Mythos - Stephen Fry

Reflow text when sidebars are open.
Kronos spał na skale na szczycie góry Otrys. Pozostali tytani nie wiedzieli jeszcze, że Zeus uratował swoich braci i siostry, ale gdyby doszły ich te wieści, zapewne odpowiedzieliby wściekłym rozlewem krwi. Pod osłoną nocy Rea i jej sześcioro potomstwa wymknęli się i uciekli jak najdalej od krainy tytanów.
Zeus doskonale zdawał sobie sprawę, że wojna jest nieunikniona. Wiedział, że musi zabić ojca, bo Kronos nie spocznie, póki jego dzieci żyją. Lepiej niż kiedykolwiek słyszał teraz głos, który od dzieciństwa szeptał mu do ucha - cichy, uparty głos Morosa, mówiący, że przeznaczeniem Zeusa są rządy nad światem.
Krwawy, okrutny i siejący zniszczenie konflikt, który wybuchł w następstwie tych wydarzeń, historycy nazywają tytanomachią27. Chociaż większość szczegółów tej dziesięcioletniej wojny pozostaje nieznana, wiemy, że od potężnej siły i gigantycznej energii uwolnionej przez walczących tytanów, bogów i potworów góry zionęły ogniem, a ziemia trzęsła się i pękała. Wiele wysp i lądów powstało w tych bitwach. Całe kontynenty przesuwały się, zmieniały kształt, a spora część znanego nam dzisiaj świata zawdzięcza formę sejsmicznym wstrząsom wojennej pożogi, która dosłownie zatrzęsła ziemią.
Jest niemal pewne, że w walce bezpośredniej młodzi bogowie musieliby ustąpić przed połączonymi siłami tytanów. Tytani byli potężniejsi, bezwzględni i walczyli zażarcie. Wszyscy oprócz synów Klimene, czyli Prometeusza i Epimeteusza, stanęli po stronie Kronosa. Mieli znaczną przewagę liczebną nad niewielką grupką samozwańczych bogów, powstałych przeciwko nim pod przywództwem Zeusa. Podobnie jednak jak Uranos, który zapłacił wysoką cenę za uwięzienie cyklopów i hekatonchejrów we wnętrznościach Gai, tak Kronos miał teraz zapłacić za zamknięcie ich w pieczarach Tartaru. Było to, jak się okaże, sporą pomyłką.
Mądra i sprytna Metyda doradziła Zeusowi, by zszedł w głąb podziemi i uwolnił trzech jednookich oraz trzystu sturękich braci. Zeus ofiarował im wolność już na zawsze w zamian za wsparcie w walce z Kronosem i tytanami. Cyklopów i hekatonchejrów nie trzeba było długo nakłaniać. Również giganci postanowili stanąć po stronie Zeusa i okazali się mężnymi, nieustępliwymi wojownikami28.
W ostatniej, rozstrzygającej bitwie zaciekle walczący i bezlitośni hekatonchejrowie mistrzowsko połączyli siły z cyklopami i ich groźną elektryczną mocą. Oczywiście ich wielkim atutem była też liczebna przewaga głów i rąk, jaką dawali stronnikom Zeusa. Jeśli pamiętacie, imiona cyklopów brzmiały: Jasność, Błyskawica i Grzmot - Arges, Steropes i Brontes. Ci utalentowani rzemieślnicy, mistrzowie burz, wykuli pioruny i złożyli je Zeusowi w darze, by używał ich jako broni. Zeus nauczył się ciskać nimi z wielką precyzją i rozbijał wrogów w proch. Pod jego przywództwem hekatonchejrowie unosili skały i wściekle miotali nimi w przeciwników, cyklopi natomiast nękali tytanów oślepiającymi błyskawicami i przerażającymi grzmotami. Sto rąk każdego hekatonchejra podnosiło skały i ciskało, podnosiło i ciskało, podnosiło i ciskało niczym oszalałe, młócące powietrze katapulty, aż w końcu poranieni i pobici tytani zwrócili się do bogów o wstrzymanie ognia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Angielski oryginał "everything that is the case" (niem: Die Welt ist alles, was der Fall ist), nawiązuje do pierwszego zdania dzieła Ludwiga Wittgensteina Tractatus logico-philosophicus. Polskiego wyrażenia "wszystko, co jest faktem" użyłam za autorem przekładu traktatu Wittgensteina, Bogusławem Wolniewiczem (przyp. tłum.). [wróć]
2. Sztuka dzieworództwa, czyli partenogenezy, do dzisiaj istnieje w naturze. U mszyc, niektórych jaszczurek, a nawet u rekinów jest to dość powszechny sposób wydawania na świat potomstwa. Brakuje wtedy jednak różnorodności genów, którą zapewnia dwoje rodziców, i podobnie mają się sprawy w przypadku greckich bogów. Ci interesujący zrodzili się z dwojga rodziców, nie z jednego. [wróć]
3. W języku polskim funkcjonuje jedynie forma Uranos, natomiast po angielsku imię "Uranus" wymawia się niemal identycznie jak "your anus" czyli "twój odbyt" (przyp. tłum.). [wróć]
4. ? Ouranos do dzisiaj jest greckim słowem oznaczającym niebo. [wróć]
5. Od Brontesa wziął swoją nazwę brontozaur, grzmiący jaszczur. A być może również siostry Brontë, powieściopisarki z Yorkshire. Ich ojciec zmienił nazwisko z Brunty na Brontë, zapewne po to, by jego irlandzkie nazwisko wybrzmiewało odpowiednio donośnie, a może na cześć admirała Nelsona, mianowanego księciem Brontë - księstwo leżało na zboczach Etny i według powszechnej opinii brało nazwę od śpiących pod ziemią cyklopów. [wróć]
6. ? Hecaton znaczy "sto", a cheria - "ręce" (stąd "chiropraktor", czyli ktoś, kto leczy dłońmi). [wróć]
7. Tetydą paleontolodzy nazywają wielkie pradawne morze, które było przodkiem Morza Śródziemnego. [wróć]
8. Ponieważ okeanid było jakieś trzy tysiące, wymienianie ich wszystkich byłoby bezcelowe, nawet gdybyśmy znali ich imiona. Warto jednak przedstawić Kalipso, Amfitrytę oraz mroczną, budzącą grozę Styks, która - podobnie jak jej brat Nilos - miała zostać bóstwem bardzo znaczącej rzeki. Jeszcze jedna okeanida zasługuje na wzmiankę, ale tylko ze względu na swoje imię - Doris. Okeanida Doris. Później pojęła za męża boga morza Nereusa i zrodziła mu wiele nereid, przyjaznych nimf morskich. [wróć]
9. Temida stała się później personifikacją prawa, sprawiedliwości i obyczaju - mores, zasad, które rządzą właściwym zachowaniem i należytym przebiegiem spraw. [wróć]
10. Od imienia Tyfona pochodzi choroba tyfus oraz groźny tropikalny sztorm, tajfun. Później poznamy dwoje odrażających dzieci Tyfona spłodzonych z Echidną, pół kobietą, pół wężem morskim. [wróć]
11. W oryginale: Jaques. Chodzi najpewniej o postać z Jak wam się podoba Szekspira (przyp. tłum.). [wróć]
12. Ang. fraud - oszustwo, defraudacja, fraudulent - fałszywy, oszukańczy, fraudster - oszust (przyp. tłum.). [wróć]
13. ? Momos (Momus dla Rzymian) miał być później czczony jako duch przewodni gatunku satyry, literatury w połowie poważnej, w połowie komicznej. W kilku swoich bajkach opisał go Ezop. Momos jest też bohaterem zaginionej sztuki Sofoklesa. [wróć]
14. Rzymianie, być może w sposób mylący, nazywali Nemesis Invidią, co po łacinie oznacza "zazdrość". [wróć]
15. ? Postać Snu w Sandmanie Neila Gaimana znana jest także jako Morfeusz. Stanowiła inspirację dla postaci Morfeusza granego przez Lawrence'a Fishburne'a w Matriksie sióstr Wachowskich. [wróć]
16. ? (Ang). odpowiednio: śmiertelnicy, kostnice i umartwianie. Polskie słowa "martwy", "umierać", tak jak łacińskie mortuus, "martwy" i mors, "śmierć", dzielą wspólny rdzeń z praindoeuropejskim słowem mar, "umierać" (przyp. tłum.). [wróć]
17. A może nawet cztery wyjątki. Hypnos też jest całkiem niczego sobie. Im dłużej człowiek żyje, tym większą czuje do niego sympatię. A skoro mowa o długim życiu - może i Geras nie jest aż taki odpychający. Zatem pięć. [wróć]
18. Nazwa "giganci" odnosi się nie do ich rozmiaru, ale do chtonicznego pochodzenia - powstali z ziemi, byli "zrodzeni z Gai". Imię Gai, które późniejsza greka zredukowała do Ge, nadal można odnaleźć w nazwach nauk przyrodniczych jak "geologia" i "geografia". Późniejsze studia środowiskowe przywróciły jej pełne imię - mam na myśli przede wszystkim Jamesa Lovelocka i jego popularną "Hipotezę Gai". [wróć]
19. ? Cukry jesionu mannowego, który do dzisiaj rośnie w południowej Europie, dały nazwę dzisiejszemu słodzikowi, mannitolowi. [wróć]
20. Obalony Uranos może przynajmniej znaleźć pocieszenie w tym, że na jego cześć nazwano planetę Uran - zgodnie ze zwyczajem nazywania planet imionami rzymskich bogów. [wróć]
21. Obszar centralnej Grecji, gdzie wznosi się Otrys, do dzisiaj nosi nazwę Magnezji. To stąd pochodzą słowa "magnez", "magnes" i oczywiście "magnetyt". Jak również "mangan", przez pomyłkę w zapisie. [wróć]
22. Często tak bywa w przypadku wyjątkowo atrakcyjnych osób. Jesteśmy zobowiązani do przepraszania albo odwracania wzroku, bo przy wybitnej urodzie inni czują się nieswojo. [wróć]
23. ? W jakim wieku matki odstawiają nieśmiertelnych od piersi i kiedy dokładnie bogowie uczą się chodzić, mówić i osiągają dorosłość - to sprawa dyskusyjna. Według niektórych źródeł Zeus wyrósł z niemowlęcia na młodzieńca w ciągu jednego roku. Dla bogów czas najwyraźniej biegnie inaczej niż dla śmiertelników, podobnie jak dla psów względem ludzi, albo na przykład dla słoni i much. Najlepiej po prostu nie skupiać się zbytnio na mitycznej osi czasu i nie traktować jej zbyt dosłownie. [wróć]
24. ? Zeus miał pogodne, skore do zabaw usposobienie. Rzymianie nazywali go Jupiter albo Jowisz, co całkiem dosłownie dowodzi, że był znany z jowialności. "Zwiastunem radości" nazywa go Gustav Holst w swojej suicie orkiestrowej Planety. [wróć]
25. Eliksir przygotowała Metyda i miło byłoby myśleć, że to od jej imienia pochodzi angielskie słowo emetic [wymiotny], ale chyba jednak ten wyraz nie taki ma źródłosłów. [wróć]
26. ? Chociaż w porządku narodzin Hera przyszła na świat jako przedostatnia, tuż przed Zeusem, teraz liczyła się jako drugie dziecko. Od momentu wydostania się rodzeństwa z gardzieli Kronosa liczy się swego rodzaju odwrócone starszeństwo. Zeus zaczął oficjalnie funkcjonować jako najstarszy, Hestia natomiast, choć urodzona jako pierwsza, była odtąd uważana za najmłodszą. Jeśli ktoś jest bogiem, wszystko to nabiera logiki. [wróć]
27. Hezjod w VIII w p.n.e. spisał dla nas najpełniejszą ocalałą opowieść, ale i inni poeci również opiewali tę krwawą wojnę. Niektóre źródła starożytne wymieniają epos Tytanomachia autorstwa żyjącego w VIII w p.n.e. Eumelusa z Koryntu (lub być może legendarnego niewidomego barda Tamyrisa z Tracji), ale choć znamy tytuł tego dzieła, samego eposu nie poznaliśmy. Hezjod natomiast tak opisuje rozstrzygającą bitwę, która wstrząsnęła ziemią: Ryknęło wielkie morze, drży ląd wylękniony, Jęczy wzburzone niebo (...) Trzęsie się u podstawy od uderzeń bogów. Łoskot ciężkich stóp wojska dochodził do progów Aż czarnego Tartaru: grzmiała nad nim bitwa I olbrzymia świszczących pocisków gonitwa, Jakimi wzajem sobie wymierzali ciosy. Aż pod niebo gwiaździste wznoszą się ich głosy, Gdy razem wyrzucali wojenne okrzyki. [Hezjod, Teogonia, przeł. Kazimierz Kaszewski]. [wróć]
28. Patrz: Dodatek [wróć]
PRZEDMOWA
Miałem szczęście, że kiedy byłem małym chłopcem, trafiłem na książkę Tales from Ancient Greece. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Chociaż bardzo podobały mi się mity i legendy innych kultur, przy tych greckich historiach jakoś mocniej biło mi serce. Iskra, humor, temperament, namiętność, dbałość o najdrobniejsze szczegóły i wiarygodność opisów zapierały mi dech w piersi już od pierwszych stron. Mam nadzieję, że w was też rozpalą ciekawość. Pewnie znacie już niektóre z opowiedzianych tu mitów, szczególnie jednak kieruję ten zbiór do czytelników, którzy nigdy wcześniej nie spotkali się z bohaterami greckiej mitologii. Do lektury tej książki nie jest potrzebna żadna wiedza, bo wszystko zaczyna się od pustego wszechświata. Z pewnością nie jest wymagane żadne "wykształcenie klasyczne" czy umiejętność rozróżniania nektaru od nimfy, satyrów od centaurów, Mojr od Erynii. W greckich mitach nie ma absolutnie nic uczonego i wydumanego. Grecka mitologia uzależnia - jest ciekawa, przystępna i zadziwiająco bliska ludzkiemu doświadczeniu.
Ale skąd się właściwie wzięły mity starożytnej Grecji? Z gmatwaniny naszych dziejów można co prawda wysupłać jedną, grecką nić, i prześledzić jej bieg, cofając się w czasie, ale jeśli skupimy się na podaniach tylko jednej cywilizacji, ktoś może uznać, że zbyt swobodnie podchodzimy do kwestii prawdziwego źródła mitu uniwersalnego. Od zarania dziejów ludzie na całym świecie zastanawiali się przecież, skąd się bierze potęga wulkanów, piorunów, morskich fal i trzęsień ziemi. Czcili i świętowali rytm pór roku, procesję ciał niebieskich po nocnym niebie i codzienny cud wschodu słońca. Zadawali sobie pytanie, gdzie to wszystko miało swój początek? Zbiorowa nieświadomość wielu cywilizacji snuła opowieści o bogach rozgniewanych, o bogach, którzy umierali i odradzali się, o boginiach płodności, o bożkach, demonach i duchach ognia, ziemi i wody.
Oczywiście Grecy nie byli jedynym ludem tkającym kobierzec legend i podań z przedziwnych wątków ludzkiego życia. Z archeologicznego i paleoantropologicznego punktu widzenia bogowie Grecji pochodzą od ojców nieba i bogiń księżyca oraz demonów z "rogu obfitości" Mezopotamii - dzisiejszego Iraku, Syrii i Turcji. Babilończycy, Sumerowie, Akadowie i inne cywilizacje z tamtego obszaru, które rozkwitły dużo wcześniej niż cywilizacja Greków, miały własne mity stworzenia świata i ludowe podania. Tropiąc źródła tych opowieści, podobnie jak języków, w których je przekazywano, trafimy do Indii, a stamtąd, podążając w kierunku zachodnim, do prehistorii, do Afryki i narodzin naszego gatunku.
Nie możemy jednak za każdym razem podążać bez końca za nicią ku uniwersalnym źródłom. Żeby opowiedzieć jakąś historię, musimy się gdzieś zatrzymać, by ustalić początek opowieści. W przypadku mitów greckich nie stwarza to problemów, bo przetrwały, zachowując bogactwo szczegółów, energię i barwność, które odróżniają je od innych mitologii. Greckie mity usłyszeli i zachowali pierwsi poeci, dotarły do nas po nieprzerwanej linii, biegnącej niemal od samego początku literatury pisanej aż do dnia dzisiejszego. O ile mitologia grecka ma dużo wspólnego z mitami chińskimi, irańskimi, indyjskimi, majańskimi, afrykańskimi, rosyjskimi, hebrajskimi, nordyckimi i z opowieściami rdzennych Amerykanów, to jest zbiorem dzieł unikatowych, zbiorem - jak ujęła to pisarka i mitografka Edith Hamilton - "twórczości wielkich poetów". Grecy stanowili pierwszą kulturę, w której powstały spójne opowieści, a wręcz literatura o bogach, potworach i herosach.
Linia greckich mitów śledzi powstanie rodzaju ludzkiego i opisuje nasze usilne starania o uwolnienie się od boskich interwencji - od ingerowania bogów w nasze sprawy, od krzywdzenia nas, od boskiej tyranii i bezwzględnych rządów nad naszym życiem i cywilizacją człowieka. Grecy nie płaszczyli się przed swoimi bogami. Byli świadomi ich próżności i potrzeby, by ktoś zanosił do nich błagania i oddawał im cześć. Wierzyli jednak, że ludzie są bogom równi. Ich mity pokazują, że ktokolwiek stworzył ten zadziwiający świat, pełen okrucieństw, cudów, kaprysów, piękna, obłędu i niesprawiedliwości, sam musi być okrutny, cudowny, kapryśny, piękny, szalony i niesprawiedliwy. Grecy stworzyli bogów na swój własny obraz: wojowniczych, ale myślących, mądrych, ale srogich, kochających, ale zazdrosnych, czułych, ale okrutnych, współczujących, ale mściwych.
Mythos zaczyna się z początkiem tej książki, ale nie kończy z jej końcem. Gdybym opisał też herosów takich jak Edyp, Perseusz, Tezeusz, Jazon i Herakles oraz szczegóły wojny trojańskiej, wyszłoby z tego tak ciężkie tomiszcze, że nawet tytan nie dałby rady go podnieść. Interesuje mnie poza tym opowiadanie, a nie interpretacja opowieści czy badanie ludzkich prawd i leżących u ich podstaw psychologicznych wglądów. Mity są na tyle fascynujące, bogate w niepokojące, zaskakujące i śmieszne szczegóły, są tak romantyczne, tragiczne, brutalne i zachwycające, że mogą funkcjonować jako samodzielne opowieści na własnych prawach. Jeśli podczas lektury będziecie się cały czas zastanawiać, co inspirowało Greków do stworzenia tego bogatego, złożonego świata, pełnego różnorodnych postaci i wydarzeń, i jeśli zadumacie się nad głębokimi prawdami zawartymi w mitach - cóż, to bez wątpienia część przyjemności.
Przy zanurzaniu się w świat greckich mitów właśnie o przyjemność chodzi.
Stephen Fry
Dzisiaj początek wszechświata wyjaśnia się Wielkim Wybuchem, jednym zdarzeniem, które w ułamku chwili spowodowało zaistnienie całej materii, budulca wszystkiego i wszystkich.
Starożytni Grecy wyobrażali to sobie inaczej. Twierdzili, że wszystko zaczęło się nie od wybuchu, a od Chaosu.
Czy Chaos był bogiem - boskim istnieniem - czy też po prostu stanem nicości? A może Chaos był czymś bliskim dzisiejszemu znaczeniu tego słowa? Strasznym bałaganem, znacznie gorszym niż w pokoju nastolatka?
A może należy myśleć o Chaosie jak o swego rodzaju wielkim kosmicznym rozziewie? Ziejącej przepaści, ziejącej próżni?
Czy życie i wszelką substancję Chaos wydobył z niczego, czy też je sobie wyśnił, wyzionął albo w inny sposób wyczarował, tego nie wiem. Nie było mnie przy tym. Was też nie było. A jednak w pewien sposób byliśmy, bo były tam wszystkie kawałeczki, z których się składamy. W każdym razie Grecy uważali, że to właśnie Chaos potężnym odbiciem z trzewi, wielkim wzruszeniem ramion, czkawką, wymiotami czy kaszlem zapoczątkował długi łańcuch stworzenia, na którego drugim końcu znalazły się pelikany i penicylina, robaki i ropuchy, lwy morskie, lwy, morsy, dzieci i kwiaty, morderstwo, sztuka, miłość, niepewność, śmierć, szaleństwo i ciastka.
Jakkolwiek było, dzisiaj nauka jest zgodna, że wszystko zdąża z powrotem do Chaosu. Ten nieunikniony los zwie się entropią, częścią wielkiego cyklu od Chaosu do porządku i z powrotem do Chaosu. Wasze spodnie były kiedyś nieuporządkowanym zbiorem atomów, które w jakiś sposób zespoliły się w materię. Owa materia z kolei na przestrzeni eonów uporządkowała się w materię ożywioną, a ta powoli ewoluowała w kwiat bawełny, z którego ostatecznie powstała piękna tkanina na waszych zgrabnych nogach. Przyjdzie czas, że rozstaniecie się ze swoimi spodniami - mam nadzieję, że jeszcze nie teraz - a te zgniją na wysypisku śmieci albo zostaną spalone. W obu przypadkach ich materia w końcu zostanie uwolniona, by stać się częścią atmosfery naszej planety. A kiedy słońce wybuchnie, zabierając ze sobą każdą cząstkę tego świata, w tym również te ze spodni, wszystkie składowe atomy powrócą do zimnego Chaosu. Oczywiście los waszych spodni będzie również waszym losem.
Zatem Chaos, który wszystko zapoczątkował, jest również Chaosem, który wszystko zakończy.
Prawdopodobnie jednak nasuwa się wam pytanie: "No dobrze, ale kto lub co było jeszcze przed Chaosem?". Albo: "Kto lub co było jeszcze przed Wielkim Wybuchem? Przecież coś musiało być".
Cóż, nie było nic. Musimy przyjąć, że nie było żadnego "przed", ponieważ jeszcze nie było czasu. Nikt nie nacisnął włącznika czasu. Nikt nie krzyknął "Już!". A ponieważ czas musiał się dopiero pojawić, określenia czasu takie jak "przed", "podczas", "kiedy", "wtedy", "po obiedzie" i "w zeszłą środę" nie niosły żadnego znaczenia. Nie do ogarnięcia, ale tak to było. Greckie słowo kosmos oznacza "wszystko, co jest faktem"1 i co my nazwalibyśmy dziś wszechświatem. I w tamtej chwili - chociaż "chwila" jest określeniem czasu i nie ma tu na razie żadnego sensu (podobnie jak "na razie") - w tamtej chwili kosmos jest Chaosem i wyłącznie Chaosem, bo Chaos jest jedynym faktem. Na razie jest przeciąganiem się, strojeniem instrumentów przez orkiestrę...
Ale już za chwilę sprawy gwałtownie przyśpieszą.
Z bezkształtnego Chaosu niespodziewanie wyłoniły się dwa twory: Ereb i Nyks. Ereb był mrokiem, a Nyks była nocą. Z miejsca zaczęły spółkować, a jaśniejącymi owocami ich związku byli Hemera - dzień i Eter - światło.
W tym samym czasie - ponieważ wszystko musi dziać się jednocześnie aż do pojawienia się czasu, który potrafi rozdzielać wydarzenia - Chaos wydał dwa kolejne twory. Były to Gaja - ziemia i Tartar - głębokie podziemne jaskinie i jamy.
Chyba wiem, co ze zdziwieniem myślicie. Że choć całkiem miło to brzmi - Dzień, Noc, Światło, Jaskinie, Jamy - nie są to przecież żadni bogowie i boginie ani nawet nie istoty ożywione. Poza tym, myślicie, skoro nie ma czasu, nie ma również żadnej historii, żadnej opowieści. Bo w opowieściach musi być przecież "Pewnego razu" i "Odtąd".
Macie rację. To, co wyłoniło się z Chaosu na samym początku, było pierwotnymi, podstawowymi zasadami, pozbawionymi jakiejkolwiek barwy, charakteru i osobowości. Były to bóstwa pierwotne, Pierwsze Pokolenie boskich istot, od których pochodzą wszyscy bogowie, herosi i wszystkie potwory z greckich mitów. Istnieli sobie zadumani, trwali u podstaw wszystkiego... czekali.
Milcząca pustka tego świata wypełniła się, kiedy Gaja sama z siebie zrodziła dwóch synów2. Pierwszym był Pontos - morze, a drugim Uranos - niebo, lepiej nam znany jako Uranus, co od wieków jest źródłem wielkiej radości dzieci od lat dziewięciu do dziewięćdziesięciu3. Hemera i Eter również się rozmnożyli, a z ich związku zrodziła się Talassa, żeńska odpowiedniczka Pontosa, morza.
Uranos, który wolał, by jego imię wymawiać właśnie jako "Uranos", sam był nieboskłonem i niebiosami, ponieważ - na samym początku - pierwotne bóstwa zawsze były tym, co reprezentowały i czym rządziły?4. Można powiedzieć, że Gaja była ziemią pełną wzgórz i dolin, rozpadlin i gór, ale potrafiła też zebrać się w formę, która umiała chodzić i mówić. Chmury Uranosa-nieba kłębiły się nad nią i płynęły, ale również potrafiły się złączyć w rozpoznawalny dla nas ożywiony kształt. To wszystko działo się u zupełnego zarania dziejów. Bardzo niewiele spraw było jeszcze wtedy ustalonych i niezmiennych.
Uranos-niebo pokrył wszędzie swoją matkę Gaję-ziemię. Pokrył Gaję w obu znaczeniach tego słowa: jak niebo do dzisiaj pokrywa ziemię i jak ogier pokrywa klacz. A kiedy tego dokonał, stało się coś niezwykłego. Ruszył czas.
Coś jeszcze się wtedy pojawiło - jak to nazwać? Osobowość? Dramatyczne napięcie? Indywidualność? Charakter, wszystkie jego cechy i rysy, rozterki i pasje, lęki i fascynacje? Można powiedzieć, że pojawiło się znaczenie. Zapłodnienie Gai sprawiło, że zaistniało znaczenie, myśl wykiełkowała w kształt. Niebiańska sperma zasiała semantykę i semiologię. Zostawię tego typu rozważania osobom lepiej znającym się na rzeczy, niemniej był to doniosły moment. Gaja, poprzez stworzenie Uranosa i związek z nim - ze swoim synem, a teraz również mężem - rozwinęła wstęgę życia, która odtąd prowadzi przez historię rodzaju ludzkiego aż do nas samych, do was i do mnie.
Związek Uranosa z Gają był od początku udany i płodny. Najpierw przyszło na świat dwanaścioro krzepkich, zdrowych dzieci - sześcioro płci męskiej i sześcioro żeńskiej. Chłopcami byli Okeanos, Kojos, Krios, Hyperion, Japet i Kronos. Dziewczynki natomiast to Teja, Temida, Mnemozyne, Fojbe, Tetyda i Rea. Ta dwunastka miała być Drugim Pokoleniem boskich istot, a ich imiona miał otoczyć nimb chwały.
Kiedy w rzeczywistość wkradł się czas, ruszył zegar - zegar historii kosmosu, który tyka do dzisiaj. Być może odpowiada za to ktoś z tej dwunastki. Jeszcze się temu przyjrzymy.
Uranos i Gaja, nie do końca usatysfakcjonowani dwanaściorgiem pięknych latorośli, wydali na świat kolejne potomstwo - dwa wyjątkowe, ale też wyjątkowo nieurodziwe zbiory trojaczków. Najpierw pojawiło się trzech cyklopów, jednookich olbrzymów. Najstarszy z nich miał na imię Brontes, grzmot5, po nim narodził się Steropes, błyskawica, a następnie Arges, jasność. Uranos dzięki cyklopom zyskał teraz całkiem nowy zestaw środków wyrazu i mógł zapełnić niebiosa jasnymi błyskawicami i hukiem grzmotów. Chełpił się tym wystawnym widowiskiem. Drugie rodzeństwo trojaczków zrodzonych przez Gaję wywoływało w Uranosie silny dreszcz obrzydzenia, podobnie jak we wszystkich, którzy na nie patrzyli.
Może najtaktowniej będzie stwierdzić, że drugie trojaczki stanowiły eksperyment genetyczny, którego nigdy nie należy powtarzać, były ślepą uliczką genetyki. Każdy z noworodków - hekatonchejrów?6 - miał bowiem pięćdziesiąt głów, sto rąk, był odrażający, miotał się wściekle i zionął taką żądzą niszczenia, jak nic, co dotąd powołano do życia. Trojaczki nosiły imiona Kottos, czyli wściekły, Gyges, czyli ten o długich kończynach, oraz Ajgajon, czyli koza morska, czasem zwany również Briareosem, pełnym wigoru. Gaja ich kochała. Uranosa ich widok odrzucał. Chyba największym przerażeniem napawała go myśl, że on, pan niebios, mógł spłodzić takie ohydztwo. Nienawiść przeważnie jednak rodzi się z lęku i moim zdaniem w przypadku Uranosa tak właśnie było.
Pełen odrazy przeklął hekatonchejrów.
- Za to, że stanowicie zniewagę dla moich oczu, nigdy więcej nie ujrzycie światła!
Wściekle krzycząc te słowa, wepchnął ich razem z cyklopami z powrotem do łona Gai.
Zapewne słusznie zastanawiacie się, co to właściwie znaczy "wepchnął ich z powrotem do łona Gai". Zdaniem niektórych oznacza to, że zakopał hekatonchejrów w ziemi. Wtedy, u zarania dziejów, boska tożsamość była płynna i trudno określić, w jakim stopniu bóg był osobą, a w jakim własnym atrybutem. Nie istniały wtedy jeszcze wielkie litery. Gaja, Matka Ziemia była gają, ziemią jako taką, podobnie jak ouranos, niebo, i Uranos, Ojciec Niebo, byli jednym i tym samym.
Z pewnością jednak, odpychając trzech hekatonchejrów, własne dzieci, oraz tak okrutnie i haniebnie obchodząc się z żoną, Uranos popełnił pierwszą zbrodnię. Zbrodnię elementarną, za którą nie mogła ominąć go kara.
Straszliwe cierpienie Gai było nie do zniesienia. W jej wnętrzu, razem z trójką szalejących hekatonchejrów, którzy wymachiwali w jej łonie trzystoma rękami i uderzali stu pięćdziesięcioma głowami, rosła też nienawiść, najstraszliwsza, nieprzejednana nienawiść do Uranosa, syna, którego zrodziła, i męża, z którym sprowadziła na świat nowe pokolenie. I niczym bluszcz owijający się wokół drzewa w Gai rósł plan zemsty.
Nadal cierpiąc dojmujący ból, jaki w łonie zadawali jej rozwścieczeni hekatonchejrowie, Gaja udała się na Otrys, wielką górę spoglądającą na region Ftiodyty w dzisiejszej środkowej Grecji. Ze szczytu Otrysu widać równinę Magnezji, sięgającą aż do błękitu zachodnich wód Morza Egejskiego, którego fale rozchodzą się po Zatoce Malijskiej i czule opływają rozrzucone z rzadka - sporadycznie - wyspy zwane Sporadami. Gaja cierpiała jednak zbyt wielki ból, zbyt potężna szalała w niej furia, by mogła podziwiać jeden z najbardziej malowniczych widoków świata. Na szczycie Otrysu zabrała się do pracy nad bardzo niezwykłym i przerażającym dziełem, jakie wykuwała z górskiej skały. Pracowała dziewięć dni i dziewięć nocy, aż stworzyła przedmiot, który potem ukryła w skalnej rozpadlinie.
Po skończonej pracy udała się w odwiedziny do swych dwanaściorga pięknych, silnych dzieci.
- Czy zabijesz swojego ojca Uranosa i będziesz panować ze mną nad kosmosem? - zapytała każde z nich po kolei. - Odziedziczysz po nim niebo, a wtedy całe dzieło stworzenia będzie nasze wspólne.
Zapewne wyobrażamy sobie, że Gaja - Matka Ziemia - jest miękka, ciepła, szczodra i dobrotliwa. Cóż, czasem jest, ale pamiętajcie, że w środku nosi ogień. Czasem potrafi być bardziej okrutna, bezwzględna i przerażająca niż najbardziej rozszalałe morze.
A mówiąc o morzach, pierwszymi z jej dzieci, które Gaja próbowała przeciągnąć na swoją stronę, byli Okeanos i jego siostra Tetyda7. Oboje jednak byli akurat zajęci negocjowaniem własnego udziału w oceanach z Talassą, pierwotną boginią morza. Wszyscy z tego pokolenia nadymali się wtedy i prężyli muskuły, usiłując ustalić między sobą obszary kompetencji i strefy wpływów. Warczeli, ujadali i badali nawzajem swoją siłę i przewagę jak szczeniaki w kojcu. Okeanosowi na przykład przyszedł do głowy pomysł stworzenia morskich pływów i prądów, które miałyby opływać cały świat jak wielka słona rzeka. Tetyda lada chwila miała urodzić mu dziecko - w owych czasach oczywiście nie było to grzechem, bo rozmnażanie się nie byłoby możliwe bez spółkowania w kazirodztwie. Tetyda nosiła w łonie Nilosa, czyli Nil, a potem miała urodzić inne rzeki oraz przynajmniej trzy tysiące okeanid, czyli morskich nimf, atrakcyjnych boginek, poruszających się z równą łatwością po suchym lądzie, jak i w morskich wodach. Okeanos i Tetyda mieli już dwie dorosłe córki: Klimene, będącą kochanką Japeta, oraz sprytną i mądrą Metydę, która jeszcze odegra w pewnych wydarzeniach niezwykle doniosłą rolę8. Oboje żyli szczęśliwie na oceanicznej fali, zatem żadne z niech nie widziało powodu, by pomagać matce w zabiciu ich ojca Uranosa.
Gaja udała się więc do swojej córki Mnemozyne, która była akurat bardzo zajęta posiadaniem trudnego do wymówienia imienia. Mnemozyne wydawała się bardzo płytką, głupiutką, nieświadomą istotą, która nic nie wiedziała, a rozumiała jeszcze mniej. Ale pozory myliły, bo z każdym dniem stawała się coraz bystrzejsza, coraz więcej wiedziała i umiała. Jej imię znaczy "pamięć" (stąd "mnemotechnika"). Kiedy odwiedziła ją matka, świat i kosmos były jednak jeszcze bardzo młode, Mnemozyne nie miała więc zbyt wielu okazji, by poszerzyć wiedzę i doświadczenie. Z biegiem lat dzięki swojej umiejętności gromadzenia nieskończonej liczby informacji i doświadczeń zmysłowych miała stać się mądrzejsza niemal od wszystkich istot. W przyszłości miała zostać matką dziewięciu muz, które jeszcze spotkamy.
- Chcesz, żebym pomogła ci zabić Uranosa? Ale przecież ojciec-niebo raczej nie może umrzeć?
- No to go obalmy albo okaleczmy... Należy mu się.
- Nie pomogę ci.
- Dlaczego?
- Wiem, że istnieje jakiś powód. Powiem ci, kiedy go odkryję i zapamiętam.
Doprowadzona do rozpaczy Gaja poszła wtedy do Tei, która ze swoim bratem Hyperionem również tworzyła stadło. W odpowiednim czasie miała urodzić Heliosa - słońce, Selene - księżyc i Eos - jutrzenkę. Oboje mieli więc w perspektywie całkiem sporo obowiązków rodzicielskich, dlatego nie okazali żadnego zainteresowania planami pozbycia się Uranosa przez matkę.
Gaja załamała ręce. Jej pozbawione ikry i charakteru potomstwo nie chciało wypełnić, jak jej się wydawało, swego boskiego przeznaczenia. Odrazą napełnił ją poza tym widok własnych dzieci rozkochanych w sobie nawzajem i przywiązanych do domowych pieleszy. Ruszyła więc do Fojbe, najbardziej inteligentnej z całej dwunastki, istoty o niezwykle wnikliwym umyśle. Już od najmłodszych lat znać było, że Fojbe ma dar przepowiedni.
- Och, nie, Matko Ziemio - odparła, gdy usłyszała plan Gai. - Nie mogę wziąć udziału w takim spisku. Nic dobrego z niego nie wyniknie. A poza tym jestem brzemienna...
- A niech cię szlag - zaklęła wściekle Gaja. - Z kim? Pewnie z Kojosem?
Miała rację, brat Fojbe, Kojos, był zaiste małżonkiem swojej siostry. Gaja, coraz bardziej rozgniewana, ruszyła dalej, by złożyć wizytę pozostałemu potomstwu. Z pewnością któreś z nich będzie umiało stawić czoło wyzwaniu? Odwiedziła Temidę, która w przyszłości miała być wszędzie uznawana za ucieleśnienie sprawiedliwości i mądrej rady9, a Temida mądrze poradziła matce, by nie krzywdziła Uranosa. Gaja wysłuchała uważnie mądrej rady i - tak jak robimy wszyscy, śmiertelni i nieśmiertelni - zignorowała ją. Postanowiła za to sprawdzić siłę charakteru swojego syna Kriosa, który pojął za małżonkę Eurybię, córkę Gai i Pontosa.
- Zabić ojca? - Krios wpatrywał się w matkę z niedowierzaniem. - Ale... Jak to...? Znaczy... dlaczego? Znaczy...?
- Co będziemy z tego mieli, matko? - zapytała Eurybia, znana z tego, że serce miała z kamienia.
- Och, po prostu świat i wszystko, co w nim istnieje - odparła Gaja.
- Do podziału z tobą?
- Do podziału ze mną.
- Nie! - odparł Krios. - Odejdź, matko.
- Warto się nad tym zastanowić - zauważyła Eurybia.
- To zbyt niebezpieczne - upierał się Krios. - Zabraniam.
Gaja odwróciła się na pięcie i burcząc wściekle, ruszyła do swojego syna Japeta.
- Japecie, chłopcze ukochany. Zniszcz potwora Uranosa i rządź razem ze mną!
Okeanida Klimene, która urodziła Japetowi dwóch synów, a w łonie nosiła kolejnego, wystąpiła naprzód.
- Jaka matka może prosić o taką przysługę? Zabić własnego ojca to dla syna najprzeraźliwsza zbrodnia. Cały kosmos by krzyczał.
- Muszę się zgodzić z Klimene, matko - przytaknął Japet.
- Przeklinam was i wasze dzieci - wycedziła Gaja.
Przekleństwo z ust matki jest strasznym ciężarem. Zobaczymy jeszcze, jaki los spotka dzieci Japeta i Klimene, Atlasa, Epimeteusza i Prometeusza.
Rea, poproszona przez matkę jako jedenasta z rodzeństwa, odparła, że nie weźmie udziału w jej planie, ale - wznosząc w górę ręce, żeby zatrzymać wściekły potok przekleństw z ust Gai - zasugerowała, że pomysł obalenia ojca może się spodobać jej bratu Kronosowi, ostatniemu z dwunastki silnych, pięknych dzieci Gai. Ona sama słyszała wielokrotnie, jak Kronos przeklinał Uranosa i jego rządy.
- Naprawdę?! - wykrzyknęła Gaja. - Tak mówisz? No, a gdzie jest Kronos?
- Pewnie wałęsa się gdzieś po pieczarach Tartaru. Świetnie się z Tartarem dogadują. Obaj są posępni. Zmienni w nastrojach. Szaleni. Wspaniali. Okrutni.
- Na niebiosa, nie mów mi tylko, że się kochasz w Kronosie...
- Szepnij mu o mnie dobre słowo, mamo, proszę! Z niego jest taki marzyciel. Te jego czarne oczy pełne błyskawic. Te brwi jak dwa pioruny. Te długie chwile, gdy zapada w milczenie...
Gaja zawsze myślała, że długie okresy milczenia jej najmłodszego potomka wynikają po prostu z niezbyt bystrego intelektu, ale rozsądnie powstrzymała się od tej uwagi. Zapewniła Reę, że oczywiście powie o niej Kronosowi wiele ciepłych słów, i pośpieszyła w dół, hen, aż do pieczar Tartaru, żeby odnaleźć syna.
Gdyby z niebios zrzucić kowadło z brązu, spadałoby na ziemię dziewięć dni. Gdyby to kowadło zrzucić z ziemi, kolejne dziewięć dni leciałoby do Tartaru. Innymi słowy ziemia znajduje się połowie drogi między niebem a Tartarem. Czyli Tartar jest tak samo odległy od ziemi, jak ziemia od nieba. Tartar był wtedy głębokim, przepastnym miejscem. Ale nie był też po prostu miejscem - pamiętajcie, że Tartar również był pierwotnym stworem, zrodzonym z Chaosu w tym samym czasie co Gaja. Kiedy zatem Gaja zbliżyła się do niego, przywitali się, jak przystoi członkom rodziny.
- Gaju, przytyłaś.
- A ty wyglądasz okropnie.
- Czego tu w ogóle szukasz, tak głęboko pod ziemią?
- Ucisz się na chwilę, to ci powiem...
Te zgryźliwe wymiany zdań nie powstrzymają ich w przyszłości od spółkowania i wydania na świat Tyfona - najstraszniejszego, najbardziej krwiożerczego ze wszystkich potworów10. Ale na razie Gaja nie była w nastroju do amorów ani do dalszych zgryźliwości.
- Posłuchaj. Mój syn Kronos... jest tu gdzieś?
Jej brat wydał zrezygnowany jęk.
- O, na pewno gdzieś tu jest. Powiedz mu, żeby lepiej zostawił mnie w spokoju. Całe dnie nic, tylko ciągle kręci się gdzieś w pobliżu i z rozdziawioną gębą wpatruje się we mnie cielęcym wzrokiem. Chyba się we mnie zakochał czy coś. Zaczął się czesać tak samo jak ja i bez przerwy tęsknie podpiera drzewa i skały. Wygląda na nieszczęśliwego i niezrozumianego, jakby pozował komuś do obrazu, czy jak? Kiedy nie spogląda za mną smętnie, wpatruje się w tamten strumień lawy. O, właśnie go tam widzę, patrz. Idź i przemów mu do rozumu.
Gaja poszła do syna.
Żeby nie było wątpliwości, Kronos (czy też Cronus, jak czasem lubił się snobistycznie przedstawiać) raczej nie był zbolałym, wrażliwym emo-młodzieńcem, jakim odmalowali go Rea i Tartar. Był najsilniejszym przedstawicielem niewyobrażalnie potężnej rasy. Owszem, był przystojny chmurną urodą i rzeczywiście kapryśny i pełen humorów. Gdyby wtedy istniały te przykłady, porównywano by go może do najgłębiej zamyślonego Hamleta, do Jakuba11 w chwilach wielkiej melancholii, albo do Konstantego z Mewy z domieszką Morrisseya. Było w nim też jednak coś z Makbeta i całkiem sporo z Hannibala Lectera - jak zresztą jeszcze zobaczymy.
Kronos jako pierwszy odkrył, że milczące zamyślenie często brane jest za oznakę siły, mądrości i władczości. Był najmłodszy z dwunastki rodzeństwa i od dzieciństwa nienawidził ojca. Zabójcza zazdrość i żale do Uranosa już go wręcz zatruwały i mąciły mu zmysły, ale dotąd udawało się ukrywać przed wszystkimi, jak bardzo nienawidzi ojca. Przed wszystkimi oprócz uwielbiającej go siostry Rei, jedynej z całej rodziny, z którą Kronos czuł się swobodnie i był sobą.
Kiedy z Gają pięli się z powrotem w górę z głębin Tartaru, matka sączyła mu w ucho jeszcze więcej jadu, a Kronos słuchał uważnie.
- Uranos jest okrutny. Opętał go szał. Boję się o nas oboje, ukochany synu. Chodź, chłopcze, chodź. - Gaja prowadziła Kronosa na górę Otrys.
Pamiętacie dziwny, przerażający twór, który wykuła z kamienia i ukryła w górskiej rozpadlinie? Teraz zaprowadziła tam Kronosa i pokazała mu swoje dzieło.
- Podnieś. No, śmiało.
Czarne oczy Kronosa roziskrzyły się, kiedy patrzył na przedziwny wytwór matczynych rąk i powoli zaczynał rozumieć, czym jest ten przedmiot.
Był to sierp, ogromny półksiężyc. Jego wygięte ostrze Gaja wykuła z adamantynu - mieszanki szarego krzemienia, granitu, diamentu i ofiolitu. Adamantyn znaczy "nieustępliwy", a powstały z niego sierp był idealnie ostry. Mógł przeciąć dosłownie wszystko.
Kronos podniósł sierp lekko jak piórko. Ważył go chwilę w dłoni, badał ciężar, chwyt, zamachnął się nim raz czy dwa. Gaja uśmiechnęła się, słysząc, jak sierp ze świstem tnie powietrze.
- Kronosie, synu mój - rzekła - musimy się wstrzymać i zaczekać, aż Hemera i Eter zanurzą się wodach na zachodzie, a Ereb i Nyks będą gotowi skryć świat w ciemnościach...
- Chcesz powiedzieć, że mamy czekać do wieczora? - Kronos był niecierpliwy. Brakowało mu romantyzmu i zrozumienia poezji.
- Tak. Do szarej godziny. Wtedy twój ojciec przyjdzie do mnie jak zawsze. Lubi...
Kronos przerwał jej krótkim ruchem głową. Nie chciał poznawać szczegółów miłosnych igraszek rodziców.
- Schowaj się tutaj, w tej rozpadlinie, gdzie ukryłam sierp. Kiedy usłyszysz, że Uranos mnie pokrywa, że coraz głośniej ryczy z rozkoszy i namiętnie jęczy, zadaj cios.
Jak przewidziała Gaja, po dwunastu godzinach zabawy Hemera i Eter - Dzień i Światło - zmęczyli się i powoli odeszli na zachód, zanurzając się w morzu. W tym samym czasie Nyks zsunęła swój czarny woal i razem z Erebem zarzucili go na cały świat jak migotliwą czarną serwetę.
Kiedy Kronos z sierpem w dłoniach czekał w rozpadlinie, wszelkie stworzenie wstrzymało oddech. Mówię "wszelkie stworzenie", bo Uranos, Gaja i ich dzieci nie byli jedynymi istotami, które zdążyły się rozmnożyć. Inni też wydawali na świat liczne potomstwo, w czym zdecydowanie wiedli prym Ereb i Nyks. Mieli wiele dzieci, część strasznych, część prześlicznych, a jeszcze inne - godne podziwu. Widzieliśmy już, jak Nyks urodziła Erebowi Hemerę i Etera. Ale potem, już bez pomocy Ereba, wydała na świat Morosa, czyli Wyrok, który miał siać największy postrach ze wszystkich bóstw. Wyrok przychodził do wszelkiego stworzenia, śmiertelnego i nieśmiertelnego, ale zawsze pozostawał w ukryciu. Nawet nieśmiertelni lękali się Wyroku i jego wszechpotężnego, wszechwiedzącego panowania nad kosmosem.
Po Morosie przyszło na świat całe stadko potomstwa, jedno po drugim, jak potężna inwazja z powietrza. Najpierw pojawiła się Apate, Zdrada, którą Rzymianie nazywali Fraus (i od niej pochodzą angielskie słowa fraud, fraudulent i fraudster12). Przemknęła szybko na Kretę i tam czekała stosownej chwili. Następny urodził się Geras, Starość. Wcale nie był siejącym postrach demonem, jak go sobie dzisiaj wyobrażamy. Chociaż Geras zabierał jędrność, młodość i gibkość, Grecy uważali, że odpłacał z nawiązką, przekazując dostojeństwo, mądrość i poważanie. Rzymianie nazywali go Senectusem, a jego imię ma wspólny rdzeń ze słowami "senior" i "senat". W następnej kolejności przyszły na świat upiorne bliźnięta: Oizys (łacińska Miseria), bogini niedoli, przygnębienia i trosk, oraz jej okrutny braciszek Momos, złośliwe uosobienie szyderstwa, pogardy i obwiniania?13.
Dla Nyks i Ereba była to dopiero rozgrzewka. Ich kolejne dziecko, Eris (Discordia), Niezgoda, odpowiadało za wszelkie waśnie, podziały, bójki, potyczki, walki, bitwy i wojny. To Eris złośliwie ofiarowała w ślubnym prezencie legendarne jabłko niezgody, które stało się przyczyną wojny trojańskiej, choć do tego wielkiego zbrojnego starcia miało dojść dopiero w dalekiej przyszłości. Siostra Niezgody, Nemesis, ucieleśniała Odwet, bezwzględną siłę kosmicznej sprawiedliwości, która karze butną, nadmierną ambicję - wadę charakteru nazywaną przez Greków hubris. Nemesis miała cechy wspólne ze wschodnim pojęciem karmy, a dzisiaj używamy jej imienia dla określenia nieuchronnego odwrócenia losu, jaki pewnego dnia spotka ludzi wyniosłych i złych - ta właśnie siła sprowadzi na nich upadek. Można powiedzieć, że Holmes był nemesis Moriarty'ego, Bond - Blofelda, a Jerry - Toma14.
Ereb i Nyks wydali na świat także Charona, który miał zyskać wątpliwą sławę z chwilą przyjęcia obowiązków przewoźnika zmarłych. Urodził im się też Hypnos, personifikacja Snu. Jak również Oneroi - tysiące istnień, które miały tkać senne marzenia i przynosić je śpiącym. Pośród tych Oneroi, których imiona znamy, byli Fobetor, bóg koszmarów sennych, oraz Fantasos, odpowiedzialny za senne fantazje. Obaj działali pod nadzorem syna Hypnosa, Morfeusza, którego samo imię przywodzi na myśl morfowanie, płynną zmianę kształtów w świecie snów?15. "Morfina", "fantazja", "hipnotyczny", "onejromancja" (sztuka interpretacji snów) oraz wiele innych słownych pochodnych greckich bóstw snu przetrwało w naszym języku. Brat Snu, Tanatos, Śmierć, przyniósł nam słowo "eutanazja", czyli "dobra śmierć". Rzymianie nazywali go Mors i to od niego pochodzą angielskie słowa mortals, mortuaries i mortifiation?16.
Te nowo zrodzone istoty, potwornie obrzydliwe i przerażające, odcisnęły na wszelkim stworzeniu nieuniknione piętno, tak już bowiem jest, że gdy świat daje nam coś godnego uwagi, zawsze chowa w zanadrzu okrutne tego przeciwieństwo.
Były jednak trzy urocze wyjątki17: piękne siostry Hesperydy - nimfy zachodu, córy wieczoru. Codziennie obwieszczały bliskie nadejście swoich rodziców, Ereba i Nyks, ale czyniły to, roztaczając nad światem ciepły, złoty zmierzch, a nie budzącą lęk czarną noc. Ich porę operatorzy filmowi nazywają "złotą godziną", kiedy światło jest najpiękniejsze i najbardziej urzekające.
Takie zatem potomstwo mieli Nyks i Ereb, którzy właśnie okrywali ziemię ciemnością nocy, a Gaja leżała, czekając na swojego męża, z nadzieją, że to już ostatni raz. Kronos zaś zerkał z ukrycia w mroku rozpadliny na zboczu góry Otrys i mocno zaciskał dłonie na wielkim sierpie.
Nareszcie Gaja i Kronos usłyszeli od zachodu łoskot ciężkich kroków i poczuli, jak trzęsie się od nich ziemia. Zadrżały liście na gałęziach. Kronos jednak trwał niewzruszony w swojej kryjówce. Był gotów.
- Gaju! - ryknął Uranos, nadchodząc. - Przygotuj się! Dzisiaj spłodzimy coś znacznie lepszego od sturękich mutantów i jednookich dziwadeł...
- Chodź do mnie, wspaniały mój synu, boski mężu! - odkrzyknęła Gaja, pokazując, że jest gotowa na swawole, co Kronosowi wydało się w bardzo złym guście.
Po budzących grozę odgłosach boskich mlasków, jęków i lubieżnych klapsów zorientował się, że ojciec próbuje czegoś w rodzaju gry wstępnej.
W swojej mrocznej niszy Kronos wziął pięć głębokich oddechów. Ani przez moment nie zastanawiał się nad moralnością swoich zamiarów, był skupiony wyłącznie na taktyce i na wybraniu odpowiedniej chwili. Nabrał głęboko powietrza, podniósł olbrzymi sierp, szybko wyszedł z kryjówki i stanął obok rodziców.
Uranos, który właśnie miał się położyć się na ciele Gai, zaskoczony poderwał się na równe nogi i ryknął gniewnie. Kronos podszedł do niego opanowanym krokiem, wziął wielki zamach i z impetem opuścił sierp. Ostrze zakreśliło w powietrzu wielki łuk i równo odcięło genitalia Uranosa.
Cały kosmos usłyszał oszalały wrzask boga nieba, krzyk bólu, cierpienia i wściekłości - najgłośniejszy i najbardziej przerażający dźwięk w całej krótkiej historii stworzenia. Wycie Uranosa napełniło lękiem wszystkie żywe istoty.
Z niegodnym okrzykiem triumfu Kronos pochwycił ociekające krwią trofeum, nim upadło na ziemię.
Zwijając się z niewyobrażalnego bólu, Uranos zawył:
- Kronosie, mój nikczemny potomku, najnikczemniejszy z całego stworzenia! Najpodlejsza z istot, potworniejsza niż budzący wstręt cyklopi i odrażający hekatonchejrowie, tymi oto słowy przeklinam cię. Niech twe dzieci sprowadzą na ciebie upadek, jak ty sprowadziłeś na mnie.
Kronos spojrzał na leżącego ojca. Czarne oczy syna były idealnie puste, ale usta wykrzywił mu zły uśmiech.
- Nie masz już mocy, żeby mnie przeklinać, tato. Twoją moc trzymam w rękach.
Bawił się, podrzucając przed ojcem swój przerażający łup - rozerwany, lepki od krwi, śliski od cieknącego nasienia. Ze śmiechem zamachnął się i cisnął genitalia Uranosa hen, daleko. Poleciały przez greckie równiny i jeszcze dalej, nad okryte ciemnością morze. Kronos, Uranos i Gaja, cała ich trójka, patrzyli, jak organy Uranosa znikają im z oczu nad wodami.
Kronos zdziwił się, gdy spojrzał znowu na matkę i zobaczył, że Gaja w przerażeniu zakryła usta dłonią. Z jej oczu płynęły łzy.
Kronos wzruszył ramionami. Nic go to nie obchodziło.
W tym czasie rozmnażanie się było jedynym celem pierwotnych bóstw, które zamieszkiwały wszelkie dzieło stworzenia. Nieśmiertelni poświęcali się temu z całą energią, a świat został obdarzony zadziwiającą mocą płodności. Glebę pobłogosławiła taka żyzność, że nawet zasadzony ołówek okryłby się kwieciem. Tam więc, gdzie spadła boska krew, życie wręcz musiało wyrosnąć.
Choć Uranos był mordercą, typem okrutnym, zachłannym i niszczącym, był też mimo wszystko panem stworzenia. Okaleczając go i pozbawiając męskości, jego syn popełnił najstraszniejszą zbrodnię przeciw kosmosowi.
Może wcale nie powinno dziwić to, co stało się potem.
Wykastrowany Uranos leżał w wielkiej kałuży krwi, która rozlała się z jego okaleczonego krocza. Gdy lepka wilgoć wsiąkła w ziemię, wyłoniły się z niej żywe istoty.
Z przesiąkniętej krwią gleby jako pierwsze wydostały się Erynie, które my będziemy nazywać Furiami - Alekto (bezwzględność), Megajra (szał zazdrości) i Tyzyfona (zemsta). Być może te mściwe istoty wyłoniły się z ziemi za sprawą nieświadomego pragnienia Uranosa. Od chwili ich chtonicznych narodzin - czyli narodzin z ziemi - już po wsze czasy miały karać największe, najstraszniejsze zbrodnie. Furie nieustępliwie ścigały odtąd złoczyńców i nie spoczęły, aż winni zapłacili w pełni za swoje występki. Erynie siekły winowajców okrutnymi metalowymi biczami, odrywając ciało od kości. Grecy z typową dla siebie ironią nazywali te mścicielki Eumenidami (łaskawymi).
Po nich z gleby wyszli Giganci. Zawdzięczamy im, oprócz synonimu olbrzyma, przedrostek "giga". Giganci, choć z pewnością dysponowali kolosalną siłą, wcale nie byli istotami większej postury niż ich przyrodnie rodzeństwo18.
Na sam koniec ze straszliwego bólu i upadku Uranosa zrodziły się meliady, pełne wdzięku nimfy, mające pełnić rolę strażniczek jesionu, którego kora wydzielała słodką, leczniczą mannę?19.
Kiedy wszystkie te istoty wyłoniły się nieoczekiwanie z przesiąkłej krwią ziemi, Kronos wpatrywał się w nie z odrazą, a potem przegonił je, groźnie wymachując sierpem. Następnie zwrócił się do Gai.
- Przyrzekłem ci, Matko Ziemio - powiedział - że uwolnię cię od potwornego bólu. Nie ruszaj się teraz.
Wziął jeszcze jeden zamach sierpem i rozciął ciało Gai. Z jej boku wypadli cyklopi i hekatonchejrowie. Kronos spojrzał na oboje swoich rodziców, zakrwawionych, dyszących i warczących wściekle jak zranione zwierzęta.
- Nie będziesz już więcej pokrywał Gai - zwrócił się do ojca. - Skazuję cię na wieczne wygnanie pod ziemię, w mroki nawet głębsze niż Tartar. Na te otchłanie zachowaj swoje złe humory i żyj tam na wieki wykastrowany i bezsilny.
- Przeliczyłeś się - wycedził Uranos. - Dosięgnie cię zemsta. Przeklinam twoje życie, niech się ciągnie w nieskończoność, powoli i bezlitośnie, niech ci będzie przeraźliwym ciężarem, któremu nie będzie końca, aż po wsze czasy. Twoje własne dzieci obalą cię, tak jak...
- Jak ja ciebie, tak, wiem. Przekonamy się.
- Ciebie, braci twoich i siostry, przeklinam was wszystkich, wytężacie siły, ale wybujałe ambicje doprowadzą was do upadku.
"Wytężający siły", czyli tytani - taki tytuł rezerwujemy dziś dla Kronosa, jego jedenaściorga rodzeństwa oraz większości ich potomstwa. Choć Uranos użył określenia "tytani" jako obelgi, los chciał, że przez wieki słowo to nabrało dostojeństwa i godności. Również dzisiaj nikt nie obraziłby się, gdyby go nazwano tytanem.
Na przekleństwa ojca Kronos tylko pogardliwie się uśmiechnął i sierpem zapędził okaleczonego Uranosa do Tartaru, razem z dopiero co uwolnionymi swoimi braćmi-mutantami. Hekantochejrów i cyklopów uwięził w pieczarach, ale ojca ukrył jeszcze głębiej, jak najdalej od swojego niebieskiego dominium20.
Głęboko pod powierzchnią ziemi, która kiedyś go kochała, kipiąc gniewem, wściekłością i marząc o zemście, całą swoją furię i boską moc Uranos przelał w złoża pewnej podziemnej kopaliny. Miał nadzieję, że któregoś dnia ktoś ją wydobędzie i spróbuje okiełznać promieniującą z niej niewyczerpaną energię. Oczywiście było to wykluczone. Bo zbyt niebezpieczne. Rasa na tyle nierozważna, by próbować uwolnić moc uranu, musiała się dopiero narodzić, prawda?
Powróćmy teraz do wielkiego łuku na nieboskłonie zatoczonego przez odcięte gonady Uranosa. Pamiętacie, że Kronos cisnął klejnoty ojca daleko przez morze.
Teraz możemy się im przyjrzeć. Spadają w pobliżu jońskiej wyspy Kithira, rozbryzgują wodę, odbijają się od niej, aż w końcu opadają i częściowo toną w falach. Wloką za sobą wielkie sznury nasienia jak wstążki latawca. Tam, gdzie uderzyły w wodę, powierzchnia morza toczy wściekłą pianę. Cała woda wrze i kipi. Coś się z niej wynurza. Z ojcobójczej kastracji, z tej grozy, z chorej ambicji musi chyba powstawać coś niewyobrażalnie ohydnego, coś strasznego, budzącego przerażenie i wstręt, jakaś zapowiedź wojny, rozlewu krwi, cierpienia?
Wir krwi i spermy burzy się, buzuje i bulgocze. W rozbryzgach morskiej wody i nasienia z fal wyłania się czubek głowy, potem czoło, a w końcu twarz. Ale co to za twarz?
Tak pięknego oblicza świat jeszcze nie widział. To nie tylko twarz bajecznej istoty - to Piękno we własnej osobie. Cała jego postać w pełni nabrała już teraz kształtu z morskiej piany. Po grecku słowa "z piany" można oddać mianem Afrodyta, i tak brzmi imię istoty, która w tej właśnie chwili unosi się nad rozbryzgami kropel. Stoi skromnie na dużej muszli, na jej wargach błąka się łagodny uśmiech. Afrodyta powoli schodzi na ląd na jednej z plaż Cypru. Gdzie tylko jej stopa dotknie ziemi, tam rozkwitają kwiaty i wirują roje motyli. Wokół jej głowy fruwają ptaki, wyśpiewując pełne zachwytu, radosne trele. Miłość i Piękno doskonałe właśnie przybyły na ziemię i świat już nigdy nie będzie taki sam.
Rzymianie nazwali ją Wenus, a jej narodziny i przypłynięcie do brzegu Cypru na wielkiej muszli najpiękniej przedstawił Botticelli na swoim niezapomnianym obrazie.
Zostawmy Afrodytę urządzającą się na Cyprze i wróćmy do Kronosa, który wyruszył teraz w drogę powrotną na powierzchnię ziemi z mrocznych pieczar Tartaru.
Kiedy Kronos dotarł na górę Otrys, na szczycie czekała na niego jego siostra Rea. Widok chmurnie pięknego brata z ociekającym krwią sierpem w dłoni bezgranicznie ją zachwycił.
Kronos w pełni ustanowił swoją władzę: nikt z jego braci-tytanów i sióstr-tytanek nie ośmielał się już podważać jego decyzji. Jego ojciec został pozbawiony wszelkiej mocy, a Gaja wycofała się do swojej dziedziny i w żadnych innych wydarzeniach nie brała odtąd udziału. Odkryła, że wcale jej nie cieszy krwawe obalenie Uranosa, choć sama do niego doprowadziła. Co prawda nie utraciła swojej siły, autorytetu i wysokiego statusu Matki Ziemi i przodkini wszechrzeczy, ale nie szukała już kontaktu z innymi i nie łączyła się w pary. Teraz panem był Kronos. Po wystawnej uczcie, podczas której śpiewano, a właściwie ryczano pozbawione melodii hymny pochwalne opiewające jego wielkie dokonania - pozbawienie męskości i obalenie Uranosa - Kronos zwrócił się do spłonionej, drżącej Rei i odciągnął ją na bok, żeby uprawiać z nią miłość.
Rea znowu nie posiadała się ze szczęścia. Odegrała swoją rolę i pomogła uwielbianemu bratu osiągnąć panowanie nad wszelkim stworzeniem. A teraz się połączyli. Co więcej, z czasem poczuła w łonie ruchy dziecka. Dziewczynki, była tego pewna. Jej szczęścia nie przesłaniał najmniejszy cień.
Kronos natomiast... zawsze posępny, stał się teraz jeszcze bardziej ponury. Coś go gnębiło. W głowie nieustannie słyszał słowa ojca: "Twoje własne dzieci obalą cię, jak ty obaliłeś mnie".
Mijały tygodnie i miesiące, a pełen złych przeczuć Kronos przyglądał się, jak brzuch Rei rośnie i nabrzmiewa.
"Twoje własne dzieci... Twoje własne dzieci...".
Gdy nadszedł dzień rozwiązania, Rea legła w niszy na górze - w tej samej skalnej rozpadlinie, w której Gaja schowała sierp i gdzie ukrył się Kronos. Tam urodziła piękną dziewczynkę, której nadała imię Hestia.
Ledwie wyrzekła imię córki, zjawił się Kronos, wyrwał niemowlę z ramion matki i połknął je w całości. Zaraz potem odwrócił się i odszedł, nawet bez czkawki. Zostawił Reę wstrząśniętą do granic.
Kronos był teraz panem ziemi, morza i nieba, a sierp stanowił symbol jego władzy. Jego berło. Od Gai Kronos przejął ziemię, od Uranosa - niebo. Panowanie nad morzem zagarnął dla siebie, rzucając straszne groźby wobec Pontosa i Talassy oraz swojego rodzeństwa, Okeanosa i Tetydy. Nie ufał nikomu i rządził samotnie.
Nadal jednak znajdował przyjemność w spółkowaniu z Reą, a ona dalej go przyjmowała, kochając beznadziejnie i wierząc, że popełniona przez niego potworność, pożarcie pierworodnej córki, była występkiem, który już się nie powtórzy.
Nie miała jednak racji. Chłopca imieniem Hades, ich kolejne dziecko, Kronos pożarł w taki sam sposób. A potem kolejną dziewczynkę, Demeter. Potem Posejdona, drugiego syna, i jako ostatnią - trzecią córkę, Herę. Wszystkie dzieci połknął w całości i gładko, jak my przełykamy ostrygę czy łyżkę konfitur.
Kiedy Kronos pożarł Herę, swoje piąte dziecko, miłość Rei do męża zmieniła się w nienawiść. Kiedy tej samej nocy chwycił żonę i znowu z nią legł, Rea przysięgła sobie, że jeśli będzie brzemienna, Kronos nigdy nie dostanie jej szóstego dziecka. Ale jak niby miałaby temu zapobiec? Jej mąż był wszechmocny.
Pewnego ranka Rea obudziła się i poczuła znane sobie mdłości. Była przy nadziei. Boska intuicja podpowiedziała jej, że szóstym dzieckiem będzie chłopiec.
Rea zeszła z Otrysu i ruszyła na poszukiwania swojej matki i ojca. Chociaż sama przyczyniła się do ich upadku, nadal, jak każda córka, ufała w mądrość i dobrą wolę rodziców. Wiedziała poza tym, że ich gniew na nią był niczym przy żywej nienawiści, jaką pałali do Kronosa.
Przez trzy dni wołała Gaję i Uranosa, a jej głos niósł się po wzgórzach i pieczarach świata.
- Matko Ziemio, Ojcze Niebie, usłyszcie swą córkę i przyjdźcie jej z pomocą! Syn, który was okaleczył i wygnał, stał się najstraszniejszym potworem, najbardziej krwiożerczym zwyrodnialcem na świecie. Pożarł już pięcioro waszych wnuków. Noszę w łonie jeszcze jedno dziecko, gotowe rychło przyjść na świat. Pokażcie, jak je ocalić. Pokażcie, błagam, a wychowam je, by czciło was po wsze czasy.
Głęboko pod ziemią rozległ się potworny łoskot. Ziemia zatrzęsła się pod stopami Rei. Dobiegł ją straszliwy ryk Uranosa, ale wśród tego krzyku Rea usłyszała też łagodny głos matki Gai.
Razem, we troje, uknuli zmyślny plan.
Aby wprowadzić ten plan w życie, Rea udała się na Kretę. Chciała tam porozmawiać z kozą Amalteą. Po krzepiącym spotkaniu z Amalteą spotkała się też z mieszkającymi na wyspie meliadami, łagodnymi, dobrotliwymi nimfami rodzącego mannę jesionu. Jeśli pamiętacie, meliady wyłoniły się z ziemi przesiąkniętej krwią Uranosa razem z Furiami i gigantami. Zadowolona z obrotu spraw na Krecie Rea wróciła na górę Otrys, żeby przygotować się do narodzin dziecka.
Kronos widział już teraz, że żona jest brzemienna, i wyglądał tego dnia, kiedy w spokoju będzie mógł pożreć szóstego potomka. W głowie dźwięczała mu nieustannie przepowiednia Uranosa, a nie zamierzał w żadnym razie ryzykować. Kronos, ten pra-Stalin, wpadał w coraz większą paranoję, bo despotów i uzurpatorów zawsze niszczy obłędny lęk.
Gaja powiedziała Rei o pewnym kamieniu, który leżał na wzgórzu nieopodal Otrysu - o głazie z czystego magnetytu21, akurat odpowiednio dużym dla ich celów. Kamień był gładki i miał kształt wielkiego ziarna fasoli.
Rankiem Kronos lubił przechadzać się po Grecji od jej krańca do krańca. Odwiedzał przy tym każdego brata-tytana i siostrę-tytankę, pozornie po to, by uzgadniać z nimi różne sprawy, a tak naprawdę, żeby sprawdzać, czy przeciw niemu nie knują. Kiedy Rea była pewna, że Kronos jest akurat na wybrzeżu, w odwiedzinach u Okeanosa i Tetydy, poszła na opisane przez Gaję miejsce, odnalazła kamień i zabrała go do siebie, na górę Otrys. Plan powoli się urzeczywistniał.
Pewnego dnia, kiedy Kronos przebywał gdzieś na tyle blisko, by mógł ją usłyszeć, ale dostatecznie daleko, by powrót zajął mu trochę czasu, Rea udała, że rozpoczął się poród. Jej coraz głośniejsze krzyki rozdzierały powietrze, potem zapadła nagle chwila ciszy, aż w końcu rozległ się udawany, najlepiej, jak potrafiła, płacz niemowlęcia chwytającego pierwszy oddech.
Kronos oczywiście się zjawił. Na Reę padł jego cień.
- Oddaj mi dziecko - nakazał.
- Panie mój i mężu. - Rea posłała mu błagalne spojrzenie. - Naprawdę nie pozwolisz mi tego dziecka zatrzymać? Spójrz na nie, takie słodkie, takie niewinne. Takie niegroźne.
Śmiejąc się gburowato, Kronos wyrwał zawiniątko z ramion Rei i połknął je w całości razem z becikiem. Trafiło gładko do żołądka jak inne pożarte dzieci. Kronos uderzył się w pierś raz, potem drugi, beknął głośno i odszedł, zostawiając zrozpaczoną żonę w strumieniach łez.
Gdy się oddalił, Rea przestała płakać. Szloch ustąpił miejsca ledwo tłumionemu wybuchowi radości i śmiechu.
Kiedy Rea w końcu opanowała emocje, wstała z posłania, zeszła z góry i ruszyła na Kretę tak szybko, jak tylko mogła z brzuchem tuż przed rozwiązaniem.
Poród na Krecie przebiegł łatwo. Pod troskliwą opieką kozy Amaltei oraz meliad Rea przygotowała się do narodzin syna w bezpiecznym schronieniu w jaskini na zboczu góry Ida. Tam na świat przyszedł nieziemsko piękny chłopiec. Dała mu imię Zeus.
Podobnie jak wcześniej Gaja, która z pomocą najmłodszego potomka, Kronosa, zemściła się na swoim synu i mężu, Uranosie, tak teraz Rea przysięgła, że wychowa najmłodszego syna, by doprowadził do upadku jej męża i brata Kronosa. Żądza krwi, zachłanność i zbrodnia, które naznaczyły początek świata, miały się powtórzyć w kolejnym pokoleniu, zataczając straszliwe koło.
Rea wiedziała, że musi wrócić na Otrys, nim Kronos zauważy jej nieobecność i zacznie coś podejrzewać. Z meliadami postanowiły, że koza Amaltea wykarmi dziecko tłustym, odżywczym mlekiem, nimfy natomiast będą mu dawać słodką, pożywną mannę, która sączyła się z ich jesionu. W ten sposób młody Zeus będzie mógł zdrowo rosnąć na Krecie i nabierać sił. Rea miała go odwiedzać tak często, jak będzie mogła, żeby go uczyć sztuki zemsty.
Tak brzmi najlepiej znana wersja tej historii, istnieje jednak wiele wersji opowieści o tym, w jaki sposób Zeus zdołał uniknąć odkrycia przez potężnego Kronosa, boga ziemi, niebios i morza. Jedna z nich głosi, że nimfa imieniem Adamantea zwiesiła Zeusa w beciku z drzewa na linie. Zawieszony między ziemią, morzem i niebem, pozostawał poza zasięgiem wzroku swojego ojca. Obraz to godny Dalego - dziecię, w przyszłości najpotężniejsza ze wszystkich istot, ślini się, gaworzy i grucha, zawieszone między żywiołami, nad którymi kiedyś będzie sprawować rządy.
Kronos nie miał pojęcia, że na Krecie dorasta jego syn, karmiony mlekiem kozy i manną, i że z każdym dniem staje się coraz silniejszy. Zeus nauczył się chodzić, mówić i rozumieć otaczający go świat. Kronos tymczasem wezwał na Otrys swoje rodzeństwo - tytanów i tytanki - aby odnowić z nimi przysięgę wierności i posłuszeństwa.
- Teraz ten świat należy do nas - rzekł im. - Los nie dał mi dzieci, chciał bowiem, abym jako bezdzietny władca lepiej sprawował rządy. Ale wy czyńcie swój obowiązek. Rozmnażajcie się! Zapełnijcie świat rasą tytanów. Wychowajcie dzieci na bezwzględnie mi posłuszne, a ja nadam wam ziemie i prowincje we władanie. A teraz pokłońcie się przede mną.
Tytani nisko pochylili głowy, a Kronos mruknął z zadowoleniem - tylko w taki sposób umiał wyrażać wielkie szczęście. Zdołał oto ujść przed mściwą przepowiednią ojca. Nareszcie mogła nastać trwająca po wsze czasy era tytanów.
Kronos pomrukiwał z zadowolenia, ale Moros, uosobienie Przeznaczenia i Zguby, zawsze się uśmiechał na widok nadmiernie pewnych siebie władców tego świata. Wiedział, że na Krecie rośnie silny i zdrowy Zeus. Syn Kronosa stawał się powoli najmocarniejszym i najpiękniejszym młodzieńcem na całym świecie - promieniał taką urodą, że patrzenie na niego sprawiało innym ból22. Dzięki dobroczynnej mocy koziego mleka i pożywnej mannie miał mocne kości, gładką cerę, błyszczące oczy i lśniące włosy. Z chłopca, greckiego pais, zmienił się w nastolatka, ephebos, potem w młodzieńca, kouros, a następnie, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, stał się godnym uwagi pełnoletnim mężczyzną?23. Jego brodę i policzki porastał miękki puch, zaczątki potężnej, imponującej brody, która w przyszłości miała stać się jego znakiem rozpoznawczym. Biła od niego pewność siebie i otaczała go naturalna aura władzy, właściwa urodzonym przywódcom. Prędzej wybuchał śmiechem niż złością, ale kiedy coś go wzburzyło, jego gniew budził lęk w każdej żywej istocie.
Od małego umiał się cieszyć życiem?24, ale miał też siłę charakteru, która wzbudzała respekt nawet u jego matki. Niektórzy zaświadczali wręcz, że dzięki mleku Amaltei nabrał z biegiem lat nadzwyczajnych umiejętności. Do dzisiaj przewodnicy na Krecie zabawiają turystów opowieściami o imponującej sile młodego Zeusa. Opowiadają (jakby sami byli tego świadkami), jak to Zeus w dzieciństwie, bawiąc się ze swoją ukochaną kozią mamką, nieświadomy własnej siły odłamał jej jeden róg. Za sprawą boskiej mocy Zeusa, potężnej już u małego chłopca, odłamany róg w jednej chwili napełnił się przysmakami - świeżym chlebem, warzywami, owocami, wędlinami i wędzoną rybą. Co więcej, te wyborne specjały nigdy się nie wyczerpywały, choć często po nie sięgano. W ten właśnie sposób pojawił się na świecie słynny Róg Obfitości.
Wytrwała matka Zeusa odwiedzała Kretę, kiedy tylko mogła wymknąć się czujnemu Kronosowi.
- Nigdy nie zapominaj o zbrodniach swojego ojca. On pożarł twoich braci i siostry. Ciebie też próbował zjeść. To twój wróg.
Zeus słuchał, jak Rea opisywała smutny los świata pod rządami Kronosa.
- Twój ojciec rządzi strachem. Nie rozumie, co to wierność i zaufanie. Tak nie można, Zeusie.
- Ale przecież właśnie dzięki temu jest silny.
- Nie! Jest przez to słaby. Tytani są jego rodziną, to jego bracia i siostry, bratankowie i siostrzenice. Już teraz część z nich zaczyna sarkać na jego rządy tyrana. Gdy przyjdzie czas, wykorzystasz ich żal i niechęć.
- Tak, matko.
- Prawdziwy przywódca zawiera sojusze. Prawdziwego przywódcę inni podziwiają, ufają mu.
- Tak, matko.
- Prawdziwego przywódcę kochają.
- Tak, matko.
- Oj, dworujesz ze mnie, ale mam rację.
- Tak, m...
Rea dała mu klapsa.
- Nie żartuj sobie. Bystry jesteś, jak widzę. Adamantea twierdzi, że inteligentny z ciebie chłopiec, ale porywczy. Podobno marnujesz zbyt wiele czasu na ściganie wilków, drażnienie owiec, wspinanie się na drzewa i uwodzenie jesionowych nimf. Pora, byś odebrał właściwie wykształcenie. Masz już szesnaście lat i niedługo musisz zacząć działać.
- Tak, matko.
Rea poprosiła swoją przyjaciółkę Metydę, mądrą, piękną córkę Tetydy i Okeanosa, żeby przygotowała jej syna do nieuchronnych wydarzeń.
- Jest mądry, ale krnąbrny i porywczy. Naucz go cierpliwości, chytrości oraz podstępu.
Metyda zauroczyła chłopca już przy pierwszym spotkaniu. Zeus nigdy wcześniej nie widział podobnej piękności. Tytanka była nieco drobniejszej budowy niż pozostali członkowie jej rasy, ale miała wdzięk i powagę. Była zwinna jak łania, sprytna jak lis, silna jak lew i łagodna jak gołębica - wszystkie te cechy tworzyły postać, której uroda i mądrość całkowicie zawróciły chłopcu w głowie.
- Legnij ze mną.
- Nie. Pójdziemy się przejść. Mam ci dużo do powiedzenia.
- Tutaj. Na trawie.
Metyda uśmiechnęła się i ujęła jego dłoń.
- Sporo pracy przed nami, Zeusie.
- Ale ja cię kocham.
- W takim razie zrobisz, o co proszę. Kiedy ktoś kogoś kocha, czyni wszystko, żeby go zadowolić, prawda?
- A ty mnie nie kochasz?
Metyda roześmiała się, chociaż w głębi serca dostojeństwo i charyzma, jakie biły od tego śmiałego, przystojnego młodzieńca, oszałamiały ją i zdumiewały. Jej przyjaciółka Rea poprosiła jednak, by go wykształciła, a Metyda nigdy nie zawodziła tych, którzy jej zawierzyli.
Przez rok uczyła Zeusa, jak zaglądać w serca i oceniać intencje innych. Jak używać wyobraźni i rozumu. Jak znajdować w sobie siłę do studzenia emocji, zanim podejmie się jakiekolwiek kroki. Jak układać plany i skąd wiedzieć, kiedy jakiś plan należy zmienić albo porzucić. Jak pozwalać głowie, by rządziła sercem, i jak sercem zdobywać uczucia innych.
Uparcie nie zgadzała się, by znajomość z Zeusem przekształciła się w związek dwóch ciał.
Ale młody bóg pokochał ją przez to jeszcze bardziej. A Metyda, chociaż nigdy mu tego nie wyznała, odwzajemniała jego miłość. Dlatego kiedy tylko byli blisko siebie, w powietrzu wokół nich sypały się skry.
Pewnego dnia Zeus zobaczył, że Metyda stoi nad wielkim głazem i uderza w jego płaską powierzchnię małym, zaokrąglonym kamieniem.
- A co ty tam znowu robisz?
- Miażdżę ziarna gorczycy i kryształki soli.
- Że też się nie domyśliłem.
- Dzisiaj - ciągnęła Metyda - kończysz siedemnaście lat. Jesteś już gotów, by wyruszyć na Otrys i wypełnić swoje przeznaczenie. Niedługo zjawi się tu Rea, ale najpierw muszę dokończyć przygotowania, bo... coś mi przyszło do głowy.
- Co jest w tym słoju?
- Mieszanka soku z maku i siarczanu miedzi posłodzona syropem z manny, który dostałam od meliad, naszych jesionowych przyjaciółek. Wsypałam razem wszystkie składniki i potrząsnęłam, żeby wymieszać. O, tak.
- Nie rozumiem.
- Patrz, przyszła już twoja matka. Ona ci wszystko opowie.
Metyda słuchała, jak Rea objaśnia Zeusowi plan. Matka i syn spojrzeli sobie głęboko w oczy, westchnęli i złożyli przysięgę, syn matce, a matka synowi. Byli gotowi.
Była północ. Świat skrywała gęsta tkanina, którą Ereb i Nyks zarzucili na ziemię, morze i niebo, kiedy dzienna przechadzka Hemery i Etera dobiegła końca. W rozpadlinie wysoko na górze Otrys pan wszechrzeczy nerwowo przechadzał się tam i z powrotem. Bił się w pierś, niespokojny i nieszczęśliwy. Kronos był teraz najbardziej nieobliczalnym, wybuchowym i zgorzkniałym tytanem z całej dwunastki. Wszechwładza nie dawała mu zadowolenia. Odkąd Rea - bez żadnych wyjaśnień - zabroniła mu wstępu do małżeńskiego łoża, cierpiał na bezsenność. Bez kojącego snu jego humory i dolegliwości trawienne, już przedtem mu dokuczające, teraz jeszcze się pogłębiły. Po pożarciu ostatniego z dzieci zaczął cierpieć na refluks żołądkowy, którego nie miał po wcześniejszej piątce. I jak tu się cieszyć wszechwładzą, kiedy żołądek ściskają boleści, a myśli błądzą po omacku w gęstej mgle bezsenności?
Kiedy jednak niespodziewanie usłyszał cichy, słodki głos Rei, nucącej pod nosem, gdy wspinała się po zboczu góry na szczyt, w jego sercu zapanował stan, który można od biedy nazwać szczęściem. Najładniejsza z sióstr i najdroższa żona! To całkiem naturalne, że pożarcie sześciorga dzieci wyprowadziło ją trochę z równowagi. Z pewnością jednak rozumie, że nie miał wyjścia. Jest tytanką, wie, co to powinność i przeznaczenie. Kronos zawołał do niej:
- Reo?!
- Kronosie! Tak późno, a ty jeszcze nie śpisz?
- Spędziłem bezsennie więcej dni i nocy, niż mógłbym zliczyć. Hypnos i Morfeusz całkiem mnie opuścili. W mych myślach pełno skorpionów, droga żono. - Makbet, kolejny morderca cierpiący na brak snu i trapiony przez ponure przepowiednie, wiele lat później wypowiedział te same słowa.
- Psst, kochany. Czyż spryt i zręczność tytanki nie pokonają zwykłych demonów snu? Wszystko, co Hypnos i Morfeusz mogą uczynić, by ulżyć twemu obolałemu ciału, uspokoić gonitwę myśli, ukoić zranionego ducha, ja również potrafię, bo mam coś słodkiego i ciepłego.
- Twe słodkie, ciepłe usta! Twe słodkie, ciepłe uda! Twoja słodka, ciepła...
- Wszystko w swoim czasie, nie bądź taki niecierpliwy! Najpierw zobacz, jaki mam dla ciebie dar. Uroczego chłopca, który będzie twoim podczaszym.
Zza skały wyłonił się Zeus. Jego piękne oblicze rozjaśniał promienny uśmiech. Skłonił się i ofiarował Kronosowi wysadzany klejnotami puchar. Tytan zachłannie chwycił kielich.
- Ładny chłopiec, bardzo ładny. Później mogę spróbować i jego - stwierdził. Obdarzył Zeusa pełnym uznania spojrzeniem i wychylił duszkiem zawartość pucharu. - Ale, Reo, ciebie jedną kocham.
Było zbyt ciemno, by Kronos mógł dostrzec uniesioną w pogardliwym niedowierzaniu brew Rei.
- Mnie jedną kochasz? - wycedziła. - Kochasz? Mnie? Ty? Ty, który pożarłeś wszystkie moje ukochane dzieci oprócz jednego? Ty śmiesz mówić mi o miłości?
Kronos czknął niepewnie. Działo się z nim coś bardzo dziwnego. Zmarszczył brwi i usiłował się skupić. Co takiego mówiła Rea? Bo chyba nie to, że przestała go kochać? Jego myśli spowijała teraz jeszcze gęstsza mgła niż zazwyczaj, a w żołądku czuł narastający przewrót. Co się z nim działo? Och, powiedziała coś jeszcze. Coś kompletnie bez sensu.
- Jak to pożarłem wszystkie twoje dzieci "oprócz jednego"? - zapytał niepewnie, walcząc z mdłościami. - Pożarłem je wszystkie. Pamiętam dokładnie.
Donośny młody głos przeciął nocną ciszę niczym cięcie batem.
- Mylisz się, ojcze!
Kronos walczył z coraz silniejszymi nudnościami. Zdumiony dostrzegł, że młody podczaszy wyszedł z kręgu cienia i idzie ku niemu.
- Kim... kim... kim ty... uuuueeeah!
Wymioty nie do opanowania nie pozwoliły Kronosowi dokończyć. Silny skurcz wypchnął z jego trzewi wielki kamień. Płótno, którym głaz był owinięty, już dawno rozpuściły w żołądku kwasy. Osłupiały Kronos wpatrywał się w kamień, blady jak trup. Trudno mu było jednak skupić wzrok. Zanim pojął, na co patrzy, z przerażeniem poczuł nieomylną zapowiedź kolejnej fali wymiotów. Długiej fali.
Zeus zwinnie skoczył naprzód, podniósł głaz, który wypadł z brzucha Kronosa, i cisnął go w dal z wielkim zamachem, tak jak kiedyś jego ojciec rzucił genitalia Uranosa daleko od miejsca kaźni - tego samego, w którym się teraz we troje zebrali. Później zobaczymy jeszcze, gdzie kamień upadł i co się dalej stało.
Mieszanka soli, gorczycy i wymiotnicy w trzewiach Kronosa nadal zmuszała go do nieprzerwanych torsji25. Jedno po drugim zwrócił pięcioro pożartych dzieci. Pierwsza wypadła Hera?26, potem Posejdon, Demeter, Hades, a ostatnia Hestia, zanim zdjęty boleściami, dyszący i wyczerpany Kronos w końcu padł.
Jeśli sobie przypominacie, eliksir Metydy zawierał też pewną ilość soku makowego, który natychmiast zaczął działać nasennie. Kronos ostatni raz głośno mruknął, odwrócił się na drugi bok i zapadł w bardzo głęboki sen.
Zeus wzniósł zwycięski okrzyk. Pochylił się nad chrapiącym ojcem, żeby chwycić jego wielki sierp i zadać ostatni, śmiertelny cios łaski. Zamierzał jednym ruchem odciąć Kronosowi głowę i triumfalnie pokazać ją światu w niezapomnianym geście, który artyści przedstawialiby potem po wsze czasy. Ale sierpa, wykutego dla Kronosa przez Gaję, nie można było użyć przeciw niemu.
Mimo swojej kolosalnej siły Zeus nie potrafił sierpa unieść. Próbował, ale miał wrażenie, że ostrze jest spojone z ziemią.
- To Gaja dała sierp Kronosowi i tylko ona może mu go odebrać - rzekła Rea. - Niech i tak będzie.
- Ale ja muszę go zabić - upierał się Zeus. - Muszę nas pomścić.
- Chroni go jego Matka Ziemia. Nie wywołuj jej gniewu. Jeszcze będziesz jej potrzebował. Przyjdzie czas, że zemsta będzie twoja.
Zeus zrezygnował z prób podniesienia sierpa. Co prawda nie mógł ściąć głowy ojcu, który leżał i chrapał jak niedźwiedź, i jego cierpliwość została przez to wystawiona na wielką próbę, ale matka miała rację. To mogło zaczekać. Na razie było wiele innych powodów do świętowania.
W świetle gwiazd nad szczytem Otrysu on i jego pięcioro oswobodzonych braci i sióstr śmiali się, tupali, pohukiwali i wyli z zachwytu. Ich matka też się śmiała i klaskała z radości na widok promieniejących synów i córek w tak dobrym zdrowiu i takich szczęśliwych, nareszcie wolnych i gotowych upomnieć się o swoje dziedzictwo. Każde z pięciorga rodzeństwa po kolei objęło Zeusa, teraz ich najstarszego, choć najmłodszego wiekiem brata, ich zbawcę i przywódcę. Przysięgli mu wierność i oddanie na wieki. Razem mieli obalić odrażającą rasę Kronosa i ustanowić nowy porządek...
Mimo swojego pochodzenia nie zamierzali nazywać się tytanami. Mieli być bogami. Tymi najważniejszymi.