie było tu żad­nych ście­żek poza wydep­ta­nymi przez zwie­rzynę, i to nie wyż­szą od jeleni, więc konary zwi­sały nisko. Żadna z nich nie pro­wa­dziła ku morzu. Zro­biło się cie­plej, a potem nagle chłod­niej. Usły­szeli przed sobą szum wia­tru poru­sza­ją­cego liśćmi i gałę­ziami, a potem łoskot fal. Mię­dzy drze­wami na powierzch­nię wyła­niało się pochyłe pod­łoże skalne. Musieli się wdra­py­wać na coraz bar­dziej strome zbo­cze.

Wresz­cie dotarli na szczyt wietrz­nego, skal­nego urwi­ska, poro­śnię­tego kar­ło­wa­tymi, wypa­czo­nymi drzew­kami. Na dole roz­po­ście­rało się błysz­czące w pro­mie­niach słońca morze. O nie­go­ścinny, ska­li­sty brzeg tłu­kły ogromne fale. Zarówno na pół­nocy, jak i na połu­dniu wybrzeże wyglą­dało tak samo, jak daleko mogli się­gnąć spoj­rze­niem. W pew­nej odle­gło­ści od brzegu piana try­skała w górę, zdra­dza­jąc obec­ność pod­wod­nych raf i pły­cizn.

- Tu nie znaj­dziemy żad­nych wio­sek - stwier­dził Kleszcz. - Wąt­pię, czy tra­fimy na cokol­wiek. Jeśli zaś cho­dzi o wędrówkę brze­giem morza, to rów­nież nie wydaje się moż­liwe. Chyba że nasz wspa­niały przy­wódca potrafi roz­kru­szyć kop­nia­kami skały na pia­sek i zro­bić nam plażę - dodał z uśmie­chem. - Albo wezwać skrzy­dlate demony, żeby nas nad tym wszyst­kim prze­nio­sły. Jeśli nic w tym rodzaju się nie sta­nie, suge­ruję, byśmy wró­cili do obozu, zagrze­bali się w sosno­wych igłach i poło­żyli spać.

Nikt się nie sprze­ci­wiał, wró­cili więc tą samą drogą, którą tu przy­szli.

***

Widok gniewu nie­ustan­nie kipią­cego pod powierzch­nią jaźni mło­dego wojow­nika imie­niem Nenanda był dla Klipsa źró­dłem nie­ustan­nej pocie­chy. Z nim mógł coś zro­bić. Jego będzie w sta­nie ukształ­to­wać. Nato­miast w Niman­dera nie wie­rzył pra­wie wcale. Mło­dego Tiste Andii zmu­szono do gra­nia roli przy­wódcy, która wyraź­nie mu nie odpo­wia­dała. Był sta­now­czo zbyt wraż­liwy. Bru­talna rze­czy­wi­stość świata z reguły nisz­czyła takich jak on. Zakra­wało na cud, że w przy­padku Niman­dera tak się dotąd nie stało. Klips spo­ty­kał już przed­tem takich żało­snych osob­ni­ków. Być może rze­czy­wi­ście było to zja­wi­sko typowe dla Tiste Andii. Stu­le­cia życia sta­wały się nie­moż­li­wym do udźwi­gnię­cia cię­ża­rem. Podobne indy­wi­dua wypa­lały się bar­dzo szybko.

Tak jest, na Niman­dera nie było sensu tra­cić czasu. A jego naj­bliż­szy towa­rzysz, Kleszcz, był nie­wiele lep­szy. Klips musiał przy­znać, że dostrzega w nim pewne podo­bień­stwo do sie­bie - ta jego drwiąca iro­nia, łatwy sar­kazm. To rów­nież były cechy czę­sto spo­ty­kane wśród Andii. Klesz­czowi bra­ko­wało jed­nak twar­dego, okrut­nego rdze­nia, jaki u Klipsa wystę­po­wał w nad­mia­rze.

O pew­nych spra­wach decy­do­wała koniecz­ność. Trzeba było ją roz­po­znać, a następ­nie zro­zu­mieć, jakie zada­nia należy wyko­nać, by z całą pre­cy­zją osią­gnąć to co konieczne. Trudne decy­zje były jedy­nymi, jakie można było uznać za szla­chetne. Klips dosko­nale poznał trudne decy­zje oraz moż­liwe do zaak­cep­to­wa­nia brze­mię szla­chet­no­ści. Był gotów dźwi­gać owo brze­mię przez resztę życia, które z pew­no­ścią będzie bar­dzo dłu­gie.

Nenanda może się oka­zać godny tego, by stać u jego boku pod­czas wszyst­kiego, co się wyda­rzy.

Spo­śród mło­dych kobiet z jego świty tylko Desra wyglą­dała na poten­cjal­nie uży­teczną. Ambitna i z pew­no­ścią bez­li­to­sna, mogła stać się nożem w jego ukry­tej pochwie. Poza tym względy atrak­cyj­nej dziew­czyny same w sobie były nagrodą, czyż nie tak? Kede­viss była za kru­cha, zła­mana wewnętrz­nie tak samo jak Niman­der. Klips widział już śmierć kro­czącą w jej cie­niu. Ara­na­tha na­dal była dziec­kiem o peł­nych zdu­mie­nia oczach. Być może zawsze nim pozo­sta­nie. Nie, z całej tej grupy, którą zwer­bo­wał na wyspie, tylko Nenanda i Desra mogli mu się do cze­goś przy­dać.

Liczył na wię­cej. W końcu to byli oca­leni z Ławicy Ava­lii. Stali u boku samego Anda­ri­sta i krzy­żo­wali mie­cze z wojow­ni­kami Tiste Edur. I z demo­nami. Wszy­scy posma­ko­wali krwi, poznali triumf i żałobę. Powinni być twar­dymi wete­ra­nami.

No cóż, dawał już sobie radę z gor­szym mate­ria­łem.

Na chwilę został sam. Ara­na­tha odda­liła się od obozu i zapewne zdą­żyła już zabłą­dzić, Nenanda, Desra i Kede­viss wresz­cie zasnęli, a Niman­der i Kleszcz byli gdzieś w lesie. Z pew­no­ścią dys­ku­to­wali o wie­ko­pom­nych decy­zjach w spra­wach istot­nych tylko dla nich. Klips polu­zo­wał łań­cu­szek owi­nięty wokół nad­garstka. Lśniące obrączki stuk­nęły o sie­bie cicho. Obra­cały się powoli w prze­ciw­nych kie­run­kach, co było świa­dec­twem zawar­tej w nich mocy. Minia­tu­rowe por­tale zamknięte w zim­nym metalu poja­wiały się, zni­kały i znów poja­wiały.

Stwo­rze­nie tych arte­fak­tów pochło­nęło więk­szą część mocy Andii miesz­ka­ją­cych w pod­ziem­nej for­tecy, jaką była Andara. Jak się oka­zało, uczy­niło to jego kuzy­nów bez­bron­nymi wobec ataku lethe­ryj­skich łow­ców. Wszyst­kim, co zostało po jego rodzi­nie żało­snych nie­udacz­ni­ków, była kako­fo­nia dusz uwię­zio­nych w obrącz­kach. Teraz on był ich panem.

Cza­sami Klip­sowi przy­pa­dała nagroda nawet wtedy, gdy sprawy nie ukła­dały się po jego myśli.

Tak, to dowód, że jestem wybrań­cem.

Łań­cu­szek wiro­wał. Obrączki ude­rzały o sie­bie z dźwię­kiem przy­po­mi­na­ją­cym zawo­dze­nie tysiąca uwię­zio­nych dusz. Klips słu­chał tego z uśmie­chem.

***

Droga z gospody "Pod Dru­cia­kiem" do Nowego Pałacu bie­gła skra­jem ruin wiel­kiej for­tecy, któ­rej upa­dek ozna­czał kres Pan­nion Domin. Nie­oświe­tlona, spo­wita wiecz­nym mro­kiem sterta czar­nych kamieni na­dal cuch­nęła ogniem i śmier­cią. Idący ulicą, zwaną obec­nie Gra­nicz­nym Spa­cer­kiem, Spin­nock Durav miał po swej lewej stro­nie wyszczer­bione ściany znisz­czo­nego gma­chu. Przed nim, nieco na prawo, wzno­siła się Smo­cza Wieża. Czuł, że kar­ma­zy­nowe oczy Sila­nah przy­glą­dają się mu z wiel­kiej wyso­ko­ści. Nikt ni­gdy nie pra­gnął przy­cią­gać spoj­rze­nia Ele­in­tów, nawet jeśli Tiste Andii Rake'a przy­zwy­cza­ili się do obec­no­ści Sila­nah.

Spin­nock świet­nie pamię­tał kilka ostat­nich przy­pad­ków, gdy był świad­kiem uwol­nie­nia gniewu smo­czycy. Pło­mie­nie prze­szy­wa­jące gąszcz Pusz­czy Mott, opa­da­jące w dół mor­der­czym poto­pem przy akom­pa­nia­men­cie ogłu­sza­ją­cego huku, który zagłu­szał śmier­telne krzyki nie­zli­czo­nych stwo­rzeń giną­cych na dole. Mogło wśród nich być rów­nież kilku Kar­ma­zy­no­wych Gwar­dzi­stów bądź kil­ku­na­stu Mot­tań­skich Pospo­li­ta­ków.

To przy­po­mi­nało polo­wa­nie na mrówki topo­rem.

I nagle, z samego serca pło­mien­nego wiru wytry­snęły tok­syczne czary, ude­rza­jąc w Sila­nah skrzącą się falą. Krzyk bólu smo­czycy prze­szył powie­trze, gło­śny jak huk gromu. Bestia wiła się gwał­tow­nie, pró­bu­jąc roze­rwać uścisk prze­ciw­nika. Potem umknęła do Odpry­sku Księ­życa, cią­gnąc za sobą stru­mie­nie krwi.

Przy­po­mniał sobie gniew Ano­man­dera Rake'a i to, jak utrzy­my­wał go w swych oczach niczym demona przy­ku­tego łań­cu­chem woli, jak stał nie­ru­chomo i spo­koj­nym, nie­mal znu­dzo­nym tonem wypo­wie­dział tylko jedno słowo. Imię.

Cze­piec.

Na dźwięk tego imie­nia w jego smo­czych oczach roz­go­rzała jesz­cze strasz­liw­sza furia.

Potem zaczęły się łowy, takie, w jakich chciałby uczest­ni­czyć tylko głu­piec. Rake polo­wał na naj­groź­niej­szego cza­ro­dzieja z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Spin­nock przy­po­mniał sobie chwilę, gdy stał na półce ulo­ko­wa­nej wysoko na powierzchni Odpry­sku Księ­życa i obser­wo­wał magiczne burze, wypeł­nia­jące połowę noc­nego nieba na pół­nocy. Zadał sobie wów­czas pyta­nie, czy świat zaraz zosta­nie roze­rwany na strzępy, i z głę­bin jego duszy wydo­stała się wypa­czona, zło­śliwa myśl.

Znowu...

Gdy na pole bitwy wkra­czały potężne moce, sytu­acja czę­sto wymy­kała się spod kon­troli.

Czy to Cze­piec pierw­szy mru­gnął? Wyco­fał się, ustą­pił pola, zwiał?

A może to był Syn Ciem­no­ści?

Spin­nock wąt­pił, by miał się kie­dy­kol­wiek tego dowie­dzieć. Ano­man­de­rowi Rake'owi nie zada­wało się takich pytań. Po pew­nym cza­sie Tiste Andii dowie­dzieli się, że Cze­piec poja­wił się znowu, tym razem w Daru­dży­sta­nie. Znowu wywo­ły­wał kło­poty, ale na szczę­ście nie pozo­stał w mie­ście zbyt długo.

Kolejna wizja Sila­nah, zasta­wia­ją­cej pułapkę na jaghuc­kiego tyrana pośród Wzgórz Gadrobi. Tam rów­nież zadano jej rany, rów­nież użyto strasz­li­wej magii. Krą­żyła nad spu­sto­szoną rów­niną, a pię­ciu jed­no­po­chwy­co­nych Tiste Andii podą­żało za nią jak wrony towa­rzy­szące orłowi.

Spin­noc­kowi nasu­nęła się myśl, że być może tylko jego nie­po­koi sojusz mię­dzy Tiste Andii a Ele­in­tami. W końcu Ano­man­der Rake toczył ongiś wojnę ze smo­kami czy­stej krwi. W cza­sach, gdy owe istoty zerwały się z oko­wów, z dawien dawna pod­po­rząd­ko­wu­ją­cych je woli K'rula, i pró­bo­wały zdo­być wła­dzę dla sie­bie. Motywy, które skło­niły Rake'a do prze­ciw­sta­wie­nia się ich ambi­cjom, były jak zwy­kle nie­ja­sne. Przy­by­cie Sila­nah - znacz­nie póź­niej­sze - sta­no­wiło kolejne wyda­rze­nie spo­wite mgłą tajem­nicy.

Nie, Spin­nock Durav z pew­no­ścią nie był zachwy­cony bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem smo­czycy.

Dotarł pod bramę Nowego Pałacu i ruszył w górę po wyło­żo­nej kamien­nymi pły­tami ram­pie. Na zewnątrz nie było war­tow­ni­ków. Ni­gdy ich tu nie było. Pchnął jedne z bliź­nia­czych drzwi i wszedł do środka. Zna­lazł się w kory­ta­rzu o ścia­nach wspar­tych przy­po­rami, który ludziom wydałby się nie­na­tu­ral­nie wąski. Po dwu­dzie­stu kro­kach dotarł do kolej­nego łuku bramy, wio­dą­cej do obszer­nej kom­naty o kopu­la­stym skle­pie­niu. W pod­łogę z gła­dzo­nego czar­no­drewna wpra­wiono dwa­dzie­ścia osiem spi­ral­nych teron­dai Matki Ciem­ność. Wszyst­kie wyko­nano z czar­nego sre­bra. Spin­nock uwa­żał, że ten hołd dla bogini, która się od nich odwró­ciła, jest czymś zdu­mie­wa­ją­cym i głę­boko nie­sto­sow­nym.

Och, mędrcy mogli deba­to­wać, kto owej nocy odwró­cił się pierw­szy, nikt jed­nak nie mógłby zaprze­czyć, że prze­paść jest strasz­li­wie sze­roka. Czy to miała być jakaś spóź­niona próba zago­je­nia sta­ro­żyt­nej rany? Spin­nock tego nie rozu­miał. Nie­mniej Ano­man­der Rake oso­bi­ście zle­cił wyko­na­nie teron­dai, przed­sta­wia­ją­cych Nie­wi­dzialne Słońce i ota­cza­jącą je sza­loną, wiru­jącą koronę pło­mie­nia barwy onyksu.

Jeśli mani­fe­sta­cja Kurald Galain w tym kró­le­stwie miała serce, to znaj­do­wało się ono tutaj, w tej kom­na­cie. Prze­mie­rza­jąc ją w trak­cie poko­ny­wa­nia drogi ku krę­tym, bia­łym jak kość scho­dom, Spin­nock nie czuł jed­nak żad­nej obec­no­ści, żad­nego upior­nego tchnie­nia mocy. Tuż za zakrę­tem scho­dów ujrzał plamę świa­tła koły­szą­cej się lampy.

Dwóch ludz­kich słu­żą­cych szo­ro­wało ala­ba­strowe stop­nie. Ujrzaw­szy Spin­nocka, usu­nęli mu się pośpiesz­nie z drogi.

- Uwaga, mokre - mruk­nął jeden z nich.

- Dzi­wię się, że w ogóle trzeba je myć - stwier­dził Tiste Andii, prze­su­wa­jąc się bokiem. - W całym pałacu mieszka tylko pięt­na­ście osób.

- To prawda, panie - zgo­dził się czło­wiek, kiwa­jąc głową.

Spin­nock zatrzy­mał się i spoj­rzał za sie­bie.

- To po co zada­je­cie sobie trud? Nie wie­rzę, by kasz­te­lan kazał wam to robić.

- Nie, panie, nie kazał nam. Po pro­stu, hm, nudzi­li­śmy się.

Oszo­ło­miony Tiste Andii przy­sta­nął na chwilę. Potem znowu ruszył w górę. Nie potra­fił zro­zu­mieć tych krótko żyją­cych istot.

Droga do kom­nat zamiesz­ka­nych przez Syna Ciem­no­ści była długa i trzeba ją było poko­nać w samot­no­ści. Pełne ech kory­ta­rze, otwarte, nie­strze­żone drzwi. Nie­liczna grupka skry­bów i roz­ma­itych biu­ro­kra­tów pod­le­ga­ją­cych kasz­te­la­nowi urzę­do­wała w gabi­ne­tach na par­te­rze. Kucha­rze, czy­ści­ciele ubrań, pra­cze, palący w komin­kach i zapa­la­jący świece, wszy­scy miesz­kali na niż­szych pię­trach. Tutaj, na górze, ciem­ność wła­dała kró­le­stwem nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wio­nym miesz­kań­ców.

W końcu Spin­nock Durav dotarł do wydłu­żo­nej kom­naty z wido­kiem na Nocne Wody, gdzie zna­lazł swego pana.

Ano­man­der Rake sie­dział przed krysz­ta­ło­wym oknem zaj­mu­ją­cym całą wycho­dzącą na zatokę ścianę. Jego dłu­gie srebr­no­białe włosy lśniły lekko w sła­bym, roz­pro­szo­nym świe­tle prze­do­sta­ją­cym się do środka przez faset­ko­wany kwarc. Dra­gni­pura ni­gdzie nie było widać.

Spin­nock zro­bił trzy kroki w głąb kom­naty i zatrzy­mał się nagle.

- Jak poszła gra, Spin­nock? - zapy­tał Syn Ciem­no­ści, nie odwra­ca­jąc się.

- Znowu wygra­łeś, panie. Ale walka była trudna.

- Brama?

Spin­nock uśmiech­nął się.

- Gdy już wyda­wało się, że wszystko stra­cone...

Być może Ano­man­der Rake ski­nął głową, sły­sząc te słowa, a może tylko prze­su­nął skie­ro­wane na Nocne Wody spoj­rze­nie na znaj­du­jący się bli­żej obiekt. Łódź rybacką albo grzbiet lewia­tana, który wyło­nił się na moment z głę­biny. Tak czy ina­czej, gość usły­szał jego wes­tchnie­nie.

- Spin­nock, stary przy­ja­cielu, cie­szę się, że wró­ci­łeś.

- Dzię­kuję, panie. Ja rów­nież jestem szczę­śliwy, że moje wędrówki dobie­gły końca.

- Wędrówki? Tak, zapewne mogłeś to tak widzieć.

- To cały kon­ty­nent, panie. Odna­le­zie­nie ukry­tych na nim nie­zli­czo­nych prawd wyma­gało spo­rej dawki... wędró­wek.

- Długo się zasta­na­wia­łem nad szcze­gó­łami two­jej opo­wie­ści, Spin­nocku Durav. - Rake na­dal się nie odwra­cał. - Wszystko pro­wa­dzi do jed­nego pyta­nia. Czy muszę się tam udać?

Spin­nock zmarsz­czył brwi.

- Na Assail? Panie, sytu­acja, która tam panuje...

- Tak, rozu­miem. - Syn Ciem­no­ści odwró­cił się powoli. Wyda­wało się, że jego oczy ukra­dły blask krysz­ta­ło­wemu oknu. Roz­bły­sły nagle, a potem wybla­kły niczym wspo­mnie­nie. - A więc wkrótce.

- Panie, ostat­niego dnia, trzy mile od morza...

- Słu­cham?

- Stra­ci­łem już rachubę, ilu ich zabi­łem, by dotrzeć na tę odludną plażę. Panie, w chwili gdy wsze­dłem do wody wystar­cza­jąco daleko, by móc znik­nąć pod falami, cała zatoka zro­biła się czer­wona. Fakt, że prze­ży­łem to wszystko, jest...

- Łatwy do zro­zu­mie­nia - prze­rwał mu Ano­man­der Rake z bla­dym uśmiesz­kiem. - Przy­naj­mniej w opi­nii two­jego pana. - Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. - Strasz­li­wie nad­uży­łem twych zdol­no­ści, przy­ja­cielu.

Spin­nock uniósł głowę. Nie potra­fił się powstrzy­mać przed zada­niem pyta­nia:

- I dla­tego pozwala mi się dowo­dzić żoł­nie­rzami z drewna i kamie­nia na spla­mio­nym winem sto­liku? Z każ­dym dniem moje mię­śnie wiot­czeją, a ambi­cja zanika.

- Czy tak wła­śnie odbie­rasz zasłu­żony odpo­czy­nek?

- Nie­które noce są gor­sze od pozo­sta­łych, panie.

- Gdy sły­szę, jak mówisz o ambi­cji, Spin­nock, przy­po­mi­nam sobie inne miej­sce, bar­dzo dawno temu. My dwaj...

- Wtedy wresz­cie pozna­łem swe prze­zna­cze­nie - rzekł Spin­nock bez śladu gory­czy.

- Czyny doko­nane bez świad­ków. Nie­wi­dziane przez nikogo. Boha­ter­skie wysiłki nagra­dzane wdzięcz­no­ścią tylko jed­nej osoby.

- Broni trzeba uży­wać, panie. W prze­ciw­nym razie rdze­wieje.

- Ale broń, któ­rej używa się zbyt czę­sto, robi się tępa i wyszczer­biona, Spin­nock.

Musku­larny Tiste Andii pochy­lił głowę, usły­szaw­szy te słowa.

- Być może, panie, z takiej broni należy zre­zy­gno­wać i zna­leźć nową.

- Ta chwila jesz­cze nie nade­szła, Spin­nocku Durav.

Spin­nock znowu się pokło­nił.

- Panie, moim zda­niem w prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści nie będziesz musiał podró­żo­wać do Assail. Panu­jący tam obłęd... nie wydo­staje się na zewnątrz.

Ano­man­der Rake przy­glą­dał się przez chwilę twa­rzy Spin­nocka. Potem ski­nął głową.

- Graj dalej, przy­ja­cielu. Prze­pro­wadź króla przez trudne chwile. Aż do chwili...

Znowu odwró­cił się w stronę krysz­ta­ło­wego okna. Nie musiał koń­czyć tego zda­nia. Spin­nock pokło­nił się po raz trzeci i wyszedł z kom­naty, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

W kory­ta­rzu minął uty­ka­ją­cego powoli Ende­sta Silanna. Na widok Spin­nocka stary kasz­te­lan uniósł wzrok.

- Ach. Czy nasz pan jest w kom­na­cie? - zapy­tał.

- Tak.

Uśmiech sta­rego Tiste Andii nie był dla Spin­nocka nagrodą. Wyda­wał się strasz­li­wie wymu­szony, pełen smutku i wstydu. Być może Endest miał prawo do tego pierw­szego uczu­cia - był ongiś potęż­nym magiem, a potem go zła­mano - z pew­no­ścią jed­nak nie zasłu­żył sobie na dru­gie. Spin­nock nie potra­fił jed­nak ulżyć jego brze­mie­niu. Wszystko, co mógłby powie­dzieć, zabrzmia­łoby banal­nie. Być może powi­nien spró­bo­wać cze­goś bar­dziej... zja­dli­wego, co wyrwa­łoby star­szego Tiste Andii z otchłani uża­la­nia się nad sobą.

- Muszę z nim poroz­ma­wiać - oznaj­mił Endest, się­ga­jąc ręką do drzwi.

- Ucie­szy się z tego - zdo­łał wykrztu­sić Spin­nock.

Znowu ten uśmiech.

- Jestem tego pewien. - Spoj­rzał roz­mówcy pro­sto w oczy. - Mam dla niego wspa­niałe wie­ści.

- Naprawdę?

Endest Silann uniósł haczyk.

- Tak. Zna­la­złem nowego dostawcę tru­pich węgo­rzy.

***

- Władca tego, Syn tam­tego, to wszystko nie­ważne, tak? - Męż­czy­zna skoń­czył obie­rać kozi­kiem owoc i rzu­cił łupiny na bruk. - Rzecz w tym, że on w ogóle nie jest czło­wie­kiem, tak? To tylko kolejny z tych sta­ro­żyt­nych, czar­no­skó­rych demo­nów o mar­twym spoj­rze­niu.

- Cały świat tak zręcz­nie obie­rasz ze skóry, co? - zapy­tał drugi sie­dzący przy sto­liku męż­czy­zna, mru­ga­jąc zna­cząco do trze­ciego, który nie ode­zwał się dotąd ani sło­wem.

- Robię zręcz­nie wiele róż­nych rze­czy. Lepiej w to uwierz - mruk­nął pierw­szy. Kroił owoc na pla­sterki i wkła­dał je sobie do ust nadziane na czu­bek noża.

Kel­ner pod­krę­cił knot sto­ło­wej lampy i znik­nął w mroku.

Trzej męż­czyźni sie­dzieli w jed­nej z nowych ulicz­nych restau­ra­cji, choć być może było to zbyt gór­no­lotne okre­śle­nie dla lokalu mogą­cego się pochwa­lić tylko kil­koma sto­li­kami i drew­nia­nymi krze­słami, z któ­rych każde było inne. Kuch­nia była nie­wiele wię­cej niż prze­ro­bio­nym wozem nakry­tym płó­cienną mar­kizą, pod którą rodzina krzą­tała się przy rusz­cie będą­cym ongiś kory­tem dla koni.

Trzy z czte­rech sto­li­ków były zajęte. Wszy­scy goście byli ludźmi. Tiste Andii nie zwy­kli jeść publicz­nie, nie wspo­mi­na­jąc już o czczych poga­węd­kach nad kub­kami gorą­cego bastioń­skiego kelyku, won­nego napoju, który ostat­nio stał się popu­larny w Czar­nym Koralu.

- Lubisz gadać - zauwa­żył drugi męż­czy­zna, się­ga­jąc po swój kubek. - Ale sło­wami nikt ni­gdy nie wyko­pał rowu.

- Nie tylko ja stoję po wła­ści­wej stro­nie - odparł pierw­szy. - Jest nas wię­cej. To oczy­wi­ste, że jeśli Władcę Syna szlag trafi, cała ta cho­lerna ciem­ność znik­nie i znowu będziemy mieli nor­malne dni i noce.

- Nie możesz tego zagwa­ran­to­wać - ode­zwał się sen­nym gło­sem trzeci męż­czy­zna.

- Powie­dzia­łem już, że to oczy­wi­ste. Jeśli tego nie widzisz, to tylko twój pro­blem, nie nasz.

- Nasz?

- Ehe, wła­śnie tak.

- Masz zamiar wbić mu ten kozik w serce?

Drugi z roz­mów­ców roze­śmiał się chrzą­kli­wie.

- Może i żyją długo - mruk­nął cicho pierw­szy. - Ale krwa­wią tak samo jak wszy­scy.

- Nie mów mi, że to ty zapla­no­wa­łeś to wszystko, Poli­czek - powie­dział trzeci męż­czy­zna, tłu­miąc zie­wa­nie.

- Nie ja - przy­znał pierw­szy, Poli­czek. - Ale byłem jed­nym z pierw­szych, któ­rzy zło­żyli przy­sięgę.

- To kto za tym stoi?

- Nie mogę powie­dzieć. Nie wiem. Tak wła­śnie orga­ni­zuje się podobne sprawy.

Drugi z roz­mów­ców podra­pał się po pora­sta­ją­cej mu szczękę szcze­ci­nie.

- Wie­cie co? - zaczął. - W końcu nie mieszka ich tu milion. Połowa doro­słych męż­czyzn wśród nas była żoł­nie­rzami w Domin, a nawet wcze­śniej. I nikt nie zabrał nam broni i zbroi, prawda?

- To tylko świad­czy o ich głu­po­cie - zgo­dził się Poli­czek, kiwa­jąc głową. - Powinni zapła­cić za taką aro­gan­cję.

- Kiedy następne spo­tka­nie? - zapy­tał drugi męż­czy­zna.

Trzeci z nich poru­szył się nagle na krze­śle.

- Wła­śnie się na nie wybie­ramy, Harak. Pój­dziesz z nami?

Gdy wszy­scy trzej sobie poszli, jasno­do­min dopił kelyk, zacze­kał kilka ude­rzeń serca, a potem wstał i otu­lił się płasz­czem, się­ga­jąc jed­no­cze­śnie pod spód, by polu­zo­wać miecz w pochwie.

Zatrzy­mał się, skie­ro­wał twarz dokład­nie ku pół­nocy, zamknął oczy i odmó­wił cichą modli­twę.

Następ­nie ruszył swo­bod­nym kro­kiem mniej wię­cej w tym samym kie­runku, w któ­rym odda­lili się trzej męż­czyźni.

***

Wysoko na wieży czer­wona smo­czyca widziała wszystko. W faset­kach jej oczu odbi­jały się sceny z każ­dej ulicy, każ­dego zaułka, gorącz­kowy ruch panu­jący na tar­go­wi­skach, kobiety i dzieci wie­sza­jące pra­nie na pła­skich dachach, posta­cie wałę­sa­jące się mię­dzy budyn­kami. W tych oczach mia­sto kipiało ruchem.

Gdzieś poza Nocą słońce przy­nio­sło na zie­mię pogodny, upalny ranek. Na nie­bie poja­wiły się smużki dymu z ognisk palo­nych w pro­wi­zo­rycz­nych obo­zach powsta­łych przy krę­tych, wydep­ta­nych szla­kach bie­gną­cych z pół­nocy. Potem nade­szli piel­grzymi wypeł­nia­jący trakty nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem, a w pro­mie­niach słońca zalśnił zło­tym bla­skiem wąż pyłu gnany wia­trem aż do Wiel­kiego Kur­hanu.

Naj­ubożsi piel­grzymi nie­śli błysz­czące muszelki zebrane w morzu i w przy­brzeż­nych kału­żach, gła­dzone kamyki albo samo­rodki suro­wej mie­dzi. Zamoż­niejsi mieli biżu­te­rię, wysa­dzane klej­no­tami fute­rały, pasy cen­nego jedwa­biu, delan­tiń­skie płótno, srebrne i złote rady Daru, łupy zabrane tru­pom na polach bitew, kosmyki wło­sów sza­no­wa­nych krew­nych i wyima­gi­no­wa­nych boha­te­rów oraz nie­zli­czone inne war­to­ściowe przed­mioty. W odle­gło­ści dnia drogi od Wiel­kiego Kur­hanu nie musieli się już oba­wiać zło­dziei i ban­dy­tów. Śpie­wali gło­śno, masze­ru­jąc ku ogrom­nej chmu­rze ciem­no­ści spo­wi­ja­ją­cej zie­mię na połu­dniu.

Wszy­scy wie­dzieli, że pod potęż­nym kur­ha­nem usy­pa­nym ze skar­bów spo­czy­wają śmier­telne szczątki Odku­pi­ciela.

Jesz­cze sku­tecz­niej­szą ochronę zapew­niała im Noc z jej zło­wro­gimi, mil­czą­cymi straż­ni­kami.

Wąż pyłu masze­ro­wał ku zba­wie­niu.

Rhi­vij­czycy z Pół­noc­nej Gena­bac­kis mieli porze­ka­dło, mówiące, że czło­wiek, który budzi węża, jest czło­wiekiem, który nie zna stra­chu. A czło­wiek, który nie zna stra­chu, zapo­mniał o wła­da­ją­cych życiem zasa­dach.

Sila­nah słu­chała ich pie­śni i modlitw.

I obser­wo­wała ich uważ­nie.

Cza­sami śmier­tel­nicy rze­czy­wi­ście zapo­mi­nają. Cza­sami trzeba im... przy­po­mnieć.

Roz­dział trzeci

Wie­dział, że sta­nie w tym miej­scu

Będzie nie­wdzięcz­nym zada­niem,

Nie­ubła­ga­nym jak zło­żone ofiary

I krwawe przy­sięgi.

Wie­dział, że musi cze­kać sam

Na szarżę żaru furii,

Na hymny zemsty,

W momen­cie gdy mie­cze się skrzy­żują,

A tam, gdzie ongiś byli śmier­tel­nicy,

Na­dal trwają sny o domu,

Jeśli choć jedne pozła­cane drzwi

Uda się wywa­żyć.

Czy tar­go­wał się na próżno,

Albo odwra­cał się od nad­cho­dzą­cej chwili?

Czy uśmie­chał się z zado­wo­le­niem,

Cze­ka­jąc na skar­ce­nie?

(Widzę go na­dal, stoi tam,

A wy wciąż pozo­sta­je­cie nie­prze­jed­nani.

Poeta was potę­pia,

Arty­sta krzy­czy gło­śno,

Ten, który pła­cze,

Odwraca twarz.

Wasze umy­sły wypeł­niają

Nie­istotne szcze­góły,

Naj­drob­niej­sze detale,

A żaden z nich

Nie zna­czy nic

Dla nikogo.

On odbiera wam cały gniew,

Wszyst­kie zbrod­nie...

Czy tego chce­cie,

Czy nie...

Zło­żone ofiary

I przy­sięgi.

Stoi sam.

Ponie­waż nikt z was nie śmie

Sta­nąć u jego boku).

Wyzwa­nie rzu­cone przez Rybaka słu­cha­czom, gdy prze­stał recy­to­wać Grzywę Cha­osu

Owego ranka, tak pogod­nego i świe­żego od cie­płej bryzy dmą­cej od jeziora, do mia­sta przy­byli goście. Czy było ono żywą istotą? Czy miało oczy? Czy jego zmy­sły mógł prze­bu­dzić odgłos kro­ków? Czy Daru­dży­stan owego pięk­nego poranka patrzył na tych, któ­rzy zatrzy­mali na nim swe spoj­rze­nia? Przy­by­sze, potężni i skromni, kroki cich­sze od szeptu albo wstrzą­sa­jące samymi kośćmi Śpią­cej Bogini. Czy podobne sprawy skła­dają się na puls mia­sta?

Ale nie, mia­sta nie mają oczu ani innych narzą­dów zmy­słów. Gła­dzone kamie­nie i stward­niały tynk, drew­niane belki i ocie­nione gzym­sami fasady, oto­czone murami ogrody i spo­kojne sadzawki z szem­rzą­cymi fon­tan­nami, wszystko to było nie­wraż­liwe na nisz­czące poczy­na­nia oby­wa­teli. Mia­sto nie znało głodu, nie mogło się obu­dzić ani nawet poru­szać ner­wowo w gro­bie.

Podobne sprawy lepiej zosta­wić pęka­temu czło­wiecz­kowi, który sie­dział za sto­li­kiem w głębi gospody "Pod Fenik­sem", pochła­nia­jąc obfite śnia­da­nie. Męż­czy­zna znie­ru­cho­miał na chwilę z ustami wypeł­nio­nymi cia­stem z jabł­kami i nagle się zakrztu­sił. Oczy mu wyszły na wierzch, twarz zro­biła się szkar­łatna. Potem wypluł resztki cia­sta pro­sto w twarz roz­pacz­li­wie ska­co­wa­nej Meese sie­dzą­cej naprze­ciwko. Kobieta, mająca na twa­rzy cia­sto, które sama wczo­raj upie­kła, unio­sła zaspane oczy i prze­szyła bazy­lisz­ko­wym spoj­rze­niem kasz­lą­cego, char­czą­cego gru­ba­ska.

Gdyby jakieś słowa były konieczne, z pew­no­ścią by je wypo­wie­działa.

Czło­wie­czek nie prze­sta­wał kasłać. Z oczu pły­nęły mu łzy.

Sulty pode­szła do sto­lika ze ścierką w ręku i zaczęła deli­kat­nie wycie­rać twarz sie­dzą­cej nie­ru­chomo jak posąg Meese.

***

Gwał­towne podmu­chy wia­tru nio­sły wąską, pochyłą ulicą, bie­gnącą na prawo od wej­ścia do szynku "U Quipa", resztki pozo­stałe po noc­nych sza­leń­stwach. Przed chwilą nie było tu nikogo, teraz jed­nak na ulicy poja­wiły się kwi­czące, spie­nione konie tłu­kące kopy­tami o bruk z siłą żela­znych mło­tów. Konie - dwa, cztery, sześć - a za nimi ogromna karoca, na wpół obró­cona w bok, śli­zga­jąca się po bruku z gło­śnym grze­cho­tem. Tył pojazdu ude­rzył z trza­skiem w budy­nek. Tynk, frag­menty mar­kizy oraz okien­nej ramy posy­pały się na wszyst­kie strony. Ludzie ucie­kali od mon­stru­al­nego pojazdu, który prze­chy­lił się gwał­tow­nie, omal się nie prze­wra­ca­jąc, a potem się wypro­sto­wał przy akom­pa­nia­men­cie łoskotu walą­cego się domu. Na ulicę padali kolejni ludzie, prze­ta­cza­jący się roz­pacz­li­wie po bruku, by unik­nąć wyso­kich na wzrost męż­czy­zny kół.

Konie na­dal się nie zatrzy­my­wały. Jesz­cze przez pewien czas wlo­kły w dół wehi­kuł, zosta­wia­jąc na ulicy jego frag­menty, kawały tynku oraz inne, jesz­cze mniej przy­jemne rze­czy, nim wresz­cie zdo­łały zwol­nić, a potem się zatrzy­mać. W znacz­nym stop­niu pomógł im w tym fakt, że na wszyst­kich sze­ściu kołach zaci­snęły się drew­niane hamulce.

Sie­dzą­cym na koźle stan­gre­tem cisnęło nagle do przodu. Męż­czy­zna prze­le­ciał wysoko nad pod­rzu­ca­ją­cymi łbami końmi i wylą­do­wał na wózku na śmieci, nie­mal cał­ko­wi­cie pogrze­ba­nym w pozo­sta­ło­ściach po fecie. Odpadki zapewne ura­to­wały mu życie, choć gdy wszystko się uspo­ko­iło, widoczne były tylko pode­szwy jego butów, nie­ru­chome jak przy­stało nie­przy­tom­nemu.

Ulicę za karetą zaście­łały nie tylko zwy­kłe śmieci, lecz rów­nież ludz­kie szczątki w róż­nych sta­diach roz­kładu. Nie­które były mięk­kie i gni­jące, z innych zaś została tylko nacią­gnięta na kości skóra. Część z nich drżała jesz­cze lub prze­miesz­czała się bez­wied­nie po bruku niczym odcięte koń­czyny owa­dów. Z czę­ściowo zmiaż­dżo­nej ściany sklepu, o który wehi­kuł zawa­dził pra­wym tyl­nym rogiem, ster­czała głowa trupa. Wbiła się tak głę­boko, że było widać tylko oko, poli­czek oraz kawa­łek żuchwy. Oko zato­czyło się zło­wiesz­czo. Usta zadrżały, jakby usi­ło­wały się z nich wydo­stać jakieś słowa, a potem roz­cią­gnęły się w gro­te­sko­wym uśmieszku.

Bar­dziej kom­pletne posta­cie wyrzu­cone z karety w różne strony pod­no­siły się powoli z bruku albo - w dwóch przy­pad­kach - leżały zupeł­nie bez ruchu. Kąt nachy­le­nia ich kar­ków i koń­czyn świad­czył jed­no­znacz­nie, że pechowi osob­nicy ni­gdy już nie poru­szą się o wła­snych siłach ani nawet nie zaczerpną tchu.

Jakaś sta­ruszka wychy­liła się przez okno na pię­trze, spoj­rzała prze­lot­nie na widoczną na dole jatkę i zatrza­snęła drew­niane okien­nice.

Z czę­ściowo znisz­czo­nego sklepu dobie­gły jakieś stuki. Potem roz­legł się stłu­miony krzyk. Na sąsied­niej ulicy zaczął wyć pies.

Drzwi karety otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem, zako­ły­sały na zawia­sach i spa­dły z grze­cho­tem na bruk.

Udzia­ło­wiec Blada, czoł­ga­jąca się na rękach i kola­nach pięt­na­ście kro­ków od karety, unio­sła obo­lałą głowę i odwró­ciła się ostroż­nie w stronę wehi­kułu, aku­rat na czas, by zoba­czyć, że nawi­ga­tor Quell wysko­czył na ulicę i prze­to­czył się po bruku jak rhi­vij­ska lalka. Cią­gnęły się za nim obłoki dymu.

Bli­żej stał, chwie­jąc się na nogach, Rec­canto Ilk. Roz­glą­dał się wokół z głu­pią miną, aż wresz­cie zatrzy­mał wzrok na poobi­ja­nym szyl­dzie szynku "U Quipa". Powlókł się w tamtą stronę.

Blada wstała, strzep­nęła pył z brud­nego od mięsa ubra­nia i skrzy­wiła się ze zło­ścią, widząc, że łuski zbroi sypią się na kamie­nie jak monety. Z jed­nej z dziur w kol­czu­dze wydo­była zakoń­czony szpo­nem palec. Przy­glą­dała mu się przez chwilę, a potem odrzu­ciła go na bok i podą­żyła za Rec­can­tem.

Nim dotarła do drzwi, dołą­czyła do niej Naj­słod­sza Udręka. Niska, gruba kobieta czła­pała jak kaczka, ale nie zmniej­szało to jej deter­mi­na­cji. Się­gnęła drob­nymi dłońmi ku drzwiom baru.

Glanno Tarp wygrze­by­wał się już z wózka na śmieci.

Wsparty na rękach i kola­nach Quell uniósł wzrok.

- To nie jest nasza ulica - stwier­dził.

Blada pochy­liła głowę i weszła do mrocz­nego wnę­trza baru. Zatrzy­mała się na chwilę, aż wresz­cie usły­szała hałas dobie­ga­jący spod ściany. Rec­canto zwa­lił się na krze­sło, jedną ręką zrzu­ca­jąc ze sto­lika pozo­sta­wione przez kogoś resztki. Naj­słod­sza Udręka przy­cią­gnęła sobie dru­gie krze­sło i klap­nęła na nie.

Trzej pijacy, jedyni goście w lokalu, śle­dzili wzro­kiem prze­mie­rza­jącą salę Bladą. Nagro­dziła wszyst­kich zło­wro­gim spoj­rze­niem.

Quip Młod­szy - jego ojciec otwo­rzył ten lokal w nagłym przy­pły­wie ambi­cji i opty­mi­zmu, który potrwał może z tydzień - wylazł zza kon­tu­aru takim samym cięż­kim kro­kiem, jakim poru­szał się jego stary, i dotarł do sto­lika w tej samej chwili, co Blada.

Nikt nie ode­zwał się ani sło­wem.

Obe­rży­sta zmarsz­czył brwi i wró­cił na sta­no­wi­sko.

Poja­wili się Quell oraz śmier­dzący odpad­kami Glanno Tarp.

Chwilę póź­niej za sto­li­kiem sie­działo już czworo udzia­łow­ców oraz wielki mag nawi­ga­tor Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle. Nie wymie­niali spoj­rzeń. Nic nie mówili.

Quip Młod­szy - który kie­dyś kochał się w Bla­dej, w cza­sach, gdy nikt jesz­cze nie sły­szał o Gil­dii Kupiec­kiej Try­galle, na długo przed tym, nim przy­stała do tej bandy sza­leń­ców - przy­niósł pięć kufli i pierw­szy dzba­nek ale.

Pięć drżą­cych dłoni się­gnęło po kufle i zaci­snęło się mocno na uchwy­tach.

Quip zawa­hał się, zato­czył oczyma i zaczął nale­wać kwa­śny, tani tru­nek.

***

Kruppe pocią­gnął łyk ciem­no­pur­pu­ro­wego wina - kosz­to­wało całą radę za butelkę! - i obra­cał płyn w ustach, aż wresz­cie wypłu­kał kawałki cia­sta ze szcze­lin mię­dzy zębami. Potem prze­chy­lił się i wypluł wino na pod­łogę.

- Ach. - Uśmiech­nął się do Meese. - Znacz­nie lepiej, co?

- Wezmę od razu pie­nią­dze za tę butelkę - stwier­dziła kobieta. - Dzięki temu będę mogła sobie pójść i nie patrzeć, jak mar­nu­jesz zna­ko­mity tru­nek.

- Ojej, czyżby kre­dyt Krup­pego tak szybko się wyczer­pał? Wyłącz­nie z powodu nie­for­tun­nego incy­dentu, do któ­rego doszło pod­czas dzi­siej­szego śnia­da­nia?

- Cho­dzi o znie­wagi, ty tłu­sta świ­nio. Nazbie­rało się ich tak wiele, że czuję się, jak­bym bro­dziła w plu­ga­stwie. - Wyszcze­rzyła zęby. - Plu­ga­stwie w czer­wo­nej kami­zelce.

- Aja­jaj, cóż za zło­śliwy atak. Kruppe jest ugo­dzony w serce... - Się­ga­jąc raz jesz­cze po zaku­rzoną butelkę, dodał: - I nie ma innego wyboru, jak zła­go­dzić spo­czy­wa­jący na jego duszy cię­żar za pomocą kolej­nego pysz­nego łyku.

Meese pochy­liła się nad sto­li­kiem.

- Jeśli znowu je wyplu­jesz, Kruppe, skręcę ci kark.

Gru­ba­sek prze­łknął pośpiesz­nie wino i wcią­gnął gwał­tow­nie powie­trze.

- Kruppe znowu omal się nie udła­wił. Cóż za ranek! Omeny i cia­sto, jęki i wino!

Roz­le­gły się cięż­kie kroki. Ktoś scho­dził z pię­tra.

- Ach, nad­cho­dzi mala­zań­ski zbawca. Mło­tek, drogi przy­ja­cielu Krup­pego, czy Muril­lio, słodki książę roz­cza­ro­wa­nia, odzy­skał już peł­nię sił? Chodź, przy­łącz się do mnie w tej chwili wzbu­rze­nia. Meese, słodka dziew­czyno, czy mogła­byś przy­nieść kie­lich dla uzdro­wi­ciela?

Jej oczy zmie­niły się w wąziut­kie szparki.

- A co z kie­li­chem dla cie­bie, Kruppe?

- To zachwy­ca­jąca suge­stia.

Gru­ba­sek otarł otwór butelki brud­nym ręka­wem i uśmiech­nął się rado­śnie.

Kobieta wstała i odda­liła się sztyw­nym kro­kiem.

Mala­zań­ski uzdro­wi­ciel opadł z gło­śnym wes­tchnie­niem na krze­sło, zamknął oczy i ener­gicz­nie potarł bladą, puco­ło­watą twarz. Potem rozej­rzał się po sali.

- Gdzie są wszy­scy?

- Twego towa­rzy­sza z minio­nej nocy Kruppe ode­słał do domu, zapew­nia­jąc go, że nie grozi ci żadna krzywda. Dziś o świ­cie, przy­ja­cielu, czy raczej ran­kiem dep­czą­cym świ­towi po pozła­ca­nych pię­tach. Statki przy­bi­jają do nabrzeży, trapy opusz­czają się z łosko­tem, two­rząc chwi­lowe mosty mię­dzy dwoma świa­tami. Drogi zakrę­cają rap­tow­nie, z bram wypa­dają maka­bryczne, kle­ko­czące mecha­ni­zmy, z któ­rych sypią się frag­menty ciał niby mroczne nasiona zagłady! Oczy obser­wują obcych spod opa­da­ją­cych powiek, dzierzby krzy­czą na paru­ją­cych płasz­czy­znach nad jezio­rem, psy dra­pią się z wigo­rem za uszami... ach, Meese przy­nio­sła nam swe naj­lep­sze puchary! Chwi­leczkę, niech Kruppe usu­nie paję­czyny, ciała owa­dów i inne dowody wiel­kich war­to­ści owych naczyń... pro­szę, siedźmy i przy­glą­dajmy się z zado­wo­le­niem, jak napeł­nia nam kie­li­chy z chwa­leb­nym meni­skiem. Wszak...

- Niech to Kap­tur - prze­rwał mu Mło­tek. - Jest jesz­cze za wcze­śnie, bym mógł znieść twoje towa­rzy­stwo, Kruppe. Bła­gam, pozwól mi wypić wino i uciec, dopóki jestem przy zdro­wych zmy­słach.

- Ależ Mło­tek, drogi przy­ja­cielu, cze­kamy na ocenę fizycz­nego stanu Muril­lia.

- Będzie żył. Ale przez tydzień albo i dwa nici z tań­ców. - Zawa­hał się i spoj­rzał z zasę­pioną miną na kie­lich, stwier­dza­jąc ze zdzi­wie­niem, że znowu jest pusty. - Pod warun­kiem, że opu­ści go przy­gnę­bie­nie. Zły stan umy­słu nie­raz spo­wal­nia pro­ces zdro­wie­nia ciała. A nawet może go odwró­cić.

- Nie gryź się cia­snym, acz skru­pu­lat­nym umy­słem Muril­lia, przy­ja­cielu - uspo­koił go gru­ba­sek. - Takie sprawy zawsze znaj­dują roz­wią­za­nie dzięki mądrym sta­ra­niom Krup­pego. Czy Coll na­dal czuwa przy łóżku cho­rego?

Mło­tek ski­nął głową, odsta­wił kie­lich i wstał.

- Idę do domu. - Łyp­nął spode łba na gru­ba­ska. - Jeśli Oponn pocią­gną, może nawet uda mi się tam dotrzeć.

- Nie­go­dzi­wym nie­przy­ja­cio­łom naj­bar­dziej sprzyja nie­przy­jemny, nocny chaos, drogi uzdro­wi­cielu. Kruppe z prze­ko­na­niem zapew­nia, że bez naj­mniej­szych prze­szkód wró­cisz na swą nie­kon­wen­cjo­nalną kwa­terę.

Mło­tek chrząk­nął.

- A co daje ci tę pew­ność?

- To, że będziesz miał odpo­wied­nią straż­niczkę, oczy­wi­ście! - Nalał sobie resztę wina i uśmiech­nął się do Mala­zań­czyka. - Widzisz te drzwi i nie­po­wstrzy­maną Iriltę, która pod nimi czuwa? Nik­czem­nych kon­trak­tów pra­gną­cych dopro­wa­dzić do waszej smut­nej śmierci zaiste nie wolno tole­ro­wać. Tak oto Kruppe korzy­sta ze swych wiel­kich moż­li­wo­ści, by bro­nić waszego życia!

Uzdro­wi­ciel nie prze­sta­wał się na niego gapić.

- Kruppe, czy wiesz, kto ofe­ro­wał gil­dii ten kon­trakt?

- Olśnie­wa­jące obja­wie­nia wkrótce nadejdą, naj­droż­szy przy­ja­cielu. Kruppe obie­cuje.

Uzdro­wi­ciel chrząk­nął po raz drugi, odwró­cił się i ruszył ku drzwiom i swej straż­niczce. Kobieta uśmie­chała się, krzy­żu­jąc musku­larne ręce na pier­siach.

Kruppe odpro­wa­dzał ich wzro­kiem. Ależ była z nich para!

Meese osu­nęła się na krze­sło porzu­cone przez Młotka.

- Kon­trakt Gil­dii Skry­to­bój­ców - wyszep­tała. - No wiesz, może to po pro­stu impe­rialne porządki. W końcu Mala­zań­czycy otwo­rzyli tu nową amba­sadę. Czy to moż­liwe, że któ­ryś z jej pra­cow­ni­ków usły­szał pogło­ski o mala­zań­skich dezer­te­rach pro­wa­dzą­cych cho­lerny bar? Karą za dezer­cję jest śmierć, czyż nie?

- To by było zbyt ryzy­kowne, słodka Meese - odparł gru­ba­sek, wycią­ga­jąc jedwabną chu­s­teczkę, by wytrzeć czoło. - Nie­stety, Impe­rium Mala­zań­skie ma wła­snych skry­to­bój­ców, a dwaj z nich są obecni w rze­czo­nej amba­sa­dzie. Wszystko jed­nak wska­zuje na to, że to dłoń gil­dii Kra­fara doko­nała wczo­raj­szego zama­chu. - Uniósł kieł­ba­sko­waty palec. - Ten, kto pra­gnie śmierci nie­szko­dli­wych mala­zań­skich dezer­te­rów, pozo­staje nie­znany, ale ów stan rze­czy nie potrwa długo, o nie! Kruppe odkryje wszystko, co wymaga odkry­cia!

- Świet­nie - ucie­szyła się Meese. - A teraz odkryj tę radę za wino, Kruppe.

Gru­ba­sek się­gnął z wes­tchnie­niem do małej sakiewki u pasa, wsa­dził rękę do środka i uniósł brwi w wyra­zie nagłej trwogi.

- Naj­droż­sza Meese, Kruppe doko­nał jesz­cze jed­nego odkry­cia...

***

Plama łypał ze zło­ścią na ruchliwe nabrzeże. Powieki mu opa­dały.

- Po pro­stu łodzie rybac­kie wra­cają z poran­nych poło­wów - stwier­dził. - Nie ma sensu tu sie­dzieć, Leff.

- Ludzie, któ­rzy chcą uciec, przyjdą do portu wcze­śnie - sprze­ci­wił się jego towa­rzysz, wyskro­bu­jąc z muszli nożem kawa­łek słod­ko­wod­nego śli­maka, któ­rego przed chwilą kupił. Prze­łknął kąsek bia­łego, błysz­czą­cego mięsa. - Cze­kają na pierw­sze statki z Gred­fal­lanu. Póź­nym ran­kiem, tak? Dzięki nowym ślu­zom w Dha­vra­nie wszystko jest regu­larne i prze­wi­dy­walne. Poświęcą jeden dzień na podróż do Gred­fal­lanu, prze­no­cują tam, a o świ­cie wypłyną dalej. Zde­spe­ro­wani ludzie pierwsi usta­wiają się w kolejce, Plama, dla­tego że są zde­spe­ro­wani.

- Nie zno­szę sie­dzieć z nogami zwi­sa­ją­cymi w powie­trzu - poskar­żył się Plama, prze­su­wa­jąc się z nie­za­do­wo­le­niem na sto­sie skrzyń.

- Stam­tąd jest naj­lep­szy widok - zauwa­żył Leff. - Zaraz do cie­bie wejdę.

- Nie wiem, jak możesz to jeść. W mię­sie powinna być krew. Mięso bez krwi to nie mięso.

- Ehe. To śli­mak.

- Stwór z oczami na koń­cach macek. Gapi się, jak tniesz jego ciało na kawa­łeczki. Tylko popatrz, jak te szy­pułki się obra­cają, odpro­wa­dzają każdy kąsek do two­ich ust. Gapi się, jak go żresz!

- I co z tego?

Nad niskimi molami krą­żyły wiel­kie stada wrzesz­czą­cych prze­raź­li­wie mew. Rybacy nie­śli kosze pełne rybi­ków. Podą­żały za nimi dzieci, liczące na to, że zapłacą im za nacią­ga­nie ryb na sznurki, by zdą­żyć na poranne tar­go­wi­sko. Sza­ro­grz­biete gadro­bij­skie koty, zdzi­czałe już od tysiąca poko­leń, polo­wały na mewy. Docho­dziło do epic­kich walk, pie­rze sypało się w powie­trze, a kłaczki kociej sier­ści uno­siły się na wie­trze jak dmu­chawce.

Na dole, w mroku mię­dzy palami, cho­dziły stare kobiety, uzbro­jone w dłu­gie, cien­kie pręty wypo­sa­żone w zadziory. Nadzie­wały na nie rybiki, które zdo­łały wydo­stać się z koszy i spaść na zie­mię sre­brzy­stym desz­czem. Gdy żniwa były skąpe, sta­ru­chy czę­sto okła­dały się nawza­jem zęba­tymi prę­tami.

Plama widział z miej­sca, w któ­rym sie­dział, ich opa­tu­lone syl­wetki poru­sza­jące się w tę i we w tę i wyma­chu­jące prę­tami w wiecz­nym cie­niu.

- Przy­się­ga­łem, że ni­gdy nie zjem niczego, co pocho­dzi z tego jeziora - mruk­nął. - Bab­ciu na górze... Widzisz, że pamię­tam rany i dziury na two­ich chu­dych rękach. Pamię­tam je, bab­ciu, i przy­się­ga­łem.

- Co się stało? - dobiegł z dołu głos Leffa.

- Nic. Chcia­łem tylko powie­dzieć, że mar­nu­jemy tu czas.

- Cier­pli­wo­ści, Plama. Mamy listę. Mamy kło­poty. Czy nie sły­sza­łeś, że Bro­kul może spró­bo­wać ucieczki?

- Tu jest cho­lerny tłok, Leff.

- Musimy tylko sku­pić uwagę na usta­wia­ją­cych się kolej­kach.

- Nie widzę żad­nych kole­jek, Leff.

Sto­jący na dole męż­czy­zna prze­rzu­cił pustą muszlę przez mur przy­brzeżny. Spa­dła z grze­cho­tem na dzie­sięć tysięcy podob­nych.

- Jesz­cze nie - zgo­dził się. - Ale wkrótce się ufor­mują.

***

Tuż za roz­sta­jami dróg w Urs resztki kara­wany skie­ro­wały się do połu­dnio­wego Mia­sta Zgry­zoty. Poga­nia­cze bydła i robot­nicy z kamie­nio­ło­mów zmie­rza­jący do Kru­ków scho­dzili na pobo­cze, a potem się zatrzy­my­wali, gapiąc się na cztery nad­pa­lone, okop­cone wozy kupiec­kie, które ich mijały. Każdy wóz cią­gnął jeden koń zaprzę­żony w pro­wi­zo­ryczne jarzmo. Choć nawet tak małym kara­wa­nom z reguły towa­rzy­szył cały oddział straż­ni­ków, tu był tylko jeden. Męż­czy­zna sie­dział sku­lony w gadro­bij­skim sio­dle, nie­mal cał­ko­wi­cie spo­wity w zaku­rzony płaszcz z kap­tu­rem. Z roz­cięć w wybla­kłej, brą­zo­wej tka­ni­nie, tuż nad łopat­kami straż­nika, ster­czały wytarte uchwyty i gałki dwóch kor­de­la­sów. Na wspar­tych na wyso­kim łęku dło­niach miał skó­rzane ręka­wice, pełne plam i dziur, przez które prze­świ­ty­wała nie­mal jed­no­li­cie wyta­tu­owana na czarno skóra.

Pod kap­tu­rem błysz­czały dziw­nie kocie oczy wpa­trzone w drogę. Po obu stro­nach polnej drogi wyła­niały się z poran­nej mgły pierw­sze walące się chaty połu­dnio­wego Mia­sta Zgry­zoty, przy­po­mi­na­jące nie­dbale skle­cone gniazda jakichś gigan­tycz­nych dra­pież­nych pta­ków. Ze szcze­lin i dziur w pochy­łych ścia­nach kara­wanę i jej straż­nika obser­wo­wały błysz­czące oczy.

Wkrótce zagłę­bili się już w labi­ryn­cie Mia­sta Zgry­zoty. Tłumy wyrzut­ków życio­wych wyła­niały się z cieni jak duchy, żebrząc sła­bymi gło­sami o pie­nią­dze i jedze­nie. Tylko nie­liczne kara­wany przy­by­wa­jące z połu­dnia wjeż­dżały do Daru­dży­stanu tą drogą. Trasa wio­dąca przez nędzne przed­mie­ścia była wąska i kręta, a ci, któ­rzy byli za słabo bro­nieni, mogli paść ofiarą nagiej despe­ra­cji ota­cza­ją­cych ich ze wszyst­kich stron miesz­kań­ców.

Sto kro­ków na połu­dnie od głów­nego traktu zna­nego jako Zgry­zota Jatema zaczęło wyglą­dać na to, że taki wła­śnie los spo­tka pechową kara­wanę i jej jedy­nego straż­nika.

Gdy brudne, wycią­gnięte ręce zaci­snęły się na szpry­chach wozów, inne zaś chwy­ciły za lejce, zakap­tu­rzony męż­czy­zna obej­rzał się i ścią­gnął wodze. Wypro­sto­wał się w sio­dle - wyda­wało się, że urósł nagle.

Ludzie spo­glą­dali na niego ukrad­kiem, wyraź­nie nabie­ra­jąc odwagi. Jakiś odziany w łach­many męż­czy­zna wsko­czył na kozioł pierw­szego wozu obok woź­nicy, który podob­nie jak straż­nik miał na sobie skó­rzaną pele­rynę z kap­tu­rem. Gdy zgry­zot­nik zła­pał go za ramię i szarp­nął nim, kap­tur spadł rap­tow­nie.

Poja­wiła się zasu­szona twarz trupa. Nie­mal zupeł­nie łysa głowa obró­ciła się ku intru­zowi, kie­ru­jąc ku niemu puste oczo­doły.

Zgry­zot­nik wrza­snął prze­raź­li­wie i zesko­czył z kozła. Straż­nik kara­wa­nowy wycią­gnął kor­de­lasy. Ich sze­ro­kie żela­zne klingi pokry­wały czarne i bla­do­po­ma­rań­czowe pasy. Kap­tur opadł, odsła­nia­jąc twarz wyta­tu­owaną w taki sam wzór. Straż­nik uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc wysta­jące kły. W jego minie nie było śladu weso­ło­ści, tylko zapo­wiedź roz­lewu krwi.

To wystar­czyło, by tłusz­cza roz­pierz­chła się z krzy­kiem.

Po paru chwi­lach cztery wozy i ich jedyny straż­nik wzno­wili podróż.

Kara­wana dotarła do Zgry­zoty Jatema i włą­czyła się do ruchu, posu­wa­jąc się ospale ku miej­skiej bra­mie. Wyta­tu­owany straż­nik scho­wał broń, ale trup z gołą głową naj­wy­raź­niej nie miał ochoty jej zasła­niać. Po krót­kiej chwili mar­twego woź­nicę ota­czała eskorta trzech kra­czą­cych, wyma­chu­ją­cych skrzy­dłami wron. Pta­szy­ska wal­czyły o miej­sce na sza­rej, wystrzę­pio­nej łysi­nie. Gdy kara­wana dotarła do bramy, jedna wrona sie­działa na gło­wie mar­twiaka, a dwie pozo­stałe na jego ramio­nach. Wszyst­kie pra­co­wi­cie odry­wały strzępy mięsa z jego twa­rzy.

War­tow­nik wyszedł ze stró­żówki, by przyj­rzeć się dokład­niej straż­ni­kowi kara­wa­no­wemu o pasia­stej, zwie­rzę­cej twa­rzy.

- Jesteś Zrzęda, tak? Widzę, że wal­czy­li­ście. Czy to kara­wana Sirika... Bogo­wie na dole! - zawo­łał nagle, ujrzaw­szy woź­nicę.

- Lepiej pozwól nam prze­je­chać - wychry­piał cicho Zrzęda. - Nie mam ochoty na wię­cej niż jedną roz­mowę, a prawa do niej ma Sirik. Jak rozu­miem, prze­niósł się już do nowej rezy­den­cji?

Męż­czy­zna ski­nął głową. Twarz mu pobla­dła, a w oczach poja­wił się lekki ślad sza­leń­stwa. Odsu­nął się i ski­nął dło­nią, prze­pusz­cza­jąc kara­wanę.

Na szczę­ście droga do rezy­den­cji Sirika trwała krótko. Prze­je­chali obok Bar­ba­kanu Despoty i skrę­cili w lewo, mija­jąc Górne Wzgó­rze Szu­bie­niczne, nim wresz­cie ujrzeli świeżo otyn­ko­wany mur i wysoki łuk bramy pro­wa­dzą­cej na podwó­rze posia­dło­ści kupca.

Wia­do­mość o ich przy­by­ciu musiała tu dotrzeć przed nimi, bo Sirik cze­kał już na nich. Przed słoń­cem osła­niał go trzy­many przez sługę para­sol. Kupca ota­czało sze­ściu oso­bi­stych straż­ni­ków w zbro­jach. Jego mina szybko zrze­dła, gdy zoba­czył, że na podwó­rze wta­czają się tylko cztery wozy. Gdy straż­nicy ujrzeli pierw­szego woź­nicę, w prze­sy­co­nym pyłem powie­trzu ponio­sły się gło­śne prze­kleń­stwa. Środ­kowa wrona posta­no­wiła roz­po­strzeć lekko skrzy­dła, by odzy­skać rów­no­wagę zachwianą w chwili, gdy mar­twiak zatrzy­mał wóz.

Zrzęda ścią­gnął wodze i zsu­nął się powoli z sio­dła.

Sirik mach­nął bez­rad­nie ręką.

- Prze­cież... prze­cież...

Straż­nik kara­wa­nowy zdjął płaszcz, odsła­nia­jąc uszko­dzoną kol­czugę. Ogniwa z czar­nej bla­chy sta­lo­wej popę­kały od ude­rzeń mie­cza, pełno w niej było rys i dziur, a całość pokry­wała zakrze­pła krew.

- To była banda Miesz­kal­ni­ków - mruk­nął, znowu się uśmie­cha­jąc.

- Prze­cież...

- Spra­wi­li­śmy się nie­źle - pod­jął Zrzęda, uważ­nie się przy­glą­da­jąc sto­ją­cym za kup­cem straż­ni­kom. - A gdy­byś uży­czył nam paru tych zaro­zu­mial­ców, mogłoby być jesz­cze lepiej. Banda była liczna. Stu wrzesz­czą­cych dzi­ku­sów. Dur­nie pod­pa­lili pozo­stałe wozy, nie zado­wa­la­jąc się ogra­bie­niem ich.

Kapi­tan straży Sirika, męż­czy­zna o nazna­czo­nym bli­zną obli­czu, pod­szedł bli­żej i przyj­rzał się z nie­za­do­wo­le­niem wozom.

- Mówisz stu dzi­ku­sów? A ty mia­łeś pod swoim dowódz­twem... Ilu? Ośmiu straż­ni­ków? Masz nas za idio­tów, Zrzęda? Gdy­by­ście spo­tkali stu Miesz­kal­ni­ków, nie byłoby cię tutaj.

- Nie, Kest, nie jesteś idiotą - przy­znał Zrzęda. - Tępo­gło­wym bru­ta­lem tak, ale nie idiotą.

Kapi­tan i jego ludzie zje­żyli się. Sirik powstrzy­mał ich, uno­sząc drżącą dłoń.

- Zrzęda, Gisp sie­dzi na koźle, ale nie żyje.

- To prawda. Podob­nie jak trzej pozo­stali.

- Ale... jak to moż­liwe?

Wyta­tu­owany męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami w zama­szy­stym, zło­wro­gim geście.

- Nie jestem pewien - przy­znał. - Ale, tak czy ina­czej, wyko­ny­wali moje roz­kazy. Co prawda byłem zde­spe­ro­wany i wykrzy­ki­wa­łem słowa, któ­rych nor­mal­nie bym nie powie­dział, ale prze­cież zosta­łem sam, a były jesz­cze cztery wozy i cztery konie... - Ponow­nie wzru­szył ramio­nami. - Zapłać mi teraz, Sirik. Dosta­łeś połowę zamó­wio­nego bastioń­skiego kelyku. To lep­sze niż nic.

- A co mam zro­bić z czte­rema mar­twia­kami?! - wrza­snął kupiec.

Zrzęda odwró­cił się i łyp­nął na Gispa.

- Spa­daj­cie wszy­scy do Kap­tura. Natych­miast.

Woź­nice okla­pli nagle i zwa­lili się na zie­mię. Trzy wrony dzio­biące roz­oraną twarz Gispa wrza­snęły z obu­rze­niem, po czym prze­fru­nęły na dół, by ponow­nie pod­jąć prze­rwaną ucztę.

Sirik wziął się już w garść w wystar­cza­ją­cym stop­niu, by móc oka­zać iry­ta­cję.

- Jeśli cho­dzi o zapłatę...

- Dostanę wszystko - prze­rwał mu Zrzęda. - Ostrze­ga­łem cię, że jest nas za mało. Kest może i nie jest idiotą, ale ty nim jesteś, Sirik. Przez twoją głu­potę zgi­nęło szes­na­stu naszych ludzi, nie wspo­mi­na­jąc już o stu Miesz­kal­ni­kach. Pójdę do cechu, zgod­nie z wymo­gami. Jeśli otrzy­mam całą sumę, zacho­wam swoją opi­nię dla sie­bie. W prze­ciw­nym razie... - Pokrę­cił głową. - Nie wynaj­miesz wię­cej straż­ni­ków kara­wa­no­wych. Już ni­gdy.

Sirik wykrzy­wiał przez chwilę spo­coną twarz, aż wresz­cie w jego oczach poja­wił się wyraz rezy­gna­cji.

- Kapi­ta­nie Kest, zapłać mu.

***

Po krót­kiej chwili Zrzęda wyszedł na ulicę. Zatrzy­mał się, spoj­rzał na poranne niebo i ruszył w stronę domu. Pomimo upału wło­żył płaszcz i posta­wił kap­tur. Te cho­lerne znaki na skó­rze uwi­dacz­niały się pod­czas walki i miną tygo­dnie, nim znowu prze­ro­dzą się w led­wie dostrze­galne cie­nie. Do tego czasu, im mniej będzie się rzu­cał w oczy, tym lepiej. Podej­rze­wał, że w norze, którą zwał domem, zaba­ry­ka­do­wała się już zgraja ako­li­tów cze­ka­ją­cych na jego powrót. Kobieta o tygry­siej skó­rze, która ogło­siła się wielką kapłanką miej­sco­wej świą­tyni, z pew­no­ścią sły­szała prze­raź­liwy okrzyk wojenny Śmier­tel­nego Mie­cza Trake'a, nawet z odle­gło­ści stu mil dzie­lą­cych Daru­dży­stan od Rów­niny Miesz­kal­nej. Na pewno strasz­nie się pod­eks­cy­to­wała i jak zwy­kle będzie roz­pacz­li­wie pró­bo­wała przy­cią­gnąć jego uwagę.

Zrzęda nie dbał ani o nią, ani o par­szy­wych nie­udacz­ni­ków, któ­rych zgro­ma­dziła w swej świą­tyni. Zabi­cie dzi­ku­sów, któ­rzy zaata­ko­wali kara­wanę, nie spra­wiło mu przy­jem­no­ści. Nie lubił prze­lewu krwi, nie zachwy­cał go wła­sny, strasz­liwy gniew. Stra­cił tam­tego dnia przy­ja­ciół, w tym dwóch ostat­nich towa­rzy­szy z Capu­stanu. Takie rany były bez porów­na­nia głęb­sze od tych, które zadano jego ciału, i minie znacz­nie wię­cej czasu, nim się zagoją.

Mimo że niósł za pasem wypchany radami mie­szek, był w paskud­nym nastroju. Nie miał zamiaru prze­py­chać się przez tłumy wypeł­nia­jące główne ulice mia­sta. Wystar­czy jedno popchnię­cie albo wark­nię­cie za dużo, by wycią­gnął kor­de­lasy i zaczął toro­wać sobie drogę przez ciżbę. W takim przy­padku musiałby ucie­kać z Daru­dży­stanu, by nie zadyn­dać na Gór­nym Wzgó­rzu Szu­bie­nicz­nym. Dla­tego po przej­ściu przez Bramę Mająt­ków, tuż na połu­dnie od Parku Bor­then, zszedł rampą do Dziel­nicy Przy­brzeż­nej, a potem ruszył okrężną drogą przez wąskie, kręte zaułki i pełne śmieci przej­ścia mię­dzy budyn­kami.

Nie­liczni napo­tkani ludzie szybko scho­dzili mu z drogi, jakby instynkt samo­za­cho­waw­czy nauczył ich nagle łagod­no­ści.

Skrę­cił w nieco szer­szą uliczkę i prze­ko­nał się, że blo­kuje ją wysoka kareta, wyglą­da­jąca, jakby zaata­ko­wał ją osza­lały tłum. Zrzęda przy­po­mniał sobie, że na­dal trwa feta. Gdy jed­nak pod­szedł bli­żej, ujrzał pod nogami urwane, zmu­mi­fi­ko­wane koń­czyny i krzep­nącą powoli krew. Potem zoba­czył wielką dziurę w miej­scu, gdzie powinny być drzwi karocy. Jej mroczne wnę­trze wypeł­niała szara, nie­ru­choma mgiełka. Konie stały w zaprzęgu, brudne od zeschłego potu i piany. Wrak nie był strze­żony, ale naj­wy­raź­niej nikt nie miał ochoty go okraść. Zrzęda uświa­do­mił sobie, że to jedna z tych cho­ler­nych karet Gil­dii Try­galle, sły­ną­cych z tego, że zja­wiają się nagle, w nie­wy­ja­śniony i zawsze gwał­towny spo­sób.

Rów­nie iry­tu­jący był fakt, że Try­galle sta­no­wiła kon­ku­ren­cję dla miej­sco­wego Cechu Kara­wan­se­ra­jo­wego, a jej sys­tem udzia­łów nie miał pre­ce­densu. Jego cech dawno już powi­nien wpaść na coś podob­nego, choć - jeśli sły­szane przez Zrzędę pogło­ski miały cokol­wiek wspól­nego z prawdą - śmier­tel­ność wśród udzia­łow­ców Try­galle była prze­ra­ża­jąco wysoka, znacz­nie wyż­sza, niż byłby to skłonny zaak­cep­to­wać zdrowy na umy­śle straż­nik kara­wa­nowy.

Z dru­giej strony był jedy­nym oca­la­łym straż­ni­kiem kara­wany Sirika i choć otrzy­mał pełen rad mie­szek, kupiec zarobi na kelyku znacz­nie wię­cej, zwłasz­cza że nie musiał już pła­cić woź­ni­com. Rzecz jasna, będzie też zmu­szony kupić nowe wozy i napra­wić te, które Zrzęda dopro­wa­dził na miej­sce, ale część kosz­tów pokryje mu ubez­pie­cze­nie.

Okrą­żył karetę i przyj­rzał się jej uważ­niej. Musiał z nie­chę­cią przy­znać, że Gil­dia Try­galle solid­nie budo­wała te skur­wy­syń­stwa - pojazd mógł wytrzy­mać nie­mal wszystko. Widział ślady po ogniu, pazu­rach i zębach jakichś bestii, przy­po­mi­na­ją­cych niedź­wie­dzie z rów­nin, oraz ude­rzeń mie­czów. Kolo­rowa farba łusz­czyła się, jakby oblano ją kwa­sem. Wehi­kuł wyglą­dał jak wóz bojowy po bitwie.

Minął konie i po pię­ciu kro­kach zatrzy­mał się zasko­czony. Prze­szedł bar­dzo bli­sko i zwie­rzęta powinny wpaść w panikę. Nawet te, które przy­zwy­czaił do swego zapa­chu, drżały, gdy ich dosia­dał, dopóki ich stra­chu nie zła­go­dziło wyczer­pa­nie. Ale te... Skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc w oczy jed­nego z koni. Nie wyczy­tał w nich nic poza znu­dze­niem i obo­jęt­no­ścią.

Zrzęda pokrę­cił głową i ruszył w dal­szą drogę.

To było cho­ler­nie dziwne. Ale z dru­giej strony przy­dałby mu się taki koń.

Cho­ciaż czy nie lep­szy byłby mar­twy? Taki jak Gisp?

Ta myśl przy­po­mniała mu o paru nie­przy­jem­nych fak­tach, nad któ­rymi wolał się w tej chwili nie zasta­na­wiać.

Na przy­kład o tym, że potra­fił roz­ka­zy­wać umar­łym.

Był już za stary, by odkry­wać w sobie nowe talenty.

***

Łódka ze skór mor­sów zako­ły­sała się nie­bez­piecz­nie na falach mię­dzy dwiema bar­kami han­dlo­wymi. W każ­dej chwili gro­ziło jej zmiaż­dże­nie mię­dzy ich bur­tami. Pły­nący nią czło­wiek roz­pacz­li­wie poru­szył wio­słami i prze­mknął mię­dzy bar­kami, by przy­bić do ubło­co­nego molo peł­nego puła­pek na raki. Potem wygra­mo­lił się z sza­lupy. Od pasa w dół był zupeł­nie mokry, a w ple­caku, który prze­rzu­cił sobie przez ramię, plu­skała woda. Gdy dotarł do wytar­tych kamien­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na nabrzeże, oka­zało się, że ple­cak prze­cieka.

Męż­czy­zna był zanie­dbany, miał dwu- albo trzy­dniowy zarost, a jego skó­rzany strój sta­no­wił dziwne połą­cze­nie wkła­da­nej pod zbroję prze­szy­wa­nicy z ubio­rem noszo­nym przez nathij­skich ryba­ków pod­czas szkwału. Wyko­nany z foczej skóry kape­lusz o opa­da­ją­cym ron­dzie był zde­for­mo­wany, wybla­kły w słońcu i pokry­wał go nalot soli. Poza ple­ca­kiem miał też dziw­nie wyglą­da­jący bułat w roz­sz­cze­pio­nej pochwie zwią­za­nej wystrzę­pio­nymi rze­mie­niami. Gałkę w kształ­cie głowy węża zdo­biły puste oczo­doły, z któ­rych wyjęto klej­noty, a także dłu­gie kły i koł­nierz. Wysoki, żyla­sty męż­czy­zna poru­szał się szybko i nieco ukrad­kowo. Po wej­ściu na górę wto­pił się w tłum, zmie­rza­jąc ku zauł­kom po dru­giej stro­nie Fron­to­wej.

Przy brzegu ktoś krzy­czał, dopy­tu­jąc się, kto zosta­wił led­wie się trzy­ma­jącą na wodzie łódkę mię­dzy bar­kami.

Męż­czy­zna dotarł do wylotu zaułka, postą­pił kilka kro­ków w głąb niego i zatrzy­mał się w cie­niu mię­dzy wyso­kimi murami maga­zy­nów. Zdjął kape­lusz i wytarł nim brud z czoła. Jego czarne włosy z przodu już rzed­niały, z tyłu jed­nak opa­dały do krzyża, zwią­zane w długi kucyk do tej pory scho­wany pod kape­luszem. Czoło i twarz przy­by­sza nazna­czyły bli­zny, bra­ko­wało mu też więk­szej czę­ści lewego ucha. Dra­pał się przez chwilę po bro­dzie, po czym wło­żył kape­lusz i ruszył przed sie­bie.

Po nie­spełna dzie­się­ciu kro­kach zasko­czyło go dwóch ludzi, któ­rzy wypa­dli z wnęk po obu stro­nach. Ten z lewej przy­ci­snął mu do żeber sztych szty­letu, drugi zaś mach­nął krót­kim mie­czem, zmu­sza­jąc ofiarę do prze­su­nię­cia się pod brudną ścianę.

Męż­czy­zna uczy­nił to bez słowa. Wytę­żył wzrok, przy­glą­da­jąc się w pół­mroku czło­wie­kowi z mie­czem.

- Leff.

Napast­nik uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zepsute zęby.

- Cześć, stary wspól­niku. Kto by pomy­ślał, że się tu zja­wisz?

Męż­czy­zna z nożem prych­nął pogar­dli­wie.

- Myśla­łeś, że cię nie poznamy w tym głu­pim kape­lu­szu, co?

- Plama! Nie macie poję­cia, jak bar­dzo się cie­szę, że widzę was obu. Bogo­wie na dole, byłem prze­ko­nany, że dawno już spo­tkał was paskudny koniec. To wspa­niała wia­do­mość, przy­ja­ciele! Gdy­bym tylko miał pie­nią­dze, cho­ciaż odro­binę, zaraz posta­wił­bym wam kolejkę...

- Star­czy tego - wark­nął Leff, nie prze­sta­jąc wyma­chi­wać mie­czem przed twa­rzą męż­czy­zny. - Jesteś na naszej liście, Torval­dzie Nom. Co prawda, bar­dzo nisko, bo więk­szość wie­rzy­cieli doszła do wnio­sku, że od dawna już nie ma cię w mie­ście i pra­wie od rów­nie dawna nie żyjesz. Ale ucie­kłeś przed spłatą długu i ten dług wciąż rośnie, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że porzu­ci­łeś mnie i Plamę.

- Nie­prawda! Pamię­tam, że ofi­cjal­nie ze sobą zerwa­li­śmy po tej nocy, gdy...

- Cicho, do cho­lery! - wysy­czał Plama. - Nikt nic o tym nie wie!

- Chcia­łem tylko powie­dzieć, że wcale was nie porzu­ci­łem - wyja­śnił pośpiesz­nie Torvald.

- Nie­ważne - uznał Leff. - Prze­cież nie dla­tego jesteś na liście, tak?

- Musi­cie być naprawdę zde­spe­ro­wani, jeśli się pod­ję­li­ście...

- Może tak, a może nie - prze­rwał mu Plama. - Mówisz, że jesteś bez gro­sza? To nie­do­brze, Torvald. Gorzej dla cie­bie niż dla nas, bo musimy cię oddać w ręce lichwia­rza Gareba. Ojej, ale się ucie­szy.

- Chwi­leczkę! Znajdę tę forsę! Spłacę dług! Potrze­buję tylko czasu...

- Nie możemy ci go dać. - Leff pokrę­cił głową. - Przy­kro mi, stary druhu.

- Jedna noc. Nie pro­szę o nic wię­cej.

- Jedna noc wystar­czy, żebyś uciekł daleko.

- Nie! Przy­się­gam. Bogo­wie, dopiero co wró­ci­łem! Chcę spła­cić wszyst­kie długi!

- Naprawdę? A jak zamie­rzasz to zro­bić?

- Szcze­góły lepiej zostaw mnie, Plama. W ten spo­sób nie będzie­cie z Lef­fem niczemu winni. Posłu­chaj­cie. Na pewno jestem nisko na tej liście, bo prze­cież minęło już wiele lat. To zna­czy, że nikt nie liczy na to, że mnie przy­pro­wa­dzi­cie, tak? Daj­cie mi tylko jedną noc, nie pro­szę o wię­cej. Możemy się tu spo­tkać jutro o tej samej porze. Nie ucieknę, daję słowo.

- Chyba masz nas za idio­tów - obru­szył się Leff.

- Posłu­chaj­cie, jak już spłacę dług Gare­bowi, będę mógł wam pomóc. Z tą listą. Kto lepiej zna się na takich spra­wach ode mnie?

Plama roz­cią­gnął twarz w wyra­zie nie­do­wie­rza­nia tak bar­dzo, że oczy omal nie wypa­dły mu z orbit. Obli­zał wargi i zer­k­nął na Leffa.

Torvald Nom zauwa­żył to i ski­nął głową.

- Ehe, obaj macie kło­poty. Te listy nisz­czą wszyst­kich, któ­rzy się nimi zajmą. Muszę wam powie­dzieć, że jestem zdu­miony, a także głę­boko roz­cza­ro­wany, widząc, że obaj upa­dli­ście tak nisko od chwili mojego wyjazdu. Bogo­wie, gdy­bym tylko to prze­wi­dział, mógł­bym roz­wa­żyć moż­li­wość zosta­nia...

- To cho­lerne kłam­stwo - żach­nął się Leff.

- Dobra, może tro­chę prze­sa­dzi­łem. To ile zda­niem Gareba jestem mu winien?

- Tysiąc srebr­nych rad.

Torvald Nom roz­dzia­wił usta. Krew odpły­nęła z jego twa­rzy.

- W imię Kap­tura, posta­wił mi tylko kola­cję i może ze dwa dzbanki. Zresztą myśla­łem wtedy, że po pro­stu jest hojny. Chciał, bym wyko­nał dla niego jakąś robotę albo coś w tym rodzaju. Poczu­łem się znie­wa­żony, kiedy przy­słał mi rachu­nek za tam­ten wie­czór...

- Odsetki, Torvald - prze­rwał mu Leff. - Wiesz, jak to jest.

- Poza tym po pro­stu wzią­łeś i ucie­kłeś - dodał Plama. - Gdzie się podzie­wa­łeś przez cały ten czas?

- Ni­gdy byś mi nie uwie­rzył.

- Czy to, co masz na rękach, to ślady od kaj­dan?

- Ehe, i jesz­cze gor­sze. Pozna­łem nathij­skie zagrody dla nie­wol­ni­ków, mala­zań­skich han­dla­rzy, całą drogę aż do Sied­miu Miast. Beru, broń, przy­ja­ciele, nic z tego nie było przy­jemne. Jeśli zaś cho­dzi o długą podróż powrotną, to, gdy­bym był bar­dem, mógł­bym zbić mają­tek na tej opo­wie­ści!

Miecz wiszący przed twa­rzą Torvalda zako­ły­sał się nagle, obni­żył, wresz­cie opadł. Nóż doty­ka­jący jego żeber rów­nież się cof­nął. Przy­bysz spoj­rzał szybko w twa­rze obu męż­czyzn.

- Jedna noc, przy­ja­ciele, i wszystko zała­twię. Mogę też zacząć poma­gać wam z listą.

- Już mamy pomoc - przy­znał Leff, choć w jego gło­sie nie sły­szało się zado­wo­le­nia.

- Tak? A kto wam pomaga?

- Kruppe. Pamię­tasz go?

- Ten tłu­sty, przy­po­chlebny paser, który zawsze sie­dzi "Pod Fenik­sem"? Chyba zwa­rio­wa­li­ście.

- To nasz nowy lokal - wyja­śnił Plama. - Odkąd Bor­men wyrzu­cił nas z...

- Nie opo­wia­daj mu o takich spra­wach, Plama.

- Jedna noc - powtó­rzył Torvald, kiwa­jąc głową. - Zgoda? W porządku, nie będzie­cie żało­wać.

Leff odsu­nął się i scho­wał miecz do pochwy.

- Już tego żałuję. Posłu­chaj, Torvald, jeśli uciek­niesz, będziemy cię ści­gać po całym świe­cie. Nawet jeśli wró­cisz pro­sto do nathij­skich zagród, będziemy tam na cie­bie cze­kać. Rozu­miesz?

Torvald przy­glą­dał mu się przez chwilę. Wresz­cie ski­nął głową.

- Rozu­miem, Leff. Możesz być spo­kojny. Wró­ci­łem do mia­sta i ni­gdy już go nie opusz­czę.

- Jedna noc.

- Ehe. Lepiej wróć­cie do obser­wa­cji portu. Ni­gdy nie wia­domo, kto będzie chciał uciec następ­nym stat­kiem.

Na twa­rzach obu męż­czyzn nagle poja­wił się nie­po­kój. Leff ode­pchnął Torvalda na bok i ruszył w stronę przy­stani. Plama podą­żył za nim. Torvald odpro­wa­dzał ich wzro­kiem, gdy dobie­gli do wylotu zaułka, a potem znik­nęli w tłu­mie na Fron­to­wej.

- Jak to się dzieje, że kom­pletni idioci ni­gdy nie mogą zgi­nąć? - mruk­nął pod nosem.

Popra­wił pele­rynę pro­duk­cji Moran­thów, upew­nia­jąc się, że żaden z ukry­tych w wewnętrz­nych kie­sze­niach przed­mio­tów nie polu­zo­wał się albo - bogo­wie, broń­cie - nie pękł. Nic z nich nie kapało. Nic go nie parzyło, nie czuł ośli­złej obec­no­ści... cze­go­kol­wiek. To bar­dzo dobrze. Wepchnął moc­niej kape­lusz na głowę i ruszył w dal­szą drogę.

Ta sprawa z Gare­bem była cho­ler­nie iry­tu­jąca. No cóż, będzie musiał coś przed­się­wziąć, prawda?

Jedna noc. Zna­ko­mi­cie. Niech i tak będzie. Reszta może zacze­kać.

Mam taką nadzieję.

***

Skromny Wkład uro­dził się przed dwu­dzie­stu sied­miu laty w Jed­no­okim Kocie. W jego żyłach pły­nęła mie­szana krew - Rhi­vij­ska kobieta, sprze­dana miej­sco­wemu kup­cowi za dwa­na­ście sztab har­to­wa­nego żelaza, po roku wydała na świat bękarta. Osiem lat póź­niej ojciec uznał chło­paka i uczy­nił go peł­no­praw­nym domow­ni­kiem. Skromny Wkład został uczniem w skle­pie z wyro­bami żela­znymi i z cza­sem odzie­dzi­czyłby cały inte­res, gdyby nie nade­szła strasz­liwa noc, która poło­żyła kres jego bez­piecz­nemu, spo­koj­nemu życiu.

Mia­sto oble­gła cudzo­ziem­ska armia. Nastały dni i noce bar­dzo eks­cy­tu­jące dla mło­dzieńca. Po uli­cach krą­żyły pogło­ski, że przy­na­leż­ność do wiel­kiego i boga­tego Impe­rium Mala­zań­skiego zapo­wiada dla mia­sta wspa­niałe korzy­ści, ale głupcy z pałacu nie chcą ska­pi­tu­lo­wać. Oczy jego ojca zapło­nęły na myśl o wyima­gi­no­wa­nej szan­sie. Z pew­no­ścią to wła­śnie podobne wizje skło­niły sta­rze­ją­cego się kupca do spi­sko­wa­nia z agen­tami impe­rium celem otwar­cia bram. Pod­jęta pew­nej nocy próba zakoń­czyła się kata­stro­fal­nym nie­po­wo­dze­niem. Kupca aresz­to­wano, a potem stra­cono, do jego rezy­den­cji wtar­gnęli zaś żoł­nie­rze z miej­skiego gar­ni­zonu z mie­czami w rękach.

Po tym incy­den­cie pozo­stały Skrom­nemu Wkła­dowi kosz­marne wspo­mnie­nia, które ni­gdy nie miały znik­nąć. Widział, jak zgwał­cono i zamor­do­wano jego matkę oraz przy­rod­nie sio­stry. Krzyki, dym i krew - wszę­dzie krew niczym gorzki dar jakie­goś mrocz­nego boga - och, zapa­mię­tał ją bar­dzo dokład­nie. Pobito go, zakuto w łań­cu­chy i wywle­czono na ulicę. Cze­kałby go ten sam los, co pozo­stałych, gdyby nie obec­ność kom­pa­nii najem­ni­ków sprzy­mie­rzo­nej z mia­stem. Jej dowódca, wysoki, gwał­towny wojow­nik zwany Jor­ric­kiem Ostrą Lancą, zagar­nął dla sie­bie garstkę oca­la­łych więź­niów.

Póź­niej kom­pa­nię wygnali z mia­sta jego para­no­idalni władcy. Jor­rick i jego ludzie prze­pły­nęli stat­kami na drugi brzeg Jeziora Sta­rego Króla na krótko przed tym, nim kolejny akt zdrady oka­zał się bar­dziej udany od pierw­szego. Znowu nastała noc rzezi, lecz tym razem krew prze­le­wały wprawne ręce skry­to­bój­ców ze Szponu. Jed­no­oki Kot prze­szedł pod pano­wa­nie Impe­rium Mala­zań­skiego.

Jor­rick zabrał więź­niów i wysa­dził ich na dzi­kim, połu­dnio­wym brzegu jeziora, u samych pod­staw Gór Jed­no­okiego, zosta­wia­jąc im wystar­cza­jąco wiele zapa­sów, by mogli przejść przez góry i dotrzeć na Pła­sko­wyż Sta­rego Króla. Stam­tąd Skromny Wkład popro­wa­dził oca­la­łych domow­ni­ków - zarówno nie­wol­ni­ków, jak i wol­nych oby­wa­teli - do mia­sta zwa­nego Niedź­wie­dziem. Po krót­kim postoju ruszyli w dal­szą drogę, do Łaty i na Trakt Rhi­vij­ski.

Zatrzy­mali się na pewien czas w Pale, lecz znowu musieli ucie­kać przed mala­zań­skim oblę­że­niem. W końcu obdarta kolumna uchodź­ców dotarła do Daru­dży­stanu.

Skromny Wkład odna­lazł tam ostat­nie oca­lałe biuro firmy ojca i roz­po­czął długi pro­ces ostroż­nej roz­bu­dowy, dzięki któ­remu znacz­nie udo­sko­na­lił swe tak­tyczne zdol­no­ści i wyro­bił hart ducha.

Długa, pełna nie­bez­pie­czeństw droga zapew­niła mu lojal­ność pra­cow­ni­ków. Nie­wol­ni­ków nagro­dził wyzwo­le­niem i żaden z nich nie odrzu­cił oferty zatrud­nie­nia. Han­del żela­zem roz­kwi­tał. Przez pewien czas wyda­wało się, że klą­twa, jaką było Impe­rium Mala­zań­skie, mogła go znowu wytro­pić, ofia­ro­wano jed­nak dar, dar krwi, który Skromny Wkład świet­nie teraz rozu­miał, i mia­sto oca­lało.

Na jak długo? Skromny Wkład dosko­nale znał metody sto­so­wane przez Impe­rium Mala­zań­skie. Infil­tra­cja, spryt­nie prze­pro­wa­dzana desta­bi­li­za­cja, zama­chy skry­to­bój­cze, sze­rze­nie paniki i roz­kład panu­ją­cego porządku. Amba­sada, otwo­rzona ostat­nio w mie­ście, była jedy­nie środ­kiem umoż­li­wia­ją­cym spro­wa­dze­nie do Daru­dży­stanu śmier­cio­no­śnych agen­tów. On jed­nak skoń­czył już z ucie­ka­niem.

Przod­ko­wie jego ojca zaj­mo­wali się han­dlem żela­zem już od dwu­na­stu poko­leń. Tutaj, w biu­rze firmy ulo­ko­wa­nym w Dziel­nicy Gadro­bij­skiej Daru­dży­stanu, w piw­ni­cach poło­żo­nych głę­boko poni­żej poziomu ulicy, odna­lazł spi­sane reje­stry się­ga­jące wstecz nie­mal sześć­set lat. W naj­star­szych weli­no­wych zwo­jach Skromny Wkład odkrył coś nie­zwy­kłego.

Daru­dży­stan nie wpad­nie w łapy Impe­rium Mala­zań­skiego. Zna­lazł spo­sób, by to zapew­nić. By dopil­no­wać, że żadne zagra­niczne mocar­stwo ni­gdy już nie zagrozi mia­stu, które zwał teraz domem, jego rodzi­nie i wszyst­kim, któ­rych kochał.

Skromny Wkład świet­nie zda­wał sobie sprawę, że będzie potrze­bo­wał całego swego sprytu, by zre­ali­zo­wać skom­pli­ko­wany plan. Nie­zbędne okażą się też wiel­kie ilo­ści gotówki, te jed­nak zdo­łał już zgro­ma­dzić. Nie­stety będzie musiał dzia­łać bez­li­to­śnie.

Tak, to wcale nie będzie przy­jemne, ale cza­sami ofiar nie da się unik­nąć.

Główne biuro firmy Wyroby Żela­zne Eldra było roz­le­głym zgru­po­wa­niem budyn­ków, maga­zy­nów i warsz­ta­tów poło­żo­nym tuż na pół­noc od Bramy Dwóch Wołów. Cały kom­pleks ota­czał wysoki mur. Trzy kuź­nie zbu­do­wano naprze­ciwko wydłu­żo­nej, jed­no­kon­dy­gna­cyj­nej odlewni wspar­tej o jego zachodni odci­nek. Pod budyn­kiem prze­pły­wał pod­ziemny stru­mień wpa­da­jący do Maitenu. Spły­wa­jące nim zanie­czysz­cze­nia spra­wiły, że zatoce, do któ­rej się wle­wał, nadano nazwę Brą­zo­wej Wody. W więk­szość dni plama się­gała daleko od brze­gów Lazuru. To były nie­for­tunne kon­se­kwen­cje wyta­pia­nia żelaza, jak zawsze powta­rzał miej­skim urzęd­ni­kom, gdy gadro­bij­scy rybacy skar­żyli się zbyt gło­śno, by można to było igno­ro­wać. Pro­po­zy­cje rekom­pen­saty z reguły jed­nak wystar­czały, by uci­szyć pro­te­sty. Skromny Wkład dostrze­gał w tym lekko gorzką iro­nię. Jej pod­stawę sta­no­wił fakt, że wszy­scy potrze­bo­wali żelaza, a popy­towi na nie nie było końca. Z tego metalu pro­du­ko­wano wszystko: od haczy­ków rybac­kich i osęk, aż po mie­cze i zbroje... ale ten ostatni szcze­gół Skromny Wkład roz­sąd­nie zacho­wy­wał dla sie­bie.

Budy­nek zarządu zbu­do­wano pod połu­dnio­wym murem. Znaj­do­wały się w nim zarówno gabi­nety, jak i pokoje miesz­kalne. Skrzy­dło poło­żone naj­bli­żej połu­dnio­wego końca odlewni zdo­mi­no­wały kwa­tery dla per­so­nelu. W cen­tral­nym bloku umiesz­czono archiwa i biuro. Ostat­nie skrzy­dło było naj­star­szą czę­ścią budowli, jego fun­da­menty wywo­dziły się z cza­sów, gdy pod­sta­wo­wym meta­lem był brąz, a cywi­li­za­cja nie wyszła jesz­cze poza sta­dium nowej obiet­nicy. Głę­boko pod zie­mią ukry­wały się sta­ro­żytne, kręte schody, wio­dące przez war­stwy wapie­nia do sze­regu wyku­tych w skale krypt, od poko­leń uży­wa­nych jako maga­zyny. Skromny Wkład podej­rze­wał jed­nak, że w daw­nych cza­sach słu­żyły one mniej pro­za­icz­nym, mrocz­niej­szym celom.

Nie­dawno prze­ro­bił jedno z tych pomiesz­czeń na swój tajny gabi­net. Mógł tam pra­co­wać sam, chro­niony przez sieć od dawna uśpio­nych osłon. Spę­dzał tu więk­szą część każ­dej nocy, dziw­nie nie­stru­dzony, jakby szla­chet­ność sprawy pobło­go­sła­wiła go nad­ludz­kimi siłami. Stało się to dlań kolej­nym dowo­dem, że jego wysiłki zaczy­nają przy­no­sić dary, coś w rodzaju uzna­nia, od mocy, w któ­rych prze­trwa­nie do współ­cze­snych cza­sów wie­rzyło tylko nie­wielu.

Myślał o podob­nych spra­wach nawet za dnia, a zwłasz­cza dzi­siaj, gdy jego naj­wier­niej­szy sługa - jedyny czło­wiek, który wie­dział o ist­nie­niu tajem­nych krypt i o wiel­kim pla­nie Skrom­nego Wkłada - wszedł do gabi­netu, poło­żył na biurku woskową ksią­żeczkę i wyszedł.

Skromny Wkład pod­eks­cy­to­wał się nagle, ale mina szybko mu zrze­dła, gdy otwo­rzył ksią­żeczkę i prze­czy­tał wypi­saną w wosku wia­do­mość.

To było bar­dzo nie­for­tunne. Czte­rech skry­to­bój­ców i żad­nemu się nie powio­dło. Gil­dia zapew­niała, że to już się nie powtó­rzy.

Oka­zało się, że ofiary rze­czy­wi­ście są tak nie­bez­pieczne, jak podej­rze­wał Skromny Wkład. Nie­stety nie pocie­szyło go to zbyt­nio. Odło­żył ksią­żeczkę, się­gnął po spo­czy­wa­jący na pod­grze­wa­nej pły­cie wałek i ostroż­nie sto­pił tekst.

Gil­dia będzie musiała spi­sać się lepiej, bo w prze­ciw­nym razie utraci wiarę w nią i poszuka... innych roz­wią­zań.

Z góry dobie­gał brzęk żela­znych sztab sta­cza­nych z palet na pro­wa­dzące do maga­zynu szyny. Brzmiał on jak szczęk oręża na polu bitwy. Skromny Wkład skrzy­wił się, sły­sząc ten dźwięk.

Wszystko, co będzie konieczne. Wszystko.

***

Cudzo­ziem­ski sta­tek zbli­ża­jący się do Dol­nego Pirsu bar­dzo szybko przy­cią­gnął uwagę kłę­bią­cych się na nabrzeżu tłu­mów. Zasko­cze­nie uci­szyło nie­ustanny ryk han­dla­rzy, doke­rów, wróż­bi­tów, pro­sty­tu­tek, tra­ga­rzy oraz ryba­ków. Wszy­scy wytrzesz­czali oczy. Ludzie prze­ry­wali roz­mowy, wcią­gali powie­trze w płuca i wstrzy­my­wali oddech pod wpły­wem szoku. Ktoś par­sk­nął śmie­chem, inni poszli za jego przy­kła­dem.

Na dzio­bie nisko wysta­ją­cego nad wodę statku stała kobieta, opie­ra­jąca piękną, bladą dłoń na galio­nie ukształ­to­wa­nym na podo­bień­stwo koń­skiej głowy.

Gdyby nie jej osza­ła­mia­jąca, ete­ryczna uroda, wynio­sła, kró­lew­ska poza nie­zna­jo­mej gra­ni­czy­łaby z kary­ka­turą. Kobieta miała na sobie szma­rag­do­wo­zie­loną bluzkę, spły­wa­jącą po jej syl­wetce jak woda w lodo­wa­tym potoku. Za sze­roki, skó­rzany pas zatknęła trzy nagie szty­lety. Niżej miała obci­słe, skó­rzane spodnie i noga­wice z nie­gar­bo­wa­nej skóry. Za jej ple­cami, na pokła­dzie i na masz­tach, roiło się około dwu­dzie­stu bhok'arala. Trzy dal­sze wal­czyły o miej­sce na wio­śle ste­ro­wym.

We wszyst­kich por­tach na świe­cie krą­żyły opo­wie­ści o nie­zwy­kłych stat­kach, które do nich zawi­jały, nic jed­nak nie mogło się rów­nać z tym wido­kiem. Tak przy­naj­mniej zapew­niali w następ­nych latach świad­ko­wie, opo­wia­da­jący o owym wyda­rze­niu w domach i w szyn­kach. Gdy sta­tek zbli­żał się do pirsu, wyda­wało się, że kata­strofa jest bli­sko. W końcu bhok'arala były tylko zwy­kłymi mał­pami, nie prze­ra­stały inte­li­gen­cją prze­cięt­nego psa. Mary­na­rze? To śmieszne. Pro­wa­dzący pre­cy­zyj­nie sta­tek do brzegu? Wyklu­czone. Nie­mniej jed­nak w ostat­niej chwili trzy wal­czące o kon­trolę nad wio­słem ste­ro­wym stwo­rze­nia jakimś cudem prze­chy­liły żaglo­wiec. Sło­miane bufory zła­go­dziły ude­rze­nie kadłuba o kamienny pirs. Na brzeg posy­pał się cha­otyczny deszcz cum. Tylko nie­liczne spa­dły w zasięgu cze­ka­ją­cych robot­ni­ków por­to­wych, to jed­nak wystar­czyło, by bez­piecz­nie zacu­mo­wać. Wysoko na grot­masz­cie top­sel zało­po­tał gło­śno. Potem płótno zwi­nęło się i spa­dło na pokład, wię­żąc na chwilę jed­nego bhok'arala. Stwo­rze­nie szar­pało się z gło­śnym piskiem.

Prze­by­wa­jące na pokła­dzie małpy zbie­gały się ze wszyst­kich stron ku tra­powi, prze­py­cha­jąc się sza­leń­czo. Wszy­scy w por­cie gapili się na to ze zdu­mie­niem. Wresz­cie szara, wypa­czona deska spa­dła z gło­śnym stu­kiem na kamie­nie pirsu. Trzy albo cztery czarne skrzy­dlate zwie­rzątka wpa­dły do wody, pisz­cząc żało­śnie.

W odle­gło­ści kil­ku­na­stu kro­ków od statku zatrzy­mał się przed­sta­wi­ciel kapi­tana portu, wyraź­nie oba­wia­jąc się podejść bli­żej, by zażą­dać opłaty por­to­wej. Bhok'arala wyla­zły z wody i wdra­pały się z powro­tem na pokład. Jeden trzy­mał w zębach wielką rybę. Reszta zbie­gła się ku niemu, chcąc wydrzeć mu tę zdo­bycz.

Kobieta odsu­nęła się od dziobu, ale zamiast podą­żyć w stronę trapu i wyjść na ląd, znik­nęła pod pokła­dem.

Urzęd­nik zbli­żył się w końcu do trapu, ale wyco­fał się szybko, gdy kilka sie­dzą­cych na relingu bhok'arala wyszcze­rzyło groź­nie kły.

Jak zwy­kle fascy­na­cja tłumu szybko wyga­sła. Wokół statku nie działo się nic cie­ka­wego, poza bez­owoc­nymi wysił­kami urzęd­nika pró­bu­ją­cego zmu­sić do uisz­cze­nia opłaty por­to­wej zgraję skrzy­dla­tych małp, które war­czały na niego w odpo­wie­dzi i robiły miny, a jedna posu­nęła się nawet do tego, że rzu­ciła weń świe­żym rybim łbem. Gapie stop­niowo wra­cali do swych obo­wiąz­ków. Wie­ści o wspa­nia­łej kobie­cie i absur­dal­nej zało­dze jej statku szybko sze­rzyły się w mie­ście, prze­la­tu­jąc od ulicy do ulicy szybko jak szpaki. Popo­łu­dnie cią­gnęło się bez końca.

***

Sie­dząca w kaju­cie kapi­tana Scil­lara przy­glą­dała się, jak Sio­stra Zło­śli­wość z bla­dym uśmiesz­kiem na peł­nych ustach napeł­nia kie­li­chy winem. Następ­nie usta­wiła je przed sie­dzą­cymi za sto­łem mapo­wym gośćmi. Gdy Nożow­nik odwró­cił się na krze­śle, zbyt sfru­stro­wany, by zaak­cep­to­wać ten gest pokoju, uśmiech znik­nął z jej twa­rzy, ustę­pu­jąc miej­sca zasę­pio­nej minie, być może nieco prze­sa­dzo­nej.

- Och, doprawdy - obru­szyła się Zło­śli­wość. - Miło by było, gdy­byś choć raz zechciał oka­zać doj­rza­łość. To prawda, że rejs trwał długo, powta­rzam jed­nak, że naj­roz­sąd­niej będzie zacze­kać z wyj­ściem na ląd do zmierz­chu.

- Nie mam tu wro­gów - wark­nął ze zło­ścią Nożow­nik. - Tylko przy­ja­ciół.

- Być może tak jest rze­czy­wi­ście - przy­znała Zło­śli­wość. - Zapew­niam cię jed­nak, młody skry­to­bójco, że Daru­dży­stan nie jest już tym samym mia­stem, które opu­ści­łeś przed laty. Sytu­acja jest nie­pewna, nad­cho­dzą bar­dzo groźne wyda­rze­nia...

- Wiem o tym! Czuję to. Czu­łem to, nim jesz­cze wsia­dłem na pokład two­jego prze­klę­tego statku! Jak ci się zdaje, dla­czego bierne sie­dze­nie na pokła­dzie wydaje mi się naj­gor­szą moż­liwą decy­zją? Muszę zoba­czyć się z ludźmi, ostrzec ich...

- Ojej... - prze­rwała mu Zło­śli­wość. - Naprawdę wie­rzysz, że tylko ty zda­jesz sobie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa? Że tylko ty możesz prze­chy­lić szalę? Ach, mło­dzień­cza aro­gan­cja!

Scil­lara napeł­niła fajkę rdza­wym liściem i poświę­ciła krótką chwilę, by ją zapa­lić. Kajutę wypeł­niały cięż­kie, posępne uczu­cia. Rzecz jasna, nie było to żadną nowo­ścią. Całemu rej­sowi towa­rzy­szyły chaos i kon­flikty, już od chwili, gdy ją, Nożow­nika, Bara­thola i Chaura wyło­wiono z morza, a z nieba spa­dły wiel­kie okru­chy ognia. Pełne czci bhok'arala, okropny muł i stara wiedźma zmie­nia­jąca się w chmarę pają­ków, gdy tylko ktoś spoj­rzał na nią z ukosa. Chudy, kom­plet­nie zwa­rio­wany wielki kapłan Cie­nia i Trell o zła­ma­nym sercu. I choć Zło­śli­wość zacho­wy­wała się jak roz­piesz­czona księż­niczka, była w rze­czy­wi­sto­ści jed­no­po­chwy­coną cza­ro­dziejką, strasz­li­wie potężną i nie­bez­piecz­nie nie­obli­czalną jak pra­dawna bogini. Scil­lara nie potra­fiła sobie wyobra­zić bar­dziej nie­do­bra­nej grupy pasa­że­rów i załogi.

A teraz przy­by­li­śmy na miej­sce. Biedny Daru­dży­stan!

- To już nie potrwa długo - zapew­niła Nożow­nika. - Lepiej nie przy­cią­gajmy niczy­jej uwagi.

Iska­ral Krost - sie­dzący na krze­śle i pod­cią­ga­jący nogi w ten spo­sób, że jego ropu­sza twarz wyglą­dała spo­mię­dzy kolan - zakrztu­sił się nagle, sły­sząc te słowa. Wyba­łu­szył oczy, łypiąc na stół.

- Nasza załoga składa się z sza­lo­nych małp! - Uniósł głowę i wbił pod­eks­cy­to­wane spoj­rze­nie w Scil­larę. - Mogli­by­śmy ją wyko­rzy­stać do wędze­nia ryb! Wystar­czy­łoby zawie­sić parę w jej wło­sach! Oczy­wi­ście póź­niej wszy­scy byśmy się nimi zatruli. Może na tym wła­śnie polega jej plan! Nie można jej dopusz­czać do jedze­nia i napo­jów. Tak jest, przej­rza­łem ją. Wiel­kiego kapłana Cie­nia nie da się tak łatwo oszu­kać. O nie. Na czym to sta­ną­łem? - Zmarsz­czył brwi, a potem zerwał się z krze­sła, spo­glą­da­jąc groź­nie na Scil­larę. - Nie przy­cią­gajmy uwagi! Dla­czego nie możemy po pro­stu ukryć się w tej two­jej chmu­rze, kobieto?

Posłała mu całusa przez obłok dymu.

Zło­śli­wość odsta­wiła kie­lich.

- Zapewne warto by prze­dys­ku­to­wać dal­szy plan dzia­ła­nia, nie sądzi­cie?

Wszy­scy obecni odpo­wie­dzieli na to pyta­nie pozba­wio­nymi wyrazu spoj­rze­niami.

Zło­śli­wość wes­tchnęła.

- Mappo Konu­sie, tego, któ­rego szu­kasz, nie ma na tym kon­ty­nen­cie. Nie­mniej radzę ci, byś ruszył dalej drogą lądową, być może docie­ra­jąc aż do Lama­tath, gdzie powinno ci się udać zna­leźć sta­tek pły­nący do zło­wro­giego Impe­rium Lethe­ryj­skiego.

Trell spoj­rzał na nią spod cięż­kich brwi.

- W takim razie nie będę tu zale­gał.

- Och, nie wolno mu zale­gać - wyszep­tał Iska­ral Krost. - Nie, nie, nie. Zbyt wiele gniewu, zbyt wiele żalu. Prze­ro­śnięty przy­głup nie może zale­gać ani tym bar­dziej oble­gać. Oble­ga­nie byłoby czymś okrop­nym i zapewne też sprzecz­nym z pra­wem. Tak jest, może uda­łoby mi się zała­twić, by go aresz­to­wano. Zamknięto w jakimś okrop­nym lochu i zapo­mniano o nim. Och, muszę pome­dy­to­wać nad tą ewen­tu­al­no­ścią, cały czas uśmie­cha­jąc się dobro­dusz­nie!

Uśmiech­nął się.

Mogora prych­nęła pogar­dli­wie.

- Mężu... - zaczęła słodko. - Wywró­ży­łam twój los. W Daru­dży­sta­nie odnaj­dziesz swego pogromcę, nastąpi kata­stro­falna koli­zja. Znisz­cze­nia, cier­pie­nie dla wszyst­kich, uwol­nie­nie prze­ra­ża­ją­cych klątw i potęż­nych mocy. Ruina, tak strasz­liwa, że co noc śnię o bło­go­sła­wio­nym pokoju, który przy­wróci we wszech­świe­cie rów­no­wagę.

- Trudno mi sobie wyobra­zić, by Cień mógł gdzie­kol­wiek przy­wró­cić rów­no­wagę - stwier­dziła Zło­śli­wość. - Twój mąż służy dia­bo­licz­nemu, nad­zwy­czaj nie­sym­pa­tycz­nemu bogu. Jeśli zaś cho­dzi o twoje wróżby, Mogora, to tak się składa, że wiem, że nie posia­dasz żad­nych talen­tów w tej...

- Ale zawsze mogę mieć nadzieję, tak?

- W tym świe­cie nie wolno ule­gać złu­dze­niom, moja droga.

- Nie mów do mnie "moja droga"! Takie cza­row­nice jak ty są naj­gor­sze! Ładne! To dowód, że uroda jest jedy­nie ilu­zją...

- Och, żono, gdy­byś tylko potra­fiła rzu­cać takie ilu­zje - mruk­nął Iska­ral Krost. - Wresz­cie prze­sta­łyby mnie drę­czyć mdło­ści...

Mogora wark­nęła wście­kle i zmie­niła się w skłę­bioną masę pają­ków. Stwo­rze­nia zla­zły z krze­sła na pod­łogę i roz­pierz­chły się we wszyst­kie strony.

Wielki kapłan Cie­nia zachi­cho­tał.

- Dla­tego wła­śnie sie­dzę z nogami na krze­śle, wy dur­nie! Ugry­zie was, gdy tylko będzie miała oka­zję. - Wycią­gnął sękaty palec, wska­zu­jąc na Scil­larę. - Oprócz cie­bie oczy­wi­ście. Od cie­bie zro­bi­łoby się jej nie­do­brze!

- To świet­nie - odparła i spoj­rzała na Bara­thola.

Potęż­nie zbu­do­wany czar­no­skóry męż­czy­zna obser­wo­wał pozo­sta­łych, uśmie­cha­jąc się pół­gęb­kiem. Sto­jący za jego ple­cami Chaur tupał w pod­łogę, pró­bu­jąc roz­dep­ty­wać pająki. Z jego twa­rzy ani na moment nie zni­kał głu­pawy uśmiech.

- A co z tobą, kowalu? - zapy­tała Scil­lara. - Czy śpieszno ci do pozna­nia tego wspa­nia­łego mia­sta błę­kit­nego ognia?

Bara­thol wzru­szył ramio­nami.

- Chyba tak, choć minęło już sporo czasu, odkąd ostat­nio ota­czały mnie tłumy. Podej­rze­wam, że ano­ni­mo­wość może mi nawet spra­wić przy­jem­ność.

Spoj­rzał nagle na swoje dło­nie spo­czy­wa­jące na bla­cie przed nim. Naj­wy­raź­niej zauwa­żył w siatce pokry­wa­ją­cych je blizn coś, co kazało mu zmarsz­czyć brwi, a potem scho­wać ręce. Odwró­cił spoj­rze­nie od Scil­lary w geście bli­skim nie­śmia­ło­ści.

Świet­nie wie­działa, że kowal nie jest czło­wie­kiem lubią­cym szumne wyzna­nia. Jeden błąd mógł zdru­zgo­tać tysiąc chwa­leb­nych czy­nów, a Bara­thol Mekhar popeł­nił w życiu wię­cej błę­dów, niż więk­szość śmier­tel­ni­ków byłaby w sta­nie znieść. Nie był już też na tyle młody, by móc się z nich wszyst­kich otrzą­snąć - oczy­wi­ście, jeśli przyj­mie się zało­że­nie, że mło­dość fak­tycz­nie jest cza­sem nie­ulę­kłej odwagi, śmia­łej obo­jęt­no­ści na przy­szłość, pozwa­la­ją­cej na nie­mal wszystko, pod warun­kiem, że speł­nia to jakąś doraźną potrzebę.

- Muszę przy­znać, że gdy odwie­dzam pełne życia mia­sta, jak ten Daru­dży­stan, ogar­nia mnie lekka melan­cho­lia - rze­kła Zło­śli­wość. - Dłu­gie życie uczy nas, że tego rodzaju chwa­lebny roz­kwit szybko prze­mija. Nie­raz już odwie­dza­łam grody, które zna­łam w latach ich wspa­nia­ło­ści, po to tylko, by odna­leźć roz­sy­pu­jące się mury, pył i odlu­dzie.

Nożow­nik obna­żył zęby we wście­kłym gry­ma­sie.

- Daru­dży­stan prze­trwał już dwa tysiące lat i prze­trwa kolejne dwa - oznaj­mił. - A nawet wię­cej.

Zło­śli­wość ski­nęła głową.

- No wła­śnie.

- My raczej nie mamy przy­wi­leju życia trwa­ją­cego tysiąc­le­cia, Zło­śli­wo­ści...

- Naj­wy­raź­niej mnie nie słu­cha­łeś - prze­rwała mu. - Przy­wi­lej nie ma tu nic do rze­czy. Pomyśl o znu­że­niu, jakiemu czę­sto ulega twój gatu­nek w póź­nym okre­sie życia, a potem zwie­lo­krot­nij je. Takie jest brzmię dłu­giego życia.

- Daj mi chwilę, niech nad tobą popła­czę - odciął się Nożow­nik.

- Cóż za nie­wdzięcz­ność! Pro­szę bar­dzo, mło­dzień­cze, możesz nas opu­ścić. Jeżeli już cię wię­cej nie zoba­czę, będę wie­działa, jaki los czeka tych, któ­rzy zacho­wują się jak uprzy­wi­le­jo­wani!

Nożow­nik potarł twarz. Wyda­wało się, że zaraz zacznie wyry­wać włosy z głowy. Zaczerp­nął głę­boki haust powie­trza i wypu­ścił je powoli.

- Zacze­kam - mruk­nął.

- Naprawdę? - Zło­śli­wość unio­sła nie­ska­zi­telne, wąskie brwi. - W takim razie może należą mi się prze­pro­siny?

- Prze­pra­szam - wymam­ro­tał Nożow­nik. - Cho­dzi o to, że boję się o moje mia­sto, i mar­no­wa­nie czasu, choćby nawet krót­kiego... hm, nie jest łatwe.

Wzru­szył ramio­nami.

- Prze­pro­siny z zastrze­że­niami nie mają war­to­ści - stwier­dziła Zło­śli­wość, wsta­jąc z krze­sła. - Czy jest już ciemno? Nie mogli­by­ście wszy­scy odczoł­gać się na chwilę na swe koje? Albo pospa­ce­ro­wać po ładowni czy coś w tym rodzaju? Ten nie­uprzejmy Nożow­nik gry­zie się spra­wami, na które nie ma wpływu, ja jed­nak wyczu­wam w Daru­dży­sta­nie... oso­bi­sto­ści o takiej natu­rze, że mogą zanie­po­koić nawet mnie. W związku z tym chcia­ła­bym się chwilę zasta­no­wić... naj­le­piej sama.

Scil­lara wstała.

- Chodźmy, Nożow­nik - powie­działa, ujmu­jąc go za ramię.

***

Bara­thol poszedł za Trel­lem do ładowni. Chaur powlókł się za nimi. Na statku nie było koi wystar­cza­jąco dużej dla Mappa, zro­bił więc sobie miej­sce mię­dzy belami ładunku. Kowal zauwa­żył, że Trell już się spa­ko­wał. Wepchnął hamak, zbroję i broń do luź­nego worka zawią­za­nego rze­mie­niem z nie­wy­pra­wio­nej skóry. Sie­dział teraz na skrzyni, patrząc na niego.

- Chcesz o czymś poroz­ma­wiać, Bara­thol?

- Zło­śli­wość powie­działa mi, że Trel­lów dawno temu wygnano z tego kon­ty­nentu.

- Mój lud już od tysiąc­leci pada ofiarą ata­ków. - Mappo wzru­szył ramio­nami. - Być może wyda­jemy się innym tak brzydcy, że nie są w sta­nie znieść naszej obec­no­ści.

- Przed tobą długa podróż. Nasuwa mi się myśl, że...

Mappo uniósł rękę.

- Nie, przy­ja­cielu. Muszę to zro­bić sam.

- Prze­mie­rzyć cały kon­ty­nent, być może wszę­dzie napo­ty­ka­jąc wro­gów? Mappo, ktoś musi strzec two­ich ple­ców.

Ciemne, głę­boko osa­dzone oczy Trella przy­glą­dały mu się przez kilka ude­rzeń serca.

- Bara­tholu Mekhar, dobrze się pozna­li­śmy pod­czas tej podróży. Nie potra­fię sobie wyobra­zić lep­szego kan­dy­data do strze­że­nia moich ple­ców. - Pokrę­cił głową. - Nie mam zamiaru prze­mie­rzać kon­ty­nentu. Są... inne ścieżki. Być może bar­dziej nie­bez­pieczne, ale zapew­niam cię, że nie­ła­two mnie zabić. To była moja wina i muszę ją zma­zać. Odpo­wie­dzial­ność spo­czywa wyłącz­nie na mnie. Nie zgo­dzę się, nie mogę się zgo­dzić, by inni nara­żali dla mnie życie. Nie ty, przy­ja­cielu. I nie bło­go­sła­wiony Chaur. Pro­szę, pozwól, bym zro­bił to sam.

- Sta­wiasz mnie w obli­czu jesz­cze strasz­liw­szej decy­zji - rzekł z wes­tchnie­niem Bara­thol.

- Tak?

- Muszę zde­cy­do­wać, co uczy­nić z wła­snym życiem - wyja­śnił, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

Mappo roze­śmiał się chrzą­kli­wie.

- Nie nazwał­bym jej strasz­liwą. Przy­naj­mniej nie z mojego punktu widze­nia.

- Rozu­miem, co to zna­czy deter­mi­na­cja - odparł Bara­thol. - Mam wra­że­nie, że to jedyne, co rozu­miem. W Sied­miu Mia­stach, no cóż, omal udało mi się prze­ko­nać samego sie­bie, że mam wszystko, czego potrze­buję, ale to było kłam­stwo. Wydaje mi się, że nie­któ­rzy ludzie nie mogą po pro­stu... się wyco­fać. To za bar­dzo przy­po­mina kapi­tu­la­cję.

- Byłeś kowa­lem.

- Z przy­padku. Byłem żoł­nie­rzem, Mappo. Czer­wo­nym Mie­czem.

- Nie­mniej kucie żelaza to szla­chetne zaję­cie. Być może byłeś kie­dyś żoł­nie­rzem, ale odło­żyć broń i zna­leźć sobie nowy zawód to jesz­cze nie kapi­tu­la­cja. Jeśli jed­nak jesteś innego zda­nia, w tym mie­ście z pew­no­ścią nie brak mająt­ków i wiele z nich chęt­nie zatrud­ni­łoby straż­nika z twoim doświad­cze­niem. Są też kupcy orga­ni­zu­jący kara­wany. Na koniec mia­sto na pewno ma wła­sny gar­ni­zon. Wojow­nik nie musi się oba­wiać bez­ro­bo­cia. Na jego umie­jęt­no­ści zawsze jest popyt.

- To smutne, Mappo.

Trell znowu wzru­szył ramio­nami.

- Mam wra­że­nie, Bara­thol, że jeśli ktoś potrze­buje strze­że­nia ple­ców, to z pew­no­ścią Nożow­nik.

Bara­thol wes­tchnął sfru­stro­wany.

- Bar­dzo mało mówi o swo­ich pla­nach. Zresztą to jego mia­sto. Znaj­dzie tych, któ­rzy będą wie­dzieli, jak zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Tak czy ina­czej, widzia­łem, jak ćwi­czył z tymi swo­imi nożami, i nie­wy­klu­czone, że to raczej Daru­dży­stan musi się oba­wiać jego powrotu.

- Jest zbyt poryw­czy.

- Mam nadzieję, że Scil­lara weź­mie go w cugle.

- Bara­thol, pora się poże­gnać. Muszę wkrótce wyru­szyć w drogę.

- A gdy­bym nie zszedł za tobą pod pokład?

- Kiep­sko sobie radzę z poże­gna­niami.

Odwró­cił wzrok.

- W takim razie prze­każę je innym w twoim imie­niu. Nożow­nik będzie... zmar­twiony. Z nas wszyst­kich to on znał cię naj­dłu­żej.

- Wiem. Przy­kro mi. Pod wie­loma wzglę­dami jestem okrop­nym tchó­rzem.

Bara­thol jed­nak świet­nie go rozu­miał. To nie było tchó­rzo­stwo, lecz raczej coś w rodzaju wstydu, głę­boko wypa­czo­nego i wykra­cza­ją­cego poza wszel­kie moż­liwe uspra­wie­dli­wie­nia. Utrata Ica­riuma sta­no­wiła tak świeżą i strasz­liwą ranę, że myśl o niej usu­wała na bok wszystko inne. Przy­ja­ciół, lojal­ność, życie i histo­rię. Mappo nie mógł wal­czyć z ową wez­braną falą ani z losem, ku jakiemu go nio­sła. Bara­thol podej­rze­wał, że cała sprawa skoń­czy się nie­wy­obra­żalną tra­ge­dią.

Jeśli nawet Ica­rium Zło­dziej Życia nie uwol­nił jesz­cze swej mocy, wkrótce się to sta­nie. Mappo przy­bę­dzie za późno, by zapo­biec kata­stro­fie. Trudno było zosta­wić Trella jego losowi, po pro­stu się odwró­cić, cóż jed­nak innego mógł zro­bić? Mappo jasno wyra­ził swe życze­nia.

- Zosta­wię cię twoim... ścież­kom, Mappo. Życzę ci wszyst­kiego naj­lep­szego. Bez­piecz­nej podróży i jej zado­wa­la­ją­cego zakoń­cze­nia.

- Dzię­kuję, przy­ja­cielu. Mam nadzieję, że znaj­dziesz w Daru­dży­sta­nie dom. - Wstał, uści­snął dłoń kowala, a potem objął Chaura, który roze­śmiał się zachwy­cony i spró­bo­wał zatań­czyć z Trel­lem. Mappo skrzy­wił się i odsu­nął od niego. - Żegnaj, Chaur. Opie­kuj się Bara­tho­lem.

Gdy Chaur wresz­cie zro­zu­mie, że już nie zoba­czy Mappa, z jego oczu popłyną łzy. Tego typu otwarte, dzie­cięce reak­cje miały w sobie pro­ste piękno. Bara­tho­lowi prze­mknęło przez głowę, że z nich wszyst­kich być może to Chaur kro­czy przez życie naj­praw­dziw­szą ścieżką.

Poło­żył dłoń na musku­lar­nym ramie­niu towa­rzy­sza i uśmiech­nął się do Mappa.

- Jest darem, na który nie zasłu­guję.

Trell ski­nął głową.

- Darem, na który nie zasłu­guje ten świat. Chciał­bym zostać sam na parę ostat­nich chwil.

Bara­thol pokło­nił się i popro­wa­dził Chaura do dra­biny wio­dą­cej na pokład.

***

Iska­ral Krost wdra­pał się na środ­kową koję z trzech umiesz­czo­nych jedna nad drugą. Ude­rzył się w głowę o spód naj­wyż­szej i zaklął pod nosem. Potem zaklął znowu, zna­la­zł­szy garść odra­ża­ją­cych ofiar zosta­wio­nych pod poduszką przez bhok'arala. Gni­jące rybie łby, grudki łusko­wa­tego kału, bły­skotki ukra­dzione Zło­śli­wo­ści i pęk­niętą kaoli­nową fajkę zwę­dzoną Scil­la­rze. Ciśnięte w dół obrzy­dli­stwa spa­dły ze stu­kiem w sze­ro­kie na dwie deski przej­ście, tuż pod kopyta muła, który lubił nie­kiedy zatrzy­my­wać się pod koją wła­ści­ciela. Owe postoje zawsze utrud­niały Iska­ralowi życie, czego zresztą nale­żało się spo­dzie­wać po cał­ko­wi­cie bez­mó­zgim, ale dziw­nie wier­nym zwie­rzę­ciu.

Z gór­nej koi dobie­gło prych­nię­cie.

- Ten luk jest za cia­sny, mężu - stwier­dziła Mogora. - Dzięki tobie to staje się oczy­wi­ste.

- A może przy mnie wszystko jest oczy­wi­ste, pomy­śla­łaś o tym? Nie, pew­nie że nie pomy­ślała. Ona ni­gdy nie myśli. Ma dzie­sięć tysięcy oczu, ale żad­nym nie potrafi dostrzec nic, co jest dalej niż włosy w jej nosie. Wysłu­chaj mnie uważ­nie, kobieto. Wszy­scy wie­dzą, że muły są dosko­nal­sze od koni. Pod każ­dym wzglę­dem, rów­nież gdy cho­dzi o prze­cho­dze­nie przez luki. Moja bło­go­sła­wiona służka woli nawet korzy­stać z wychod­ków, zamiast po pro­stu zała­twiać się na dro­dze. Potrafi się zacho­wać oby­czaj­nie, czego o tobie raczej nie można powie­dzieć, nie­praw­daż?

- Czy nie powi­nie­neś podłu­bać sobie w nosie albo coś? No wiesz, twoi czci­ciele modlą się o znak.

- Ale przy­naj­mniej mam czci­cieli. Ty swo­ich odstra­szasz. Wszy­scy się cie­bie boją.

- Nawet ty?

- Ja z pew­no­ścią nie. Bogo­wie na dole, boję się jej panicz­nie! Nie mogę pozwo­lić, by się o tym dowie­działa. To by było fatalne. Muszę szybko coś zro­bić. Może urwać jej nogi? Tak jest, to dobry pomysł. Niech sobie leży na grzbie­cie i wyma­chuje rękami, wyda­jąc żało­sne, miau­kliwe dźwięki. Och, wyobraź­nia to wspa­niała rzecz, czyż nie tak?

- Jeśli nie zostało ci nic wię­cej.

- Nie zostało mi nic wię­cej niż co? Co znowu za idio­ty­zmy wyga­du­jesz? To było nie­sa­mo­wite. Cał­kiem jakby czy­tała w moich myślach. Całe szczę­ście, że tego nie potrafi.

- Chwi­leczkę - wysy­czała Mogora. - Ten muł był sam­cem! Mogła­bym przy­siąc!

- Spraw­dza­łaś to, tak?

- Jesz­cze jeden krok na tej ścieżce, mężu, a zabiję cię wła­snymi rękami.

- Hi, hi. Masz takie okropne, odra­ża­jące sko­ja­rze­nia, żono.

- Nie, tym razem nie uda ci się odwró­cić mojej uwagi. Twój muł przed chwilą zmie­nił płeć. Zna­jąc cie­bie, zapewne mam do czy­nie­nia z rywalką, ale wiesz co? Może sobie cie­bie zabrać! Z moim bło­go­sła­wień­stwem, tak jest!

- Popu­lar­ność jest prze­kleń­stwem - stwier­dził Iska­ral, prze­cią­ga­jąc się z rękami nad głową. Wbił wzrok w nacią­gnięte sznury wiszą­cego nad nim hamaka. - No, ale ona nic o tym nie wie. Naj­le­piej będzie, jak odwie­dzę miej­scową świą­ty­nię, by zdo­być tyrań­ską domi­na­cję nad wszyst­kimi ako­li­tami, a także faki­rami, któ­rzy każą się zwać kapła­nami i kapłan­kami. Kapłanki! Może jedna albo dwie będą ładne. Jako wielki kapłan mam prawo wyboru. Złożę ofiary Cie­niowi mię­dzy jej nogami, tak jest...

- Dowiem się o tym, Iska­ralu Krost - wark­nęła Mogora, prze­su­wa­jąc się na hamaku nad nim. - Dowiem się, wezmę w rękę nóż, pew­nej nocy, gdy będziesz spał, i ciach, ciach, będziesz śpie­wał jak dziecko i siu­siał w kucki. Jaka kobieta albo mulica cię wtedy zechce?

- Wyłaź z mojej głowy, jędzo!

- Nie­trudno jest zgad­nąć, o czym myślisz.

- Tak ci się zdaje? Robi się coraz bar­dziej nie­bez­pieczna, konieczny będzie roz­wód. Ale czy nie dla­tego wła­śnie więk­szość mał­żeństw się roz­pada? Kiedy kobieta robi się zbyt nie­bez­pieczna? Na pewno. No cóż, wresz­cie będę wolny. Wolny!

Muł zary­czał.

Mogora roze­śmiała się tak gwał­tow­nie, że aż się posi­kała. To przy­naj­mniej suge­ro­wały ska­pu­jące z góry cuch­nące kro­ple.

***

Scil­lara i Nożow­nik zajęli koje znaj­du­jące się naj­bli­żej rufy, chcąc zapew­nić sobie choć odro­binę pry­wat­no­ści. Roz­wie­sili też w przej­ściu płachtę żaglo­wego płótna. Mimo to sza­lony śmiech Mogory dotarł do ich uszu. Nożow­nik znowu się skrzy­wił.

- Gdyby tych dwoje wresz­cie sobie uświa­do­miło, jak świet­nie do sie­bie pasują, mogli­by­śmy mieć chwilę spo­koju.

- Jestem pewna, że o tym wie­dzą - stwier­dziła z uśmie­chem Scil­lara. - Więk­szość mał­żeństw ma od czasu do czasu ochotę zamor­do­wać się nawza­jem.

- Masz dziwne wyobra­że­nia, Scil­lara. O więk­szo­ści spraw.

- Zasta­na­wia­łam się, czy chcesz, bym ci towa­rzy­szyła, gdy pój­dziesz nocą do mia­sta? Czy może wolisz iść sam?

Nie potra­fił spoj­rzeć jej w oczy. Prze­cią­gnął się demon­stra­cyj­nie, a potem poło­żył się na koi.

- Pew­nie, że chcę - odparł. - Spodoba ci się w gospo­dzie "Pod Fenik­sem". Polu­bisz Meese, Iriltę, Muril­lia, Colla i Krup­pego. No, może Krup­pego nie, bo on nie­któ­rym ludziom działa na nerwy. Ale jest zupeł­nie nie­groźny... jak sądzę. - Grze­bał przez chwilę w mieszku, który miał u pasa, aż wresz­cie wycią­gnął stam­tąd monetę, srebrne berło bite przez Nie­bie­skich Moran­thów. Zaczął ją zręcz­nie obra­cać w pal­cach. - Ależ się zdzi­wią, kiedy mnie zoba­czą.

Zdo­łała się uśmiech­nąć.

- Spóź­niony powrót Nożow­nika.

- Hm, to nie jest imię, pod któ­rym mnie znają. W tam­tych cza­sach byłem znany jako Cro­kus Youn­ghand.

- I gdzie on się teraz podział? Ten Cro­kus Youn­ghand?

Nożow­nik obra­cał jesz­cze przez chwilę pie­nią­żek, nim wresz­cie jej odpo­wie­dział:

- Umarł. Już dawno temu.

- A co powie­dzą na to twoi przy­ja­ciele?

Usiadł nagle zanie­po­ko­jony. Na­dal nie chciał spoj­rzeć jej w oczy.

- Nie wiem. Chyba nie będą zado­wo­leni.

- Myślę, że z tobą nie pójdę, Nożow­nik - oznaj­miła Scil­lara. - Wybiorę się z Bara­tho­lem i Chau­rem poła­zić po noc­nych tar­go­wi­skach i tak dalej. W mie­ście trwa feta, tak? To brzmi zachę­ca­jąco. Lepiej zacze­kaj dzień albo dwa, nim mnie przed­sta­wisz przy­ja­cio­łom.

Zer­k­nął na nią.

- Jesteś pewna? Nie...

- Jestem pewna - prze­rwała mu. - Potrze­bu­jesz tej nocy dla sie­bie. I tak będziesz musiał odpo­wie­dzieć na mnó­stwo pytań. Moja obec­ność dodat­kowo skom­pli­ko­wa­łaby sprawy.

- Dobra - zgo­dził się. Choć sta­rał się ukryć ulgę, łatwo było ją zauwa­żyć. - Ale jutro... wszy­scy wie­dzą, gdzie jest gospoda "Pod Fenik­sem". Musisz tylko zapy­tać.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa, wsta­jąc z koi. - Lepiej poszu­kam Bara­thola, żeby nie poszedł beze mnie.

- Zmierzch nie­długo nadej­dzie.

- To prawda, Nożow­nik. Życzę ci pocią­gnię­cia Pani dzi­siej­szej nocy.

- Dzię­kuję - odparł z roz­tar­gnie­niem w gło­sie.

Scil­lara ruszyła w stronę wyj­ścia. Była zmu­szona ode­pchnąć tego cho­ler­nego muła na bok. Powta­rzała sobie, że ból, który czuje, nie jest uza­sad­niony. Nożow­nik zna­lazł pocie­sze­nie w jej ramio­nach, ponie­waż nie miał nikogo innego. To nie była miłość. Ani razu o niej nie wspo­mi­nali, nawet nie szep­tali w sen­nych chwi­lach po zbli­że­niu. Nie kryło się w tym nic wię­cej niż wza­jemne pocie­sze­nie i wygoda. Ale chwila już minęła. Nożow­nik pra­gnął spo­tkać się z przy­ja­ciółmi, wró­cić do daw­nego świata, w któ­rym znał swoje miej­sce. I tak może być mu trudno się do niego przy­sto­so­wać, a towa­rzy­stwo oty­łej, palą­cej fajkę byłej kurwy przy­no­si­łoby mu tylko wstyd.

Zna­jo­mość z Nożow­ni­kiem ją zmie­niła, uświa­do­miła sobie Scil­lara, zatrzy­mu­jąc się tuż przed lukiem. Wchło­nęła w sie­bie esen­cję jego nie­pew­no­ści, jego braku wiary w sie­bie. Nie była już tak bez­czelna i wybu­chowa jak kie­dyś. Nie zby­wała wszyst­kiego drwią­cym uśmie­chem, utra­ciła zbroję chro­niącą ją dotąd przed kapry­sami tego cho­ler­nego świata. Zale­d­wie kil­ka­na­ście kro­ków dzie­liło ją od naj­więk­szego mia­sta, jakie w życiu widziała. To nie był czas i miej­sce na podobną sła­bość.

No cóż, bli­skość Bara­thola zapewni jej bez­pie­czeń­stwo. Przy­naj­mniej na jakiś czas.

Wyszła na główny pokład i zna­la­zła się w samym środku nasi­la­ją­cej się burzy. Bhok'arala tło­czyły się na relingu, bie­ga­jąc po nim w tę i we w tę. Na dru­gim końcu trapu stał agent kapi­tana portu w towa­rzy­stwie sze­ściu straż­ni­ków miej­skich, któ­rzy wycią­gali pałki, spo­so­biąc się do ataku na sta­tek.

Bara­thol i Chaur wyszli wła­śnie z ładowni. Kowal prze­py­chał się przez tłum wrzesz­czą­cych, plu­ją­cych małp.

Scil­lara świet­nie rozu­miała, dla­czego chciał zapo­biec eska­la­cji kon­fliktu. Zło­śli­wość nie nale­żała do naj­spo­koj­niej­szych kobiet, jakie spo­tkała w życiu. Jeśli kłót­nia wyrwie się spod kon­troli, wście­kła smo­czyca może znisz­czyć port i połowę mia­sta. I wszystko to z powodu nie­po­ro­zu­mie­nia w spra­wie opłaty por­to­wej.

Nici z dys­kret­nego przy­by­cia.

Scil­lara pobie­gła do trapu, wycią­ga­jąc po dro­dze sakiewkę.

***

Obu­dziło go nagłe ude­rze­nie w skroń. Prze­to­czył się, w jego obu dło­niach zja­wiły się jed­no­cze­śnie noże, ich ostrza prze­orały brudną, kamienną posadzkę. Ude­rzył bar­kiem w ścianę i zamru­gał w pół­mroku.

Stała nad nim wysoka postać. Czarna, skó­rzana zbroja z żela­znymi oku­ciami zwi­sała w strzę­pach. Pod roz­dartą zie­loną skórą błysz­czały poła­mane żebra. Twarz spo­wi­jały cie­nie, oczy były pustymi jamami, a z sze­ro­kiej szramy ust wysta­wały ku górze kły.

Ral­lick Nom przyj­rzał się zja­wie. Noże, które ści­skał w urę­ka­wicz­nio­nych dło­niach, były bez­u­ży­teczne. Spu­ścił wzrok, spo­glą­da­jąc na sztywne, stward­niałe palce ster­czące z gni­ją­cych moka­sy­nów demona.

- Kop­ną­łeś mnie.

- Tak - wychry­piało stwo­rze­nie.

- Dla­czego?

- Mia­łem wra­że­nie, że to dobry pomysł - odparł demon po chwili waha­nia.

Znaj­do­wali się w wąskim kory­ta­rzu. Po lewej stro­nie Ral­lick miał lite drzwi z czar­nego drewna, wypo­sa­żone w oku­cia z brązu. Po pra­wej, tuż za demo­nem, widział skrzy­żo­wa­nie w kształ­cie litery T. W prze­ciw­le­głej ścia­nie umiesz­czono dwu­skrzy­dłowe drzwi. Stwo­rze­nie trzy­mało w dłu­go­pal­cej, wyschnię­tej dłoni lampę. W jej bla­dym zim­nym świe­tle przed­mioty rzu­cały roz­myte, nie­wy­raźne cie­nie. Sufit był lekko łuko­waty, u jego szczytu kamie­nie sta­wały się mniej­sze i cień­sze. Naj­wy­raź­niej połą­czono je bez uży­cia zaprawy. Pach­niało tu kurzem, roz­kła­dem i suchą mar­twotą.

- Chyba... nic nie pamię­tam - ode­zwał się Ral­lick.

- Daj sobie czas.

Wszyst­kie stawy miał zesztyw­niałe. Wystar­czyło, by usiadł, wsparty ple­cami o ścianę, a mię­śnie zaczęły mu drżeć z wysiłku. Bólu głowy nie mogły wyja­śnić wyłącz­nie echa tego cho­ler­nego kop­niaka.

- Jestem spra­gniony. Jeśli nie zamie­rzasz mnie pobić na śmierć, demo­nie, znajdź mi coś do picia.

- Nie jestem demo­nem.

- To zawsze trudno okre­ślić - odwark­nął Ral­lick.

- Jestem Jaghu­tem. Nazy­wam się Raest, kie­dyś byłem tyra­nem, a teraz zosta­łem więź­niem. "Tego, kto się wywyż­sza, czeka upa­dek. Ten, kto upad­nie, będzie zapo­mniany". Tak powie­dział Gothos, choć, nie­stety, wygląda na to, że będziemy musieli cze­kać całą wiecz­ność, nim jego imię popad­nie w zapo­mnie­nie.

Do koń­czyn Ral­licka wra­cały powoli siły.

- Coś sobie przy­po­mi­nam... krwawa noc... Feta Ged­de­rone. Mala­zań­czycy w mie­ście...

- Pamiętne wyda­rze­nia, pozba­wione jakie­go­kol­wiek zna­cze­nia zarówno wów­czas, jak i obec­nie. Prze­spa­łeś dość długi czas, skry­to­bójco. Nawet tru­ci­zna na two­ich nożach utra­ciła moc. Jed­nakże ota­ta­ral na­dal krąży w twych żyłach i lata go nie osła­biły. Nie­wielu jest takich, któ­rzy odwa­ży­liby się zro­bić to, co ty. I całe szczę­ście.

Ral­lick scho­wał noże i wstał z wysił­kiem. Świat wokół niego zawi­ro­wał. Zamknął oczy, cze­ka­jąc, aż zawroty głowy ustaną.

- Rzadko wędruję po domu - cią­gnął Raest. - Mogło minąć sporo czasu, nim sobie uświa­do­mi­łem, że znik­nęła.

- Kto znik­nął? - zapy­tał Ral­lick, przy­glą­da­jąc się z uwagą wyso­kiemu, zgar­bio­nemu Jaghu­towi.

- To była praw­dziwa demo­nica. Chyba używa obec­nie imie­nia Vor­can. Leża­łeś obok niej, nie­wraż­liwy na upływ czasu. Ale teraz się prze­bu­dziła, a nawet ucie­kła. Można by to uznać za powód do nie­po­koju. Jeśli kogoś to obcho­dzi.

Vor­can, mistrzyni Gil­dii Skry­to­bój­ców. Tak jest, teraz sobie przy­po­mniał. Była ranna, umie­ra­jąca, a on niósł ją z wysił­kiem, nie wie­dząc, czego wła­ści­wie szuka. Zaniósł ją do domu, który wyrósł z ziemi. Domu zwa­nego przez Mala­zań­czy­ków Azath, zro­dzo­nego z Fin­ne­stu tyrana. Ral­lick przyj­rzał się uważ­niej Raestowi.

- Ten dom jest twoim wię­zie­niem.

Jaghut wzru­szył zmu­mi­fi­ko­wa­nymi ramio­nami. Kości zgrzyt­nęły gło­śno.

- Taki już jest los wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści.

- To zna­czy, że sie­dzisz tu od tam­tej chwili. Cały czas byłeś sam, nawet nie spa­ce­ro­wa­łeś po domu. Za towa­rzy­stwo mia­łeś tylko dwa pół­trupy leżące w kory­ta­rzu. Jak długo to trwało, Raest?

- Nie mnie o to pytaj. Czy na zewnątrz słońce na­dal wznosi się na nie­bie, by potem opaść? Czy roz­brzmie­wają dzwony oznaj­mia­jące pano­wa­nie nad tym, nad czym nie spo­sób zapa­no­wać? Czy śmier­telni głupcy na­dal liczą odcinki pro­wa­dzące do ich zgonu, zesta­wiają przy­jem­no­ści z kosz­tami, cze­piają się złu­dze­nia, że czyny mają war­tość, a świat i wszy­scy bogo­wie osą­dzają każdą decy­zję, którą podejmą, czy któ­rej nie podejmą? Czy...

- Dość już tego - prze­rwał mu Ral­lick. Wypro­sto­wał się, wspie­ra­jąc się o ścianę tylko jedną ręką. - Pyta­łem "jak długo?", nie "dla­czego?" czy "w jakim celu?". Jeśli nie znasz odpo­wie­dzi, po pro­stu to powiedz.

- Nie znam. Powi­nie­nem jed­nak sko­ry­go­wać jedno z two­ich zało­żeń. Nie zawsze byłem tu sam, choć w tej chwili nie towa­rzy­szy mi nikt, oprócz cie­bie, oczy­wi­ście, ale ty zapewne nie zosta­niesz tu długo. Legion lek­ko­myśl­nych głup­ców, któ­rych zwiesz swo­imi roda­kami, z pew­no­ścią nie może się docze­kać twego powrotu. Krew czeka na twoje szty­lety, twoja sakiewka łak­nie monet, które wypeł­nią ją w zamian za każde ukra­dzione przez cie­bie życie. I tak dalej.

- Raest, jeśli przed­tem nie byłeś sam...

- Ach tak, pogrą­ży­łem się w roz­wa­ża­niach nad darem­no­ścią ludz­kich poczy­nań. Przez pewien czas Władca Talii był tu dzi­kim loka­to­rem, żeby użyć pospo­li­tego okre­śle­nia.

- A potem?

- Odszedł.

- To zna­czy, że ten Władca nie był tu więź­niem.

- Zaiste. Podob­nie jak cie­bie, nie wzru­szał go mój nie­szczę­sny los. Czy zechcesz teraz sko­rzy­stać ze swego przy­wi­leju, skry­to­bójco?

- To zna­czy?

- Czy opu­ścisz ten dom, by ni­gdy już tu nie wró­cić? Porzu­cisz mnie na pastwę wiecz­nej samot­no­ści, nie zosta­wia­jąc mi nic poza paję­czy­nami w łóżku, pustymi szaf­kami w kuchni, drwią­cymi prze­cią­gami i postu­ki­wa­niem mar­twych gałęzi o okien­nicę? A cza­sami rów­nież krzy­kiem, gdy zie­mia i korze­nie na podwórku poże­rają coś nie­przy­jem­nego. Czy zosta­wisz mnie takiemu światu, skry­to­bójco?

Ral­lick Nom prze­szył Jaghuta zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

- Nie mia­łem poję­cia, że moja nie­świa­doma obec­ność łago­dzi w tak wiel­kim stop­niu twoją samot­ność, Raest.

- Podobna nie­wraż­li­wość z two­jej strony nie zaska­kuje mnie nawet w naj­mniej­szym stop­niu.

- Moja odpo­wiedź brzmi: "Tak, zosta­wię cię two­jemu światu".

- Jesteś nie­wdzięcz­ni­kiem.

Ral­lick otu­lił ramiona płasz­czem i spraw­dził broń. Pokry­wa­jąca ją stara krew osy­py­wała się na pod­łogę niczym czarny śnieg.

- Wybacz. Dzię­kuję za kop­niaka w głowę, Raest.

- Nie ma sprawy. A teraz idź już. Znu­dzi­łeś mnie.

Drzwi otwo­rzyły się z gło­śnym, prze­cią­głym skrzy­pie­niem. Za nimi pano­wała noc, lecz nie­ustę­pliwe błę­kitne pło­mie­nie Daru­dży­stanu odpy­chały ciem­ność ku górze. Z oddali dobie­gały odgłosy roz­ba­wio­nego, pija­nego tłumu zale­wa­ją­cego ulice. Kolejna feta, jesz­cze jedno sza­lone święto ku czci prze­trwa­nia.

Ta myśl obu­dziła w duszy Ral­licka Noma nie­cier­pli­wość, oczy­ściła ją z resz­tek pyłu pozo­sta­łego po zapewne bar­dzo dłu­gim śnie. Nim drzwi za jego ple­cami się zamknęły, obró­cił się jesz­cze i wypa­trzył wysoką syl­wetkę sto­ją­cego w mrocz­nym kory­ta­rzu Raesta.

- Dla­czego mnie obu­dzi­łeś? - zapy­tał.

W odpo­wie­dzi Jaghut zatrza­snął z hukiem drzwi. Spa­ni­ko­wane ptaki ucie­kły w noc. Ral­lick zwró­cił się w stronę ścieżki i zauwa­żył, że korze­nie w gle­bie po obu jej stro­nach wiją się niczym węże. Po raz kolejny spraw­dził noże, opa­tu­lił się płasz­czem i ruszył w drogę, by ponow­nie odkryć rodzinne mia­sto.

***

Miesz­kańcy Daru­dży­stanu zacho­wy­wali się dziś wyjąt­kowo hała­śli­wie, do tego stop­nia, że mogło się wyda­wać, iż feta żyje wła­snym życiem. Fak­tycz­nie byli lek­ko­myślni, nie zasta­na­wiali się nad przy­szło­ścią, czy to odle­głą o rok, czy tylko o parę chwil. Gaz palił się z sykiem, akro­baci i mimo­wie tań­czyli w tłu­mie, oświe­tleni błę­kit­nym pło­mie­niem, sto tysięcy muzycz­nych instru­men­tów wal­czyło ze sobą na polach pie­śni. Nie­któ­rzy uczeni zapew­niali, że ów dźwięk jest nie­śmier­telny, że unosi się na wiecz­nych prą­dach, ni­gdy nie­do­cie­ra­ją­cych do śmier­tel­nego brzegu, czy to w cza­sie, czy w prze­strzeni, że jego brzmie­nie jest miarą życia. W cza­sach pogod­nego błę­kitu i wtedy, gdy zbie­rały się chmury, w chó­rze wita­ją­cym... tych, któ­rzy przy­by­wają, światy nie prze­sta­wały żyć, nie­śmier­telne jak sen.

Na szczy­cie wieży bastionu stała kobieta spo­wita w czerń. Jej zimne jak u dra­pież­nego ptaka oczy spo­glą­dały z góry na sze­regi dachów, sypiące iskrami kominy ruder w odle­głej Dziel­nicy Gadro­bij­skiej. Ta kobieta myślała o przy­szło­ści, długo i inten­syw­nie.

Na ulicy bie­gną­cej nie­opo­dal majątku Colla zatrzy­mał się nagle odziany w płaszcz męż­czy­zna. Stał nie­ru­chomo niczym kamień, pod­czas gdy wokół sza­lała feta. Gdy tylko doszedł do wnio­sku, że publiczny powrót, jaki pier­wot­nie pla­no­wał, może się oka­zać nie­roz­sądny, poja­wił się drugi czło­wiek - młod­szy, lecz o rów­nie twar­dym spoj­rze­niu - zmie­rza­jący do gospody "Pod Fenik­sem".

Daleko za nim, w por­cie, kowal, słu­żący mu pół­głó­wek oraz kobieta, któ­rej bujne kształty przy­cią­gały pełne podziwu spoj­rze­nia, zmie­rzali nie­śpiesz­nie ku noc­nym tar­go­wi­skom Dziel­nicy Gadro­bij­skiej, patrząc na wszystko z zachwy­tem i zado­wo­le­niem, oglą­da­nym wyłącz­nie u cudzo­ziem­ców przy­by­wa­ją­cych po raz pierw­szy do tego mia­sta, jed­nego z naj­więk­szych na świe­cie.

Bli­żej statku, z któ­rego wysie­dli, wielki kapłan Cie­nia pomknął pośpiesz­nie ku naj­bliż­szym cie­niom, ści­gany przez uno­szące się na dmą­cej od jeziora bry­zie pająki. Za nimi lazło dwa­dzie­ścia bhok'arala, w więk­szo­ści nio­są­cych nowe ofiary oraz bły­skotki, jakie uznały za sto­sowne sobie przy­własz­czyć. Zębaty szkwał prze­dzie­rał się przez tłum przy akom­pa­nia­men­cie okrzy­ków zdzi­wie­nia i prze­ra­że­nia, a także prze­kleństw, jako że skar­biec nie­siony przez stwo­rze­nia powięk­szał się o każdy mie­szek, sakiewkę albo klej­not, które zna­la­zły się w zasięgu pazu­rza­stych łapek.

Na pokła­dzie została tylko kapi­tan statku. Przy­wdziała teraz luźne, powłó­czy­ste szaty z czar­nego i kar­ma­zy­no­wego jedwa­biu. Twarz miała bladą jak księ­życ. Zmarsz­czyła brwi, spo­glą­da­jąc na mia­sto. W powie­trzu uno­sił się zapach pełen daw­nych wspo­mnień. Ach, aku­rat w tym miej­scu... czy to naprawdę mógł być przy­pa­dek? Zło­śli­wość nie wie­rzyła w przy­padki.

Dla­tego wahała się, wie­dząc, że pierw­szy krok posta­wiony przez nią na sta­łym lądzie zdra­dzi... Doszła do wnio­sku, że może lepiej będzie zacze­kać.

Ale nie za długo.

Tyle, ile będzie trzeba.

W innej czę­ści Daru­dży­stanu kupiec żela­zny wysłał kolejne pismo do mistrza Gil­dii Skry­to­bój­ców, po czym udał się do swej taj­nej biblio­teki, by raz jesz­cze przej­rzeć sta­ro­żytne, nie­bez­pieczne wolu­miny. Nie­zbyt daleko od niego straż­nik wyta­tu­owany w blak­nące pręgi wpa­try­wał się w kubek grza­nego wina ści­skany w wiel­kich, nazna­czo­nych bli­znami rękach. Z sąsied­niego pokoju dobiegł śmiech dziecka i męż­czy­zna skrzy­wił się, sły­sząc ten dźwięk.

W oko­licy, gdzie znaj­do­wały się nowe majątki kilku lichwia­rzy - ongiś uwa­żano ich za prze­stęp­ców, ale teraz zdo­łali już sobie kupić powszechne powa­ża­nie - zubo­żały Torvald Nom zbli­żał się ukrad­kiem do wyso­kiego, naje­żo­nego kol­cami muru jed­nej z takich posia­dło­ści. Miał długi, tak? No cóż, ten pro­blem łatwo da się roz­wią­zać. Czy postra­dał umie­jęt­no­ści? Z pew­no­ścią nie. Wyszli­fo­wał je jesz­cze pod­czas peł­nej nie­bez­pie­czeństw, zasłu­gu­ją­cej na uwiecz­nie­nie w legen­dach podróży przez pół cho­ler­nego świata. Jego chwa­lebny powrót do Daru­dży­stanu na­dal cze­kał na wła­ściwy moment. Ale gdy nadej­dzie ranek, tak, gdy tylko nadej­dzie...

W tej samej chwili, w poko­iku nad główną salą gospody "Pod Fenik­sem" leżał w łóżku na wznak męż­czy­zna, na­dal osła­biony po utra­cie krwi. Wędro­wał w myślach po cmen­ta­rzu swej prze­szło­ści, muskał koniusz­kami pal­ców zwie­trzałe nagrobki i słupki nagrobne, widział skłę­bioną trawę pora­sta­jącą pokryte pyłem urny, pod­czas gdy za nim cią­gnął się cień jego mło­do­ści - coraz słab­szy, bled­szy i bar­dziej zama­zany. Nie uniósł jesz­cze ręki, by dotknąć twa­rzy, poczuć zmarszczki i bruzdy, sym­bole znu­że­nia latami, doga­sa­ją­cego życia.

Och, ciało można uzdro­wić, ale...

Na dole, pośród tłumu krzy­czą­cych, sła­nia­ją­cych się na nogach pija­ków oraz wrza­skli­wych kurew obojga płci, mały, pękaty czło­wie­czek sie­dzący spo­koj­nie na swym zwy­kłym miej­scu znie­ru­cho­miał nagle z ustami wypcha­nymi chle­bem z mio­dem. Usły­szaw­szy brzmie­nie dzie­sią­tego dzwonu nio­sące się nad mia­stem, uniósł głowę i wbił spoj­rze­nie pacior­ko­wa­tych oczek w drzwi gospody.

Przy­by­wają.

Chwała i omeny, rado­sne spo­tka­nia i strasz­liwa groźba, skrzy­dlaty ten i skrzy­dlaty tam­ten, ucieczki, wyzwo­le­nia, nad­cią­ga­jące star­cia i nie­go­dziwe żąda­nia rekom­pen­saty za łyk wyplu­tego wina, cóż za noc!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki