Myśliwy - Kamilla Oresvärd

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Iskra wy­strzela i świeci na tle czar­nego nieba.

Poza krę­giem świa­tła do­strzega cie­nie skra­da­ją­cych się noc­nych stwo­rzeń i wy­daje jej się, że wi­dzi parę oczu błysz­czą­cych w ciem­no­ściach. Jest jej zimno, więc szczel­niej okrywa się ko­cem i przy­gląda się męż­czy­znom sie­dzą­cym na­prze­ciwko niej, za­ci­ska­ją­cym dło­nie na drew­nia­nej rę­ko­je­ści oszczepu. Cie­nie tań­czą na ich po­waż­nych twa­rzach. Zbli­żają do sie­bie głowy i coś szep­czą, żeby po chwili spoj­rzeć w mrok. Ma wra­że­nie, że na ko­goś cze­kają. Albo na coś.

Pro­stuje obo­lałe plecy i spo­gląda w niebo, na mo­rze gwiazd i cienki sierp księ­życa. My­śli, że to nie­sa­mo­wite, że trzy mi­liony lat temu pierwsi lu­dzie wi­dzieli to samo, po czym jesz­cze moc­niej otula się ko­cem, po­chyla głowę i opiera ją na rę­kach. Za jej ple­cami, w su­chej, wy­so­kiej tra­wie, coś sze­le­ści, a po­ni­żej, w błot­ni­stym ba­jorku, re­cho­czą żaby. Wzdryga się, sły­sząc w ciem­no­ściach upiorne krzyki mał­pia­tek, nie­wia­ry­god­nie po­do­bne do pła­czu dziecka.

Czuje obez­wład­nia­jące zmę­cze­nie. Otar­cia na sto­pach pieką, kłoda, na któ­rej sie­dzi, jest twarda. Ona sama śmier­dzi, a włosy kleją jej się do głowy pod prze­po­coną ban­daną. Tę­skni za cie­płym prysz­ni­cem, pach­ną­cym my­dłem i mięk­kim łóż­kiem z je­dwa­bi­stą po­ścielą. Ale na to bę­dzie mu­siała po­cze­kać. Ju­tro za­czyna się ostatni etap po­dróży i przed nią dal­sza wę­drówka na pół­noc, przez zło­to­żółty kra­jo­braz parku na­ro­do­wego. Nogi będą cięż­kie, a wy­peł­nione pły­nem pę­che­rze na pię­tach po­pę­kają, lecz ona chce do­koń­czyć to, po co tu przy­była. Po­tem, gdy wrócą do domu, wszystko bę­dzie ina­czej.

Za­myka oczy, od­pusz­cza i po­zwala gło­wie opaść na ra­mię ko­biety sie­dzą­cej obok. Wy­czuwa po­licz­kiem, że jest mięk­kie, i się roz­luź­nia. Sły­szy chrzą­ka­nie hi­po­po­ta­mów. Bli­sko. Sły­szy, jak się pasą. Me­to­dycz­nie rwana trawa ko­ły­sze ją do snu, a ona so­bie na niego po­zwala.

Już pra­wie śpi, gdy coś zrzuca ją z kłody. To dzieje się tak szybko, że nie może się na to przy­go­to­wać, i ude­rza ple­cami o twardą, su­chą zie­mię. Traci od­dech i z tru­dem ła­pie po­wie­trze, rów­no­cze­śnie wy­cią­ga­jąc ręce po omacku i pró­bu­jąc wstać, ale prze­szka­dza jej coś ostrego i twar­dego. Stara się to od sie­bie od­su­nąć. Pcha i ude­rza, lecz jest bez szans wo­bec twar­dych mię­śni pod grubą skórą. Łka ze stra­chu. Co to jest?

Udaje jej się prze­krę­cić na brzuch i po­dej­muje wy­si­łek, by się od­czoł­gać. Strach dźga ją ni­czym ostry nóż, do jej ust wdzie­rają się brud i kurz, więc pluje i pry­cha. Bębny. Sły­szy bębny. Skąd, do cho­lery, wzięły się tu­taj bębny?

Za pierw­szym ra­zem, gdy ostre zęby wbi­jają jej się w skórę, nie krzy­czy. Do­piero za dru­gim, kiedy chwy­tają mięk­kie ciało tuż nad łok­ciem, szok mija, a ona wrzesz­czy ze stra­chu i trud­nego do opi­sa­nia bólu.

Ale jej głos gi­nie w ha­ła­sie. Sły­szy krzyki in­nych osób i wi­dzi cięż­kie buty tuż przy swo­jej twa­rzy. Ktoś na niej staje i szar­pie ją za rękę, więc znowu krzy­czy. Czuje kosz­marny ból, jakby ktoś wy­ry­wał jej ra­mię.

To coś ma ręce - my­śli zdez­o­rien­to­wana, mio­ta­jąc się dziko. Udaje jej się wy­rwać i błą­dzi po omacku. Nie ro­zu­mie, co się dzieje. Nie my­śli o smro­dzie ani o bólu, tylko o tych rę­kach. Ludz­kich rę­kach, które ją cią­gną, szar­pią i po­py­chają.

Po­now­nie krzy­czy, gdy mocne szczęki za­ci­skają się na jej ra­mie­niu, i sta­wia opór, kiedy oprawca cią­gnie ją po ziemi i od­dala od obo­zo­wi­ska oraz po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Ro­ze­dr­gana wiązka świa­tła z la­tarki pada na to, co ją wle­cze, a ona wi­dzi cęt­ko­wane, ku­dłate fu­tro i umię­śnione tylne nogi. Świa­tło znika, a ona so­bie uświa­da­mia, że jest znacz­nie go­rzej, niż my­ślała.

Sta­wia opór, po omacku szu­ka­jąc cze­goś, czego mo­głaby się zła­pać. Chwyta za coś, lecz bańka na­dziei pęka, gdy tka­nina wy­śli­zguje jej się z ręki. Krzy­czy z roz­pa­czy. Błą­dzi po­ra­nio­nymi pal­cami i na­gle za­lewa ją fala wdzięcz­no­ści, kiedy czuje czy­jąś rękę w swo­jej dłoni, lecz chwyt się roz­luź­nia, a ona szo­ruje po ziemi. Jest w sta­nie my­śleć tylko o tym, że musi zo­stać w obo­zo­wi­sku.

Jej dło­nie krwa­wią, gdy chwyta za ka­mie­nie i ga­łę­zie, po któ­rych jest cią­gnięta. Za­piera się po­ka­le­czo­nymi sto­pami i no­gami, od­cią­gana co­raz da­lej od ognia.

Kiedy be­stia w końcu się za­trzy­muje, ona za­sła­nia głowę rę­kami i pró­buje zła­pać od­dech. W od­dali sły­chać dźwięki obo­zo­wi­ska, a ona wie, że musi coś zro­bić. Siada i krzy­czy. Be­stia robi krok do tyłu, więc ona za­czyna się czoł­gać. Ostre zęby szybko jed­nak po­zba­wiają ją złu­dzeń. Be­stia cią­gnie ją da­lej, da­leko od po­zo­sta­łych. Cichną wy­da­wane przez nich dźwięki, ich głosy.

Cięż­kie łapy stają na jej klatce pier­sio­wej i do­ci­skają ją do ziemi. Od­wraca twarz od smrodu po­chy­lo­nego nad nią, śli­nią­cego się czar­nego py­ska. Wi­dzi kon­tury du­żej głowy i szczęk. Zęby ob­na­żone w zło­wiesz­czym gry­ma­sie.

Wi­dzi też błysz­czące żółte oczy, zwie­rzęcą żą­dzę, za­nim ma­sywne szczęki uci­szają jej zdy­szany krzyk.

10

Stina wy­biega z windy, gdy tylko ta się za­trzy­muje. Wita się ski­nie­niem głowy z An­der­sem i Almą, któ­rzy roz­ma­wiają przy biurku, pod­cho­dzi do eks­presu i wy­biera po­dwójne espresso. Cze­ka­jąc na kawę, na­lewa so­bie szklankę wody, którą opróż­nia kil­koma za­chłan­nymi ły­kami i znowu ją na­peł­nia.

Salka kon­fe­ren­cyjna pęka w szwach i Stina naj­pierw pod­cho­dzi do okna i je uchyla. Na chwilę przy­myka oczy i po­zwala, by rześ­kie po­wie­trze ochło­dziło jej po­liczki. Na­stęp­nie bie­rze głę­boki wdech, za­gryza zęby i od­wraca się do ze­bra­nych.

- Dzień do­bry. - Jej głos jest szorstki i za­chryp­nięty, więc unosi szklankę z wodą i wy­pija duży łyk. Od­chrzą­kuje i do­daje: - W ta­kim ra­zie za­czy­namy. Prze­słu­cha­li­ście są­sia­dów?

- Tak, tych, z któ­rymi udało nam się skon­tak­to­wać - od­po­wiada szybko Lo­visa.

- Z iloma nie udało się na­wią­zać kon­taktu?

- Wła­ści­wie to tylko z jedną osobą, ale być może naj­waż­niej­szą. Są­siadki miesz­ka­ją­cej pod Fanny nie ma od tam­tej nocy, w któ­rej do­ko­nano za­bój­stwa, i nikt nie wie, gdzie się po­dziewa, co jest dziwne, po­nie­waż za­wsze in­for­muje są­sia­dów, gdy wy­jeż­dża.

- Wejdź­cie do jej miesz­ka­nia - wy­daje po­le­ce­nie Stina i my­śli o tym, że Lo­visa też była wczo­raj na im­pre­zie, ale wy­gląda świeżo jak za­wsze. Mię­dzy nimi jest ja­kieś dwa­dzie­ścia lat róż­nicy i to wi­dać. A może Lo­visa miała na tyle zdro­wego roz­sądku, by wró­cić wcze­śniej do domu, co Stina też po­winna była zro­bić, bio­rąc pod uwagę, że wła­śnie roz­po­częli śledz­two w spra­wie za­bój­stwa.

- Już to zro­biono - in­for­muje Lo­visa.

- Zro­biono?

- Po za­bój­stwie reszta lo­ka­to­rów się prze­stra­szyła i we­szła do miesz­ka­nia są­siadki Fanny, żeby spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku. Oka­zało się, że ni­kogo tam nie ma.

- My też oglą­da­li­śmy to miesz­ka­nie?

- By­łem tam z Per­s­so­nem - mówi je­den z umun­du­ro­wa­nych po­li­cjan­tów. - Mo­żemy po­twier­dzić, że było pu­ste.

- Po­cze­kajmy kilka dni i zo­baczmy, czy są­siadka się po­jawi. Je­śli nie, bę­dziemy się za­sta­na­wiać, co da­lej.

- Okej - rzuca Lo­visa. - Z po­zo­sta­łymi są­sia­dami udało nam się skon­tak­to­wać, ale nikt ni­czego nie wi­dział ani nie sły­szał. To w su­mie nic dziw­nego, bo wszy­scy wtedy spali.

Stina kiwa głową.

- Roz­szerz­cie wy­wiad na są­sied­nie bu­dynki. A co z ka­me­rami mo­ni­to­ringu w oko­licy?

- Żadna nie jest skie­ro­wana na wej­ście do ka­mie­nicy ofiary, ale jedna znaj­duje się na Va­sa­ga­tan, dzięki czemu mamy wgląd w to, kto się krę­cił w po­bliżu miesz­ka­nia.

- Za­kła­da­jąc, że nie przy­szedł od strony Park­ga­tan - za­uważa Stina. - Wtedy ka­mera go nie uchwy­ciła, prawda?

- Zga­dza się i dla­tego zde­cy­do­wa­nie nie mamy peł­nego ob­razu. - Lo­visa zerka z ukosa na Da­vida, a po­tem znowu z sze­ro­kim uśmie­chem spo­gląda na Stinę. Ma taką minę, jakby chciała jesz­cze coś po­wie­dzieć.

- Tak? - pyta Stina, kła­dzie ręce na stole i po­chyla się w jej kie­runku. - Chcesz coś do­dać?

Uśmiech Lo­visy znika, a ona kręci głową.

- Nie.

- Na pewno? Bo masz taką minę, jak­byś chciała.

- Na pewno.

Stina się do­my­śla, skąd ten uśmie­szek Lo­visy, i za­sta­na­wia się, ile osób oprócz niej wie, że wczo­raj obrzy­gała Ko­wal­skiego. Pew­nie wszy­scy - my­śli, omia­ta­jąc ich wzro­kiem. Le­piej za­ska­ki­wać niż być za­ska­ki­wa­nym.

- A tak na mar­gi­ne­sie, to mam na­dzieję, że ba­wi­li­ście się wczo­raj na im­pre­zie tak do­brze jak ja.

Wszy­scy na nią pa­trzą, a Da­vid gło­śno się śmieje.

- Nie tak do­brze - mówi.

- Cóż, to dys­ku­syjna sprawa - oznaj­mia Stina. - Ale o tym po­roz­ma­wiamy przy ka­wie. Te­raz pra­cu­jemy. Co wiemy o Fanny Lund­berg?

- Ja mogę - za­ofe­ro­wała się szybko Lo­visa.

- Świet­nie.

- Zga­ście świa­tło - prosi, włą­cza­jąc pro­jek­tor. Na bia­łym ekra­nie po­ja­wia się zdję­cie Fanny Lund­berg. - Tak wy­glą­dała.

Stina pa­trzy na mocno opa­loną ko­bietę o ja­sno­blond wło­sach do ra­mion z długą grzywką. Fanny się uśmie­cha, po­ka­zu­jąc śnież­no­białe zęby. Stina my­śli, że to opa­le­ni­zna z so­la­rium, włosy roz­ja­śnione, a zęby wy­bie­lone. Ko­bieta ze zdję­cia kom­plet­nie nie przy­po­mina tej, która le­żała na pod­ło­dze. Je­dyne, co jest na­prawdę po­do­bne, to włosy.

- Zna­cie już jej prze­szłość i wła­ści­wie nie mam nic szcze­gól­nego do do­da­nia na ten te­mat. Fanny Lund­berg szybko pięła się po szcze­blach ka­riery. Ukoń­czyła Wyż­szą Szkołę Han­dlową i roz­po­częła pracę w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej, lecz dwa lata temu wy­da­rzyło się coś in­te­re­su­ją­cego. Po śmierci ojca zre­zy­gno­wała z po­sady praw­niczki i za­trud­niła się w se­kre­ta­ria­cie na pół etatu.

- Hm, dziwny zwrot w ka­rie­rze, ale może chciała tro­chę zwol­nić - mówi Stina.

- Tak, tylko kto po­święca czas i pie­nią­dze na stu­dia praw­ni­cze, robi apli­ka­cję no­ta­rialną, pra­cuje kilka lat, po czym rzuca wszystko dla gów­nia­nej pracy? Poza tym mu­siała być na­prawdę by­stra, skoro stu­dio­wała w Wyż­szej Szkole Han­dlo­wej w Sztok­hol­mie. Trzeba mieć na­prawdę do­bre wy­niki, żeby się tam do­stać.

- Wiem, ale pie­nią­dze nie sta­no­wiły już dla niej pro­blemu, a nie każdy jest za­in­te­re­so­wany ro­bie­niem ka­riery. Trudno w to uwie­rzyć, ale nie­któ­rzy lu­dzie ce­nią so­bie w ży­ciu inne war­to­ści. Moż­liwe, że po śmierci ojca do­szła do wnio­sku, że praca i ka­riera to nie wszystko. Może to ją zmu­siło do re­flek­sji.

Lo­visa spo­gląda na nią.

- Okej, ale i tak uwa­żam, że to dziwne.

- Może na póź­niej­szym eta­pie okaże się, że to ma ja­kieś zna­cze­nie. Zo­ba­czymy. Miała męża albo była w związku? Tak czy owak, upra­wiała seks, prawda, Dan?

Dan kiwa głową.

- Nie była mę­żatką ani w sta­łym związku - od­po­wiada Lo­visa.

- Mhm. - Stina spo­gląda na ta­blicę su­cho­ście­ralną, która jesz­cze nie jest za­pi­sana, lecz z cza­sem i bie­giem śledz­twa się wy­pełni. - A przy­ja­ciele? - do­daje.

- Na ra­zie do nich nie do­tar­li­śmy. Po­pro­si­li­śmy o bil­lingi, a in­for­ma­tycy do­stali jej te­le­fon oraz kom­pu­ter i za­częli prze­glą­dać ich za­war­tość - po­in­for­mo­wał Da­vid.

- Okej. Nie­długo po­winni się ode­zwać. Lo­viso, spraw­dzisz ze mną alibi sio­stry. Ze­znała, że ten wie­czór spę­dziła z przy­ja­ciółką. Po­win­ny­śmy też zaj­rzeć do Café Tin­tin, gdzie po­szły coś zjeść, za­nim Ju­lia wró­ciła do miesz­ka­nia Fanny.

Stina wy­pija duży łyk wody. Ma su­cho w ustach i uczu­cie nie­po­koju w żo­łądku.

- Sio­stra po­ja­wia się po tych wszyst­kich la­tach, a pół roku póź­niej Fanny zo­staje za­mor­do­wana - przy­po­mina Da­vid, kła­dąc ręce na stole. - Tro­chę dziwny zbieg oko­licz­no­ści, prawda?

- Tak - mówi Stina. - Zga­dzam się z tobą. Za­sta­na­wia mnie też ich hi­sto­ria ro­dzinna. Może coś się za nią kryje?

- Po­dej­rze­wasz sio­strę? - pyta Lo­visa, spo­glą­da­jąc na Da­vida.

- Sam nie wiem. Twier­dzę tylko, że to dziwny zbieg oko­licz­no­ści. A wiemy, jak to z nimi jest.

- Wiemy, że w więk­szo­ści przy­pad­ków ofiara zna swo­jego oprawcę. - Stina znowu pa­trzy na ta­blicę i zdję­cie ofiary. - W tym wy­padku sio­stra lub ktoś z ro­dziny zde­cy­do­wa­nie mogą zo­stać wy­ty­po­wani na sprawcę.

Wszy­scy jej się przy­glą­dają.

- Nie wiemy, z czym mamy tu­taj do czy­nie­nia. W naj­gor­szym wy­padku może się oka­zać, że Fanny jest pierw­szą z wielu ofiar.

11

Clara Ols­son bie­gnie bru­ko­waną alejką w kie­runku bia­łego sze­re­gowca w Eklan­dzie. Od­ska­kuje na bok, żeby nie na­dep­nąć śli­maka bez muszli, który prze­cina ścieżkę, zo­sta­wia­jąc za sobą nie­przy­jemny ślu­zo­waty ślad. Clara chce tylko do­trzeć do drzwi. W dro­dze z ga­rażu do domu za­trzy­my­wała się aż cztery razy, by po­roz­ma­wiać z któ­rymś z są­sia­dów. Nie da się przejść nie­zau­wa­żo­nym, ktoś za­wsze chce za­mie­nić parę słów. Zwy­kle to lubi, ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj ma­rzy tylko o tym, by wejść do domu, na­lać so­bie kie­li­szek wina, usiąść na ka­na­pie, po­ło­żyć zmę­czone nogi na ła­wie i się roz­luź­nić. Nie za­mie­rza na­wet ma­lo­wać pa­znokci u stóp, cho­ciaż na­prawdę po­winna to zro­bić.

Wkłada dłoń za pa­sek spodni i ma­suje so­bie lę­dź­wie. Lu­dzie nie ro­zu­mieją, że praca ko­sme­tyczki po­trafi być wy­kań­cza­jąca. My­ślą, że dni mi­jają jej na wcie­ra­niu w klien­tów dro­gich kre­mów, ale to coś wię­cej. Dzi­siaj zro­biła trzy ma­saże ca­łego ciała. Każdy z nich to jak tre­ning na si­łowni. Na­biera od tego krzepy, ale to ją wy­kań­cza fi­zycz­nie.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, ja­kie to ob­cią­ża­jące psy­chicz­nie. W tej pracy trzeba też być psy­cho­lo­giem. Klienci ocze­kują od niej do­brych rad na każdy te­mat, od wy­cho­wy­wa­nia dzieci po go­to­wa­nie i związki. Wczo­raj gruba Bo­dil spy­tała ją, czy po­winna się roz­wieść. To chore. Na­wet nie zna czło­wieka, a ona pyta ją o coś ta­kiego.

No i ten ma­ki­jaż. Za­gryza zęby. Klientki przy­cho­dzą ze zdję­ciami, żeby jej po­ka­zać, jak chcą wy­glą­dać. Kręci głową. Czy na­prawdę my­ślą, że wyjdą z sa­lonu i będą wy­glą­dać jak Kim Kar­da­shian albo Ma­rie Ser­ne­holt? Wpraw­dzie Clara jest świetna w swoim fa­chu, lecz da­leko jej do cu­do­twór­czyni.

Za­trzy­muje się przed drzwiami, otwiera to­rebkę i wsuwa do niej rękę. Ma tam za dużo rze­czy. Jej palce do­ty­kają po­madki, szczotki do wło­sów, ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych, port­fela, tam­ponu, tu­szu do rzęs i dłu­go­pisu, za­nim wresz­cie znaj­duje klu­cze i je wy­ciąga. Wkłada klucz do zamka i go prze­kręca. Za­mek sta­wia lekki opór i musi de­li­kat­nie po­ru­szyć klu­czem, nim w końcu udaje jej się go ob­ró­cić. Po­kaźny pęk klu­czy brzdęka o bran­so­letki na jej nad­garstku, a ona spo­gląda w kie­runku okna ku­chen­nego i wi­dzi, że lampka, którą za­wsze za­pala, nie świeci. My­śli, że ża­rówka mu­siała się prze­pa­lić, otwiera drzwi i wcho­dzi do środka. Sta­wia to­rebkę na pod­ło­dze i z hu­kiem rzuca klu­cze na ko­modę. Wła­śnie ma zdjąć buty, gdy czuje ja­kiś dziwny za­pach i za­miera. To obcy za­pach. Roz­po­znaje go, ale nie po­trafi go zi­den­ty­fi­ko­wać.

Sztyw­nieje i my­śli, że coś jest nie tak, gdy na­gle czuje, jak od tyłu obej­mują ją i ści­skają dwie silne ręce. Krzy­czy, a ni­ski głos szep­cze jej do ucha:

- Wi­taj w domu.

12

Lo­visa Do­uglas idzie po mar­mu­ro­wej po­sadzce w ho­telu Go­thia. Pa­trzy na wy­pro­sto­wane plecy Stiny i na jej blond włosy opa­da­jące na ra­miona. Nie ro­zu­mie, dla­czego Stina z nią tu przy­je­chała. Rów­nie do­brze Lo­visa mo­gła sama spraw­dzić to alibi. Ale może Stina chce mieć ją na oku? Nie zdy­stan­so­wała się wo­bec sprawy Mörcka. Udo­wod­niła to wiele razy i Lo­visa za­czyna mieć tego dość. Czuje się nie­do­ce­niona. Stina i cała reszta wy­dają się nie za­uwa­żać, że gdyby nie ona, to może wcale nie roz­wią­za­liby tej sprawy. A w każ­dym ra­zie nie zro­bi­liby tego tak szybko. I kto wie, co by się wtedy wy­da­rzyło?

Z per­spek­tywy czasu Lo­visa jest skłonna zgo­dzić się z tym, że być może nie po­winna była się od­da­lać, ale gdyby wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem, sy­tu­acja wy­glą­da­łaby zu­peł­nie ina­czej. By­łoby tro­chę psio­cze­nia. Stina i jej prze­ło­żeni po­gro­zi­liby jej pal­cem i po­wie­dzie­liby, że nie wolno tak ro­bić, lecz po chwili za­czę­liby ją po­kle­py­wać po ple­cach i uśmie­chać się do niej. Nie­stety tak się nie stało. Pra­wie przy­pła­ciła to ży­ciem i nie jest pewna, czy to po­mo­gło jej przy­szłej ka­rie­rze.

Cho­ciaż wła­ści­wie to się tym nie przej­muje. I tak od­nie­sie suk­ces. To tylko małe po­tknię­cie - jesz­cze bę­dzie się z tego śmiać. Może na­wet wy­ko­rzy­sta je w wy­wia­dach jako aneg­dotę. Me­dia ko­chają ta­kie hi­sto­rie. To się na­zywa sto­ry­tel­ling. A Lo­visa wie, czego chce, i te­raz znów za­czyna iść pew­nym kro­kiem.

Szybko opusz­cza rękę, którą bez­wied­nie po­ło­żyła na szyi. Musi tylko wy­eli­mi­no­wać ten iry­tu­jący od­ruch. Czę­sto przy­ła­puje się na tym, że trzyma dłoń na szyi, w miej­scu bli­zny, którą po­zo­sta­wił po so­bie nóż.

Wczo­raj Hasse za­su­ge­ro­wał, a wła­ści­wie na­wet wię­cej niż za­su­ge­ro­wał, że ma dla niej inne sta­no­wi­sko. Nie chciał po­wie­dzieć ja­kie, mimo że na niego na­ci­skała, lecz naj­wy­raź­niej pu­ścił w nie­pa­mięć jej wpadkę przy spra­wie Mörcka i te­raz to dla niej i dla jej ka­riery klu­czowa osoba. To ko­men­dant po­li­cji w naj­więk­szym stop­niu może za­dbać o to, by awan­so­wała i pięła się po szcze­blach ka­riery, i nic nie szko­dzi, że to kum­pel taty i że Lo­visa zna go od dziecka.

- Usiądźmy - pro­po­nuje Stina, za­trzy­mu­jąc się przy mo­dule sie­dze­nio­wym tuż przy scho­dach pro­wa­dzą­cych do czę­ści kon­fe­ren­cyj­nej.

Lo­visa kiwa głową i sia­dają, każda na swoim fo­telu. Lo­visa zerka na schody, wi­dzi, że nikt nie idzie, i spo­gląda na Stinę sie­dzącą ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami i wpa­trzoną w te­le­fon. Jakby po­czuła na so­bie spoj­rze­nie Lo­visy, bo pod­nosi wzrok i mówi:

- Zaj­miesz się tym, okej?

- Ja­sne, ża­den pro­blem. - Lo­visa sama sły­szy, jak to brzmi. Nie lubi tego swo­jego tonu, jakby pra­co­wała w usłu­gach albo była uczen­nicą. Chce mieć zde­cy­do­wany i sta­now­czy głos, bez tego słod­kiego wy­dźwięku. Bar­dziej taki jak Stina, nie­chęt­nie przy­znaje przed samą sobą. Musi nad tym po­pra­co­wać.

- Dzień do­bry!

Lo­visa pod­nosi głowę. Stoi przed nią dziew­czyna, któ­rej in­ten­syw­nie czer­wone usta są je­dy­nym ko­lo­ro­wym ak­cen­tem w czar­nym out­fi­cie. Lekko ko­ły­sze się w przód i w tył i rzuca wo­kół ner­wowe spoj­rze­nia.

- The­rese? - upew­nia się Lo­visa, wsta­jąc.

- Tak.

- Cześć. Na­zy­wam się Lo­visa Do­uglas, a to moja ko­le­żanka Stina Se­ger. - Lo­visa przed­sta­wia je so­bie, a Stina uśmie­cha się uspo­ka­ja­jąco.

The­rese nie od­wza­jem­nia uśmie­chu, tylko kiwa głową i za­ci­ska czer­wone wargi.

- Usiądź, pro­szę. - Lo­visa wska­zuje ręką pu­sty fo­tel na­prze­ciwko sie­bie. Ści­sza głos, my­śląc o tym, że musi po­ćwi­czyć, żeby brzmieć do­ro­śle.

- Długo to po­trwa? - pyta The­rese, ucie­ka­jąc wzro­kiem w kie­runku scho­dów. - Je­stem w pracy.

- Ra­czej nie. Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Wiesz, co się stało? - pyta Lo­visa, pod­czas gdy The­rese siada na brzegu fo­tela.

- Tak, to ja­kaś ma­sa­kra. - The­rese kręci głową, unosi rękę i do­tyka czar­nej, równo przy­cię­tej grzywki. - Biedna Ju­lia. Mogę so­bie tylko wy­obra­zić, co te­raz prze­żywa. Cho­ciaż wła­ści­wie nie mogę so­bie wy­obra­zić.

- Tak, to trudne. Ju­lia twier­dzi, że spę­dzi­ły­ście ze sobą cały wie­czór albo ści­ślej mó­wiąc, noc z nie­dzieli czwar­tego wrze­śnia na po­nie­dzia­łek pią­tego wrze­śnia. To prawda?

- Tak. - The­rese znowu do­tyka grzywki. - To prawda.

- Co ro­bi­ły­ście?

- Czy Ju­lia jest o coś po­dej­rzana? - The­rese pa­trzy na Stinę, a po­tem znowu na Lo­visę. - Bo je­śli tak, to może po­win­nam mieć ad­wo­kata czy coś ta­kiego?

- Nie po­trze­bu­jesz ad­wo­kata. To ru­ty­nowe py­ta­nia. Ju­lia zło­żyła ze­zna­nia, a my mu­simy je zwe­ry­fi­ko­wać, żeby ją wy­klu­czyć z li­sty po­dej­rza­nych i kon­ty­nu­ować śledz­two.

The­rese spo­gląda na Stinę, która kiwa głową.

- Aha, okej. Naj­pierw by­ły­śmy u mnie, a póź­niej po­szły­śmy do Spri­tluc­kan i skoń­czy­ły­śmy w Tin­tin.

- O ja­kim prze­dziale cza­so­wym mó­wimy?

The­rese milk­nie, na­ciąga na dło­nie rę­kawy ko­szuli i ści­ska je pal­cami.

- Przy­szła do mnie o dwu­dzie­stej dru­giej. By­ły­śmy ze sobą mniej wię­cej do czwar­tej.

- O któ­rej opu­ści­ły­ście Spri­tluc­kan?

- O trze­ciej. Jak za­my­kali.

- A Tin­tin?

The­rese wpa­truje się w nią, pusz­cza rę­kawy i dra­pie się w ło­kieć.

- O czwar­tej.

- Świet­nie. - Lo­visa się uśmie­cha, bie­rze te­le­fon i wstaje. - To tyle. Szybko po­szło, prawda?

The­rese po­ta­kuje, a Lo­visa wi­dzi, że jej ulżyło, co w su­mie nie jest ta­kie dziwne. Nie co dzień przyj­muje się w pracy dwie po­li­cjantki, które przy­cho­dzą za­da­wać py­ta­nia.

Lo­visa wyj­muje ko­mórkę.

- Mogę ci zro­bić zdję­cie? - pyta.

- Po co?

- Oczy­wi­ście tylko na po­trzeby tej sprawy. Za­raz idziemy do Tin­tin i dzięki two­jemu zdję­ciu per­so­ne­lowi ła­twiej bę­dzie cię zi­den­ty­fi­ko­wać.

- Aha - mówi The­rese wolno, wstaje i po­pra­wia czarną ko­szulę. - Nie znam Ju­lii zbyt do­brze. Cho­dzi­ły­śmy ra­zem do gim­na­zjum, a po­tem nie mia­ły­śmy ze sobą kon­taktu, aż do te­raz. Wie­działa, że miesz­kam w Göte­borgu, i do mnie za­dzwo­niła. - The­rese się pro­stuje i znowu do­tyka grzywki. - Wiesz, lu­dzie się zmie­niają. Ju­lia to prze­cież nie ta sama osoba co kie­dyś.

Lo­visa się uśmie­cha.

- Co masz na my­śli? - pyta.

- Cho­dzi mi tylko o to, że... - Roz­kłada ręce. - Rany, wła­ści­wie to nie wiem... Ga­dam od rze­czy. Mam na­dzieję, że znaj­dzie­cie mor­dercę.

- Oczy­wi­ście. Mo­żesz być tego pewna. - Lo­visa unosi te­le­fon. - Po­zwo­lisz mi cyk­nąć to zdję­cie?

- Ja­sne. - The­rese prze­krzy­wia głowę i uśmie­cha się, gdy Lo­visa ją fo­to­gra­fuje.

- Dzię­kuję. To wszystko.

Od­cho­dzą, a Stina zwraca się do Lo­visy:

- Za­dzwo­nisz do Café Tin­tin i spy­tasz, kto pra­co­wał w nie­dzielę? Może zrób to od razu.

Lo­visa kiwa głową. Wy­szu­kuje nu­mer do Café Tin­tin, rów­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc, jak Stina przy­staje i od­wraca się w kie­runku The­rese, która wciąż stoi w tym sa­mym miej­scu i na nie pa­trzy.

- Chcesz coś do­dać? - pyta Stina.

The­rese wbija wzrok w po­sadzkę, po czym pod­nosi głowę.

- Nie - mówi po­woli.

- Na pewno? Bo je­śli chcesz coś po­wie­dzieć, to śmiało.

Lo­visa spo­gląda na Stinę, a po­tem na The­rese. O co cho­dzi? - my­śli Lo­visa. - Czy Stina zo­ba­czyła coś, co ona prze­oczyła?

Ale The­rese kręci głową.

- Nie. Tylko tyle, że nie znam już Ju­lii. Jak wspo­mnia­łam, zmie­niła się.

13

- Wi­taj w domu.

Te słowa są jak bal­sam dla du­szy. Clara Ols­son za­myka oczy i czuje, jak wszystko z niej ucho­dzi. Zmę­cze­nie, iry­ta­cja, złość i wszyst­kie na­pię­cia po pro­stu zni­kają, a ona się uśmie­cha i kła­dzie ręce na obej­mu­ją­cych ją mu­sku­lar­nych ra­mio­nach. Da­lej ma za­mknięte oczy i roz­ko­szuje się cie­płem jego ciała. Głu­pio jej, że so­bie ubz­du­rała, że coś jest nie tak.

- Mhm, ko­cha­nie, dzię­kuję za ta­kie miłe po­wi­ta­nie - mówi i się śmieje, lecz śmiech za­mie­nia się w ci­chy pisk, gdy on nią ob­raca. To śmieszne, ale uwiel­bia, gdy to robi. To spra­wia, że Clara czuje się lekka jak piórko, a nie jak odro­binę zbyt pulchna trzy­dzie­sto­ośmio­latka.

- Ty już w domu? My­śla­łam... - prze­rywa, wi­dząc, że Si­mon trzyma w dło­niach ogromny bu­kiet czer­wo­nych róż. Wrę­cza jej kwiaty z po­wagą.

Clara czuje ich cię­żar i de­li­katny za­pach oraz to, że je­den ko­lec wbija jej się w przed­ra­mię, no i mo­tyle w brzu­chu.

- Ale... - Naj­pierw spo­gląda na róże, a póź­niej na jego twarz. - Z ja­kiej to oka­zji?

On na­po­tyka jej wzrok, z po­wagą na­chyla się nad nią i lekko ca­łuje ją w usta.

- Nie patrz - mówi, po czym za­sła­nia jej oczy i pro­wa­dzi ją przed sobą.

Clara speł­nia jego prośbę i ostroż­nie idzie do przodu.

- Uwa­żaj na próg - ostrzega Si­mon, a jego cie­pły od­dech ła­sko­cze ją w ucho i po­wo­duje, że przez jej ciało prze­biega przy­jemny dreszcz.

Clara robi kilka kro­ków, a on od­sła­nia jej oczy.

- Za­trzy­maj się - in­stru­uje ją Si­mon. - Ale nie patrz.

Clara czuje, że Si­mon za­biera jej róże. Sły­szy ci­chy sze­lest od­kła­da­nych gdzieś na bok kwia­tów, a po­tem znowu czuje na so­bie cie­płe ręce męż­czy­zny.

Śmieje się, te­raz tro­chę ner­wowo.

- Co to ta­kiego? - pyta.

- Za­raz zo­ba­czysz. Usiądź - prosi Si­mon i chyba za­uważa jej nie­pew­ność, bo szybko do­daje: - Nic się nie bój. Trzy­mam cię.

Clara siada i wy­czuwa pod po­ślad­kami ta­pi­cerkę krze­sła. Prze­suwa się do tyłu i opiera się. Za­pach jest te­raz in­ten­syw­niej­szy, cie­pły i otu­la­jący.

- Te­raz mo­żesz otwo­rzyć oczy - oznaj­mia Si­mon i wy­pusz­cza ją z rąk.

Clara po­woli unosi po­wieki i roz­gląda się wo­kół. W po­koju jest mnó­stwo świec rzu­ca­ją­cych na ściany dłu­gie, ro­ze­dr­gane cie­nie. Na stole leży biały lniany ob­rus, a na nim srebrne sztućce, krysz­ta­łowe kie­liszki, sza­ro­biała za­stawa sto­łowa marki Ma­teus i zło­żone lniane ser­we­tki.

Spo­gląda na Si­mona i gło­śno prze­łyka ślinę, bio­rąc od niego smu­kły kie­li­szek wy­peł­niony mu­su­ją­cym pły­nem. Drugą ręką po­pra­wia fry­zurę i uśmie­cha się do męż­czy­zny.

- Zdro­wie - wznosi to­ast Si­mon.

Clara pije szam­pana i uśmie­cha się w du­chu, czu­jąc ła­sko­ta­nie bą­bel­ków w ustach i mo­tyle w brzu­chu.

- Ko­cham cię - mówi Si­mon ci­cho.

Kiedy klęka, ona nie może po­wstrzy­mać chi­chotu. Jest jej wstyd, ale on nic so­bie z tego nie robi, tylko pa­trzy na nią z po­wagą.

- Zo­sta­niesz moją żoną?

Clara wpa­truje się w niego. Spo­gląda w jego ciemne oczy i już nie chce jej się śmiać. My­śli, że to zbyt piękne, żeby było praw­dziwe. To się nie dzieje na­prawdę.

- Wiem, że to może dla cie­bie za szybko - sły­szy jego słowa i otwiera oczy. - I to w po­rządku. No wiesz, po tym wszyst­kim, co prze­szłaś. Ale dla mnie ist­nieje tylko jedna ko­bieta. - Si­mon głasz­cze ją po po­liczku. - I to ty nią je­steś.

Łzy stają jej w oczach, wy­ciąga rękę i do­tyka jego po­liczka. Jest miękki, lecz jed­no­cze­śnie szorstki i cie­pły.

My­śli, że to, co czuła, te wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, które w niej wy­kieł­ko­wały, to już prze­szłość. On na­prawdę ją ko­cha. Li­czy się dla niego tylko ona, a to jest do­wód. Nic in­nego nie ma zna­cze­nia. Co się stało, to się nie od­sta­nie, a ona musi iść na­przód i za­cząć nowe ży­cie z tym męż­czy­zną, bo na to za­słu­guje.

- Tak, Si­mon. - Clara sły­szy swój głos. - Zo­stanę twoją żoną.

Uśmie­cha się i uświa­da­mia so­bie, że to naj­szczę­śliw­szy dzień w jej ży­ciu. Ni­komu nie po­zwoli tego znisz­czyć. Ni­komu.

14

Stina sie­dzi na miej­scu pa­sa­żera w sa­mo­cho­dzie ja­dą­cym ulicą En­gel­brekts­ga­tan. My­śli o The­rese, a Lo­visa skręca na plac za­ła­dun­kowy przed Café Tin­tin. O tym, że The­rese przy­glą­dała się im, gdy od­cho­dziły, oraz o tym, jak wy­ra­żała się o Ju­lii. Jakby chciała się wo­bec niej zdy­stan­so­wać, mó­wiąc, że już jej nie zna i że Ju­lia się zmie­niła. Stina jest pra­wie pewna, że The­rese coś wie, ale nie chce się do tego przy­znać.

Lo­visa par­kuje i wy­łą­cza sil­nik.

- Wej­dziemy do środka? - pyta, zwra­ca­jąc się do Stiny.

Stina kiwa głową, chwyta za klamkę i wy­siada z auta, my­śląc o tym, że musi jesz­cze po­roz­ma­wiać z The­rese. Idą chod­ni­kiem wzdłuż ka­wiar­nia­nego ogródka, pod czar­nymi mar­ki­zami o po­ma­rań­czo­wych kra­wę­dziach. Scho­dzą trzy stop­nie w dół i za­trzy­mują się, mru­żąc oczy. Kiedy te przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści, wi­dzą dwie blon­dynki sie­dzące przy pierw­szym z brzegu sto­liku i fo­to­gra­fu­jące te­le­fo­nami ko­mór­ko­wymi swoje fi­li­żanki z kawą. Za ba­rem stoi ciemny chło­pak i przyj­muje pie­nią­dze od tak­sów­ka­rza. Ru­sza­jąc w jego stronę, Stina za­uważa blon­dynkę w czar­nym T-shir­cie z po­ma­rań­czo­wym logo ka­wiarni na piersi. Zmie­nia kie­ru­nek i za­miast do chło­paka pod­cho­dzi do niej.

- Pa­tri­cia?

Blon­dynka przy­staje i spo­gląda na Stinę.

- Tak?

- Na­zy­wam się Stina Se­ger i je­stem z po­li­cji. A to moja ko­le­żanka Lo­visa Do­uglas. - Stina po­ka­zuje od­znakę. - Mo­gły­by­śmy z tobą chwilę po­roz­ma­wiać?

Pa­tri­cia się roz­gląda, pro­stuje się i wsuwa ście­reczkę do kie­szeni far­tu­cha.

- Ja­sne. A o co cho­dzi?

- Chcia­ła­bym cię spy­tać o kil­koro go­ści. Roz­ma­wia­łam z twoim sze­fem, który twier­dzi, że pra­co­wa­łaś w nocy z nie­dzieli na po­nie­dzia­łek. Czy to prawda?

- Tak - po­twier­dza Pa­tri­cia. - Zga­dza się.

- Od jak dawna tu pra­cu­jesz?

- Kilka mie­sięcy.

- Ciężka praca - stwier­dza Lo­visa.

Stina sły­szy w jej gło­sie po­gardę. Lo­visa ma dwa dy­plomy i zde­cy­do­wa­nie zbyt lek­ce­wa­żący sto­su­nek do nie­wy­kształ­co­nych osób.

Pa­tri­cia wzru­sza ra­mio­nami.

- Ra­dzę so­bie. Pra­cuję tu do­ryw­czo, gdy po­trze­bują wspar­cia.

- Ro­zu­miem - mówi Lo­visa, sto­jąca obok Stiny. - A poza tym co ro­bisz?

- Stu­diuję na Uni­wer­sy­te­cie Tech­nicz­nym Chal­mersa.

Lo­visa milk­nie i od­wraca wzrok, gdy Pa­tri­cia spo­gląda jej głę­boko w oczy.

- No pro­szę - mówi i od­chrzą­kuje.

Stina po­syła Lo­vi­sie wy­mowne spoj­rze­nie. Uważa, że to do­brze, że Lo­visa wpada na ta­kie miny, bo może pew­nego dnia cze­goś się na­uczy. A może nie. Nie­któ­rzy lu­dzie są nie­re­for­mo­walni. Ale musi z nią po­roz­ma­wiać o tym, że nie po­winna tak się wtrą­cać do roz­mowy. Stina wła­śnie na­wią­zy­wała kon­takt z Pa­tri­cią, a Lo­visa jej w tym prze­szko­dziła. Za­cho­wuje się jak słoń w skła­dzie por­ce­lany. Tak się nie da pra­co­wać.

- Wra­ca­jąc do me­ri­tum - do­daje Stina. - Czy w nie­dzielę albo ra­czej w po­nie­dział­kowy po­ra­nek, o czwar­tej, było tu dużo lu­dzi?

- Tak so­bie. - Pa­tri­cia wzru­sza ra­mio­nami. - Pa­no­wał względny spo­kój. To nie był week­end po wy­pła­cie.

- Mo­żesz po­wie­dzieć, że ko­ja­rzysz, kto tu­taj wtedy był?

- Tak my­ślę.

Lo­visa wyj­muje te­le­fon.

- Wła­ści­wie to chcemy tylko spraw­dzić alibi pew­nej osoby. Roz­po­zna­jesz te ko­biety?

Lo­visa prze­suwa zdję­cia i naj­pierw po­ka­zuje The­rese, a po­tem Ju­lię. Stina ob­ser­wuje twarz Pa­tri­cii, gdy ta przy­gląda się fot­kom. Od­po­wiada pra­wie na­tych­miast.

- Tak.

- Ze­znały, że były tu­taj obie mię­dzy trze­cią a czwartą. To prawda? - pyta Stina.

Pa­tri­cia spo­gląda na nią.

- Prawda. Ale tylko czę­ściowa.

- Jak to?

- Ta ciem­no­włosa dziew­czyna z grzywką.

- Ta? - Lo­visa po­ka­zuje Pa­tri­cii zdję­cie The­rese.

- Tak. Przy­szła o trze­ciej ra­zem z trzema fa­ce­tami, ale tej dru­giej z nimi nie było. Do­łą­czyła do nich tro­chę póź­niej, około wpół do czwar­tej.

15

Stina po­ja­wia się w za­kła­dzie me­dy­cyny są­do­wej. Jest dwu­dzie­sta, roz­stała się z Lo­visą i tylko na chwilę za­gląda do Dana Ko­wal­skiego, za­nim ten skoń­czy pracę. Oczy pieką ją ze zmę­cze­nia i kilka razy mruga, wcho­dząc w bru­talne, zimne świa­tło od­bi­ja­jące się w bia­łych ka­fel­kach. Wzdłuż ścian znaj­dują się umy­walki, a w po­wie­trzu unosi się słaba woń środka de­zyn­fe­ku­ją­cego i płynu do ste­ry­li­za­cji.

Pierw­szym ży­wym czło­wie­kiem, któ­rego wi­dzi Stina, jest Dan oparty o blat biurka i prze­rzu­ca­jący pa­piery uło­żone w stos swo­imi smu­kłymi jak u pia­ni­sty pal­cami. Stina wciąż nie jest pewna, co się wła­ści­wie wy­da­rzyło po­przed­niego wie­czoru. Pa­mięta, że sie­dzieli obok sie­bie na ka­na­pie, że była ża­ło­sna i za­częła pła­kać, a póź­niej zwy­mio­to­wała mu na ko­lana. My­śli, że już ni­gdy nie bę­dzie pić, w każ­dym ra­zie nie tyle, żeby stra­cić kon­trolę.

- Cześć, Dan - mówi, pod­cho­dząc do niego.

Dan od­wraca się i kiwa głową.

- A, to ty.

- Tak.

- Jak się dziś czu­jesz?

- Okej. - Stina dra­pie się po gło­wie. Unosi ką­ciki ust, pra­wie się uśmie­cha­jąc, i wy­du­sza z sie­bie prze­pro­siny: - Słu­chaj, na­prawdę mi przy­kro z po­wodu tego, co się wczo­raj stało.

- W po­rządku - rzuca Dan, od­wraca się i od­kłada do­ku­menty. - Nie czu­łaś się do­brze. Za­po­mnijmy o tym.

- A co z two­imi ciu­chami?

- Wy­rzu­ci­łem je - od­po­wiada Dan i za­czyna iść.

- Oczy­wi­ście za nie za­płacę.

- Nie trzeba.

- Ja­sne, że trzeba. - Pod­cho­dzi za nim do stołu sek­cyj­nego.

- Daj spo­kój - mówi Dan i przy­staje. - To ona.

Stina od­wraca się w kie­runku ciała le­żą­cego na zim­nej po­wierzchni. Fanny Lund­berg leży przed nią naga. Piersi wy­peł­nione si­li­ko­nem ster­czą nie­na­tu­ral­nie i wy­dają się nie na miej­scu na tym bla­dym ciele peł­nym za­dra­pań i na­kłuć, które nie są już tak in­ten­syw­nie czer­wone, bo zdą­żyły tro­chę zbled­nąć na sku­tek ri­gor mor­tis, lecz i tak rzu­cają się w oczy na tle bia­łej skóry.

Stina wi­działa wiele ciał, w tym zwłoki mło­dych lu­dzi, ale naj­gor­sze są ciała dzieci. Ni­gdy nie przy­zwy­czai się do nie­po­trzeb­nej śmierci. Przed nią leży młoda, wy­kształ­cona ko­bieta, która mo­gła mieć dłu­gie i szczę­śliwe ży­cie, lecz ktoś po­sta­no­wił je przed­wcze­śnie za­koń­czyć.

Stina się od­wraca. Trudno jej na to pa­trzeć. Wbija wzrok w szafki ze stali nie­rdzew­nej wy­peł­nione kom­pre­sami, wa­ci­kami, rę­ka­wicz­kami chi­rur­gicz­nymi. Obok nich stoją rzędy to­mów li­te­ra­tury fa­cho­wej. Li­czy książki, by skie­ro­wać my­śle­nie na inne tory. Tak samo jak li­czyła ko­lo­rowe szybki w ku­chen­nych oknach na po­grze­bie mamy. Za­zwy­czaj nie jest taka wraż­liwa. Musi za­gryźć zęby, ogar­nąć się. Wziąć się w garść.

- Zmarła od ciosu no­żem w wą­trobę i prze­bi­cia żyły wrot­nej. Krew do­stała się do jamy brzusz­nej i spo­wo­do­wała zgon - wy­ja­śnia Dan, cho­ciaż Stina wcale go o to nie prosi.

- Mo­żesz opi­sać, jak do tego do­szło? - pyta Stina.

- Tak. - Przy­gląda się jej, a ona się za­sta­na­wia, co wi­dzi.

- Może chodźmy do mo­jego biura, to dam ci pro­to­kół - pro­po­nuje Dan. - Wszystko wska­zuje na to, że ofiara stała za wy­spą ku­chenną, a sprawca przed nią. Pró­bo­wała uciec, cho­wa­jąc się za wy­spą, ale ją do­padł. Chwy­cił ją za włosy i za­dał pierw­szy cios. Ska­le­cze­nia na przed­ra­mio­nach świad­czą o tym, że za­bójca za­dał jej mnó­stwo moc­nych cio­sów w prze­ponę i klatkę pier­siową.

- Ile do­kład­nie?

- Cóż - mówi Dan. - Dwa­dzie­ścia trzy.

- Był wście­kły? Mamy do czy­nie­nia z nie­na­wi­ścią?

- To mi wy­gląda na za­bój­stwo w afek­cie, któ­remu to­wa­rzy­szył silny wy­rzut ad­re­na­liny. Ob­ser­wo­wa­łem to już wcze­śniej. Po za­da­niu pierw­szego ciosu sprawcy trudno się za­trzy­mać. Jest w tran­sie i dźga na oślep.

Stina po­woli kiwa głową. Też to już wcze­śniej wi­działa.

- A ślady krwi na lo­dówce? - pyta.

- To wy­łącz­nie krew ofiary. - Dan otwiera drzwi do swo­jego biura i wcho­dzi do środka. - Kiedy sprawca ją zo­sta­wił, praw­do­po­dob­nie jesz­cze żyła i pró­bo­wała wstać, opie­ra­jąc się na lo­dówce. Nie­stety stra­ciła zbyt dużo krwi i była za słaba.

Dan siada za biur­kiem, a Stina zaj­muje miej­sce na­prze­ciwko niego.

- Czyli jesz­cze żywa le­żała na pod­ło­dze, pod­czas gdy sprawca spo­koj­nie umył nóż i od­wie­sił go na miej­sce, po czym zo­sta­wił ją na pewną śmierć? - pyta.

Bez­względny su­kin­syn - my­śli. Mu­siał sły­szeć, że wal­czy o ży­cie. Może na­wet pa­trzył, jak pró­bo­wała wstać, po­le­wa­jąc nóż pły­nem do my­cia na­czyń.

- Nie umiem od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy wie­dział, że ona wciąż żyje.

- No tak. - Stina milk­nie. - Coś jesz­cze? - pyta w końcu.

- Tak. Ofiara ma na karku si­niaka, który różni się od po­zo­sta­łych ob­ra­żeń. Na ra­zie nie udało nam się usta­lić, ja­kim na­rzę­dziem zo­stał za­dany cios - do­daje Dan.

- Mógł po­wstać w in­nych oko­licz­no­ściach?

- Tak, to cał­kiem praw­do­po­do­bne. Je­śli cho­dzi o czas, to uwa­żam, że po­wstał w tym sa­mym okre­sie co po­zo­stałe ob­ra­że­nia, go­dzinę lub kilka go­dzin wcze­śniej.

- W wy­niku ude­rze­nia ja­kimś na­rzę­dziem?

- Tak, ale po­trze­buję wię­cej czasu, żeby stwier­dzić ja­kim.

Stina kiwa głową.

- A sprawca?

- Są­dząc po sile i ką­cie cio­sów za­da­wa­nych ofie­rze, sprawca ma ja­kieś metr sie­dem­dzie­siąt, metr osiem­dzie­siąt.

Stina my­śli o Ju­lii, która jest mniej wię­cej o pięć cen­ty­me­trów niż­sza od niej, czyli ma około me­tra sie­dem­dzie­siąt.

- Je­steś pe­wien, że to męż­czy­zna?

- Nie. Wcale. Rów­nie do­brze to może być ko­bieta, ale nie z tych sła­bych.

- A sperma?

- Je­śli po­cho­dzi od sprawcy, to oczy­wi­ście wska­zy­wa­łaby na męż­czy­znę. Na pod­sta­wie spermy usta­li­li­śmy pro­fil DNA. Nie­stety nie ma go w na­szej ba­zie, więc na tym eta­pie nie mamy z niego zbyt wiel­kiego po­żytku.

- Cho­lera! - rzuca Stina.

- Tak. Ale oczy­wi­ście może sta­no­wić ma­te­riał do­wo­dowy - za­uważa Dan.

- Ja­sne. Tylko naj­pierw mu­simy zna­leźć za­bójcę.

16

Dan Ko­wal­ski otwiera drzwi do swo­jego miesz­ka­nia przy Ra­ket­ga­tan w dziel­nicy Gul­dhe­den, lecz za­miast ci­szy, któ­rej tak po­trze­buje, sły­szy mu­zykę i pi­skliwy głos Anny śpie­wa­ją­cej pio­senkę Ma­donny Like a Vir­gin. Już nie czuje się w swoim miesz­ka­niu jak u sie­bie. Zo­stało prze­jęte przez ży­wio­łową Po­lkę, która wtar­gnęła do jego ży­cia i wy­wró­ciła je do góry no­gami.

Dan zdej­muje buty i usta­wia je na półce. Wie­sza kurtkę, po­pra­wia zie­loną mu­chę i wcho­dzi do sa­lonu. Na bia­łej ka­na­pie leżą owcza skóra wci­śnięta mię­dzy po­duszki, spodnie i swe­ter. Na stole stoją szklanka do po­łowy wy­peł­niona mle­kiem oraz ta­lerz z okru­chami. Dan wzdy­cha, za­ci­ska pię­ści, od­wraca się na pię­cie i idzie do to­a­lety.

Pierw­szą rze­czą, która rzuca mu się w oczy po wej­ściu do środka, są czer­wone stringi. Leżą na dy­wa­niku przed wanną i po­mimo mi­ni­mal­nych roz­mia­rów krzy­czą do niego. Dan staje jak wryty i tak mocno ści­ska klamkę, że aż bie­leją mu knyk­cie.

- Tego już za.... - mówi przez za­ci­śnięte zęby. - Anno! - woła, ale nikt mu nie od­po­wiada. - Anno! - krzy­czy po­now­nie, tym ra­zem gło­śniej.

Jej głos cich­nie w kuchni i po chwili Anna po­ja­wia się za jego ple­cami.

- Hej, Dan. Już w domu? Nie sły­sza­łam, że przy­sze­dłeś.

- Czy mo­gła­byś sprząt­nąć swoją brudną bie­li­znę? - Dan wska­zuje pal­cem stringi.

- Tak, tak. Wiel­kie mi rze­czy! - Anna gło­śno się śmieje.

- Wiel­kie mi rze­czy? Brudna bie­li­zna na pod­ło­dze w mo­jej ła­zience!

Anna pa­trzy w dół.

- Brudna bie­li­zna - po­wta­rza. - To prze­cież tylko stringi. - Uśmie­cha się. Krzywe zęby, sko­śne oczy. - Co cię dziś ugry­zło, dziu­ba­sku?

Dan za­myka oczy i bie­rze głę­boki wdech. Nie­na­wi­dzi, gdy Anna go tak na­zywa. Nie jest dziec­kiem. A co, gdyby on tak się do niej zwra­cał? Kręci głową, za­sta­na­wia­jąc się, co się stało z jego ży­ciem. Rok temu my­ślał o ar­ty­ku­łach na­uko­wych i eks­per­ty­zach są­do­wych, a nie o ta­kich pier­do­łach.

- Nic mnie nie ugry­zło - od­po­wiada. - I nie na­zy­waj mnie tak. Nie lu­bię tego i do­brze o tym wiesz.

Tyle razy pro­sił ją, żeby utrzy­my­wała po­rzą­dek. Po­peł­nił błąd, ścią­ga­jąc ją do Szwe­cji i po­zwa­la­jąc jej za­miesz­kać u sie­bie. Anna ni­gdy nie wy­pełni pustki. Tę­sk­noty i uczu­cia, że czas ucieka, a on tylko pra­cuje. Cią­gle jest po­iry­to­wany. Tym, jak ona się ubiera, że pali na bal­ko­nie, że ni­gdy po so­bie nie sprząta, ni­gdy nie jest ci­cho, jej fał­szo­wa­niem. Li­sta jest długa. Wie, że po­peł­nił straszny błąd, lecz nie ma po­ję­cia, jak go na­pra­wić.

- Do znu­dze­nia po­wta­rzam, że masz po so­bie sprzą­tać.

- Sprzą­tam.

Dan spo­gląda na stringi. Anna po­dąża za jego wzro­kiem, po­chyla się i pod­nosi je jed­nym pal­cem. Majta mu nimi przed oczami.

- O to ci cho­dzi?

Dan szybko robi unik i skrę­po­wany, od­wraca wzrok.

- Spójrz, sprzą­tam - oznaj­mia Anna, otwiera kosz na pra­nie i wrzuca do niego stringi. - Za­do­wo­lony?

Dan kiwa głową i otwiera jej drzwi, bo chce zo­stać sam. Anna za­biera mu całe po­wie­trze i Dan nie ma czym od­dy­chać. Zerka na kosz na pra­nie i uświa­da­mia so­bie, że wcale mu się nie po­doba, że jej brudne stringi mie­szają się z jego ubra­niami.

Od­kąd się wpro­wa­dziła, wszę­dzie jest pełno okru­chów, ku­rzu i wło­sów. I nie ma zna­cze­nia, że Dan cią­gle cho­dzi za nią z od­ku­rza­czem i ścierką, bo je­śli sprząt­nie w jed­nym miej­scu, to ona za­raz świni w in­nym. Pró­buje jej wy­ja­śnić, że brud jest wy­jąt­kowo nie­przy­jemny, lecz ona zdaje się tego nie ro­zu­mieć. Co by było, gdyby coś się stało i jego ko­le­dzy mu­sie­liby prze­pro­wa­dzić oglę­dziny miej­sca zda­rze­nia? To by im za­jęło kilka ty­go­dni.

Dan roz­pina spodnie, zdej­muje je i siada na se­de­sie, żeby się wy­si­kać. Opróż­nia­jąc pę­cherz, my­śli o tym, że w miesz­ka­niu Fanny Lund­berg było bar­dzo czy­sto i dla­tego szybko upo­rali się z oglę­dzi­nami. Po wy­ko­na­niu te­stu flu­ore­scen­cji w świe­tle UV w celu zna­le­zie­nia ta­kich śla­dów jak krew, sperma, wy­dzie­lina z po­chwy i ślina zlo­ka­li­zo­wali mnó­stwo plam krwi i wło­sów, które wy­słali do ana­lizy. Na pod­sta­wie prze­sła­nej próbki spermy szybko usta­lono pro­fil DNA, lecz nie­stety męż­czy­zna nie fi­gu­ruje w re­je­strze. Dan li­czy na to, że wśród za­bez­pie­czo­nych śla­dów znajdą jesz­cze je­den pro­fil DNA. Wy­star­czy­łaby mi­ni­plamka krwi sprawcy. Zgodny wy­nik DNA może sta­no­wić bar­dzo mocny do­wód.

Dan się pod­ciera, myje ręce i umiesz­cza spodnie na wie­szaku, żeby wy­gła­dzić za­gnie­ce­nia ręką. Ze­stre­so­wało go spo­tka­nie ze Stiną, cho­ciaż to nie­do­rzeczne. To ona za­rzy­gała mu ubra­nie, a nie on jej, i dla­tego nie było po­wodu, żeby się de­ner­wo­wał. Mimo to żo­łą­dek mu się ści­snął, gdy ją zo­ba­czył. Po­tem go prze­pro­siła. Dan ma na­dzieję, że to wy­star­czy i będą mo­gli wró­cić do ich daw­nej re­la­cji. Lep­sza chłodna i za­wo­dowa re­la­cja niż żadna.

- Dan - sły­szy głos Anny za drzwiami. - Ucie­szysz się. Zro­bi­łam ci ko­la­cję.

Dan wzdy­cha i zdej­muje ko­szulę. Jest po dwu­dzie­stej dru­giej. Nie jada tak późno. A poza tym do­my­śla się, jak wy­gląda kuch­nia i kto ją po­sprząta.

17

Aron za­myka drzwi i zo­sta­wia za sobą wie­czór. Przed zdję­ciem kurtki wy­gląda przez ju­da­sza, żeby się upew­nić, że na klatce scho­do­wej ni­kogo nie ma. Nie wie, dla­czego tak robi, zwłasz­cza że od­kąd za­czął, ni­gdy ni­kogo nie wy­pa­trzył. Tak jak dzi­siaj. Je­dyne, co wi­dzi, to brą­zowe drzwi i sza­ro­czarne schody w znie­kształ­co­nych pro­por­cjach.

Wcho­dzi do kuchni i wie­sza kurtkę na opar­ciu krze­sła. Po­wie­trze w środku jest za­tę­chłe, dym pa­pie­ro­sowy wżarł się w ta­pety i za­ku­rzone kar­tony prze­pro­wadz­kowe usta­wione wzdłuż ścian je­den na dru­gim. Aron czuje się w tym miesz­ka­niu jak zwie­rzę w klatce i z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem co­raz bar­dziej tę­skni za la­sem i je­zio­rami. Bra­kuje mu za­pa­chu igli­wia i grzy­bów, świer­gotu pta­ków. Lisa, który przy­staje na skraju lasu i ob­ser­wuje łąkę ską­paną we mgle. Tę­skni za echem nio­są­cym się po pust­ko­wiu, gdy mo­kry od rosy but na­dep­nie na ga­łąź.

Je­dyną rze­czą, która ła­go­dzi jego tę­sk­notę, są dłu­gie wie­czorne spa­cery. I świa­do­mość, że tu­taj nie zo­sta­nie. Wkrótce nie bę­dzie mu­siał pa­trzeć na te żółte ściany we wzo­rek przy­po­mi­na­jący zmiaż­dżone in­sekty. Znisz­czone pod­łogi z pla­mami, któ­rych nie można usu­nąć. Brudne okna i pu­ste pa­ra­pety. Wi­dok na po­dwórko z pla­cem za­baw, na któ­rym za dnia ba­wią się ob­srani i za­ka­ta­rzeni gów­nia­rze ze smocz­kiem w buzi, a wie­czo­rami prze­sia­dują roz­bry­kane na­sto­latki z pa­pie­ro­sem w ustach i pi­wem w ręce. Wkrótce opu­ści to miej­sce.

Idąc do przed­po­koju i pod­no­sząc z pod­łogi stos re­klam, dra­pie się po łok­ciu i zrywa su­chy na­skó­rek. Nie do­staje li­stów. Trudno go na­mie­rzyć, ale kilka razy jej się to udało. Bła­gała go, żeby wró­cił do domu i od­pu­ścił. Naj­pierw były li­sty, a po­tem roz­mowy te­le­fo­niczne ze łzami i groź­bami.

Po­wie­działa, że po­wi­nien wró­cić do domu i za­po­mnieć. To, co się stało, już się nie od­sta­nie. Co­kol­wiek zrobi, ni­gdy już nie bę­dzie tak jak kie­dyś. Jest za późno.

Za­wsze miała smutny, bła­galny głos, ale wy­czu­wał w nim też strach przed tym, co Aron może zro­bić. Pró­bo­wał jej wy­tłu­ma­czyć, że nie ma wy­boru. Że musi.

Naj­gor­sze jest to, że ona rze­czy­wi­ście tego nie ro­zu­mie i nie wi­dzi tego co on. Żadne z nich tego nie wi­działo. Sta­rał się im to po­ka­zać, lecz oni tylko krę­cili gło­wami za jego ple­cami i za­nie­po­ko­jeni dzwo­nili do dok­tora Berg­ströma. Z ich mru­cze­nia pod no­sem wy­ła­py­wał ta­kie słowa jak "leki na­senne", "na­trętne my­śli" i "od­po­czy­nek".

W końcu dali za wy­graną. Naj­pierw on, póź­niej ona. Prze­stali się od­zy­wać, gdy zro­zu­mieli, że nie może wró­cić do domu. Nie, do­póki tego nie zrobi.

Sta­wia czarny ple­cak na stole i kiedy wy­pa­ko­wuje jego za­war­tość, ogar­nia go spo­kój. Nie czuł się tak od wielu lat. Dzięki temu spo­ko­jowi do­strzega, że wszystko jest z góry prze­są­dzone i wszyst­kim kie­ruje siła wyż­sza, a jemu po­zo­staje tylko po­dą­żać tam, do­kąd go po­pro­wa­dzi.

Aron wbija wzrok w stół. Bez naj­mniej­szego ru­chu ana­li­zuje to, co się wy­da­rzy. Nie do­piął jesz­cze wszyst­kiego na ostatni gu­zik, lecz gdy na­dej­dzie czas, bę­dzie go­towy. Wtedy bę­dzie wie­dział, do­kąd pójść. Tak jak wie, że nie musi już cho­dzić do czer­wo­nej ka­mie­nicy w mie­ście. Zro­bił, co na­le­żało. To ko­niec.

Po­chyla się i czuje mdło­ści. Zmu­sza się do spo­wol­nie­nia od­de­chu i pró­buje uspo­koić wa­lące serce. Te­raz się prze­śpi. Ju­tro musi mieć się na bacz­no­ści. Ju­tro jest ważny dzień.

18

Stina pod­nosi ko­mórkę ze sto­lika noc­nego i spo­gląda na ze­ga­rek. Jest punkt trze­cia, więc kła­dzie się na wznak i wpa­truje się w chłodne po­ranne świa­tło. Po­zwi­jane prze­ście­ra­dło gnie­cie ją w plecy, a po­duszka jest twarda i zbita. Przez lekko uchy­lone okno do­ciera do niej sze­lest wia­tru w ga­łę­ziach ja­rzę­biny. My­śli o Fanny Lund­berg, o jej bla­dym ciele na stole sek­cyj­nym. My­śli o za­rzy­ga­nych spodniach Dana i jego zdzi­wio­nym spoj­rze­niu. My­śli o ma­mie. I ogar­nia ją strach.

Wie, że ta cho­roba nie jest dzie­dziczna, ale i tak się boi, że ona albo co gor­sza dzieci też za­cho­rują. Czę­sto my­śli o tym, co by zro­biła, gdyby za­cho­ro­wała, i wie, że nie chcia­łaby żyć do sa­mego końca. Mama po­pro­siła ją o po­moc, gdy już chciała odejść, lecz ona szybko zmie­niła te­mat. Wiele razy ob­wi­niała się o tchó­rzo­stwo, ale jak mo­głaby po­móc swo­jej ma­mie umrzeć?

Wie, że gdyby za­pa­dła na tę cho­robę, to sama mu­sia­łaby ode­brać so­bie ży­cie, za­nim by­łoby za późno i jej mię­śnie prze­sta­łyby funk­cjo­no­wać. Nie da­łaby rady do­trwać do końca. Ona, która ni­gdy nie pro­siła ni­kogo o po­moc, by­łaby cał­ko­wi­cie uza­leż­niona od in­nych lu­dzi we wszyst­kim, od kar­mie­nia po zmianę pie­luch. Jak ten męż­czy­zna, któ­rego ob­ser­wuje na Fa­ce­bo­oku. Per­so­nel roz­ma­wia z nim o kar­mie­niu sondą i pod­jaz­dach dla wóz­ków in­wa­lidz­kich, jakby był dziec­kiem. Na­gle so­bie uświa­da­mia, że już dawno nie opu­bli­ko­wał żad­nego po­sta, i wie, co to przy­pusz­czal­nie ozna­cza. Ale nie chce o tym my­śleć. Chce spać i jed­no­cze­śnie nie chce spać. Znowu za­częła mieć sny i pra­wie co noc bu­dzi się zlana po­tem ze stra­chu.

Mimo to za­myka oczy i wsłu­chuje się w szum wia­tru oraz ciężki od­dech Ulfa, który leży tuż obok. Za­zdro­ści mu, że może tak głę­boko i spo­koj­nie spać, a po­tem bu­dzi się wy­po­częty i try­ska­jący ener­gią. Ale tak jest ze wszyst­kim. Ulf idzie bez­pro­ble­mowo przez ży­cie, my­śląc o so­bie, swo­jej pracy i swo­ich pro­jek­tach, a wszystko inne po­trafi odło­żyć na bok i smacz­nie spać. Za to ona ma go­ni­twę my­śli, pro­wa­dzi śledz­twa, zaj­muje się do­mem, po­maga dziew­czyn­kom w lek­cjach i we wszyst­kim je wspiera.

Stina ma ochotę wziąć ta­bletkę na­senną, ale wie, że jest za późno. Już za kilka go­dzin spo­tka się z me­diami. Bę­dzie miała pod­krą­żone oczy. Zmę­cze­nie da się wy­ja­śnić ciężką pracą i trud­nym do­cho­dze­niem, lecz przy­mu­le­nia po ta­bletce na­sen­nej już nie.

Nie lubi kon­fe­ren­cji pra­so­wych, jed­nak zdaje so­bie sprawę, że musi brać w nich udział. Trzask mi­ga­wek, py­ta­nia ze wszyst­kich stron, smart­fony z funk­cją na­gry­wa­nia przy­ci­skane do twa­rzy. To ele­ment jej pracy, lecz i tak za­myka się w so­bie, co spra­wia, że wy­daje się nie­sym­pa­tyczna, skwa­szona i szorstka. Wła­ści­wie ma to w du­pie, lecz sze­fo­stwo na­lega, żeby od­była szko­le­nie me­dialne. Zgo­dziła się, jed­nak za każ­dym ra­zem od­wo­łuje spo­tka­nie. Nie ma czasu na ta­kie rze­czy. Ma waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Kilka razy na prze­mian za­ci­ska pię­ści i pro­stuje palce. Wy­daje jej się czy jej ręce są słab­sze? Ma wra­że­nie, że nie za­ci­ska tak mocno jak zwy­kle. Znowu po­ja­wia się strach i Stina za­czyna się po­cić. Wbija wzrok w su­fit.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1

- Nu­mer alar­mowy sto dwa­na­ście, słu­cham?

- Moja sio­stra... - Ci­sza i me­ta­liczny trzask, po któ­rym na­stę­puje szloch. - Ona chyba nie żyje.

- Jak się pani na­zywa?

- Ju­lia. Na­zy­wam się Ju­lia Jo­hans­son.

- A pani sio­stra?

- Fanny Lund­berg.

- Skąd pani wie, że Fanny nie żyje?

- Bo nie od­dy­cha! - Tym ra­zem głos krzy­czy. - Po pro­stu leży. Nie ru­sza się. I wszę­dzie jest krew.

- Ro­zu­miem. - Głos jest spo­kojny. Rze­czowy. Nie­mal bez­duszny. - Jest pani ranna?

- Nie.

- Ktoś inny jest ranny?

- Nie. Tylko Fanny.

- Pro­szę mi po­dać ad­res, pod któ­rym się pani te­raz znaj­duje.

- Kur­czę, co to za ulica? - Sły­chać szybki od­dech. Ja­kieś stu­ka­nie. - Chwi­leczkę. Jest tu­taj ja­kaś ko­perta. To ulica Karl Gu­sta­vs­ga­tan trzy­na­ście.

Na mo­ment za­pada ci­sza i po chwili znowu od­zywa się spo­kojny głos:

- Ju­lio?

Ci­sza.

- Sły­szysz mnie, Ju­lio?

- Tak.

- Po­moc już do cie­bie je­dzie. Chcę, że­byś do tego czasu zo­stała na li­nii.

Sły­chać szloch, a ko­mi­sarz Stina Se­ger wy­łą­cza na­gra­nie. Pod­nosi wzrok i spo­gląda na swo­jego ko­legę Da­vida Sand­berga-Sa­libę, a na­stęp­nie na Lo­visę Do­uglas sie­dzącą obok niego.

- Te­le­fon ode­brano po­nad trzy go­dziny temu, do­kład­nie o czwar­tej trzy­dzie­ści sie­dem. - Stina Se­ger opiera się na krze­śle i kła­dzie przed­ra­miona na pod­ło­kiet­ni­kach. - Ofiara, Fanny Lund­berg, zo­stała z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem za­mor­do­wana w swoim domu w dziel­nicy Va­sa­stan dziś w nocy. Jej młod­sza sio­stra, którą sły­szymy na na­gra­niu, Ju­lia Jo­hans­son, mieszka gdzie in­dziej, ale wła­śnie przy­je­chała w od­wie­dziny do Göte­borga. Kiedy wcze­snym ran­kiem we­szła do miesz­ka­nia Fanny, zo­ba­czyła sio­strę le­żącą na pod­ło­dze w kuchni. Mar­twą. - Stina krzy­żuje ra­miona, czu­jąc przez ma­te­riał je­den z gu­zi­ków. Czarna ma­ry­narka wy­daje jej się dzi­siaj od­po­wied­nia. - Tech­nicy są już na miej­scu. Da­vid, je­dziesz tam ze mną.

Da­vid kiwa głową, lecz spra­wia wra­że­nie zmę­czo­nego, więc Stina stwier­dza, że po dro­dze oboje mu­szą so­bie ku­pić kawę, żeby się obu­dzić.

- A ja? - pyta Lo­visa, mocno ude­rza­jąc dłu­go­pi­sem w no­tes, który trzyma na ko­la­nach.

Stina spo­gląda na nią i wi­dzi, że Lo­visa jest go­towa sta­nąć do walki, ale ona nie ma za­miaru jej na to po­zwo­lić.

- Zbierz in­for­ma­cje na te­mat ofiary - pro­po­nuje. - Kim była, gdzie pra­co­wała, re­la­cje ro­dzinne. No wiesz, tego typu rze­czy.

Wstaje i czuje na so­bie spoj­rze­nie Lo­visy, wie, że ta chcia­łaby za­jąć miej­sce Da­vida. Albo jesz­cze le­piej jej miej­sce. Ru­sza w kie­runku drzwi, a Da­vid idzie za nią.

- Do zo­ba­cze­nia - mówi.

- Mhm - od­po­wiada Lo­visa ci­cho.

Stina się od­wraca i na­po­tyka jej wzrok, w któ­rym nie ma ani odro­biny cie­pła.

2

Stina otwiera drzwi miesz­ka­nia na pod­da­szu przy Karl Gu­sta­vs­ga­tan w dziel­nicy Va­sa­sta­den w Göte­borgu. Nie­bie­skie ochra­nia­cze na buty lekko sze­lesz­czą, gdy wcho­dzi do środka. Po­ko­nuje dwa schodki w dół i idzie przez długi przed­po­kój z bia­łymi ścia­nami i pod­łogą wy­ło­żoną sza­rymi płyt­kami. Na ścia­nie wisi ob­raz przed­sta­wia­jący czer­wono-czarną Sta­tuę Wol­no­ści, a pod nim stoi wą­ski sto­lik z usta­wioną na bla­cie srebrną mi­ską.

Na końcu przed­po­koju Stina skręca w lewo i przy­staje. Sły­szy za ple­cami po­gwiz­du­ją­cego Da­vida.

- Ład­nie tu - stwier­dza męż­czy­zna.

- Mhm - bąka Stina, roz­glą­da­jąc się wo­kół.

Ude­rzają ich świa­tło i prze­strzeń, wy­soki su­fit robi wra­że­nie, a przez duże okna wpada do środka sza­ro­srebrne po­ranne świa­tło. Tech­nicy są wszę­dzie. Peł­zają po pod­ło­dze, stoją po­chy­leni nad klamką i ku­cają nad okrą­głym dy­wa­nem, w rę­kach trzy­ma­jąc lampy UV, pędzle i wa­ciki. Sły­chać ich ści­szone głosy i pstry­ka­nie apa­ratu fo­to­gra­ficz­nego. Wszyst­kie do­wody trzeba ze­brać do pro­bó­wek i pla­sti­ko­wych wo­recz­ków, na­leży spo­rzą­dzić do­ku­men­ta­cję.

Stina na­wią­zuje kon­takt wzro­kowy z jed­nym z tech­ni­ków. Męż­czy­zna ma na twa­rzy ma­seczkę, więc wi­dać tylko jego ciem­no­brą­zowe oczy.

- Mo­żemy wejść? - pyta Stina.

Męż­czy­zna kiwa głową.

- Jest tam - in­for­muje, po­ka­zu­jąc pal­cem w nie­bie­skiej rę­ka­wiczce miej­sce, gdzie leży ofiara.

Stina od­wraca głowę. W tej sa­mej chwili po jej ple­cach prze­biega dreszcz, jakby ktoś prze­je­chał jej pa­znok­ciem wzdłuż krę­go­słupa, i wi­dzi dwie stopy wy­sta­jące zza wy­spy ku­chen­nej. Jedna z nich jest ubrana w pu­chatą ró­żową skar­petę w ser­duszka. Druga jest goła. Stina wpa­truje się w nią. Pa­znok­cie po­ma­lo­wane na ró­żowo mocno kon­tra­stują z siną skórą.

Ostroż­nie idzie po lśnią­cym dę­bo­wym par­kie­cie, żeby ni­czego nie do­tknąć, po­chyla się i spo­gląda na ciało.

- O kurwa! - wy­rywa jej się. Cofa się, czu­jąc smród od­cho­dów i krwi, ale głów­nie z po­wodu tego, co wi­dzi. Mocno za­ci­ska po­wieki i na­gle ma wra­że­nie, jakby coś ją chwy­ciło i za­ssało do czar­nej dziury. Za­ta­cza się, szybko otwiera oczy i po­trząsa głową. Roz­gląda się, jakby do­piero się obu­dziła. Chce się chwy­cić wy­spy ku­chen­nej, by za­pa­no­wać nad za­wro­tami głowy, lecz bie­rze się w garść. Wie, że nie może. Mocno przy­gryza dolną wargę i zmu­sza się do spoj­rze­nia na ko­bietę. Musi się sku­pić. To za­zwy­czaj po­maga.

Ko­bieta leży na boku. Lewa po­łowa jej twa­rzy jest wci­śnięta w pod­łogę, a ra­mię za­sła­nia­jące głowę za­krwa­wione i po­ra­nione. Ofiara ma na so­bie cienką białą ko­szulę nocną po­pla­mioną krwią. Na ciele wi­dać ślady licz­nych ran kłu­tych. Stina czuje wście­kłość.

Spo­gląda w dół, na tech­nika Dana Ko­wal­skiego, który sie­dzi sku­lony przy ko­bie­cie, z jedną ręką w czar­nej tor­bie.

- No - mówi, nie pa­trząc na Stinę. Jego ru­do­blond włosy ści­śle przy­le­gają do głowy, a szczu­płe ra­miona po­krywa biały kom­bi­ne­zon ochronny lekko sze­lesz­czący przy każ­dym ru­chu. - Ro­bimy, co mo­żemy.

- Nie py­ta­łam - oznaj­mia Stina.

- To prawda - od­po­wiada Dan, wciąż nie pod­no­sząc głowy. - Ale so­bie po­my­śla­łaś, prawda?

Stina od­wraca wzrok i roz­gląda się, żeby nie pa­trzeć na zma­sa­kro­wane ciało. My­śli o tym, że miesz­ka­nie na pod­da­szu praw­do­po­dob­nie zo­stało prze­ro­bione. Jest piękne z tą otwartą prze­strze­nią, wy­so­kimi stro­pami, po­ma­lo­wa­nymi na biało drew­nia­nymi bel­kami u su­fitu i ra­mami okien­nymi. Ja­sne i mi­ni­ma­li­styczne, jakby żyw­cem wy­jęte z ma­ga­zynu wnę­trzar­skiego. Wy­soko na ścia­nach wisi sztuka współ­cze­sna bę­dąca po­łą­cze­niem fo­to­gra­fii, graf­fiti oraz ta­śmy ozdob­nej w gwiazdki. Ob­razy są utrzy­mane w brą­zo­wo­sza­rej to­na­cji, z nie­wielką do­mieszką czer­wieni, i pa­sują do ko­lo­ry­styki miesz­ka­nia.

Stina na­dal się roz­gląda. Na czar­nym ka­mien­nym bla­cie stoi chro­mo­wany eks­pres do kawy w są­siedz­twie bia­łej do­niczki ze świe­żymi zio­łami. Wisi nad nią li­stwa ma­gne­tyczna z ze­sta­wem pię­ciu noży ku­chen­nych Glo­bal.

Obok blatu znaj­dują się lo­dówka i za­mra­żarka. Lśniącą po­wierzch­nię po­kry­wają rdzawe ślady. Stina przy­gląda się im i oczami wy­ob­raźni wi­dzi, jak ko­bieta, chwie­jąc się na no­gach, wy­ciąga ręce i prze­jeż­dża pal­cami po lśnią­cej lo­dówce, po czym upada na pod­łogę. Za­sta­na­wia się, ile cio­sów znio­sła, za­nim się pod­dała. Uświa­da­mia so­bie, że wszę­dzie wi­dzi plamy krwi. Po­now­nie spo­gląda w dół, na Dana Ko­wal­skiego.

- Więc nic nie zna­leź­li­ście? - pyta.

- Nie, jesz­cze nie. - Dan wzdy­cha, wkła­da­jąc wa­cik do wo­reczka fo­lio­wego.

- Gdzie jest jej sio­stra, która za­dzwo­niła? Wciąż tu­taj?

Dan po raz pierw­szy pod­nosi wzrok. Kiwa głową w kie­runku, w któ­rym mają iść.

- Jest tam. Na pół­pię­trze.

- Skoń­czy­li­ście z nią?

- Tak - od­po­wiada Dan, wra­ca­jąc do pracy.

- I?

- Zo­ba­czymy, co po­każą ba­da­nia. Na ra­zie chyba po­trze­buje roz­mowy z psy­cho­lo­giem.

- Ja­sne. Ale naj­pierw chcia­ła­bym za­mie­nić z nią parę słów.

Dan znowu spo­gląda w górę. Ich spoj­rze­nia się spo­ty­kają. Wy­gląda na zmę­czo­nego i Stina ma wra­że­nie, jakby pa­trzyła w lu­stro. Zmę­cze­nie jest pa­ra­li­żu­jące, bra­kuje jej tchu. Wsuwa rękę do kie­szeni. Wy­czuwa kon­tury bli­stra z ta­blet­kami i to ją uspo­kaja. Ostatni raz zerka na ciało, po czym od­wraca wzrok i pa­trzy na Da­vida.

- Chodźmy z nią po­roz­ma­wiać.

3

Sio­stra ofiary, Ju­lia Jo­hans­son, sie­dzi w rogu bia­łej ka­napy na­roż­nej, przy­kryta ple­dem i z po­duszką w zyg­zaki na ko­la­nach. Ma dłu­gie włosy z prze­dział­kiem na środku, ja­sne pa­semka za­sła­niają twarz. Wpa­truje się w te­le­wi­zor wi­szący na ścia­nie na­prze­ciwko. Przez krzy­kliwe ame­ry­kań­skie głosy prze­bija się śmiech pu­blicz­no­ści, lecz twarz Ju­lii nie wy­raża żad­nych emo­cji, gdy do niej pod­cho­dzą.

Stina zerka na po­li­cjanta w mun­du­rze sto­ją­cego obok Ju­lii. Jedno spoj­rze­nie wy­star­cza. Od razu ro­zu­mie, kiwa głową i znika na scho­dach pro­wa­dzą­cych w dół.

- Cześć, Ju­lio - mówi Stina, ostroż­nie sia­da­jąc po dru­giej stro­nie ka­napy. - Na­zy­wam się Stina Se­ger i je­stem z po­li­cji. A to jest Da­vid Sand­berg-Sa­liba. Rów­nież po­li­cjant. - Stina za­wie­sza głos, spo­gląda na dło­nie Ju­lii i za­uważa, że od­padł jej długi, spi­cza­sty pa­zno­kieć, a na pal­cach ma mnó­stwo ta­nich pier­ścion­ków. - Bar­dzo ci współ­czuję, ale mu­szę ci za­dać kilka py­tań. Jak tylko skoń­czymy, bę­dziesz mo­gła stąd pójść - do­daje Stina.

Ju­lia wzru­sza ra­mio­nami, nie od­ry­wa­jąc wzroku od te­le­wi­zora.

- Mo­żesz nam opo­wie­dzieć, co za­sta­łaś, wcho­dząc do miesz­ka­nia?

Ju­lia ciężko wzdy­cha i za­sła­nia oczy ręką, jakby tru­chlała na samą myśl, że ma o tym mó­wić. Stina waha się przez chwilę, czy po­winna ją na to na­ra­żać. I tak już wiele prze­szła. Ale nie mają wy­boru.

- Na­prawdę mu­simy to wie­dzieć - na­lega Stina. - Po­tem bę­dziesz wolna.

Ju­lia kiwa głową i szybko mówi ci­chym gło­sem, jakby re­cy­to­wała wy­li­czankę:

- Wró­ci­łam do miesz­ka­nia. Chciało mi się pić i ru­szy­łam w kie­runku lo­dówki, żeby wy­jąć sok. Nie pa­trzy­łam pod nogi, więc się o nią po­tknę­łam. - Ju­lia od­wraca głowę i po raz pierw­szy pa­trzy na Stinę. Pod jej oczami wi­dać po­zo­sta­ło­ści noc­nego ma­ki­jażu, usta są wą­skie, za­cięte. - Sta­nę­łam na jej sto­pie - cią­gnie Ju­lia, a Stina wi­dzi, że dolna warga ko­biety za­czyna drżeć. - Póź­niej po­śli­zgnę­łam się na krwi i pra­wie się na nią prze­wró­ci­łam. - Oczy Ju­lii za­cho­dzą łzami, a ona znowu od­wraca głowę w stronę te­le­wi­zora. - Tak od­kry­łam, że nie żyje.

- Bar­dzo ci współ­czuję - po­wta­rza Stina. - Do­pil­nu­jemy, że­byś mo­gła z kimś o tym po­roz­ma­wiać. To ważne w przy­padku ta­kich trau­ma­tycz­nych prze­żyć.

Ju­lia po­now­nie wzru­sza ra­mio­nami. Drżą­cym pal­cem po­ciera skórę pod okiem i jesz­cze bar­dziej roz­ma­zuje ma­ki­jaż. Stina my­śli o tym, co czeka Ju­lię, i od­ru­chowo wy­ciąga rękę, żeby ją po­cie­szyć, ale w ostat­niej chwili ją cofa.

- Czy ktoś jesz­cze był w miesz­ka­niu, gdy wró­ci­łaś? - pyta Da­vid sto­jący tuż za Stiną.

- Nie. Fanny miesz­kała sama.

- To nie wy­klu­cza, że ktoś tu był.

- Tak, ale ni­kogo nie było.

Stina roz­gląda się wo­kół. Wy­gląda przez okno i po prze­ciw­nej stro­nie wi­dzi ka­mie­nicę oraz bez­chmurne błę­kitne niebo nad czer­wo­nymi da­chami. Mia­sto bu­dzi się do ży­cia, lecz do miesz­ka­nia nie do­cie­rają żadne dźwięki. Na ulicy stoi kilka ra­dio­wo­zów, a wej­ście do ka­mie­nicy za­bez­pie­czono nie­bie­sko-białą ta­śmą po­li­cyjną, przed którą stoją ga­pie z te­le­fo­nami w rę­kach wy­mie­szani z dzien­ni­ka­rzami i fo­to­gra­fami. Za to tu, na gó­rze, pa­nuje ci­sza. Okna są dźwię­kosz­czelne. Nikt nie sły­szał krzyku Fanny.

- Duże miesz­ka­nie jak dla jed­nej osoby - stwier­dza.

- Tak. - Ju­lia dra­pie skrzy­dełko nosa pa­znok­ciem ma­łego palca. - Ku­piła je po śmierci swo­jego ojca. Je­ste­śmy przy­rod­nimi sio­strami. Mamy tę samą matkę.

- Do­stała duży spa­dek?

- Tak. - Ju­lia od­wraca głowę w kie­runku Stiny i po­woli nią kiwa. Na­stęp­nie na­ciąga koc pod brodę i otula się nim.

- Mo­żesz nam opo­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło wczo­raj wie­czo­rem? - prosi Da­vid.

Stina spo­gląda na niego. Na jego ciemne włosy i brą­zowe oczy. Sły­szy spo­kojny głos, cał­kiem inny, niż gdy Da­vid jest wście­kły. Tak samo dło­nie, te­raz miękko sple­cione, po­tra­fią być bru­talne i zła­mać rękę lub zwich­nąć szczękę.

- Już mó­wi­łam.

- Opo­wiedz, jak spę­dzi­łaś wie­czór.

Ju­lia wzdy­cha, wy­pusz­cza koc z ręki i kła­dzie ją na ko­la­nie.

- Okej. By­łam z kum­pelą w klu­bie Spri­tluc­kan.

- Czyli pra­cu­jesz w branży ho­te­lowo-re­stau­ra­cyj­nej?

Stina sły­szy, że jej part­ner stara się być miły, żeby Ju­lia się roz­luź­niła, ale wi­dzi, że ko­bieta nie wie, co Da­vid ma na my­śli.

- Do Spri­tluc­kan cho­dzą głów­nie lu­dzie za­trud­nieni w branży re­stau­ra­cyj­nej i roz­ryw­ko­wej - wy­ja­śnia Stina. - Wy­dają tam na­piwki z week­endu.

- Aha. - Ju­lia mruga. - Nie wie­dzia­łam. The­rese rze­czy­wi­ście pra­cuje w tej branży.

- The­rese? Tak ma na imię twoja ko­le­żanka?

- Tak.

- Mo­żesz nam po­dać jej na­zwi­sko i dane kon­tak­towe, żeby mo­gła to po­twier­dzić?

- Te­raz?

- Tak. - Stina sięga po to­rebkę, wyj­muje czarny no­tes i znaj­duje dłu­go­pis w bocz­nej kie­szonce. Otwiera go na pu­stej stro­nie i po­daje Ju­lii. - Za­pisz tu­taj.

Ju­lia bie­rze no­tes i za­czyna pi­sać. Stina od­wraca głowę w kie­runku ko­minka i się roz­gląda. Za­gląda do po­piołu i czar­nych, okop­co­nych po­zo­sta­ło­ści po ogniu. Na ścia­nie obok ko­minka wisi ob­raz z mo­ty­wem Buddy, na stole stoi czarno-biały wa­zon z białą li­lią, a Stina my­śli, że to wy­gląda tak, jakby ktoś pró­bo­wał stwo­rzyć wra­że­nie przy­tul­no­ści.

- Pro­szę.

- Dzię­kuję. - Stina bie­rze od Ju­lii no­tes i wkłada go do to­rebki. - Okej. O któ­rej do­tar­łaś do Spri­tluc­kan?

- Ja­koś o pół­nocy.

- Czyli do tego czasu by­łaś w domu?

- Nie. Wy­szłam stąd mniej wię­cej o dwu­dzie­stej dru­giej i po­szłam do The­rese. Sie­dzia­ły­śmy u niej i pi­ły­śmy, po­tem po­szły­śmy do Spri­tluc­kan.

- Jak długo tam by­ły­ście?

- Do za­mknię­cia. Ja­koś o trze­ciej. Po­tem... - Ju­lia od­chrzą­kuje, ro­biąc le­dwo za­uwa­żalną pauzę, i kon­ty­nu­uje: - Po­szły­śmy do Tin­tin coś zjeść. Póź­niej wró­ci­łam do domu i... - Ju­lia spusz­cza wzrok i do­tyka koca. - Chciało mi się pić, więc po­de­szłam do lo­dówki po sok. Wtedy ją zna­la­złam i za­dzwo­ni­łam na po­li­cję. Od razu.

- By­ły­ście w Café Tin­tin na En­gel­brekts­ga­tan czy Lin­néga­tan?

Ju­lia robi wiel­kie oczy. Jakby znowu nie zro­zu­miała.

- Są dwie.

- Aha. Nie znam na­zwy ulicy, ale to była prze­cznica do Ave­nyn.

Stina kiwa głową.

- Czyli En­gel­brekts­ga­tan. Co było po­tem?

- Usia­dłam tu i cze­ka­łam, tak jak ka­zała mi ta dys­po­zy­torka.

- I nic nie wi­dzia­łaś? A może coś sły­sza­łaś?

Ju­lia marsz­czy brwi.

- Niby co?

- Ja­kie­goś czło­wieka? Sa­mo­chód? Co­kol­wiek?

- Nie.

- Która to była go­dzina?

- Około wpół do pią­tej.

- Miesz­kasz tu­taj? - pyta Da­vid.

- Nie. To zna­czy tak. Przy­jeż­dżam na kilka dni i wtedy tu miesz­kam.

- Czę­sto tu by­wasz?

- Nie. To drugi raz. Wła­ści­wie to nie mia­ły­śmy z Fanny kon­taktu do śmierci na­szej mamy pół roku temu. Można po­wie­dzieć, że to nas po­łą­czyło. Mamy tylko sie­bie. - Ju­lia spusz­cza wzrok i do­daje: - Mia­ły­śmy.

- Przy­kro mi - mówi Stina i szybko milk­nie. Ro­zu­mie to uczu­cie pustki po stra­cie bli­skiej osoby.

- Dla­czego nie mia­ły­ście kon­taktu? - do­py­tuje Da­vid.

- Był świ­nią. - Ju­lia ści­ska po­duszkę i zyg­zaki zle­wają się ze sobą. - On tego nie chciał.

- Kto taki?

- Oj­ciec Fanny.

- Dla­czego?

- Był dla matki okropny. A mnie do­stał w pa­kie­cie, więc po­dej­rze­wam, że mnie też nie­na­wi­dził, cho­ciaż wcale mnie nie znał.

- Fanny nie miała też kon­taktu ze swoją, to zna­czy z wa­szą mamą? - pyta Stina.

- Nie. On tego nie chciał. Ale te­raz za­czy­na­ły­śmy się za­przy­jaź­niać. - Ju­lia wy­ciera nos grzbie­tem dłoni, gło­śno nim po­cią­ga­jąc. - To straszne, że ktoś ją za­bił.

Stina pró­buje przej­rzeć Ju­lię i nie czuje jej bólu. Wi­dzi ślady łez i stra­chu, ale nie do­strzega praw­dzi­wej, wiel­kiej roz­pa­czy, którą wi­dać u więk­szo­ści lu­dzi w ta­kiej sy­tu­acji. Może z po­wodu tego, o czym wła­śnie opo­wie­działa. Że tak na­prawdę nie znała Fanny zbyt do­brze. Albo wciąż nie do­tarło do niej to, co się stało.

- Jak my­ślisz, dla­czego ktoś to zro­bił? - pyta Stina.

Ju­lia roz­kłada ręce.

- Nie mam po­ję­cia - mówi.

- Może miała ja­kichś wro­gów?

- Nie.

- Z kim się spo­ty­kała?

- Nie umiem po­wie­dzieć. Dużo tre­no­wała. Wiem, że cza­sami wy­cho­dziła z ludźmi z pracy.

- Gdzie tre­no­wała?

- W Sats. I cza­sami bie­gała.

Milkną. Naj­wyż­szy czas za­koń­czyć tę roz­mowę - my­śli Stina. Ju­lia po­trze­buje po­mocy, żeby przez to przejść, i musi po­roz­ma­wiać z psy­cho­lo­giem.

- Chcesz zo­stać w Göte­borgu przez ja­kiś czas? - pyta Stina, pod­no­sząc się z ka­napy.

- Tak, w su­mie mogę zo­stać. Nie mu­szę wra­cać do domu. - Spo­gląda na nich oboje. - Wolno mi tu zo­stać? W miesz­ka­niu Fanny?

Stinę za­ska­kuje to py­ta­nie. Na­prawdę chce tu być? Na jej miej­scu w ogóle nie roz­wa­ża­łaby ta­kiej opcji.

- To nie my o tym de­cy­du­jemy. Ale miesz­ka­nie bę­dzie za­plom­bo­wane do za­koń­cze­nia oglę­dzin miej­sca zda­rze­nia. Nie wiem, ile to po­trwa.

Ju­lia kiwa głową i ob­gryza zła­many pa­zno­kieć. Znowu wpa­truje się w te­le­wi­zor. Nic nie mówi, gdy wy­cho­dzą. Na­wet na nich nie pa­trzy.

4

Aron Fa­sth idzie po­su­wi­stym kro­kiem po sza­rym as­fal­cie. Za ple­cami ma ce­glaną wieżę ko­ścioła. Jego ciało rzuca na drogę długi, ru­chomy cień, a on czuje ssa­nie w żo­łądku, gdy do jego noz­drzy do­ciera za­pach świe­żego chleba do­cho­dzący z pie­kar­nio-cu­kierni. Ostat­nio pra­wie przez cały czas jest głodny. Targa nim głód. Nie tylko ten fi­zyczny, lecz także ten inny. Po­ścig, który go na­pę­dza i przy­wiódł go aż tu­taj.

Co­raz czę­ściej ła­pie się na tym, że tę­skni za swoim daw­nym ży­ciem. Na­wet za ta­kimi rze­czami, o któ­rych ni­gdy by nie po­my­ślał, jak usu­wa­nie kro­wiego łajna, jeż­dże­nie cięż­kimi tacz­kami i od­śnie­ża­nie. Po­strze­gał ży­cie na wsi jako karę i za­zdro­ścił tym, któ­rzy miesz­kają w mie­ście i nie mu­szą się zaj­mo­wać zwie­rzę­tami ani my­śleć o po­go­dzie. Ale te­raz za tym tę­skni. A naj­bar­dziej za roz­le­głym, ciem­nym la­sem i sa­mot­no­ścią.

Prze­pusz­cza nie­bie­ski au­to­bus miej­ski i prze­cho­dzi na drugą stronę drogi. Spa­liny die­sla za­bi­jają za­pach świe­żych wy­pie­ków, a on my­śli o tym, że mia­sto zde­cy­do­wa­nie nie jest dla niego. To tempo. Ci wszy­scy lu­dzie. Że ni­gdy tu nie jest ci­cho i na­prawdę ciemno. Ale o dziwo, to wła­śnie w mie­ście, wśród tych wszyst­kich lu­dzi, czuje się naj­bar­dziej sa­motny. Tu­taj może znik­nąć, wto­pić się w tłum. Na wsi to było nie­moż­liwe. Za­wsze zna­lazł się ktoś, kto wie­dział, gdzie jest i co robi.

W mie­ście wszystko jest inne i mu­siał wy­ka­zać się po­my­sło­wo­ścią, by tu prze­trwać. To nie leży w jego na­tu­rze, ale przy­szło mu się tego na­uczyć. Nie wszystko, co ro­bił przez te lata, było do­bre. Nie­które rze­czy były na­prawdę złe, ale za­wsze de­cy­duje się tylko na to, co jest ko­nie­czne. Czę­sto musi być nie­wi­dzialny, żeby móc prze­pro­wa­dzić to, co so­bie po­sta­no­wił, i za­le­d­wie kilka mi­nut temu, gdy sie­dział w spo­koju na cmen­ta­rzu, wpadł na to, jak to zrobi tym ra­zem.

Po­pra­wia czapkę z dasz­kiem i sły­szy śmiech dziecka za ży­wo­pło­tem. Po­wi­nien był po­my­śleć o tym wcze­śniej. Matka była li­sto­noszką na wsi w tych naj­trud­niej­szych la­tach, gdy bra­ko­wało im pie­nię­dzy, a oj­ciec ję­czał sku­lony na łóżku. To nie to samo co praca w Göte­borgu. Tu­taj nie wi­duje się li­sto­no­sza. Oczy­wi­ście wszy­scy za­uwa­żają pocztę w skrzynce, lecz nikt, może poza bar­dzo nie­licz­nymi wy­jąt­kami, nie umie po­wie­dzieć, jak wy­gląda jego li­sto­nosz.

Na wsi nie można być ano­ni­mo­wym. Wszy­scy wie­dzą, kim jest jego matka. Że to Lil­le­mor Fa­sth. Plot­ko­wano. Mó­wili, że matka nie ma lekko. Ro­dzina stra­ciła to, co było prze­ka­zy­wane z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, i Lil­le­mor mu­siała pod­jąć pracę li­sto­noszki, aby wy­ży­wić naj­bliż­szych.

Aron Fa­sth za­trzy­muje się przy kra­węż­niku, bie­rze głę­boki wdech i za­myka oczy. Jest rano, ale nie­długo słońce bę­dzie wy­soko na nie­bie. Dni wciąż są cie­płe, lecz nocą za­czął się wdzie­rać je­sienny chłód i ani się obej­rzą, a na­sta­nie ciem­ność.

Wie, że nie musi my­śleć o po­go­dzie, ale robi to z przy­zwy­cza­je­nia i gdy bę­dzie po wszyst­kim, wróci do domu i od­bie­rze to, co do niego na­leży. Wie, że już ni­gdy nie bę­dzie tak jak kie­dyś. Ro­zu­mie to. To cena, którą bę­dzie mu­siał za­pła­cić.

5

- Za­czę­li­ście? - Stina wpada do salki kon­fe­ren­cyj­nej. Jest spóź­niona aż pięt­na­ście mi­nut i wie, że wy­gląda na zmę­czoną. Omiata wzro­kiem po­miesz­cze­nie. Wszy­scy na nią pa­trzą, z wy­jąt­kiem Lu­casa, który sie­dzi po­chy­lony nad ko­mórką i czeka, aż ona coś po­wie.

- Nie, nie za­czę­li­śmy. - Lo­visa zdej­muje dło­nie z kla­wia­tury lap­topa i unosi plik do­ku­men­tów, po czym rzuca je na stół. - Cze­ka­li­śmy na cie­bie, więc sie­dzimy tu już ja­kiś czas.

Stina się uśmie­cha i po­sta­na­wia zi­gno­ro­wać przy­tyk Lo­visy.

- Dzię­kuję, Lo­viso - mówi i bie­rze od niej pa­piery. Je­den ze sko­ro­szy­tów wy­śli­zguje jej się z ręki i spada na pod­łogę. - Mo­żesz zro­bić pod­su­mo­wa­nie? Zdaje się, że je­steś do­brze przy­go­to­wana.

- Ow­szem, je­stem i mogę.

Stina się schyla, żeby pod­nieść sko­ro­szyt. Gło­śno prze­klina, gdy pro­stu­jąc się, ude­rza głową w blat, i siada na krze­śle przy krót­szej kra­wę­dzi stołu kon­fe­ren­cyj­nego. Ma­suje so­bie głowę i wi­dzi, że Da­vid się do niej uśmie­cha. Od­wza­jem­nia uśmiech, lecz czuje to obez­wład­nia­jące zmę­cze­nie i znowu się za­sta­na­wia, czy na­prawdę tego chce i czy da radę ko­lejny raz. Ale znowu nie od­po­wiada so­bie na to py­ta­nie, tylko je od sie­bie od­suwa i wsłu­chuje się w dźwięczny głos Lo­visy.

- Ofiara to Fanny Lund­berg, lat trzy­dzie­ści pięć, uro­dzona w Sztok­hol­mie. Do­ra­stała na wy­spie Li­dingö. Kiedy miała osiem lat, jej ro­dzice się roz­wie­dli. Ona zo­stała z oj­cem w willi, a matka wy­pro­wa­dziła się do miesz­ka­nia na Söder. Fanny stu­dio­wała prawo go­spo­dar­cze w Wyż­szej Szkole Han­dlo­wej w Sztok­hol­mie. Pięć lat po obro­nie dy­plomu prze­pro­wa­dziła się do Göte­borga, a gdy dwa lata póź­niej zmarł jej oj­ciec, odzie­dzi­czyła osiem­na­ście mi­lio­nów ko­ron. Krótko po­tem ku­piła miesz­ka­nie w dziel­nicy Va­sa­sta­den, gdzie dzi­siej­szego ranka zna­le­ziono ją mar­twą. Jej matka zmarła na raka pół roku temu. Fanny miała przy­rod­nią sio­strę Ju­lię, młod­szą od niej o trzy­na­ście lat, z którą nie­dawno na­wią­zała kon­takt. Nie zna­la­złam in­nych człon­ków ro­dziny. - Lo­visa ob­raca dłu­go­pis mię­dzy pal­cami i kon­ty­nu­uje pod­su­mo­wa­nie: - Ze wstęp­nego ra­portu tech­nicz­nego wy­nika, że Fanny zo­stała za­mor­do­wana późno w nocy lub wcze­śnie rano. Jej sio­stra za­dzwo­niła na sto dwa­na­ście o czwar­tej trzy­dzie­ści sie­dem, więc wiemy, że do za­bój­stwa do­szło wcze­śniej. Z oglę­dzin zwłok wy­nika, że ofiara zo­stała za­mor­do­wana w swoim domu. Sprawca jest nie­znany. - Lo­visa spo­gląda na Dana Ko­wal­skiego, który po­twier­dza jej słowa ski­nie­niem głowy. - Ciało zo­stało prze­trans­por­to­wane do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej i roz­po­częły się oglę­dziny miesz­ka­nia. Dan, mo­żesz nam po­wie­dzieć, co tam zna­leź­li­ście?

Dan po­now­nie przy­ta­kuje i wstaje. Po­ciera dłońmi o uda i chrząka.

- Poza na­rzę­dziem zbrodni, o któ­rym jest mowa w ra­por­cie, nic. Jak do­tąd - mówi.

- Ale zna­leź­li­ście na­rzę­dzie zbrodni? - do­py­tuje Da­vid.

- Tak. Jak, prawda, wspo­mnia­łem, można o tym prze­czy­tać w ra­por­cie.

- Jesz­cze nie zdą­ży­łem się z nim za­po­znać, więc może nam to zre­fe­ru­jesz?

Dan prze­cze­suje ręką rzad­kie włosy.

- Na­rzę­dzie zbrodni to nóż ku­chenny Glo­bal. Zlo­ka­li­zo­wa­li­śmy go dość szybko. Wi­siał na li­stwie ma­gne­tycz­nej w kuchni, zgod­nie ze swoim prze­zna­cze­niem. Zo­stał umyty, ale były na nim ślady krwi.

- Czyli to nóż ku­chenny ofiary?

- Zga­dza się.

- To może su­ge­ro­wać, że to nie było mor­der­stwo z pre­me­dy­ta­cją.

- Nie­wy­klu­czone.

- Ale także do­wo­dzi, że sprawca dzia­łał z zimną krwią, skoro umył nóż i po­wie­sił go na li­stwie - za­uważa Stina. - Ma­cie od­ci­ski pal­ców?

Dan spo­gląda na nią.

- Nóż zo­stał prze­ka­zany do ba­da­nia pod ką­tem śla­dów DNA, od­ci­sków pal­ców i włó­kien. Jak wiesz, trzeba to zro­bić w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści, więc wy­niki po­znamy do­piero za kilka dni.

Stina kiwa głową.

- Coś jesz­cze? - pyta.

- Tak. Fakt, że ofiara zo­stała zma­sa­kro­wana, może wska­zy­wać na za­bój­stwo w afek­cie. Na dło­niach i przed­ra­mio­nach ofiary zna­leź­li­śmy ob­ra­że­nia świad­czące o tym, że pró­bo­wała się bro­nić przed na­past­ni­kiem albo na­wet ode­brać mu na­rzę­dzie zbrodni. Na ciele ofiary są też liczne si­niaki, które do­dat­kowo po­twier­dzają tezę, że pró­bo­wała ode­przeć atak. Ana­li­zu­jemy próbki krwi zna­le­zio­nej w miesz­ka­niu i mamy na­dzieję, że po­wie­dzą nam coś o sprawcy. W tego ro­dzaju zbrod­niach z uży­ciem noża sprawca czę­sto rani też sie­bie, więc szanse są spore.

- Czy mamy tu­taj do czy­nie­nia z na­pa­ścią sek­su­alną?

- Nie, nic na to nie wska­zuje. Ofiara od­była sto­su­nek sek­su­alny wcze­śniej tego sa­mego wie­czoru, lecz wy­gląda na to, że za obo­pólną zgodą.

- Mo­żemy po­zy­skać DNA?

- Tak. Zna­leź­li­śmy w niej spermę i wy­sła­li­śmy ją do ana­lizy.

- Świet­nie. - Stina my­śli, że być może tym ra­zem im się po­szczę­ści. Je­śli mor­derca upra­wiał seks z Fanny i zo­sta­wił swoje DNA, to może szybko go zła­pią.

- A po­dej­rzani? Co po­wie­cie o sio­strze? O tej Ju­lii? - pyta Lo­visa na­gląco, a Stina my­śli, że ko­le­żanka chce prze­jąć pro­wa­dze­nie spo­tka­nia, po­nie­waż jak zwy­kle uważa, że wszystko dzieje się zbyt wolno.

- To musi być dla niej pie­kiel­nie trudne - stwier­dza Da­vid.

- Jest w szoku?

- Praw­do­po­dob­nie tak. Trudno, żeby nie była, bio­rąc pod uwagę, co ją spo­tkało. Wró­ciła do miesz­ka­nia i do­słow­nie po­tknęła się o za­mor­do­waną sio­strę. Po­ra­dze­nie so­bie z czymś ta­kim może nie być ła­twe.

- Na pla­mach krwi było wi­dać ślady jej stóp - in­for­muje Dan i za­czyna prze­glą­dać swoje pa­piery.

- Tak, mó­wiła, że się po­śli­zgnęła.

W salce kon­fe­ren­cyj­nej za­pada ci­sza, a Stina czuje na so­bie spoj­rze­nia ko­le­gów. Chcą po­znać jej wnio­ski i usły­szeć od niej, co mają ro­bić. Cią­gle ktoś od niej cze­goś chce. Stina na­po­tyka wzrok Da­vida i wy­daje jej się, że do­strzega w nim pewne zdzi­wie­nie. Po­pra­wia stos le­żą­cych przed nią pa­pie­rów i wstaje. Nie ma czasu na prze­my­śle­nia. Trzeba dzia­łać. Jak za­wsze.

- Chcę, że­by­śmy w ocze­ki­wa­niu na wie­ści z za­kładu me­dy­cyny są­do­wej i od in­for­ma­ty­ków sku­pili się na Ju­lii i roz­py­ty­wa­niu są­sia­dów. Rób­cie swoje. O ile wcze­śniej nie na­stąpi ża­den prze­łom w spra­wie, wi­dzimy się ju­tro. - Stina wstaje. - Chyba nie mu­szę wam przy­po­mi­nać, że mamy do czy­nie­nia z mor­der­stwem, na któ­rym mu­simy skon­cen­tro­wać całą na­szą uwagę.

6

To był długi dzień. Stina od wcze­snego ranka pra­co­wała nad sprawą Fanny Lund­berg i te­raz je­dzie do domu tak­sówką tylko po to, żeby się prze­brać. Opiera głowę o szybę. Czuje na czole jej chłód, a mo­no­tonny od­głos opon trą­cych o as­falt spra­wia, że się roz­luź­nia. Słońce chyli się ku za­cho­dowi i Stina wi­dzi w od­dali oświe­tlony dia­bel­ski młyn w Li­se­berg i At­mos­Fear na tle czer­wo­nego nieba. Przy­ci­ska pa­lec do szyby i prze­suwa nim w dół. Sły­chać ci­chy pisk, a ona my­śli o tym, że wo­la­łaby zo­stać w domu i obej­rzeć mecz, za­miast iść na im­prezę.

Ko­lega Görans­son, po­li­cyjny im­pre­zo­wicz, za­pro­sił wszyst­kich swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, czyli prak­tycz­nie całą ko­mendę. W ciągu dnia zaj­rzał do jej po­koju, żeby się upew­nić, że Stina po­jawi się na im­pre­zie. Był taki pod­eks­cy­to­wany i za­do­wo­lony, że nie miała wy­boru, mu­siała pójść. Poza tym prze­kła­dał tę im­prezę pięć razy, po­nie­waż trzeba było po­móc ko­le­gom. Te­raz ich ko­lej, żeby zro­bić coś dla niego.

Stina pa­trzy na mi­ga­jący za szybą Göte­borg i my­śli o Fanny Lund­berg. Uszko­dze­nia ciała świad­czą o tym, że mor­derca praw­do­po­dob­nie dzia­łał w afek­cie, co samo w so­bie wcale nie jest ta­kie nie­ty­powe. Prze­ciw­nie, do za­bój­stwa czę­sto do­cho­dzi pod­czas kłótni, która wy­myka się spod kon­troli. Fanny bro­niła się przed roz­wście­czo­nym na­past­ni­kiem, lecz w miesz­ka­niu nie ma śla­dów po­twier­dza­ją­cych, że za­bój­stwo po­prze­dziła kłót­nia albo bójka. Poza śla­dami krwi i prze­wró­co­nym stoł­kiem ba­ro­wym przy wy­spie ku­chen­nej wszystko wy­daje się nie­tknięte. Po­nadto sprawca zna­lazł czas na umy­cie noża i za­tar­cie ewen­tu­al­nych śla­dów.

Stina ma przed oczami Fanny Lund­berg le­żącą na lśnią­cym par­kie­cie, za­krwa­wioną i zma­sa­kro­waną. My­śli o śmierci i o tym, że kie­dyś uda­wało jej się trzy­mać ją na dy­stans, ale te­raz za­wsze jest obecna. Stina wcale tego nie chce, lecz śmierć przy­cze­piła się do niej jak pi­jawka i zmie­niła jej świat w miej­sce, w któ­rym już chyba nie chce być.

Otwiera to­rebkę, wsuwa rękę do bocz­nej kie­szonki i znaj­duje bli­ster so­brilu. Wyj­muje go i wy­ci­ska na dłoń ta­bletkę, po czym wkłada ją do ust. Zbiera ślinę i po­łyka pa­stylkę. Po­tem za­myka oczy i czeka. Uchyla po­wieki, do­piero gdy tak­sów­karz ha­muje. Spo­gląda na żółtą ka­mie­nicę. Kie­rowca, który z tego, co można wy­czy­tać na iden­ty­fi­ka­to­rze, na­zywa się Ali Oman, od­wraca głowę i uśmie­cha się, po­ka­zu­jąc śnież­no­białe zęby.

- Karta? - pyta.

Stina kiwa głową, wyj­muje kartę i wkłada ją do ter­mi­nalu, który tak­sów­karz po­daje jej mię­dzy sie­dze­niami.

- Dzię­kuję - mówi męż­czy­zna i od­dziera pa­ra­gon.

- To ja dzię­kuję - od­po­wiada Stina, bio­rąc od niego pa­ra­gon. Na­stęp­nie zgniata kwi­tek, wrzuca do to­rebki, z tru­dem wy­siada z sa­mo­chodu i staje na pu­stej ulicy. Czuje zimny wiatr na go­łych no­gach i po­pra­wia spód­nicę luźną w pa­sie.

Tak­sówka od­jeż­dża, a Stina prze­cho­dzi na drugą stronę ulicy. Obie­cuje so­bie, że dziś wie­czo­rem nie bę­dzie my­ślała o pracy, i sły­szy stu­ka­nie ob­ca­sów nio­sące się echem mię­dzy bu­dyn­kami. Na chwilę przy­staje. Buty już ją za­czy­nają uci­skać i ża­łuje, że je wło­żyła. Nie po­winna no­sić szpi­lek. Jej stopy ich nie to­le­rują. Nie­stety jest już za późno - my­śli i sły­szy basy wy­do­by­wa­jące się z bu­dynku przed nią. Pod­cho­dzi do niego, otwiera drzwi i Pa­ra­dise City Guns N' Ro­ses ude­rza w nią całą siłą. Bie­rze głę­boki wdech, wśli­zguje się do środka i na­gle znaj­duje się wśród roz­grza­nych ciał i do­no­śnych gło­sów.

Nie zdąża zdjąć płasz­cza, a ru­miany Görans­son już pod­cho­dzi z sze­ro­kim uśmie­chem i wy­ciąga do niej ręce.

- Stina Se­ger! - woła, żeby prze­krzy­czeć ha­łas, i bie­rze ją w ra­miona. - Tak się cie­szę, że przy­szłaś.

Stina przez chwilę pod­daje się spo­co­nemu uści­skowi, ale szybko się z niego wy­swo­ba­dza, a Görans­son wy­cza­ro­wuje nie wia­domo skąd smu­kły kie­li­szek i wkłada jej go w dłoń.

- Zdro­wie - mówi, a ona daje się otu­lić tym cie­płym po­wi­ta­niem.

Trudno się oprzeć Görans­so­nowi i Stina so­bie uświa­da­mia, że bę­dzie za nim tę­sk­nić. Wy­pija duży łyk bą­bel­ków i wi­dzi, jak Görans­son zerka w kie­runku drzwi, by po­wi­tać ko­lej­nego go­ścia. Po­dąża za jego wzro­kiem i krztusi się, wi­dząc, kto wła­śnie przy­szedł. To Dan Ko­wal­ski. W do­datku nie sam.

7

Dan Ko­wal­ski pro­stuje się, wkłada pa­lec za koł­nie­rzyk ko­szuli i po­lu­zo­wuje go. Wi­dzi, że wszy­scy na niego pa­trzą. Za­cie­ka­wione i wy­cze­ku­jące, za­mglone al­ko­ho­lem spoj­rze­nia kie­rują się w jego stronę, a jego zmie­sza­nie ro­śnie. Tak bar­dzo nie lubi być w cen­trum uwagi, że te­raz czuje silny, nie­mal fi­zyczny dys­kom­fort. Może dla­tego wy­brał pracę z tru­pami. Tak jest ła­twiej. Ni­gdy nie ocze­kują od­po­wie­dzi ani w ogóle ni­czego.

Jego były szef z cza­sów w Lid­köping po­wie­dział mu kie­dyś, że jest aspo­łeczny i nie można z nim po­ga­dać. Dan od­parł, że roz­mowa jest prze­re­kla­mo­wana. Li­czy się tylko to, co się sobą re­pre­zen­tuje. Te­raz nie jest już tego taki pe­wien. Wiele razy ża­ło­wał, że nie po­trafi roz­ma­wiać z ludźmi i nie jest ła­two go lu­bić. Że jest taki cho­ler­nie kan­cia­sty. Ale tak już ma. Ja­koś to bę­dzie. Nie ma fo­bii spo­łecz­nej, lecz pre­fe­ruje mniej­sze sku­pi­ska ludz­kie.

Po­mimo tego przy­szedł na im­prezę Görans­sona i te­raz my­śli, że po­peł­nił błąd, da­jąc się na­mó­wić. Palą go te wszyst­kie spoj­rze­nia i czuje, że się poci, cho­ciaż za­uważa, że wła­ści­wie to nie na niego wszy­scy pa­trzą. Kie­ruje wzrok na Annę i musi się po­wstrzy­my­wać, żeby nie po­cią­gnąć jej za rękę i stąd nie wyjść. Za to ona wy­daje się kom­plet­nie nie­wzru­szona tym za­in­te­re­so­wa­niem. Śmieje się do Görans­sona, gdy ten po­daje jej kie­li­szek i mówi coś, czego Dan nie sły­szy.

Lekko się od­chyla i omiata Annę spoj­rze­niem. To była ciężka prze­prawa, ale w końcu udało mu się ją na­mó­wić, żeby się prze­brała. Nie żeby su­kienka, którą te­raz ma na so­bie, była ja­kaś skromna. Prze­ciw­nie, jest bar­dzo krótka i tak ob­ci­sła, że od­sła­nia mnó­stwo jej po­nęt­nego ciała, lecz i tak jest o wiele lep­sza od stroju, który naj­pierw na sie­bie wło­żyła, tych dzi­wacz­nych me­ta­lo­wych ob­rę­czy na brzu­chu łą­czą­cych spód­nicę z bluzką. Udało mu się ją też na­mó­wić do upię­cia mocno roz­ja­śnio­nych, łam­li­wych lo­ków, żeby nie było tak wi­dać ciem­nego od­ro­stu. Ba, na­wet jej w tym po­mógł. Ale naj­bar­dziej cie­szy się z tego, że zdjęła te ko­zaki za ko­lano a la Pretty Wo­man.

Szcze­rze mó­wiąc, wo­lałby, żeby zo­stała w domu. Pró­bo­wał ją do tego prze­ko­nać, ale wtedy spy­tała, czy się jej wsty­dzi. Mieszka tu od roku, a jesz­cze nie po­znała jego przy­ja­ciół. Co miał od­po­wie­dzieć? Że nie ma przy­ja­ciół, lecz gdyby ich miał, toby się jej wsty­dził? Cóż, mu­siał ją za­brać na tę im­prezę. Anna nie lu­biła zo­sta­wać sama, za to on tę­sk­nił za tymi spo­koj­nymi i ci­chymi dniami z cza­sów, za­nim się do niego wpro­wa­dziła.

Dan sły­szy gło­śny śmiech prze­bi­ja­jący się przez mu­zykę, pod­nosi wzrok i w tłu­mie na­po­tyka spoj­rze­nie Stiny. Szybko od­wraca głowę, ale zdąża za­uwa­żyć, jaka jest dzi­siaj piękna.

- Dan?! - Anna cią­gnie go za rękę. - Za­tań­czymy?

Dan bie­rze głę­boki wdech i kiwa głową. Na­stęp­nie spo­gląda na ze­ga­rek Omega Spe­ed­ma­ster, za­wsze do­kład­nie od­mie­rza­jący czas. Te­raz po­ka­zuje dzie­więt­na­stą sie­dem­na­ście, więc wie­czór do­piero się za­czyna i bę­dzie długi.

8

Stina się chwieje. W jed­nej ręce trzyma szpilki, a drugą pod­piera się o ścianę, żeby pod­łoga pod nią prze­stała wi­ro­wać. Spo­koj­nie po­chyla głowę. My­śli, że po­winna była prze­rzu­cić się na wodę już kilka go­dzin temu, i wlewa w sie­bie resztę piwa. Czka i kręci głową. Cho­lera, trzeba było już dawno je­chać do domu.

Od­rywa się od ściany i ru­sza w kie­runku brą­zo­wych skó­rza­nych ka­nap w holu. Bie­rze głę­boki wdech. Uświa­da­mia so­bie, że przej­ście na drugą stronę bę­dzie ją dużo kosz­to­wać. Omiata lo­kal spoj­rze­niem. Nie­liczni, któ­rzy tu jesz­cze są, sie­dzą w grup­kach przy sto­li­kach i za­wzię­cie dys­ku­tują nad ostat­nimi kro­plami al­ko­holu.

Na par­kie­cie ja­kaś sa­motna, mocno sple­ciona ze sobą para ko­ły­sze się do pio­senki It Must Have Been Love śpie­wa­nej przez Ma­rie tym cha­rak­te­ry­stycz­nym gło­sem z chrypką. On ma na so­bie czarne spodnie i ko­szulę z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami, a ona bar­dzo krótką spód­nicę. Stina mocno za­ci­ska po­wieki, po czym je otwiera i ła­piąc ostrość, wi­dzi to­wa­rzyszkę Dana opla­ta­jącą ra­mio­nami ja­kie­goś męż­czy­znę, któ­rego Stina nie zna. Czka i od­wraca wzrok.

Ru­sza, czu­jąc pod bo­symi sto­pami kle­jącą się pod­łogę. My­śli, że do­brze so­bie ra­dzi, i wtedy po­tyka się o krze­sło, za­ta­cza się, robi kilka roz­pacz­li­wych kro­ków i pada na miękką ka­napę.

- Uff - wzdy­cha, opie­ra­jąc głowę, za­myka oczy i rzuca szpilki na pod­łogę. Wszystko wi­ruje. Głowa jest ciężka. Od­pocz­nie tu tylko chwilkę i po­je­dzie do domu. Sły­szy swój od­dech. Ciężki i nie­trzeźwy.

- Hej!

Stina z tru­dem pod­nosi ciężką głowę. Czka, mruży oczy i wi­dzi Dana Ko­wal­skiego z bu­telką piwa w ręce. Dan. Śmieje się i po­kle­puje dło­nią ka­napę.

- Dan - mówi gło­śno. - Trzy­ma­łeś się ode mnie z da­leka przez cały wie­czór. Odź, usiądź obok mnie. - Par­ska śmie­chem. - To zna­czy "chodź". - Kręci głową i chi­cho­cze.

Dan dra­pie się po po­liczku i spo­gląda na nią.

- Jak się wła­ści­wie czu­jesz? - pyta.

- Czuję się świet­nie. - Stina uśmie­cha się sze­roko i ko­lejny raz do­staje czkawki. - A ty?

- Do­brze.

- To su­per, w ta­kim ra­zie usiądź obok mnie.

Dan wy­pija łyk piwa. Wy­gląda, jakby się wa­hał, lecz ko­niec koń­ców siada obok niej.

- Mogę? - Stina wy­ciąga rękę po bu­telkę, ale on nie wy­ko­nuje żad­nego ge­stu wska­zu­ją­cego na to, że za­mie­rza dać jej piwo.

- Nie masz dość? - pyta za­miast tego i przy­gląda się jej.

- Ależ skąd! - Stina po­chyla się i wy­szar­puje mu bu­telkę z ręki. Przy­kłada ją do ust i pije. Piwo nie jest zbyt smaczne. Cie­płe i roz­ga­zo­wane, lecz to jej nie prze­szka­dza. Po­tem czka. Uśmie­cha się sze­roko i pró­buje sku­pić na nim wzrok. - Jak ci się układa z nową ko­bietą?

- Ko­bietą?

- No tak. Tą, z którą przy­sze­dłeś. Wi­dzia­łam ją, jak tań­czy. - Stina kiwa głową w kie­runku par­kietu.

- Tak. - Dan spusz­cza wzrok. - Nie wiem, czy to był do­bry po­mysł, żeby tu dzi­siaj z nią przy­cho­dzić.

- Dla­czego? - Stina czka i kilka razy za­myka oczy, by ob­raz jej się nie roz­ma­zy­wał.

- Anna nie jest do końca... Jak by to ująć? Jesz­cze się nie za­akli­ma­ty­zo­wała.

- Po­bie­rze­cie się?

Dan się wzdryga i robi wiel­kie oczy.

- Czy się po­bie­rzemy? Chyba nie.

- Dla­czego nie?

- Chyba naj­pierw mu­simy się tro­chę le­piej po­znać.

- Ale u cie­bie mieszka?

- Tak.

- Nie tę­skni za oj­czy­zną?

- Pew­nie cza­sami, prawda, tę­skni, ale chciała przy­je­chać do Szwe­cji... - Dan wzru­sza ra­mio­nami. - Wy­daje mi się, że przede wszyst­kim tę­skni za ro­dziną i... - za­miast skoń­czyć zda­nie, wy­pija łyk piwa.

Stina po­ta­kuje. Te­raz jesz­cze bar­dziej kręci jej się w gło­wie, a czarne i białe ka­fle zle­wają się ze sobą. Znowu czka. Pró­buje się sku­pić i dra­pie się w głowę.

- Ro­dzina jest ważna. Trzeba się o nią trosz­czyć, za­nim nie jest za późno - mówi.

W tym sa­mym mo­men­cie po jej po­licz­kach za­czy­nają pły­nąć łzy. Nie jest w sta­nie stłu­mić uczuć i tę­sk­noty.

- Yyy... Stino? - Dan wpa­truje się w nią osłu­piały. - Co się stało?

- Ekhm... - Stina po­ciąga no­sem. - Po pro­stu strasz­nie mi smutno.

- Co się stało?

- Ona... Moja mama. - Stina szlo­cha.

- Co z twoją mamą?

- Nie żyje.

- Rany, tak mi przy­kro. - Dan po­pra­wia się na ka­na­pie. - To się stało nie­dawno?

- Tak. Dwa mie­siące temu. My­ślę o niej. Co­dzien­nie.

Dan mil­czy przez chwilę, po czym pyta:

- Rak?

- Nie. ALS.

Dan bie­rze głę­boki wdech.

- Tak mi przy­kro. Nie wie­dzia­łem. To straszna cho­roba. Ni­gdy nic nie mó­wi­łaś.

- Dla­czego mia­ła­bym mó­wić? - Stina wy­ciera smarki spod nosa wierz­chem dłoni.

Dan wzru­sza ra­mio­nami.

- Nie wiem. Może rze­czy­wi­ście się tego nie robi. W każ­dym ra­zie w dzi­siej­szych cza­sach.

- Tę­sk­nię za nią. - Ostat­nie słowo znika, a ona za­sła­nia twarz rę­kami, po­chyla się i pła­cze. Cały czas ma ści­śnięty żo­łą­dek. Pła­cze i pła­cze, ale to nie mija i cią­gle przy­po­mina jej, że mamy już nie ma i ni­gdy nie wróci.

Stina czuje na ple­cach cie­płą rękę. Ręka naj­pierw leży nie­ru­chomo, lecz po chwili za­czyna je nie­po­rad­nie gła­skać, pró­bu­jąc ją po­cie­szyć. Nie wie­dząc, jak do tego do­szło, Stina kła­dzie głowę na ra­mie­niu Dana. Czuje jego cie­pło. Świat wi­ruje. Mu­zyka. Łzy. Stina unosi głowę i wy­mio­tuje. Pro­sto na be­żowe spodnie ko­legi.